Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

   1 maja:

We wsi Olszanica pow. Lesko w walce UPA poległ Kazimierz Borek, milicjant.

   2 maja:

W okolicy wsi Huczwice pow. Lesko: „2 maja 1946 r. sotnia „Chrina” zaatakowała pododdział 18 pp, zdobywając działo kalibru 76 mm i rozpraszając siły polskie. W meldunku ukraińskim straty polskie oceniono na 37 zabitych”. Strona polska podała, że upowcy dobili 2 rannych żołnierzy. Wynika stąd, że upowcy z sotni „Chrina” zabili 35 osób cywilnej ludności polskiej. (Żurek..., s. 192) 

  3 maja:  

We wsi Wola Michowa pow. Lesko (Bieszczady) upowcy zamordowali 10 Polaków.

   5 maja:

We wsi Mołodycz pow. Jarosław zostali zamordowani przez UPA Jan Dudek i Piotr Dudek, milicjanci.

  W nocy z 5 na 6 maja:  

We wsiach Sośnica i Święte pow. Jarosław upowcy spalili 280 gospodarstw oraz zamordowali 5 Polaków, w tym 75-letnią kobietę spalili żywcem. Inni: 5 maja 1946 r. ok. 21.00 banderowcy, szacowani na liczbę ok. 500 osób (jest to znacznie zawyżona liczba napastników, która pojawia się w raportach WOP, a w raportach milicji pojawia się nawet liczba 1 500 osób), spalili wsie Sośnica i Święte, które były częściowo zamieszkałe przez repatriantów. Podczas pożaru napastnicy zabrali od gospodarzy 103 konie i spalili 20 osób cywilnych.

Czytaj więcej...

Ostatni patrol

„Grzmot” ( Roman Gos-red) oznajmił nam, że „Jastrząb” polecił mu zorganizować kilkuosobowy patrol, najlepiej żeby to byli chłopcy młodzi, sprytni, wytrzymali w marszu, znający dobrze wspomniane tereny. Jak już wcześniej pisałem, do tego patrolu zgłosiło się nas kilku. Byli to: Jerzy Oświecimski „Lubicz” ze wsi Turia, lat 20, Antoni Kata „Ketling” z kolonii Kowalówka, lat 23, Dobrowolscy: Zygfryd, lat 22, Hipolit, lat 19, obaj z Kowalówki, Jan Kuraj, lat 18, z Kowalówki, oraz piszący te słowa Henryk Kata, lat20, też oczywiście z Kowalówki. Dowódcą patrolu był sierżant „Grzmot”, lat 35. Jak zawsze przed wyruszeniem na patrol, sprawdzenie broni, amunicji, opatrunki, nóż lub bagnet, dawniej dochodził jeszcze suchy prowiant, o czym pozostało wspomnienie; zdani byliśmy na własną inwencję, kiedy i co będziemy jedli. Zbliżała się pora obiadu ( zupa „iihaha” na końskim mięsie). Cała nasza szóstka z „Grzmotem” po zjedzeniu obiadu zatrzymała się przed szałasem „Jastrzębia”. „Grzmot” poszedł do dowódcy zameldować patrol gotowy do zadania. Przez kilkanaście minut coś jeszcze uzgadniali, być może jakieś szczegóły poleceń. Wreszcie „Grzmot” wyszedł, dołączył do nas i bezszelestnie zapuściliśmy się w las. Opuszczając obozowisko nie zdawaliśmy sobie sprawy, że jest to nasz ostatni kontakt z oddziałem porucznika Władysława Czermińskiego „Jastrzębia”. Szliśmy na południe. Po jakimś czasie „Grzmot” spojrzał na zegarek, wyjął mapę, zorientował z kompasem i obrał kierunek na wschód. Wszyscy byliśmy młodzi. Dzisiaj po latach wspominając te dni-zbyt młodzi. Toteż pomimo skromnego wyżywienia, nadmiernego przemęczenia i ciągłego braku snu, coś jakby uskrzydlało nas w tym rajdzie patrolowym w nieznane. Szliśmy szybkim krokiem, przeskakując dukty i lizjery leśne, ażeby przed zapadnięciem nocy dotrzeć do miejscowości Stanisławów, położonej przy drodze Olesk, Pisarzowa Wola do Włodzimierza Wołyńskiego. Zwracaliśmy też bacznie uwagę na rozbitków z naszej dywizji sprzed kilku dni, błąkających się po lasach. Doszliśmy jednak do wniosku, że im bliżej frontu oraz terenów nasyconych wojskiem niemieckim, tym mniejsze szanse spotkania kogoś z naszych oddziałów.

Czytaj więcej...

Przez Lublatyn, Radomle, Janówkę do sławnych Zasmyk

 Dzień pierwszy i kilka następnych Zaglądam do mojego wojennego notatnika. 15 stycznia 1944 roku ... Koło godziny 2–ej wpada do mnie Bronek. Idziemy ... Dokąd? Oczywiście do lasu. Na tę chwilę czekaliśmy prawie cztery lata – od września 1939 roku. A gdy nadeszła razem z nią pojawiło się zdziwienie, niedowierzanie, radość i obawa. Długie oczekiwanie i marzenia początkowo jeszcze dziecinne wytworzyły nierealny obraz tego momentu. Miały na to wpływ historyczne tradycje, literatura, przykłady bohaterów i wielkich postaci. I jakże naiwny stosunek do rzeczywistości. Mimo zbliżania się do pełnoletności, ciężkich przeżyć i doświadczeń, które przyspieszaj ą dojrzałość, pozostawaliśmy dużymi dziećmi. Może nie tak? Wtedy wydawało mi się, że jestem już od dawna w pełni dorosły i sprawdzony życiowo, choć nie we wszystkim. Marzyła mi się „pierwsza kadrowa” a w niej miejsce dla mnie. Może nie w pierwszej czwórce, ale gdzieś blisko. Głupi romantyzm, biorący górę nad realizmem, całkowity brak umiejętności wyobrażenia sobie nawet najbliższej przyszłości i ten wielki, nieuzasadniony niczym optymizm. Czyż tak nie było? Było i dowodem na to są kartki mojego notatnika. 15 stycznia 1944 roku. Tego dnia dowiedziałem się, że mamy wyruszać (sprzysiężeni) do Zasmyk. Koło godziny 2–ej wpada do mnie Bronek (Bronisłlaw Owczarek – „Kret”). Idziemy. Mamy dogonić kolegów przy ulicy Cmentarnej. Mówię mamie. Idę. Dokąd? Do polskiego wojska. Ma się rozumieć płacz, odmowy itp. 5 minut i jestem gotowy, nie zważam na nic. Biorę drugie spodnie, sweter, kożuszek, bochenek chleba, kawałek słoniny w torbę i koniec. Żegnam się z mamą, ciocią, Basią. Zaszedłem do P.Ż., to samo i idę. Odprowadza mnie Irka, mówi, żeby nie stchórzyć i żegnam się. Zachodzę do Bronka, idziemy na Cmentarną. Naszych nie ma. Jesteśmy nie zdecydowani co robić. Drogi nie znamy, nie wiemy do kogo się zgłosić.

Czytaj więcej...

Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów w Ludmiłpolu na Ziemi Swojczowskiej

 Nazywam się Bolesław Sawa. Mam 85 lat i mieszkam w miejscowości Buśno gm. Białopole pow. Chełm. Urodziłem się 27 maja 1927 r. w miejscowości Ludmiłpol, gmina Werba, pow. Włodzimierz Wołyński na Wołyniu. Rodzice moi to Józef i Zofia Sawa z domu Solak. Ojciec zmarł, gdy miałem zaledwie osiem lat. Został pochowany na cmentarzu parafialnym w Swojczowie. Ze strony ojca nie pamiętam żadnej rodziny. Mama miała dwóch rodzonych braci: Jacka i Józefa. Jacek Solak mieszkał w Uściługu, jego żona miała na imię Agata, ale nie wiem jakie było jej nazwisko rodowe. Pamiętam natomiast ich dwie córki: Marię i Zofię. Drugi brat mamy Józef Solak mieszkał na Korczunku, albo na Fundumie. Nie znam nazwiska rodowego mojej drugiej wujenki, żony Józefa Solaka, ale pamiętam że mieli dwoje dzieci: córkę Helenę i syna Stanisława. Nie pamiętam też, abyśmy kiedyś jeździli w odwiedziny do moich wujków. Pamiętam jedynie, że do nas do Ludmiłpola, przyjeżdżali obaj wujkowie, ale częściej bywał wujek Józef. Przyjeżdżał saniami zimową porą, zostawał na noc, a drugiego dnia jechał do domu. Była to dość duża odległość, bo przejeżdżał przez Włodzimierz Wołyński i miasteczko Uściług. Latem tych odwiedzin nie było, bo było daleko i każdy miał dużo roboty w domu. Po wojnie też nie odwiedzaliśmy się. Jak dowiedziałem się, gdzie oni mieszkają, miałem już swoją rodzinę i dużo roboty w polu. Nie było czasu na wyjazdy. Byłem tylko z najstarszą córką Krystyną na pogrzebie wujka Jacka. Była to jesień 1968 r., albo wiosna 1969 r.. Obaj bracia mamy szczęśliwie przeżyli wojnę, a po jej zakończeniu osiedlili się w miejscowości Łuszków pow. Hrubieszów. Obaj już nie żyją, spoczywają na cmentarzu parafialnym w Horodle.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud15.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 372 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11520926