Opowieść Pani Walentyny

Nazywam się Walentyna Chlebcewicz Szuba. Moją opowieścią pragnę upamiętnić moich rodziców Arkadiusza i Marię. Urodziłam się 1 marca 1945 w Czernigowie (Czernihowie na Ukrainie). Ojciec urodził się na Wołyniu w Terebeżowie (Powiat Stolin). Ojciec jego Aleksander był inżynierem górnictwa, mama Ludwika ukończyła szkołę medyczną. Mieszkali w Zdołbunowie. Arkadiusz tutaj skończył szkołę powszechną i rzemieślniczą. Pragnął pójść do szkoły wojskowej. Zgłosił się na warszawskie Okęcie, gdzie został przydzielony do szkoły podchorążych lotnictwa, tutaj zdobywał kolejne szczeble edukacji lotniczej. Otrzymywał nagrody. Między innymi za dobrą naukę od generała Ludomiła Rayskiego otrzymał złoty zegarek, który w październiku 1939 NKWD ziści zerwali mu z ręki. Przed aresztowaniem przebywał od 1938 roku na manewrach na lotnisku we Lwowie Skniłowie. Jako młody pilot został aresztowany przez NKWD we Lwowie w październiku 1939 r. Był przewożony przez liczne liczne areszty i więzienia (Brygidki – Lwów, w Moskwie, Charkowie). Docelowo z dużą grupą żołnierzy trafił na zesłanie do łagrów Uchta -Workuta. Miał wówczas skończone 20 lat. Przebywał tutaj ponad trzy lata w skrajnie ciężkich warunkach. Proszę sobie wyobrazić10 miesięcy mrozu do minus 50 stopni. Brak ubrań, obuwia, rękawic, potworny głód i ciężka praca. Mieszkali w barakach zbudowanych z drewnianych balii. Na pryczach drewnianych spały po dwie, trzy osoby. Na środku baraku ustawiony był żelazny piec, który ogrzewał tylko najbliższe otoczenie wokół pieca. W nocy włosy niejednokrotnie przymarzały do drewnianych belek ścian. Wszyscy spali w ubraniach, spali w tym w czym chodzili. Mokre buty najczęściej przed spoczynkiem były ściągane i układane pod głowę. Ponieważ zdarzały się notoryczne kradzieże wszystkiego co przedstawiało jakąś wartość. Największą wartość miały buty, kufajka, po prostu ubrania i kawałek chleba. Po napadzie Niemiec na Związek Radziecki po 1941 gdy Rosjanie „troszkę” zmienili swój stosunek do więźniów, pojawiła się możliwość opuszczenia łagru. Miejscowi mężczyźni i również kobiety. Mieszkańcy Republiki Komi zostali zmobilizowani do Armii Czerwonej. Pozostali tylko starsi ludzie i kobiety z małymi dziećmi. W tej sytuacji ludność tubylcza została bez środków do życia. Złagodzono pobyt w łagrze na przymusową pracę przy rozładunku barek i dostarczaniu żywności miejscowej ludności w Syktywkarze i najbliższej okolicy. Barki z żywnością cumowały na przystani na rzece Sysoła. Stąd rozwoził do miejscowych sklepów.

Czytaj więcej...

Okrzykami „dawaj granaty”(których przecież nie mieli), obrońcy spowodowali wycofanie się banderowców

Nasza rodzina, z dziada pradziada, mieszkała na Wołyniu w niedużym mieście Wiśniowcu należącym do powiatu krzemienieckiego. (...) W trakcie wojny niemiecko-sowieckiej i po wkroczeniu Niemców na te tereny, od roku 1943 rozpoczęły się mordy na ludności polskiej, dokonywane przez bandy UPA . Polakom w Wiśniowcu udało się zdobyć legalnie od Niemców do samoobrony przed banderowcami stare karabiny. Mieli przez to przynajmniej jakąś małą szansę ratowania życia. Jednym z członków samoobrony był Antoni. Oficjalny przydział broni nastąpił w związku z tłumaczeniami Polaków, że nie mogą oddawać w pełni kontyngentów wymaganych przez Niemców, gdyż są rabowani i zabijani przez bandytów, więc taka broń jest im niezbędna do ochrony dobytku. Członkowie polskiej samoobrony w Wiśniowcu ratowali życie rodakom, hamując niejednokrotnie zapędy UPA przed kolejnymi napadami i mordami. Oto jeden z przykładów : Epizod z obrony młyna w Wiśniowcu  1943 r. wrzesień: Murowany młyn był pod ochroną polskiej samoobrony, dla której obiekt ten jako jeden z nielicznych zapewniał w miarę skuteczną możliwość przetrwania. Fakt ten był „solą w oku” dla banderowców. W młynie tym na noc chronili się okoliczni mieszkańcy w obawie przed utratą życia. Tego pamiętnego dnia ochronę stanowiło 6 członków grupy. Jednym z nich był Antoni Szymański. Banderowcy chcąc unicestwić uzbrojonych Polaków i wymordować chroniących się tam ludzi, pewnej nocy z przeważającymi siłami napadli na młyn. Janina Szymańska-Misiąg, siostra Antoniego jeszcze przed tą napaścią uciekała z córeczkami Bogusią i kilkumiesięczną Krysią do tego młyna. Niedaleko już od celu, Janina miała wizję: na drodze ukazał się jej nieżyjący mąż [zamordowany przez Ukraińców 13 czerwca 1943r.], Staszek i mówi do niej : „Janka, ty jeszcze tutaj ?”. Kobieta zdążyła w ostatniej chwili wejść do młyna. Drzwi zostały zaryglowane. Na oknach, otworach strzelniczych, obrońcy ułożyli do osłony worki z pszenicą i mąką. Wywiązała się zażarta walka o przetrwanie, która trwała do świtu.

Czytaj więcej...

Pamiętam do dziś kolejarza o przepięknych niebieskich oczach

W Wielką Sobotę 1943 r. napadają na nasz dom banderowcy. Dom znajduje się naprzeciw słynnego Liceum Krzemienieckiego, gdzie mieścił się szpital niemiecki, obramowany dużym murem. Od szpitala dzieliła nas tylko ulica i niewielki ogród. Krzyki oraz wołania sąsiadki, która bardzo dobrze mówiła po niemiecku zmusiły wartowników niemieckich od interwencji i banda, która nas zaatakowała – wycofała się. 22 sierpnia do naszego domu przyszła matka, najprawdopodobnie jednego z banderowców i powiedziała: uciekajcie, bo syn tym razem was zabije. To ona – matka nas ostrzegła. Ale żeby móc uciec trzeba było mieć przepustkę, a my jej nie mieliśmy, więc mój tatuś powiedział, że rodzina nie oddała jeszcze zboża na kontygent i trzeba jej pomóc. Niemcy szybko wydali potrzebne dokumenty. Opuściliśmy dom i udaliśmy się całą rodziną do Dubna, skąd mieliśmy nielegalnie być przetransportowani przez tzw. zieloną granicę aż do miejscowści Brody. Miesliśmy już odjeżdżać i wtedy zaczepił nas pewien kolejarz. Powiedział: proszę nie jechać tym pociągiem dzisiejszej nocy. Parę razy podchodził do mamy i taty i usilnie prosił żeby nie wsiadać do pociągu.. Tatuś mój nie chciał go słuchać, szedł już wpłacić pieniądze, wtedy kolejarz zapytał ile mam lat. Odpowiedziałam, że 13 i słuszałam: jeżeli wam na życiu nie zależy, to co zawiniło to dziecko. Tatuś nie wpłacił pieniędzy. Pamiętam do dziś kolejarza o przepięknych niebieskich oczach.
W Dubnie oprócz naszej rodziny na przekroczenie granicy czekało jeszcze 36 osób. Wszyscy wsiedli do pociągu. Jak się później okazało nastąpiła rewizja i wszyscy zostali wywiezieni do Oświęcimia… Tatuś chciał podziękować kolejarzowi, ale na próżno go szukał. …
Następnej nocy razem ze świnkami pociągiem podróżowaliśmy do Brodów, tam mieli nas przejąć. W pewnym momencie drzwi się otworzyły, a ja usłyszałam: Was ist das? Błysk latarek na słomę i krótka odpowiedź kolejarza: polnisch Schwein. Drzwi się zamknęły, a my zostaliśmy uratowani. Jechaliśy jeszcze przez chwilę, a później wyrzucono nas w szczerym polu, mieliśmy czekać aż ktoś po nas wróci. Najpierw przyszedł mężczyzna i zabrał tatę. Dołączyli oni do pracowników fabryki, którzy właśnie kończyli zmianę. W ten sposób tato dotarł do Brodów. O 10.30 przejeżdżał pociąg. Od czasu do czasu słyszałyśmy strzały. Mamusia przytuliła mnie i czekałyśmy.

Czytaj więcej...

Łukówka pow. Kowel

Halina Zalewska przeżyła rzeź wołyńską jako małe dziecko. Trauma po tej masakrze towarzyszy jej do dzisiaj  Ukraińcy najpierw rozcinali brzuchy, obcinali języki, a na końcu wydłubywali oczy, żeby mordowani jak najdłużej wszystko widzieli. Jako pierwsze zabijane były dzieci, by rodzice to widzieli i słyszeli ich krzyk, a później to samo robili z nimi” – opowiada Halina Zalewska (z domu Niedziela), która jako ośmioletnie dziecko przeżyła rzeź wołyńską.

Pani Halino, proszę opowiedzieć nam o swojej rodzinie oraz o waszym życiu przed wybuchem wojny.
Byłam dzieckiem, miałam starszą siostrę Mieczysławę, która zmarła, i młodszego brata Tadeusza. Nasi dziadkowie, czyli rodzice mojego ojca, mieszkali na wsi Łukówka, niedaleko Kowla, a my w kolonii o tej samej nazwie. Dzieliły nas tylko tory kolejowe. Tak więc mieszkaliśmy bardzo blisko i często ich odwiedzałam. Wówczas nasze życie upływało spokojnie i wesoło. Po jakimś czasie rodzice zaczęli coraz częściej mówić o tym, że Ukraińcy napadają na różne wsie. Słuchałam tych opowieści, ale jako dziecko zbytnio się nimi nie przejmowałam. Byłam kiedyś z tatusiem w pewnej wiosce, której nazwy niestety nie pamiętam. Mieszkało tam około 300 rodzin. W pewnym momencie, gdzieś pomiędzy 3 i 4 po południu, pojawiła się kobieta, która krzyczała, że na wieś napadli Ukraińcy i mordują ludzi. Ojciec szybko zabrał mnie na wóz i zaczął uciekać. Gdy zauważył, że goni go część tej bandy, odciął postronki, chwycił mnie mocno i wskoczył na konia. W ten sposób udało nam się uciec. Tam wymordowano bardzo dużo ludzi, którzy nie mieli się gdzie schować ani uciec, ponieważ było jasno i wszystko było widać. Wówczas już poważnie zaczęliśmy się obawiać, a tatuś coraz częściej myślał o wyjeździe. Jednak trudno mu było się rozstać z całym dorobkiem, ponieważ miał duże gospodarstwo i zajmował się biciem (tłoczeniem) oleju. Gdy miałam już ok. 11-12 lat, zapytałam go, dlaczego wtedy nie zdecydował się na ucieczkę z Wołynia. Odpowiedział mi: „Dziecko, tak ci się wydaje, że można było zostawić to wszystko i wyjechać…”. No i tak zostawił… wszystko…

Skąd pochodziła pani rodzina?
Tatuś (Ludwik Niedziela) pochodził z Wielowsi koło Sandomierza, a mama (Zofia Herchel) z Brnia koło Mielca. Nie wiem dokładnie, jak to się stało, że rodzice mojego ojca zdecydowali się na osiedlenie w Łukówce, ale dziadek (Leon Niedziela) po powrocie z Ameryki chciał mieć dużo ziemi i kupił ją na Wołyniu.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 411 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11520977