Wtedy, jak ja byłem w Przebrażu, zbliżało się Boże Narodzenie. Już banderowców nie było prawie, bo tak: bali się Przebraża, bali się też Niem[ców], […] już tutaj partyzantka sowiecka krążyła. Bardzo dużo po lasach było partyzantów. Więc ja myślę sobie tak: to ja pójdę do dowódcy, poproszę o przepustkę do Łucka i pójdę na Wigilię do kuzynów, do Łucka. Broń zostawiłem tam u siebie, dowództwo z rozumem [powiedziało]: „To idź no”. Jeszcze ruskich nie było, ale już działa grzmiały w tym powiecie sarneńskim, który był najbardziej wysunięty do granicy. To była Wigilia Bożego Narodzenia, raniutko wyszedłem, i zaszedłem po drodze [do znajomych]. Bo jak ja pracowałem w młynie, to najpierw mieszkałem u kuzynów. A potem okazało się, że [do Łucka] uciekli moi bliscy przyjaciele, kuzyni tacy dalecy, i zamieszkali niedaleko młyna w Łucku. I ja do nich tam przynosiłem mąkę, nawet czasami u nich nocowałem. I zaszedłem teraz złożyć im życzenia świąteczne i mówię, że idę na Hnidawę do swoich kuzynów na Wigilię. To oni się [mnie] uczepili, że ja mam u nich zostać [na] Wigilię: „Jest łóżko tutaj, możesz przespać się, a jutro pójdziesz do kościoła ich spotkać i pójdziesz do nich”. No to ja zostałem. A wtedy stała się tragedia na Hnidawie. Już tu te armaty grzmiały ruskie. Już nie było słychać, żeby gdzieś były jakieś oddziały ukraińskie, bo Polaków już w terenie nie ma w ogóle, nie ma co palić. Do miast się nie zbliżali, a Hnidawa jest przedmieściem. Na Hnidawie były radiostacja i magazyny jakieś niemieckie. I tam był oddział niemiecki, który pilnował. To były dwie wieże takie radiostacyjne. Tylko nieczynna radiostacja, ale tam były budynki i tam był oddział niemiecki. Znaczy, tam Polacy czuli się bezpiecznie. Ale przyszła noc wigilijna, wszyscy zjedli kolację, każdy utrudzony po tym dniu, prawda, bo to się wszystko robi, porządkuje. Ludzie usnęli. O godzinie dwunastej zaczęło się. […] Tam było bardzo dużo uciekinierów, polskich rodzin takich biednych, wielodzietnych, powciskani jak śledzie w tych domach mieszkali, bo uciekli ze wsi. I do pierwszego domu przyszli – kilkunastu Ukraińców. Uzbrojeni […], ale przede wszystkim mieli karabiny, ale tych nie używali, żeby nie płoszyć, tylko siekiery i noże.

I pierwszy dom: wyrwali skobel, ojciec, gospodarz domu trzymał… Ja to wszystko widziałem [na drugi dzień] […]. Poszedłem [rano] do katedry i patrzę się, że idzie moja rodzina […]. Idą i szeptem do mnie mówią, wszyscy szeptem mówią. Ja mówię: „Co jest?”. A widzę, że Benio ma rękę na temblaku, na takim bandażu. Ja pytam: „Co się stało?”. „Napad, napad, napad był”, [szeptają]. Na ich domu skończyło się to wszystko, oni się uratowali! I mnie Bóg oszczędził, że ja nie przeżyłem tego strachu. A oni przeżyli straszliwą gehennę. Oni nie wiedzieli, że tyle ludzi wymordowali. Ukraińcy szli, dom po domu rąbali. Pięćdziesiąt osób wymordowali. Dzieci i kobiet przeważnie, [bo] mężczyzn bardzo mało było tam. I doszli do [ich domu], oni Zwierz nazwisko mieli […]. A ten dom był murowany, blachą kryty, część była niewykończona, druga była zamieszkała. To oni [Ukraińcy] stukali, chcieli się dostać do mieszkania, a szwagier powiedział: „Ja was teraz nie puszczę, to musicie przyjść z sołtysem albo coś. Teraz jest noc, nikogo nie puszczę”. No to oni wybili drzwi, dostali się do tego pokoju [w] niewykończonej części domu, a tutaj też była sztaba. I zaczęli walić w te [drugie] drzwi. Cała rodzina na strych – [szwagier] kazał, od razu wszyscy poszli. Tam było troje dzieci i było trzy kobiety, to znaczy matka i dwie synowe, no i dwóch mężczyzn dorosłych i dwoje dzieci, to cała rodzina. Na strych. I Beniek jeszcze trzymał te [drzwi] – najmłodszy, najsilniejszy, takie chłopisko. To wreszcie [Ukrainiec] strzelił w te drzwi  i jego rękę trafił. To był jedyny, pierwszy strzał [w tej akcji]. To [już] wiedzieli, że [jest] bardzo groźnie, bo strzelają. Ale może ten strzał ich uratował. Ale oni [cała rodziną] weszli na strych, drabinę wciągnęli za sobą i mieli tam siekierę, cegły jakieś. I kazał, [żeby] wszyscy walili w dach [i] cała rodzina w tą blachę waliła i [krzyczała]: „Ratunku, ratunku! Napad, napad, napad!” – krzyk, żeby uprzedzić sąsiadów, no i żeby Niemcy posłyszeli. I oni [Ukraińcy] tam krążyli, krążyli, strzelili przez sufit, ale nikogo jakoś nie trafili i opuścili ten dom. Znaczy tam się [wymordować] nie udało. Oni [ta rodzina] myśleli, że to tylko na ich dom [był napad]. A dopiero rano mówią [im], tam wymordowane całe to przedmieście. Do ich domu wszystkie pięć domów to całe [wymordowane], 50 osób. Nożami i siekierami. Nigdzie ani jednego strzału, dopiero u nich pierwsze strzały były. I dlaczego wysłali? Bo ten strzał. Jak oni strzelili, potem drugi raz strzelili, to Niemców zaniepokoiło i Niemcy zaczęli strzelać w tym kierunku, takie świetlne strzały. I oni [Ukraińcy] się tym zaniepokoili, wycofali się. No i to był taki, jak gdyby pożegnalny [akord] […], po tych wszystkich mordach, które już były… Przecież jaki to był sens mordować Polaków, wtedy, jak już widzą, że już Rosjanie są blisko, od których oni muszą też uciekać? […] To był taki jak gdyby już końcowy taki jakiś makabryczny […] autograf. Makabryczny. Pod krwawym dziełem Ukraińców z Wołynia. Co oni zrobili z Wołyniem? To był ostatni mord na Wołyniu właśnie, na tej Hnidawie to wykończyli. […] Wszystkich [pomordowanych] widziałem, wszystko. […] Widziałem, jak Niemcy zdjęcia robią. Ja miałem dowód osobisty i kenkartę tą niemiecką przy sobie, ale nie miałem broni, nikt nie wiedział, że ja z Przebraża przyszedłem. Myśleli, że ja tam mieszkam normalnie z kuzynami. Szliśmy. W pierwszym domu leżał przy drzwiach mężczyzna w bieliźnie i skłuty tak nożami, że… ktoś wyjął ten nóż i ten nóż leżał na parapecie okna. Taki z blachy wycięty, poszczerbiony. Taki straszliwy nóż, taki okropny, z blachy wyrąbany przecinakiem. […] Może mieli [też] inne. W [następnym] pokoju tym tak: dzieci, łóżeczko. To już coś najstraszliwszego, co widziałem. Bo widziałem bardzo dużo, ale to było już najgorsze. Łóżeczko takie, dłuższe od tego stołu, troszeczkę. I tak: dwoje dzieci śpi w tą stronę, dwoje dzieci w tą stronę. Wszystkie [mają] rozrąbane siekierą główki. Dzieciątka takie może dwuletnie, może trzyletnie. Następnie patrzę się w pokoju, to leżą ludzie na podłodze, pomordowani. Przestąpiliśmy [ich], wchodzimy do następnego: na łóżku babcia, taka starsza kobieta, oczy takie wielkie, przerażone i tu siekierą rozcięte, i nie upadła, tylko tak oparta o coś i patrzy się… Lekarz tam [mówi]: „Widzicie, jak człowiek przestraszony, to w ogóle krwi nie ma” – [i] żadnej krwi nie było. Ona umarła z uderzenia, bo rozciął całkowicie, bo kość na wierzchu, rozrąbał, a krwi nic, bo to wszystka krew ze strachu uciekła gdzieś tam. Tam ona była. Taki obraz tej kobiety w oczach mam. Potem skłębione ciała tych kobiet, to wszystko takie w bieliźnie było, bo to spało, z łóżek [zerwane], tak skłębione koło łóżek to wszystko, porąbane wszystko siekierami… No, jednym słowem, masakra straszliwa. Człowiek nie wiedział, gdzie stąpnąć, żeby w tą świętą krew nie wdeptać. I to widziałem, te wszystkie [zbrodnie] we wszystkich domach. To było chyba ze siedem [domów], trudno jest powiedzieć, jakkolwiek pięćdziesiąt osób zginęło tam. Pięćdziesiąt osób zamordowali. Jak się potem okazało, to jeden z nich [tych mieszkańców] ocalał. Gdzieś tam na strychu pod sufitem gdzieś [się schował]. Nie wiem, ale tak słyszałem, bo ja z powrotem poszedłem do Przebraża. Nie mogłem [zostać], miałem przepustkę krótką. Więc on [roz]poznał tam tych Ukraińców i tego jednego [z nich] Niemcy aresztowali. […] Sąsiad! Sąsiad Ukrainiec, w ten sposób jadem nasycony, tą straszliwą, obłędną ideologią tego Dońcowa. Tak zaszczepili [ją] w ten taki prosty, prostoduszny lud, który łatwy był do manipulacji. Bo oni tak: jak ktoś [coś] mówi, to „Prawdu każe” […]. To nie byli bandyci urodzeni, tylko z nich zrobili bandytów. […] A skąd wzięło się bestialstwo? Pierwsze, to Niemcy nauczyli, bo przecież tyle Żydów wymordować… I zaczynała to policja. Moich kuzynów w Michałówce koło Równego wymordowali tylko ci Schutzmanni. I tylko siekierami! Chociaż karabin miał, ale mieli zamiłowanie do siekier i noży. Dwie rodziny, bo i z jednej i z drugiej trochę zostało, żyją jeszcze [i] tutaj mieszkają ich potomkowie. Ale to jest jeden przykład. Tak że to okrucieństwo zostało  rozwinięte na skutek takiej znieczulicy: jak już on żydowskie dzieci mordował, to powstaje takie uczucie sadyzmu jakiegoś, to jest też jakieś nałogowe, że on syci się krwią, że on ma w tym jakąś [przyjemność] […] mordowania ludzi. I to właśnie stąd, i od tej policji – policja zaczęła mordować. Ale oni wzięli młodych chłopców, dali im karabiny i powiedzieli: „Lacha trzeba rżnąć”, i puścili takie hasło: To sehodnia budiet samostijna Ukrayina, yak Laskoj krovi budiet po kolina – wtedy będzie Ukraina, jak będzie krwi polskiej do kolan. Ja sam słyszałem, jak śpiewali te pieśni, jeszcze przed mordowaniem: Smert’, smert’, lacham smert’! […], jak Schutzmanni maszerowali. Ale myśl[ałem]: oni tak śpiewają, ale przecież tego nie zrobią. Okazało się jednak, że tak. Popa u nas zabili też, bo się upomniał [o Polaków]. Tam byli też dobrzy Ukraińcy. Na przykład tu w mieszkali moi kuzyni, których przez całą zimę ukrywał Ukrainiec, póki Rosjanie nie przyszli. Całą rodzinę w stajni pod nawozem. Wykopany był dół [i] tam cała rodzina [się ukrywała]. Na noc wychodziła tylko żeby się troszeczku przewietrzyć i z powrotem tam. On ryzykował własnym życiem –  taki ślepy Wasyl. Dobry człowiek. Oni jemu zostawili cały swój majątek, to swoją drogą, ale co jest droższe: majątek czy życie? Jednak on nie zdradził. Mógł majątek zabrać [i] zdradzić, a on tego nie zrobił.

P/w fragment wspomnień Feliksa Trusiewicza pochodzi z opracowania : " Świadectwa zbrodni wołyńskiej " dokonanego przez Katarzynę Bock-Matuszyk . Wyszukał i wstawił :B. Szarwiło