List z Kiwerc

 "Najukochańsi Rodzice!

Już sama nie wiem co robić. Wczoraj byłam w Łucku w sprawie przepustki. Gdyby miała  zapotrzebowanie z domu, to prędzej by to poszło, zresztą znów granica zamknięta.  Z soboty na niedzielę przeżyłam straszną noc. Był napad bandycki na Kiwerce. Na naszym podwórzu stały karabiny maszynowe bandytów ukraińskich. Polska noga ma tu nie pozostać. Nasze mieszkanie podziurawione jak sito. W mieszkaniu ogień się sypał. Mnie to zastało w łóżku, ale zdążyłam się zwlec na podłogę z dziećmi i na brzuchu doczołgałam się do piwnicy z dziećmi. Rano gdy wyszliśmy z piwnicy, to najpierw poszłam zobaczyć krowę i patrzyłam w lustro, czy nie jestem sina. Mieli plan usunąć straże a za nimi cały las z nożami i różnymi bandyckimi przyborami. Odparli ich jednak, ale nie na zawsze. Dookoła ognie i zbrodnia. Klepaczów, Katarzynówka i Nieborka wycięte. Nikt nie zginął od kuli, tylko w straszny sposób mordowani. Dzieci do ścian gwoździami przybijali. Widziałam te trupy, na cmentarz do Kiwerc przywieźli (wojsko niosło). Jedna masakra, to nie trupy ludzkie - tylko kupa gnoju. Dookoła pachnie. Straszne chwile przeżywamy. Ze wsiami już prawie koniec. Jedno Przebraże się broni, bo są zaopatrzeni w broń i u nich się wsie zgromadziły. Teraz na Kiwerce mają chęć.  Nie nocuję w domu. Muszę te dzieci ratować. [...] My trudno, żebyśmy się wydostali żywi, ale pomścijcie nas. Męczcie ich tak, jak oni nas męczą. Te dzieci po lochach męczone. Całowałam po główkach dzieci w piwnicy i żegnałam się z nimi na śmierć. Jestem chora - nogi się pode mną chwieją. Na 13 [lipca 1943 r.] ma być największa rzeź, koniec Polaków na Ukrainie. Może Bóg nas nie opuści. Dlaczego tam u Was nic nie robią? Dlaczego nie idziecie nam na pomoc? Nie mogę myśli skupić, ale szczęśliwa jestem, że już rano, ale i ta noc też będzie. W niedzielę przychodzili ludzie mnie oglądać, bo u mnie było najgorzej. Od Smolarni szli przeklęci. Nasza biedna policja ich odganiała. Dużo już kartek do was wysłałam. Dziś już nie piszę, bo jestem półpijana. Dookoła trupy i ofiary. Każdy Polak teraz śmierdzi trupem, chodzące żywe trupy. Może przyjdzie odpowiedź, może granicę otworzą. Może pojadę. Szkoda żeście nie przysłali zaproszenia. Ale jak nie wrócimy do was, wiedzcie kto nas zamordował i mścijcie nas do ostatniego. Dzieci są zdrowe, tylko wystraszone. Ja czasem tracę pamięć, choć jestem teraz odważna, bo wiem, że na mnie cały obowiązek, tylko tak ciężko, że jestem sama, że nikt o mnie nie myśli. Władek w Jeziorze, a nie wiem, czy długo tam wytrwa, bo Ukraińcy nawet swoich biją, którzy z Polakami trzymają.

Czytaj więcej...

Krwawa Wigilia Bożego Narodzenia 1943 r. na Hnidawie

Wtedy, jak ja byłem w Przebrażu, zbliżało się Boże Narodzenie. Już banderowców nie było prawie, bo tak: bali się Przebraża, bali się też Niem[ców], […] już tutaj partyzantka sowiecka krążyła. Bardzo dużo po lasach było partyzantów. Więc ja myślę sobie tak: to ja pójdę do dowódcy, poproszę o przepustkę do Łucka i pójdę na Wigilię do kuzynów, do Łucka. Broń zostawiłem tam u siebie, dowództwo z rozumem [powiedziało]: „To idź no”. Jeszcze ruskich nie było, ale już działa grzmiały w tym powiecie sarneńskim, który był najbardziej wysunięty do granicy. To była Wigilia Bożego Narodzenia, raniutko wyszedłem, i zaszedłem po drodze [do znajomych]. Bo jak ja pracowałem w młynie, to najpierw mieszkałem u kuzynów. A potem okazało się, że [do Łucka] uciekli moi bliscy przyjaciele, kuzyni tacy dalecy, i zamieszkali niedaleko młyna w Łucku. I ja do nich tam przynosiłem mąkę, nawet czasami u nich nocowałem. I zaszedłem teraz złożyć im życzenia świąteczne i mówię, że idę na Hnidawę do swoich kuzynów na Wigilię. To oni się [mnie] uczepili, że ja mam u nich zostać [na] Wigilię: „Jest łóżko tutaj, możesz przespać się, a jutro pójdziesz do kościoła ich spotkać i pójdziesz do nich”. No to ja zostałem. A wtedy stała się tragedia na Hnidawie. Już tu te armaty grzmiały ruskie. Już nie było słychać, żeby gdzieś były jakieś oddziały ukraińskie, bo Polaków już w terenie nie ma w ogóle, nie ma co palić. Do miast się nie zbliżali, a Hnidawa jest przedmieściem. Na Hnidawie były radiostacja i magazyny jakieś niemieckie. I tam był oddział niemiecki, który pilnował. To były dwie wieże takie radiostacyjne. Tylko nieczynna radiostacja, ale tam były budynki i tam był oddział niemiecki. Znaczy, tam Polacy czuli się bezpiecznie. Ale przyszła noc wigilijna, wszyscy zjedli kolację, każdy utrudzony po tym dniu, prawda, bo to się wszystko robi, porządkuje. Ludzie usnęli. O godzinie dwunastej zaczęło się. […] Tam było bardzo dużo uciekinierów, polskich rodzin takich biednych, wielodzietnych, powciskani jak śledzie w tych domach mieszkali, bo uciekli ze wsi. I do pierwszego domu przyszli – kilkunastu Ukraińców. Uzbrojeni […], ale przede wszystkim mieli karabiny, ale tych nie używali, żeby nie płoszyć, tylko siekiery i noże.

Czytaj więcej...

Boluś, bez ciebie i braci już by było po Hucie

 Obrona Huty Stepańskiej to wielki heroizm setek osób, walczących o życie swoje i rodzin. Rozmawiając z żyjącymi banderowcami, którzy zdobywali Hutę, pytałem: „Co zrobilibyście z Polakami, gdybyście zdołali pokonać obronę?” Zgodnie odpowiadali, że nie wiedzieli, co by się stało, czy powtórzyłaby się Janowa Dolina, Ostrówki, a może Parośla.

Niewiele brakowało, aby tak się stało, jedynie postawa kilku obrońców zdołała w krytycznym momencie uchronić Hutę przed klęską. Aby oddać im cześć, wrócę do okresu przedwojennego.

W kolonii Ładesa na początku lat 20., osiedliła się przybyła z „centrali” rodzina Tkaczyków – rodzice, córka i czterech synów. Żyli w wielkim niedostatku, podobnie jak wielu kolonistów. Biedę spotęgowała przedwczesna śmierć ojca. Najstarszy z braci, Bolesław, ożenił się z córką sąsiada Szczepkowskiego. Pozostali byli kawalerami, biedaka nikt za zięcia nie chciał. Aby przeżyć, chodzili po ludziach za pracą, której nie było. Jak się dało, to kradli, np. snopki skoszonego zboża. Straszna bieda zmuszała do walki o życie.

Jednej niedzieli dokonali w biały dzień zuchwałej kradzieży w sąsiedniej Halinówce. Wycięli śliwę pełną owoców i nieśli ją do lasu, aby oberwać. Właściciel, Stanisław Pomerański, zaalarmowany przez syna Edwarda ruszył w ślad za nimi, Kiedy rozpoznał, kim są, poszedł prosto do ich brata Bolka. Obaj czekali na powrót złodziei. Bolek rozpaczał nad postępkiem braci, żalił się na biedę i prosił o wybaczenie. Matka, wdowa, zalewała się łzami, jakich to łotrów wychowała i za co ją tak Bóg pokarał.

Kiedy wrócili, Bolek kazał im poklękać w kącie z podniesionymi rękami. Tymczasem prowadził śledztwo, a oni czując, co ich czeka, prosili o wybaczenie. Kiedy wreszcie Władysław przyznał się, że to on ścinał drzewko, Bolesław wybił go dobrze. Wtedy i Stanisław Pomerański prosił, aby im wybaczyć, bo nic się nie stało, to tylko śliwka, a ma ich więcej. Szkodę odrobili uczciwie pracując w polu, a pomiędzy rodzinami zawiązała się przyjaźń.

Czytaj więcej...

„SIEKIERĄ NAJPIERW ZABILI DZIECI, PRZED RODZICAMI”

OPOWIEŚĆ UKRAIŃCA PETRA KOŁOSKA z miasteczku STEPAŃ, rejon SARNY, WOŁYŃ

(fragment)

„Po żniwach zabrał mnie ten sam Marczuk [komendant bojówki SB OUN], żebym ja ich ze wsi Zołotałyn zawiózł do wsi Wólka, tam przyjechaliśmy do jakiegoś chutora. Podjechaliśmy do biednej chaty, z chaty wyszedł mężczyzna, kobieta i dwoje dzieci: chłopczyk i dziewczynka. Marczuk ze swoimi chłopcami zaprowadzili gospodarzy do chaty, posłyszałem krzyk, ich związali, zaprowadzili do komory rodziców i dzieci, siekierą na początek zabili dzieci przed rodzicami, a potem rodziców. W komorze w ścianach były szpary, ja zajrzałem przez szpary, co oni tam robią. Oni potem wyszli na zewnątrz i do mnie: „Co zobaczyłeś?” Marczuk każe mi spuścić spodnie, dajcie mu 20 wyciorów, dali, a teraz jedź do domu, i jak komuś powiesz, to zrobimy tobie to samo co im. Ja jakoś, leżąc, dojechałem do domu i przez miesiąc nie wychodziłem z domu, dopóki trochę rany się nie zagoiły.”

ZAMORDOWANIE KOBIETY W CIĄŻY

„Po pogromie wsi Huta we wsi Butejki zakwaterował oddział Kory. Sam Kora ulokował się na chutorze między Butejkami i Werbczem u Golonka Fedora, z nim była żona albo kochanka, jakaś bardzo ruda, i jego ochroniarze. Kora wydał rozkaz, że, gdy kogoś złapią w polskiej Hucie, to wszystkich przyprowadzać do niego. To było w żniwa, przyprowadzili ciężarną kobietę, zmusili ją do wykopania dołu i tą samą łopatą ją zabili, a wujaszek Żyrun zakopał trupa.”

„POKAŻ, JAK TRZEBA RŻNĄĆ LACHÓW”

„Na drugi dzień przyprowadzili dwóch chłopców, także ich zmusili do wykopania dołu, a przyprowadzili ich młodzi banderowcy. Kora powiedział Żyrunowi, żeby ten przyniósł kosę, ten przyniósł, i daje jednemu z tych, którzy przyprowadzili i mówi: „Masz, rżnij Lachów”.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud15.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 380 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11354980