Pokazał na nas palcem: „To Lachy”

 Gdy szliśmy doić krowy, na podwórze weszło trzech uzbrojonych banderowców po cywilnemu, z opaskami i tryzubami, i jeden Ukrainiec z naszej wioski […], który pokazał na nas palcem: „To Lachy”. […] Wówczas ci trzej kazali nam wejść do mieszkania, ponieważ, jak powiedzieli, chcą zrobić u nas rewizję. Gdy weszliśmy, od razu jeden z tych trzech kazał się mamie położyć na ziemi. Mama zaczęła prosić, żeby nas nie mordowali. Drugi powiedział do mnie, abym też się kładł. Chciałem złapać mamę za rękę, ale on odtrącił mnie kolbą. Położyłem się pierwszy, a mama dalej prosiła. Wtedy jeden z trójki dźgnął mamę w pierś bagnetem, następnie  usłyszałem cztery strzały z karabinu. Nie widziałem, kto strzelał, bo ze strachu leżałem twarzą do ziemi. Prosiłem Boga, żebym się nie męczył. Miałem twarz zakrytą rękami i w czasie strzałów nic nie czułem. Gdy Ukraińcy wyszli z domu, wstałem i wziąłem mamę za głowę. Zobaczyłem masę krwi i dziurę wielkości pięści. Ciało było jeszcze w konwulsjach. Zauważyłem też, że mam całe spodnie zakrwawione, myślałem, że to krew mamy. Wyszedłem na strych, żeby się ukryć. Słyszałem jęki sąsiada, mieszkającego 30 metrów od nas, konał na swoim podwórzu chyba z pół godziny. Nagle zobaczyłem, że z lewej nogi sika mi krew i zaczęło mi się robić słabo, a jednocześnie pomyślałem, że mogą spalić dom. Zszedłem ze strychu i gdy już byłem w korytarzu, utraciłem siły w nogach. Udało mi się jedynie wyjść z mieszkania i na drodze straciłem przytomność. […] Znalazł mnie sąsiad Ukrainiec Antoni G. i wziął do domu. Jego rodzina ukryła mnie w pokrzywach za domem i powiedziała o mnie mojemu bratu, który po napadzie też przyszedł do tego sąsiada. Brat poszedł do wioski Netreba, już w galicyjskiej części Wołynia, zorganizować transport. Poprosił Ukraińca o imieniu Jarsen, u którego miał dług wdzięczności, żeby przywiózł mnie wozem konnym.

Czytaj więcej...

12 lipca 1943 r. zaczęła się palić wioska Maria Wola

W roku 1935 wyjechaliśmy całą rodziną na wschodnie Kresy do miejscowości Osada Ułanówka powiat Włodzimierz Wołyński. […] To był 12 lipca 1943 r., tak zapisałem w swoich notatkach, godzina mogła być 16. Zaczęła się palić okoliczna wioska Maria Wola, graniczyła z Ułanówką. Poszła tam moja siostra z koleżanką Martykówną do krawcowej przymierzyć jakieś tam kostiumy. Ale już nie wróciła. […] Uciekliśmy razem z gospodarstwa: ojciec, matka, bratanek, ja i starszy brat Tadzik i brat Staszek. Uciekliśmy, na górce mieszkaliśmy, na dół w zboża. Tam żeśmy się ukryli. Ale było słychać strzały, jakieś jęki gdzieś daleko, w tych domach. I ojciec się zorientował, że to jest coś niebezpiecznego. Zarządził, że my zostajemy w zbożu, a ojciec wraca z powrotem z matką i z bratankiem. Wracają i koło Kulisza, to był Ukrainiec […]. Przechodzili takim kręgiem i naraz ktoś ich zatrzymuje. Zatrzymuje ich jeden człowiek z karabinem i obok szedł ten Kulisz. A Sikorska, sąsiadka, ukryła się w wysokich konopiach koło drogi i słyszy rozmowę. Ci bandyci kazali podnieść im ręce. Sikorska słyszy, jak ojciec mój mówi: „Pozwólcie opuścić im ręce, ja będę trzymał”. Wtedy wyprowadzili ich na górę i zaprowadzili na naszą posesję gospodarczą. A myśmy w międzyczasie wczołgali się pod niemiecki cmentarz, niedaleko, to było w okolicy domu. Naraz słyszymy krzyk ojca: „O Jezus Maria”. I chyba tak z dwa razy krzyknął i cisza. Strzału nie było. Za chwileczkę słyszymy, jakby głos ukraiński: „I dał co by ona perekynułas” [przewróciła się]. Coś takiego. I był strzał. O bratanku nie słyszeliśmy. Więc jak już był ten strzał i ojciec krzyknął, to my spod tego cmentarza niemieckiego czołgaliśmy się, żeby ewentualnie pomóc ojcu. W międzyczasie przechodzimy i jest droga, co koło Kulisza idzie.

Czytaj więcej...

Nie mogłam płakać nawet po miesiącu

Jak oszalała biegałam od domu do domu i w końcu dobiegłam do moich rodziców na kolonii. Ojciec leżał koło łóżka w bieliźnie też przybity bagnetem do podłogi, twarzą do ziemi, z narzuconym ściągniętym z łóżka siennikiem. Siostra Janina była ubrana w białą świąteczną sukienkę, uczesana z rozpuszczonymi włosami, przepasanymi niebieską wstążką, skulona leżała w pokoju pod stołem. Zginęła od strzału w serce. Nie znalazłam trupa matki. Biegałam po zabudowaniach, szukając jej. Pobiegłam dalej na kolonię do trzech ciotek, starych panien „Cyrylanek”, tak nazywanych od imienia, ich ojca Cyryla. Nie było w domu nikogo. Michalinę znaleziono później niedaleko na polu kartofli z odrąbanymi rękami i nogami. Stasię i Hanię zamordowano we wsi. W spiżarni znalazłam zmasakrowane, ze związanymi drutem kolczastym rękami zwłoki ciotki Karoliny Jedynowicz, jej syna Tadeusza i pasierbicy Józefy. Drugi jej pasierb Bronisław mieszkał z żoną i trojgiem dzieci osobno. Wyprowadzono wszystkich do stodoły i tam znalazłam nie do opisania zmasakrowane ich ciała. […] Tak biegałam przez cały dzień z dwuletnią córką na ręku od domu o domu, od rodziny do rodziny. Nie płakałam, nie mogłam płakać, tylko czułam piasek w oczach. Dopiero nad wieczorem mąż odciągnął mnie z dzieckiem do lasu koło cmentarza. Tu, kiedy było już ciemno, mąż przyprowadził moją matkę, a następnie znalazła się przy nas córka siostry mojej matki Józia, zaopiekowali się nami Ukraińcy z Wielimcza, którzy przynieśli mleko dla dziecka i jedzenie. Przez około 10 dni ukrywaliśmy się w lesie. Opiekowali się nami wciąż ci sami Ukraińcy z Wielimcza. Ukrainiec Sawłuk najpierw wziął moją matkę i Józię i przeprowadził je do Ratna, a w parę dni później drugi Ukrainiec, którego nazwiska nie znam, a tylko przezwisko „Hrymuczy Romanko”, przeprowadził mnie z dzieckiem, męża i jego stryjecznego brata również do Ratna.

Czytaj więcej...

Byłam świadkiem – Leokadia Skowrońska z domu Nowakowicz, Aleksandrówka, pow. kowelski, woj. wołyńskie

 15 lipca 1943 r. wieczorem na naszą kolonię dokonała napadu banda UPA, była godzina około 21.00. Napastnicy byli uzbrojeni w widły, noże, siekiery i broń palną. Okrążyli całą wieś i zaczęli spędzać ludzi w jedne miejsce, aby było łatwiej ich wymordować. Nasi rodzice pośpiesznie pożegnali się z nami i kazali uciekać pojedynczo. Każdemu z nas ojciec dał butelkę bimbru. Było już ciemno. Pobiegłam w kierunku pola. Wtedy padł strzał i poczułam straszny ból w stopie. Kula przeszła na wylot. Zwaliło mnie z nóg. Zaczęłam się czołgać przez zboże do miedzy. Była dość wysoka. Pod nią wydrapałam rękami jamę, w której przesiedziałam do samego rana, słuchając przeraźliwych krzyków ludzkich dochodzących ze wsi i odgłosów strzałów karabinowych. Noga coraz bardziej mnie bolała. Zrobiłam sobie sama opatrunek, a ranę zalałam dezynfekując ją bimbrem z butelki. Ziemię, która leżała obok mej jamy, rozsypałam garściami po zbożu, aby zatrzeć ślady swojej obecności. Moim jedzeniem były ziarna zboża wyłuskiwane z kłosów, a napojem małe łyki bimbru. W tym ukryciu minęło mi kilka dni. Pewnego dnia usłyszałam donośne głosy dochodzące ze wsi. Zaczęłam się czołgać w kierunku wsi. Dotarłam na podwórze sąsiadki Ukrainki Ulany i poprosiłam ją o kawałek chleba. Ta, kiedy mnie zobaczyła, to krzyknęła: „Ty polska mordo, jeszcze żyjesz?” i złapała za motykę. Ze strachu rzuciłam się do ucieczki, nie poczułam nawet bólu swej stopy. Uciekałam w przeciwnym kierunku, potem zawróciłam do swej kryjówki i tam w ukryciu leżałam i siedziałam kolejnych kilka dni. Noga mi bardzo spuchła i mocno bolała. Żywiłam się ziarnami zboża.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 635 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
11738260