Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /ksiBTX/templates/gk_magazine/lib/menu/GKBase.class.php on line 114

Warning: "continue" targeting switch is equivalent to "break". Did you mean to use "continue 2"? in /ksiBTX/templates/gk_magazine/lib/menu/GKHandheld.php on line 76
Kresowy Serwis Informacyjny - Jądro ciemności B. Huka cz. VI
Logo

Jądro ciemności B. Huka cz. VI

„Jeśli przyjąć rozumowanie zgodne z ujęciem Lucasa (C. Lucas, Znaczenie przemocy rewolucyjnej we Francji 1789–1799, tłum. M. Seńkowska-Gluck, „Kultura i Społeczeństwo” 1992, nr 1, s. 45.), to przedmiot przemocy, czyli Ukraińcy z Terki, rozstrzygnęli w myślach wołkowyjskich przywódców o „prawowitości przemocy” podczas tej  nieznanej z żadnych dokumentów narady (w mikroskali odpowiada ona konferencji nazistów w Wannsee 22 stycznia 1942 r. dotyczącej Endlosung Żydów europejskich). Swoje zdanie zapewne wypowiedział wójt Franciszek Gankiewicz. To jemu przypisuję autorstwo pomysłu przedstawienia ukraińskich niewolników wziętych w Terce jako tak zwanych zakładników. Przyjęty podczas zrekonstruowanej narady scenariusz przyszłych wydarzeń od początku zakładał mord na cywilnych Ukraińcach z Terki, a idea zakładników – możliwość ukazania go w innym świetle. Na naradzie mogło dominować myślenie w kategoriach kultury, a nie reakcji na zagrożenie życia własnego lub osób uprowadzonych przez SB OUN. O śmierci Ukraińców przesądziła rzymskokatolicka kultura polska jako podstawa takiego, a nie innego ich postrzegania.”  (s. 363 – 364)

„Ujęcie Lucasa” bardzo pasuje do „przemocy rewolucyjnej” nacjonalizmu ukraińskiego  i ma tyle wspólnego z Terką co z inwazją kosmitów. Żadne dokumenty nie potwierdzają narady, ale Huk wie, co mówił na niej Franciszek Gankiewicz.  „Rzymskokatolicka kultura” jakobinów z WOP – to klasyczne „tezy historiograficzne” Huka.   

„Żądza kresowa w świadomości Polaków konstytuowała się jako nieodwracalny mord na Ukraińcach. Dawne obrazy i schematy przyzwalające na akty krwawej wyobraźni stanęły przed możliwością materializacji, skojarzenia, oceny i w końcu decyzje zetknęły się ze światem realnym. Wyobraźnia przestała karmić się wnętrzem morderców - ofiary zostały spostrzeżone, zlokalizowane.” (s. 364)

Głębia psychoanalizy Huka nie jest w stanie objąć świadomości Ukraińców na dokonane przez nich ludobójstwo. On sam nie jest w stanie spostrzec tych ofiar i je zlokalizować, a jego wyobraźnia nawet nie zaczęła „karmić się wnętrzem morderców”.

„To straszne dzieło psychologii kulturowej na zawsze tkwiło w pamięci sprawców, lecz żaden z nich potem nigdy się nie przyznał, że ma złą przeszłość, że ktoś może zapytać o płonący dom i krzyk palonych ludzi. Polskie krematorium w Terce dymi latami, i do dziś nikt o nic nie pyta…”  (s. 364)

A jak to jest z „psychologią kulturową” sprawców ludobójstwa? Przyznali się, że mają „złą przeszłość” i „że ktoś może zapytać o płonący dom i krzyk palonych ludzi”? I dotyczy to kilku tysięcy ukraińskich krematoriów z tysiącami polskich ofiar. I dziś Huk o nic nie pyta. Czy kiedykolwiek jakiś polski historiograf napisze książkę poświęconą tragedii Polaków we wsi Huta Stara pow. Krzemieniec, gdzie w kwietniu 1943 roku (jeszcze przed „krwawą niedzielą” 11 lipca)  „ukraińscy partyzanci” zwołali zebranie Polaków w domu Jana Jastrzębskiego, a następnie spalili żywcem zgromadzonych 52 Polaków. Na terenie wsi zamordowali jeszcze kilka osób, w tym przerznęli piłą jedną z kobiet o nazwisku panieńskim Michałowska. “Niektórzy Polacy traktowali rzezie jako prześladowania religijne, a swą śmierć jako śmierć w obronie wiary. Zamordowany Jakub Łoziński powiedział: „Przyszedł czas i możność zostania męczennikiem i świętym” (Siemaszko..., s. 448). Ginęli więc wyznawcy „rzymskokatolickiego Boga”, a ich mordercami byli wyznawcy „prawosławnego Boga”. Intrygujący temat z zakresu „psychologii kulturowej”.   

„Drugi mord miał miejsce w Terce. Został tam przeniesiony z Wołkowyi w świadomości i wyobraźni dowodzących akcją oraz żołnierzy. To tylko krótka chwila gestu, to dłoń kresowca pchająca kobietę za próg domu kaźni, ręka kresowca ze zwojem drutu kolczastego, kresowe oko czuwające nad zamkniętymi drzwiami domu, palec kresowca na zawleczce granatu i spuście automatu. Dokonanie drugiego mordu, powtórzenie, wykonanie kopii mózgu i przyłożenie jej do ukraińskich mieszkańców wioski – kto wie czy to nie było bardziej skomplikowane od etycznie bezkolizyjnej drogi myślowej przebytej wcześniej przez adeptów miłości do kresów. Jednak siłą przewodnią żołnierzy polskich idących do Terki po to, by zabijać ludzi, nie była NSDAP, KPZR czy PPR, a znany im od dziecka powszedni katolicyzm polski. Jego szafarz, Kościół, stworzył kulturowe podstawy polskiej dominacji na Ukrainie i ponosi odpowiedzialność za zbrodnie popełnione na Ukraińcach.” (s. 365)

W Wołkowyi „pierwszy mord” zaistniał tylko „w świadomości i wyobraźni” Huka. Dowódca WOP czekał na powrót grupy 5 mężczyzn uprowadzonych z Terki, aby w zamian wypuścić grupę pojmanej jako zakładnicy grupę ludności ukraińskiej. Na drugi dzień okazało się, że SB OUN demonstracyjnie odrzuciło tę propozycję. Niestety, dowódca oddziału WOP nie zrezygnował z postawionego warunku i doprowadził do mordu. I zwykłym szalbierstwem jest tutaj dokonywanie pseudo-psychoanalizy o „dłoni kresowca”, „ręki kresowca” (czym różniła się od dłoni?). „kresowym oku”, „palcu kresowca” , „kopi mózgu” , co było „bardziej skomplikowane od etycznie bezkolizyjnej drogi myślowej przebytej wcześniej przez adeptów miłości do kresów” oraz „znany od dziecka katolicyzm polski”. Tak ubarwiony język tylko ośmiesza tę zbrodnię. Dlatego już tylko ze zwykłym obrzydzeniem można przyjąć typową dla Huka konkluzję, że tak naprawdę sprawcą był „szafarz. Kościół”, który „stworzył kulturowe podstawy polskiej dominacji na Ukrainie i ponosi odpowiedzialność za zbrodnie popełnione na Ukraińcach.”

Czy za takie „kulturowe podstawy” historiografii odpowiada prawosławna lub grekokatolicka Cerkiew? Znana już od dziecka.  

„Bez Terki nie ma szans zrozumienia, że elitom polskim naprawdę chodziło o ostateczne rozwiązanie „kwestii” ukraińskiej. Jedwabne także wzięło się ze wskazań Kościoła, a Żydzi musieli przebyć drogę z rynku do stodoły tak samo jak Ukraińcy musieli pójść do Terki. Żołnierzy uspokajało wyznaniowe zawieszenie etyki na kresach. Bądźcie twardzi! – to nie tylko nazistowski, ale także rzymskokatolicki slogan, bez którego utrzymanie kresów nigdy nie byłoby możliwe.” (s. 369)

Bez Terki opisanej przez Huka nie ma szans zrozumienia obecnej polityki historycznej środowisk probanderowskich w Polsce i na Ukrainie. Dla nich nie istnieje kilka tysięcy wsi takich jak Terka, gdzie wymordowana została ludność polska. Istnieje tylko Terka. Dla nich nie istnieje 450 tysięcy Żydów wymordowanych głównie rękami Ukraińskiej Policji Pomocnicze, istnieje tylko Jedwabne, chociaż z relacjami polsko-ukraińskimi nie ma nic wspólnego. Ostateczne rozwiązanie „kwestii” ukraińskiej w Polsce nie nastąpiło nawet w wyniku przesiedlenia tej ludności i lepiej jej się powodzi tutaj niż Ukraińcom na Ukrainie. Ostateczne rozwiązanie „kwestii” polskiej na Kresach nastąpił w wyniku ludobójstwa okrutnego i wysiedleń resztki ludności do Polski. Obecnie Ukraina likwiduje jakiekolwiek ślady jej sześćsetnego tam pobytu. To nie tylko nazistowski ale także grekokatolicki dogmatyzm. Czy bez niego utrzymanie Ukrainy nie byłoby możliwe?   

„Przepraszacie ciągle za stodołę w Jedwabnem, gdzie zginęli Żydzi. A przecież na Ukrainie płonęły dziesiątki stodół, w których sąsiedzi zamknęli Polaków. Dlaczego o tym milczycie? – mówiła mi Dora Kacnelson, córka rabina z Białegostoku, którą poznałam w Drohobyczu. – Kto się ma o te ofiary upomnieć?” (Maja Narbutt: „Warkoczyk zbryzgany krwią”; w: „Historia Uważam Rze” nr 4/2012)

W podrozdziale „Samobójstwo polskiej misji cywilizacyjnej na WschodzieHuk pisze:Obecne przy zabójstwie osoby cywilne to przeważnie byli miejscowi Polacy. Z nazwiska wymieniany jest terczanin Bogacki. Polacy z Terki byli obecni koło domu Zubala, ale nie więcej niż kilka osób i nie wiadomo, jak długo tam się znajdowali. Raport „Mara” informuje, że polscy cywile rozeszli się po domach, by przygotowywać się do wyjazdu, z nazwiska wymienia tylko Kazimierza Czarneckiego. Potwierdzają to materiały ze śledztwa IPN, wśród których nie można odnaleźć zeznań świadków mordu. Brak takich informacji mógł wynikać z solidarności narodowej niechętnej ujawnieniu polskiego sprawstwa.” (s. 379) 

Prowidnyk nadrejonu „Beskyd” Stepan Goliasz „Mar” „informuje, że polscy cywile rozeszli się po domach, by przygotowywać się do wyjazdu”, i na podstawie tej informacji Huk wyciąga wniosek, że „brak takich informacji mógł wynikać z solidarności narodowej niechętnej ujawnieniu polskiego sprawstwa.”. Byli więc przy zabójstwie, chociaż wcześniej rozeszli się do domów? Gdzie tu sens, gdzie logika? - można by zapytać. Ale na takiej „logice” oparta jest cała historiografia wg Huka. 

„Żołnierze polscy – nie z własnej woli spadkobiercy, ale z własnej woli wykonawcy kolonialnego mordu rzymskokatolickiego jako części polskiej misji cywilizacyjnej na Wschodzie – zabijali Ukraińców po nazistowsku: zmuszali cywilów, by kopali doły, potem ich zabijali, ciała wrzucani do dołów lub żywcem palili w podpalanych przez siebie domach.” (s. 382)

Prowidnyk nadrejonu „Beskyd” Stepan Goliasz „Mar” w raporcie pisał: „Potem rozkazali im kopać grób dla siebie. Starcy byli bici, wykopali dół, a kaci rozkazali dwóm starcom położyć się w nim i tam ich zastrzelili. Trzeci, najstarszy, musiał ich zasypać ziemią. Po wypełnieniu grobu jeden z bandytów serią z automatu zabił trzeciego starca, a ciało pozostawił na zbiorowym grobie. Na cmentarzu zabici zostali: 1. Djak Matij, lat 60; 2. Chomy Mikołaj, lat 55: 3. Ostasz Michał, lat 79”.

A jak to było z „zabijaniem po nazistowsku” Polaków przez ukraińską prawosławną i grekokatolicką „misję cywilizacyjną”? Kilka przykładów wybranych spośród kilku tysięcy dowodów tejże działalności „ukraińskich powstańców”: 

„Potworność zbrodni, którą charakteryzuje tak wysoka liczba zamordowanych dzieci, jest powiększona okrucieństwem w sposobach zadawania śmierci niewinnym i bezbronnym, dopiero zaczynającym życie, istotom ludzkim. Oto kilka przykładów z Wołynia: we wsi Sytnica (pow. Łuck) dwoje dzieci Władysława i Janiny Hulkiewiczów, jedno sześcioletnie, drugie sześciomiesięczne, banderowcy żywcem zakopali; w osadzie leśnej Małuszka (pow. Kostopol) 13-letniemu Stasiowi Wojciechowskiemu zadano 19 ran kłutych i duszono go sznurkiem; we wsi Zamlicze (pow. Horochów) pięcioro dzieci Usarskich porąbano siekierami, niemowlęciu połamano wszystkie kosteczki i gnojem zatkano usta; w Wiśniowcu Nowym (pow. Krzemieniec) dziecko-noworodek Antoniego i Feli Kozakowskich zostało rozbite o ścianę domu (ten sposób zabijania małych dzieci był bardzo częsty); we wsi Swinarzyn (pow. Kowel) paroletni synek Lipskich został przybity do stołu za język, a pozostałe rodzeństwo zostało wrzucone do studni; w kolonii Czmykos Janince Kotas, lat 12, znajomy Ukrainiec ze wsi Czmykos odrąbał nogi w połowie łydek, zmarła z wykrwawienia w rowie przysypana cienką warstwą ziemi.” (Ewa Siemaszko: Piekło polskich dzieci; w: „Historia Uważam Rze”, nr 1/2012 ) 

„Około 12 V 1943 r. sotnia bulbowców otoczyła zamieszkaną przez Polaków kolonię Wielka Hłusza, leżącą około 25 km na północ od Kamienia Koszyrskiego. Mieszkańców, w liczbie 15 osób dorosłych i kilkoro dzieci, zgromadzono w zabudowaniach Pileckiego i Łukaszewicza, po czym w obecności sterroryzowanych mężczyzn zgwałcono wszystkie niewiasty, a następnie wszystkim nie wyłączając dzieci, wyłupano oczy, obcięto języki, kobietom piersi, a mężczyznom genitalia, po czym zabudowania wraz ze znajdującymi się w środku okaleczonymi spalono” (Janusz Niewolański: „W poszukiwaniu zagubionych „Żurawi Ibykusa”; w: Kresowy Serwis Informacyjny nr 7/2013).

„Tego ranka kiedy był pogrom ludności polskiej na Teresinie, wstałam raniutko i wyszłam pogonić krowy na pastwisko pod niedalekim lasem, przez drogę tylko około 50 m. Gdy znalazłam się już w lesie, nagle usłyszałam straszny pisk małych dzieci, dochodzący z naszego domu. Przestraszyłam się bardzo, od razu chciałam gonić na pomoc, ale nie miałam odwagi tam iść, dlatego przykucnęłam na brzegu lasu i ukryta pod krzakiem obserwowałam, co się takiego dzieje, wkoło naszego domu. A ponieważ odległość, była bardzo mała, wszystko widziałam bardzo dokładnie, niemal jak na dłoni, słyszałam także wyraźnie rozmowy i padające słowa. Tak więc na sampierw zobaczyłam, że Ukraińcy uzbrojeni w siekiery, widły i szpadle, wypędzają z naszego domu mojego męża i dzieci. Następnie Staszka wrzucili na wóz dosłownie jak psa, natomiast moje troje dzieci brutalnie wrzucili do jamy po kartoflach, która znajdowała się w obrębie podwórka, niedaleko naszego domu. Moje kochane dzieci były żywe i przytomne, kiedy ci barbarzyńcy zaczęli zasypywać je ziemią. Słyszałam ich dramatyczne krzyki i piski oraz głośne, dotykające najgłębiej, jak można sobie chyba, po ludzki wyobrazić wołanie: „Mamo ratuj! Mamo ratuj!” . O Boże! Ich głosy słyszałam jeszcze przez chwilę, nawet wtedy, gdy były już całkowicie zasypane ziemią. Nie da się opisać w najmniejszym stopniu, co ja w tym momencie przeżywałam, a sama do końca, nigdy chyba nie poznam wielkości tego miecza, który w tym momencie przebił mi serce. Nikomu, naprawdę nikomu nie życzę, doznawać w swoim życiu, podobnego doświadczenia”. (Stanisława Gdyra; w: http://niepoprawni.pl/).

"Lokalny komendant UPA Jurij Stelmaszczuk tak później opisywał przebieg przeprowadzonej przez siebie operacji: Robiliśmy to w następujący sposób: po spędzeniu całej ludności polskiej w jedno miejsce okrążaliśmy ją i rozpoczynaliśmy rzeź. Kiedy już nie pozostał ani jeden żywy człowiek, kopaliśmy wielkie doły, wrzucaliśmy tam wszystkie trupy, zasypywaliśmy ziemią oaz, żeby ukryć ślady tego straszliwego grobu, paliliśmy na nim wielkie ogniska i szliśmy dalej. Tak przechodziliśmy od wsi do wsi [...]. Całe bydło, wartościowe rzeczy, mienie i żywność zbieraliśmy, a budynki i inne mienie paliliśmy." (Wyciąg z protokołu przesłuchania Jurija Stelmaszczuka z 28 lutego 1945 ; w "Polacy i Ukraińcy..." str. 443). 
Tak te zdarzenia przedstawiał natomiast jeden z partyzantów Stepan Redesza: „Okrążyliśmy 5 polskich wsi i w ciągu nocy i następnego dnia spaliliśmy te wsie, a wszystkich mieszkańców starych i młodych wyrżnęliśmy - w sumie ponad dwa tysiące osób. [...] Wielu Polaków -wrzucaliśmy żywcem do studni, a następnie dobijaliśmy ich, strzelając z broni palnej. Pozostałych kłuliśmy bagnetami, zabijaliśmy siekierami i rozstrzeliwaliśmy. To wszytko robiliśmy pod hasłem "morduj polską szlachtę, która napływa na ukraińskie ziemie." ("Polacy i Ukraińcy..." str. 414-415). 

9 listopada 1943 roku w miasteczku Lubieszów pow. Kamień Koszyrski upowcy: „Wkroczywszy do Lubieszowa pod wieczór, spędzili mieszkańców polskiej narodowości (183 ludzi) do chaty Buttmana, która stała naprzeciwko obecnego wojskowego komisariatu, jakoby na zebranie. Następnie rozpoczęli swoje kainowe dzieło: ze wszystkich stron podpalili dom i czekali na tego, kto żywy wyrwie się z tej trąby powietrznej, aby dobić ofiarę i wrzucić ją z powrotem w ogień. Mieszkańcy Lubieszowa wspominają, jak pewna pięknisia z długimi włosami błagała o ratunek swego narzeczonego, członka bandy, a ten wyciągnął z pochwy szablę i pod ogólny rechot zabójców jednym ciosem oddzielił głowę dziewczyny od ciała” („Lubeszywszczyna”, ukraińska książka wydana w 1996 roku, s. 93 - 94; za: Zbigniew Małyszycki: „Potknięcia prof. Pawła Wieczorkiewicza”; w: „Myśl Polska” z 26 października 2008).

W rozdziale trzecim: „Wojna tekstów”, w podrozdziale  „Terka incognita” Huk wymieniając publikacje dotyczące Terki do 2010 roku stwierdza: Żaden z tych tekstów nie uznał wydarzeń w Terce za ludobójstwo. We wszystkich zastosowano zabieg neutralizacji narodowej i poznawczej, interpretując mord wyłącznie jako polską obronę przed groźnym obcym żywiołem” (s.391)

Czyli według Huka na Wołyniu w 1943 roku był „bunt chłopski” przeciwko „polskim panom” (dwór/kościół), natomiast mord w Terce należy uznać za ludobójstwo. Bazując na tej logice mordy dokonane przez terrorystów z OUN na kilkunastu Polakach w okresie międzywojennym należy uznać za większą zbrodnię od Hołodomoru.

W podrozdziale „Kultura przyzwolenia na zabijanie” Huk bynajmniej nie pisze o integralnym nacjonalizmie ukraińskim i „dekalogu ukraińskiego nacjonalisty”. Nie pisze o „kulturze prawosławno-grekokatolickiej” z obrzędami „religijnymi” sypania kopców symbolizujących pogrzeb Polski, święcenia noży, kos i bagnetów w cerkwiach, ani o kazaniach popów z przypowieścią o kąkolu. Pisze: „Żaden z przesłuchanych 41 byłych żołnierzy polskich nie bał się zeznawać. Nie przypuszczali, aby za cokolwiek, czego się dopuścili nie w ramach eliminacji, a tak zwanych „walk z UPA”, mogła ich spotkać kara w państwie i społeczeństwie polskim. Zresztą Kościół nie potępił żadnego mordu na Ukraińcach (transakcja w postaci przyzwolenia Kościoła dla swych członków na zbrodnie na Obcych w zamian za sankcjonowanie ich bycia Polakami potrzebuje odrębnej analizy). Prawdopodobnie żaden z zabójców nie poszedł w 1946 r. ani później do spowiedzi. W gruncie rzeczy nie mógł tego uczynić, ponieważ spowiedź negowałaby misję Kościoła na kresach ukazywaną jako działanie dobre dla narodu polskiego.” (s. 393)

Zastanawiają te perseweracje myślowe ujawniające nienawiść do Kościoła katolickiego, jakby były zaczerpnięte z bolszewickiego pisemka Bezbożnik. Żołnierz wykonywał rozkazy i poza nimi nikt nie wie o ich wewnętrznych rozterkach i czy wpływ na nie miało wcześniejsze bestialskie wymordowanie przez banderowców ich rodzin (część z nich pochodzących z Kresów przeżyło tę tragedię) oraz prawie codzienny widok pomordowanych Polaków. A także bezpośrednie ciągłe zagrożenie własnego życia. Prawdopodobnie część żołnierzy poszła do spowiedzi. A analizę „transakcji w postaci przyzwolenia Kościoła” Huk prowadzi od pierwszych stron swojej książki, tyle, że nie ona nic wspólnego z nauką.  

„Co doprowadzało byłych żołnierzy polskich do takiego otępienia, że pół wieku później nie odróżniali ukraińskich cywili, zwykłych chłopów z wiosek, od uzbrojonych żołnierzy UPA, nawet jeśli tych ostatnich uznawali za bandytów? W ich zeznaniach nie padło ani jedno imię Ukraińca. Dlaczego z żadnym nie nawiązali znajomości? Jaka niewidoczna bariera oddzielała ich od Ukraińców z Terki? Dlaczego zachowali wobec nich sterylną odległość?” (s. 394)

Do ofiar przyznawali się natomiast banderowcy.

7 lipca 1941 roku we wsi Skorodyńce pow. Czortków zamordowali 8 Polaków. “Do Stefana doskoczyło z dziesięciu banderowców i pociągnęło za sobą Stefana, a Bojczuk, jak się później okazało – zabił Stefana. Wcześniej zabrano go do stodoły Dobrusznoho i tam torturowano. Odcięto mu koniec nosa, górną wargę, uszy i przyrodzenie. Tego zbrodniczego czynu dokonali byli koledzy szkolni Stefana, z którymi żył w zgodzie, razem bawili się i uczyli. Miał szansę na ucieczkę, ale z niej nie skorzystał, bo czuł się niewinny i nie spodziewał się, że to mogą uczynić jego koledzy. Zabitego Stefana zaniesiono na drabinie i wrzucono do Seretu. Po dwu tygodniach ciało wypłynęło, akurat na wprost naszego pola. /.../ Antoni Suchorolski, ten który zabrał Stefana Sitko z domu, prawdopodobnie przedostał się do Kanady i tam mieszka. Nasz sąsiad Hryńko Harbuz, który był również banderowcem, tez przedostał się do Kanady. Inny banderowiec z Kosowa o nazwisku Jakiw, również banderowiec, uciekł do USA” (Antonina Sitko; w: Komański..., s. 706).

Janina Kalinowska opowiada: „Wtedy też od pewnej Ukrainki dowiedziałam się, w jaki sposób zginęli moi rodzice. Z jej relacji wynikało, iż ponieważ padał deszcz, rodzice wstąpili do ich domu, żeby się ogrzać i osuszyć. Była to duża wieś ukraińska Ośmigowicze, w której stacjonowało banderowskie zgrupowanie. Potem do ich mieszkania przyszedł Ukrainiec o przezwisku Manin Hnat, który znał moich rodziców. Był z bronią i kazał mojemu ojcu zaprząc konia. Wywiózł ich niedaleko na bagna. Kiedy wykopali dół, mama prosiła, żeby ich nie zabijał, a jeśli już, to ją najpierw, żeby nie widziała śmierci dzieci. Potem uklękli, modlili się, a on ich zastrzelił.”

„Ojciec w pamięci przechowuje słowa głównego dowodzącego mordem Ukraińca skierowane na wstępie: ”Panie Biernacki „wy były dobryj czołowik – budemo was pomału rizaty” słowa i opis tej zbrodni powtarzał wokół wszystkim do końca swoich dni, a towarzyszące mu emocje zawsze kończyły się rozstrojem nerwowym. Jeszcze tego popołudnia Ukraińcy wywieźli potwornie zmasakrowane szczątki pomordowanych i w niewiadomym dotąd miejscu zakopali 14 osób w zbiorowej mogile.” (Franciszek Kołakowski)

W II połowie lutego 1943 roku w majątku Netreba pow. Sarny właściciel majątku Czeszejko-Sochacki grał w karty z dwoma znajomymi Ukraińcami. Po skończonej grze Ukraińcy wstali i powiedzieli, że przyszły takie czasy, że będą musieli go zamordować. Czeszejko-Sochacki uznał to za żart i roześmiał się, zaś goście przystąpili do „dzieła”. Zamordowali Czeszejkę-Sochackiego, jego żonę (oboje lat 50 – 60), oraz ich 15-letniego syna. Uratował się 12-letni syn, który schował się pod piecem i potem uciekł do kolonii Sunia.

„Otóż naszych dziadków: Józefa i Jadwigę Jezierskich, prababkę Ulanowską oraz stryja Gienka, jego żonę i dwoje nieletnich dzieci zamordowali sąsiedzi Ukraińcy. Przewodził im Ukrainiec Klim Matwiejczuk, sąsiad ze Starego Porycka. W domu dziadków była jeszcze rodzina żony stryja. Był tam dziadek i babka Zembrzyscy oraz ich starsza córka z dwojgiem dzieci w wieku 12-14 lat, i była tam jeszcze młodsza siostra stryjenki. Czyli razem w domu było 13 osób. Wszyscy zostali zamordowani na podwórku, a dzieci utopiono w studni. Stryj Gienek, ranny, z żoną próbował uciekać, upowcy dogonili ich na wale pomiędzy jeziorem a stawami i tam dobili. Dom został spalony, a ich cały dobytek zabrał główny morderca Matwiejczuk.” (Ryszard Jezierski: HISTORIA RODZINY JEZIERSKICH Z PORYCKA ' w: „Nad Odrą” , nr 6 – 8/ 2012). 

Z jego relacji, a także jego syna wiem, że w mordzie na rodzinie dziadków uczestniczyli: Władysław Prociuk, Matwiej Romaniuk i Petro Horbaczewski. Romaniuk był sąsiadem dziadków, znającym ich bardzo dobrze. Przyjechali oni furmanką rano. Podwiózł ich Grigorka Kuzibroda. Dziadek właśnie zaprzągł konie. Zaprowadzili go do pokoju i kazali się położyć na podłodze. Babci, która wstała w koszuli też kazali to uczynić, tyle, że po drugiej stronie łóżka. Weronika, widząc co się święci, usiłowała uciec, ale jak już mówiłem została przez jednego z oprawców przyciągnięta. Dziadka zbrodniarze najpierw zastrzelili. Babcię zabili siekierą, podobnie Weronikę. Mordowali ich uderzeniami w plecy, rąbiąc na kawałki. Dziadka po zastrzeleniu oprawca nie porąbał, ale obuchem siekiery wbił mu dosłownie głowę do płuc. Kiedy obróciliśmy dziadka na plecy, by wynieść na podwórko, żeby pochować i wziąłem go pod pachy, a Tadziu Nowicki za nogi, to mózg dziadka z krwią chlusnął mi na pierś. Było gorąco i krew nie zastygła. Coś jej jeszcze w dziadku zostało mimo, iż niemal cała podłoga pokoju była nią zalana, a do jego ścian były przylepione kawałki kości i mózgu, które rozprysły się we wszystkie strony, gdy bandyta walił w głowę siekierą.

http://www.fronda.pl/blogi/prawda-o-nobliscie/zbrodnia-w-chrynowie,37652.html

W miasteczku Barysz pow. Buczacz,1 stycznia 1944 r. „W nocnym napadzie na dom Józefa Warchala, zamordowano jego szwagra Michała Wiśniewskiego, dokonując potwornych okaleczeń. Zwłoki zabrali ze sobą, jadąc w kierunku zagrody Czernieckich (albo Czerniawskich). Tu, pierwszą ofiarą była córka Anna – narzeczona partyzanta AK Pawła Majkowskiego. Jej rodziców i brata zastrzelono, a twarze pocięto siekierą. Jeszcze tej samej nocy dokonali napadu na dom Macieja Warchała, któremu, jak Michałowi Wiśniewskiemu, wycięto język, genitalia i wykłuto oczy. Na szyję założyli sznur, przywiązali do sań i wlekli ciało po śniegu. Z rodziny Czernieckich (Czerniawskich) ocalały 4 osoby: 12-letnia córka Frania, zamężna córka z maleńkim dzieckiem i jej mąż Fryderyk, któremu udało się uciec przez okno. Zwłoki wymienionych ofiar znaleziono na polu przed wsią Wierzbiatyn przykryte obornikiem. W morderstwie tych osób brali udział banderowcy: Stepan Duhlej, Wasyl Czeremszynśkij, Michajło Kałyniuk, Michajło Krywinśkij, Mykoła Klocko, Izydor Łachowśkij i kilku innych. Rozpoznała ich ocalała córka.” (Irena Kotowicz: Krwawe kalendarium wydarzeń w BARYSZU, pow. Buczacz, woj. tarnopolskie; w: www.wbc.poznan.pl/Content/8333/Biuletyn%20nr63%202004.03.pdf ).

„W przypadku Ukraińców doszedł do głosu pielęgnowany przez Kościół polski fantazmat prawosławny. Wopiści w czasie wypędzania i całopalenia w Terce usuwali ze świętego ciała narodu polskiego groźne obce członki, gdyż ćwiczona przez stulecia „obcość i obojętność zawęziła horyzont postrzegania. To, co powinno być przedmiotem krytyki, oburzenia, odrazy, smutku, a nawet traumy, zostało wyłączone i wyrzucone ze świadomości. W zamian, najpierw za zgodę na zabijanie Ukraińców, a potem za zapomnienie, Kościół polski oferował mordercom swój sterylnie biały opłatek.” (s. 396)

Zastanawiają te perseweracje myślowe ujawniające nienawiść do Kościoła katolickiego, jakby były zaczerpnięte z bolszewickiego pisemka ateistów Bezbożnik. Niestety, Cerkiew prawosławna i grekokatolicka oferowały ukraińskim ludobójcom swój brudny czarny opłatek. „To, co powinno być przedmiotem krytyki, oburzenia, odrazy, smutku, a nawet traumy, zostało wyłączone i wyrzucone ze świadomości.”

„Rzymski katolicyzm był kulturowo najważniejszą wspólną cechą żołnierzy polskich biorących udział w eliminowaniu Ukraińców w Rzeczypospolitej Polskiej w latach 1944–1947. Wpływ tego wyznania narodowego był większy niż wpływ religii na żołnierzy armii innych ówczesnych państw programowo ateistycznych. Można skorelować go z postawą hierarchii Kościoła rzymskokatolickiego w Polsce w latach 1944–1947 wobec Ukraińców – jest ona znana z milczącego zobowiązania żołnierzy i innych wiernych do odpowiednich poczynań. Sytuacja ukraińska, widziana przez pryzmat stanowiska hierarchii i duchowieństwa rzymskokatolickiego, jest powieleniem sytuacji już raz wśród nich zaistniałej – żydowskiej”. (s. 396 – 397)

Zastanawiają te perseweracje myślowe ujawniające nienawiść do Kościoła katolickiego, jakby były zaczerpnięte z bolszewickiego pisemka ateistów Bezbożnik. Wpływ Cerkwi był większy niż wpływ religii na żołnierzy armii innych ówczesnych państw programowo ateistycznych. Można skorelować go z postawą hierarchii Cerkwi prawosławnej i grekokatolickiej na Kresach, Chełmszczyźnie  i Podkarpaciu w latach 1939–1947 wobec Polaków – jest ona znana z milczącego zobowiązania banderowców i innych wiernych do odpowiednich poczynań. Sytuacja polska, widziana przez pryzmat stanowiska hierarchii i duchowieństwa Cerkwi, jest powieleniem sytuacji już raz wśród nich zaistniałej – żydowskiej.

„Służba żołnierzy polskich na kresach przebiegała pod znakiem spełniania się rzymskokatolickiego projektu Polski. W obliczu tego potężnego przekazu trudno było im zadawać sobie pytania o etykę swych czynów – byli raczej przekonani, że właśnie docierają do krańca jednej i początku następnej epoki w dziejach swojej świętej katolickiej ojczyzny. Na ich oczach okolica Wołkowyi zmieniała swój wygląd z niepotrzebnie wielonarodowej na jednonarodową, polską/ czysto rzymskokatolicką. Niektórzy mogli uważać się za świadków wypełnienia się polskiego telosu wykreowanego przez rzymski katolicyzm.” (s. 397)

Zastanawiają te perseweracje myślowe ujawniające nienawiść do Kościoła katolickiego, jakby były zaczerpnięte z bolszewickiego pisemka ateistów Bezbożnik. Służba ludobójców z OUN i UPA  na kresach przebiegała pod znakiem spełniania się ukraińskiego nacjonalizmu integralnego projektu Sobornej Ukrainy. W obliczu tego potężnego przekazu trudno było im zadawać sobie pytania o etykę swych czynów – byli raczej przekonani, że właśnie docierają do krańca jednej i początku następnej epoki w dziejach swojej świętej faszystowsko-banderowskiej ojczyzny. Na ich oczach Ukraina zmieniała swój wygląd z niepotrzebnie wielonarodowej na jednonarodową, „czystą jak szklanka wody”.  Niektórzy mogli uważać się za świadków wypełnienia się ukraińskiego telosu wykreowanego przez Cerkiew i OUN – UPA. 

„Przemoc dokonywana w imię pokoju, zarówno w wersji rzymskokatolickiej, jak i komunistycznej, wypływała z emocji rzymskiego katolicyzmu i znajdowała w nich ujście. Ofiara z Ukraińców nie obciążała sumienia żołnierzy, ukształtowanego przez Kościół, będący na Ukrainie zachętą do zabijania i gwarancją zapomnienia o zbrodni w ramach kontroli nad społeczeństwem i kulturą polską.” (s. 397 - 398)

Zastanawiają te perseweracje myślowe ujawniające nienawiść do Kościoła katolickiego, jakby były zaczerpnięte z bolszewickiego pisemka ateistów Bezbożnik. Przemoc dokonywana w imię pokoju, zarówno w wersji Cerkwi, jak i komunistycznej, wypływała z emocji prawosławia i grekokatolicyzmu i znajdowała w nich ujście. Ofiara z Polaków nie obciążała sumienia ukraińskich nacjonalistów, ukształtowanego przez Cerkiew, będący na Kresach zachętą do zabijania i gwarancją zapomnienia o zbrodni w ramach kontroli nad społeczeństwem i kulturą ukraińską.

„Dowódcy także byli rzymskimi katolikami z katolickiej Polski wyobrażonej. Żołnierze brali udział w nabożeństwach odprawianych przez ks. Gołdasza. Religijny rzymskokatolicki fragment rzeczywistości był tym, który kulturowo decydująco wpłynął na ich rozumienie świata, w tym na rozkazy wykonywane po każdej mszy świętej, która na kresach była pieśnią o przyzwoleniu na zabijanie innego człowieka. Element religijny, ukazywany przez wieki jako polskość sama w sobie, wzmacniał żołnierskie morale, a na pewno nie osłabiał motywacji. Nie ma najmniejszego dowodu na to, aby czynnik religijny wpłynął na powstrzymanie się chociażby jednego żołnierza od udziału w akcji w Terce.” (s. 398)

Zastanawiają te perseweracje myślowe ujawniające nienawiść do Kościoła katolickiego, jakby były zaczerpnięte z bolszewickiego pisemka ateistów Bezbożnik. Dowódcy OUN-UPA byli głównie grekokatolikami z grekokatolickiej Ukrainy wyobrażonej. Banderowcy brali udział w nabożeństwach odprawianych przez popów. Religijny prawosławny i grekokatolicki fragment rzeczywistości był tym, który kulturowo decydująco wpłynął na ich rozumienie świata, w tym na rozkazy wykonywane po każdej mszy świętej, która na kresach była pieśnią o zachęcie i przyzwoleniu na zabijanie innego człowieka. Element religijny, ukazywany przez wieki jako ukraińskość sama w sobie, wzmacniał rusińskie/ukraińskie morale, a na pewno nie osłabiał motywacji. Nie ma najmniejszego dowodu na to, aby czynnik religijny wpłynął na powstrzymanie się chociażby jednego banderowca żołnierza od udziału w akcji ludobójstwa.

W podrozdziale „IPN jako producent prawdy” Huk pisze: „Dziś w Rzeczpospolitej Polskiej nikt nie strzela do Ukraińców z karabinów – podstawową bronią jest katolicka kultura narodowa”. (s. 402)

Dziś na Ukrainie nikt nie używa siekier i noży do zabijania Polaków, podstawową bronią jest grekokatolicka kultura narodowa, w tym negowanie ludobójstwa i święcenie pomników okrutnych zbrodniarzy z Banderą, Szuchewyczem i „Kłymem Sawurem” na czele.   

„Spod Wołkowyi mord wrócił i drzemie tam, gdzie został skonstruowany: w piśmie duchowieństwa i elit polskich. Ogniwem łączącym Kościół, naród i państwo w sferze historii i pamięci jest powołany uchwałą parlamentu RP z 18 grudnia 1998 r. Instytut Pamięci Narodowej. Instytucja ta praktykuje zawłaszczenie historii przez państwo. IPN to producent i dostawca prawdy, producent i kontroler pamięci, którego działalność jest ubezpieczana przez fakt istnienia Rzeczypospolitej Polskiej. Rzymskokatolickie zapośredniczenie umocowania IPN w państwie, kulturze i społeczeństwie automatycznie wpływa na jego zadania w sferze preparowania pokojowego sensu polskiej obecności na Ukrainie i wobec Ukraińców. Jednak ukraińska historia IPN daje podstawy do wniosku odwrotnego: ta instytucja kształtuje napięcie kulturowe pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Źródłowo IPN apeluje do rzymskokatolickiej i narodowodemokratycznej spuścizny współczesnego państwa polskiego. (s. 402 – 403)

Ludobójstwo wróciło i drzemie tam, gdzie zostało skonstruowane, w piśmie duchowieństwa i elit ukraińskich. Ogniwem łączącym Cerkiew, naród i państwo w sferze historii i pamięci jest powołany przez rząd Ukrainy 31 maja 2006 roku. 17 grudnia 2019 roku nowym szefem U-ukraińskiego IPN został Anton Drobowycz.

Drobowycz szefem ukraińskiego IPN został 17 grudnia 2019 roku. Na stanowisku zastąpił Wołodymira Wiatrowycza, który wydarzenia nazwane przez polski Sejm ludobójstwem na ludność II RP dokonanym przez ukraińskich nacjonalistów, nazywał „wojną polsko-ukraińską”. Z kolei Drobowycz nie chce mówić ani o ludobójstwie ani o wojnie polsko-ukraińskiej, lecz o poszczególnych przypadkach zbrodni na ludności cywilnych popełnianych przez Polaków i Ukraińców, dodając, że „nie należy dążyć do konkurowania o liczbę ofiar”. Powiedział: „Mowa o ludobójstwie dokonanym przez Ukraińców na Polakach to nieporozumienie. […] Należy ocenić poszczególne akty przemocy, jeśli uznamy, że jest tendencja sumaryczna, to można będzie je wspólnie oceniać. Jeśli dojdziemy do wniosku, że ukraińskie oddziały dokonywały ataków na Polaków, a potem miały miejsce działania realizowane przez stronę polską wobec ludności ukraińskiej – i w obu wypadkach miały miejsce ataki na ludność cywilną, to należy zidentyfikować winnych i ofiary po obu stronach. Nie może być tak, że zbrodnie popełniały obie strony, a winna jest tylko jedna. Powinna istnieć równowaga, bazująca na naukowych faktach i powadze do ludzkiej godności”. Instytucja ta praktykuje zawłaszczenie historii przez państwo. UIPN to producent i dostawca prawdy, producent i kontroler pamięci, którego działalność jest ubezpieczana przez fakt istnienia Ukrainy. Grekokatolickie zapośredniczenie umocowania UIPN w państwie, kulturze i społeczeństwie automatycznie wpływa na jego zadania w sferze preparowania pokojowego sensu ukraińskiej obecności na Ukrainie i wobec Polaków. Jednak ukraińska historia UIPN daje podstawy do wniosku odwrotnego: ta instytucja kształtuje napięcie kulturowe pomiędzy Polakami a Ukraińcami. Źródłowo UIPN apeluje grekokatolickiej i banderowskiej spuścizny współczesnego państwa ukraińskiego.

„Po siedmiu latach od złożenia 26 marca 1998 r. przez Zarząd Główny Związku Ukraińców w Polsce wniosku o wszczęcie dochodzenia w sprawie okoliczności oraz sprawców mordu zbiorowego w Terce Marian Papiernik, prokurator Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu IPN w Rzeszowie, zakończył pracę. Zwieńczyło ją postanowienie z 25 października 2005 r. o umorzeniu śledztwa. Nikt z przełożonych nie zwrócił uwagi na to, że prokurator wykazał się rażącą stronniczością narodową, a także przymusem ustąpienia kompetencji zawodowych wobec wyższych racji. Funkcjonowanie w systemie instytucji państwowej zajmującej się nadzorem nad historią, a także ujęte w narodowe karby myślenie indywidualne spowodowały to, że prokurator Papiernik nie mógł stworzyć krytycznego i narodowo niezaangażowanego obrazu wydarzeń terczańskich. Gdyby postąpił inaczej i przeprowadził rzetelne śledztwo, musiałby wyciągać inne wnioski i konsekwencje niż te, które przedstawił w postanowieniu. Jednak takie podejście postawiłoby prokuratora poza Kościołem, państwem narodowym i narodem.” (s. 404)

Jakie miał oczekiwania Zarząd Główny Związku Ukraińców w Polsce? Jakie powinien „wyciągać inne wnioski i konsekwencje”?

IPN Rzeszów (S 99/07/Zk) prowadziło m.in. śledztwa w sprawie: zbrodni komunistycznej polegającej na stosowaniu represji w postaci przemocy przez żołnierzy Wojska Polskiego w maju 1947 r. w Wisłoku Wielkim woj. podkarpackiego wobec Pawła K. poprzez zadanie uderzeń korbą samochodu w plecy; zbrodni komunistycznej polegającej na stosowaniu represji w postaci przemocy przez żołnierzy Wojska Polskiego w maju 1947 r. w Wisłoku Wielkim woj. podkarpackiego wobec Andrzeja K. poprzez bicie i szarpanie w brodę; zbrodni komunistycznej polegającej na stosowaniu represji w postaci przemocy przez żołnierzy Wojska Polskiego w maju 1947 r. w Wisłoku Wielkim woj. podkarpackiego wobec Jana M. poprzez ukłucie bagnetem w palec; zbrodni komunistycznej polegającej na stosowaniu represji w postaci przemocy przez żołnierzy Wojska Polskiego w maju 1947 r. w Wisłoku Wielkim woj. podkarpackiego wobec Katarzyny M. poprzez zagrożenie użycia broni. Prokurator stwierdził, że brak jest dowodów na przyjęcie tezy, iż czyny te były formą represji lub innych form naruszania praw człowieka wobec ludności ukraińskiej, a tym samym aby wyczerpywały znamiona zbrodni komunistycznej. Prokurator stwierdził także, że zgromadzony materiał dowodowy nie daje podstaw do przyjęcia, aby zdarzenia te nosiły znamiona zbrodni przeciwko ludzkości.

Co o takich śledztwach „zbrodni” mogą myśleć rodziny polskich ofiar?

„Prok. Lilianna Ciepłoch z wrocławskiego pionu śledczego IPN wskazuje jeszcze na jedną istotną przyczynę umorzenia. Chodzi o brak umów z Ukrainą, które by umożliwiły ściganie sprawców. - Brak stosownych umów w obrocie prawnym z Ukrainą pozwalających na ściganie i ukaranie sprawców tych zbrodni w przypadku ich ustalenia.  /.../  W przypadku archiwów znajdujących się na terenie Ukrainy prokuratorzy napotykają trudności, ponieważ udostępnia się im mało wartościowe dokumenty. W śledztwie w sprawie zbrodni na terenie powiatu Buczacz (Tarnopolskie) co prawda „Dyrekcja Archiwum Służby Bezpieczeństwa we Lwowie wyraziła zgodę na zapoznanie się z dostępnym materiałem dotyczącym spraw karnych przeciwko członkom i dowódcom UPA”, jednak po kwerendzie okazało się, że „strona ukraińska udostępniła wyselekcjonowaną część dokumentów archiwalnych, które są jednakże mało przydatne dla śledztw”. Podobnie jak w przypadku śledztwa w sprawie mordów na terenie dawnego powiatu Podhajce (Tarnopolskie).”  (Zenon Baranowski Nie ma umowy, są umorzenia, 29 czerwca 2013; w: http://www.naszdziennik.pl/polskakraj/42258,niemaumowysaumorzenia.html ).

W 2015 roku pojawił się komunikat: “Oddziałowa Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu we Wrocławiu podjęła próby pozyskania materiałów archiwalnych, zarówno z archiwów na Ukrainie jak i w Rosji, między innymi poprzez skierowanie wniosków o zagraniczną pomoc prawną do organów prokuratury tych państw. Prokuratura Generalna Ukrainy odmówiła realizacji wniosku. Również uprzednie zapytanie kierowane do Ministerstwa Sprawiedliwości Ukrainy o ustalenie pełnych danych personalnych osób podejrzewanych o udział w zbrodniach nie dały pozytywnego rezultatu. Z udzielonej przez stronę ukraińską odpowiedzi wynikało, że z uwagi na brak podania bliższych danych osobowych, realizacja wniosków nie jest możliwa. Zaznaczyć także należy, że prokuratorzy zwracali się do Krajowego Biura Interpolu KGP w Warszawie o dokonanie ustaleń na terenie Ukrainy w zakresie wskazywanych przez świadków osób podejrzewanych o dokonanie zbrodni. Pomimo ponagleń i monitów, brak było jakiejkolwiek reakcji strony ukraińskiej.” (Opracowanie: prokuratorzy OKŚZpNP IPN we Wrocławiu; w: http://www.zbrodniawolynska.pl/sledztwa/sledztwa-wroclaw )

Wszystkie śledztwa IPN dotyczące ludobójstwa dokonanego przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej zakończyły się umorzeniami. Jako powód podawano śmierć sprawców lub ich nie wykrycie, chociaż świadkowie często podawali ich imiona i nazwiska. W IPN pracowało i pracuje nadal wielu historyków pochodzenia ukraińskiego.

„Pisałem do Głównej Komisji Badania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu, opisałem, kto i gdzie zginął. Opowiedzieli w ten sposób, że nie wiedzą, o co mi się rozchodzi. Jeszcze w dodatku podpis z nazwiskiem czysto ukraińskim. To mnie jeszcze gorzej dobiło. Później dostałem pismo, że moją sprawę przekazano do prokuratury. To było po 1992 roku. I na tym koniec. Pyta pan, czego oczekiwałem? Chciałem pojechać i wskazać ten dół, gdzie prawdopodobnie leży pomordowana rodzina. Znaleźć grób. Przez te pięćdziesiąt lat nie miałem nawet gdzie zapalić świeczki. W Zaduszki, we Wszystkich Świętych wszyscy idą na groby i zapalają znicze. Ja idę do lasu, zapalam świeczkę i płaczę. Żona to rozumie. Wciąż słyszę te krzyki, gdy ich mordowano. Boję się ludzi, uciekam od nich”. (Kazimierz Rynkiewicz : ”Wołyń woła o pamięć”; w: „Tygodnik Świdwiński”, nr 32 z dn. 07.08.2003 roku; za:  http://wolyn.org/index.php/wolyn-wola-o-prawde/16-wolyn-nadal-wola-o-pamiec.html#comment-1). 

W podrozdziale „Powtarzać mord...” Huk pisze: „Zagadnieniu zbrodni terczańskiej poświęcony został artykuł Artura Brożyniaka i Małgorzaty Gliwy Terka – Wołkowyja 1939–1947. Mikrohistoria krwawego konfliktu ukraińsko-polskiego z 2009 r. Autorzy już w pierwszym akapicie jasno przedstawili zadania, stojące przed ich tekstem, gdyż wcześniej zbrodnia w Terce „stała się koronnym argumentem dla nieuprawnionych tez dotyczących całości polsko-ukraińskich relacji w tym okresie”. Samych tez Brożyniak i Gliwa nie przedstawili, chodzi jednak o twierdzenia Ukraińców, iż w latach 1944–1947 państwo polskie przeprowadzało systematyczne akcje ludobójcze skierowane przeciwko ludności ukraińskiej.” (s. 412)

Nie odnieśli się do kłamliwych faszystowsko-banderowskich działań propagandowych, a powinni je potwierdzić? Leszek Jazownik: „Na Ukrainie trwa – jak wykazali to zachodni badacze – masowe fabrykowanie dokumentów, służących „wybielaniu” i heroizacji banderowców. Polscy historycy biernie się temu przyglądają. Przyzwyczajeni do tego, że szybkie awanse i uznanie uzyskuje się za posłuszeństwo władzy, wolą nie podejmować badań, które mogłyby wzbudzić podejrzenia, iż nie zachowują poprawności politycznej. Problematykę kresową penetrują u nas przede wszystkim – jak to ujmuje Czesław Partacz – „zdeklarowani i utajnieni Ukraińcy […] (do grupy tej należy m.in. prawie 30 członków Ukraińskiego Towarzystwa Historycznego,  w tym rektor Akademii Pomorskiej w Słupsku Roman Drozd)”. Z polskiej perspektywy problematyką Kresów zajmuje się wyłącznie garstka historyków i politologów. Pracują oni w aurze nagonki i podejrzliwości. Traktowani są jako ci, którzy swoją dociekliwością i rozpamiętywaniem przeszłości psują tak pięknie rozwijającą się przyjaźń między Polską a Ukrainą. Częstokroć spotykają się z jednej strony z lekceważeniem jako osoby zajmujące się sprawami nieistotnymi (bo kogoż w „okrągłostołowej” Polsce może interesować śmierć blisko 200 tys. Polaków!), a z drugiej strony – z zastraszaniem i daleko idącym ostracyzmem. Wartość ich dorobku naukowego jest tendencyjnie deprecjonowana przez krypto-Ukraińców zaludniających polskie uczelnie.” (KRESY wczoraj, dzisiaj, jutro Materiały z konferencji zorganizowanej 10 lipca 2015 roku. Warszawa 2016).

„Narrację skonstruowali tradycyjnie. Zaczęli obrazem zgodnego współżycia Polaków i Rusinów w Terce, przypadającego na okres polskiej dominacji kolonialnej, której burzycielami stali się – dzięki zaborcy – księża greckokatoliccy. Pod ich wpływem już nie Rusini, a Ukraińcy w 1939 r. „powitali wkraczających Niemców jako wyzwolicieli”, greckokatolicki ksiądz Salwycki „w dalszym ciągu prowadzi antypolską działalność”, więc jesienią pojawiły się we wsi ulotki wzywające Polaków i Żydów do przeniesienia się za San. Wzmianka o losie miejscowych Żydów zredagowana została tak, jakby przyczyną ich wymordowania byli potem Ukraińcy – nie wskazano, że zrobił to okupant”. (s. 413)

Dla Ukraińców nie był to okupant, przecież w 1939 r. „powitali wkraczających Niemców jako wyzwolicieli”.    „Manifestacyjne powitanie wojskom niemieckim zgotowali  Ukraińcy  m. in. w Terce, oraz 18 września w Sanoku, na tle płonących trzech synagog podpalonych przez Niemców nocą z 16 na 17 września. Dziewczęta i chłopcy z okolicznych wiosek poprzypinali sobie niebiesko-żółte kokardy i w pochodzie z chorągiewkami i śpiewem parado-wali ulicami Sanoka. U wylotu uliczki wiodącej do cerkwi barwną procesję dzieci pro-wadził ruski ksiądz. Powiewały żółto-niebieskie chorągwie, dziewczyna z kolorowymi wstążkami we włosach niosła na tacy chleb i sól na powitanie nowych władców świata”. (Edward Zając: Niemcy wywiesili afisze. Gazeta Bieszczadzka nr 21/2003).

„Nadszedł nieszczęsny wrzesień '39 roku. Do Terki szybko dotarła wiadomość, że Niemcy już są w Lesku. We wtorek 5 września, a był to tradycyjnie dzień targowy, z cerkwi w Terce wyjechało do Leska na powitanie Niemców ok. trzydziestu furmanek. Każdy wóz był udekorowany sinożółtą kokardą. Wszyscy, którzy nie byli Polakami, liczyli po prostu na zmianę, na polepszenie własnego statusu. W pierwszym, tzn. stojącym jako pierwszy, jeśli idzie się do wsi od dołu, czyli od strony rzeki, domu mieszkał sołtys Wasyl. To tam, jak twierdzi pan Stanisław, załatwiano wszystkie sprawy. Szczególnie te wymierzone w Polaków. Chciano pozbawić Polaków własności, a ziemie przyłączyć do mającej powstać w niedalekiej przyszłości Ukrainy. Ustalono nawet – jak zapewnia – kolejność wyroków śmierci na miejscowych Polakach! Na liście byli m.in. Franciszek Bugacki i Franciszek Gankiewicz. Mieli być powieszeni od razu. Ale uciekli. Tajemnicę zdradziła Katarzyna Nybora, która wszystko ujawniła polskiej przyjaciółce Annie Ortat. Od tego momentu dawny względny spokój we wsi zastąpiła już wzajemna niechęć i podejrzliwość, której przed wojną niemal nie było! Wcześniej rodziny się szanowały i wzajemnie pomagały czy gościły.” (Krzysztof Ziemiec:  Bano się nawet najbliższych sąsiadów; w: https://www.rp.pl/Plus-Minus/311029947-Bano-sie-nawet-najblizszych-sasiadow.html ; 03.11.2017)  

„Wiosną 1944 r. „podziemie ukraińskie” rozpoczęło czystkę etniczną w Bieszczadach, na co Brożyniak i Gliwa podali jeden dowód: mord w Baligrodzie. W drugiej połowie sierpnia 1944 r. ta „czystka” została zakończona, ponieważ oddział partyzantki radzieckiej pod dowództwem Mikołaja Kunickiego tak skutecznie „straszył odwetem za mordy”, że OUN czynności tych zaprzestała. Mimo to „dowództwo OUN planowało również wymordowanie polskich mieszkańców Terki”, ale uratował ich znany z… antypolskiej postawy greckokatolicki ksiądz z Terki – Łew Salwycki. (s. 413)

W Bieszczadach w okresie marzec – czerwiec 1944 roku z rąk ukraińskich zginęło 129 Polaków. M.in: Nocą z 29/30 marca w Seredniem Małym 9 osób; w marcu w Lutowiskach 15 osób oraz w maju 6 osób; w kwietniu w Polanie powiesili 3 Polaków; w kwietniu w Podkaliszczu 30 osób; w Leszczowatem = 29 osób; 7 czerwca w przysiołku Połanki koło Krościenka 2 rodziny liczące 10 osób; w czerwcu w Hoczwi 10 osób. W lipcu 1944 roku z rąk OUN-UPA poniosło śmierć 200 Polaków. M. in.: W Żernicy 30 Polaków oraz latem uprowadzeni z Leska i zakopani żywcem 23 osoby; 20 – 22 lipca w Lutowiskach „kilka rodzin” - około 30 osób; 30 lipca w Leszczowatem 20 osób, w Ropience mieszkańcy Brelikowa 8 osób, w Wańkowej 8 osób; uprowadzeni ze Średniej Wsi i zarąbani siekierami 11 osób;  powieszeni w lesie pod Baligrodem 10 osób, w Jasynowie koło Tarnawy Niżnej 18 osób; latem w Lesku 10 osób; w pacyfikacji przysiołka pod Hoczwią około 15 osób. W sierpniu 1944 roku w Bieszczadach Ukraińcy zamordowali 290 Polaków, m.in.: 6 sierpnia w Baligrodzie 42 osoby; 16 sierpnia w Mucznem 74 osoby; w Czarnej 20 osób; w Beniowej 10 osób; w Dydiowej 20 osób; w Moczarach 10 osób;  w Ustianowej 10 osób; w Majdanie koło Cisnej 20 osób; w Tarnawie Wyżnej 10 osób; w Tarnawie Niżnej 10 osób (w tym rodzina Hryniaków); w Dźwiniaczu Górnym 15 osób; w Smolniku nad Sanem = 10 osób;  w Myczkowie 14 osób; w Krywem 10 osób (w tym trzy siostry Podolińskie); w Brzegach Dolnych rodzina Kijowskich 8 osób. 

„17 września 1944 roku do wsi Terka przybyły 3 sotnie UPA, które zajęły w niej kwatery. Przybyli upowcy rozwiesili na wielu domach i płotach, głównie polskich, ogłoszenia nakazujące wszystkim Polakom, od 14 lat stawienie się na zebranie do szkoły. Zagrozili jednocześnie, że kto nie wykona ich rozkazu, będzie osądzony przez sąd wojenny i rozstrzelany. Po pewnym czasie ze szkoły wyszedł banderowski sotnik i nakazał wszystkim wejść do budynku. Po tym nagle budynek został otoczony przez uzbrojonych banderowców. Wielu było przekonanych, że to ich ostatnia chwila w życiu. W tym czasie do sali wszedł miejscowy pop ukraiński i rozpoczął cichą rozmowę z sotnikiem. O czym obaj mówili nikt nie wie. Po dłuższej rozmowie pop wyszedł z sali. Natomiast sotnik wstał i rozkazał wszystkim iść do domu, z wyjątkiem trzech osób, którym polecił pozostać na sali. Byli to: 1. Bogacki Franciszek, s. Michała; 2. Bogacki Franciszek, s. Józefa; 3. Gankiewicz Maria, żona Franciszka, który był w partyzantce polskiej, działającej w pobliskim rejonie. Sotnik zaczął przesłuchanie od pytań: jakie rozkazy i instrukcje z lasu przekazywał partyzant Franciszek Gankiewicz. Przesłuchania trwały długi czas, a że przesłuchani nie odpowiedzieli zadowalająco na pytania sotnika, całą trójkę zamknięto w piwnicy. Potem kolejno wzywano na przesłuchania. Tym razem banderowcy uzbrojeni w kije, bili całą trójkę do nieprzytomności. Półmartwych pozostawiono w piwnicy. Wszyscy ocaleli, ale zdrowie stracili na zawsze.

Być może oprawcy sądzili, że po takim biciu nikt z tej trójki nie przeżyje. (...) Pop został uprzedzony przez Mikołaja Kunickiego, dowódcę partyzanckiego oddziału stacjonującego w tym rejonie, że w wypadku wymordowania

Polaków we wsi Terka, jego oddział dokona odwetu i wykona to samo we wsi Terka lub innej wsi, z ludnością ukraińską. Tym należy tłumaczyć interwencję popa u sotnika UPA i to z pewnością uratowało życie wielu Polakom.” (Siekierka..., s. 410). 

„Dalej autorzy stwierdzili, że po przejściu frontu OUN zarzuciła pomysł oczyszczenia Bieszczadów z ludności polskiej, zatem należy się domyślać, że nacjonaliści ukraińscy dokonywali go we współpracy z nazistami. Gdy ci się wycofali, morderstwa musiały ustać.” (s. 413)

Niestety, nie ustały, z oczywistych powodów tylko spowolniły tempo. We wrześniu 1944 roku UPA zamordowała w Bieszczadach około 101 Polaków, m. in: 18 września we wsi Maniów 8 Polaków: Annę Olszańską lat 30, jej 4 dzieci (córki: 9 miesięczną i 10-letnią, oraz synów lat 6 i 8), Agnieszkę Wesołkin lat 40 i jej 14-letnią córkę oraz Magdalenę Stachurę lat 63; w okolicach Wetliny kilka polskich rodzin - ok. 20 osób; w Seredniem Małym i Dwerniku 8 osób; w Tarnawie Niżnej 30 osób; koło Łobozwi 27 osób. W okresie październik – grudzień 1944 roku w Bieszczadach zamordowanych zostało 52 osoby polskiej ludności cywilnej oraz 7 milicjantów, łącznie 59 Polaków. W okresie styczeń – czerwiec 1945 roku w Bieszczadach z rąk UPA śmierć poniosło 148 osób polskiej ludności cywilnej oraz zamordowanych zostało bądź zginęło w walce z UPA 13 milicjantów. W okresie lipiec – grudzień 1945 roku 151 osób polskiej cywilnej ludności, 19 milicjantów oraz 14 żołnierzy WP. Łącznie w 1945 roku zginęło 299 osób polskiej ludności cywilnej oraz 32 milicjantów i 14 żołnierzy WP,  czyli 345 Polaków. „Za zdradę narodu ukraińskiego” UPA w 1945 roku zamordowała 66 swoich rodaków z ludności cywilnej.

Sprawozdania Komendy Powiatowej Milicji w Lesku, fragmenty dotyczące okresu od 24 lutego do 14 maja 1945 roku: 24 lutego w nocy banderowcy, w sile 6 ludzi uzbrojonych, napadli na dom wójta gminy Wołkowyja Gankiewicza, Polaka zamieszkałego w Terce i zrabowali mu 250 kg pszenicy, 150 kg mąki, 2 owce, 90 m płótna domowego wyrobu oraz inną żywność i ubranie. Tejże nocy w Terce obrabowali jeszcze dwóch gospodarzy Polaków przy czym zapowiedzieli, by żaden nie odważył się zawiadamiać władz, w przeciwnym razie go powieszą. Z 14 na 15 marca do wsi Terka przybyła banda UPA, w sile ponad 100 dobrze uzbrojonych ludzi na 30 furmankach i obrabowali doszczętnie wszystkich Polaków tejże gromady z inwentarza żywego i martwego, grożąc spaleniem domów w razie zameldowania władzom. 23 marca Polacy z wiosek Bukowiec, Terka, Polanki, Rajskie, Zawóz i Wola Matiaszowa zwrócili się z prośbą o ewakuację ich przed grożącymi banderowcami. 14 maja w gromadzie Terka kwaterowało około 120 banderowców." 

„Dnia 1 maja 1946 r. w Wołkowyi dyslokowano 36 Komendę Odcinka 8 Oddziału WOP. Brożyniak i Gliwa bezpodstawnie scharakteryzowali jej skład osobowy w ten sposób: „znaczny odsetek żołnierzy tej jednostki pochodził z Kresów Wschodnich. Część z nich utraciła swoich bliskich w rzeziach dokonanych tam przez nacjonalistów ukraińskich”. Jednostka miała też ponosić dotkliwe straty w starciach z UPA. Autorzy nie zdołali udokumentować zgonu chociażby jednego żołnierza polskiego – mimo to orzekli, że uprowadzenie przez UPA dwóch żołnierzy „z pewnością wzmogło chęć odwetu ze strony wojska”. (s. 414)

W 1946 roku w Bieszczadach z rąk UPA zginęło 321 Polaków: 230 cywilów, 23 milicjantów, oraz 68 żołnierzy. Znacznie większe straty WP i WOP poniosły w Beskidzie Niskim i na Lubelszczyźnie. Kilka przykładów:  21 marca we wsi Jasiel pow. Sanok w wyniku ataku UPA zginęło bądź zostało zamordowanych po poddaniu się 89 żołnierzy WOP i 5 milicjantów z Komańczy oraz we wsi upowcy wymordowali 2 polskie rodziny liczące 8 osób (łącznie 102 Polaków). Podczas ewakuacji zagrożonej placówki WOP w Jasielu (Beskid Niski) nastąpił atak sotni: „Chrina”,  „Didyka” i „Myrona” (wg G. Motyki), inni podają także sotnię „Bira”. Według archiwum WOP w Jasielu broniło się 108 żołnierzy WOP i 5 milicjantów z Komańczy, banderowców było ponad 500-set. Do niewoli dostało się 104 żołnierzy WOP (w tym 11 rannych) i 5 milicjantów. Już 21 marca zamordowany został dowódca strażnicy chor. Władysław Papierzyński.  „Ukraińcy przywiązali łańcuchem jedną jego nogę do gałęzi jodły, a drugą do uprzęży konia. Ciało zostało rozerwane w powietrzu” (Jan Rajchel: „Trudne dni Jasiela”; w: Gazeta Bieszczadzka  nr 25 z 10.12.2015 r.). Następnie jeńców poprowadzono do Wisłoka Wielkiego, pozostawiając w Jasielu rannych 11 żołnierzy, po zabraniu im umundurowania. W nocy z 20 na 21 marca 5 oficerów i 5 milicjantów było przesłuchiwanych z zastosowaniem brutalnych tortur połączonych z okaleczaniem. Rano zostali oni  zaprowadzeni na wzgórze Berdo i zabici strzałami w tył głowy. Tego i  następnego dnia według sporządzonej listy rozstrzelanych zostało dalszych 31 podoficerów i żołnierzy, których zwłoki zostały później (tj. 18 czerwca 1946 r.) odnalezione dzięki szeregowemu Pawłowi Sudnikowi, który jako jedyny zdołał zbiec z miejsca kaźni i potem go odnaleźć. 22 marca odprowadzono do Karlikowa 5 jeńców i zwolniono ich. Pozostałych rozstrzelano prawdopodobnie w lesie koło Wisłoka Górnego, grobu ich nie odnaleziono. Ze 113 osobowej załogi (108 żołnierzy i 5 milicjantów) ocalało łącznie 19 żołnierzy. W  książce A. Baty „Bieszczady. Szlakiem walk z bandami UPA” znajduje się kserokopia dokumentu „Opis wypadku” z dnia 28.11.1946 roku. Komendant Wojewódzki MO w Rzeszowie, ppłk Orłowski pisze m. in.: „W dniu 18.6.1946 r. odnaleziono grób 60-ciu pomordowanych żołnierzy między którymi znajdowały się zwłoki zaginionych w dniu 26.III. 46 r. milicjantów Posterunku M.O. Komańcza.”  O zniszczeniach dokonanych przez UPA w nocy z 21 na 22 marca 1946 roku przez UPA, "Rocznik Sanocki" tom IV podaje: „Na przestrzeni od Komańczy do Czaszyna cała linia kolejowa zdemolowana. Wszystkie mosty spalone, słupy telegraficzne ścięte i spalone na stosie. Miejscami całe odcinki toru kolejowego wraz z podkładami wrzucone do rzeki. Między m. Mokre a m. Czaszyn strącono z nasypu kolejowego cysternę z ropą i wagon pancerny oraz lokomotywę, które następnie spalono. Mosty drogowe, począwszy od Komańczy aż po Tarnawę, wszystkie spalone.” 

23  marca we wsi Smerek pow. Lesko podczas walki plutonu WP z UPA poległo 2 lub 3 żołnierzy oraz 2 lub 3 zostało uprowadzonych i zamordowanych, natomiast 3 zostało rannych. Żołnierze wycofali się do Wetliny okrążonej przez UPA. 25 marca we wsi Kożuszne pow. Sanok w zasadzce UPA poległo około 60 żołnierzy WP, w tym część po poddaniu się została zarąbana siekierami. Atakował kureń „Rena” liczący około 500 upowców. Przed całkowitą zagładą uratowała Polaków rozszalała burza śnieżna, osłaniająca ucieczkę małymi grupami. Gdy następnego dnia, z dwoma batalionami, na miejsce walki przybył dowódca 34 pp ppłk Pluta – oczom jego ukazał się przerażający widok: wieś Kożuszne w zgliszczach, na ziemi popiół, krew i ciała poległych. Niektórzy z nich mieli rozbite siekierami głowy, odrąbane ręce i nogi, a nawet wydłubane bagnetami oczy. 2 kwietnia we wsi Krzywcza pow. Przemyśl w zasadzce UPA zabiła 18 żołnierzy WP, w tym 4 oficerów. 2 maja w okolicy wsi Huczwice pow. Lesko: „2 maja 1946 r. sotnia „Chrina” zaatakowała pododdział 18 pp, zdobywając działo kalibru 76 mm i rozpraszając siły polskie. W meldunku ukraińskim straty polskie oceniono na 37 zabitych”. Strona polska podała, że upowcy dobili 2 rannych żołnierzy.

18 maja we wsi Jabłonki pow. Lesko sotnia „Chrina” zaatakował pluton WP  ochraniający kolumnę przesiedlanej ludności ukraińskiej, zginęło 4 żołnierzy, 2 zostało ciężko rannych a 4 dostało się do niewoli i zostali oni zamordowani w pobliskim lesie. 27 czerwca koło wsi Kniażyce pow. Przemyśl w lasach Brylińce – Koniusza w zasadzce UPA zginęło ponad 30 żołnierzy WP, a ci co dostali się do niewoli zostali bądź spaleni żywcem, bądź zamordowani w inny okrutny sposób. 

„W całym artykule nie ma wzmianki o tym, że żołnierze polscy zabijali Ukraińców także w innych wsiach oprócz Terki. Ich służba, zasugerowali, przebiegała w zasadzie nienagannie. Deportacja, terror, przemoc, morderstwa, palenie, grabież Ukraińców – te elementy obecności wojska polskiego umknęły uwadze historyków z IPN. (s. 414)

Faktycznie ginęła ludność polska. Zarówno na Kresach (w tym w trakcie deportacji), na Lubelszczyźnie jak i na Podkarpaciu, zabijana, terroryzowana, ograbiana,  ich domy były palone i dotykało całych wsi – co uszło uwadze Huka.  W latach 1939 – 1947 straty ukraińskiej ludności cywilnej poniesione w Bieszczadach z rąk polskich nie przekroczyły 100 osób. T.A. Olszański twierdzi, że połowa wszystkich strat ukraińskiej ludności cywilnej dotyczy mordów dokonanych przez nacjonalistów ukraińskich (przewodnik „Bieszczady” wydawnictw „Rewasz” i „Bosz”, Pruszków 1994 – oraz wydania następne). „W Bieszczadach proporcje te są podobne – na około 250 ofiar ukraińskiej ludności cywilnej około 150 osób zginęło z rąk swoich rodaków (SB-OUN i UPA).”

„Z materiału dowodowego wynika, że większość żołnierzy nie akceptowała rozkazów dowództwa, leczy wykonywała je ze względu na wojskową podległość”. Brożyniak z Gliwą nie dostrzegli, że powielają znaną z rozpraw sądowych w RFN próbę usprawiedliwiania zbrodniarzy nazistowskich argumentem o wykonywaniu rozkazów dowódców.” (s. 415)

Banderowcy natomiast masowo odmawiali dowódcom uczestniczenia w ludobójczych rzeziach? A naziści wcześniej padli ofiarą agresji i ludobójstwa?

„W odróżnieniu od autorów, mnie interesuje ustalenie motywów mordu. Te zostały bowiem przez nich pominięte. W kontekście UPA i OUN wydają się jednak oczywiste. Zagadnieniu motywacji morderców do działania poświęcili jedno zdanie: „Mordu dokonało dwóch wopistów, pochodzących z Kresów Wschodnich”, nie potwierdzając go przypisem ani innym weryfikowalnym dowodem.” (s. 414)

Rzeczywiście na Kresach Wschodnich nic istotnego nie miało miejsca, co by pomogło Hukowi w „ustaleniu motywów mordu”? Tych dwóch wopistów wymienione jest imiennie w śledztwie prowadzonym przez IPN.

„Czy żołnierze polscy rzeczywiście mogli mordować Ukraińców w Terce dlatego, że „odreagowywali” morderstwa wołyńskie? Wydaje się to wątpliwe. Czy autorzy przypuścili, że ci działali spontanicznie po zamordowaniu przez ukraiński ruch oporu Jana Gankiewicza i innych? Z drugiej strony dziwne jest to, że żyjąc na kresach w ramach „harmonijnego współżycia kultur”, „wielonarodowości”, „polskiej tolerancji”, będąc świadkami hekatomby złożonej przez Ukraińców w okresie panowania nazizmu, wiedząc o sowieckim Hołodomorze – Polacy nie dostrzegli w Ukraińcach cząstki swego losu.” (s. 414)

Przecież Huk pisał, że „Wołyń 1943” był „odreagowaniem” krzywd, czyli zemstą za „polską kolonizację” sprzed co najmniej dwustu lat. A Terka nie mogła być zemstą za Wołyń sprzed trzech lat, za Małopolskę sprzed dwóch lat? Ani za aktualne morderstwa? A zsyłkę na Sybir Ukraińcy dostrzegli w Polakach? Tak, przygotowywali ich listy i  eskortowali do pociągów. Potem zagrabili ich gospodarstwa.

„Artur Brożyniak i Małgorzata Gliwa wystawili Polakom z kresów bardzo złe świadectwo moralności i uświęcili prawo narodowej zemsty pisząc: „Mordu dokonało dwóch wopistów pochodzących z Kresów Wschodnich (…). Sprawcy mieli zgłosić się do wykonania tego zadania na ochotnika, ponieważ ich bliscy zostali zamordowani przez podziemie ukraińskie”. Linia rozumowania autorów dyskwalifikuje ich jako historyków. Nie dysponując danymi, powołali do życia dwa „gadżety kresowe”, postacie, które według ich kompetencji miały historiozoficzne prawo zaistnieć, ponieważ święte polskie ofiary na kresach musiały wyłaniać niewinnych mścicieli polskiej krzywdy.” (s. 416)

Dysponowali danymi z zeznań złożonych przez żołnierzy przed prokuratorem podczas prowadzonego śledztwa. W dokumentacji są też ankiety osobowe tych żołnierzy i wiadomo ilu z nich pochodziło z Kresów Wschodnich. A manipulacje i tendencyjne interpretacje własne dyskwalifikują Huka, i to nie tylko jako historyka. O „moralności” banderowców i ich gloryfikatorów nie ma co wspominać, bo jak pisać o czymś, czego nie było i nie ma.

„Autorzy dopuścili możliwość zabicia Ukraińca przez każdego Polaka z kresów i obciążyli ewentualną odpowiedzialnością wszystkich zamieszkujących je Polaków. Ponieważ to zabójstwo było możliwe tylko w obronie przed Ukraińcem, w istocie obwinieni zostali Ukraińcy, a nie Polacy. Według Brożyniaka i Gliwy, każdy Polak po stracie najbliższych miał moralne prawo przeistoczyć się w mordercę ukraińskich kobiet i dzieci w zupełnie innym miejscu i innych okolicznościach. I stać się bezimiennym, jednym z milionów niewinnych mścicieli.” (s. 416)

A może Polacy mogli także mieć w pamięci rzezie z czasów Gonty i Żeleźniaka, (tak jak Rusini/Ukraińcy 600-letnią „kolonizację”, którą, jak twierdzi Huk, „odreagowali na Wołyniu w 1943 roku”); mogli pamiętać okrutne zbrodnie Ukraińców z lat 1918- 1919 (np. obozy jenieckie dla Polaków w Żółkwi, Złoczowie, Mikulińcach, Strusowie, Jazłowcu, Kołomyi i na Kosaczu). Gdy Ukraińcy zaczęli się cofać spod Lwowa, akcja eksterminacyjna zwiększyła zasięg. Polaków palono żywcem w domach i stodołach, budynki podpalano, zaś do uciekających strzelano. Ofiarami eksterminacyjnej polityki Ukraińców stawały się także polskie kobiety – dochodziło do przypadków gwałtów i następujących po nich mordów. We wsi Chodaczów Wielki pod Tarnopolem zginęły w ten sposób cztery kobiety. W Żółkwi ataman Klee zorganizował dom publiczny, w którym gwałcono polskie dziewczęta. Obcięto im piersi i grano nimi jak piłkami. Podobnych zbrodni dopuszczano się także wobec polskich zakonnic rzymskokatolickich. Rozstrzeliwano jeńców polskich: Np. w Szkle i w lesie Grabnik k/Szkła, gdzie rozstrzelano 17 żołnierzy, rannych Polaków. Jednemu udało się uciec. Zwłoki były odarte z odzieży i nosiły ślady licznych ran postrzałowych, co stwierdzono w protokole z dn. 27 kwietnia 1919 r. z ekshumacji zwłok. Podobnie stało się z 26 jeńcami polskimi w Janowie. Księdza Rysia z Wiśniewa zakopano żywcem do góry nogami. Drugiego księdza zamordowano i wrzucono do jamy poprzednio przez niego wykopanej. Grzebanie żywcem powtarzało się bardzo często, co stwierdzają protokoły sądowe. Wszystkie gminy podmiejskie lwowskie: Brzuchowice, Biłki, Winniki, Dawidów, Sokolniki, Dublany i Basiówka mogą wykazać podane wyżej przykłady bestialstwa ukraińskiego. W Basiówce mordowali też niemowlęta. Bo przecież wopistom nie wolno było kierować się „prywatą”, np. emocjami związanymi ze zgwałconą córką i żoną, którym „wyjęto” oczy, obcięto piersi i rozcięto brzuch. To przecież takie niehumanitarne, wręcz nieludzkie.

„Do rzeszy niewinnych po prokuratorze Marianie Papierniku za sprawą swego artykułu dołączyli Artur Brożyniak i Małgorzata Gliwa – jako autorzy. Taka postawa jest znana. Przypomina postawę nazistowskich urzędników, o których pisali filozofowie analizujący zbrodnicze możliwości aparatu państwowego III Rzeszy i społeczeństwa

niemieckiego.” (s. 416)

Nazistowskich urzędników przypominają gloryfikatorzy i „usprawiedliwiacze” banderyzmu. O czym, niestety, nie piszą żadni filozofowie.

„Po skończeniu pracy nad rzymskokatolicką prawdą o polskości i jej ukraińskich wrogach wychodzą z bram swych instytucji i na ulicy spokojnie mieszają się z tłumem…” (s. 417)

Po skończeniu pracy nad rasistowsko-banderowską prawdą o ukraińskości i jej polskich wrogach wychodzą z bram swych instytucji i na ulicy spokojnie mieszają się z tłumem. Niestety, także w znienawidzonej przez nich i opluwanej  Polsce. Nie tylko bezkarnie, ale jeszcze suto opłacani przez rodziny i potomków ocalałych ofiar.

Rozdział czwarty: „Grzegorza Łoszycy w III RP żywot kolonialny”; w podrozdziale „Sługus” i „wyrodek”, Huk pisze:  „Jeszcze będąc Rusinem, Mychajło Łoszycia miał podstawy ku temu, aby rozumieć znaki czasu. Wzrok księdza rzymskokatolickiego przyjeżdżającego do Terki z Wołkowyi uświadamiał mu, że odziedziczył po przodkach chorobę zakaźną, wschodnią „dżumę”, że stał się osobą „objętą drobiazgową taktyczną parcelacją, gdzie indywidualne zróżnicowania są koniecznymi skutkami mnożącej się, łączącej i rozdzielającej władzy”. Ten właściciel 2 morgów pola, biednego domu i ojciec kilkorga dzieci  potraktował kościół zgodnie z wymaganiami kresowej normy kolonialnej: jako trudną do odrzucenia propozycję awansu poprzez zmianę swego wyznania z greckiego katolicyzmu na rzymski, a narodowości – z ruskiej na polską.” (s. 421)

To dobrze, że Mychajło Łoszycia, ojciec Grzegorza,  odrzucił „zakaźną wschodnią „dżumę” i z biednego Rusina stał się bogatym polskim „kolonialistą” Michałem Łoszycą , chociaż co on właściwie „kolonizował”? 

„Autochtoni z Terki pozostawili wyraźne ślady swej reakcji na zmiany w życiu i tożsamości Mychajły Łoszyci, który stał się Michałem Łoszycą, a więc zmiany także w obrębie własnej społeczności. We wspomnieniach Tymoteja Skonceja Michał Łoszyca wraz z sołtysem Michałem Mastylakiem przedstawiony został negatywnie jako „prychwosteń i perekynczyk”, czyli „sługus i wyrodek”. Z relacji Wasyla Romancia można się dowiedzieć: „Jurko Łoszycia przeszedł przed wojną na polskość”. Nadrejonowy referent OUN-NP, Stepan Golasz, ps. „Mar”, uważał męską część Łoszyców za renegatów, czyli w jego optyce zmiana opcji narodowej została dokonana. „Pamiętam, że z sąsiadami Polakami żyliśmy dobrze (…). To byli Polacy. Nazywali się Łoszyca, mieli syna o imieniu Grzegorz, który służył w polskim wojsku”. Franciszek Gankiewicz także uważał Łoszyców za Polaków, a ich losy – za część tragedii ludności polskiej w Bieszczadach.” (s. 424)

Ciekawa jest ta różnica w tolerancji ukraińskiej i polskiej. Ukraińcy nie tworzyli wspólnej z Polakami społeczności „terczańskiej”, ale żyli „w obrębie własnej społeczności”. A kto z niej się wyłamał i polonizował poddawany był szykanom, pogardzie („prychwosteń” czyli „sługus”  i perekinczyk czyli „wyrodek”, odstępca i zdrajca) oraz najczęściej mordowany, jak ojciec i brat Grzegorza.  Tysiące Polaków zostało zrusinowanych, zwłaszcza podczas zaborów, potem stało się Ukraińcami i często brało udział w ludobójstwie, nie byli jednak napiętnowani, pogardzani i traktowani jako zdrajcy, ani tym bardziej mordowani.    

W podrozdziale „Kulturalny Polak w Małopolsce Wschodniej” Huk pisze: „Częścią biografii młodego Łoszycy były tragiczne wydarzenia w jego rodzinnej wsi w dniach 4/5–8 lipca 1946 r. Wziął w nich udział nie tylko z tego powodu, że, jak napisał w życiorysie, „Ojciec mój Michał od roku 1945 do 1946 r. brał czynny udział w życiu społecznym i politycznym, za co został dnia 9 lipca 1946 r. przez bandy faszystowskie UPA śmiertelnie zamordowany przez powieszenie wraz z innymi Polakami mej miejscowości” (s. 429)

Tak, nie tylko z tego powodu. Głównym powodem było to, że przez nacjonalistów ukraińskich ze względów rasowych został zakwalifikowany jako „prychwosteń i perekynczyk”, co wiązało się z wyrokiem śmierci.

W podrozdziale „IPN – drugi ojciec Grzegorza Łoszycy” Huk dokonuje tak groteskowego skojarzenia, że na tej naukowej tezie historiograficznej można stwierdzić analogicznie, iż Ukraiński IPN jest drugim ojcem Bogdana Huka.

W podrozdziale „Zukrainizować, czyli skazać na śmierć” także przez analogię można zapytać, czy Huk został „zukrainizowany”, czyli skazany na śmierć? Tak jak kilkadziesiąt tysięcy Ukraińców mieszkających w Polsce? Czy Huk ma świadomość groteski takich tez?

W rozdziale piątym: „Wielki kolonizator” Huk powtarza po raz kolejny swoje tezy historiograficzne o majątku wydzieranym Rusinom (Ukraińcom) stwierdzając, że w latach 1944 – 1947: Wieńczyła ona wielusetletni proces kolonizacyjny: pozostałość po kolonii Ruś/Ukraina ulegała likwidacji, ziemia przechodziła na własność Polaków/państwa polskiego, których zarządcą kulturowym pozostawał Kościół.” W wyniku upaństwowienia firm i majątków przez komunistów ich „zarządcą kulturowym pozostawał Kościół”. Takiej „historiografii” nie ma sensu komentować. Bo czy w wyniku grabieży polskich Kresów Wschodnich przez Stalina na socjalistycznej Ukrainie ich „zarządcą kulturowym” została Cerkiew prawosławna a obecnie pozostaje Cerkiew greckokatolicka? 

W podrozdziale „Ruska nauka pisania” Huk cytuje ukraińskiego nacjonalistę Tymoteusza (Tymoteja) Skonceja: „Począwszy od lat 1900. – pisał Skoncej o genealogii jednego z Nowych w Terce – gdy Ameryka zaczęła przyjmować robotników, z naszej wsi i okolicy wiele osób pojechało na zarobek. Zarobione dolary przywieźli z sobą i kupowali za nie od pana ziemię i lasy, budowali lepsze domy, dzięki czemu życie się polepszyło. Właśnie w tym czasie przyszło do wsi kilka polskich rodzin, które także zakupiły ziemię i lasy, założyły gospodarstwa i w ten sposób zagnieździły się w naszej wsi Terka. Zabudowania, tak zwany «dwór», nabył wraz z resztą ziemi polski przybłęda, dosyć wykształcony, umiejący pisać i czytać, stał się panem wśród reszty gospodarzy, którzy byli analfabetami. Nazywał się Gankiewicz Franko (Franciszek).” (s. 452)

Jest to o tyle ciekawe, że wśród wielu osób kupujących ziemię za zarobione w Ameryce dolary wymieniony jest jeden  „polski przybłęda”, który był grekokatolikiem i po śmierci w 1966 roku pochowany został na miejscowym cmentarzu grekokatolickim.  Jaką więc „zbrodnię” popełnił Franciszek Gankiewicz? „Jako świadek historii Terki Skoncej rozpoznał związek pomiędzy kolonialnym pismem i imperialną kulturą reprezentowaną przez Gankiewicza. Z tego względu nie jego bogactwu, a umiejętności pisania przypisał to, że mógł on wywierać decydujący wpływ na

losy ukraińskich mieszkańców Terki. Dwór w Terce – wprawdzie bez szlacheckiego mieszkańca, ale z wpisaną weń władzą – jak każdy dwór kresowy, był miejscem generującym polskie logocentryczne pismo kolonialne.” (s. 452).

To nie jest żaden żart. To jest poważna teza naukowa B. Huka! Czy on sam posiada umiejętność pisania „kolonialnym pismem”, czyli po polsku? Jest kopią Franko Gankiewicza? Może więc powinien zrezygnować z tego „kolonialnego pisma” i posługiwać się wyłącznie antykolonialnym językiem rusińskim/ukraińskim? Ale pisze poniżej, że nauka cyrylicy już była działaniem szlachetnym (tylko, czy słowo „szlachetnym” nie pochodzi od „szlachty”, co ma wydźwięk „kolonialny”?)

W podrozdziale „Kresowy testament” Huk swoją prymitywną próbę zanegowania Gankiewicza jako człowieka kończy taką samą „naukową” analizą psychologiczną jego osobowości: „ Jego myślenie stało się kłębowiskiem negatywnych emocji i resentymentu.” Czyżby pisał z autopsji?

W podrozdziale „Państwo z ludźmi na zbyciu” Huk pisze: „Od 1 kwietnia 1926 r. motorem zmian stał się greckokatolicki paroch Osyp Kecun. Przyniósł on do wsi nowoczesną cyrylicę, skuteczne medium antykolonialne nie ograniczone do funkcjonowania, jak wcześniej, w księgach liturgicznych i mszy świętej, ale w całej lokalnej przestrzeni publicznej.” (s. 461)

Jeżeli więc Polak pisał po polsku, jego pismo było „kolonialne”, gdy greckokatolicki paroch Osyp Kecun „przyniósł do wsi nowoczesną cyrylicę” była ona „skutecznym medium antykolonialnym”. Czy nie jest to teza zwykłego rasizmu?   

Nie zastanawia Huka, że pozwolili na takie „skuteczne medium antykolonialne” panujący wówczas „polscy kolonizatorzy”? Do tego jeszcze pozycja parocha Kecuna została wzmocniona przez akces 17 terczan do utworzonej 1 stycznia 1928 r. spółdzielni „Zhoda”. Sukces jego inicjatywy oznaczał zaistnienie pierwszej w historii wsi świeckiej

antykolonialnej formy samoorganizacji Ukraińców na płaszczyźnie gospodarczej. Uniezależniała ona mieszkańców wsi w ważnej dziedzinie życia, symbolizowała wspólnotę, solidarność, a także opór przeciw kresowcom. „Od tej pory we wsi zaczęła się wielka konkurencja pomiędzy ruchem ukraińskim a polskim” – zanotował paroch.”. (s. 462) Czy jest to krytyka polityki II Rzeczpospolitej wobec mniejszości ukraińskiej? To może dalej: „W ramach walki politycznej podczas wyborów w 1928 r. ks. Kecun zdołał na tyle zmobilizować Terkę, że w orbicie jej wpływów znalazły się sąsiednie wsie: Polanki i Bukowiec oraz niektórzy miejscowi Mazurzy. Pomimo tego, że „pisarz [gromadzki] Franciszek Gankiewicz, mianowany przewodniczącym komisji wyborczej, wraz z wójtem Mykołą Mastylakiem, zaprzańcem i najbardziej ograniczonym mieszkańcem wsi, zaczęli agitować na rzecz listy sanacyjnej nr 1, wykorzystywali różne publikacje w prasie, fundusze i miejscowych Polaków” – wyniki walki o elektorat były następujące: mniejszościowa lista wyborcza nr 18 zdobyła 310 głosów na kandydata do sejmu i 205 do senatu; prorządowa lista wyborcza nr 1 poniosła klęskę, zdobywając 72 głosy na kandydata do sejmu i 41 na kandydata do senatu.”

Czytając poprzednie tezy, np.: „Po I wojnie światowej powstała II Rzeczpospolita Polska, po Koronie Królestwa Polskiego drugie kolonialne państwo polskie. Powstanie II RP oznaczało wyrok na Innych. Polskie elity polityczne odwoływały się bowiem do skonstruowanego przez XIX-wieczną historiografię polską obrazu państwa sprzed 1795 r. Przemoc nazewnicza tak odpowiadała politykom, że nie tylko Koronę, ale całą tak zwaną I Rzeczpospolitą uznano za rzymskokatolicką i polską. Wynikiem była homogenizacja obrazu przeszłości i praktyka eliminacji z teraźniejszości elementu heterogenicznego.” (s. 184) można zweryfikować ich zgodność  z obecnie podanymi faktami. Gdzie jest ten „wyrok na Innych” związany z powstaniem IIRP? W swobodnym rozwijaniu „form samoorganizacji  Ukraińców na płaszczyźnie gospodarczej”, czy w pełnoprawnym demokratycznym udziale w wyborach, włącznie ze swobodą prowadzenia agitacji? Przecież Huk pisał: „Polska demokracja II Rzeczypospolitej w stosunku do Ukraińców, Żydów i innych narodowości „wprowadzała przerażające ekscesy do normalnej codzienności”, transformujące państwo w „gigantyczną, wewnętrznie niewolniczą, poddańczą i brutalną bestialskość” (Analogia z „demokracją germańską” okresu III Rzeszy, por. G. Lukacs, Odmiana losu…, op. cit., s. 109.)”  (s. 187)  Tak w rzeczywistości wyglądała w II RP ta „gigantyczna. wewnętrznie niewolnicza, poddańcza i brutalna bestialskość” (Analogia z „demokracją germańską” okresu III Rzeszy)”. I śmieszne to i straszne.

„Gankiewicz cierpiał z powodu istnienia i utrzymywania się różnicy pomiędzy polskością a ukraińskością, chociaż pewną nadzieję i radość mogła mu sprawić spolonizowana pod jego wpływem męska część rodziny Łoszyców/Łoszyciów. Natomiast Tymotej Skoncej, podsumowując okres międzywojenny, pisał z nutą wymuszonego optymizmu: „Mieszkańcy wsi dosyć spokojnie i przyjaźnie żyli z Polakami, nikt z Ukraińców nie zwracał uwagi na niektóre donosy, wszystko można było przeżyć” (s. 467)

Po kilku stronach dywagacji pseudopsychologiczno-socjologicznych na temat Franciszka Gankiewicza Huk kończy:  „Ukraińcy stawiali opór dominacji, ale dopiero w okresie II wojny światowej mogli odrzucić część polskiej kontroli.

Polacy odczuli wtedy utratę swej wcześniejszej pozycji kolonialnej jako skrajne poniżenie i upośledzenie. Na skutek tego powstał mit podwójnej okupacji: nazistowskiej i ukraińskiej. Tę pierwszą Polacy rozumieli, ale druga w ich wyobraźni kulturowej to był horror metaphysicus.” (s. 468)

„Horror Metaphysicus” to tytuł książki Leszka Kołakowskiego. Pisze on: „Cóż, nawet ci, którzy słyszą i potrafią rozszyfrować Boskie wezwanie przyznać muszą, że postrzega się je inaczej, niż, powiedzmy, słoneczne światło; różnica na tym polega, że realność światła słonecznego nie jest wśród ludzi przedmiotem sporu. Ci, którzy rozpoznają w świecie znaki Boże nie różnią się od tych, którzy dostrzec ich nie potrafią w kwestiach empirycznych, lecz różnią się w interpretacji doświadczenia. Interpretacja pierwszych jest przez drugich uznawana za bezprawną i pozbawioną znaczenia na mocy reguł języka, które przyjąć postanowili. Pytanie brzmi zatem: czy są jakieś reguły wyższego rzędu, z których moglibyśmy skorzystać dokonując wyboru języka spośród wszelkich możliwych?” (L. Kołakowski, „Horror Metaphysicus”, Res Publica, Warszawa 1990, s. 95) W kolejnym akapicie Kołakowski jednak dodaje: „Wygląda na to, że żadne takie reguły nie są dostępne”. „Całość rozważań nad książką L. Kołakowskiego zakończylibyśmy następującym wnioskiem: horror metaphysicus polega na tym, że jeśli cokolwiek ma sens i znaczenie, to jedynie w świetle Nicości, w świetle śmierci, w której z kolei świetle wszystko - jak się zdaje - wszelki sens i znaczenie traci.” (Janusz Dobieszewski: O pocieszeniu, jakie niesie "Horror metaphysicus" Leszka Kołakowskiego; Sztuka i Filozofia 14, 60-91; 1997). 

Jaki związek z poczuciem o jednoczesnej z nazistowską okupacji ukraińskiej mają filozoficzne rozważania  L. Kołakowskiego, „bezwyznaniowca” (jak sam określał siebie), marksisty, działacza komunistycznego a potem opozycjonisty, tego Huk nie napisał; może sam nie wie.

W podrozdziale „Misja cywilizacyjna Franciszka Gankiewicza”, Huk pisze: „Z historiozofii utrwalonej w Przeżyłem kawał historii wynika, że już przed wojną Ukraińcy z Terki zrobili wszystko, by wykreować się podczas wojny na zdrajców Polski, których potem spotka zasłużona kara. Symbolem winowajcy uczynił Gankiewicz Wołodymyra Hładyszewskiego, ponieważ ten po upadku Rzeczypospolitej zgodził się stanąć na czele starostwa leskiego, przez co „robił wszystko, co później zemściło się na całej ludności polskiej i ukraińskiej w Bieszczadach”. Wojna wniosła więc jeden, ale za to podstawowy element – zaistnienie Ukraińców w sferze publicznej zarezerwowanej przez stulecia dla Polaków. Ukraińcy z Terki we wrześniu 1939 r. złamali kolonialne tabu i, „udekorowani kokardkami sino-żółtymi”, mieli wyjechać do Leska na spotkanie niemieckich żołnierzy.” (s. 468 – 469)

„Zaistnienie Ukraińców w serze publicznej” zostało więc zrealizowane w wyniku kolaboracji z nazistowskim okupantem niemieckim. W ten sposób „złamali kolonialne tabu”, gdyż III Rzesza Niemiecka była wyzwolicielami „etnicznej ziemi ukraińskiej” także w Terce, ale bynajmniej nie jej „kolonizatorem”. Była to jawna zdrada Polski, w ten sposób kolaboranci niejako „wypisali się” z bycia obywatelami Polski, ale po wypędzeniu niemieckiego okupanta, ich sojusznika, nagle zapragnęli znów zostać tymi obywatelami. 

Rzecz intrygująca, ale prezesem  Związku Polaków na Ukrainie oddziału w Podwołoczyskach w obwodzie tarnopolskim jest Wołodymyr Hładzyszewski, jak podaje Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich Oddział w Poznaniu (http://www.lwowiacy.pl/dzialalnosc-towarzystwa-milosnikow-lwowa-i-kresow-w-poznaniu/887-2). Ale chyba nie jest to nazistowski kolaborant z Leska.

„Gankiewicz głęboko przeżył otrząsanie się Ukraińców z brudu niższości narzuconego im przez polską kulturę. Okupacja kojarzyła mu się z koniecznością dostrzegania koszmarnego przeistoczenia się jego przedwojennych Rusinów w Ukraińców. „Polacy nie mieli tyle obawy przed gestapowcami, ile przed miejscowymi konfidentami niemieckimi – Ukraińcami”, „w Bieszczadach naród polski przeżywał koszmar okupacyjnej niewoli, gorszej jak w okolicach czysto polskich. Tam był jeden wróg umundurowany, a tu więcej, bo nie umundurowani” – stwierdzał. Na każdej stronie wspomnień Gankiewicz dawał do zrozumienia, że ukraińskość nie mogła czerpać konstytutywnych sił sama z siebie.” (s. 469)

Przeistoczenie się przedwojennych Rusinów w Ukraińców podczas okupacji niemieckiej było koszmarne dla ludności polskiej. Były to nie tylko obawy przed gestapowcami oraz sowieckim NKWD, ile przed miejscowymi konfidentami sowieckimi i niemieckimi – Ukraińcami. Potwierdzają to tysiące relacji, które Huk ignoruje, bo niemożliwe, aby ich nie znał. To Ukraińcy, jako sąsiedzi,  mieli dobre rozpoznanie w środowisku polskim i służyli tymi informacjami zarówno Niemcom i Sowietom  w celu eksterminacji Polaków. W tej eksterminacji brali także aktywny udział, np. podczas deportacji Polaków na Sybir i aresztowań dokonywanych zarówno przez Sowietów  jak i Niemców. Ale „ukraińskość” czerpała także „sama z siebie”, czyli z Doncowa, Konowalca, Bandery, Szuchewycza, i innych „konstruktywnych sił”.  W kwietniu 1944 roku „Franciszek Gankiewicz dowiedział się, że na posiedzeniu sztabu ukraińskiego ustalono, że Terka  pójdzie na pierwszy ogień. Jego samego powieszą w Wielki Piątek. Katarzyna Nebora powiedziała to w wielkiej tajemnicy swej serdecznej przyjaciółce - Polce, Annie Ostasz, a ta doniosła synowi Gankiewicza. - Władkowi. Franciszek Gankiewicz co noc uciekał do lasu. Dwa tygodnie siedział na starej czereśni. Przyłączyli się do niego sąsiedzi: Franciszek Bogacki, syn Michała i Franciszek Bogacki, syn Józefa. Gankiewicz zaczął szukać ratunku na własną rękę. Skontaktował się z Pola-kami mieszkającymi w Wołkowyi. A potem z porucznikiem wojska polskiego, Józefem Pawłusiewiczem, ukrywającym się w masywach leśnych między Teleśnicą Sanną a Horodkiem. Utworzyli kilkunastoosobowy oddział”. (Stanisław Siwak: Bieszczackie Ballady – Tajemnica Terki /1946r./;w: Siekierka, s. 447)

„Ukraińskie zagrożenie nadaje wiarygodność fikcyjnemu oddziałowi Pawłusiewicza, a przede wszystkim daje możliwość udzielenia odpowiedzi na pytanie, dlaczego w Wołkowyi polskość była reprezentowana przez grupę zwolenników reżimu komunistycznego, zamiast przez komórkę Armii Krajowej. Warto zauważyć, że wysoko ceniony przez „dowódcę” Franciszek Gankiewicz – jakkolwiek ewentualne walki polskiego oddziału przeciw hitlerowcom i banderowcom znakomicie nadawały się do uwiecznienia – w swych wspomnieniach nie pozostawił wątpliwości: oddział partyzancki Pawłusiewicza nie walczył. „Istniał” bowiem w postaci grupy osób uzbrojonych w kilka sztuk broni myśliwskiej. Gankiewicz zapamiętał tylko, że jej dowódca „ukrywał się w masywach leśnych między Teleśnicą Sanną a Horodkiem, gdzie zorganizował wokół siebie kilku ludzi ze strzelbami”. Pod względem taktyki tworzenie prawdziwego oddziału partyzanckiego zimą z 1943 na 1944 r. nie byłoby krokiem przemyślanym nie tylko ze względu na porę roku – jeśli w okolicy rzeczywiście działała ukraińska partyzantka, to stoczyłaby bitwę o las i mogłaby zniszczyć obrońców kresów przed nadejściem frontu.” (s. 472)

  1. Pawłusiewicz w książce Na dnie jeziora (Warszawa 1981) podaje 7 przypadków morderstw dokonanych przez UPA na Polakach, co stało się przyczyną zorganizowania 25 listopada 1943 roku oddziału samoobrony, który liczył 30 – 60 osób i miał bazę na górze Jawor. Pawłusiewicz związany był ze strukturami SZP-ZWZ-AK, a następnie z oddziałem partyzantki polsko-sowieckiej M. Kunickiego. W połowie lipca 1944 roku do oddziału J. Pawłusiewicza mającego swój obóz w lasach Otrytu dołączył proboszcz z Wołkowyi, ks. Stanisław Głodasz, z kilkoma rodzinami. Przebywało wówczas w nim około 120 ludzi. Kilkakrotnie banderowcy próbowali obóz zniszczyć, ale ataki ich zostały odparte.

„Tymczasem we wspomnieniach Tymoteja Skonceja jedyną nicią wiążącą dawnego pisarza wiejskiego z partyzantami była grabież: „na początku 1944 r. zaczęła działać rosyjsko-polska partyzantka. Ci «wyzwoliciele» napadali na ukraińskie domy wskazane przez polskich informatorów z naszej wsi, przeważnie przez Franka Gankiewicza. Jak widzicie, ten gad nie zmienił się, to samo cały czas, jak niegdyś, tak i teraz donosi znowu na Ukraińców, a partyzantka zabierała to, co się jej podobało. Tak było aż do września [1944 r.]”. (s. 472 – 473)

A cóż innego mógł napisać „ten gad”, ukraiński nacjonalista Tymotej Skoncej? Sprawozdania Komendy Powiatowej Milicji w Lesku, fragmenty dotyczące okresu od 24 lutego do 14 maja 1945 roku: 24 lutego w nocy banderowcy, w sile 6 ludzi uzbrojonych, napadli na dom wójta gminy Wołkowyja Gankiewicza, Polaka zamieszkałego w Terce i zrabowali mu 250 kg pszenicy, 150 kg mąki, 2 owce, 90 m płótna domowego wyrobu oraz inną żywność i ubranie. Tejże nocy w Terce obrabowali jeszcze dwóch gospodarzy Polaków przy czym zapowiedzieli, by żaden nie odważył się zawiadamiać władz, w przeciwnym razie go powieszą. Z 14 na 15 marca do wsi Terka przybyła banda UPA, w sile ponad 100 dobrze uzbrojonych ludzi na 30 furmankach i obrabowali doszczętnie wszystkich Polaków tejże gromady z inwentarza żywego i martwego, grożąc spaleniem domów w razie zameldowania władzom. 23 marca Polacy z wiosek Bukowiec, Terka, Polanki, Rajskie, Zawóz i Wola Matiaszowa zwrócili się z prośbą o ewakuację ich przed grożącymi banderowcami. 14 maja w gromadzie Terka kwaterowało około 120 banderowców." „Partyzantka zabierała to, co się jej podobało”, tyle, że były to bandy UPA rabujące polskich gospodarzy. Tak wnikliwy Huk do tych dokumentów nie dotarł?

W podrozdziale „Unia państwowo-personalna na kresach” Huk pisze: Nowy rząd, wywodzący się z katolickiej kultury szlacheckiej i – jako komuniści – utrzymujący się na czele społeczeństwa, przygotował dla chłopów w Terce scenariusz, który nie pozostawał w sprzeczności z dotychczasową praktyką szlacheckiego rabowania ziemi na kresach i bogacenia się bez względu na ofiarę z ludzi. Konflikt nie miał w tej wsi podłoża społecznego, za to można było go wzniecić w zamian za poparcie dla grabieży majątku Obcych, odczłowieczonej biomasy wyprodukowanej przez katolicką formację narodu polskiego. Komuniści ubrali szlachecki rabunek w nowy ideologiczny strój, który krył pod sobą rubaszny mózg Sarmaty o ograniczonej możliwości rozumienia i nieograniczonej chęci posiadania. Dał o sobie znać mord założycielski. Dzięki niemu w Terce bodajże nie było Mazura, który po wyeliminowaniu Ukraińców nie zwiększyłby stanu swego posiadania. Żaden nie stał się bogaczem, ale niejeden odczuł zmianę na lepsze.” (s. 476)

Huk kontynuuje sophisma goebelsianis o rządzie komunistycznym „wywodzącym się z katolickiej kultury szlacheckiej”. Każda rodzina ukraińska, jako „odczłowieczona biomasa wyprodukowana przez katolicką formację narodu polskiego”, przesiedlona na Ziemie Zachodnie „odczuła zmianę na lepsze”. Zapewne „odczłowieczona biomasa”  rodziny Huka też.  Czyżby on sam nadal był jej przykładowym reprezentantem?

Czy deportowani Kresowianie też byli ową „odczłowieczoną biomasą” wyprodukowaną przez grekokatolicką władzę ukraińską reprezentowaną przez OUN i UPA i wspartą potem przez prawosławną władzę sowiecką? Zagarniając domy i gospodarstwa polskie być może żaden Ukrainiec „nie stał się bogaczem, ale niejeden odczuł zmianę na lepsze”.

„Uwłaszczenie się przez państwo polskie na ukraińskiej własności od Białej Podlaskiej po Krynicę uprawomocniło w światopoglądzie grabieżców wrogość i pogardę wobec wszystkiego, co groziłoby utratą zysków lub przypominałoby współuczestnictwo w przemocy na drodze do ich osiągnięcia. Do złudzenia przypomina to sytuację Rzeczypospolitej Polskiej i Polaków w roli nowych właścicieli mienia żydowskiego.” (s. 477)

W sierpniu 1943 r. „Kłym Sawur” wydał dekret nakazujący przeprowadzenie reformy rolnej. Towarzyszyło temu publiczne zarządzenie zalecające podzielić majątki zamordowanych lub wygnanych Polaków. W chwili jego ogłoszenia upowcy wymordowali już większość polskich wiosek, z pewnością więc intencją Klaczkiwskiego nie było zainicjowanie fali mordów. Chodziło raczej o zrobienie kolejnego kroku w depolonizacji Wołynia — po reformie jeszcze trudniej ocalałym Polakom byłoby wrócić do opuszczonych gospodarstw. Reforma miała też zwiększyć poparcie dla UPA, pokazać ją jako formację troszczącą się o lokalną ludność i sprawić, by prawosławni rolnicy z jej zwycięstwem wiązali także swój materialny interes.

Co stało się z mieniem żydowskim na Ukrainie?

„W odpowiedzi na eliminację terczańscy autochtoni w połowie 1946 r. zaczęli zmieniać narodowość z ukraińskiej na polską. Dokonywało się to jako zmiana wyznania z greckokatolickiego na rzymskokatolickie i stanowiło ukraiński odpowiednik żydowskiego szukania ratunku po aryjskiej stronie życia. Pośrednikiem transformacji znowu stał się polski Kościół rzymskokatolicki, instytucja od wieków zainteresowana wyłącznością swego istnienia i władzy. Zmiana narodowości jest mało czytelna w dokumentach. Państwo polskie nie musiało też szczególnie dbać o tę stronę swego funkcjonowania: sytuację przymusu stwarzał i procesem zmiany wyznania i tożsamości od wieków zarządzał nie mniej polski od państwa Kościół.” (s. 477 – 478)

Ukraińcom groził holokaust, a nie przesiedlenie, dlatego „zaczęli zmieniać narodowość ukraińską na polską” co „stanowiło ukraiński odpowiednik żydowskiego szukania ratunku”? To kolejna rewelacja tez historiografii Huka. Sugeruje też, że Kościół katolicki powinien odmówić prośbom rodzin ukraińskich na „zmianę wyznania i tożsamości”. Ale wówczas spotkałby się z zarzutem, że doprowadził do „zbrodni” odmawiając Ukraińcom ocalenia przed przesiedleniami. Cokolwiek więc by zrobił, lub nie zrobił, było złe albo jeszcze gorsze.

„Oto dane dla niektórych wsi gminy Wołkowyja z lat 1944–1946: w Terce jesienią 1944 r. zamieszkiwało 465 Ukraińców i 138 Polaków, a w listopadzie 1946 r. odpowiednio pierwszych tylko 245, a drugich 160. W Wołkowyi stosunek liczby Polaków do Ukraińców wynosił 364 do 234 w pierwszym okresie i 15 do 285 w drugim; w Polańczyku 411 do 95, a potem 5 do 200; w Horodku 747 do 36, potem 10 do 166; w Rybnem 278 do 30, potem 95 do 120.” (s. 479)

A jak takie dane wynoszą w gminach na Wołyniu, czy w woj. tarnopolskim?

„Jako pierwszy, podanie do urzędu gminy o wydanie nowej metryki złożył dnia 2 lipca 1946 r. Grzegorz D. Do 17 grudnia 1946 r. złożyło je następnych trzynaście głów rodzin. Wójt Gankiewicz na każdym podaniu składał adnotację: „Powyższa prośba polega na prawdzie. Nie zachodzą żadne przeszkody ze strony zarządu gminy o wydanie rzymskokatolickiej metryki”. Wszystkie znane mi podania opiniowane były pozytywnie, a więc składające je osoby

wcześniej uzgadniały wynik z wójtem i były pewne pozytywnego werdyktu. Pod koniec roku Gankiewicz mógł podsumowywać zdobycze dla polskości na terenie swojej gminy i, nie zwracając uwagi na przyczyny, odnotowywać nie tylko w stosunku do rodzinnej Terki: „stan Polaków zwiększony tym, że mieszane rodziny zmieniają obrządek”. (s. 478)

I dalej Huk pisze: „W sumie osiemnaście miejscowości gminy jesienią 1944 r. zamieszkiwało 8093 Ukraińców i 1746 Polaków, a w listopadzie 1946 r. już tylko 1805 Ukraińców i 2306 Polaków. Pod wpływem eliminacyjnej polskiej polityki kresowej Polakami z przymusu stało się więc około 540 Ukraińców. Segregacja zastosowana przez Gankiewicza była ostra. Za niezdolnych i nieprzydatnych dla polskości uznał kilka tysięcy Ukraińców. Nie był on uczestnikiem polskiej konferencji podobnej do nazistowskiej z Wannsee w 1942 r. dotyczącej eksterminacji Żydów, ale jako wychowanek kresowości tkwiącej w kulturze polskiej wiedział, jak należy postępować wobec Rusinów/Ukraińców”. (s. 479)

Uwzględniał pozytywnie prośby rodzin mieszanych „nie uwzględniając przyczyn” - był więc polskim szowinistą? Czy byłby nim, gdyby prośby odrzucił? Te prośby pisane były „z  przymusu”? Ale jednocześnie „za niezdatnych dla polskości uznał kilka tysięcy Ukraińców”, którzy nie chcieli zmienić wyznania i próśb nie składali, czyli nie czuli „przymusu”. Powinien więc dokonać tego wbrew ich woli – czyli „bez przymusu”? Dualizm myślenia jest typowy dla B. Huka. Obrzydliwą hucpą jest natomiast porównanie nie mające jakiegokolwiek związku decyzji wójta do „polskiej konferencji podobnej do nazistowskiej w Wannesee w 1942 roku dotyczącej eksterminacji Żydów”. Takie tezy przypominają politgramoty politruka bolszewickiego oraz agitki nazistowsko-banderowskie skierowane do ukraińskiego chłopstwa podczas ludobójstwa. Jeżeli już można kojarzyć coś z naradą w Wannesee, to idealnie pasowałyby posiedzenia kierownictwa OUN.     

„W krajobrazie powiatu leskiego urząd gminy Wołkowyja aż do wiosny 1946 r. był polską faktorią kolonialną, sięgającą najdalej w głąb ukraińskiego interioru. (s. 479)

Od wiosny 1946 roku ów „interior”, czyli  „terytorium położone w głębi kraju, daleko od wybrzeża morskiego i od ośrodków przemysłowych; słabo zagospodarowane i trudno dostępne wnętrze lądu, co tradycyjnie odnosi się zwłaszcza do tego typu obszarów w Ameryce Południowej, Rosji, na Islandii i w Australii”  (https://pl.wikipedia.org/wiki/Interior ), faktorią kolonialną już nie jest? „Sięgającą najbardziej w głąb ukraińskiego interioru”? - a pisał, że polski kolonializm zaczynał się od Krynicy – zmienił zdanie, czy w polemicznym obłędzie zaplątał się po raz kolejny?

„Biografia wójta, Franciszka Gankiewicza, nie pozostawiała wątpliwości, że wobec ukraińskich członków ruchu oporu zajmie on bardzo konkretną postawę. I rzeczywiście, działał w imieniu metropolii przy pomocy łączności z Leskiem i tamtejszymi agendami narodowo homogenicznego katolicko-komunistycznego państwa polskiego: starostwem, powiatowymi UB i MO. Wójt Wołkowyi, stuprocentowy kresowiec-kolonizator, posiadający doświadczenie kulturowe i administracyjne w sprowadzaniu Ukraińców do roli przedmiotu, działał jednoznacznie przeciw ukraińskiej partyzantce. (s. 479 - 480)

Huka wciąż prześladuje mania sophisma goebelsianis „katolicko-komunistycznego państwa polskiego. Kresowcem-kolonizatorem Gankiewicz może być tylko w przeżartej prymitywną nienawiścią wyobraźni nacjonalisty ukraińskiego. „Ukraiński ruch oporu” to taki odpowiednik oddziałów NKWD „zapewniających bezpieczeństwo i spokój” narodowi polskiemu i ukraińskiemu?   

„Trwała natomiast sarmacka, acz prowadzona pod marką komunistów, kolonialna operacja narodowo-demograficzna dokonywana na chłopstwie ukraińskim. Realizował ją rząd polski przy pomocy oddziałów WP oraz WOP. Polakom ukazywał to jako walkę na śmierć i życie z ukraińskim wrogiem, w wizerunku którego nie sposób było odróżnić chłopa „uzbrojonego” w prawo własności do ziemi od „banderowca” uzbrojonego w karabin (chłop „uzbrojony” w ziemię to uzbrojony „banderowiec”)”. (s. 480)

Chłop ukraiński uzbrojony był tylko w ziemię? Niestety, uzbrojony był w siekiery, stąd nazywano ich „sekernykami” czyli „siekiernikami”. Najczęściej te siekiery miały wydłużone trzonki, aby siła uderzenia była większa i mogła rozłupać nie tylko głowę polskiego dziecka, ale i dorosłego mężczyzny. Relacja Ukraińca Pawluka ze wsi Władysławówka na Wołyniu: „/.../ sam widziałem koniec tego mordu - najgorzej znęcali się nad ostatnimi Polakami - rozszarpywali ludzi, ciągnęli za ręce i nogi, a inni ręce te odżynali nożami, przebijali widłami, ćwiartowali siekierami, wieszali żywych i już zabitych, rozcinali kosami, wydłubywali oczy, obcinali uszy, nos, języki, piersi kobiet i tak ofiary puszczali. Inni łapali je i dalej męczyli, aż do zabicia. Przy końcu ofiara była otoczona grupą ryzunów - widziałem, jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności - ciągnęli kiszki, a inni ofiarę trzymali; jak gwałcili kobiety, a później je zabijali, wbijali na kołki, stawiali żywe kobiety do góry nogami i siekierą rozcinali na dwie połowy, topili w studniach.” (Siemaszko..., s. 1236 - 1237). Tak „uzbrojony” w prawo własności do ziemi” ukraiński chłop „wyrąbał” kilkanaście tysięcy rodzin chłopów polskich „od niemowlęcia w kołysce po starca nad grobem”. Chłop polski, niestety, nie był „uzbrojony” w prawo własności do ziemi”, dlatego stała się ona własnością chłopa ukraińskiego, który w takie prawo był „uzbrojony”. Ale chłopi ukraińscy uzbrojeni byli także w kosy (w tym umocowane na sztorc) i nawet zakładali się między sobą, który z nich jednym cięciem potrafi więcej ściąć głów polskich dzieci. Uzbrojeni był także w widły (służyły np. do obnoszenia nabitych na nie polskich dzieci  jako „polskie orły” chociażby we wsi Pustomty) , w sierpy, kłonice, cepy, szpadle, motyki, kołki, noże, itp.

Ten ukraiński chłop zorganizowany był w tzw. „Samooboronne Kuszczewe Widdiły”. Prof. Władysław Filar w książce „Przed Akcją Wisła był Wołyń” pisze: „Po II Konferencji OUN Bandery krajowy prowidnyk na tzw. Północno-Zachodnie Ziemie Ukrainy wydał polecenie tworzenia w każdej wsi „Samooboronnych Kuszczewych Widiliw” w składzie drużyny (plutonu) z miejscowej ludności ukraińskiej. Latem i jesienią 1942 roku na Wołyniu powstały pierwsze SKW, a wiosną 1943 r. pokryły już cały teren gęstą siatką. Zasadniczą cechą SKW odróżniającą je od oddziałów UPA było to, że członkowie tych organizacji mieszkali i pracowali w wioskach jak „zwykli cywile”, ale na wezwanie swojego dowództwa brali do ręki ukrytą broń, aby wykonać wyznaczone zadanie bojowe, po czym rozchodzili się do domów. SKW powstawały na bazie miejscowych komórek OUN wzmacnianych ludźmi z oddziałów UPA. Stanowiły one administracyjną jednostkę zbrojnego podziemia nacjonalistów ukraińskich zdolną do samodzielnego działania, o przeciętnym stanie 30 – 40 ludzi (3 – 4 drużyny) każdy. Na czele SKW stał prowid w składzie” „kuszczewyj” kierujący całością działań działań na danym terenie; dowódca SKW będący zastępcą „kuszczewoho”, kierujący sprawami wojskowymi, referent gospodarczy, referent SB („Służby Bezpeky”); propagandysta' referentka UCzK („Ukraińśkoho Czeronoho Chresta”). „Kuszczewyj”, jako członek OUN, podlegał prowidnykowi OUN wyższego szczebla. Dowódca SKW podlegał natomiast odpowiedniej komórce oddziału org-mob. Głównego Sztabu Wojskowego UPA. Akcje zbrojne SKW podejmował i prowadził samodzielnie, wspólnie z innymi SKW lub z oddziałem (pododdziałem) UPA. W tym ostatnim przypadku dowódcą całości był był dowódca danego oddziału UPA. SKW umożliwiały przygotowanie i przeprowadzenie niespodziewanych akcji zbrojnych w krótkim czasie. Niewielki bowiem oddział UPA, który zjawiał się w danej wsi, w oparciu o SKW rozrastał się w ciągu jednej nocy w silną jednostkę bojową, a po akcji członkowie SKW wracali do swoich zajęć domowych, zaś pododdział UPA w swoim pierwotnym składzie mógł łatwo i niezauważenie odskoczyć w bezpieczne miejsce. SKW dostarczały żywność i odzież oddziałom UPA, gromadziły dla nich zapasy w kryjówkach leśnych, przejmowały opiekę nad rannymi i chorymi żołnierzami UPA, a także organizowały sprawny system rozpoznania i powiadamiania stanowiący dużą pomoc dla oddziałów UPA.” 

„Franciszek Gankiewicz wkroczył na szlak bezpośrednio prowadzący do zbrodni z 8 lipca 1946 r. wtedy, gdy utworzył antyukraińską siatkę szpiegowską w Terce. Powstańcy ukraińscy, analizując dokumenty wziętych do niewoli polskich oficerów, dowiedzieli się, że dostarcza on dla WOP w Wołkowyi informacje o Ukraińcach przy pomocy zwerbowanych przez siebie agentów. Według Skonceja zwerbował „czterech Ukraińców i jednego Polaka. Byli to Ukraińcy: 1. Mychajło Łoszycia, 2. Jurko Łoszycia, 3. Dmytro Mastylak, 4. Mychajło Ławer, 5. Iwan Gankiewicz, Polak. Wszystkie te osoby były niepiśmienne. Ich donosy były ustne. Procedura polegała na tym, że oni mówili, co dzieje się we wsi Frankowi Gankiewiczowi, a ten pisał jeszcze więcej, co mu się podobało”. Donosiciele mogli przypuszczać, że grozi im śmierć z rąk powstańców. Wiedział o tym również Gankiewicz, jednak nie wahał się narazić ich życia.” (s. 480)

Byli to ludzie, którzy zapewne informowali Franciszka Gankiewicza o zagrożeniach ze strony faszystowskich band SB OUN i UPA terroryzujących i mordujących ludność polską oraz ukraińską.  Nie była to żadna „antyukraińska siatka”, w której uczestniczyło czterech Ukraińców i jeden Polak. W tym czasie ukraińskie bandy miały w Terce co najmniej kilkunastu swoich informatorów tworząc antypolską siatkę szpiegowską. Kilkunastu Ukraińców z Terki służyło w tych bandach rabując i mordując ludność polską raz podejrzewanych o negatywny stosunek do nich Ukraińców. A przecież wiedzieli, czym to grozi im i ich rodzinom, ale nie wahali się narażać ich życia.  

„7 lipca 1946 r. Jan Gankiewicz i Michał Łoszyca zostali powieszeni przez powstańców ukraińskich. /.../ To zabójstwo – jedyny tego typu akt w Terce oraz w całej okolicy – trudno zrozumieć bez roli, którą odgrywał Franciszek Gankiewicz i jego katolicka formacja polskości. Pomimo podjętej już próby zbudowania portretu kulturowego, niełatwo wniknąć w jego psychologię indywidualną. Poprzestanę zatem na uogólnieniu Haydena White’a, który zwrócił uwagę na to, że jednostka może być przekonana do takiego rozumienia swego państwa, aby „służyło ono jako symulakrum sumienia (lub głosu wewnętrznego), które dyscyplinuje «ja» podejmujące wysiłki w celu zaspokojenia własnych instynktów”. Franciszek Gankiewicz posiadł w niepodzielne władanie instynkt bezwzględnego kresowego kolonizatora”. (s. 481)

Wiosną 1944 roku we wsi Lipie UPA zamordowała 5-osobową rodzinę „za zdradę sprawy ukraińskiej”, czyli swoich rodaków (Z. Konieczny: Stosunki polsko-ukraińskie.... s. 248). „Za zdradę narodu ukraińskiego” UPA w okresie lipiec – grudzień 1945 roku zamordowała 46 swoich rodaków z ludności cywilnej, w tym 14 we wsi  Szczawne oraz 20 w Rabem i Huczwicach, natomiast w całym 1945 roku  66 Ukraińców. Na początku 1946 roku we wsi Solinka SB-OUN zamordowała 14 Łemków i spaliła ich zabudowania, za to, że odmówili zgłoszenia się jako poborowi do UPA. W Żubraczem za nie zgłoszenie się mężczyzn do UPA wymordowała 3 rodziny ukraińskie (10 osób). W Wołkowyi 4 Ukraińców przecięła piłami na pół a w Rajskiem wymordowała 2 rodziny ukraińskie (8 osób) pod zarzutem współpracy z Wojskiem Polskim.

Nie jest natomiast trudno „wniknąć w psychologię indywidualną” Bogdana Huka „ jako symulakrum sumienia (lub głosu wewnętrznego), które dyscyplinuje «ja» podejmujące wysiłki w celu zaspokojenia własnych instynktów”.

„W tym czasie Franciszek Gankiewicz prawdopodobnie ułożył własny scenariusz rozgrywki z chłopskimi powstańcami i użył swych wpływów na WOP do jego realizacji.” (s. 481)

Teorię „prawdopodobieństwa” dotycząca Franciszka Gankiewicza można zastąpić teorią „pewności” odnośnie celów B. Huka. 

„Znaczące jest także to, iż wołkowyjscy kresowcy zdecydowali się na krok wyjątkowy jeśli chodzi o technikę zabijania Ukraińców. Pomysł zabicia przez spalenie żywcem wskazuje na pojawienie się nowego rozwiązania, na wtargnięcie w dotychczasowy scenariusz nosiciela światopoglądu motywowanego tradycyjnymi kulturowymi relacjami jakościowo-ilościowymi pomiędzy Polakami a Ukraińcami.” (s. 481)

Ten „krok wyjątkowy” WOP-istów (tacy z nich byli „wołkowyjscy kresowcy” jak Huk „polskim historiografem”), był niestety powszechną praktyką „ukraińskich powstańców”. Nie wiadomo, czy w Terce ktokolwiek został spalony żywcem, a na pewno większość już nie żyła w momencie podłożenia ognia pod dom. Za to wiadomo, że wśród 362 „sposobów walki powstańców ukraińskich z polskimi katolicko-szlacheckimi kolonizatorami” palenie ich żywcem było powszechne, począwszy od września 1939 roku.   

19 września 1939 roku we wsi Schodnica pow. Drohobycz bojówkarze OUN rozbrajali grupki żołnierzy WP idących do Rumunii i zamykali w drewnianym baraku, który potem oblali benzyną i podpalili – żywcem spłonęło 50 żołnierzy.  „Dopiero 19 września 1939 roku zaczęła się dla nas wojna. Tego dnia miejscowi Ukraińcy wypędzili nas Polaków, mieszkańców tej wsi w pobliże dużego drewnianego baraku. Okazało się, że w tym baraku zostało zamkniętych 50 polskich żołnierzy. Wokół baraku stało wielu Ukraińców, niektórzy mieli karabiny, większość jednak uzbrojona była w widły, siekiery, kosy, łopaty itp. Na naszych oczach barak został oblany naftą lub benzyną i podpalony. Ucieczka z niego nie była możliwa, gdyż był gęsto obstawiony przez uzbrojonych Ukraińców. Kto się nie spalił, a próbował wydostać się przez wyłamane deski ze ścian, był dobijany strzałem z karabinu lub jakimś narzędziem, widłami lub łopatą. Po dokonaniu tego morderstwa nam Polakom oraz ukraińskim gapiom kazano rozejść się do domów, a przy tym wykrzykiwano do nas różne obelgi, jak np. polskie świnie itp.”. (Kazimierz Kaniewski; w: Siekierka..., s. 195). Także we wrześniu 1939 roku we wsi Jaśniska pow. Gródek Jagielloński miejscowi Ukraińcy spalili żywcem w stodole 32 żołnierzy WP.  W lipcu lub sierpniu 1941 roku we wsi Karasin pow. Kowel Ukraińcy spalili kościół z dziećmi pierwszokomunijnymi i zamordowali księdza. „Ks. Andrzej Kwiczała, proboszcz parafii w Maniewiczach, opowiadał o parafianach, którzy oprowadzali go po okolicznych lasach i pokazywali miejsca, w których zamordowana została cała rodzina polska. „Kiedyś wzięli mnie na Załazie, to , to taka wioska blisko granicy z Białorusią, i pokazują: tu leży nasza rodzina, tu zamordowani chłopcy z sąsiedztwa, tam inni. Idą i po kolei stawiają znicze – wspomina ksiądz, Nie ma rady, do każdej z tych mogił trzeba podejść i się pomodlić. Jak tu ominąć miejsce w Karasinie, gdzie został spalony kościół z dziećmi  pierwszokomunijnymi, a księdza wywleczono i zamordowano gdzie indziej. Nocą, po kryjomu postawiłem tam krzyż. Stoi do dziś, a miejscowi jeszcze kwiatki przy nim położą.” („Żal kresowych stanic”, w: „Nasz Dziennik”  z 23 – 24 października 2010 r.).  W nocy z 22 na 23 kwietnia (z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek) w osadzie Janowa Dolina pow. Kostopol upowcy oraz okoliczni Ukraińcy (w tym dzieci i kobiety) dokonali rzezi około 600 Polaków (prawdopodobnie dwukrotnie więcej), spalili około 100 domów i kaplicę pw. Chrystusa Zbawiciela. Świadek zbrodni Janina Orłowska-Łasek pisze we wspomnieniach „Krótka historia i zagłada Janowej Doliny”, zamieszczonych „Biuletynie Informacyjnym 27 DWAK”, nr 3/1996 r.: „Ukraińcy otoczyli całe osiedle i posuwając się systematycznie, podlewali każdy budynek naftą czy benzyną, podpalając go następnie smolnymi łuczywami od strony wejścia. Oknami wrzucali granaty, do uciekających strzelali, kogo złapali, tego zabijali siekierami lub widłami. Napastników było bardzo wielu – obliczono później, że na każdy dom przypadało 8 – 10, w tym i dziewcząt ukraińskich. Zapanowała niesłychana groza, krzyki i tumult. /.../ Z tych ludzi nie ocalał prawie nikt. Żar i dym były tak wielkie, że zostali oni uduszeni, spaleni na węgiel, bądź upieczeni. Rozpoczęły się wręcz dantejskie sceny. Gdy ogień rozgorzał, nie tyle widziało się, co słyszało krzyki i jęki ludzi, wycie palącego się bydła, huk płomieni i strzelaninę – wszystko wprost nie do opisania.” „Zginęło tu przeszło półtora tysiąca Polaków.” („Relacja policjanta” w „Karta” nr 24/1998. Podali do druku Grzegorz Motyka i Marek Wierzbicki). Napadem na Janową Dolinę kierował Iwan Łytwynczuk „Dubowyj”, który po rzezi złożył raport o „wykonaniu zadania”, zrealizował więc rozkaz kierownictwa OUN. W 1943 roku koło wsi Kąty pow. Krzemieniec: "W dniu 29 kwietnia kilku nacjonalistów, omijając od południowej strony Kąty, osaczyło Polaków przy wiosennych pracach polowych. Spędzono ich do znajdujących się w pobliżu zabudowań gospodarskich, powiązano wraz z ich dziećmi w „snopki”, wrzucono do jednego z domów i podpalono. Ponieważ działo się to dość blisko Szumska, po kilku godzinach na miejsce zbrodni przybyli Niemcy. Ustalono, że wśród oprawców byli bracia Mińkowscy z Kątów.” (Jerzy Jeleńkowski: ZAGŁADA PARAFII KĄTY, MAJ 1943; w:  Wołanie z Wołynia nr 3 (88) Maj-Czerwiec 2009 r.). W kwietniu 1943 roku we wsi Huta Stara pow. Krzemieniec „ukraińscy partyzanci” zwołali zebranie Polaków w domu Jana Jastrzębskiego, a następnie spalili żywcem zgromadzonych 52 Polaków. 1 maja 1943 roku w futorze Dąbrowa  koło wsi Kąty /Kuty/ pow. Krzemieniec upowcy wyłapywali Polaków, gromadzili w jednym domu, który potem podpalili -  żywcem spalili co najmniej 28 Polaków, w tym rodziny 6 i 4-osobowe. „Na drugi dzień, 2 maja 1943 r. z Kątów wyjechało na pogorzelisko kilku uzbrojonych mężczyzn na 3 furmankach. Na miejscu zobaczyli szczątki pomordowanych dorosłych i żywcem spalonych dzieci. Tworzyły one czworobok, do którego wrzucano dzieci. Spalone szczątki zebrano do jednej skrzyni i pochowano we wspólnym grobie na cmentarzu w Kątach..” (Leokadia Wawrzykowska: Relacja z ostatnich dni pobytu na Wołyniu ludności polskiej wsi Kąty /Kuty/ gm. Szumsk, pow. Krzemieniecki, w: Biuletyn Informacyjny 27 Dywizji Wołyńskiej AK, nr 4 z 1997 r.). 18 maja 1943 roku we wsi Szarajówka pow. Biłgoraj żandarmi niemieccy oraz policjanci ukraińscy z Biłgoraja i Tarnogrodu po zrabowaniu dobytku spędzili ludność polską do kilku domów, zaryglowali drzwi i spalili żywcem  67 Polaków, Ukraińcami dowodził Włodzimierz Darmochwał, komendant policji ukraińskiej w Tarnogrodzie, sami policjanci nazywali siebie „Siczowyje striłki”. W nocy z 25 na 26 maja 1943 roku w kol. Borowa pow. Łuck  Ukraińcy z sąsiedniej wsi Harajmówka złapanych 22 Polaków spędzili do stodoły Stachurskiego i spalili żywcem (m.in. 6-osobową rodzinę i matkę z niemowlęciem na ręku). W maju 1943 roku we wsi Borowe duchowny prawosławny Mychajło Symonowycz błogosławił na dziedzińcu cerkiewnym upowców i poświęcił narzędzia ich zbrodni przed wyprawą na wsie polskie. 26 maja 1943 roku we wsi Niemilia pow. Kostopol: Okazało się, że banderowcy nocą otoczyli wieś Niemili, następnie wszystkich spędzili do dużej stodoły i żywcem palili. Palili też bydło. Ktokolwiek uciekał był mordowany siekierą, piką, nożem…” (Józefa Felińska Marciniak: „Wołyńska ziemio moja”; za: http://wolyn.org/index.php/component/content/article/1-historia/851-maj-1943r-byem-wiadkiem-napaci-bandy-upa-na-.html ). W okolicy miasteczka Ostróg pow. Zdołbunów Wiosną 1943 roku w okolicy Ostroga na Wołyniu zaczęły się pierwsze napady na Polaków, mieszkających w pobliskich wsiach. Brat mamy Tadeusz Głowiński, z całą swoją rodziną został żywcem spalony we własnym domu na Wołyniu. Najpierw banda UPA zgoniła kilka rodzin polskich do domu, pozabijano drzwi i okna deskami. Upowcy okrążyli dom,, aby nikt się nie wydostał i podpalili. Wszyscy zginęli w płomieniach.” (Henryk Wasilewski: Czar mojego Polesia, Wrocław 2007, s. 35) 16 czerwca 1943 roku w miasteczku Kołki pow. Łuck: „Po opuszczeniu Kołek przez Niemców, wyłapano pozostałych Polaków, zamknięto Ich w kościele, a potem podpalono razem z kościołem. Działo się to 16 VI 1943 r., spalono ponad 40 osób, lub więcej. Co zrobiono ze zwęglonymi ciałami, nie udało mi się dowiedzieć, ale jeszcze będę pytał. Zatelefonowałem pisząc o Kołkach do P. Stefana Żołędziewskiego ur. 1929 r. w Koszyszczach. Pan Stefan powiedział jak było: Dziadek Stefana, Jan Twardowski z Milaszewa k. Kołek, miał cztery córki i syna. Marianna wyszła za Ukraińca NN ( P. Stefan zapomniał) z Kołek, o imieniu Roman, mieli troje dzieci IN. Kiedy Polacy uciekali z Kołek do Przebraża, Ona powiedziała że nie będą uciekać. Bohaterscy banderowcy, zamknęli Ich razem z innymi w kościele i spalili. Kiedy przyszli Sowieci, mama Stefana, Antonina pojechała do Kołek pytać się o rodzinę siostry, miejscowi opowiedzieli Jej, że Roman był nakłaniany do zabicia żony i córki, a sam z synami byłby wypuszczony. Ten szlachetny człowiek nie uczynił tego, wszystkich spalili w kościele”. (Janusz Horoszkiewicz; w: http://isakowicz.pl/szlakiem-wolynskich-krzyzy-kolki-nad-styrem/ ). Potem była już :krwawa niedziela" 11 lipca 1943 roku , gdy m. in. w kol. Gucin pow. Włodzimierz Wołyński upowcy i chłopi ukraińscy otoczoną w nocy kolonię napadli o świcie i dokonali rzezi 146 Polaków, w tym 40 osób spalili żywcem w kuźni oraz około 15 rodzin w stodole. W osadzie Holendernia pow. Włodzimierz Wołyński upowcy zgromadzili rodziny polskie w stodole, zaryglowali drzwi, oblali benzyną i podpalili; żywcem spalili około 50 Polaków. 30 sierpnia 1943 roku we wsi Wola Ostrowiecka pow. Luboml upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi dokonali rzezi około 620 Polaków. Polaków spędzili na plac szkolny, opornych mordowali i wrzucali do studni. Około 40 kobiet i dzieci zaprowadzili do stodoły Jasionków, resztę zamknęli w szkole. W stodole Antoniego Strażyca chłopi ukraińscy wykopali rów długości 12 metrów i szerokości 2,5 metra. Następnie, co pewien czas wyprowadzali z placu szkolnego po 5 – 10 mężczyzn do stodoły, rzekomo na badania lekarskie, aby utworzyć wspólny oddział do walki z Niemcami. Ofiarom kazali rozbierać się z ubrań i butów, oddać zegarki i złoto, a następnie podprowadzali nad wykopany w stodole rów, nad którym mordowali siekierami i toporami uderzając w tył głowy oraz przebijali widłami. Po wymordowaniu mężczyzn oprawcy zaczęli wyprowadzać po kilka kobiet z dziećmi. Usłyszawszy samochody przejeżdżających Niemców zamknęli szkołę, w której znajdowało się około 200 kobiet, dzieci i starców, obłożyli ją słomą, oblali benzyną i podpalili. Wrzucili też przez okno do wnętrza kilka granatów. W upalny dzień szkoła spłonęła bardzo szybko. Taki sam los spotkał kobiety z dziećmi zamknięte w sąsiadującej ze szkołą stodole Jasionków.

9 listopada 1943 roku w miasteczku Lubieszów pow. Kamień Koszyrski upowcy „na chybił trafił wybrali około 200 Polaków i zamknęli ich w dwurodzinnym drewnianym domu należącym do rodziny Buttmanów i Piaskowskich, budynek obłożono słomą i podpalono”. („Skazani na niepamięć”, w: Nasza Polska z 8.XI.2005 r.). „Liczbę około 200 ofiar w Lubieszowie potwierdza świadectwo Ukraińca Myny Saszczuka, który 10 listopada 1943 roku wraz z innymi sąsiadami przewoził nadpalone zwłoki do wspólnego grobu na cmentarzu katolickim”. Oraz:  „Wkroczywszy do Lubieszowa pod wieczór, spędzili mieszkańców polskiej narodowości (183 ludzi) do chaty Buttmana, jakoby na zebranie. Następnie rozpoczęli swoje kainowe dzieło: ze wszystkich stron podpalili dom i czekali na tego, kto żywy wyrwie się z tej trąby powietrznej, aby dobić ofiarę i wrzucić ją z powrotem w ogień. Mieszkańcy Lubieszowa wspominają, jak pewna pięknisia z długimi włosami błagała o ratunek swego narzeczonego, członka bandy, a ten wyciągnął z pochwy szablę i pod ogólny rechot zabójców jednym ciosem oddzielił głowę dziewczyny od ciała” („Lubeszywszczyna”, ukraińska książka wydana w 1996 roku, s. 93 - 94; za: Zbigniew Małyszycki: „Potknięcia prof. Pawła Wieczorkiewicza”; w: „Myśl Polska” z 26 października 2008). Wśród nich były: siostra Jadwiga Alojza Gano sercanka, przełożona klasztoru w Lubieszowie oraz siostra  Andrzeja Maria Ossakowska sercanka z klasztoru w Lubieszowie, spalona żywcem wraz z siostrą Gano.

28 lutego 1944 roku we wsi Huta Pieniacka pow. Brody esesmani ukraińscy z SS „Galizien – Hałyczyna”, upowcy oraz chłopi ukraińscy z okolicznych wsi w sile kilku tysięcy napastników dokonali rzezi ludności polskiej 1100 – 1300 Polaków, paląc żywcem w stodołach i szopach.

20 marca 1945 roku we wsi Zazdrość pow. Trembowla upowcy zamordowali 30 Polaków, w tym kierownika szkoły powszechnej.  (IPN Wrocław S 6/02/Zi – śledztwo w sprawie zbrodni popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na terenie pow. Trembowla, w tym w Starej i Nowej Zazdrości w dniu 20 marca 1945 r. − 30 osób powiązanych kolczastym drutem i spalonych w niezamieszkanym domu.” 

To tylko kilka przykładów palenia żywcem Polaków w liczbie przekraczającej ilość Ukraińców spalonych w Terce. Kilka tysięcy rodzin polskich zginęło w podpalonych ich domach rodzinnych, zwykle podczas napadów nocnych. 

„Kto mógł wpaść na pomysł wzięcia zakładników, bezpośrednio związany z przyzwoleniem na mord zbiorowy? Według mnie, do roli pomysłodawcy najlepiej pasuje Franciszek Gankiewicz, jednak zebranie niewątpliwych dowodów i oskarżenie go o mord nie jest możliwe. Z tego względu moje rozważania na ten temat mają status hipotezy.”  (s. 482)

Ale niewątpliwe jest, że na pomysł tego oskarżenia wpadł B. Huk. Cytuje też zeznania świadków, ale wszyscy występują anonimowo, którzy stwierdzają np.: „Wydaje mi się”, „Właściwie to słyszałem o udziale”, kolejne „Wydaje mi się”, „miały tego dokonać”, „słyszałem, że”. Żaden z nich nie był świadkiem bezpośrednim , nie wiedział od kogo „słyszał” i na jakiej podstawie „wydaje mu się”. Nawet dla sowieckich sądów byłoby to za mało na stawianie hipotez.

Na s. 484 Huk cytuje Conrada „Weszli do domu, gdzie, jeśli od Josepha Conrada można znowu pożyczyć wyobraźni kolonialnej, „kucały, leżały czarne kształty, opierając się o pnie, trzymając się ziemi, na poły przysłonięte, na poły wynurzające się z półmroku, we wszystkich stadiach cierpienia, porzucenia i rozpaczy (…) Konali powoli – rzecz to oczywista. Nie byli wrogami, nie byli przestępcami, w tamtej chwili nie mieli żadnej ziemskiej powłoki (…). Te dogorywające kształty były wolne jak powietrze – i niemal tak samo przejrzyste”.

Jest to opis idealnie pasujący do widoku tysięcy polskich wsi, w których rzezi dokonały oddziały UPA z udziałem tzw. czerni chłopstwa ukraińskiego, począwszy od wsi Parośla 9 lutego 1943 roku po Wołkowyję pow. Lesko gdzie w nocy z 14 na 15 lipca 1946 roku upowcy zamordowali 32 Polaków a  4 uprowadzonych zaginęło bez wieści. „Wybrane osoby wiązano i żywcem wrzucano w ogień, niektórym „humanitarnie” podcinano wpierw żyły.” (G.  Motyka..., s. 376; Tak było w Bieszczadach).

W podrozdziale „W oczach martwych Ukraińców”, Huk pisze: „Według dowództwa powstańców, Franciszek Gankiewicz ponosił część odpowiedzialności za wypadki w dniach 4/5–8 lipca 1946 r., zatem jeśli byłby wtedy obecny w swoim domu, poniósłby śmierć. Skończyło się na symbolicznej zemście – podpaleniu domu.”  Umieszcza też przypis: „Niestety, została uprowadzona i najprawdopodobniej zamordowana jego córka Anna.” (s. 488)

Przez jakiś czas upowcy trzymali ją w chlewiku w Rybne potem ślad po niej zaginął. Huk tezę dowództwa faszystowskich  bojówek przyjął jako pewnik. 

„Pożar dworku Gankiewicza miał inną wartość symboliczną niż pożar domu Zubala. Ukraiński dom spłonął w imię „dobrej” przyszłości Polski – polski dworek Gankiewicza spłonął w wyniku odreagowania Ukraińców na kolonialne uprzedmiotowienie Ukrainy.” (s. 488)

Nawet pożar domu można wykorzystać do głoszenia tez rasistowskich.

W podrozdziale „Zakończenie” Huk podsumowuje swoje naukowe dywagacje. Pisze: Po tragedii II wojny światowej zmieniło się europejskie myślenie o kulturze i dziejach. Elity intelektualne wielu krajów potrafiły krytycznie odnieść się do własnej przeszłości narodowej, wskazać treści kultury i mechanizmy społeczne, które leżały u podstaw popełnienia zbrodni, współudziału w niej, a także przyzwolenia na zło lub milczenia wobec zła.”/.../ Kultury większości społeczeństw europejskich wypracowały nowe ujęcia swej tożsamości, wynegocjowały otwarte wobec Innych manifestacje własnego istnienia, zasady komunikacji wewnętrznej oraz stosunek do Innych. Towarzyszyło temu procesowi dojście do głosu tych przestrzeni kultury, których narracje dominujące wcześniej nie brały pod uwagę, pomijając je milczeniem lub umieszczając na marginesie.” ( s. 489)

W kulturze ukraińskiej podobna refleksja dotychczas nie nastąpiła.

„Trudno zbudować trwały i głęboki sojusz polsko-ukraiński w cieniu polonocentryzmu, będącego w istocie mniej czy bardziej jawną krytyką ukraińskiego „partnera”. Moim rozważaniom przyświecała nie chęć oskarżania, a troska o usunięcie barier komunikacyjnych tkwiących po stronie polskiej.” (s. 490)

Po ukraińskiej stronie natomiast istnieje pełna zgodność do potępienia ludobójczych formacji OUN i UPA, wobec czego nie ma z jej strony żadnych barier komunikacyjnych? Dlatego Huk nie musi troszczyć się o ich usuwanie?  

„Polski Kościół stosował wobec Ukraińców przemoc we wszystkich podporządkowanych sobie sferach, uznając ich za ludzi, których dalsze istnienie nie jest dla Polaków istotne lub pożądane”. (s. 490)

Polski kościół sypał kopce grzebiąc symbolicznie Ukrainę, w przypowieści o kąkolu w pszenicy głosił z ambony, że kąkol to Ukraińcy i dlatego trzeba ich wyrżnąć – i do tego celu święcił sierpy, kosy i siekiery, a księża uczestniczyli w rzeziach wsi ukraińskich...  

„Ustanowione i kultywowane przez Kościół poniżenie antropologiczne Ukraińców pozwoliło Polakom będącym wyznawcami katolicyzmu na zerwanie więzi międzyludzkiej z prawosławnymi Ukraińcami. Odmawiali oni rdzennej ludności Ukrainy pełni człowieczeństwa i nie dostrzegali wartości ich życia w dotychczasowym kształcie kulturowym” (s. 490 – 491)

Takie działania wobec prawosławnych Ukraińców prowadzi obecnie Kościół greckokatolicki na Ukrainie. A co było wówczas z grekokatolikami, nie istnieli, czy nie byli „poniżani antropologicznie”?

„W XX w., kiedy Ukraińcy wypowiedzieli podporządkowanie kulturowe formacjom uznanym za obce, wcześniejsza dominacja katolicyzmu uległa podważeniu, co spotkało się z reakcją w postaci kościelnego przyzwolenia na zabijanie. Stąd dla wielu Polaków-katolików poniżanie, prześladowanie i wreszcie zabicie Ukraińca – innowiercy lub schizmatyka – nie powodowało obniżenia samooceny kulturowej: Kościół gwarantował etycznie bezpieczne przejście od zbrodni na Ukraińcu do wyciszenia jej następstw oraz możliwość spokojnego funkcjonowania w społeczności wiernych zorganizowanych w naród.” (s.491)

„Formacje” żydowskie też Ukraińcy uznali za obce, co spotkało się z reakcją w postaci cerkiewnej zachęty na zabijanie. Stąd wielu Ukraińców – prawosławnych i grekokatolików poniżanie, prześladowanie i wreszcie zabicie Żyda i Polaka nie powodowało (i nie powoduje nadal) obniżenia samooceny kulturowej, co gwarantowała i gwarantuje Cerkiew.   

„Kościół polski, antropologiczny i polityczny winowajca złej obecności Polaków na wschodzie Europy, nie dopuszcza myśli o rzymskokatolickim zadośćuczynieniu wobec Ukrainy. Pozostaje zakładnikiem swej kresowej przeszłości, ponieważ nie jest zdolny do odrzucenia przemocy jako swej społeczno-kulturowej podstawy ontycznej. Utwierdza pogląd, iż przeznaczenie dziejowe katolicyzmu polskiego usprawiedliwia doprowadzenie do tragedii innych narodów i zrzucenie z siebie odpowiedzialności.” (s. 491)

Cerkiew, „antropologiczny i polityczny winowajca złej obecności” Ukraińców na Kresach, nie dopuszcza myśli o prawosławnym i grekokatolickim zadośćuczynieniu wobec Polski. Pozostaje zakładnikiem swej banderowskiej przeszłości...

„Duchowieństwo polskie nie modli się za swe ukraińskie, żydowskie czy jakiekolwiek inne ofiary. W jego konsekwentnej negacji istnienia Innych tkwi źródło złych emocji i niebezpieczeństwo na przyszłość, gdyż nie wyrzekło się dziedzictwa, które niegdyś umożliwiło ekspansję.” (s. 492)

Natomiast duchowieństwo ukraińskie systematyczne odprawia panachidy za swe polskie ofiary ludobójstwa, za ofiary  żydowskie, ormiańskie i jakiekolwiek inne.

„Rozliczyć Kościół polski z jego przeszłości na Ukrainie jest niezmiernie trudno: wyrządzał zło wykorzystując olbrzymią instytucję, która sama w sobie stanowi o cywilizacji europejskiej, tworzy narzędzia rozumienia stanowiska katolika wobec innego człowieka.” (s. 492)

Rozliczyć Cerkiew z jej przeszłości na Kresach jest niezmiernie trudno: wyrządziła zło wykorzystując olbrzymią instytucję, która sama w sobie stanowi o cywilizacji turańskiej, twory narzędzia rozumienia prawosławnego i grekokatolika wobec innego człowieka.  

„Traumatyczne doświadczenie Ukraińców płynące z pańszczyzny jest równorzędne z traumą niewolnictwa i Holokaustu jako najgłębszej tragedii Afrykanów i Żydów. Jej „długie trwanie” zapewniał Kościół i państwo polskie zamieniając człowieka na drodze przemocy antropologicznej i instytucjonalnej w jednostkę siły roboczej niezbędnej dla istnienia tych instytucji – tubylca, półczłowieka, istotę niedomagającą się etyki i jej pozbawioną (czytaj: Rusina).” (s. 492)

Pańszczyzna była równorzędna z niewolnictwem i Holokaustem! Istniała przez wieki na całym świecie nieświadoma, że na Ukrainie jest niedemokratyczna i nie przestrzega praw człowieka, co odkrył B. Huk. I na całym świecie  jej „długie trwanie” zapewniał Kościół i państwo polskie”, chociaż dotyczyło to tylko Rusina. 

„Aż do połowy XX w. trauma pańszczyzny stanowiła najgłębszą warstwę ukraińskiej pamięci i negatywnych emocji. Przeżycia te funkcjonowały jako przekaz rodzinny i społeczny, wielopokoleniowe nagromadzenie zła, przejmujący do głębi kompleks niższości oraz nieznośne poczucie skazania na unicestwienie. Ukraińcy i Polacy – walcząc z jednej strony o zniesienie pozycji podczłowieka, a z drugiej o utrzymanie statusu katolicko-sarmackiego nadczłowieka – sięgali po wszystkie dostępne środki przemocy.”  (s. 492 – 493)

W Ukraińcach ta trauma aż do połowy XX wieku  „stanowiła najgłębszą warstwę ukraińskiej pamięci i negatywnych emocji. Przeżycia te funkcjonowały jako przekaz rodzinny i społeczny, wielopokoleniowe nagromadzenie zła, przejmujący do głębi kompleks niższości oraz nieznośne poczucie skazania na unicestwienie”. A od połowy XX wieku zniknęła tracąc „status katolicko-samackiego nadczłowieka”, który istniał także w czasie 123.letniego okresu niewoli? 

„W stosunku do Ukraińców, Żydów i członków innych narodów uznanych za Obcych katolicka kultura Polaków zaowocowała ideologią narodowej demokracji – polskim odpowiednikiem nazizmu.” (s. 493)

Dlatego „katolicka kultura Polaków zaowocowała ideologią narodowej demokracji – polskim odpowiednikiem nazizmu”, postawiła „polskie obozy koncentracyjne” (w tym także dla Polaków), nakazywała wyrżnąć wszystkich „czużyńców”, w tym własnego małżonka „czużyńca” i jego dzieci (po „linii” tegoż „czużyńca”). To jest już nie tylko „jądro ciemności”, jest to istna „czarna dziura” we wszechświecie! 

„Wprowadzanie w życie koncepcji „nowego” – ukraińskiego – narodu ruskiego, napotkało polski sprzeciw. Ukraiński koncept negował polski scenariusz przyszłości Europy Wschodniej, narodowy projekt modernizacyjny i dekonstruował rozumienie przeszłości, przez co nie dawał rękojmi ekskluzywnie „bezpiecznej” przyszłości Polakom przełomu XIX/XX w” (s. 493 – 494)

„Nowy” - ukraiński – naród ruski? Czy Ukraińcy wiedzą o tym, że tak naprawdę są „nowym ukraińskim narodem ruskim”? Może w XXI wieku już są „starym ukraińskim narodem ruskim”?

„W 1919 r. II RP zlikwidowała Zachodnioukraińską Republikę Ludową, której utrzymanie się jako niepodległego państwa mogło stanowić gwarancję niedopuszczenia do Wielkiego Głodu w Ukraińskiej SRR. Pomimo tego, że miliony Ukraińców były obywatelami państwa polskiego, nie sprostało ono obowiązkowi moralnej i politycznej reakcji na Hołodomor z lat 1932–1933 na Ukrainie radzieckiej. Powodem było to, że Zagłada Ukraińców skutkowała umocnieniem wewnętrznej i międzynarodowej pozycji państwa polskiego, bowiem ewentualne załamanie się ZSRR postawiłoby na porządku dziennym ideę włączenia polskiej Ukrainy do przyszłego państwa ukraińskiego. Z tego względu II RP ponosi część odpowiedzialności za to, że w latach 30. XX w. doszło do ukraińskiej Zagłady. Brak polskiej reakcji na Hołodomor zerwał też wszelkie więzy moralne zdolne łączyć Ukraińców z państwem polskim.” (s. 494 – 495)

Korzystając z logiki powyższego rozumowania można stwierdzić, że Ukraina ponosi część odpowiedzialności za ludobójstwo w Rwandzie. Hutu wzorowało się na doktrynie integralnego nacjonalizmu ukraińskiego oraz praktyce OUN i UPA  „usuwając” ze swojego etnicznego terytorium „czużyńców”, czyli Tutsi.

ZRL miała być państwem w ramach federacyjnego państwa austriackiego

„Moralne więzy” zerwało ludobójstwo okrutne. I zrywa je gloryfikowanie jego ideologów i wykonawców.

„Wielki Głód, podobnie jak Holokaust, nie stał się wydarzeniem istotnym dla pamięci historycznej i tożsamości Polaków. Nie wywołał zrozumienia dla losów narodu ukraińskiego i Ukrainy. Nie zaistniał (podobnie jak ukraińska hekatomba w II wojnie światowej) w polskim przekazie, ponieważ traktowany jest za niepożądany kontrdyskurs wobec jakoby wyjątkowego męczeństwa Polaków.” (s. 495)

Ludobójstwo okrutne, podobnie jak Holokaust, nie stało się wydarzeniem istotnym dla pamięci historycznej i tożsamości Ukrainy. Nie wywołało zrozumienia dla losów narodu polskiego i Polski. Nie zaistniało (podobnie jak polska hekatomba w II wojnie światowej) w ukraińskim przekazie, ponieważ traktowany jest za niepożądany kontrdyskurs wobec jakoby wyjątkowego męczeństwa Ukraińców.  

„Próba zwrócenia uwagi na ukraiński Wołyń w Polsce w latach 1944–1947 nie ma zatem szans powodzenia – polski katolicyzm nie wypracował wrażliwości wobec ofiar innych, niż własne.” (s. 495)

Próba zwrócenia uwagi na polski Wołyń z roku 1943 nie ma zatem szans powodzenia – ukraiński prawosławizm i grekokatolicyzm nie wypracował wrażliwości wobec ofiar ukraińskich zbrodniarzy.

„Po wojnie swe rządy narzucili komuniści, jednak katolicki narodowodemokratyczny determinant kulturowy w kwestii ukraińskiej doprowadził Polaków do wyrażenia zgody na komunizm (pod tym samym wpływem w latach okupacji zaakceptowali nazizm dokonujący Zagłady Żydów).” (s. 495)  

A na Ukrainie po wojnie nie rządzili komuniści, tylko Cerkiew? Natomiast w latach okupacji Ukraińcy powołali „Żegotę”, w której najaktywniej działała Policja Ukraińska?

„Przyzwolenie na unicestwienie Ukraińców niezaistniało za sprawą samych komunistów – wobec siły opcji katolickiej przyjęli oni za swoje mechanizmy sprawcze wyobraźni społeczno-kulturowej Kościoła i uzyskali zgodę Polaków na „własne” rozwiązania wobec Ukraińców. Wynegocjowali ze społeczeństwem przyzwolenie na eliminację, ponieważ Kościół przygotował je na zawarcie tej umowy. Negocjacje społeczno-kulturowe powiodły się dlatego, że komuniści polscy reprodukowali kościelną niechęć do Ukraińców. Instytucja Kościoła polskiego była zatem głębokim czynnikiem sprawczym Zagłady Ukraińców dokonanej przez komunistów działających bezpiecznie w ramach jego zachęty i przyzwolenia.” (s. 495 – 496)

Ukraiński historyk działający w Kanadzie Wiktor Poliszczuk twierdzi, że ofiarą nacjonalistów ukraińskich padło także około 80 tysięcy Ukraińców zamordowanych „za zdradę narodu ukraińskiego”. Szef wywiadu AK na Ukrainę, w latach 1941-44, Aleksander Klotz tak pisał: „Mogę zrozumieć wychowanych w szkole OUN banderowców, jako katowskie narzędzie Niemców (Hitlera) w stosunku do mojego narodu, ale nijak nie mogę pojąć ich roli na terenach Wielkiej Ukrainy. Przybyli tam z Galicji wraz z Niemcami, aby znęcać się nad własnymi braćmi, przerastając w okrucieństwie (o głowę) gestapowców i esesmanów. Własnymi oczami patrzyłem na masowe egzekucje w Kijowie w ostatnim kwartale 1941r, na rozstrzeliwanie tysięcy Ukraińców w Kremieńczugu w styczniu 1942r., na publiczne wieszanie młodzieży ukraińskiej w Żytomierzu w lutym 1942r. Otrzymywałem relacje wszystkich placówek o setkach egzekucji wykonywanych bez najmniejszego powodu. Widziałem rzesze ludu ukraińskiego pędzonego wiosną 1942r. ze wszystkich zakątków Ukrainy na Zaporoże, przez stepy, o głodzie i chłodzie. Ślad wędrówki znaczyły szeregi trupów (powieszonych przez policję ukraińską), kołyszących się na słupach telegraficznych. Wszystkie egzekucje wykonywane były przez banderowców, pod kierownictwem gestapo i SS. Robotą techniczną kierował Dmytro Myron Orłyk, sławna ludyna.” Na Wołyniu czystka „niepewnych elementów” przerodziła się w prawdziwą rzeź. Tamtejszy referent SB w grupie „Południe” M. Kozak „Smok” przeprowadził totalne śledztwo likwidując szefa sztabu grupy i referenta propagandy, kierowników szkół saperów i pielęgniarek, około 60 dowódców i setki partyzantów. W sumie zlikwidowano do tysiąca upowców. Podobne metody śledcze zastosował do członków OUN. Od 1 stycznia do 1 października 1945 r. „Smok” wszczął 938 spraw przeciwko członkom OUN – spośród nich zlikwidowano 889. Nierzadko represje rozciągano na całą rodzinę rzeczywistego czy domniemanego agenta. (Grzegorz Motyka: Ukraińskie podziemie narodowe na południowo-wschodnich ziemiach II RP 1939-1945)  

„Ważne jest także w obecnej chwili postawienie na porządku dziennym tzw. akcji „Wisła”. Dążyć, aby stanęła ona na forum polskiego parlamentu i żeby sami Polacy ją potępili jako ludobójczą. Inicjatorem sprawy nie może być Mokry, lecz ktoś z Polaków. Przeznaczyć na to 15-20 tys. USD. Gdy to już się stanie, to wieść o tym z odpowiednim naszym komentarzem w jęz. obcych powinna obejść cały świat. Zainicjować wiece potępiające polskie zbrodnie popełnione na narodzie ukraińskim przez różne cudzoziemskie organizacje. Nasz komentarz do tego powinien nawiązywać do ucisku polskiego przed wojną na obszarze polskiej okupacji ziem ukraińskich (Zamojszczyzna, pacyfikacje, likwidacja szkolnictwa i kultury, ucisk narodowy), sławne działania UPA w walce z Niemcami i komuną w Bolszewii i w Polsce. Podnieść, że sami Polacy oddają hołd bohaterskiej UPA, prekursorki Solidarności, potępiają komunistyczną akcję „Wisła”, znęcania się nad ukraińską ludnością. Wykazywać ukraińskość Zacurzonii zgodnie z granicą nakreśloną przez OUN-UPA.” (Fragment Uchwały Krajowego Prowodu Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) podjętej 22.VI.1990 r.) Wszystkie ofiary po stronie ukraińskiej poniesione z rąk polskich (samoobrona, AK, WP, WOP, UB, MO) wyniosły około 7 tysięcy osób (OUN-UPA i ludności cywilnej), w tym było około 2,5 tysiąca ludności cywilnej, ofiar zarówno akcji odwetowych jak i przypadkowych, podczas walk z UPA.

Tak wygląda fakt „unicestwiania Ukraińców” przez komunistów, którzy „przyjęli za swoje mechanizmy sprawcze wyobraźni społeczno-kulturowej Kościoła”. A Cerkiew prawosławna i grekokatolicka potępiła (wyklęła) swoje „owieczki” mordujące swoich rodaków? Czy była „głębokim czynnikiem sprawczym Zagłady Ukraińców (czyli ukraińskiego Holokaustu!) dokonanej przez banderowców działających bezpiecznie w ramach jego zachęty i przyzwolenia”?   

Jest to zwłaszcza bardzo gorzka prawda dla  wypędzonych Polaków z Kresów. Oglądały kiedyś reportaż w telewizji. O podróży sentymentalnej pewnego Ukraińca w Bieszczady. Z nostalgią wspominał rodzinną wieś, z której go wysiedlono w ramach akcji „Wisła”. Tu stała chata, tam stała cerkiew. Ale one nie potrafiły mu współczuć. Nie tylko dlatego, że ich znajomi rozpoznali, że był w UPA.  – Czemu nas nie wypędzono z Wołynia? Dlaczego nie pognano nas, nawet w jednej koszuli, za Bug? Czemu zabijano Polaków, gdy uciekali?”  (Maja Narbutt: „Nie czekaj, nie wypatruj”. W: dodatku do „Rzeczpospolitej” -  „Plus Minus” nr 28 z  12-13 lipca 2003r.).

Ze wspomnień przesiedlonych Ukraińców zamieszczonych  w książce B Huka  „Zakerzonia- spomyny wojakiw UPA” (Warszawa 1996) wynika wyraźnie, że w każdej wsi istniały zakonspirowane struktury OUN i UPA. Jednocześnie w wychodzącym w Polsce za pieniądze z budżetu państwa ukraińskim piśmie „Nasze Słowo” (nr 34 z 1996 r.) napisał on w artykule „Akcja „Wisła” i swoboda ludyny”, że akcja „Wisła” trwa nadal, a wszyscy Ukraińcy w Polsce są do dziś więźniami politycznymi. Czyli wszyscy Polacy są nadzorcami więziennymi. Stosując analogię do jego myślenia można by stwierdzić, że bezczeszczone do dzisiaj mogiły wyrżniętej cywilnej ludności polskiej na Wołyniu i Małopolski (Galicji) Wschodniej (większość mogił porasta chwastami, pasie się na nich bydło, natomiast władze  samostijnej Ukrainy nie pozwalają na ich odszukanie i postawienie chociażby krzyża) są dowodem banderowskiego ludobójczego barbarzyństwa narodu ukraińskiego istniejącego w nim do dnia dzisiejszego. Cała ta wrzawa potępieńcza wokół Operacji „Wisła” niesie w sobie przerażający kontekst, że w przypadku konfliktów narodowościowych najpierw należy mniejszość etniczną wyrżnąć (Wołyń), a potem „równoważyć” krzywdy „okropnościami” czasowego odosobnienia zbrodniarzy i ich pomocników (Jaworzno) oraz „ludobójstwem” przesiedleń ich rodzin (Operacja „Wisła”). Rozumiem, że taka jest „filozofia” rizunów – ale żeby jej wyznawcami były obecne „elity ukraińskie”? Jaki jest cel tych  - używając określenia Zbigniewa Herberta - „oszustów intelektualnych”?

„Skierowanie uwagi wyłącznie na ukraińskie zbrodnie pozwala nie dostrzegać problemu o wiele ważniejszego: Kościół i Polacy przez kilka stuleci mieli w swych rękach nie tylko ziemię, majątek i pracę, ale przyszłość narodu ukraińskiego. Gdyby nie upadek Korony Królestwa Polskiego pod koniec XVIII w., nie wiadomo, czy Ukraińcy i inne narody zdołałyby ocalić swe istnienie.”  (s. 496)

„Ukraińcy i inne narody” przetrwały kilka stuleci „Kościoła i Polaków”, ale dopiero rozbiory zagwarantowały im ocalenie! To taka „mniemanologia stosowana”, a tą definicją posługiwał się satyryk Jan S. Stanisławski odnośnie tak groteskowych tez. 

„Potępienie dla UPA to ostatnia możliwość wykazania, że jeśli już Ruś wydostała się z katolicko-sarmackiej dominacji, by stać się Ukrainą, to mogła to uczynić jedynie w esencjalnej postaci Nemezis stepów – krwawej zemsty czynnika irracjonalnego. Przekleństwo, którym kultura polska na rozstanie obdarzyła niepodległą Ukrainę, posiada katolicką, kościelną genealogię. Dzięki temu żyje do dziś, dokonując spustoszenia w wyobraźni Polaków zgodnie z wzorcem „poznawczym”: Ukraińcy zabijali Polaków, więc Polacy nie zabijali Ukraińców.” (s. 497)

Z goryczą pisał Roman Kucharski „Wrzos” w polemice „Bandyci czy partyzanci” („Biuletyn informacyjny 27 DWAK „ nr 3 z 1995 r.): „Nas, ludzi zza Buga wywożono najpierw na wschód, potem na zachód i nikt z nas nie upomina się o przeproszenie i naprawę krzywd. Uznaliśmy to jako skutek wojny w przeciwieństwie do tych, którzy najpierw trzymali z bolszewikami, później z hitlerowcami, a niejako „po drodze” mordowali nas Polaków.”   

„Kresy jako kulturowe terytorium sadyzmu przetrwały do dziś w polskich obrazach i dyskusjach na temat Ukraińców. Negacja Innego, manifestująca wolność własną, utrwaliła się w pamięci kulturowej Polaków, którym trudno jest, nie narażając się na konflikt w ramach własnej kultury, zerwać z tradycją wątpienia w wysoką jakość kondycji ludzkiej Ukraińca bądź Żyda. Polacy nie są natomiast czuli na własne zbrodnie na kresach, ich zgoda na milczenie o poniżaniu, prześladowaniu i zabijaniu Ukraińców odpowiada zgodzie Niemców na nazizm i jego dzieło. Polacy myślą dziś o Ukraińcach w większości zgodnie z zasadami wypracowanymi przez duchowieństwo i szlachtę – nie ma sterylnie białych dworków, ale pozostała sterylna myśl. Podstawą niedowartościowania Ukraińców jest kulturowy syndrom pańszczyzny, przechowany wśród Polaków przez Kościół aż do dnia dzisiejszego.” (s. 497)

Jak w całej historiografii Huka, gdy zamienić Ukraińca na Polaka, a Polaka na Ukraińca, wszystko zgadza się z faktami. 

Kresy jako kulturowe terytorium sadyzmu przetrwały do dziś w ukraińskich obrazach i dyskusjach na temat Polaków. Itd... 

„Polską wyobraźnią o Ukrainie włada odwołujący się do pańszczyzny prymitywnie banalny kresowizm – zobowiązanie do nieprzyznawania także współczesnym Ukraińcom pełni praw kulturowych. Ta postawa wywołuje niepokój, lecz jest zrozumiała: ukrywa konieczność uznania, że antypolskie powstanie na Wołyniu w 1943 r. było normalną w kulturze europejskiej walką Ukraińców o wolność, która nie może być reglamentowana zgodnie z normami kolonizatora.” (s. 497 – 498)

Jeżeli „antypolskie powstanie na Wołyniu w 1943 r. było normalną w kulturze europejskiej walką Ukraińców o wolność” , to jakie narody europejskie poza ukraińskim dokonały ludobójstwa okrutnego walcząc o wolność? To jest właśnie prymitywny banalnie ukraiński banderyzm. Współczesne ukraińskie prawo kulturowe to zakaz ekshumacji pomordowanych Polaków. Jedyne jakie obowiązuje w Europie. „Normalne w kulturze europejskiej” nie może być ludobójstwo genocidum atrox (przez neobanderowców nazywane „walką” albo „powstaniem”) ani holokaust („naukowo” nazwane przez nazistów jako „lebensumwertes Leben”).

„Ogólnonarodowe odreagowywanie utraty kresów jako integralnej części Polski/Rzeczypospolitej jest źródłem frustracji oraz skrajnie emocjonalnej reakcji na ukraiński antykolonialny ruchu oporu w XX w. W odróżnieniu od tak zwanego „nacjonalizmu ukraińskiego”, światopogląd i działania kresowizmu, odrębnej polskiej formacji światopoglądowo-ideologicznej, powinny być badane w ramach porównań z nazizmem. Pozytywne następstwa denazyfikacji w Niemczech świadczą o tym, że podejmując dekresowizację Polacy mogliby dokonać najkorzystniejszej z możliwych zmian w postrzeganiu historii własnego narodu i zrozumieniu jego miejsca w dzisiejszej Europie Środkowo-Wschodniej.” (s. 498)

Ruch oporu w XX w., obojętnie czy nazwie go się antykolonialnym, czy antyimperialnym, czy innym anty, gdy przybiera formę ludobójstwa okrutnego dokonanego na bezbronnej cywilnej ludności (w większości na kobietach i dzieciach), wyklucza się z definicji „ruchu oporu”. Może być co najwyżej określany jako tłuszcza barbarzyńskich zbrodniarzy. Natomiast „światopogląd i działania” banderyzmu, odrębnej ukraińskiej formacji światopoglądowo-ideologicznej , powinny być badane w ramach porównań z nazizmem i rasizmem. Pozytywne następstwa denazyfikacji w Niemczech świadczą o tym, że podejmując debanderyzację Ukraińcy mogliby dokonać najkorzystniejszej z możliwych zmian w postrzeganiu historii własnego narodu i zrozumieniu jego miejsca w dzisiejszej Europie Środkowo-Wschodniej.

„Należałoby zwrócić uwagę, że pozostałością kresów jest dzisiejsza południowo-wschodnia Polska. Terytorium po wyeliminowanych Ukraińcach jest najsłabiej rozwinięte i najmniej zaludnione w skali kraju, oznaczone ruinami cerkwi i cmentarzy, kapliczkami i krzyżami przy drogach, które dla Polaków są znakami ukraińskiej drogi donikąd, jednak Ukraińcy nie wybrali sobie tej drogi – ona została im narzucona w olbrzymim akcie przemocy ze strony Polaków.” (s. 498)

To w OUN i UPA nie było Ukraińców i nie oni realizowali „w olbrzymim akcie przemocy” depolonizację tzw. Zakerzoni? Czyli jednak ufoludki!  

„Kresy istnieją nadal: południowo-wschodnia część Polski/”Polski” to miejsce zbrodni, lecz dzisiejsi mieszkańcy nie obdarzają jej najmniejszą refleksją. Z tego względu ukraińskie cmentarze są tak podobne do żydowskich..” (s. 498)

Żydowskie są zadbane. Ukraińcy nie dbają o swoje groby, poza grobami banderowskim zbrodniarzy. Te groby są jedynym ich celem jako zastępczą formą kontynuowania walki z „polskimi kolonizatorami”, co jest objawem schizofrenicznej wyobraźni. Jest to klasyczne w psychologii klinicznej „wyparcie” winy, które jednocześnie służy obłąkańczej wizji Wielkiej Ukrainy, zgodnie z programem OUN z 1929 roku, trwającej do dzisiaj.  

„Wyjście z pułapki kresów w postaci konceptu wielonarodowej Rzeczypospolitej maskuje stan homogenizacji kulturowej i wywołuje ironiczny uśmiech obserwatora. Polacy po prostu powinni poznać nazwiska biskupów, polityków, ideologów, ziemian, właścicieli dworów i pisarzy odpowiedzialnych za stworzenie nadczłowieka unicestwiającego podczłowieka, za polski projekt i praktykę władzy nieokiełznanej.” (s. 498)

Polacy znają owych biskupów (a nawet arcybiskupa), popów i ich synów, polityków, ideologów, chłopów, adwokatów, dziennikarzy ukraińskich – począwszy od Doncowa, Ściborskiego, Kołodyńskiego itp. Może nie znają pisarzy, ale przecież nie można zachwycać się prymitywnym antyhumanizmem piewcy Gonty zrzynającego nożem własnych synów, bo ich matką była Polka – przecież to on popełnił „zbrodnię” biorąc  ją za żonę – czy zrobił to z nienawiści? Nic dziwnego więc, że musi wywoływać ironiczny uśmiech obserwatora.  

„Polska miała istnieć jako wolna od Ukraińców, Żydów i innych Obcych, jednak stała się tą, która na trwałe wpisała dzieje „swych” Martwych Obcych w obecny kształt i przyszłość swej historii. Polacy nie musieli umierać i być zabijani za rzymskokatolicką wizję polskości, ale w wykładni Kościoła kresy nadal są terenem ofiary złożonej z Polaków, aby step Ukrainy uczynić płodnym. Sakralizacja tej części „Polski” czyni ją terenem niedostępnym dla postrzegania innego niż religijne, irracjonalne i bezkrytyczne, otwierającego nieskończone możliwości, w tym dalszego odrzucania odpowiedzialności etycznej.” (s. 499)

Polacy nie mieszkali na ziemi żydowskiej ani ukraińskiej. Od zarania dziejów mieszkali na swojej ziemi lechickiej. To Rusini zaczęli podbój ich ziemi, co zanotował już mnich Nestor. I nic tutaj nie dadzą rasistowskie manipulacje dotyczące „etniczności”. Polacy nigdy zbrojnie nie napadli na państwo zwane Ukrainą. Były prawa „dziedziczenia”, jakie i teraz obowiązują w cywilizowanych społeczeństwach i państwach. Nie przestrzegali tego i nie chcą nadal państwa imperialne, agresywne. Tak było z carską Rosją, z Prusami, Austrią, a potem z III Rzeszą i Rosją Sowiecką. Obecnie w tym szeregu ustawiają Ukrainę rządzące nią elity bredząc o kolonizacji jej ziem przez Rzeczpospolitą. Czy diaspora ukraińska kolonizuje ziemie Indian w Kanadzie i USA? Czekają, aż Indianie słusznie „odreagowują” tę kolonizację na wzór Wołynia 1943 roku, choćby za dwieście lat? Czy ich dzieci są już dziedzicami czyli spadkobiercami w sposób praworządny, czy ciągle są kolonizatorami? Czy o Krymie i Donbasie decydować ma „etniczność plemienna”? I czy byli to Rusini/Ukraińcy? Czy na Ziemiach Odzyskanych obecnie mieszkający tam Polacy i Ukraińcy są kolonizatorami? Ukraina miała być wolna od „czużyńców”, Polaków, Żydów, Czechów, Ormian, Rosjan  i innych mniejszości etnicznych. Poprzez ludobójstwo stało się tak w zasadzie na Kresach Polskich, czyli obecnej Ukrainie Zachodniej. Międzywojenna polonizacja Kresów była dużo łagodniejsza niż obecna ich ukrainizacja, w tym na Zakarpaciu. A owym „Martwym Obcym” tak dobrze powodzi się w Polsce, że nie tylko nie chcą z niej wyjeżdżać do „Swoich Żywych”, ale od nich uciekają do Polski.

„Niestety, kresy są przenoszone także poza Polskę. Próba zaistnienia Rzeczypospolitej Polskiej w Europie dzięki obrazowi XVI-wiecznej demokracji szlacheckiej czy polityki unijnej jako projektów pokojowych, a nie stanu permanentnej przemocy – to zamykanie Europy przed Ukrainą. Jeśli unia lubelska rzeczywiście była unią, to od XVI w. do dziś nie ma w Europie miejsca na Ukrainę. Jest miejsce tylko dla Rzeczypospolitej Polskiej walczącej o demokrację permanentnie – od czasów Bohdan Chmielnickiego po UPA, gdyż to Ukraińcy mieli nie pasować do Europy.” (s. 499)

Chmielnickiego z UPA mogą łączyć tylko „metody i sposoby” dokonywania rzezi ludności, grabież dobytku oraz palenie wsi i kościołów. Ani Bandera, ani Szuchewycz nie byli chyba zbuntowanymi polskimi szlachcicami, jak Chmielnicki. A z UPA Ukraina do Europy nie może wejść. Tak jak Niemcy nie weszliby z nazizmem, gdyby nie „przepracowali” tego problemu z Żydami. Ukraina natomiast gloryfikuje „holokaust” dokonany na ludności polskiej na Kresach. Zaakceptowanie tego byłoby zgubne dla Europy.  

„Polski zwrot etyczno-kulturowy wobec Ukrainy powinien zaistnieć przede wszystkim po to, aby Rzeczpospolita Polska w końcu mogła odnaleźć swoje miejsce w Europie bezpiecznej dla wszystkich.”. (s. 499)

Ukraiński zwrot etyczno-kulturowy wobec Polski powinien zaistnieć przede wszystkim po to, aby Ukraina w końcu mogła odnaleźć swoje miejsce w Europie, bezpiecznej dla wszystkich. Nikt nie ma pewnego bezpiecznego miejsca w Europie, dlatego utworzone zostało NATO. To wystarcza na dzisiaj, nie wiadomo, czy wystarczy na jutro. Ale innej możliwości nie ma. Ukraina aktualnie funkcjonuje dzięki Żydom. Zagraża jej „pohukiwanie” części polityków o Wielkiej Ukrainie, rasistowskie idee polityków OUN jeszcze z 1929 roku.. Zamiast sięgać po Kaukaz utraciła Krym. Być może całkowicie utraci Donbas. Bo na unię kijowsko-donbaską na razie nie zanosi się. 

„Jeśli państwo polskie pragnie posiadać niezachwiane gwarancje swego niepodległego bytu, to elity polskie powinny przejść swe ukraińskie katharsis.” (s. 499)

Jeśli państwo ukraińskie pragnie posiadać niezachwiane gwarancje swego niepodległego bytu, to elity ukraińskie powinny przejść swe polskie katharsis. A także katharsis rosyjskie i węgierskie. Ukraina bezpieczeństwa Polsce nie zapewnia, wręcz odwrotnie, coraz bardziej kumuluje niepokój. Nie widzą tego jeszcze tylko politycy i część tzw. „elit”.Zarówno w Polsce jak i na Ukrainie. Czego przykładem jest publicysta Bogdan Huk. 

 Stanisław Żurek

 

 

 

 

 

By: Agencja Reklamowa BARTEXPO