Dzisiaj jest: 18 Październik 2019        Imieniny: Juliana, Łukasza, Bogumiła

"Wampir z Bieszczad w Dolinie Potoku Ulicz"

/ Foto: „Ludzka bestia” Wołodymyr Czerśkyj – Chomyn pierwszy z prawej strony, bez nakrycia głowy. Z lewej strony Modest Ripećkyj „Horysław”, przełożony Czarśkiego, w środku Zbigniew Kamiński „Don”. Dzięki banderowskim…

Readmore..

IX Międzynarodowe Spotkanie Miłośników  Ziemi Wołyńskiej i Kresów Wschodnich  -Świątniki 2019

IX Międzynarodowe Spotkanie Miłośników Ziemi Wołyńskiej i Kresów Wschodnich -Świątniki 2019

Tradycyjnie w drugi weekend września w małej, ale „wielkiej sercem” wsi Świątniki gm. Sobótka, u stóp góry Ślęza na Dolnym Śląsku odbyły się dwudniowe uroczystości i spotkanie kresowian niemal z…

Readmore..

Odznaczeni Gwiazdą Przemyśla

Odznaczeni Gwiazdą Przemyśla

8 września 2019 r. odbyło się uroczyste odsłonięcie i poświęcenie obelisku pamięci ks. płk Józefa Panasia na Cmentarzu Wojskowym w Przemyślu, nadanie imienia ks. płk J. Panasia sali wykładowej I…

Readmore..

75 rocznica przybycia Polskich Sierot  syberyjskich do Nowej Zelandii

75 rocznica przybycia Polskich Sierot syberyjskich do Nowej Zelandii

80 lat temu 17 września sowieci w zdradziecki sposób rozpoczęli okupację polskich Kresów Wschodnich. Na rozkaz Stalina, ponad półtora miliona Polaków wypędzono ze wschodniej Polski i zesłano do obozów przymusowej…

Readmore..

Komisarz Wiaczesław  Mołotow ogłosił: „Państwo polskie  nie istnieje....”

Komisarz Wiaczesław Mołotow ogłosił: „Państwo polskie nie istnieje....”

17 września 1939 wojska radzieckie przekroczyły wschodnie granice Polski. Złamano postanowienia paktu o nieagresji z 1932 roku, a także umowy wynikające z przynależności do Ligi Narodów. Była to realizacja ustaleń…

Readmore..

POLSKIE DROGI DO NIEPODLEGŁOŚCI  Z BOHATERSTWEM ORLĄT LWOWSKICH

POLSKIE DROGI DO NIEPODLEGŁOŚCI Z BOHATERSTWEM ORLĄT LWOWSKICH

11 listopada 1918 roku po 123 latach niewoli rozbiorowej Rzeczpospolita Polska odzyskała należne jej miejsce w Europie jako niepodległe i suwerenne państwo i w tym Dniu odzyskała niepodległość. Droga do…

Readmore..

„Kresy” - film „Gazety Lubuskiej” zdobył Grand Prix

„Kresy” - film „Gazety Lubuskiej” zdobył Grand Prix

Fabularyzowany dokument „Kresy” w reżyserii Rafała Brylla to historia ostatnich dni Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej oraz początków tak zwanych Ziem Odzyskanych, oparta na dramatycznych świadectwach Polaków wypędzonych ze swej ojcowizny. …

Readmore..

Dytiatyn - Polskie Termopile

Dytiatyn - Polskie Termopile

Katarzyna Gójska rozmawia z prof. Glińskim w TV Republika o niemieckiej wizji polityki historycznej. Czy była realizowana w Polsce niemiecka polityka historyczna, fałszująca historię Polski, prowadzona w interesie Niemiec ?„Wszystkie…

Readmore..

Pielgrzymka w 100. rocznicę Odzyskania Niepodległości na  Kresach.

Pielgrzymka w 100. rocznicę Odzyskania Niepodległości na Kresach.

W piątek 13 września 2019r. członkowie Stowarzyszenia Pamięci Polskich Termopil i Kresów w Przemyślu im. Ks. Bronisława Mireckiego i Klubu Inteligencji Katolickiej w Przemyślu wraz z sympatykami z Warszawy, Częstochowy…

Readmore..

Czerwona pięcioramienna gwiazda na niebie polskich Kresów

Czerwona pięcioramienna gwiazda na niebie polskich Kresów

Dzisiejsza młodzież już tylko z historii dowiaduje się o odzyskaniu przez ich kraj pełnej i prawdziwej niepodległości. Jeżeli natomiast trafiają na wspomnienia sprzed 80 lat są to dla nich opisy…

Readmore..

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA.  Październik 1944 ROK

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA. Październik 1944 ROK

1 października 1944 roku: We wsi Horyniec pow. Lubaczów Ukraińcy zamordowali Cecylię Sopyło. Inni podają wieś Świdnica Horyniecka. We wsi Stefankowice pow. Hrubieszów: „1.10.1944 r. policjanci ukraińscy zam. Wojtiuka Józefa…

Readmore..

Polska przeznaczyła ponad 1 milion USD na pomoc mieszkańcom okupowanego Donbasu..?

Polska przeznaczyła ponad 1 milion USD na pomoc mieszkańcom okupowanego Donbasu..?

Jak dowiadujemy się z portalu: „day.kyiv.ua” z dnia 29 września 2019 r., Polska przekazała ponad 1 milion USD do Biuro ONZ ds. Koordynacji Spraw Humanitarnych, aby pomóc mieszkańcom wschodniej Ukrainy.Przedstawicielstwo…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego

Niniejszym prezentuję Państwu wspomnienia kpt. Mariana Strzetelskiego z lat 1914-1921, który brał udział w obronie Twierdzy Przemyśl. Po zdobyciu Twierdzy przez Rosjan dostał się do niewoli rosyjskiej, gdzie spędził pięć lat. Został wywieziony pod Ural, służył w V Dywizji Syberyjskiej pułkownika Czumy, budował kolej transsyberyjską. Po zakończonej wojnie z bolszewikami, dopiero w roku 1921 powrócił do Polski. 

mjr Marian Strzetelski był bratem mojego pra dziadka Kazimierza. Urodził się w Stanisławowie w 1880 roku jako syn Artura Strzetelskiego i Marii Mossoczy. Zmarł w Kielcach w 1935 roku. Ożenił się z Czesławą Gubrynowicz, która była siostrą Tadeusza, członka redakcji wydawanego we Lwowie "Słowa Polskiego". Marian Strzetelski spędził osiem lat w niewoli rosyjskiej i po powrocie do Polski, w 1922 roku ożenił się z czekającą przez tyle lat na niego wierną narzeczoną.

Po jej długiej namowie spisał swoje obszerne wspomnienia. Na łamach Kresowego Serwisu Informacyjnego, co miesiąc będę publikował kolejne odcinki tych wspomnień, nieraz bardzo osobistych. Zapraszam do lektury.

Wprowadzenie

W Przemyślu dnia 29 sierpnia 1922 roku

Przezacna Moja Żonusiu, Cesiu Najukochańsza,

Tak często prosiłaś mnie bym Ci opowiedział dzieje moje od sierpnia 1914 roku do listopada 1921 roku gdy służyłem w armii w czasie wojny, a potem przebywałem w rosyjskiej niewoli. Niestety niewiele Ci dotąd opowiadałem, bo i czasu brak było właściwie na to. Gdy przyjadę na dzień lub dwa do Lwowa pragnę się Tobą nacieszyć, popieścić, na przechadzkę wyciągnąć, więc o porządnym opowiadaniu nie ma mowy. Poza tym żyjąc przez tyle lat z moimi „dumami”, zapomniałem płynnie wysławiać się, a przy tym nasłuchawszy się tak wielu różnych blag [1], a mając przeczuloną ambicję, nie chciałem nikomu nic z przeżytego okresu opowiadać, by nie ujrzeć czasem dyskretnego może, ale przed moim wzrokiem nie dającego się ukryć uśmiechu niedowierzania. Zresztą gdybym chciał wszystkim, którzy mię o to prosili opowiedzieć o moich przeżyciach, mógłbym czasem coś od siebie dodać, w co bym przy następnym opowiadaniu sam już uwierzył. Tak też nieznacznie mogłem wejść w rolę pozującego bohatera, a w każdym razie blagiera, a tego dożyć nie chciałem, więc milczałem. Chowałem to na czas gdy będę już w końcu z Tobą razem, i rodzinnie, okres za okresem, choć we wspomnieniach, przeżytymi wrażeniami z Tobą się dzielić będę. Wcale nie miałem zamiaruprzed Tobą się skrywać, bo jak poznasz z mych wspomnień, o Tobie zawsze myślałem i z myślą o Tobie ciężko pracowałem.

Od dawna już, kiedy nad mym stosunkiem do Ciebie, jeszcze dużo przed wojną zastanawiałem się, wyrobiłem sobie taką wytyczną, że w życiu dla mnie Pierwszym jest Bóg, w którego wierzę, lecz nie wiarą bigoty[2], lecz wiarą pierwszych wyznawców Chrystusa. Drugim jest Polska, bo broniąc Jej bronię i Ciebie, a z pośród pojedynczych ludzi Tyś mi jest Najpierwsza i Jedyna. Według tej zasady postępowałem w czasie mej służby wojennej i w niewoli. I tą zasadą się dotąd kieruję.

Tylko nie pomyśl sobie czasem, że jestem jakimś wielkim społecznikiem, jednym z tych, którzy dla szerokiego społeczeństwa, krzewiąc różne ideały mają jakiś wpływ na szerokie masy społeczne, a o swych najbliższych po prostu zapominają. Ogień takiego społecznika ma za zadanie rozpalić naraz wielu ludzi, podczas gdy pojedynczą, kochaną osobę ledwie potrafi ogrzać. Takie masy społeczne, na oko bezkrytyczne, być może z lenistwa duchowego lub też z wrodzonej ludziom złośliwości i niedowiarstwa, mogą stwierdzić, że taki „prorok” głosi widocznie nie za bardzo ugruntowane hasła, kiedy one nawet nie potrafią wpłynąć na najbliższe mu otoczenie i ukochane osoby pomimo osobistego przykładu „proroka” i codziennego z nim obcowania. Z tego też rzekomi prostaczkowie wyciągają prosty, w oczy bijący wniosek, że albo ów „prorok” jest „pozorem z rozmysłu” albo tylko „prorokiem od chwili”, nie umiejącym w praktyce żyć w zgodzie z głoszonymi hasłami, lub też nie daj Boże jakimś maniakiem. Tych „albo” może być zresztą duża ilość, jednak dalej nie chcę się już tym zajmować, gdyż takim „prorokiem” nie chcę być.

Natomiast chcę być miłym memu Bogu, użytecznym dla polskiego społeczeństwa i szczęśliwym w życiu rodzinnym. Chcę móc dawać szczęście i sam z tego powodu szczęścia doznać. Moim celem jest będąc z rodziną, być jednym małym kółkiem w mechanizmie, który nazywa się u mnie narodem i który bardzo ukochałem, dbać o to zawsze by powierzone mej pieczy kółeczko zawsze sprawnie działało, tj. było szczęśliwe. Poza tym w mym uporze czy wytrwałości, (bo sam nie wiem co to jest), wbiłem sobie do głowy, że na przekór chcącym pokazać, że nie ma szczęścia w małżeństwie, nie ma szczęśliwych rodzin, przedsięwziąłem sobie udowodnić, że to jest nie prawda. Bo czyż może być dla mnie dowodem, że tego szczęścia nie ma, fakt, że rzeczywiście niewiele małżeństw naprawdę jest szczęśliwych. Ja widziałem takie małżeństwa szczęśliwe, kochające się nawet poza grobem. Moi i Twoi Rodzice są tego doskonałym przykładem. Zatem szczęście jest możliwe, tylko trzeba na nie pracować i inteligentnie go szukać. Nie w blichtrze, nie w pozorach, lecz w głębi duszy. Szukać należy mym zdaniem nie głównie piękna ciała i przepychu rozumu, bo to kruche, łatwo pryska, zmienia się, a w końcu powszednieje, lecz szukać należy piękna duszy. Piękno zaś duszy to dla mnie nie to piękno którego poeci szukają, choć i to cenię. Ja tak daleko nie sięgam, bo jestem tylko „homo simplex” i żyję życiem codziennym i jego drobnostkami, dla których jestem wyrozumiały, z jego powszedniością. Lecz w to wszystko musi być włożona szczera i inteligentna praca ducha, obopólny stosunek małżonków musi opromieniać  wzajemne poważanie i głęboką sympatię, a wtedy znajdzie się i wyrozumiałość życzliwa i ufność bezgraniczna, co chyba jest większą rękojmią wzajemnej Miłości niż gwałtowne zachwyty dla piękna ciała i tylko ciała jak również dla zręcznie uchwyconych pozorów inteligencji.

Ciało zacznie powszednieć, jeśli nawet cudem swą piękność zachowa, a pierwsze już przeszkody życiowe odsłonią zwykle pustkę duchową. Tam gdzie widziało się umysł wzniosły znajdzie się najzwyklejsza bezmyślność, zupełny brak pracy ducha. Tego zawsze w życiu obawiałem się i dlatego dziś jestem tak mocno wdzięczny Stwórcy, że na Tobie Cesiu nie zawiodłem się.

Patrząc na Twą Mamę i słysząc o Jej życiu, a obserwując równocześnie Ciebie i Twe uczynki, pomyślałem sobie, że pójdziesz pewnie w Jej ślady. Znalazłem u Ciebie, szczerze mówiąc, więcej niż oczekiwałem i to, że Cię ze czcią (nie bałwochwalczą, lecz szczerze przyjacielską) wielbię i wierzę, że kochać nie przestanę. Wierzę również, że wzajemnie sobie dopomożemy w znalezieniu, w tym niby powszednim, prozaicznym życiu, te ziarno szczęścia ukryte, zwykle z powodu swej skromności i szarości przed okiem szukających go z górnolotnym patosem ludzi. Oni go prawie nigdy nie nachodzą, bo albo żyją na ziemi życiem ziemskim, (a przecież nam Bóg kazał żyć na ziemi), albo też nie są inteligentni, a tylko posiedli znakomite pozory inteligencji. Dlatego nie wiedzą czego szukają, a znalazłszy to czego szukali właściwie docenić nie umieją. Te ziarna, na pozór prawie nic nie znaczące, są zazwyczaj bardzo szare, powszednie, ale trzeba w nie głębiej  wpatrywać się, trzeba je własnym ciepłem pochodzącym z wnętrza duszy odchuchać. Zaświecą wtedy blaskiem tak silnym i trwałym, że i ten duch, potrzebne dla swego rozwoju ciepło,dalej z nich będzie otrzymywać. Szczerze pragnę żyć takim życiem powszednim, zawsze z Tobą związanym, wtedy i ciała nasze naprawdę jako jeden wspólny twór tego związania się złączą. Chcę walczyć, potykać się, borykać z różnymi przeciwnościami, ale ukrycie dla ludzi obcych, bo nie pragnę ani ich zachwytu ani litości, ani też interesownej pomocy. Tylko ja dla Ciebie i Ty dla mnie, jako całość tego małego, narodowego kółka bądźmy zupełnie otwarci, nie miejmy tajemnic, a wtedy niedowiarki zobaczą, że nasze kółko sprawnie działa. Może wtedy ktoś kiedyś, weźmie sobie z nas przykład (tak jak i my teraz bierzemy przykład z Naszych Rodziców) i znów powstaną nowe, zupełnie prawidłowo funkcjonujące części tego wielkiego mechanizmu – Narodu. To jeden z wielkich, choć ziszczalnych celów mego życia.

Zdawałoby się, że z tego co Ci się dotąd wyspowiadałem, że jestem jakimś skrajnym, omal że nie bezgranicznym idealistą, marzycielem być może. Nie Cesiu, nie jestem idealistą, tylko życie i borykanie się z przeciwnościami wyrobiło we mnie duży zmysł praktyczny. Ja kocham mój Naród Polski cały, a w nim Ciebie nad wszystkich. Dla moich rodaków nauczyłem się być altruistą i tego dotąd nie wykorzeniłem we mnie. Często okazywano mi niewdzięczność, a nawet złość i przewrotność. Wierzę jednak, że może ich dzieci lub wnuki staną się innymi, a ja moim upartym altruizmem, przecież choć paru ludzi do naśladownictwa pociągnę i w ten sposób cegiełkę do gmachu szczęścia Narodu Polskiego dołożę. Altruistą jestem jednak tylko dla swoich, dla obcych jestem twardym, a w interesie swoich, egoistą.

Wierzę, że Naród Polski będzie jeszcze kiedyś naprawdę mądrze i długo szczęśliwy, lecz żyjąc w otoczeniu innych narodów, czyhających na każdą naszą słabość, każdy nasz fałszywy krok, naród nasz musi na zewnątrz być twardy, mocny, wzbudzający szacunek dla swej spoistości i siły fizycznej i moralnej. Nie chcę by nas nienawidzono, lecz pragnę by nas szanowano i nigdy nie lekceważono.

Jeszcze jako 13-letni chłopak, przyuczający się do pracy społecznej, wbiłem sobie w głowę, że muszę w życiu dążyć do tego, by naród polski wyrobił w sobie praktyczny zmysł dyplomatyczny i ostrożność angielską, polot naukowy francuski, pracowitość niemiecką, solidarność żydowską, a przy tym pozostał przy swej całej brawurze i lekkomyślności polskiej, a przyszłość będzie przed nami. O to od tego czasu modlę się ciągle do Boga.

Wierzę w postęp ludzkości, lecz nie wierzę w praktyczne zbratanie się narodów, co najwyżej chyba w znośne współżycie ich. Narody dzielą zbyt różne charaktery, a te są przecież wynikiem wiekowej tradycji, wyhodowane różnym powietrzem, różnym działaniem słońca i planet, różniącymi się między sobą partiami przyrody i powstałymi stąd różnymi upodobaniami i pragnieniami, różniącymi się od siebie, określającymi często te same zjawiska, przeważnie w dziedzinie ducha. Równości w świecie nie było i nie będzie. Już Adam i Ewa różnili się duchowo, różne pod względem duchowym były dzieci Noego i dziś zawsze różne są dzieci tych samych rodziców, wykarmione mlekiem tej samej matki, jednakowo chowane i jednaki przykład tych samych przecież rodziców do naśladowania codziennie widzące. Cera, wzrost, barwa włosów, budowa ciała, siła fizyczna, te objawy zewnętrzne już różnią ludzi, a co dopiero powiedzieć o duchu.

Więc gdzież tu podstawy, gdzie dane do twierdzenia, że równość ludzi w świecie jest możliwa. Byli zawsze, są i będą obrońcy praw i sprawiedliwości, nie brak i wykraczających przeciw nim. Genialne umysły pracują sposobami ochrony swobody życia i mienia ludzkiego, inni geniusze wymyślają równie genialne sposoby niszczenia tej ochrony i zamachów na tę swobodę. Ta walka zła z dobrem, szlachetności ze zbrodnią trwać będzie prawie nieskończenie. Mam nadzieję, że ostatecznie zwycięży, w stopniu dla oka ludzkiego i umysłu prawie niedostrzegalnym, dobro i szlachetność.

Ale dość o tym obiecałem Ci przecież spisać wspomnienia z mej przeszłości. A więc do dzieła.

 

Kpt Marian Strzetelski

Czesława Gubrynowicz (rok 1910)

Kraków 2019

Przemyśl 29.VIII. 1922

Od połowy roku 1914 przebywałem w miejscowości Uroż powiatu Drohobyckiego, gdzie pracowałem jako inżynier asystent przy projektowaniu i budowie wodociągów dla miasta Drohobycza. Mieszkałem wówczas w dwóch pokojach oficyny dworu pana Zygmunta Sroczyńskiego, właściciela Uroża. W ostatnich dniach lipca 1914 roku gościłem w domu państwa Gubrynowiczów we Lwowie, rodziców mojej przyszłej żony Czesławy Gubrynowicz. Rozmawialiśmy wówczas o niepokojących pogłoskach nadchodzącej wojny. Pamiętam jak brat mojej kochanej Czesi, Tadeusz Gubrynowicz, opowiadał o tym, jak to jeden z oficerów austriackich siedział w redakcji „Słowa Polskiego” i cenzurował artykuły. Przyznam się, że wówczas zupełnie nie wierzyłem w możliwość wybuchu wojny. Dlatego też po zakończeniu wizyty jak zwykle spokojnie, choć z wielką tęsknotą, pożegnałem się z moją ukochaną Czesią i odjechałem przez Sambor wprost do Uroża.

Piątek 31 lipca 1914 roku był pięknym słonecznym dniem. Były już godziny popołudniowe, a ja wciąż pracowałem na polach uruskich, kontrolując próbne pompowanie studni wodociągowej [3]. Nagle drogą od Drohobycza w szalonym galopie, powożąc chłopski wóz, nadjechał znajomy mój drogomistrz – pan Mieczysław Ogniewski z Podbuża. Wielce poruszony, poinformował mnie, że dziś rozlepiono w mieście Drohobyczu ogłoszenie o powszechnej mobilizacji, że właśnie wybuchła wojna Austrii z Rosją, że w mieście słychać lamenty i krzyki, że jest ogólne zamieszanie i że w ogóle sądny dzień nastał. W pierwszej chwili nie chciałem w to wszystko uwierzyć i z głupim uśmiechem na twarzy zapytałem go, czemu takie bujdy rozsiewa. On jednak z wielką powagą i przerażeniem na twarzy raz jeszcze potwierdził to co przed chwilą powiedział, dodając przy tym, że w myśl ogłoszenia każdy były wojskowy ma się zgłosić do odpowiedniej komendy w mieście. Wtedy dopiero dotarło do mnie to co tak naprawdę się wydarzyło. A więc wojna!

Od razu też uprzytomniłem sobie, że muszę Ciebie Czesiu, któraś się stała dla mnie Najukochańsza i Jedyna pożegnać. Muszę przecież ruszyć w bój za nie swoją, lecz obcą dla mnie sprawę. W tym czasie pracowałem wprawdzie w organizacji cywilno-wojskowej – Polowych Drużynach Sokolich [4] i nawet wykładałem tam służbę saperską, lecz jak i inni Polacy wiedziałem, że rząd austriacki ledwie nas toleruje bo wie przecież, że nie za sprawy austriackie lecz za polskie walczyć pragniemy. 

Pożegnałem natychmiast pana Ogniewskiego. Po drodze narobiłem alarmu w nieopodal rozbitym obozie cygańskim nad rzeką Bystrzycą i przekazałem im wiadomości o ogłoszonej mobilizacji. Co to za lament tam powstał. Kilku Cyganów było w wieku poborowym, więc Cyganki ręce załamały i w rozpaczy rzuciły się przede mną na drogę błagając bym przyznał, że to tylko głupi żart. Ja jednak czym prędzej nawet nie próbując niczego wyjaśniać opuściłem rozhisteryzowane Romki. W końcu zaszedłem jeszcze do dworu, do pana Stefana Sroczyńskiego, gdzie właśnie zgromadzona była cała jego rodzina, a więc administrująca Urożem jego żona Jadwiga, jego siostra Maria, druga siostra - śpiewaczka, matka pani Jadwigi i jej brat oraz rezerwowy oficer austriacki - Pan baron. Wieść którą przyniosłem piorunująco podziałała na zebranych. Pan baron, obawiał się bardzo, że nim dojedzie do Lwowa, banki zapewne nie będą już wypłacać oszczędności i on biedaczysko wojnę rozpocznie bez pieniędzy w kieszeni. Brat Pani Jadwigi, który jako jedynak nigdy nie służył w wojsku zaczął wypytywać mnie czy i jego również mobilizacja będzie dotyczyć. Przekrzykiwano się jeden przez drugiego. Po dłuższych naradach zdecydowano, że najlepiej będzie gdy zaraz oboje pojadą do Sambora (ok. 18 km) i tam może dowiedzą się bliższych szczegółów na ten temat. Wtedy panie rozpłakały się, gdyż przypuszczały, że po przybyciu do Sambora zaraz kawalerów zatrzymają i przymusowo w mundury ubiorą. Koniecznie prosiły mnie bym został z nimi by im ulżyć w cierpieniu, lecz grzecznie i stanowczo wytłumaczyłem im, że muszę wrócić do swojego mieszkania by zamknąć księgi czynności, kasę i księgi raportów oraz napisać odpowiednie sprawozdanie, które rano muszę osobiście zawieźć do Magistratu w Drohobyczu i otrzymać tam informację co mam dalej robić. Pożegnałem więc wszystkich grzecznie i wyszedłem.

Nie spałem całą noc, pracowałem bez przerwy do szóstej rano, poczym przebrałem się, poszedłem za rzekę Bystrzycę do zaścianku szlacheckiego po mego stałego woźnicę Bazia Dobrzańskiego. Kazałem mu zaraz zaprzęgać konie i przyjechać po mnie bo pojedziemy do Drohobycza. Przed 8-mą odjechałem. Gdy wjeżdżałem po jedenastej do Drohobycza, miasto wyglądało jak po jakiejś strasznej katastrofie. Płacz rozlegał się zewsząd. Ludzie biegali jak opętani. Magistrat cały nabity ludźmi. Burmistrz Rajmund Jarosz oraz szwagier mój, dr Mikołaj Kiedacz[5] sekretarz magistratu, pracowali w pocie czoła wydając karty mobilizacyjne. Oddałem me sprawozdanie i rachunki. Należał mi się jeszcze zwrot wydatków około 150 koron, lecz zamiast tego otrzymałem polecenie rozpuszczenia robotników w Urożu, po czym wręczono mi kartę mobilizacyjną i rozkaz bym po otrzymaniu pensji natychmiast wrócił do Uroża, oddał motor, księgi, sprzęty i wszelkie materiały pod ochronę dworu, a sam zgłosił się zaraz w komendzie pospolitego ruszenia w Stryju. Nie miałem nawet czasu pożegnać się z moją siostrą Zofią (Zofia ze StrzetelskichKiedaczowa) oraz jej dwojgiem malutkich dzieci (Zbyszkiem [6] i Marysią).Szybko pokwitowałem odbiór pensji i zaraz po dwunastej odjechałem do Uroża. Zmęczony byłem strasznie, konie tak wolno się wlokły, że dopiero o czwartej po południu dotarłem do Uroża. Ludzi uwolniłem, wykąpałem się, ubrałem w najgorsze ubranie, zabrałem ze sobą parę sztuk bielizny i najpotrzebniejsze rzeczy do walizki, pożegnałem z żalem kilkanaście słoików konfitur, które dla Ciebie Cesiuniu przygotowałem, oddałem klucz we dworze i końmi odjechałem około siódmej wieczór do Sambora. Stacja w Samborze była totalnie zabita ludźmi, tak że ani w przechowalniach ani w restauracji nie było miejsca, więc musiałem zaczekać na peronie.

Przemyśl 30.VIII. 1922

Do Stryja przyjechałem dopiero po 2-giej w nocy już 1-go sierpnia 1914 roku. W Stryju oczywiście na stacji tłok kolosalny, wszystko ludźmi zabite, nawet na peronie pokotem leżeli, tak że o przejściu mowy nawet nie było. Zaraz w nocy znalazłszy jakąś dryndę „bałaguły” [7] żydowskiego pojechałem szukać „LandstrummKommando”. Nałaziłem się z walizką  dość długo, jednak „władzy” nie znalazłem, więc wielce znużony powróciłem na stację. Po dłuższym oczekiwaniu znalazłem w końcu opuszczone co tylko krzesełko przy stole restauracyjnym na peronie i tak oparłszy zmęczoną głowę na kułaku, a nogi trzymając na walizce przetrwałem do ósmej rano. Po przebudzeniu udało mi się dostać jeszcze szklankę kawy i bułkę, poczym, znów z walizką wybrałem się w poszukiwaniu „komendy”. Łaziłem cały dzień, posilając się  kupionym chlebem i szynką, byłem w różnych koszarach, lecz wszędzie posterunki odpowiadały mi, że to nie tu. Wciąż wskazywano mi inne gmachy. O żadnym hotelu mowy nie było, jak również mieszkaniu prywatnym. Nic nie wskórawszy, zmordowany wróciłem więc na bezpłatny nocleg na dworzec kolejowy. Lecz już nie miałem tego szczęścia co wczoraj. Musiałem więc zadowolić się kawałeczkiem wolnego miejsca na posadzce peronu. Po wypiciu szklanki gorącej herbaty i zjedzeniu kawałka chleba z masłem, mając walizkę pod głową, przykryłem się „harelokiem”[8] wiatrem podszytym i udawałem że śpię. Nie mogłem jednak zasnąć, więc tak leżąc, rozmyślałem o tym czy dobrze zrobiłem, że w roku 1911 nie wniosłem podania do Ministerstwa Władz Wojskowych o pozostawienie mnie w rezerwie oficerów, gdyż inaczej automatycznie przeszedłbym do „Landsturmu” jako szeregowiec. Wszyscy uważaliśmy, że dość mamy pisania tych corocznych „Hauptraportów”, a już stanowczo pisania podań o pozostawienie w rezerwie.  Dlatego też podania nie wniosłem. Za to jednak musiałem zgłosić się do mobilizacji w Stryju i niestety przepadła możliwość pożegnania się z ukochaną Czesią we Lwowie. Choć kto wie jak dalej potoczyłyby się moje losy. Czy przydzielony gdzie indziej nie byłbym już dawno zgnił w ziemi.

Zastanawiałem się również co robić ze sobą. Władze wojskowe austriackie widocznie mnie nie potrzebują kiedy tak dobrze „zadekowały się”, że ich znaleźć nie mogę. Po cóż ja właściwie mam zgłosić się do wojska? Czy po to by bronić CK austriackiej ojczyzny? Nie, nie z CK patriotyzmu chciałem mundur przywdziać, lecz dlatego, że jako były oficer znałem przepisy wojenne i wiedziałem, że nie zgłosiwszy się będę uznany za dezertera i będę podejrzany o tchórzostwo, a tchórzem przecież nigdy nie byłem i nie będę. Choć i o bohaterstwie, zwłaszcza w austriackiej służbie przecież nie myślałem. Cóż zresztą miałem zrobić? O jakiejś tajnej pracy polskich organizacji nie wiedziałem nic, gdyż żyjąc na wsi i nie stykając się prawie od kilku miesięcy z Sokołem Drohobyckim, nie miałem pojęcia o tego typu działaniach. Zdecydowałem zatem, że bez pietyzmu, a tylko spełniając obowiązek państwowy, wzdrygając się tylko przed zarzutami tchórzostwa, muszę przywdziać ten CK mundur i mieć wciąż oczy otwarte na to co się tu wokoło mnie dzieje. Przygnębiony wszystkimi tymi myślami oraz faktem, że nie mogę się z Tobą zobaczyć najdroższa Czesiu, postanowiłem udać się znowu do miasta. Okrutnie zmęczony, nie umyty i nie wyspany, z trudem wypiłem kolejną szklankę herbaty, zebrałem się w sobie i po raz kolejny skierowałem w stronę miasta.

Budził się kolejny dzień, 2 sierpnia 1914 roku. W końcu poszczęściło mi się, gdyż stojąc przed bramą jakiś koszar ujrzałem znajomą twarz ubranego w mundur „pana kaprala”, który przechodząc obok, okazał się być moim rodzonym bratem Władysławem. Z radością zawołałem go, padliśmy sobie w ramiona, a on wziął mnie na górę, do izby gdzie mieścił się tylko co nowo zawiązany kurs ćwiczeń wojskowych nauczycieli ludowych. Tam rozgadaliśmy się na dobre. Dowiedziałem się od Niego, że mieszkanie nasze kawalerskie we Lwowie na ul. Wyspiańskiego 15 zostało pod opieką gospodyni, gdyż ostatni z trzech lokatorów pan Bauman, kolega Władka dziś właśnie do wojska w Stryju został skierowany.

„Landsturm komando” [9] mieściło się w tych samych koszarach, w których spotkałem Władka, zostawiłem więc u Niego walizkę i poszedłem zgłosić się w dowództwie. Zaraz też reaktywowano mnie do stopnia „Loutnanta” [10] i jako saperowi kazano mi zorganizować pułkowy oddział saperów, którego miałem zostać komendantem. Pułk 33 Landsturmu (Landsturminfonterier Regiment 33) dopiero co się organizował, każdy baon z innej wsi, z napływających wciąż nowych „landsturmistów”. Ostatecznie otrzymałem zatem zadanie bym zaopatrzony w legitymację wojskową poszedł do każdego z czterech dopiero co organizujących się batalionów i według własnego uznania wybrał po 18 żołnierzy - saperów lub też nadających się do tej służby rzemieślników. Wybranych już ludzi miałem zorganizować, skupić na kwaterach w którejś z okolicznych wsi, ubrać, wyekwipować i na koniec zdać w Dowództwie Pułku sprawę z tego co udało mi się zrobić. Zaraz też za to zlecone zadanie otrzymałem pierwszą gażę oficerską, dzięki czemu wspólnie z Władkiem poszliśmy kupić dla mnie szablę, feldbindę[11] i czapkę oficerską. Potem w restauracji zjedliśmy drugie śniadanie, powróciliśmy do koszar, skąd Władek poprowadził mnie do sąsiedniej wioski gdzie właśnie organizował się pierwszy batalion.

Osiemnastu ludzi otrzymałem już po południu. Spisałem ich, a najstarszemu „Zugsführerowi” [12]Łośkowi z Drohobycza poleciłem odprowadzić ich i zakwaterować w sąsiedniej wsi o osiem kilometrów oddalonej od Stryja, gdzie następnego dnia miał otrzymać ode mnie dalsze rozkazy.

Bardzo oryginalnie przedstawiało się takie organizowanie batalionu. Ogromne pastwisko, usytuowane z dala od wsi, obok wijąca się rzeczka, nieopodal tartak. Na błoniu przeszło dwa tysiące zgłaszających się „landstrumistów”, wielu z żonami, kochankami, matkami, dziećmi rozłożonych po całym obszarze. Wszyscy zajadają się przyniesionymi smakołykami, baraszkują, płaczą, śmieją, rozmawiają, ściskają się i piją dla dodania sobie otuchy. Pośrodku pastwiska stoi prosty stół, dwa krzesła i ławka. To tam urzęduje komisja kwalifikacyjna. Kapitan w mundurze siedzi, obok niego bez munduru, dodany do pomocy, stoi z tęgim brzuszkiem oficer rezerwowy. To Żyd, adwokat z Drohobycza, dr Raiter. Obok niego, na ławeczce siedzi jeszcze lekarz wojskowy i bada zgłaszających się. Na drugim krześle  siedzi pisarz batalionowy w mundurze, a w pobliżu kręci się kilku żołnierzy z karabinami. Stół otacza zwarta masa zgłaszających się mężczyzn. Wyrok „tauglich”[13] lub „untauglich”[14] decyduje o tym czy dany osobnik ma przejść na stronę stojących obok zakwalifikowanych do służby, czy też z kartką uwalniającą dostać się zaraz w objęcia ojca, matki lub żony, którzy nie kryją radości, że nie stracą jakże potrzebnego w gospodarstwie pracownika.

Dłuższą chwilę przypatrywałem się minom ludzi odchodzących od stołu komisji poborowej. Zakwalifikowani do służby wojskowej byli przeważnie uradowani faktem zostania żołnierzem. Wesoło rozmawiali ze sobą, opowiadali przyszłe wojskowe przygody, snuli jakieś plany strategiczne, przekomarzali się ze sobą i wyglądali na szczęśliwych. Jednak od czasu do czasu rzucali tęskne spojrzenia w stronę cywilów, wśród których ustawicznie słyszało się płacz kobiet – żon i matek i widziało mężczyzn, którzy ukradkiem ocierali spływające z policzków łzy. „Untauglich” odchodzili od stołu przy którym urzędowała komisja poborowa i wydawało się, że również wyglądają na szczęśliwych. Jednak gdy przechodząc obok grupy cywilów „tauglich”, już prawie żołnierzy, żartujących i dokazujących, ogarniał ich chwilowy smutek, a być może i wstyd, że oni nie powiększą już liczby „obrońców ojczyzny”.

Pierwszego dnia pracy komisji wśród zgłaszających się poborowych nie widziałem żadnych Żydów. Być może sądzili, że lepiej jest nie pchać się za szybko do komisyjnego stołu gdyż być może później łatwiej będzie się wykręcić od obowiązku służby. Wszystko to działo się w wyjątkowo gorący, sierpniowy dzień, więc cała Komisja pracowała dość ospale, wszyscy byli mocno spoceni i już zmęczeni. Dr Raiter próbował nawet namówić mnie bym go zastąpił w pracy, jednak usprawiedliwiłem się, że przysłano mnie tu, bym zorganizował oddział, a nie wyręczał szanowną Komisję. Obrażony zostawił mnie w spokoju. 

Wspólnie z Władkiem, dość już późno po południu wróciliśmy do koszar. Zaraz też zdrzemnąłem się z godzinkę na sienniku, uprzednio zjadłszy „menaż” wojskową. Wieczorem przyszedł Bauman i już we trójkę poszliśmy do miasta zjeść kolację. Do koszar nie chcieliśmy wracać, bo tam strasznie pchły żarły, więc Bauman zaproponował byśmy wspólnie poszli do jego ciotki, która mieszkała gdzieś na przedmieściu Stryja. Była to właściwie pierwsza nasza przespana noc po trzech poprzednich bezsennych. Rano, wypoczęci i wyspani, poszliśmy we trójkę do miasta, po drodze wstąpiwszy do cukierni na kawę. Byłem strasznie głodny, więc zjadłem też dobry dziesiątek pysznych bułeczek i ciastek. Tak rozpoczął się dla mnie kolejny dzień wojny – 3 sierpnia 1914 roku.

Przemyśl 31.VIII.1922.

Z pełnym już brzuchem zaszedłem do koszar, wziąłem z kancelarii pułkowej polecenie do Dowódców organizujących się właśnie batalionów – drugiego, trzeciego i czwartego, dowiedziałem się w których wsiach się organizują. Chwilę posiedziałem w kasynie przy szklaneczce piwa i przysłuchiwałem się rozmowie oficerów siedzących opodal. Słyszałem jak pewna ich część chciała sobie eleganckie z „ekstrafeintuchem”[15] mundury uszyć i strasznie się przy tym wymądrzali. Mówili, że doskonała armia austriacka w ciągu najwyżej trzech miesięcy rozbije armię rosyjską, dlatego też należy się ubrać na tę wojnę jak najbardziej elegancko, by tej dzikiej i obdartej armii rosyjskiej zaimponować. Nie mogłem słuchać już dłużej tych głupich wywodów, więc wspólnie z Władkiem poszliśmy do pułkowego magazynu mundurowego. Pobrałem tam płaszcz, bluzę i spodnie, za co zapłaciłem 57 koron. Spodnie były za duże i za długie więc pułkowy krawiec za drobną opłatą 10 koron skrócił mi je i dostosował do mojej sylwetki. Po obfitym drugim śniadaniu, już sam, bez Władka poszedłem do wsi oddalonej o 13 km od Stryja, gdzie formował się już drugi baon. Tam też po długich utarczkach z dowódcą baonu, upartym niemieckim majorem, wybrałem sobie osiemnastu chwackich żołnierzy, spośród nich naznaczyłem starszego i zaraz kazałem za sobą odmaszerować. Wciąż dopytując się o drogę, już późnym wieczorem, doprowadziłem całą osiemnastkę do miejsca, gdzie poprzedniego dnia pierwszych osiemnastu już zakwaterowało się. Złączyłem ich razem, wypytałem dokładnie o zajęcia zawodowe i dotychczasową służbę wojskową, a najstarszego spośród nich naznaczyłem komendantem. Zrobiło się już bardzo późno, wszędzie ciemno że oko wykol, a w dodatku zaczął padać deszcz. Zmęczenie coraz bardziej zaczęło mi się dawać we znaki. Kazałem więc u wójta wypytać o jakąś kwaterę dla mnie. Wyznaczono mi więc pokój u miejscowego księdza ruskiego. Ksiądz okazał się dość sympatyczny, lecz w trakcie rozmowy zauważyłem, że sprytnie chciał ode mnie wyciągnąć jaki panuje nastrój wśród wojska, jakie plany ma dowództwo armii itp. Nie będąc zbytnio rozmowny z natury, a ostrożny wobec obcych zbyłem go byle czym i tak też chciałem zakończyć rozmowę. On jednak dalej próbował podtrzymać ją i ostrożnie podsuwał mi myśl, że Polacy nie powinni bić się z Rosjanami, a raczej stanąć po ich stronie, by wrogów Słowiańszczyzny – Niemców tym pewniej zgnieść. Jednak moje lakoniczne odpowiedzi widocznie nie zadowoliły go, gdyż nagle nasza rozmowa się urwała. Pożegnałem go więc grzecznie i stanowczo, udając się do swojego pokoju na zasłużony odpoczynek. Zaraz też zasnąłem. Spałem bardzo dobrze. Rano służąca przyniosła mi kubek kawy i chleb z masłem. Po śniadaniu udałem się do Stryja po prowiant. Zabrałem ze sobą jednego podoficera i czterech żołnierzy, którzy objuczeni pełnymi workami i skrzynkami wrócili do wsi. Zaś ja wspólnie z podoficerem poszedłem szukać miejsca postoju trzeciego batalionu.

Po drodze, w jednej z kolejno mijanych pobliskich wsi znalazłem niespodziewanie czwarty batalion. Ponieważ munduru jeszcze na sobie nie miałem, bo do krawca jeszcze nie miałem czasu wstąpić, więc zupełnie niepostrzeżenie zacząłem przyglądać się praktykom poborowym.

 „Asenterunek”[16] odbywał się w tamtejszej karczmie mającej kilka wyjść. Co chwila widziałem wychodzącego przez jej boczne drzwi, na werandę, lekarza pułkowego, pisarza wojskowego – Żyda, „Zugsführera”[17] – też Żyda i jednego lub dwóch starozakonnych, którzy dość głośno (w żargonie, który zrozumiałem) i namiętnie kłócili się o wynagrodzenie za uwolnienie z wojska zgłaszających się tam Żydów. Po uzgodnieniu ceny, następowało liczenie i raz do rąk lekarza, a raz pisarza przechodziły szeleszczące banknoty. W ciągu godzinnej obserwacji zauważyłem, jak lekarz, pisarz i „Zugsführer”, co raz to wybiegali na werandę i w nerwowej gestykulacji i przekrzykiwaniu się nawzajem próbowali przekonać jedni drugich do swoich racji. By mieć jeszcze lepszy pogląd całej sytuacji, wmieszałem się między tłum zebrany na podwórzu. Tam można było usłyszeć ile trzeba było zapłacić by zostać uwolnionym z wojska.  Podobno dwaj nafciarze z Borysławia, Żydzi, zapłacili razem za uwolnienie na cztery tygodnie nie małą kwotę 25-30 tysięcy koron. A byli to przecież ludzie zdrowi i silni, którym niczego nie brakowało by zostać żołnierzem.

Zameldowałem się w karczmie i zażądałem, że z polecenia Dowódcy Pułku mam wybrać sobie osiemnastu żołnierzy. Zaczęto wtedy kręcić i robić jakieś trudności, mówiąc, że spisy jeszcze nie uporządkowane, że jeszcze lekarz po raz kolejny bada nowo przyjętych rekrutów i że w ogóle to jeszcze nie pora. Więc raz jeszcze, tym razem już bardziej stanowczo powtórzyłem moje żądanie i rozkaz Dowódcy Pułku. To pomogło. Było już koło południa. Zwołano więc batalion, a ja kazałem wystąpić z szeregu byłym saperom, stolarzom, cieślom, kowalom, murarzom i spośród nich wybrałem tych osiemnastu, którzy mi się najbardziej podobali. Ludzi tych razem z moim podoficerem odesłałem do wsi, gdzie mój oddział kwaterował i rozkazałem by wszyscy stawili się jeszcze dziś w Stryju przy magazynie mundurowym o czwartej po południu. I tak cały oddział, oprócz dwóch żołnierzy wyznaczonych przeze mnie do pilnowania rzeczy w miejscu zakwaterowania, zameldował się w Stryju.

Ja sam natomiast udawszy się w stronę miasta, odnalazłem tam brata Władysława, odebrałem po poprawkach mundur, przebrałem się weń, przypiąłem szablę do boku i w dobrze już przypasowanym uniformie poszedłem z bratem do restauracji zjeść obiad.

Siedzieliśmy tak wygodnie, rozmawiali i kombinowali czy przypadkiem nie udało by mi się dostać w pułku chociaż jednego dnia urlopu, by móc pojechać do Lwowa i pożegnać się kochana Cesiu z Tobą i z Twoimi bliskim. Jednak już wkrótce okazało się, że nie jest to możliwe. Muszę nadmienić, że jeszcze jadąc do Drohobycza do Magistratu, wrzuciłem do skrzynki pocztowej kartki pisane do Ciebie Kochana, jeszcze w Urożu i na stacji w Samborze, a znalazłszy się w Stryju, również codziennie słałem do Ciebie me tęskne westchnienia pisząc przynajmniej jakąś kartkę czy obszerny list. 

Po skończonym obiedzie pożegnałem się serdecznie z Władkiem, zaszedłem potem jeszcze do kancelarii pułkowej i tu dowiedziałem się, że już pojutrze pierwszy batalion ma odjechać do Mikołajowa nad Dniestrem i że mamy tych 18 pionierów tego baonu ubrać, trochę poduczyć i jako batalionowy oddział pionierów oddać odchodzącemu baonowi, a cały pozostały oddział przenieść do innej wsi na kwatery, o parę kilometrów od pierwszej w bok leżącej. Około 17:30 miałem już wszystkie mundury i cały ekwipunek tylko bez karabinów, ale za to z „Faschinenmesserami” [18]. Odmaszerowałem więc ze wszystkimi moimi pionierami do wskazanej wsi. Przypasowywanie i zamienianie części mundurowych pomiędzy poszczególnymi żołnierzami nie trwało zbyt długo. Niejaki kapral Cisak, maszynista, ślusarz z Borysławia był komenderującą „szarżą” w mym oddziale. Gdy wróciłem na kwaterę do księdza, kolację dostałem już do mego pokoju. Ksiądz widocznie poprzedniego wieczora niewiele miał pożytku z mego towarzystwa. Całą noc przespałem jak suseł.

Następnego dnia rano, 5 sierpnia, zebrałem oddział, przerobiłem z nimi najprostsze rzeczy saperskie takie jak kopanie rowów strzeleckich, ubezpieczanie linii, naprawę i budowę dróg prowizorycznych, naprawę i budowę mostów, schronów i parę innych rzeczy, jednak z braku tablicy i łopat rysowałem to wszystko na ścianie stodoły, objaśniałem i egzaminowałem tak do południa. Następnie oddziałowi pierwszego baonu kazałem przygotować się do odmaszerowania do Stryja następnego dnia tj. 6 sierpnia 1914 roku.

W międzyczasie, w zaufaniu, od kaprala Cisaka dowiedziałem się, że jeden z żołnierzy osiemnastego baonu, niejaki Łaskow z Drohobycza, tęgi, rudy i dość sympatyczny człowiek, coś trochę niewyraźny, odgrażał się w rozmowie z innymi, że ucieknie. Kazałem więc go pilnować. Po obiedzie z jednym z podoficerów poszedłem po ostatnich 18 ludzi do trzeciego batalionu. Batalion ten był rozmieszczony w bardzo ładnym dworze, część ludzi rozlokowano w oficynach, a pozostałych w chatach chłopskich. Żołnierze byli już ubrani w mundury i zaczęli nawet ćwiczyć. Spotkałem tam kolegę szkolnego Stanisława Rybotyckiego z Drohobycza, który był w baonie „Zugsführem” lub też „Feldfeblem”[19] oraz Rothenberga – przemysłowca z Drohobycza jak również kilku innych znajomych. Niektórzy z nich koniecznie chcieli przystać do mojego oddziału. Jednak gdy dowiedzieli się, że już jeden oddział z Pierwszym Batalionem wkrótce odchodzi, stwierdzili, że lepiej jest zostać na dawanym miejscu gdyż może właśnie tam łatwiej uda się „wykręcić od służby” lub po prostu „zadekować” [20].

Dali mi tam dobrze zjeść i pozwolili trochę odpocząć. Z osiemnastką wybranych żołnierzy, w tym między innymi Rusinem, niejakim K. Gudoniczym z Doliny czy też Kałusza, „Zugsführem”, odszedłem do Stryja. Tam ich umundurowałem. Wieczorem wróciłem do wsi na kwaterę. Po kolacji ułożyłem się wcześnie do snu by rano skoro świt znowu wstać i zabrać się do pracy.

6-tego sierpnia 1914 roku, o godzinie siódmej rano odesłałem przygotowaną już do wymarszu osiemnastkę ludzi  pierwszego batalionu do Stryja do pułku. Pozostałej reszcie kazałem się spakować i wziąwszy od wójta dwa podwody[21], przekazałem kwitki za kwatery, i zostawiłem suty napiwek dla służącej księdza. Ksiądz pieniędzy przyjąć nie chciał, więc pożegnałem Go serdecznie dziękując za gościnę i na czele oddziału ruszyłem w drogę. Błotnista i rozmiękła, gliniasta ziemia, mokra od nocnego deszczu powodowała, że zarówno żołnierze jak i konie obładowane tobołami grzęźli w niej dość często nawet po kolana. Tak więc wlokąc się krok za krokiem dopiero przed samym południem przybyliśmy do wyznaczonej, kolejnej wsi. Przy wydatnej pomocy tamtejszego wójta oddział nasz został rozlokowany lepiej jak poprzednio, a ja zamieszkałem w porządnej gospodarczej izbie. Ponieważ wszyscy byli okrutnie ubłoceni i zmęczeni, więc uwolniłem cały oddział od wszelkich zajęć w tym dniu, a sam postanowiłem przejść się trochę.

Byłem przygnębiony, że do Lwowa nie mogę się dostać, że ja tak blisko, a jednak z powodu warunków służbowych daleko od Ciebie, Cesiu. Już decydowałem się nawet bez urlopu, nikomu nic nie mówiąc wsiąść do pociągu, wpaść na chwilę do Was i znów cichcem wrócić. Ale nie wiem czy to było tchórzostwo z mej strony czy też obawa aby nie być posądzonym o dezercję, dość że siedząc nad młynówką powiedziałem sobie, że nie pojadę. Tyle przecież nasłuchałem się od znajomych o przepełnionych pociągach, o kontroli dokumentów, których jeszcze niestety nie otrzymałem, że głupotą byłoby ryzykować. Oczywiście miałem mundur i szablę, ale to na pewno by nie wystarczyło. Zresztą nawet ostatnio adiutant pułkowy mówił mi bym ludzi nigdzie nie puszczał, był w ciągłym pogotowiu i oczekiwał rozkazu wymarszu, całego pułku, ale gdzie nie wiadomo.

Z rozpaczy, a przy tym i brudu na całym ciele, rozebrałem się i choć chłodnawo już było, poszedłem za przykładem niedaleko kąpiących się w młynówce moich żołnierzy. Wymyłem się cały dobrze w dość czystej, choć nie głębokiej wodzie. To mię trochę orzeźwiło więc wróciłem do wsi. Obszedłem kwatery mojego oddziału, zagadując przy okazji do żołnierzy, po czym, wypiwszy uprzednio ze dwa kubki świeżego mleka i zjadłszy dwie kromki razowego, wiejskiego chleba, poszedłem spać. Spałem na słomie wybornie.

Starszego już żołnierza, bo liczącego około 40 lat Jana Maksymiuka, cieślę z Doliny (cz. Saliny) wybrałem sobie do osobistej usługi. Wybór okazał się później ze wszech miar trafny gdyż choć był Rusinem, ale polityką nie zajmował się. Jan był dla mnie rzeczywiście skarbem. Dbał o mnie jak rodzony ojciec – czyścił, naprawiał, kupował, karmił i o wszystko się pieczołowicie troszczył. Poza tym był nadzwyczaj uczciwy i poważny, do tego stopnia, że nie obawiałem się powierzyć mu nawet do pilnowania większych sum pieniędzy przeznaczonych na wypłaty dla oddziału.

 Następnego dnia 7 sierpnia 1914 roku, zaraz po śniadaniu, kazałem wójtowi dać sobie podwodę, czyli wóz chłopski zaprzężony w konie. Zabrałem Jana, podoficera i jeszcze jednego żołnierza i wspólnie pojechaliśmy do Stryja po prowiant oraz dalsze rozkazy do dowództwa sztabu [22]. Po przybyciu do miasta zatrzymałem się tam dłużej. Udało mi się spotkać z Władkiem i wspólnie zjedliśmy drugie śniadanie. Później załadowałem na wóz produkty, odebrałem żołd dla całego oddziału i zamieniłem parę zdań z Oberstleutnant’em[23]  Pawłem Gilli’m[24], z pochodzenia Włochem, wychowankiem niemieckich szkół kadeckich. Choć czuł i myślał jak Niemiec, był poczciwym człowiekiem. Był to mężczyzna niski, szpakowaty, przystojny i bardzo żywy w mowie i czynach. Kiedyś był dowódcą oddziału pionierów i żywo interesował się moim planem pracy dla oddziału. Polubił mnie później bardzo i co dzień przy różnych pracach mego oddziału długo ze mną gawędził. O polityce nigdy ze mną nie mówił, ale z jego przeszywających spojrzeń i krótkich celnych uwag odczułem, że pod przybraną skorupą niemiecką, a raczej austriacką tkwiło serce bolejącego Włocha, gdy nieraz słyszał jak oficerowie niemieccy przeklinali – „dieverfluchteVerraterItaliener” [25].                

Tak więc po załatwieniu wszystkich spraw, wysłałem jeszcze dwie kartki do Lwowa do mej ukochanej Czesi. Wieczorem, idąc za obładowanym wozem dołączyliśmy do naszego oddziału. Jednak zanim udałem się do mej kwatery skontrolowałem jeszcze moich żołnierzy. Przekonałem się, że zawodowi podoficerowie, jak im wcześniej nakazałem, przerobili w ciągu dnia praktycznie służbę saperską. Zadowolony więc, opiłem się znowu znakomitego mleka, napchałem żołądek chlebem i zasnąłem. I tak upłynął mi siódmy dzień wojny.                                              Dzisiaj minęło już osiem lat od tamtego czasu. Jednak mimo iż to tak dawno, to staram się odtworzyć w miarę dokładnie moje wojenne losy. Obecnie inne już warunki panują w wolnej Polsce. Pracuję w Szefostwie Inżynierii Saperów jako dzienny robotnik i zarabiam za sześć godzin pracy 2640 Marek Polskich. Po tylu przejściach moich i Twoich kochana Czesiu, po tylu latach oczekiwania w trwodze i niepewności jutra, dobiłem w końcu do mety – Tyś już dziś moja jak zapewniasz mnie i w co głęboko wierzę. Moja na wieki, bo ja byłem już Twoim gdy Cię osobiście pierwszy raz poznałem. I choć nowe kłopoty, nowe zmartwienia mnie nie opuszczają, to wierzę, że to Bóg mnie tak próbuje bym pokazał, że i te ciosy przetrzymam uczciwie i z drogi zasad wpojonych mi przez mych drogich śp. Rodziców nie zejdę. Zasad ustalonych później pracą mego ducha i umocnionych szlachetnością i zacnością Twego charakteru. Czesiu, miej wiarę razem ze mną, że Bóg nie długo już będzie nas doświadczał. Wnet już zaświta dla nas uczciwa przyszłość, jasna i bogata. Wierzę w to Czesiu mocno.                       Znużony już dziś jestem tym pisaniem, bo to już 10 wieczór. Więc pa Mój Skarbie Jedyny! Całuję delikatnie a gorąco Twe Czółko, Twe Oczęta, Twe Słodkie Usteczka, Twe Ukochane Rączęta. Śpij Spokojnie. Niech dobry sen pokrzepi Twe siły i ducha. Dobrej nocy!  Cdn…

 

[1]  kłamstw

[2]  ktoś przesadnie religijny lub gorliwie manifestujący swą religijność

[3]  Magistrat miasta Drohobycza w roku 1906 zaangażował inżyniera cywilnego Marcina Maślankę, z którym zawarł umowę na wykonanie projektu i budowy wodociągów. Po kilku próbach, wywiercono w roku 1911 pierwszy otwór w dolinie Bystrzycy w Urożu, który co do głębokości warstwy wodonośnej, jakości wody i warunków terenowych okazał się dla miasta najkorzystniejszy. Wówczas zaproszeni rzeczoznawcy: inż. Roman Ingarden, dyr. wodociągów krakowskich inż. Jaszczurowski, prof. dr Odo Bujwid i geolog prof. dr Marjan Łomnicki uznali teren Uroża za zupełnie nadający się do ujęcia wody dla miasta. Przystąpiono wówczas w do wiercenia otworów próbnych, a z początkiem 1914 roku już do wiercenia pierwszej studni. W lipcu 1914 roku rozpoczęto pompowanie, które niestety przerwała wojna na długi szereg lat, aż do roku 1922. (Gaz i Woda, wrzesień 1930, nr 9, rok X, str. 217)

[4]  ochotnicze paramilitarne formacje Sokoła, założone w 1912 roku z inicjatywy Ligi Narodów jako konkurencja dla Związków Strzeleckich i Strzelca, po utworzeniu we Lwowie 1914 Centralnego Komitetu Narodowego połączyły się z Drużynami Bartoszowymi, następnie weszły w skład Legionu Wschodniego

[5]  doktor prawa, prezes Związku Filistrów Helonii, działacz społeczny, Prezydent Poznania, Urząd Prezydenta Poznania objął 14 września 1921 r. po śmierci Jarogniewa Drwęskiego i pełnił do czasu wyboru nowego prezydenta, Cyryla Ratajskiego26 kwietnia 1922 r. Drugi raz urząd Prezydenta Poznania pełnił w okresie 17 listopada 1924 r. - 14 czerwca 1925 r. zastępując Cyryla Ratajskiego, który w tym czasie był Ministrem Spraw Wewnętrznych. Został zamordowany przez Niemców w Forcie VII dnia 25 października 1939 roku.

[6]   Zbigniew Stanisław KIEDACZ (1911 - 1944) - dowódca 15 Pułku Ułanów Poznańskich w latach 9.IV.1942 - 23.X.1944r.

[7]  tym mianem określano niegdyś żydowską, długą furę do przewozu ludzi oraz towarów; zwykle była ona otwarta, czasem tylko zadaszona brezentem, z szeregiem siedzisk; pojazd ten był bardzo powolny, ale za to  tani, dlatego utarło się  nazywać dawniej "bałagułą" nie tylko furmana lub właściciela fury, ale każdego powolnego safandułę. Wozy bałaguł były bardzo zróżnicowane - element charakterystyczny stanowił „napęd na cztery koła”, tzn. zewnętrzne konie orczykowe (w czterokonnym zaprzęgu w poręcz) poprzez przyczepione do tylnej osi postronki tzw. odosy ciągnęły wóz za tylne koła, natomiast konie dyszlowe dawały „przedni napęd” - ułatwiało to poruszanie się po bezdrożach.

[8]   rodzaj płaszcza z zajęczej skóry

[9] dowództwo formacji wojskowejpospolitego ruszenia

[10]  porucznika

[11]  szarfę oficerską

[12]  kapralowi plutonu

[13]  zdolny (zdatny do służby)

[14]  nie zdolny (nie zdatny do służby)

[15]  z doskonałego materiału

[16]  od austr. Assentierung – system przymusowego poboru rekruta stosowany w Austrii, a później w Austro-Węgrzech; w 1868 roku wprowadzono w Austro-Węgrzech ustawę o powszechnym obowiązku służby wojskowej nakładającą taki obowiązek dla wszystkich mężczyzn, którzy ukończyli 21 rok życia, jednocześnie zlikwidowano służbę zastępczą i skrócono okres służby do 3 lat (w marynarce wojennej do 4 lat); absolwenci szkół średnich wstępowali ochotniczo lub powoływani byli do wojska na 1 rok, jako jednoroczni ochotnicy; po roku zdawali egzamin podoficerski i przechodzili do rezerwy.

[17]  plutonowy

[18]  nóż o szerokim, prostym ostrzu dochodzącym do 60 centymetrów długości, często wyposażony w dodatkowe ząbki; był też używany przy budowie obiektów wojskowych;

[19]  plutonowym lub też sierżantem;

[20]  ukryć się i uchronić przed powołaniem do wojska;

[21]  wóz z zaprzęgiem dostarczany do dyspozycji organu administracji państwowej lub wojska (dawniej też dworowi) w celu podwiezienia kogoś lub czegoś

[22]   w skład dowództwa Sztabu wchodzili następujący oficerowie: Oberstleutnant Paul Gilli. Majore Franz Alt, Nikolaus Marynowicz, Hugo Wiglitzky oraz Johann Schwenk; dowódcą był pułkownik Ludwig Hromatka(https://austria-forum.org/af/AustriaWiki/K.k._Landwehr)

[23]  podpułkownikiem

[24]  Paul Gilli urodził się w roku 1859 we włoskich Dolomitach, w wiosce Dorsino, regionu Trentino, zmarł w 1928 roku w Salzburgu w randze Generalmajora(https://forum.axishistory.com/viewtopic.php?t=238103&start=30)

[25]   przeklęty włoski zdrajca