Dzisiaj jest: 22 Listopad 2019        Imieniny: Cecylia, Jonatan, Stefan
Zmarli nie mogą się bronić

Zmarli nie mogą się bronić

/ Wnętrze katedry ormiańskiej / Fot. P. Mazur/mat.pras. Lwów jest dla Polaków miastem szczególnym. Wędrując jego uliczkami, nie sposób nie natknąć się na pamiątki dawnej, wielokulturowej Rzeczpospolitej oraz wspólnej, polsko-ukraińskiej…

Readmore..

ŁĘŻYCA – MAŁA OJCZYZNA KRESOWA PANTEON PAMIĘCI KRESOWEJ

ŁĘŻYCA – MAŁA OJCZYZNA KRESOWA PANTEON PAMIĘCI KRESOWEJ

Kiedyś mała wieś , gdzie po II W Św. osiedlili się mieszkańcy byłej miejscowości kresowej ,,Gniłowód’’ – pow. podhajecki w województwie Tarnopolskim. To tutaj rokrocznie już od 10 lat odbywają…

Readmore..

Konkurs dla szkół województwa Zachodniopomorskiego

Konkurs dla szkół województwa Zachodniopomorskiego

Zapraszamy szkoły województwa zachodniopomorskiego do udziału w III Edycji Konkursu ,,Skąd mój ród, skąd moje korzenie’’. Do udziału w konkursie zapraszamy uczniów klas VII szkół podstawowych. Uczestnicy konkursu mają za…

Readmore..

Projekt edukacyjny „Kresy – polskie ziemie wschodnie w XX wieku” – II edycja ogólnopolska

Projekt edukacyjny „Kresy – polskie ziemie wschodnie w XX wieku” – II edycja ogólnopolska

Instytut Pamięci Narodowej zaprasza młodzież szkolną do udziału w ogólnopolskim projekcie edukacyjnym „Kresy – polskie ziemie wschodnie w XX wieku”.Celem projektu jest popularyzowanie wiedzy o historii polskich Kresów Wschodnich I…

Readmore..

Odszedł apostoł Prawdy…11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka.

Odszedł apostoł Prawdy…11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka.

11. Rocznica śmierci szlachetnego Ukraińca, Wiktora Poliszczuka. Wspominając Go, nie możemy jednocześnie zapomnieć, jak był lekceważony przez władze polskie, przez urzędników i funkcjonariuszy państwa polskiego, polskich dziennikarzy i tych polskich…

Readmore..

Jubileusz 5 lat Stowarzyszenia

Jubileusz 5 lat Stowarzyszenia

Nasze Stowarzyszenie funkcjonuje już 5 lat! Po rejestracji 14 października 2014 r. zaczęliśmy nadawać dynamikę w procedowaniu drogi do pomnika „Pamięci Ofiar nacjonalistów ukraińskich w latach 1939-47”. Idea jego postawienia…

Readmore..

Łuny na Wschodzie. - Marek A. Koprowski

Łuny na Wschodzie. - Marek A. Koprowski

Łuny na Wschodzie Pamięci Stanisława Basaja „Rysia”, dowódcy I Batalionu Oddziałów Hrubieszowskich BCh, który pierwszy stanął do obrony mieszkańców polskich wsi, mordowanych przez nacjonalistów ukraińskich. Ta książka to pozycja wyjątkowa.…

Readmore..

DĘBNO: Spotkanie z Lucyną Kulińską

DĘBNO: Spotkanie z Lucyną Kulińską

Spotkanie z p. dr Lucyną Kulińską, powszechnie znaną badaczką historii „Ludobójstwa Polaków na Kresach Wschodnich”, miało miejsce w Bibliotece Publicznej Miasta i Gminy Dębno 17 października 2019 r. Odbyło się…

Readmore..

KONKURS FPPnW: OPOWIEDZ MI  O POLSCE – MOJA NIEPODLEGŁA 2019

KONKURS FPPnW: OPOWIEDZ MI O POLSCE – MOJA NIEPODLEGŁA 2019

Pokażcie jak przeżywacie święto niepodległości, jak wiele dla Was, Waszych bliskich, znaczy Polska. Uchwyćcie w obiektywach obchody 11 listopada albo pokażcie znajdujące się w Waszej okolicy miejsce polskiej pamięci narodowej,…

Readmore..

PONAD 500 POLSKICH NAGROBKÓW Z DANWEGO POWIATU ZBARASKIEGO ZOSTAŁO UDOKUMENTOWANE W ROKU 2019

PONAD 500 POLSKICH NAGROBKÓW Z DANWEGO POWIATU ZBARASKIEGO ZOSTAŁO UDOKUMENTOWANE W ROKU 2019

Na obrzeżach Ochrymowiec w województwie tarnopolskim, obecnie na Ukrainie, jeszcze w pierwszej połowie II wieku znajdował się cmentarz, dzisiaj po nim zostało tylko kilka rozsianych kamieni. Zaś w niedalekich Szyłach,…

Readmore..

Bez Kresów nie ma Polski.

Bez Kresów nie ma Polski.

SPRAWOZDANIA TOWARZYSTWA NAUKOWEGO we LWOWIE pod redakcją PRZEMYSŁAWA DĄBKOWSKIEGO sekretarza generalnegoRocznik VI - 1926 Zeszyt 2 NAKŁADEM TOWARZYSTWA NAUKOWEGO Z DRUKARNI ZAKŁADU NARODOWEGO IM. OSSOLIŃSKICH we LWOWIE pod zarządem Józefa…

Readmore..

Znaki na niebie i inne cuda

Znaki na niebie i inne cuda

„Dermanka w gminie Ludwipol, rodzinna miejscowość Antoniny Woźniak, leżała na lewym brzegu rzeki Słucz, 3 km od granicy polsko-sowieckiej. Na Wołyniu był wtedy jeszcze względny spokój, który w niewielkim stopniu…

Readmore..

RELACJE PARTYZANTÓW KMICICA, ŁUPASZKI, RONINA ARMII KRAJOWEJ NA WILEŃSZCZYŹNIE III.1943 – VII.1944. Część 9

/ Worziany. Kwatera żołnierzy 5 Wileńskiej Brygady AK. Stan z 2009r. - https://www.flickr.com/photos/polandmfa/7309113332

WYDRA -Kundro Kazimierz
Po dołączeniu do „Łupaszki” zostałem przydzielony do III plutonu, a później szwadronu, dowodzonego przez “Maksa” i otrzymałem pseudonim “Wydra”. Do oddziału dołączyłem uzbrojony w obrzynek karabinu z kilkunastoma nabojami, a tu otrzymałem normalny kara-bin systemu mauzer sporo amunicji i zostałem przydzielony jako amunicyjny do erkaemisty ps. „Zaranek”. Okres jesieni 1943 roku był dla nas bardzo ciężki ponieważ w tych terenach przebiegała zakrojona na szeroką skalę prowadzona przez Niemców akcja pacyfikacyjna w której brały udział oddziały litewskie łotewskie i estońskie pod dowództwem niemieckim. W czasie pacyfikacji zostało spalonych dużo wsi, kolonii i folwarków położonych w pobliżu lasów. inwentarz był zabierany a ludność wywożono na przymusowe roboty.

Z drugiej strony musieliśmy się wystrzegać partyzantki sowieckiej do której po gorzkich doświadczeniach Z bazy nie mieliśmy zaufania. Wzmocnione zostały posterunki i garnizony niemieckie, policję białoruską i litewską. Szczegóły działalności partyzanckiej dotyczą bardziej III szwadronu, w którego składzie byłem przez cały czas. Najczęstszym miejscem postojów były takie miejscowości jak: Żukojnie, Niestaniszki, Niedroszla, Jasień, Supronięta, Radziusze i inne miejscowości których nazw już nie pamiętam, że często przebywaliśmy w wsi Syrowatki razem z innymi plutonami. Jednym z pierwszych po-ległych był kapral “ Murzyn” śmiertelnie ranny przez policję li¬tewską pochowany z honorami wojskowymi na cmentarzu w Żukojniach. W odwet wysłany patrol w biały dzień zastrzelił na ulicy Świra dwu oficerów litewskich o czym „Rakoczy” zameldował gdy siadaliśmy do kolacji wigilijnej.
       W ostatnich dniach stycznia stoczyliśmy ciężką walkę z Niemcami w miejscowości Worziany. Przebieg walki był następujący :We wsi przebywała część brygady natomiast III szwadron w położonej niedaleko w lesie miejscowości Sosnówka. Po pierwszych strzałach od strony wsi natychmiast zajęliśmy stanowi¬ska na skraju lasu obok mnie był strzelec „Mucha” z prawej stro¬ny z lewej strony zajął stanowisko erkaemista „Śmigły” za nim na stanowisku był
“Budzik”. W tym czasie we Wsi trwała gęsta strzelanina. Niemcy nadjechali od strony Podbrodzia i atakowali wieś nagłe zauważyliśmy że polem między naszymi stanowiskami a wsią przebiega grupa Niemców wzdłuż zabudowań w celu okrążenia wsi. Natychmiast odtworzyliśmy do nich ogień zaskoczeni Niemcy zalegli i odtworzyli ogień w naszym kierunku po wymianie strzałów część Niemców cofnęła się pod zabudowania . Padł wówczas rozkaz do ataku tyralierą w chwili podnoszenia się został śmiertelnie trafiony “Budzik”. Obok Mnie biegł w tyralierze “Irenek” przebiegliśmy obok zabitego Niemca. Gdy dobiegliśmy do za¬budowań strzelanina ucichła. Część Niemców zdołała się wycofać natomiast około 60 poległo. Naszych poległo około 20, których pochowaliśmy w prowizorycznym grobie później zostali pochowani na skraju lasu w osobnych grobach.
    W końcu  marca przeprowadzona została akcja  w miejscowości Strunojcie, gdzie rozbrojono Litwinów wyposażonych w broń przez Niemców. W połowie  kwietnia miała miejsce akcja której przebieg był następujący: Do miejscowości Bołosza przybyła z Podbrodzia kilkoma samochodami ciężarowymi ekspedycja niemiecka w celu ściągnięcia kontyngentów. Zaatakowani zostali gdy już część kontyngentów w tym bydło mieli już zebrane po zaciekłej walce Niemcy wycofali się a ludność odzyskała zabrane im mienie. Zdobyto trochę broni i amunicji  najcenniejszą zdobyczą był niemiecki lkm wzór „mg-42”, który otrzymał do obsługi „Krop”.  Poza tym „Juhas” w pojedynkę rozbroił i doprowadził do oddziału jednego Niemca zdobywając nowy karabin mauzer oraz pas z ładownicami i bagnetem. Kolejną akcją było zatrzymanie pociągu pomiędzy Podbrodziem a Pohulanką w celu zdobycia broni jak się okazało w czasie akcji w pociągu jechała duża ilość żołnierzy z frontu na urlopy i wywiązała się strzelanina a w dodatku nadjeżdżał pociąg wezwany na ratunek z akcji musieliśmy się wycofać bez strat własnych.
    W początku lipca V Brygada posuwała się na zachód przez Puszczę Rudnicką ,gdzie spotykaliśmy patrol III brygady „Szczerbca”, od którego dowiedzieliśmy, ze dowódcą kompanii „Joe” został ciężko ranny przy torach kolejowych koło Nowej Wilejki. Po zakończeniu walk o Wilno oddział nasz udał się w kierunku południowo-zachodnim. Po okrążeniu przez sowieckie oddziały frontowe  kawaleria została rozbrojona. Pod konwojem doprowadzono nas do Wilna i zamknięci w drewnianych barakach na Belmoncie. Stamtąd  zostaliśmy doprowadzenia na dworzec, załadowani do wagonów towarowych i wywiezieni do Kaługi. Tam po zarejestrowaniu  i dokonaniu segregacji według roczników, zaprowadzono do łaźni i po ostrzyżeniu i ogoleniu ubrano w sowieckie mundury a następnie podzielono na bataliony i kompanie oraz plutony i drużyny. Dowódcami wszystkich pododdziałów byli oficerowie i podoficerowie sowieccy byli uzbrojeni. W ten sposób sformowano 361 zapasowy pułk piechoty pod  d-ctwem ppłk. gwardii Jermołowa, a naszego batalionu kpt. Sas. Po jakimś czasie wywieźli nas na wschód od Moskwy, wyładowano w lesie przy torach, zaopatrzono w łopaty i piły  i topory. Ładowaliśmy drzewo do wagonów. Wyżywienie było bardzo ze, przeważnie kapuśniaka, gotowane ryby, proso, a kromki chleba były losowane dla szczęśliwych.
       Ja w tym czasie posługiwałem się nazwiskiem Szczęsny nazwisko to podałem w czasie rejestracji w Kałudze ponieważ obawiałem się represji w stosunku do rodziny ze strony NKWD za przynależność do AK. Jak się okazało później postąpiłem słusznie ponieważ agenci  NKWD poszukiwali już w Kałudze a później w lesie  żołnierzy z oddziału „Łupaszki” nie mogli darować! Prawdziwe nazwisko podałem dopiero po powrocie do kraju w 1946. Na początku grudnia 1945 r. kazano nam oddać narzędzia i zostaliśmy przewiezieni do miejscowości Kirowo gdzie umieszczono nas w ziemiankach po jednostkach frontowych. Tam  przemundurowano i otrzymaliśmy część umundurowania sowieckiego natomiast część tj. płaszcze i buty z armii angielskiej. Do kraju przyjechaliśmy na początku stycznia 1946. W Białej Podlaskiej otrzymaliśmy zaświadczenia Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego stwierdzającego że jesteśmy zwolnieni. Był to jedyny dokument stwierdzający tożsamość który pozwalał na podróż po kraju w celu poszukiwania rodziny, ponieważ większość rodzin z tamtych terenów w ramach repatriacji przyjechała do Polski. Rodzinę  tj. matkę i młodsze rodzeństwo za wyjątkiem ojca który został przez NKWD zamordowany oraz brata który był w obozie odnalazłem w Pasłęku, gdzie zamieszkuje do dziś.  Wspomniane zaświadczenie M.B.P potraktowano jako dokument ujaw¬nienia się .

LIS - Koziełowicz Romuald  
W drugiej dekadzie października 1939 zostaliśmy skierowani do Wilna, ul. Zawalna, nr domu nie pamiętam. Było to spotkanie w suterenie, gdzie zostaliśmy wcieleni do konspiracji. Po złożeniu przysięgi i zebraniu danych personalnych skierowano nas do domu, tj. do Smorgoń. Mieliśmy wyczekiwać. Wyczekiwaliśmy do wybuchu wojny niemiecko–sowieckiej. Zbieraliśmy broń, której było wszędzie. W grupie tej znajdowali się: 1. Zygmunt Kasperowicz, późniejszy żołnierz w brygadzie „Nietoperza”, 1. Słabki Stanisław vel Sadowski „Sęp”. Smorgonie leżą na głównym trakcie Wilno – Mińsk, dlatego było na tym trakcie pełno broni i sprzętu wojskowego. Pamiętam, bo tego nie da się zapomnieć, jak chowaliśmy ja i Zygmunt Kasperowicz – ckm „maksim”, mieliśmy dwa magazyny z bronią. W XI.1941 przybył z Wilna kol. Dunowski  Tadeusz-”Ali” znów skladaliśmy przed nim przysięgę. Pracowaliśmy razem tj. „Sęp” (Słabki Stanisław), „Flip” (Karlikowski Edward) i ja na stacji Smorgonie w magazynach zbożowych. Ze względu na lokalizacje magazynów przy stacji obserwowaliśmy transporty wojskowe i przekazywaliśmy dane st.sierżantowi Woltmanowi, który był w konspiracji, a przed wojną instruktorem „Strzelca” i  PW w Gimnazjum Kupieckim. Zbieraliśmy dane o transportach i razem dokarmialiśmy jeńców sowieckich, którzy byli zatrudnieni w magazynach ze słomą i sianem. Po kryjomu wynosiliśmy żyto, jęczmień i owies w specjalnie uszytych woreczkach i tak trwało do 18.IX.1943  w tym dniu skierowano nas do Brygady „Kmicica”. Skierowanie wręczył nam st.sierż. 13 PU Kazimierz Załupski – członek konspiracji. Punkty kontaktowe podane ustnie, pierwszy w Żodziszkach u Petruneli Stefańskiej. Dobrnęliśmy, podjedliśmy blinów i dalej do Niestaniszek do leśniczówki. Leśniczym był Kotowski (którego spotkałem po wojnie w Jabłonkach).Hasłem było, czy można kupić 7 mp. opału olchowego – odzewu nie pamiętam. Dalej iść nie mogliśmy, gdyż dowiedzieliśmy się, że Brygada „Kmicica” została rozbrojona, ale powstaje nowa brygada, którą dowodzi por. Łupaszko”. Poczekaliśmy w leśniczówce do końca września. Było to 29 lub 30. IX, dotarł do nas „Żbik” z kilkoma żołnierzami i włączył nas pod swoją komendę. Byliśmy w kilku punktach kontaktowych  w okolicach Świra i dotarliśmy do miejscowości Bujaki  (dokładnie nie pamiętam nazwy). Były to pierwsze dni października. Do tej miejscowości zaczęli napływać  chłopcy z Bazy „Kmicica” : „Maks”, „Kitek”, „Zapora”, „Jarek”, „Foksal”, „Lalka”, „Akacja”, „Chmura” i inni, a po południu dołączył „Łupaszko” i „Ronin”, którzy podzielili się z nami przygodą, jaka ich spotkała w drodze na punkt. Wpadli Sowietom w ręce, którzy dokonali rewizji , szukali, niczego nie znaleźli (broń była ukryta za pasem z tyłu) i wypuścili.
      Przytoczę swoją przygodę, jaka nas spotkała podczas marszu do punktu w Niestaniszkach. Po wyjściu z Żodziszek zostaliśmy we wsi Syrowatki zatrzymani przez wartownika partyzantki sowieckiej. Doprowadził nas do komandira, który wraz ze swoimi podwładnymi byli kompletnie pijani. No i dawaj „daprosy”, przesłuchania. Do przyjemności to nie należało z pijanymi, prowadzono nas rozstrzelać. Na końcu wsi Syrowatki po lewej stronie idąc w kierunku Niestaniszek ustawiono nas pod żywopłotem ze sniguliczki, no i jeszcze coś bełkotali. I tu na nasze szczęście przybiegła kobieta, partyzantka sowiecka lat 25. Zaczęła na nich krzyczeć, żeby nam nic nie robili . (Okazało się, że ta kobieta była w miejscowości Switlany  przy budowie lotniska. Było tych więźniów Rosjan kilka tysięcy. Ja  znając położenie tych więźniów zabierałem z domu pajdy chleba i rozdawałem. I właśnie ta dziewczyna mnie rozpoznała, że jej też chleb dałem i stanęła w naszej obronie). Wyprowadzono nas z Syrowatek i zatrzymaliśmy się w jednej z kolonii, dali nam gotowane jajka, które nie chciały wchodzić do żołądka. Wreszcie ta dziewczyna wyprowadziła nas na podwórko i powiedziała: „Idicie, a ja postoję, żeby do was nie strzelali”. Nikt za nami w tym czasie nie strzelał, ale napadli na nas w tych Bujakach w porze obiadowej. Nie wiem, czy to byli ci sami. Po ich stronie był jeden zabity i jeden ranny. Rannemu założono opatrunek. Nie mógł chodzić, położono go w stodole na słomie. Pod klapę kurtki włożono list. W liście były opisane okoliczności tej bitwy; kopertę tą włożył „Maks”. Miało to miejsce 3-5. października 1943.
    W tym czasie w Bujakach zostaliśmy podzieleni na plutony. Ja zostałem przydzielony do III plutonu „Maksa” i do drużyny „Akacji”. Koledzy moi „Sęp” i „Flip” do IV plutonu „Zapory” , później „Bohuna”. U „Maksa” byłem do końca grudnia 1943, od stycznia do 24.VII.1944 w kawalerii, było to moim marzeniem być partyzantem–kawalerzystą.
ŻODZISZKI. Wymarsz Brygady z Syrowatek do Żodziszek w celu odprawienia mszy św. Na szpice został wyznaczony patrol konny, d-ca „Grom”, „Wilk” i ja. W odleglości ok. 3 km przed Brygadą  wjechaliśmy do Żodziszek. Byliśmy w środku miasteczka na skrzyżowaniu dróg do Smorgoń i Wojstomia usłyszeliśmy  z kierunku Wojstomia warkot samochodów. Niemcy dojeżdżali do Żodziszek. „Grom” dał mi rozkaz powiadomienia Brygady, a sam z „Wilkiem” otworzyli ogień. Wyjeżdżając z miasteczka w kierunku Syrowatek zauważyłem Brygadę w tyralierze, którą „Łupaszko” prowadził do ataku. Niemcy zatrzymali się na drodze Wojstom – Żodziszki. Widząc taka sytuację zawróciłem z powrotem i włączyłem się do walki. Niemcom został zadany poważny cios. Zdobyto działko ppanc., 6 erkaemów czeskich i inna broń. Poległo 14 Niemców (Dane o poległych  dowiedziałem się  z konspiracji ze Smorgoń, po przyjeździe do kraju; byli to Niemcy ze Smorgoń i Wojstomia). Działko zostało zniszczone, a potem zabrane przez partyzantów sowieckich, którzy w czasie walki siedzieli na dzwonnicy kościoła w Żodziszkach. Po naszym wycofaniu się zeszli z dzwonnicy i opowiadali, iż to oni walczyli z Niemcami i zdobyli działko.
WORZIANY. W pierwszej fazie walki  dużą rolę odegrała kawaleria. Wyruszyliśmy przez otwarte pole w kierunku cmentarza. Tam rozgorzała walka na całego. W dużej mierze do powodzenia naszej bitwy przyczyniło się  to, że niemieckie granaty nie wybuchały; sam to obserwowałem. Odnośnie poległych Niemców dowiedziałem się po wojnie od mieszkańców okolic Podbrodzia  (zamieszkałych w Krośnie Odrzańskim) , którzy byli na podwodach i podwozili tych Niemców do Worzian, że wielu zmarło w okolicznym lesie z odniesionych ran. Niemcy po swoich zabitych  przybyli po kilku dniach, a ranni w tym czasie umierali.
RADZIUSZE. Przed atakiem sowieckim dwukrotnie były wysyłane patrole konne. Żaden z tych patroli nie powrócił. Przypuszczalnie wpadli w ręce sowieckie. Pseudonimów tych ułanów nie pamiętam poza jednym. Był nim „Dąb”. Kiedy napadli na nas  Sowieci „Foksal”, który po śmierci „Dornika” dowodził kawalerią, wydał rozkaz „do koni”, żeby obejść Sowietów od tyłu. Niestety, konie nie chciały wyjść ze stajen, więc wyszliśmy na stanowiska za stodołami i trwaliśmy do rozkazu wycofania. Było już ciemno, a  Sowieci strzelali bez rozpoznania sami do siebie, o czym powiadomił „Franko”, który nie zdążył wycofać się z nami i  przesiedział w kurniku do rana.
JASIEŃ. Byliśmy wysłani w patrol we trójkę: ja, „Grom” i „Pirat” celem rozpoznania terenu. Po przejechani kilku km. zostaliśmy zasypani gradem pocisków z broni maszynowej i „Pirat” został zabity na miejscu. Myśmy zdążyli wejść do przydrożnego rowu puszczając  konie , które same poszły do naszego mp. Ja z „Gromem” wycofaliśmy się do lasku, gdzie spotkaliśmy Brygadę, która wyruszyła na odgłos strzałów. Po zbliżeniu się na miejsce, gdzie zginał „Pirat” ponownie zostaliśmy zasypani huraganowym ogniem. Komendant dał rozkaz wycofania się. Następnego dnia „Pirata” pochowała miejscowa ludność.
JANISZKI. W porze obiadowej podeszliśmy pod Janiszki. Kawaleria miała za zadanie zaskoczyć i zdobyć posterunek .Szwadron podjechał pod Janiszki, czapki z głów, odmówiliśmy modlitwę i hurra szarżą na bunkry. Przed posterunkiem znajdowało się 3 policjantów, którzy otworzyli ogień. Pękł mi popręg, zeskoczyłem z konia, upadłem uderzając głową o ziemię. Litwini podskoczyli do mnie, kopiąc i strzelając – udałem zabitego. Nasi zaczęli prać do Litwinów i po bunkrach. Ja się poderwałem, 2  policjantów pobiegło do bunkra, a 1 do ubikacji. Ja się poderwałem i za tym policjantem, krzyknąłem „ręce do góry”.. Uniósł ręce, zabrałem karabin i kazałem mu iść do bunkrów, żeby się poddali, że nic im nie będzie. W tym momencie nadbiegł „Rakoczy” i to samo mu powiedział. Dałem mu chusteczkę, którą trzymał w uniesionej ręce. Po chwili zaczęli wychodzić  Litwini.
ROZBROJENIE „TATARA”. Znaleźliśmy się koło Porzecza, gdzie znaleźlismy się w okrążeniu oddziałów sowieckich. Przjeechało  dwóch oficerów, każąc iśc Bryganie za nimi. Wtedy „Łupaszko” wysłał z nimi pod dowództwem „Tatara” wybranych  kawalerzystówi ze stażem partyzanckim, zmieniono otoki czerwone na czapki-polówk i pojechaliśmy za samochodem z oficerami sowieckimi. Po drodze nie było możliwości ucieczki. A reszta Brygady miała iść za nami.Wszędzie było pełno wojska. Dobrnęliśmy do Jelnik. Na podwórku cisza, pustki. „Tatar” zwrócił się do mnie: „Lisku, rozejrzyj się dokoła, wystawić wartę”. Poszedłem za stodołę i zauważyłem  w krzakach warty rozstawione przez Rosjan. Udając, że ich nie widziałem zawróciłem z powrotem. Przez otwarte na oścież  drzwi stodoły zauważyłem, że kawalerzyści stoją w szeregu z por. „Tatarem” i składają broń. Podszedłem i ja również złożyłem swoją pepeszę. Oficer, który był przy rozbrojeniu, powiedział, że otrzymamy nowa broń po przybyciu na punkt zborny. Na stacji Orany załadowano nas na wagony-węglarski i wieziono w kierunku Wilna do stacji Szumsk, a dalej pod konwojem do  Miednik. Stamtąd uciekł „Tatar” .Dał Sowieciarzowi zegarek, ten wypuścił go po wodę, wykorzystał i zbiegł. W Wilnie został rozpoznany u fryzjera, aresztowany i wywieziony do Rosji. Spotkałem go w Białej Podlaskiej 13.I.1946. Osiedlił się w Gorzowie  Wlkp. , a ja w Krośnie Odrzańskim. Zmarł w 1954 roku.

SZTEKER – Stacewicz  Jerzy
Urodziłem się 17.XI.1917 w Wilnie, tam też ukończyłem szkołę powszechna nr 24 im. Adama Mickiewicza. Po śmierci ojca przenieśliśmy się na wieś do miejscowości Kosinka koło Miednik, gdzie mieliśmy po ojcu dom i 2, 5 ha pola, które uprawialiśmy z matką i młodszym bratem. Starszy brat był w wojsku na szkole podchorążych w Ostrów-Komorowo. Po  wybuchu wojny w 1939 r. i po zajęciu terenów Wileńszczyzny przez Sowietów pracowałem nadal na swoim gospodarstwie z młodszym bratem, ponieważ matka już nie żyła, a starszy brat jako podporucznik został internowany na Litwie, a następnie po zajęciu Litwy przez Sowietów został wywieziony do łagrów. W roku 1941 gdzieś w czerwcu Sowieci zaczęli masowo wywozić polską ludność w głąb Rosji. Ja jako syn i brat oficera polskiego byłem na pierwszym miejscu do deportacji. Ale za radą starszych, doświadczonych ludzi ukrywałem się i nigdy w domu nie nocowałem, tak że udało mi się uniknąć wywózki do wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Do 1943 spokojnie pracowałem na gospodarstwie. Na wiosnę 1943  zostałem wciągnięty do konspiracji przez kolegów mego starszego brata. Zadaniem moim było organizowanie młodzieży do walki zbrojnej i kolportowanie „Biuletynu Informacyjnego”. Później polecono mi zadanie wyszukiwania i skupywania broni, pracowałem na rzecz I Brygady „Juranda”. W X lub XI zostałem aresztowany przez Niemców i chwilowo uwięziony w Kowalczukach, gdzie stał oddział własowców. W pierwszą noc udało mi się uciec.  
       Zgłosiłem się do Wilna do    tych kolegów, którzy mieli dołączyć do oddziału. Za dwa dni zostałem powiadomiony, gdzie mam się zgłosić, o której godzinie. Otrzymałem również hasło. Spotkanie odbyło się bez przeszkód i w pięciu, oczywiście nie w jednej grupie, wyruszyliśmy w kierunku Niemenczyna. Po drodze z miasta jechało dużo chłopskich furmanek, więc poprosiliśmy o podwiezienie. Trzech siadło na pierwszą furmankę, wśród nich był łącznik, a ja z kolegą na następną. Dojechaliśmy do Niemenczyna i chłop pyta dokąd chcemy jechać, bo on teraz skręca w lewo. Zeskoczyliśmy z wozu, a tylko oprócz Niemców nikogo nie widać, a już zapada zmierzch. Naradziliśmy się, co robić, postanowiliśmy przenocować. Zachodzimy do jakiegoś domu z prośbą o nocleg, a gospodarz mówi: „Proszę iść do sołtysa, tam zostawić dokumenty, a on wyznaczy nocleg”. A my nie mamy żadnych dokumentów, bo nie wolno było ze sobą zabierać. Szczęściem jakaś starsza kobieta zaprosiła nas do siebie, tam powiedział swojemu synowi, że ma nas przenocować i o nic nie pytać. Dostaliśmy kolację i położyliśmy się na jednym łóżku spać. Później przyszedł jakiś sąsiad i zaczęli z gospodarzem coś szeptać, ale słyszeliśmy, że rozmawiają o partyzantach i ten sąsiad powiedział gospodarzowi, że był wczoraj w Sużanach. Z rana poczęstowali nas śniadaniem, a kolega  miał ładny sweter, więc go zdjął i dał chłopakowi, bo widząc było, że bieda u nich aż piszczy, ale ludzie bardzo życzliwi. Na odchodnym podziękowaliśmy i zapytaliśmy ile km do Sużan i w jaki kierunku – było 15 km drogi. Po przybyciu do Sużan oczywiście nikogo tam nie zastaliśmy, a pytać nie było sensu, bo i tak  nikt by nie powiedział. Znów szczęśliwie los nam sprzyjał, bo ledwie uszliśmy jakieś dwa kilometry i przy jakiejś wiosce zostaliśmy zatrzymani przez posterunek partyzancki. Zażądałem, aby nas zaprowadzono do dowódcy. Wkrótce przyszedł patrol i zabrał nas do dowódcy. Zameldowałem, jak sprawa się przedstawia, a on oznajmił nam w ten sposób „Jesteśmy V Brygadą „Śmierci”, komendantem jest „Łupaszko”, a ja jestem d-ca  2-go plutonu ps.”Kitek” i przyjmuję was w swoje szeregi.   
      Ja miałem pseudonim w konspiracji „Czarny”, ale w V Br. już taki pseudonim był, więc przybrałem ps. „Szteker”, a kolega, który był ze mną ps. „Marynarz”.   Brałem udział w kilku bitwach: pod Worzianami z Niemcami, pod Radziuszami z sowiecka partyzantką, pod Dawciunami z Litwinami, w Glinciszkach też z Litwinami i w wielu mniejszych potyczkach.      W początku lipca 1944 zostałem wysłany w patrol pod Oszmianę po amunicję do pistoletu „nagan” i list doręczyć do rodziny „Kitka”. Byłem już wtedy d-cą drużyny po szkole podchorążych. Wracając po wypełnieniu zadania zostałem zablokowany przez cofające się wojsko niemieckie, tak że w żaden sposób nie można było przejść przez tory i dwie szosy. wszędzie masa wojska i  spóźniłem się na spotkanie ze swoją Brygadą o dwa dni. W tym miejscu stał „Jurand” ze swoją I Brygadą. Zameldowałem się u „Juranda”, a on mi powiedział, że „Łupaszki”  już nie znajdę i mogę przyłączyć się do niego. Tak też uczyniłem. Około 7-8.VII. wyruszyliśmy pod Wilno od strony Kalwarii. Ja miałem przydział jako drużyna ochrony sztabu. Następnie „Jurand” wysłał mnie z drużyna  pod Mejszagołę, skąd miały najeść niemieckie czołgi, a ja miałem dać znać rakietnicą o ich nadejściu. Zatrzymałem się o jakieś 2-3 km od Mejszagoły i mieliśmy pod obserwacją miasteczko oraz drogę prowadzącą do Wilna. Po jakimś czasie zaczął krążyć nad nami samolot dwukadłubowy (rama) i odleciał. Mając jakieś złe przeczucie wycofałem ludzi z pagóra na skraj lasu i dalej obserwowaliśmy drogę. Po kilkunastu minutach przyleciały 3 samoloty i doszczętnie zostało zbombardowane nasze poprzednie stanowisko – można mówić o wielkim szczęściu i Opiece Boskiej
        Czołgi nie nadeszły i nikt mnie z tej placówki nie ściągnął. Skądś się dowiedziałem, że  Jurand zginął więc wróciłem na pozycję wyjścia w rejon Nowosiółki - Krawczuny - Gierule. Było tam pełno naszego wojska i sowieckiego. Wtedy został ogłoszony alarm – okazało się, że wojska niemieckie okrążone w Wilnie przerwały pierścień wojsk sowieckich i wycofują się na północny zachód. I akurat natrafiły na nasze zgrupowanie mjra „Węgielnego”. Ja walczyłem na swoją rękę bez  żadnego przydziału. Wtem spotyka mnie „Ronin”, komendant IV Brygady, który mnie znał, bo przedtem był adiutantem w naszej Brygadzie, pokrótce wszystko wyjaśniłem. Wówczas złapał mnie za ramię, a czułem, że mu ręka drżała i powiedział mi tak „Słuchaj „Szteker”, bierz swoich ludzi i pędź tam (wskazał ręką), tam wynoszą rannych, a Niemcy atakują. Furmanki tam są i trzeba ich osłaniać. Szybko udałem się we wskazane miejsce. Zastaliśmy tam 4 furmanki i zajechaliśmy na obronne stanowisko na małym wale w lesie i zaraz zostaliśmy ostrzelani. Odpowiedzieliśmy ogniem i powstrzymaliśmy chwilowo Niemców. Wkrótce nasi żołnierze nieśli rannych. Załadowaliśmy na trzy furmanki, jedną zostawiając w  rezerwie, ponieważ mówili, że maja jeszcze jednego rannego. Zobaczyłem jak dwóch niesie rannego, a trzeci co chwila przyklęka i odstrzeliwał się do tyłu, bo Niemcy byli tuż za nimi. W pewnej chwili zostawili rannego i sami się wycofali. Złapałem wówczas jednego ze swoich chłopców i skoczyliśmy pod ogniem. Porwaliśmy rannego na furmankę i po koniu. Wróciłem na stanowisko, a tam już moi ludzie się wycofali na drugi pagórek. Wszystko to działo się w lesie, tak że nieprzyjaciel był widoczny wtedy, jak był blisko. Zobaczyłem, że Niemcy są już bardzo blisko i odbezpieczają granaty. Więc nie było innej rady jak wiać do swoich i wtedy dostałem postrzał w lewą dłoń, ale zwiałem. Po zrobieniu opatrunku, a ponieważ było już po bitwie, wróciliśmy do wsi Nowosiółki i stamtąd wycofano nas na obrzeża Wilna do miejscowości Wołkorabiszki.
       Mnie rannego odesłano do Wilna do szpitala św. Jakuba przy Placu Łukiskim. Tam byłem 2 tygodnie i prawie byłem wyleczony po operacji. Zostałem ostrzeżony przez sanitariuszkę, żebym zawczasu uciekał, bo już było słychać, co Sowieci robią z Akowcami.  Uciekłem ze szpitala, miałem znajomych na ul. Trębackiej, bo tam kiedyś mieszkałem. Dostałem cywilne ubranie i wróciłem do domu koło Miednik. Po jakimś czasie wszystkich Akowców internowanych w Miednikach wywieźli do Rosji, a tych którzy pouciekali zaczęło NKWD wyłapywać i kogo złapali, straszliwi torturowali na przesłuchaniach. Więc postanowiłem, że żywcem nie dam się zabrać. Sowieci zarządzili  pobór do wojska, ale nikt z młodzieży nie poszedł mimo imiennych wezwań. Porobili sobie schrony i kryjówki i skutecznie ukrywali się. Znów miejscowe władze NKWD dobierali miejscowych komunistów i tworzyli z nich oddziały tzw. „strebitele” i zaczęli robić łapanki. W październiku został schwytany nasz kolega os „Szczerbca” ps. „Boniek” (Wołożyński). Został osadzony w sielsowiecie w Mokrzycach. Wiedzieliśmy , jakie są tam przesłuchiwania, więc postanowiliśmy go odbić. Skrzyknęliśmy się 12, broń mieliśmy, nawet jeden erkaem. Niestety ktoś chyba zdradził, że przyjdziemy odbić, ponieważ „Bońka” wywieźli w inne miejsce, a na nas zrobili zasadzkę. Mimo to brawurowym atakiem zdobyliśmy ten posterunek, ale straciliśmy jednego człowieka i zabiliśmy jednego istrebitela, a reszta uciekła. Rozwaliliśmy granatami cały sielsowiet (gminę),no i od tego czasu zaczęło się prawdziwe piekło. Obławy szły jedna   za drugą z dużą ilością wojska.
       W styczniu 1945 odnalazłem brata i postanowiliśmy wstąpić do Polskiej Armii Ludowej. Przyjęcia były w Wilnie przy ul. Mostowej. Potajemnie dobrnęliśmy do Wilna  i  stanęliśmy przed komisją poborową. Brat miał dokumenty na swoje nazwisko i miejsce zamieszkania na wsi, więc został od razu przyjęty i skoszarowany. Ja zaś miałem na inne nazwisko i miejsce zamieszkania Wilno, więc tym co z Wilna kazali  udać się do domów i czekać na wezwanie od NKWD. Pożegnałem się z bratem i musiałem wracać, ale gdzie? Jakoś szczęśliwie wydostałem się z Wilna, bo krążyły gęsto sowieckie patrole i legitymowali podejrzanych. Po przyjściu w swoje strony odszukałem kolegę z naszego plutonu. Nazywał się Jan Aszkiełowicz, ps. „Flinta” i we dwóch postanowiliśmy uzyskać łączność   z którymś z oddziałów, który nie złożył broni. Dowiedzieliśmy się, do kogo mamy się zgłosić koło Lidy. Ta jest łączniczka, która doprowadzi nas do oddziału. Akurat była kolejna obława, był zrobiony kocioł i przeszukiwali dom po domu. Pożyczyliśmy narty od takich młodych chłopaków. Jeden nazywał się Skorynkiewicz, a drugi Makarewicz, i nocą polami wyszliśmy z okrążenia. Zgłosiliśmy się do łączniczki, i gdy tam nocowaliśmy, w pobliżu  rozgorzała bitwa, która trwała parę godzin. Okazało się, że to NKWD udając „zielonych” zaprosili do siebie dowództwo i aresztowali, a resztę ludzi około 50 okrążyli i wybili do nogi. ocalał tylko jeden, który później dołączył do nas i o wszystkim opowiedział.
      Dołączyliśmy  do małego oddziału 12 ludzi, którymi dowodził „Iskra”. Był to oddział, który istniał tylko na przetrwanie bez żadnej koncepcji. Nie podobało się nam to, ale nie było innej rady, zawsze było jakieś oparcie. Po jakimś czasie przybył do nas nowy komendant por. „Dąbrowski”, który wziął pod swoją komendę nasz oddział. Został przysłany z ramienia organizacji „Rada Obrony Ziem Wschodnich, Zgrupowanie Północ”. Okazało się, że był to doskonały oficer jako organizator i dowódca. Mieliśmy za zadanie zorganizować powstanie, jak przyjdzie czas, trzy gminy – Gieranony, Sobotniki, Lipniszki, razem 11 wiosek dużych = 11 kompanii w rezerwie uzbrojonych. Po krótkim czasie dla „Iskry” to się nie podobało, bo była dyscyplina, a on lubił popić, więc namówił swoich ludzi i wymówili posłuszeństwo „Dąbrowskiemu”. Ja i Flinta” opowiedzieliśmy się za „Dąbrowskim”, a reszta  za „Iskrą”. Mało nie doszło do bratobójczej strzelaniny, ale jakoś się rozeszło i „Iskra” poszedł  swoją drogą i jak się okazało w niedługim czasie jego oddział został rozbity, a on sam zginął.   My dobraliśmy jeszcze ośmiu ludzi i ja zostałem dowódcą grupy osłonowej komendanta „Zgrupowania Północ”. Trudno było lawirować, bo NKWD o nas wiedziało, ale te 11 wiosek były dobrze zorganizowane, szpicle polikwidowani, tak że trudno było nas wyśledzić i zlikwidować.
        W czerwcu 1945 r. przyszedł rozkaz, wysłać młodzież do Polski po spełnieniu zadania rozbroić się i samym wyjechać. Na ten cel, aby wyposażyć młodych ludzi, ponieważ nie wszyscy byli zamożni, potrzebne były pieniądze, więc opodatkowaliśmy podległe wioski i zebraliśmy odpowiednie fundusze. Jednego razu o mało nie przypłaciłem życiem razem z „Flintą” i jeszcze jednym kolegą. Po pewnej akcji na sielsowieta zaciągnięto olbrzymią obławę. Wszystkie lasy naokoło zostały obstawione i my mieliśmy na razie cicho siedzieć w lesie parę dni. Gdy skończyła się żywność i nie wiedzieliśmy, jaka jest sytuacja, postanowiłem wysłać łączniczkę na wywiad. W tym celu udałem się z dwoma ludźmi po łączniczkę, która mieszkała z rodzicami w domu koło lasu. Był ranek trochę mglisty, przyszliśmy pod dom. Ja zostałem za kupą kamieni na obserwacji, a „Flintę” i tego drugiego wysłałem do domu, aby zabrali łączniczkę.  Patrzę, a tu w odległości jakieś 50 m z młodego lasku, który przylegał do drogi stoi i przygląda się przykryty pałatką Sowiet i w tej chwili wychodzą z domu „Flinta” i ten drugi. „Flinta” blady jak ściana  i mówi szeptem, że tu jest zasadzka. Ja mu mówię, że widzę, ale nie odwracajcie się i idźcie jakby nic nie było. I wtedy pokazałem ręką Sowietowi, aby położył się i ten o dziwo natychmiast się położył, a ja zawróciłem i idę z moimi chłopcami, a tu czyste pole. Wtedy usłyszałem gwizdnięcie, odwróciłem się i zobaczyłem już dwóch kacapów. Wówczas zerwałem czapę z głowy i dałem gwałtowny znak, żeby padli. Oni myśleli chyba, że to swoi i że tu coś tajemniczego się dzieje, bo natychmiast upadli. Do lasu mieliśmy jakieś 200 m. i tu nagle ta lekka mgiełka opadła, ale już wchodziliśmy do lasu i wtedy ja odwróciłem się i pokazałem, gdzie babcia koszyk nosi. A oni jak nie rąbną z erkaemu, tylko nam gałęzie posypały się  na głowy, ale nic nikomu się nie stało. Dostałem straszny opeer od „Dąbrowskiego”.  W lipcu 1945 rozbroiliśmy się i wyjechaliśmy do Polski na lewe papiery repatrianckie, ale też z przygodami, bo na jednym przejściu granicznym na st. Czeremcha zostaliśmy zawróceni. Pojechaliśmy wtedy przez inne przejście i udało się dobrze. Jak przyszła amnestia, to się ujawniłem w marcu 1947 i wróciłem do swojego nazwiska.

 ATOS - Sienkiewicz Kazimierz  
12 stycznia 1944 r. wspólnie z Aleksandrem i Wacławem Przewłockimi zgłosiliśmy się do 5-tej  Bygady. Ja przyjąłem pseudonim „Atos” a koledzy „Luk” i „Wak”. Do oddziału przyjechałem ze swoim pistoletem  typu belgijka  z 7 nabojami. Do końca stycznia byłem taborytą. W początkowych dniach lutego zostałem przeniesiony do zwiadu konnego por. „Tatara” i przez niego zostałem zaprzysiężony. Brałem udział w wyprawie na Litwę po cukier. W połowie lutego w potyczce z  partyzantką sowiecką zdobytą broń rozdzielono wśród  żołnierzy i ja również dostałem automat pepeszę. Po utworzeniu 4 Brygady  „Narocz” zostałem przeniesiony do plutonu konnego zwiadu por. „Ola” .Brałem udział pod Mejrańcami i Wiszniewem. W pierwszych dniach kwietnia przypro¬wadziłem własnego konia z domu, a dotychczasowego konia przekazałem  innemu ułanowi. W pierwszej połowie kwietnia  rajd patrolowy pod Worniany, Świr, Michaliszki i łapanie niemieckich żołnierzy jako zakładników do wymiany za „Łupaszkę” .W drugiej kwietnia brałem udział w akcji na pociąg z wojskiem niemieckim, następnie  pod Bołoszą  w rozbiciu niemieckiego oddziału rekwizycyjnego. Koniec maja pod Janiszkami rozbicie oddziału litewskiego. 21VI. pod Łokcianami  akcja w wysadzeniu pociągu nie¬mieckiego ze sprzętem wojskowym.
          25-27.VI marsz pacyfikacyjny na Litwę dla powstrzymania akcji represyjnych przez Litwinów i Niemców na inteligencji polskiej jaka miała  miejsce w Glinciszkach.  Zaczynało świtać, gdy wpadłem z dowódcą mojej drużyny do wsi, jako pierwsi skierowaliśmy się pod bunkier posterunku po¬licji. Ja zeskoczyłem z konia i z granatem odbezpieczonym podczołgałem się pod bunkier i w szczelinę  wrzuciłem granat. Następnie wpadłem za d-cą drużyny do mieszkania komendanta posterunku, którego zastaliśmy w łóżku. Włozył rękę pod poduszkę‚gdzie miał broń i wtedy d-ca strzelił w pierś zabijając go na miejscu. Po zakończeniu akcji zbieraliśmy co aktywniejszych Litwinów i wymierzyliśmy im po 25 wyciorów w gołe po¬śladki.     W czasie marszu pod Wilno przy przekraczaniu szosy Podbrodzie – Niemenczyn natknęliśmy się na kolumnę  pancerną wojsk niemieckich. W wywiązała się krótka walka i cała brygada zdążyła się oderwać od nieprzy¬jaciela tracąc jednego czy dwóch zabitych. Niemcy ostrzeliwali  nas nadal, ale ogień był niecelny. Pod Mejszagołą, gdzie nasza brygada wspólnie z Armią Radziecką prowadziła walki z oddziałami niemieckimi znajdującymi się w tym mieście. Ciągłe naloty  samolotów myśliwskich ostrzeliwujących i bombardujących utrudniały walkę, a w szczególności zwiadu konnego. Byli ranni żołnierze i zabite konie. Jeden samolot na moich oczach strącił żołnierz radziecki z rusznicy ppanc.  strzelając oparty o drzewo przydrożne.
       Po opanowaniu Mejszagoły wyruszyliśmy pod Wilno, gdzie rano 13 lipca zwiad konny znalazł się pod Gierulami na skaju lasu. Podchorąży „Dobek” żądał dwóch ochotników na  parlamentariuszy. Zgłosiłem się jako pierwszy, a drugi zgłosił się „Leliwa” znający język niemiecki. I on zabrał białą flagę. Gdy znaleźliśmy się  na wzgórzu i widzieliśmy z daleka Niemców, wtedy padł strzał i „Leliwa” ugodzony  kulą w czoło padł martwy. Natychmiast wyczołgałem się do tyłu zabierając  zabitego. Po dotarciu do oddziału przekazałem ciało, a sam razem z oddziałem na lewym  skrzydle ruszyliśmy do natarcia. Poruszaliśmy się po ujrzeniu Niemców skokami od drzewa do drzewa. Drużyna nasza zabiła trzech Niemców i jednego kapitana-lekarza. Ponieważ zachodziła obawa okrążenia  plutonu,  otrzymaliśmy rozkaz wycofania się skokami w prawo do natarcia w celu dołączenia do brygady i branie udziału w walkach z całą brygadą. Po zakończeniu walk brygada odmaszerowała na miejsce koncentracji, gdzie dokonano przeglądu oddziałów, awansów i odznaczeń. Między innymi zostałem awanso¬wany na starszego ułana i odznaczony „Krzyżem Walecznych”.
           Po aresztowaniu komendantów brygad i sztabu gen. „Wilka” pozostali jeszcze oficerowie prowadzili oddziały przez Puszczę Rudnicką w kierunku Warszawy. W Puszczy Rudnickiej 3 pluton zwiadu konnego 4-tej  brygady wy¬znaczono jako oddział rozpoznania przedniego. Byłem w szpicy  tego oddziału. Po drodze spotykaliśmy śpiących żołnierz radzieckich wzdłuż drogi, a w górze krążył „kukuruźnik” .Po przekroczeniu szosy Wilno – Lida natknęliśmy się na dwie amfibie stojące po prawej stronie.¬ Po rozpoznaniu drogi polnej do Jaszun zawróciliśmy z powrotem i gdy przejeż¬dżaliśmy obok amfibii, otworzyli ogień do nas, lecz nie był on celny. Po przekroczeniu  powrotnym szosy przybiegł żołnierz AK oznajmiając że brygady zostały rozbrojone przez żołnierzy radzieckich. D-ca patrolu wysłał jednego ułana w celu sprawdzenia tej wiadomości i po powrocie potwierdził tę wiadomość. Otrzymaliśmy krótki rozkaz samorozbrojenia się. Zdjęliśmy siodła a konie puściliśmy wolno. Siodła, broń, płaszcze wojskowe i mundury schowaliśmy u gospodarza w stodole zakupując w sąsieku i przywalając grubą warstwą słomy.  Ja, sanitariuszka, d-ca drużyny i jeszcze dwóch kolegów weszliśmy do mieszkania tego gospodarza w celu   wymienienia ubrania wojskowego na cywilne. Gdy już mieliśmy wychodzić z mieszkania, widzieliśmy z dala dwóch żołnierzy radzieckich zdążających do zabudowania. Gospodarz kazał nam wejść na piec wiejski i przykrył nas domowymi rupieciami. Po wejściu żołnierza i  zapytaniu czy byli tutaj „biełyje sałdaty”, gospodarz stwierdził, że tak,  ale kilkanaście minut temu poszli w kierunku  Wilna. Odczekaliśmy odejście żołnierzy radzieckich, wyszliśmy z ukrycia i każdy pomaszerował w swoim kierunku zamieszkania, biorąc od gospodarza to kosę, to grabie, upodabniając się do kosiarzy.

LOTNIK – Bujko Władysław („Tego się nie da zapomnieć”,Warszawa 2002 –fragmenty)
Nasza szóstka składała się z: Feliksa Marynowskiego Ps. „Blok” (dowódca), Władysława Bujko ps. “Lotnik”, Longina Lipińskiego ps. “Longin”, Konstantego Szuszkiewicza Ps. “Niemen”, Hieronima Szwedowicza ps. „Szczygieł”‚ Pawła Bejnarowicza ps.,, Malec”. Oczy¬wiście kiedy szliśmy do party¬zantki jeszcze nie mieliśmy pseu¬donimów, z wyjątkiem “Bloka”, “Szczygła” i “Malca”. Pozostała trójka wybrała sobie pseudo¬nimy już w piątej brygadzie wi¬leńskiej. Podczas chodzenia z „B¬łyskawicą” braliśmy udział w jej wszystkich zmaganiach i akcjach. bojowych. Dowódca „Błyska¬wicy” Anatol Rymaszewski “An¬drzej” namawiał naszego “Blo¬ka”, aby pozostał w „Błyskawicy” z całą swoją szóstką, ale “Blok” zawsze, przy każdej namowie powtarzał, że “ja swojego do¬wódcy Łupaszki” nigdy nie za-wiodę i muszę go odnaleźć cho¬ciaż na końcu świata”. Aż wreszcie nastał dzień 1 marca 1944 roku. Przed wschodem słońca, kiedy jeszcze spaliśmy wygodnie (mimo, że na podłodze w tej wiejskiej chacie była tylko słoma) obudził nas podoficer z brygady „Błyskawicy”, już nie pamiętam pseudonimu, pamiętam tylko, że był w stopniu kaprala i był w średnim wieku. Po ogłoszeniu alarmu natychmiast wyruszyliśmy forsownym marszem, a właściwie to biegliśmy. Kiedy dobiegliśmy do wsi Mejrańce to już świtało. Gdy wszyscy biegliśmy, nikt z nas nie wiedział dokąd tak się śpieszymy, ale domyślaliśmy się, że pewnie „Blok” wiedział doskonale, że mamy rozbić bandę „Boroda¬cza” i połączyć się z pierwszym plutonem porucznika „Rakoczego”, który pewnie był umówiony przy pomocy siatki AK. Porucznik Jan Wiktor Wiącek ps. ,,Rakoczy” był dowódcą pierwszego plutonu w piątej brygadzie majora Szendzielarza Zygmunta „Łupaszki”. Muszę przyznać, że pod Mejrańcami pierwszy raz w moim życiu biegłem w tyralierze z chłopcami z „Błyskawicy”. Po wbiegnięciu na jakąś górkę, pod kilkunastoma małymi sosenkami obraliśmy sta¬nowiska ogniowe. Leżeliśmy z „Blokiem” i innymi chłopakami z Nowej Wilejki i z „Błyskawicy” wśród tych małych sosenek i wszystko widzieliśmy co się działo na  dole. Od nas po prawej stronie stała stodoła i tam przebiegali bandyci z chat. Wtedy „B1ok” rozkazał strzelać w stodołę zapalającymi pociskami. Ja wy¬strzelałem dwa magazynki z kb. Stodoła zaczęła się palić, a i obok nas kule zaczęły bzykać blisko. Wiedziałem dokładnie, z której strony do nas strzelają. „Blok” strzelał z cekaemu i bardzo często musiał ładować nową amunicję. Po kilkudziesięciu minutach, może po pól godzinie, dokładnie już nie pamiętam, oddział “Borodacza” został całkowicie rozbity. Sam widziałem na własne oczy, jak “Boro¬dacz” leżał na łące na wznak, oczy miał otwarte, a ładnie rozcze¬sana biała broda sięgała mu prawie do pasa. Po rozbiciu oddziału “Borodacza” „Rakoczy” rozkazał mam us¬tawić się w dwuszereg i po odliczeniu, pożegnaliśmy się z od¬działem Błyskawicy”. Życzyliśmy sobie wzajemnie wszystkiego co najlepsze. Następnie pomaszerowaliśmy każdy w swoją stronę. Podczas rozbijania oddziału „Borodacza” ze strony polskiej nikt nie zginął, ani też nikt nie został ranny, natomiast po stronie ban¬dytów zginęło 90% bojców, część trafiło do niewoli, a kilku udało się uciec. Od tej pory oddział „Borodacza” przestał istnieć i nigdy już nie rabował, i nie gwałcił polskich córek. Żywot „Borodacz” za¬kończył się jak na to zasłużył. Ludność polska odetchnęła z ulgą, że to już koniec gwałtów i bezprawia.  
       Po pożegnaniu się w Mejrańcach z „Błyskawicą” maszero¬waliśmy różnymi drogami, aby wreszcie połączyć się z piątą brygadą wileńską, którą dowodził major Zygmunt Szcndzielarz ps.,, Łupaszka”. Dokładnej daty nie pamię¬tam, ale wiem na pewno, że nastąpiło to w pierwszej połowie marca 1944 roku. Po przybyciu do brygady zostałem przydzielony do pierwszego plutonu pod dowództwem „Rakoczego”. W dru¬giej połowie marca 1944 roku zostałem zaprzysiężony W Kiemieliszkach. Przed przysięgą dowódca przemawiał. Mówił, że przy¬sięga nie jest obowiązkowa i ci, którzy nie chcą lub nie mogą jej złożyć, mogą opuścić brygadę i pójść sobie do domu, i nic im nie grozi. Wystąpiło tylko dwóch partyzantów‚ którzy nie mogli, albo nie chcieli złożyć przysięgi. Oddali broń, a w zamian otrzymali widły i opuścili nasze szeregi. Po przysiędze, brałem udział we wszystkich akcjach pier¬wszego plutonu. Pod Dubinkami, pod Malatami i przeciwko Lit-winom w Janiszkach. W akcjach przeciwko Niemcom na torach kolejowych pod Zułowem, koło Pohulanki i przeciwko ekspedycji niemieckiej pod Bołoszą, gdzie zdobyłem „empi”, który zabrali mi jeszcze tego samego dnia. Jak przypominam sobie brałem też udział w akcji Świr - Michaliszki złapaniu prominentów litew¬skich, w akcji represyjnej przeciwko Litwinom w odwecie za zamordowanie czterdziestu Polaków w Glinciszkach‚ jak również w działaniach związanych z operacją “Ostra Brama”.
Opiszę teraz bitwę z Niemcami pod Zułowem koło Pohulanki (linia kolejowa Wilno - Dyneburg). Pociąg, który jechał na front wschodni Blok” zatrzymał fanarem. Ktoś krzyknął, aby pociąg podjechał jeszcze trochę dalej. Tak się stało, pociąg ruszył do przodu, podciągnął trochę dalej, gdzie było więcej naszych party¬zantów z bronią automatyczną. Wtedy “Malec” wskoczył do paro¬wozu z pistoletem gotowym do strzału. Okazało się, że maszy¬nistą był Niemiec. Maszynista gdy zobaczył co się dzieje, złapał za „empi” i zaczął strzelać, najpierw po maszynowni, bo za wcześnie pociągnął spust. ,,Malec” wystrzelił mu prosto w twarz i unieruchomił go. Pomocnik maszynisty krzyczał, ile miał sił, że jest Polakiem. W tym czasie z naszej strony po niemiecku ktoś krzyknął, żeby wszyscy Niemcy wychodzili z wagonów z rękoma do góry, bo pociąg stoi na minach i w każdej chwili mogą wyle¬cieć w powietrze. Niemcy zaczęli wybiegać z wagonów na prze¬ciwną stronę niż byliśmy. Niektórzy partyzanci zaczęli wpadać do wagonu bez rozkazu i rozbrajać Niemców, którzy jeszcze nie zdążyli wyskoczyć z wagonów jak ich koledzy. Ja początkowo le¬żałem za ostatnim wagonem, bo taki dostałem rozkaz, ale później dowódca plutonu “Zyga” zmienił rozkaz i kazał mi położyć się w rowie tuż przy pociągu. Leżałem przy drugim wagonie, a tym samym na styku dru¬giego plutonu, którym dowodził „Kitek”. Widziałem, jak często wychodził za nasyp kolejowy i przyprowadzał chłopaków, którzy nie mogli nerwowo wytrzymać takiej strzelaniny. Pociski ryko¬szetem odbijały się od wagonów tak, że było widno jak w dzień, chociaż noc była pochmurna i wokoło było bardzo ciemno. Po ja¬kimś czasie wyczołgałem się z rowu i podczołgałem się pod koło wagonu, które było tak zbudowane, że nie miało żadnych szprych, a całość była lana. W ten sposób koło chroniło mnie przed kulami i odłamkami. W chlebaku miałem dość dużo róż¬nego rodzaju granatów. Postanowiłem rzucać je pod wagonem do przeciwległego rowu, gdzie znajdowali się żołnierze niemieccy, którzy wyskoczyli z wagonów. Akcja rozwijała się bardzo dobrze, ale jej dowódca Mieczysław Potocki. ps. „Węgielny” przerwał ak¬cję i wydał rozkaz wycofy¬wania się. W akcji z pierwszego plutonu zginął „Jastrząb”, ciężko ranny został „Mrówka”. Po stronic niemieckiej zostało zabitych 75 żołnierzy i 17 osób cywilnych.
Przed wyruszeniem na akcję piątej brygady na pociąg staliśmy we wsi Bujki. Dostaliśmy rozkaz, aby zaopatrzyć się w żelazną po¬rcję żywności na drogę. Tak się złożyło, że byłem zakwaterowany u mojej wujenki. Córka wujenki Stefa, miała nowiusieńki kożuch, który kazała mi włożyć na akcję. Oczywiście stanowczo odma¬wiałem tłumacząc jej, że przecież ja mogę zginąć, a kożuch prze¬padnie wraz ze mną. Stefa nie ustępowała, namawiając mnie usil¬nie, abym jednak wziął ten kożuch, “bo jest dość zimno, a życie i zdrowie jest najważniejsze, a ty Władku powinieneś wrócić cały i zdrowy”. Tak mnie przekonywała, usilnie namawiała, że w końcu uległem namowie i kożuch nałożyłem na mundur. Po akcji zauwa¬żyłem, że ten kożuch jest przestrzelony na prawym rękawie, z przodu była jedna dziura, a z tyłu rękawa kilka. W środku ko¬żucha nie było wcale wełny, wyglądało to tak, jak by ktoś ją wygo¬lił. Natomiast mundur był całkowicie nie tknięty. Chodziłem z tym kożuchem pewnie miesiąc i nigdy nie miałem okazji zwrócić go Stefie. Gdy było już dość ciepło, to kożuch mi tylko przeszkadzał. Któregoś dnia kwaterowaliśmy w Koreniatach, wsi odległej od Wsi Bujki o dwa kilometry. Zapytałem gospodarza, u którego kwaterowaliśmy czy zna Stefę. Okazało się, że tak i to bardzo dobrze. Wtedy poprosiłem go, aby zwrócił jej ten kożuch. Zgodził się i w ten sposób pozbyłem się kożucha swojej kuzynki. W 1982 roku będąc na Wileńszczyźnie odwiedziłem Stefę w Podbrodziu. Dopiero wtedy miałem okazję zapytać, czy kożuch do niej trafił. Odpowiedziała, że tak, otrzymała go jeszcze w 1944 roku. Chciałem go zobaczyć, a raczej kupić za każde pienią-dze. Nic z tego nie wyszło. Kożuch był noszony  przez pół wieku, porwał się i został wyrzucony na śmietnik. Chciałem go szukać na śmietniku, bo byłby dla mnie dużą pamiątką, ale już dawno go nie ma, nie udało mi się go odnaleźć. Dziś Stefa już nie żyje. Gdy ostatnio odwiedziłem jej dom, to zastałem tylko jej męża i syna. Tego samego dnia zabraliśmy samochodem jej męża i pojecha¬liśmy złożyć kwiaty na jej grobie. Zrobiliśmy kilka zdjęć, tak za¬kończyła się historia kożucha i mojej kuzynki Stefanii.
 Pamiętam rajd na teren gminy Wiśniewo. Podczas postoju od¬bywało się szkolenie partyzantów w używaniu granatu obron¬nego. Szkolenie prowadził „Szczupak”. Wtedy miało miejsce takie    zdarzenie. Siedzieliśmy przy dużym stole w pokoju, a było nas około dziesięciu. “Szczupak” wydostał z chlebaka granat obronny, zaczął nam tłumaczyć jednocześnie manipulując granatem. Mó¬wił, że najpierw trzeba wyciągnąć zawleczkę i zrobił to, następnie jak należy trzymać rączkę wraz z granatem, że po zwolnieniu rączki należy liczyć do trzech. Tak mówiąc wszystko dokładnie wykonywał. Następnie położył granat na stole, a my wszyscy pou¬padaliśmy jedni pod ścianę, inni pod stół. Ja padłem na brzuch pomiędzy jednym a drugim pokojem, a ręce założyłem na głowę. Wszyscy czkaliśmy w ogromnym napięciu na wybuch granatu, aż któryś z kolegów partyzantów złapał granat ze stołu i wyrzucił przez okno. Przy oknie na zewnątrz chaty chodził duży pies wil¬czur uwiązany przy swej budzie. Gdy nastąpił wybuch, chata za¬drżała, wszyscy odetchnęli, ale pies i jego buda zniknęli. Wszyscy bardzo żałowaliśmy niewinnego psa. Później gospodyni powie¬działa mam, że lepiej to niż gdyby granat wybuchł w pokoju. Tak zakończył się ten epizod w drodze na teren gminy Wiśniewo. Gdy dotarliśmy do Wiśniewa, zastaliśmy w nim porządki “czerwonej” partyzantki. Ustawiliśmy posterunki. Na warcie nad jeziorem stał szeregowy „Cygan”. Wiem, że miał szesnaście lat. Nagle wtargnęli ruscy partyzanci, było ich około sześciu. „Cygan” natychmiast wystrzelił i zabił jednego z nich. Za wykazaną czuj¬ność został potem awansowany na stopień starszego strzelca. Po¬zostali ruscy partyzanci zaczęli uciekać przez jezioro, które było zamarznięte. Doskonale pamiętam, ponieważ i ja znalazłem się w tym miejscu i widziałem jak „Chrobry” z naszej drużyny zaczął strzelać krótkimi seriami w stronę partyzantów rosyjskich, którzy uciekali po lodzie. Rosjanie zaczęli rozsypywać się na boki, aby nie biec w grupie. Ktoś powiedział: „Słuchaj „Chrobry” szkoda amunicji, są już bardzo daleko i nie trafisz nikogo”. Po tej uwadze “Chrobry” przestał strzelać. Tu muszę napisać, że na przełomie marca i kwietnia 1944 roku po¬rucznik „Rakoczy” odszedł do sztabu, a pierwszy pluton objął kapral „Zyga” i z nim walczyłem do końca piątej brygady. Pod jego rozkazami została zorganizowana akcja chwytania niemieckich zakładników pro¬wadzona przez patrole piątej brygady w rejonie Worniany - Michaliszki - Świr dla ewentualnej wymiany na komendanta „Łupaszkę”. Między innymi pluton „Maksa” schwytał burmistrza Świra.
Przed 7. lipca 1944 roku staliśmy w pobliżu Suderwy na pół¬nocny zachód od Wilna. Szykowaliśmy się do drogi na za¬chód. Kiedy Niemcy już wiali gromadnie na zachód, to „Zyga” zorganizował wypad z częścią pierwszego plutonu. Podczas tej wyprawy mój dowódca drużyny „Chrobry” został ranny w głowę. Tego samego dniu została przeprowadzona operacja w stodole przez naszego lekarza ps. „Strumyk” przy po¬mocy naszych sanitariuszek, „Kici” z naszego  plutonu i „Myszki” z drugiego plutonu, którym dowodził „Kitek”. Podczas tego naszego wypadu ani broni, ani amunicji nie zdobyliśmy, na¬tomiast zdobyliśmy motocykl z przyczepą. Jednak bak z benzyną był przestrzelony, stało się to podczas strzelaniny, potem ben¬zyna wyciekła jak go pchaliśmy do miejsca postoju. Muszę wspomnieć, że „Blok” też brał udział razem z nami w tym wypadzie. W połowie lipca 1944 roku wyruszyliśmy całą brygadą pod dowództwem “Łupaszki” w kierunku Olity. Kaprala “Chrobrego”, który już był po operacji głowy również zabraliśmy na wóz i razem z taborem jechał razem z nami, z całą maszerującą bry¬gadą. Kiedy przechodziliśmy w niewielkiej odległości od Wilna, na własne oczy widziałem, jak Wilno stało w ogniu. Było to widać doskonale, bo przechodziliśmy w nocy. W drodze na zachód wy-łapywaliśmy żołnierzy niemieckich, którzy nie zdołali uciec przed wojskami radzieckimi. Posuwaliśmy się na zachód zaraz za wojskami niemieckimi, a przed wojskami radzieckimi. Wyglądało to tak jak¬byśmy byli w środku frontu. Podczas marszu, kiedy natykaliśmy się na wojska niemieckie zazwyczaj wybuchała strzelanina. Część Nie¬mców poddawała się nam, inni stawiali opór, chociaż w ostatecz¬ności i tak zostawali rozbrojeni i wzięci do niewoli. Tych żołnierzy prowadziliśmy ze sobą pod strażą, traktując ich jak jeńców.
Zbliżaliśmy się do Niemna.  Niedaleko Olity zatrzymaliśmy się w ja¬kiejś wsi, której nazwy już nie pamiętam. Nie pamiętam też ilu dokładnie żołnierzy niemieckich wzięliśmy do niewoli, wiem na¬tomiast, że wszystkich zamknęliśmy w stodole, a było ich około 140 - 150 żołnierzy. Oczywiście pilnowała ich straż z AK. W nocy kiedy spałem w jakiejś chacie, przyszedł do mnie ka¬pral „Malec” Paweł Bejnarowicz. Obudził mnie i powiedział mi żebym poszedł na wartę. Tak się złożyło, że to było tuż nad ra¬nem. Dzień zapowiadał się słoneczny, było bardzo pięknie kiedy szedłem razem z “Malcem” na wartę. Stałem na warcie pod da¬chem jakiegoś zabudowania, a przede mną jakieś 50 metrów wiła się szosa żwirowana, nie było na niej asfaltu. Było bardzo pięknie kiedy stałem na warcie, lekki wiaterek osuszał mi twarz, którą umyłem wychodząc na wartę i nie wytarłem, bo chyba nie było czym. Po jakimś czasie zaczęły drogą jechać radzieckie czołgi. Ja widzę ich, a oni widzą mnie. Zasalutowałem im, a oni zasaluto¬wali do mnie. Pamiętam jak jeden z salutujących pokazywał dwa palce przed swoją pilotką innemu czołgiście i tak powtarzał kilka¬krotnie. Raz całą dłonią, a drugi raz dwoma palcami. Tak śmiejąc się powtarzał to kilkakrotnie i ja też się uśmiałem. Po jakiś dwu¬dziestu minutach czołgi przejechały. Po niedługim czasie zaczęła iść piechota. I znów się widzimy i znów historia się powtarza z tym salutowaniem. Piechota szła gęsiego, jedni z prawej, a druga grupa z drugiej strony szosy, też jeden za drugim, gę¬siego. Tyle pamiętam. Raptem pojawił się „messerschmit”, dość nisko leciał i zaczął strzelać z broni maszynowej do idących bojców. Bojcy powpadali do rowów i zaczęli strzelać z całej posiadanej broni, nawet z pis¬toletów. Najwięcej jednak strzelali z karabinów i automatów. Sa¬molot niemiecki ciągle zawracał, zniżał się i ponownie ostrze¬liwał leżących w rowach. Ja to ciągle obserwowałem. Raptem pojawił się rosyjski samolot myśliwski na większej wysokości i za¬częli walczyć ze sobą. Trwało to około dwudziestu minut, a ja tę walkę powietrzną także obserwowałem. Strzelanina trwała dość długo, chyba jakieś piętnaście minut i raptem zobaczyłem jak nie¬miecki messerschmit zaczął dymić, potem zobaczyłem ogień. Wi¬działem też pilota niemieckiego, który wyskoczył ze swojego sa¬molotu. Najpierw zobaczyłem kadłub samolotu, który bardzo szybko spadał i palił się, a za nim leciały oddzielnie skrzydła, a na końcu pilot niemiecki na spadochronie. Tam gdzie ten pilot spadł, wiem, że już czekali na niego żołnierze radzieccy. Na pewno trafił do niewoli. Wkrótce przyszła moja zmiana i wró¬ciłem do swoich kolegów. Wracając z posterunku widziałem jak nasi żołnierze przekazywali jeńców niemieckich żołnierzom ra¬dzieckim. Żołnierze radzieccy podziękowali naszemu komendan¬towi i uścisnąwszy sobie dłonie zasalutowali sobie równocześnie. W ten sposób pożegnaliśmy się z żołnierzami radzieckim. Po ce¬remonii żołnierze radzieccy utworzyli konwój i uśmiechając się do nas wydali rozkaz jeńcom: “a nuka frycy szagom marsz w pie¬rot” i popędzili ich na wschód.
    Gdzieś koło południa zarządzono zbiórkę i całą brygadą ru¬szyliśmy na południowy zachód, w kierunku Grodna. W trakcie marszu dowiedzieliśmy się, że Alianci wylądowali na wybrzeżu Francji. Niemcy mieli już na wschodzie front z Rosjanami, a teraz i na zachodzie z Aliantami. Wywiad radziecki zaczął się interesować naszą brygadą. Do-staliśmy więc rozkaz, aby mówić, że nasz oddział nosi imię Wandy Wasilewskiej. Rosjanie chcieli znać prawdę, więc zaczę¬liśmy się nazywać brygadą „Żelaznego” czy coś w tym rodzaju, już dokładnie nie pamiętam. Wreszcie doszliśmy po kilku dniach w okolice Porzecza, podobno 6 kilometrów od Grodna. Przed obiadem staliśmy w jakiejś wsi i w tedy przyjechali do nas Rosja¬nie, podobno wyższej rangi. Przez jakieś dwie godziny o czymś rozmawiali z komendantem i raptem nasza kawaleria odprowa¬dziła tych Sowietów. Samochód terenowy jechał pierwszy, a za nim cała nasza kawaleria z naszym dowódcą.
Zaraz po ich odjeździe zarządzono zbiórkę i natychmiast for¬sownym marszem, prawie biegiem dotarliśmy do pobliskich la¬sów, które były oddalone o około cztery kilometry. Piechurzy i ta¬bory wyszli razem z nami. Pan komendant „Łupaszka” przemawiał do nas i dziękował za nasze bohaterstwo i dyscyplinę oraz przedstawił nam wszystkim trzy możliwości. Tu muszę wspomnieć, że podczas przemowy ko¬mendanta „Łupaszki” wszyscy żołnierze naszej brygady płakali jak dzieci i nie było nikogo wśród nas kto by nie ronił łez. Pier¬wszy wariant – kto chce może iść do niewoli sowieckiej, drugi przebrać się w cywilne ubrania i wracać na Wileńszczyznę do domu, a kiedy nadejdzie czas to znów włączyć się do walki. Trzeci wariant był dla tych, którzy chcą dalej walczyć o niepod¬ległość Ojczyzny. Małymi grupami do sześciu żołnierzy prze¬prawić się przez Niemen i po przedarciu się dalej na zachód spot¬kamy się w lasach augustowskich. Ja oczywiście, mając wtedy osiemnaście lat, należałem do tych, którzy chcą dalej walczyć. Zacząłem intensywnie poszukiwać „Bloka”, długo to nie trwało. Kiedy go odnalazłem zameldowałem się i oświadczyłem, że pragnę dalej walczyć za niepodległą Ojczyznę i chcę jakoś przedostać się w lasy augustowskie. ,,Blok” oświadczył, że to bardzo dobrze, że do nich trafiłem, bo oni właśnie zbierają się  potrzebują kogoś do szós¬tki, aby ruszyć na zachód w lasy augustowskie. Jak do¬łączałem to brakowało nam jeszcze jednego żołnierza. Parę minut później znalazł się szósty. “Blok” oświadczył, że dużo czasu nie mamy, i że musimy ruszać, bo wojska ra-dzieckie są w pobliżu i mogą w każdej chwili nas zaatako¬wać. „Blok” wyznaczył na szperacza tego ostatniego, który dołączył do nas jako szósty. Po przejściu około jednego kilometra stwierdzi¬liśmy, że nasz szperacz zre¬zygnował i zniknął. „Blok” roz¬kazał nam abyśmy szybciutko powrócili do miejsca, z któ¬rego wyruszyliśmy i tam we¬źmiemy konie. Było tam bardzo wiele osiodłanych koni. Spytałem „Bloka”, którego konia mogę wziąć, a on mi powiedział „Bierz, któ¬rego sobie chcesz”. Na koniach mieliśmy przedostać się w lasy augustowskie‚ tak jak postanowił nasz dowódca „Blok”. Po przybiegnięciu do tego samego miejsca, z którego wyruszyliśmy złapałem pierwszego z brzegu konia, wgramoliłem się na niego i jazda z całą piątką. Je¬chałem konno jako ostatni, pierwszy jechał „Blok” jako nasz do¬wódca. Na moje nieszczęście wybrałem klacz. Za nami biegł osiodłany ogier i bardzo głośno rżał. Raptem “Blok” podjechał do mnie i zwymyślał mnie za to, że wziąłem czarną klacz i jak się później okazało, była to klacz komendanta „Łupaszki”.
Wróciliśmy więc, pozostawiliśmy wszystkie konie i całą piątką po raz trzeci ruszyliśmy z tego samego miejsca, gdzie rozstaliśmy się z brygadą. Po zostawieniu koni, zobaczyliśmy, że już nikogo nie ma. Udało nam się w końcu wyruszyć. Szliśmy gęsiego przez pola i zagajniki, aż na przeszkodzie po¬jawiła się przed nami mała rzeczka, której nie można było prze¬skoczyć i trzeba ją było sforsować po dnie. „Blok” postanowił iść po dnie jako pierwszy. Automat niemiecki „empi” podniósł nad głowę i wszedł do rzeczki. Na środku rzeczki zanurzyła mu się głowa, ale automat pozostał suchy. Trochę dalej głowa “Bloka” wynurzała się, jeszcze parę kroków i „Blok” znalazł się na drugim brzegu. Ja, jako drugi poszedłem w jego ślady, a za mną pozostali koledzy i w przeciągu kilku minut wszyscy znaleźliśmy się na przeciwległej stronie rzeczki. Dookoła słychać było krótkie serie z broni maszynowej w odległości od nas około jednego kilometra. Po przedostaniu się na drugi brzeg natychmiast zacząłem wy¬lewać wodę z saperek. Pozostali koledzy zaczęli robić to samo. Kiedy już wylałem wodę z jednego buta i zacząłem zdejmować drugi, widzę w odległości nie większej niż dwadzieścia metrów od nas sześć głów ostrzyżonych na zero, a przed nimi sześć auto¬matów sowieckiej produkcji. Plują ogniem w naszą stronę, a ja jeszcze nie zdążyłem z buta wylać wody. „Blok” rzucił w ich stronę granat obronny, po wybuchu granatu nastała cisza. „Blok” wydał rozkaz krzycząc: „Kierunek ten, las biegiem marsz!”. I całą piątką ruszyliśmy biegiem w kierunku lasu. Muszę przyznać, że miałem kłopot z tym biegiem, bo woda z lewego buta, wybuchała mi prosto w twarz i w oczy. Biegliśmy po świeżo zaoranym polu, „Blok” biegł jako ostatni, a ja jako czwarty. Kiedy się obejrzałem do tyłu zobaczyłem jak „Blok” przewrócił się. Natychmiast wró¬ciłem do „Bloka” i pytam czy może został rany. Strzelanina nie ustaje, a nawet wzmaga się. On mnie zbeształ, powiedział, że się tylko potknął i dlatego upadł. Poleca: “Szybko w las”. Dookoła słychać coraz mocniejszą i gęstszą strzelaninę z różnej broni ma¬szynowej.
Wreszcie dobiegliśmy do upragnionego lasu i poczuliśmy się jak w domu. W lesie wylałem z lewego buta wodę, pozostali żoł¬nierze zrobili to samo. Kiedy weszliśmy w głąb lasu usiedliśmy i zaczęliśmy się naradzać. Byliśmy wszyscy bardzo głodni, zasta¬nawialiśmy się jak zdobyć coś do zjedzenia. Wszyscy wiedzie¬liśmy doskonale, że w każdej wiosce i w każdym domu kwaterują żołnierze radzieccy i nie można nawet nosa wsadzić do jakiejkol-wiek chaty, w której oni kwaterują. Jeden z naszej piątki ujawnił, że ma chleb z tym, że mokry, bo woda dostała się do chlebaka podczas forsowania rzeczki. Ktoś z nas powiedział, żeby dawał chleb, bo wszyscy są głodni. Z chleba jeszcze ociekała woda. Po-dzieliliśmy się możliwie jak najsprawiedliwiej. Każdy z nas otrzymał kawałek mokrego chleba. Po spożyciu tego mokrego chleba nadal myśleliśmy wszyscy o jednym, jak przedostać się w lasy augustowskie.
Po posiłku poszliśmy dalej, aż doszliśmy do małego zagajnika. Po usłyszeniu rosyjskiej mowy stanęliśmy i nadsłuchiwaliśmy, aż zobaczyliśmy, że jedzie fura z sianem. Na furze siedział żołnierz radziecki, a z tyłu szli uzbrojeni w automaty żołnierze radzieccy. Schowaliśmy się za drzewa i odbezpieczyliśmy broń. Gdyby Ros¬janie nas zauważyli, to pierwsi otworzylibyśmy do nich ogień. Po paru minutach przejechali z dziesięć metrów od nas, a my nie zo¬staliśmy zauważeni. Odetchnęliśmy i po krótkim marszu weszliśmy do większego lasu. Tam zaczęliśmy rozważać naszą sytuację. W końcu postanowiliśmy się rozbroić. Ja swoim automatem „empi” uderzyłem o drzewo myśląc, że skrzywię lufę, ale mi się nie udało, tylko ręka mnie mocno zabolała. Wobec tego rozebrałem automat na najdrobniejsze części, a lufę mocno wbiłem w mech. Mundur powiesiłem na drzewie, a pierścionek z trupią czaszką zdo¬byty w Bołoszy, również wsadziłem na sęk. Podobnie zrobili wszyscy.
Po rozbrojeniu się całą piątką przedzieraliśmy się w stronę Niemna. „Blok” zorganizował krótką naradę i oświadczył, że gdy¬byśmy trafili do niewoli mamy wszyscy mówić to samo, to znaczy, że jesteśmy chłopami z Wileńszczyzny, a Niemcy wycofując się na zachód kazali nam wieźć żołnierzy niemieckich. Gdy już nas zwolnili, to zabrali nam nasze chłopskie ubranie, a pozostawili nam swoje wojskowe. I tak wszyscy wymieniliśmy wojskowe nie¬mieckie spodnie za wyjątkiem “Bloka” bo on miał zielone spodnie i nie chciał ich wymienić. Zresztą chłopi często nosili spodnie. To były spodnie do butów na wzór wojskowy. Teraz maszerowaliśmy już trochę odważniej. Po drodze “Blok” wyrzucił kompas do żyta, a widząc co „Blok” zrobił i gdzie kompas wylądował, ja go podniosłem myśląc, że go zatrzymam. Jednak „Blok” zauważył, że go znalazłem, natychmiast kazał mi go wyrzucić z powrotem do jeszcze nie żętego żyta. Kompas był wyjątkowo ładny, ale cóż zmuszony byłem rozstać się z nim. Wrzuciłem go z powrotem do żyta. Pod wieczór natknęliśmy na jakiś dom, który był niezamieszkały. ,,Blok” postanowił zająć strych, do którego była przysta¬wiona drabina. Weszliśmy po drabinie, a potem drabinę odrzuci¬liśmy od strychu. Wszyscy, mimo że jeszcze częściowo byliśmy mokrzy zasnęliśmy twardym snem. Następnego dnia obudził nas gromki krzyk: “Ruki w wierch!” Natychmiast wstaliśmy i podnieśliśmy ręce w górę. Byli to Rosja¬nie, żołnierze frontowi. Kazali nam szybko schodzić ze strychu, a następnie zrewidowali nas i pod konwojem zaprowadzili do ja¬kiejś komendy, w której zaczęło się śledztwo. Wzywano nas poje¬dynczo z piwnicy, w której nas zamknięto i postawiono żołnierza przy wejściu do piwnicy, aby pilnował, żeby nikt z nas nie uciekł. Podczas przesłuchania mówiliśmy to czego nauczył nas wcześniej “Blok”, że jesteśmy chłopami z Wileńszczyzny, i że mamy spodnie i buty niemieckie, bo nam Niemcy, których wieźliśmy furman¬kami zabrali nasze ubrania, a zostawili swoje. Każdy z nas mówił to samo. W końcu uwierzyli i pognali pod konwojem do jakiejś placówki, w której była komisja poborowa. Jak się okazało była to polska komisja poborowa, przez którą zostaliśmy wcieleni do Lu¬dowego Wojska Polskiego. Ale broni nam jeszcze nie dali.
Starszyna, co odpowiadało naszemu sierżantowi, rozmieścił naszą piątkę i innych chłopaków, którzy otrzymali zaświadczenie z Wojenkomatu. Na zaświadczeniach tych były umieszczone na¬zwiska, a miał je u siebie wspomniany starszyna. Ten starszyna podzielił nas na grupy od pięciu do siedmiu chłopaków, poprzy¬dzielał do poszczególnych chat chłopskich I gospodarzom pole¬cił, aby dali nam nocleg i jedzenie. Wszyscy mieliśmy budować drewniany most przez Niemen, który Niemcy wycofując się wysa¬dzili w powietrze. Mieliśmy wybudować nowy obok starego. Pracowaliśmy przy budowie mostu jakieś pięć dni. Gospodarz dawał mam codziennie wyżywienie i nocleg zgodnie z zalece-niem starszyny. O godziny siódmej rano już byliśmy po śniadaniu i szliśmy do pracy.  Pracowaliśmy  głównie przy wbijaniu pali w dno Niemna. Wbijaliśmy za pomocą tzw. “baby”. Była to kłoda dość gruba i miała przymocowane cztery uchwyty. Na ko¬mendę raz - dwa, przeważnie nas dwóch podnosiło ją, a potem z wielkim wysiłkiem biliśmy o pal. W ten sposób pal wbijał się centymetr po centymetrze w dno rzeki. „Blok” wpadł na pomysł, aby powiedzieć starszynie, że w odległości około 10 kilometrów ma ciotkę, która pędzi samogon i że mógłby przy¬nieść od niej co najmniej dwadzieścia litrów. Dobrze się stało, że “Blok” dobrze władał językiem rosyjskim, dzięki temu świetnie się dogadał ze starszyną. “Blok” domagał się od starszyny dla nas pięciu, którzy rzekomo byliśmy spokrewnieni z ciotką, która pędzi bimber, zaświadczenia z Wojenkomatu. Było nam bardzo potrzebne na wypadek, gdyby nas zatrzymała jakakolwiek wła¬dza. Początkowo starszyna sprzeciwiał się temu, ale “Blok” prze¬konał go, że bez tak zwanej sprawki z Wojenkomatu nie pójdzie do ciotki, bo się boi, gdyż nie posiada żadnych dokumentów, a te które mieliśmy z Wileńszczyzny zrabowali nam Niemcy. W końcu „Blok” przekonał starszynę i ten wydał nam wszystkim sprawki. Starszyna na pożegnanie tak powiedział do nas wszystkich: “Kak nie pryjdziotie obratno, to mienia roztrelajut, za to czto ja wam dał w ruki sprawki z Wojenkomata”
Kiedy w piątkę ruszyliśmy w drogę, to pierwszego dnia prze¬szliśmy około sześćdziesięciu kilometrów. Po drodze do Nowej Wilejki szliśmy dniami i nocami, a spaliśmy przeważnie u pol¬skich chłopów, a bywało że i w lesie. Było lato, a noce dość ciepłe i krótkie. Do Nowej Wilejki dotarliśmy gdzieś w połowie sierpnia. Każdy z naszej piątki poszedł do swego domu. W domu za¬stałem moją mamę i siostrę Kasię. Po przybyciu do domu spod Grodna niczym się nie zajmo¬wałem i nigdzie nie pracowałem. Spotykałem się z kolegami, którzy byli w Armii Krajowej, aż wreszcie dostałem wezwanie abym się stawił na komisję wojskową do Wojenkomatu na pobór do wojska. Po skontaktowaniu się z kolegami z AK postanowi¬liśmy zarządzenie zbojkotować. Krążyły pogłoski, i były też ulotki, które informowały, że ci, którzy pójdą do Ludowego Wojska Polskiego będą zdrajcami Ojczyzny. Motywowano to tym, że Ludowe Wojsko Polskie jest zaprzedane Moskwie i ten, który pójdzie do tego wojska będzie zdrajcą przysięgi akowskiej i bę¬dzie w przyszłości sądzony jako zdrajca Ojczyzny. Tak mijały dni i tygodnie, aż wreszcie doszły słuchy do naszych kolegów z AK, że tego i tamtego aresztowało NKWD i osadziło w więzieniu w Wilnie. Po kilku następnych dniach poprosiłem panią Husz¬czową, aby pozwoliła mi przebywać w chlewiku, który już znalem z grudnia 1943 roku, kiedy chowałem się w nim po ucieczce z Wierzbałowa. Pani Huszczowa zgodziła się, a i Halina, córka pani Huszczowej też nie miała żadnych zastrzeżeń. W tym skła¬dziku chowałem się przez parę tygodni, aż wreszcie zachciało mi się porządnie wyspać, choć jedną noc w swoim łóżku. Nasze mieszkanie składało się z jednego pokoju i kuchni. Moja mama spała w kuchni, a ja i siostra w pokoju. Siostra miała swoje łóżko pod jedną, a ja swoje pod drugą ścianą. Tego wieczoru kiedy już byłem w łóżku, bardzo mi się chciało śpiewać i to tylko partyzanckie piosenki. Śpiewałem dość długo aż siostra powiedziała: „Władek jest już dawno po dwunastej, daj spać, już dosyć tego śpiewu”. Mama za¬przeczyła i powiedziała siostrze:”Może kiedyś będziesz jeszcze chciała, aby ci brat zaśpiewał, daj mu spokój, niech śpiewa, ile chce”.
 Zaraz jak przestałem śpiewać, a było już dawno po dwunastej, ktoś za¬pukał do drzwi i chwilę później do okna. Nasze mieszkanie było parte¬rowe i dlatego stukano i wołano do okien, abyśmy szybko otworzyli drzwi. Po chwili mama otworzyła drzwi i weszło trzech z NKWD.Po wejściu do naszego mieszkania enkawudziści zaczęli wszystko przewracać, a na koniec aresztowali mnie I moją siostrę. Kiedy mama wyszła za nami i powie¬działa, żeby I ją zabrali razem z dziećmi, powiedzieli jej żeby została w domu, bo nie jest im potrzebna. Mama pozostała sama w domu i domyślam się jak jej było ciężko. Ja i siostra by¬liśmy pilnowani tuż przy naszej ulicy, kilkanaście metrów od na¬szego mieszkania przez trzech enkawudzistów. Była pogodna i ciepła noc, świecił księżyc. Jak na tę porę roku we wrześniu było dość ciepło. Raptem usłyszeliśmy kilka strzałów z pistoletu dobiegających od strony domu państwa Usowiczów, gdzie mieszkała nasza polonistka, która uczyła jeszcze przed wojną mnie i moją siostrę. Był tam duży sad, a od ulicy Narutowicza ścieżka, która pięła się do zabudowań w górę jakieś sto metrów. Raptem zauważyliśmy jak z góry pędzi co sił w naszą stronę Henryk Tom¬kiewicz, a za nim enkawudzista trzymający w prawej dłoni pis¬tolet i próbujący strzelać. Jeden z naszych konwojentów wymie¬rzył w Heńka i krzyknął: “Stój!” – Ja widzę, że nasz konwojent ma wymierzony prosto w Heńka karabin i krzyczę: „Heniek stój, jesteś na muszce, jak się poruszysz to cię zastrzelą”. W ogrodzie u państwa Usowiczów  brama była za¬mknięta i Heniek już dalej nie miał gdzie uciekać. Został osaczony. Po chwili dobiegł do niego oficer NKWD i uderzył go kilka razy w głowę pistoletem. Po kilku minutach Heniek z za¬krwawioną głową dołączył do nas i po jakiejś godzinie popędzili nas wszystkich na posterunek NKWD w Nowej Wilejce, gdzie mieszkaliśmy. Tej jeszcze nocy zaprowadzili nas, pod konwojem oczywiście, do dużej sali przy ul. Wileńskiej na pierwszym piętrze. Tam zasta¬liśmy bardzo dużo ludzi aresztowanych tej nocy. Po kilku godzi¬nach bardzo chciałem wyjść za potrzebą i poprosiłem o to jed¬nego  z konwojentów z czerwoną opaską na rękawie, który nas pilnował z karabinem. Ku memu zdziwieniu okazało się, że był to człowiek, którego znałem. Miał na imię Meśka, był narodowości żydowskiej i mieszkał w Nowej Wilejce, a jego rodzina miała sklep spożywczy, w którym robiłem zakupy, ho był blisko miejsca gdzie mieszkaliśmy. Poprosiłem go, aby mnie wypuścił na chwi¬leczkę, bo już dłużej nie mogę wytrzymać i muszę oddać mocz. Meśka odpowiedział mi po rosyjsku, chociaż bardzo dobrze mówił po polsku. Jeszcze wtedy nie znałem rosyjskiego, ale do¬myśliłem się, że mnie nie wypuści. Odpowiedziałem, że dłużej nie wytrzymam, że muszę oddać mocz, bo jak nie to posiusiam się na tej sali. Wówczas usłyszałem pogróżki, że nigdy stamtąd nie wyjdę. Męczyłem się, aż do rana strasznie, a rano załadowali nas wszystkich do samochodów ciężarowych i wywieźli do Wilna na ulicę Mickiewicza 29, gdzie była siedziba NKWD. Przebywaliśmy wszyscy w jednej dużej sali, gdzie enkawu¬dziści wstępnie nas przesłuchiwali. Byliśmy w tej sali kilka dni i nocy, ale dokładnie nie pamiętam ile. Wiem, że następnego dnia dowieźli do nas jeszcze kilkanaście osób, między innymi mego kolegę Heńka Sobolewskiego, którego aresztowali dzień później, to jest 6 września 1944 roku i to z moim pistoletem siedmiostrza¬łowym typu FN produkcji belgijskiej. Podczas aresztowania udało mi się dać mamie znać, żeby za¬wiadomiła Heńka Sobolewskiego, aby zabrał ze schowka moje rzeczy. Ani siostra ani mama nic nie wiedziały o tym pistolecie. Tylko Heńkowi się zwierzyłem, i tylko on znał miejsce kryjówki. Mama moja dokładnie zrozumiała o co chodzi i raniutko poszła do Heńka Sobolewskiego. Mama, jak się później dowiedziałem od Heńka, przyszła do państwa Sobolewskich zapłakana. Moją siostrę oddzielili, a nas wsadzili do innych cel. Trafiłem do celi, w której zastałem Feliksa Marynowskiego ps. ,,Blok”, który został aresztowany i doprowadzony godzinę wcześniej. „B¬loka” nie widziałem od tego czasu, gdy całą piątką pod jego do¬wództwem przyszliśmy z pod Grodna do Nowej Wilejki.

Gdzieś w połowie grudnia 1944 roku przenieśli nas na Łu¬kiszki. Śledztwo zostało zakończone. Dostałem wyrok z  artykułu 193, punkt 10, część druga B. Zostałem skazany za dezercję, uchylanie się od służby wojskowej. Później  ten artykuł zmieniono mi, już na Łukiszkach,  na artykuł 58 - 1.a, który głosił, że jestem zdrajca Ojczyzn. Nas, mieszkańców Wileńszczyzny traktowano jak obywatel ZSSR. Skazano mnie na 10 lat więzienia. Zostałem wysłany do kopalni na Uchcie, skąd zostałem zwolniony po 4 latach jako schorowany inwalida do Polski wrociłem 8.X.1948 roku.