Dzisiaj jest: 17 Wrzesień 2021        Imieniny: Justyna, Narcyz, Franciszek
17 września 1939 r. - Agresja ZSRR na Polskę

17 września 1939 r. - Agresja ZSRR na Polskę

Agresja ZSRR na Polskę była zbrojną napaścią dokonaną 17 września 1939 przez ZSRR bez określonego w prawie międzynarodowym wypowiedzenia wojny. Od 1 września 1939r., Polska już była w stanie wojny…

Readmore..

Wyprawka Szkolna Dla Kresowiaka

Wyprawka Szkolna Dla Kresowiaka

Wraz z Kibice Razem Stal Mielec nie zwalniamy tempa. Paczki z przyborami można przesyłać również do siedziby Fundacji: ul. Heweliusza 11/819, 80-890 Gdańsk. Można również przekazać darowiznę pieniężną na zakup…

Readmore..

Lwowianka najpiękniejszą Polką 1930 roku

Lwowianka najpiękniejszą Polką 1930 roku

 Zofia Batycka, bo ona będzie bohaterką artykułu, urodziła się w 1907 roku we Lwowie, w prominentnej i szanowanej rodzinie Janiny i Eugeniusza Batyckich. Rodzice starali się, by córce niczego nie…

Readmore..

Odeszła nagle do Domu Pana. Janina Kalinowska

Odeszła nagle do Domu Pana. Janina Kalinowska

Na osi FB Pani Janiny, rodzina powiadomiła o jej śmierci: Z wielkim żalem i smutkiem zawiadamiamy, że odeszła od nas nasza Mama, Babcia, Prababcia Janina Kalinowska – Przewodnicząca Stowarzyszenia Upamiętniania…

Readmore..

Szlakiem Krzyży wołyńskich. - RAFAŁÓWKA  W POWIECIE SARNY

Szlakiem Krzyży wołyńskich. - RAFAŁÓWKA W POWIECIE SARNY

RAFAŁÓWKA W POWIECIE SARNY Parafia w Rafałówce powstała w 1925 roku. Wybudowano wtedy kościół pw. Apostołów Piotra i Pawła oraz Plebanię. Poza kolonią usytuowano drugi cmentarz parafialny. Tuż przy stacji…

Readmore..

Po 60 latach- wspomnienia

Po 60 latach- wspomnienia

Bezbłędnie wskazuję drogę do domu moich dziadków, chociaż w najbliższym sąsiedztwie zaszły również pewne zmiany. Nie ma już budynku szkoły naprzeciwko domu dziadków, do której chodziłem jako dziecko. Nie ma…

Readmore..

Wspomnienia z Sokala

Wspomnienia z Sokala

W moim rodzinnym domu życie w Sokalu, na Kresach, było częstym tematem wspomnień. Moi rodzice, Stefania i Władysław Hałasowie, urodzili się w Sokalu, tu pobrali się i z pięciorgiem dzieci…

Readmore..

12. 09. 1683 r.- Odsiecz  wiedeńska - ratunek dla  chrześcijańskiej Europy

12. 09. 1683 r.- Odsiecz wiedeńska - ratunek dla chrześcijańskiej Europy

Wrześniowe rocznice w świadomości Polaków kojarzą się raczej niewesoło, bo przede wszystkim z wybuchem II wojny światowej, atakiem Niemiec i Sowietów na nasz kraj. Można jednak – i trzeba –…

Readmore..

Przemoc i chaos Syrnyka  w powiecie sanockim  i okolicach cz1.

Przemoc i chaos Syrnyka w powiecie sanockim i okolicach cz1.

/ Instytut Pamięci Narodowej Oddział w Rzeszowie upamiętnił mieszkańców Borownicy - ofiary ludobójstwa OUN-UPA tablicą informująca o zbrodniach na ludności polskiej z lat 1944-1945. Książkę liczącą 688 stron wydał Instytut…

Readmore..

Historia to fakty,  a „prawdopodobne”  to już legenda

Historia to fakty, a „prawdopodobne” to już legenda

W rocznicę zbrodni dokonanej 9 lutego 1943 r. na ludności polskiej w Parośli, IPN zaprezentował tekst dr Joanny Karbarz-Wilińskiej z Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Gdańsku, pod tytułem :…

Readmore..

BEZCZELNY PIOTR TYMA

BEZCZELNY PIOTR TYMA

 Nie od dzisiaj wiadomo, że władze polskie tolerują działalność ewidentnie probanderowskiego Związku Ukraińców w Polsce, pomimo, że kpi on w żywe oczy z państwa polskiego i naszej historii. Pisaliśmy po…

Readmore..

Odeszła do Domu Pana

Odeszła do Domu Pana

Teresa Gerarda Żylis-Gara (ur. 23 stycznia 1930 w Landwarowie k. Wilna, zm. 28 sierpnia 2021 w Łodzi) – polska śpiewaczka (sopran liryczny) światowej sławy. Po II wojnie światowej razem z…

Readmore..

Łuny nad Wołyniem cz.I

Zapada czerwcowy zmrok. Na pobliskich łąkach i polach, widocznych przez szybę, ściele się powłóczysta mgła. Bliski płaczu stoję na taborecie przy oknie i wypatruję powrotu rodziców, którzy od świtu do zmroku pracują w polu. Samotny komar brzęczy żałośnie, co mnie przyprawia o jeszcze bardziej tęskny nastrój. Jako pięcioletni malec z młodszą o dwa lata siostrą siedzimy całymi dniami w zamkniętym na klucz domu, mając za towarzyszy zabawy małe kocięta. Teraz siostra śpi w kącie z przytulonymi do niej czworonogami, utrudzonymi całodziennymi harcami. W gęstniejącym zmroku rozlega się wreszcie brzęk wleczonych przez krowy łańcuchów i głos mamy karcącej żarłoczną Kalinę, która korzystając z ostatniej okazji wyszarpuje przydrożną trawę. Wieczorne dojenie krów to prawie obrzęd. Mistrzynią ceremonii jest oczywiście mama.

Obok niej stoi kolejka zgłodniałych: ja z siostrą, kotka z maluchami i Mopsik, spuszczony na noc z łańcucha. Po kolacji, składającej się z mleka i chleba, zasypiamy z siostrą kamiennym snem, ale rodzice długo jeszcze krzątają się w obejściu, by następnego dnia znowu wstać o świcie do ciężkiej pracy.

Życie osadników kresowych w tamtych trudnych, kryzysowych czasach było wyjątkowo twarde, wymagało wiele znoju i mozołu, by utrzymać rodzinę, zapłacić podatki czy raty za kupiony grunt i odłożyć trochę grosza na budowę dachu nad głową. Dziadkowie, Jan i Dominika Sobczykowie, rodzice mamy, przybyli na Wołyń w 1922 roku. We wsi Radowicze, gmina Turzysk koło Kowla, kupili kilkanaście hektarów podmokłego, olszowego lasu, który w ciągu kilku lat zamienili w uprawne pola i użyteczne łąki. Postawili budynki i założyli wiśniowy sad, który stopniowo poszerzali o inne drzewa i krzewy owocowe. Dzięki wytężonej pracy wszystkich członków rodziny wkrótce zapewnili sobie znośne warunki bytowania. Rodzina dziadków była liczna. Dwaj synowie zostali w Kongresówce – Feliks administrował majątkiem hr. Gutowskiego w Krasnem koło Rejowca, a Kazimierz zatrudnił się jako ślusarz w Starachowickich Zakładach Zbrojeniowych. W Radowiczach znaleźli się dziadkowie z pięciorgiem dzieci: Heniem, Jankiem oraz trzema córkami, które niebawem powychodziły za mąż za przybyłych na Wołyń osadników. Najstarsza, Bronisława, wyszła za Stanisława Molendę, średnia Stanisława – moja mama – za Władysława Budzisza, najmłodsza Maria – za Jana Stefanowicza, wnuka powstańca z 1863 roku i syberyjskiego zesłańca. Ojciec mój urodził się w Czarnolesie – wsi niegdyś Jana Kochanowskiego, mama – dwa lata później w Garwolinie, gdzie dziadek administrował majątkiem. Ojciec, nie widząc zachęcających perspektyw na gospodarstwie w licznej rodzinie, w 1928 roku wyjechał na Wołyń – zachęcony przykładem brata ożenionego z Ukrainką i osiadłego w Turzysku oraz szwagra, Wincentego Gnysia, który kupił tam młyn wodny na Turii. Zaskarżony do sądu za spiętrzanie wody i zalewanie chłopom gruntów, Gnyś musiał młyn zlikwidować, ale za solidną rekompensatę kupił duże gospodarstwo rolne w Worczynie koło Włodzimierza. W Radowiczach ojciec poznał mamę i wkrótce pobrali się. W posagu mama otrzymała trochę gruntu, na którym rodzice zbudowali domek i gospodarcze pomieszczenia, a następnie założyli spory wiśniowy sad.

Czasy były trudne, szalał światowy kryzys i bezrobocie. Rodzice tyrali od świtu do nocy, chwytając się każdej pracy, również u zamożniejszych gospodarzy. W tamtym trudnym okresie, 20 listopada 1930 roku, przyszedłem na świat. Dwa lata później urodziła się siostra Danusia. W drugiej połowie lat trzydziestych warunki materialne osadników znacznie się poprawiły, jak zresztą w całym kraju. Najszybciej dorabiali się Molendowie, bo mieli urodzajny grunt, a ciocia Bronia obszywała całą kolonię, czerpiąc z tego znaczny dochód. Nasze warunki również uległy znacznej poprawie. Ojciec otrzymał posadę gajowego w lasach hr. Stanisława Starczewskiego, a po roku został ich administratorem, co przynosiło nam znaczne korzyści: darmowy wypas krów w lesie i na łąkach, opał bezpłatny i niezłe pobory. Wkrótce mogliśmy dokupić trochę lepszych gruntów. W 1936 roku zamieszkaliśmy w specjalnie zbudowanej gajówce tuż obok wysokiego, wiekowego, rozłożystego dębu, na wzniesieniu, skąd rozpościerały się rozległe, piękne widoki. Z trzech stron ciągnęły się łąki, a za nimi sosnowe bory. Każdy z nich miał swoją nazwę u miejscowej ludności: Pergoniszcze, bo przepędzano przez nie stada na pastwiska, Świtka, gdyż w wyniku wycinania las miejscami miał znaczne prześwity i Duży Las, liczący do tysiąca hektarów. Lasy zawierały różny drzewostan. Dominowały dorodne, samosiejne sosny. Z czwartej, wschodniej strony, był otwarty teren na wieś Radowicze. Na pierwszym planie widoczne były zabudowania Polskiej Kolonii, a za nią kopuły cerkwi w centrum wsi. Obok nich stał młyn, napędzany gazem drzewnym, dudniący dniem i nocą na całą okolicę. Stanowił własność Antoniego Romankiewicza, Adama Bartoszewskiego i Iwana Laszki. Radowicze były dużą, rozległą wsią, ciągnącą się 6 kilometrów wzdłuż traktu Turzysk-Kupiczów. Składały się z centralnej ulicówki i peryferyjnych kolonii: Abramowca, Kolonii Czeskiej, Żukowa, Kolonii Polskiej, Koczek, gdzie mieszkaliśmy z dziadkami oraz Puhów. Abramowiec i Kolonię Polską zamieszkiwali Polacy, pozostałe skupiska były polsko-ukraińskie. Natomiast w Kolonii Czeskiej mieszkało kilkanaście rodzin czeskich, których przodkowie przybyli tutaj w latach 70-tych XIX wieku. Ze względu na licznie zamieszkałą ludność polską, już w XIX w. we wsi była czynna jedna z trzech kaplic katolickich parafii Turzysk, pozostałe – w Dolsku i Różynie. W 1943 roku w Radowiczach mieszkało ponad 90 polskich rodzin, co stanowiło połowę mieszkańców. Nowe miejsce naszego zamieszkania było okropnym odludziem, ale szybko do niego przywykliśmy, a urokliwe krajobrazy otaczające gajówkę sprawiły, że niebawem bardzo je polubiliśmy. Środkiem łąk, nieopodal gajówki, płynął strumień, wpadający kilka kilometrów dalej do Turii. Był miejscem letnich uciech pastuchów, którzy spiętrzali tamą wodę i kąpali się całymi dniami, a po spuszczeniu jej łowili sakami dorodne okonie, miętusy, a czasami zdarzał się i szczupak. W czasie wiosennych roztopów i po dłuższych deszczach strumień zamieniał się w rzekę nie do przebycia bez łódki czy tratwy. Zdarzyło się, iż po lipcowej ulewie wody tak wezbrały, że odcięły od gajówki nasze krowy pasące się na łąkach. Trzeba było długo wędrować ze stadem w górę „rzeki”, by znaleźć miejsce do przeprawy. Wykorzystując sprzyjające warunki hodowaliśmy sporo drobiu: nośne zielononóżki i leghorny oraz indyki. Te ostatnie, miesiąc po wykluciu się, całym stadem wędrowały tyralierą przez trawiastą łąkę, wychwytując wszystko, co się ruszało i nadawało do zjedzenia. Trzeba było tylko chronić je przed lisami. Krowy wypasane na bujnych łąkach i leśnych polanach dawały sporo mleka, które przepuszczaliśmy przez wirówkę, a następnie na tej samej maszynie, po wymianie kilku elementów, robiliśmy masło. Co najmniej raz w tygodniu odstawialiśmy nabiał do Żyda Brunsteina w Turzysku. Odciągane mleko przeznaczaliśmy dla celów gospodarczych, głównie hodowli trzody chlewnej i wyrobu twarogu, którym szczególnie zajadały się indyki.

Cały ciężar prowadzenia gospodarstwa spadał na mamę, która wkrótce od nadmiaru pracy zaczęła podupadać na zdrowiu. Moja i siostry pomoc była mizerna, mimo niewspółmiernie dużego wysiłku przy obrządzaniu inwentarza. Doraźnie pomagały mamie sąsiadki i chłopiec zatrudniony do pasienia krów. Ostatnim był Jakub, szesnastoletni Ukrainiec, odpowiedzialny i chętny do roboty. Ojciec od świtu do nocy był zajęty w lesie przecinką i wycinką drzew, wywózką oraz sprzedażą drewna opałowego i budulcowego, odnawianiem zasobów leśnych i głównie pilnowaniem lasu przed rozkradaniem. Prawie przez okrągły rok pracowali w lesie okoliczni mieszkańcy, otrzymując wynagrodzenie w drewnie, rzadziej w gotówce. Chętnych do pracy nie brakowało, zwłaszcza zimą, kiedy wywożono z lasu budulec do stacji kolejowej w Turzysku. Chłopi, Polacy i Ukraińcy, zabiegali na wszelkie sposoby, by ich zatrudnić, nawet za marne wynagrodzenie. Wielu rodzinom doskwierała bieda, brakowało chleba, zwłaszcza na przednówku. Biedni zapożyczali się u bogatych i odrabiali dług w dwójnasób w czasie prac polowych, młocki czy przy doglądaniu gospodarstwa. My w drugiej połowie lat trzydziestych nie mieliśmy powodu narzekać. Za zgromadzone w ciągu dwóch lat oszczędności dokupiliśmy trzy hektary urodzajnej ziemi, sprawiliśmy sobie radioodbiornik, zainstalowaliśmy piorunochron na wysokim sosnowym maszcie, kupiliśmy wiele rzeczy, o których dotychczas mogliśmy tylko marzyć. Wkrótce we wsi, jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać maszty odgromników. Do ich instalowania zmuszały przede wszystkim częste pożary, wywoływane piorunami, ale i przykład też działał zachęcająco. Dnia 1 września 1938 roku rozpocząłem naukę w miejscowej szkole drugiego stopnia. Szkoła w Radowiczach miała dwie izby i nauka odbywała się na zmiany w zatłoczonych, łączonych klasach. Wiele dzieci, w tym i ja, musiało w obie strony przemierzać co dzień po dziesięć i więcej kilometrów, nieraz w słotę, ulewny deszcz, zawieje i tęgi mróz. Gdy głęboki śnieg pokrył okolicę, pokonanie tej drogi dla wielu młodszych uczniów okazywało się niemożliwe. Siedziałem wtedy w domu zasypanym śniegiem. Uczyłem się sam, czytając „Kurier Warszawski”, który przychodził do gajówki z kilkudniowym opóźnieniem. Dużym przeżyciem były dla mnie uroczystości kościelne w Turzysku. Najbardziej utkwiło mi w pamięci Boże Ciało w 1939 roku, połączone z przekazaniem wojsku karabinów maszynowych, zakupionych ze składek społeczeństwa. Mistrzem ceremonii był wójt, Ukrainiec, który pod palącym słońcem, w butach z długimi cholewami, biegał po boisku strasznie zaaferowany, wycierając co chwilę pot z twarzy i karku. Witał gości w czarnych garniturach czytając z kartki. Ktoś z oficjeli wygłosił patriotyczne przemówienie, dziękując gminie za ofiarność. Ksiądz pokropił karabiny maszynowe i wszyscy ruszyli procesją na trasę czterech ołtarzy. Przy każdym z nich kompania kowelskiego 50. pp im. Francesco Nullo oddała karabinową salwę, wywołując u zebranych dreszcz patriotycznego uniesienia. Była to najpiękniejsza i ostatnia uroczystość w polskim Turzysku. W niespełna trzy miesiące kraj ogarnęła wojenna pożoga i bezsilna rozpacz, a niebawem do miasteczka, jak na całe Kresy, przyszła nowa „władza” – czerwona okupacja. Inną atrakcją, ale tylko w maju, były urokliwe majówki – nabożeństwa przy przydrożnym krzyżu, czyli figurze świętej, jak to się wówczas mówiło. Odbywały się one przez cały miesiąc, co dzień późnym popołudniem, a kończyły o zmroku. Prowadził je z niemałą rutyną szanowany we wsi rolnik, Antoni Molenda, były alumn, któremu swego czasu zawróciła głowę późniejsza żona. I tak już zostało, chociaż rodzina, zwłaszcza rodzice, długo nie mogli pogodzić się z „dezercją” syna. Na majówkę przychodziło wiele wystrojonych, urodziwych dziewcząt, wzbudzających zachwyt równie wyelegantowanych kawalerów.

Mnie, ośmiolatkowi, najbardziej podobała się już pełnoletnia Adela Rakowska, blondyna o dużych niebieskich oczach i długich, grubych warkoczach, no i oczywiście moja sąsiadka, szkolna koleżanka Irenka, stryjeczna siostra Adeli. W 1939 roku, w miejsce spróchniałego krzyża, Wincenty Szewczyk, miejscowy murarz, postawił żelbetową figurę z wnęką na wizerunek Matki Boskiej i flakony z kwiatami. Jako niemy świadek okupacyjnej apokalipsy stoi ona do dzisiaj w otoczeniu wysokich i grubych akacji. 24 czerwca odbyło się uroczyste zakończenie roku szkolnego. W dwóch salach zebrali się uczniowie sześciu klas, Polacy i Ukraińcy. Ścisk był okropny. Do klas kolejno przychodzili nauczyciele, by się pożegnać z uczniami: kierownik szkoły Jan Anioł, pani Maria Tokarska, ładna brunetka i Jan Kranz – młody, przystojny i bardzo lubiany przez uczniów i rodziców. Kranz pochodził z Poznańskiego i – jak większość początkujących wówczas nauczycieli – został skierowany do pracy na Kresach. Na uroczystość przyszedł w eleganckim oficerskim mundurze. Wyszywaną srebrem rogatywkę z dwiema gwiazdkami położył na stole. Czapka i mundur zauroczyły mnie – patrzyłem na nie, nie mogąc oderwać wzroku. Po krótkim przemówieniu kierownika szkoły rozdano nam świadectwa. Następnie kilku starszych uczniów deklamowało patriotyczne wiersze o prezydencie Ignacym Mościckim i marszałku Rydzu-Śmigłym, których portrety wisiały na przedniej ścianie. Siedziałem obok Waldka Bartoszewskiego, wesołka i pupila nauczycieli, syna Adolfa Bartoszewskiego, opiekuna miejscowego koła Związku Strzeleckiego. Waldek dowcipkował, chichotał, a mi było markotno. Pomagając rodzicom w gospodarstwie, myślami wracałem do wydarzeń minionego roku szkolnego, które wydawały mi się coraz milsze i coraz bardziej atrakcyjne w zestawieniu z szarą, znojną codziennością. Ponure były tamte wakacje. Ludzie z niepokojem wczytywali się w gazety, z drżeniem słuchali niepomyślnych radiowych wiadomości, przekazywanych następnie z ust do ust. Znajomy Ukrainiec, który często przychodził do nas, by posłuchać radia, powiedział: – Źle się dzieje, będzie wojna. Są tacy, co się cieszą, ale jeszcze i będą żałować. Sąsiadka Wasikowa, matka kilkorga dzieci, rozpowiadała po wsi, że widziała na niebie duży ognisty krzyż, co miało wróżyć wielki rozlew krwi, a więc wojnę. Tymczasem żniwa szły pełną parą. Wiedzeni trwożnymi przeczuciami ludzie pracowali spieszniej niż zwykle. W połowie sierpnia i u nas zbiory zbóż były ukończone. Znajomy Ukrainiec dużą młockarnią, napędzaną silnikiem spalinowym, w ciągu dnia wymłócił nam zboże. Ziarno bez zwłoki zostało odstawione furmankami do Brunsteina w Turzysku. 23 sierpnia ojciec otrzymał kartę mobilizacyjną. Dostali je również wujkowie Molenda i Stefanowicz oraz wielu innych mieszkańców Radowicz. Następnego dnia o świcie ojciec pożegnał się tylko z mamą, by nas z siostrą nie budzić i udał się pieszo do macierzystego 50. pułku piechoty w Kowlu. Teraz cały czas słuchaliśmy z mamą radia, przyjmując większość wiadomości jako niepomyślne. W ostatnich dniach sierpnia przyszedł list od ojca, z którego wynikało, że pułk jest w drodze na zachód. Odpisaliśmy wspólnie z mamą, życząc mu zdrowia i szybkiego powrotu. Listu tego ojciec nie otrzymał. Wiele lat później dowiedziałem się, że 27. Kowelska (wołyńska) Dywizja Piechoty, dowodzona przez gen. bryg. Juliusza Drapellę, w skład której wchodził między innymi 50. pułk piechoty, w ostatnich dniach sierpnia wyładowała się na stacji Ocypel i w tamtym rejonie zastała ją wojna. W toku przebijania się na południe poniosła 2 września ciężkie straty w starciu z korpusem pancernym Guderiana pod Świekatowem i Trutnowem, gdzie 56 pp został rozbity. Rozbitkowie, wśród których był i mój ojciec, przedarli się pod Świecie, skąd niektórym udało się przepłynąć Wisłę, a następnie forsownym marszem dotrzeć pod Toruń i dołączyć do głównych sił 27 Dywizji. Ojciec z resztkami swego pułku brał udział w ciężkich walkach pod Brześciem Kujawskim i nad Bzurą, gdzie po przegranej bitwie dostał się do niewoli. 1 września, w piątek, obudziłem się wcześniej niż zwykle. Zaniepokoiła mnie nieobecność mamy. Obiegłem obejście, ale nikogo nie spotkałem. Zbierało mi się na płacz, gdy spostrzegłem mamę idącą od dziadków. Wybiegłem naprzeciw. – Wojna! – powiedziała mama płacząc. – Są już na pewno ranni i zabici. Może nasz tatuś jest ciężko ranny, albo nie żyje. Wiadomość ścięła mnie z nóg. Poczułem słabość i jakiś ogromny, przygniatający ciężar. Wokół wszystko poszarzało, chociaż ranek był słoneczny, a niebo błękitne. Mama szybko włączyła radio, ale kryształowy detektor odmówił posłuszeństwa, a po dłuższej przy nim manipulacji w słuchawkach dały się słyszeć jakieś niezrozumiałe słowa, komunikaty i ostrzeżenia. Jakub, szesnastoletni Ukrainiec, który pasł nasze krowy, przyszedł tego dnia znacznie później niż zwykle. Ani trochę nie przejął się wojną. Nucąc pod nosem, ochoczo, jak nigdy dotychczas, wypędził krowy na pastwisko. Wróciwszy na obiad, z nieukrywaną satysfakcją powiedział do mamy: – Chłopi mówią, że Niemcy wygrają wojnę. To potężny kraj, gdzie tam Polsce równać się z Niemcami. Mama z oburzeniem odpaliła: – My wygramy wojnę! Nam pomoże cały świat! Jakub zwiesił głowę i zamilkł.

Tym razem nie uprzedziwszy nas, poszedł na noc do swojej matki. Tego wieczoru siedzieliśmy po ciemku, bojąc się zapalić lampę. Baliśmy się nawet wyjrzeć przez okno. Na dworze i w domu panowała ciemność, z której wyzierał paraliżujący strach. Wokół zalegała złowroga cisza. Psy, zamknięte w sieni, milczały. Zerwał się porywisty wiatr, który przywiał swąd płonących torfowisk, podpalonych przez ukraińskich pastuchów. Mama sądziła, że to gaz, co spotęgowało nasz lęk. Już w pierwszych dniach września zjawił się u dziadków wujek Kazik. Swoim motorem przywiózł jeszcze dwóch kolegów zatrudnionych w Starachowickich Zakładach Zbrojeniowych. Ledwo dotarli do Radowicz, pchając kilka kilometrów motor z braku benzyny. Była to niezła maszyna, na której wujek zdobył wiele nagród i wyróżnień w wyścigach motocyklowych w kraju i za granicą. Zabrali ją Sowieci zaraz po wkroczeniu na Kresy. Uciekinierzy zza Bugu wędrowali na wschód. Zatrzymywali się na nocleg lub dłuższy pobyt u polskich rodzin, które rzadko brały zapłatę, a wspomagały rodaków w nieszczęściu z ludzkiego, patriotycznego obowiązku. U nas zatrzymał się aptekarz z Warszawy z siostrą żony, która zginęła podczas bombardowania stolicy. Był to starszy pan znający biegle język rosyjski i popisujący się nim przed Ukraińcami, którzy pod byle pretekstem odwiedzali nas, chcąc jak najwięcej dowiedzieć się o przebiegu wojny. Wkrótce zjawiło się jeszcze trzech bankowych urzędników z Warszawy. Toczyli jałowe spory, czy nie powinni byli pójść jako ochotnicy na front, zamiast dekować się w zabitej deskami leśniczówce i uwodzić czarującą szwagierkę aptekarza pod jego nieobecność. Któregoś dnia, w połowie września, zobaczyliśmy idącego z lasu do naszych zabudowań żołnierza polskiego. Wyszliśmy mu licznie naprzeciw, sądząc, że może to ktoś ze znajomych, może ojciec… Był w hełmie, dźwigał długi karabin z bagnetem, sterczącym nad głową i kilka ładownic przy pasie. Szedł powoli, rozglądając się bacznie. Kilkanaście metrów przed nami zatrzymał się niezdecydowanie. Widząc przychylne gesty z naszej strony, podszedł bliżej i zaczął zaraz z dużym podnieceniem opowiadać chaotycznie o swojej jednostce rozbitej pod Włodzimierzem. W końcu rozpłakał się i zamilkł, wycierając rękawem łzy i rozmazując po twarzy kurz i brud. Wyglądał żałośnie. Na widok lecących daleko niemieckich bombowców, pobiegł wystraszony pod rozłożysty dąb, krzycząc na nas byśmy uczynili to samo. Posiliwszy się, ruszył do swojej rodziny, mieszkającej gdzieś pod Dubnem. Staliśmy w milczeniu, odprowadzając go zasępionym wzrokiem. Samotny, bezradny, płaczący żołnierz zrobił na nas przygnębiające wrażenie. Był żywym symbolem totalnej klęski, naszej polskiej klęski. W połowie września zatrzymała się koło nas na odpoczynek grupa policyjnych rodzin. Część jechała furmankami i na rowerach a wielu mężczyzn szło przy wozach, na których z braku benzyny wieziono motocykle. Przedzierali się polnymi drogami na południe – do Rumunii Mówili, że w pobliskich lasach zostali ostrzelani przez jakichś cywilów, najprawdopodobniej Ukraińców. Uzbrojeni policjanci przepędzili napastników. Obyło się bez strat w ludziach. Ranili tylko konia którego trzeba było dobić. Napady z bronią na uciekinierów czy nawet żołnierzy nie należały do rzadkości. Dokonywały ich w celach rabunkowych watahy miejscowych nacjonalistów i zwykłych rabusiów. Wielu z nich przez następne lata chodziło w ubraniach przerabianych z polskich mundurów czy uszytych z wojskowych koców. Kilka lat później wielu upowców nosiło polskie mundury, również oficerskie. Mówiono, że w leśnych ostępach znajdowano ciała pomordowanych mężczyzn i kobiet z oznakami tortur. 17 września 1939 roku, o świcie, Armia Czerwona niespodziewanie wkroczyła na Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej. Rozpoczęła się czerwona okupacja. 19 albo 20 września na trakcie wiodącym z Łucka do Turzyska, obok zabudowań Teodora Brzezickiego, zatrzymała się tankietka z czerwoną gwiazdą. Wysiadł z niej lejtnant w czarnym kombinezonie i z pistoletem w ręce, gotowym do strzału. Podszedł do Stasi Jeleńskiej, starej kobieciny, cierpiącej na dotkliwą krótkowzroczność Ta, gdy mu się przyjrzała z bliska, zemdlała z przerażenia. Ledwo ją domownicy docucili.

Niebawem nadjechały dwa samochody z wojskiem, jakimś obcym różniącym się wyglądem od naszych żołnierzy. Rosły politruk podszedł do grupy ciekawskich, składającej się głównie z miejscowej biedoty zamieszkującej również polską kolonię. Ludzie otoczyli go szczelnym kołem i zaczęli zasypywać pytaniami: co to za wojsko, skąd przybyło w jakim celu, jaka będzie teraz władza, czy skończy się już wojna i tym podobne. Politruk oznajmił, że Czerwona Armia przybyła wyzwolić ludność Ukrainy i Białorusi spod ucisku panów, dziedziców i kapitalistów że teraz już wszyscy będą równi i nikt nikogo nie będzie wyzyskiwał. Bogaci muszą podzielić się swoim majątkiem z biednymi, bo zdobyli go ich kosztem. Ktoś ze starszych mieszkańców tłumaczył na język polski wywody politruka. Ku mojemu przerażeniu spodobały się one naszym sąsiadom, żyjącym w skrajnej nędzy. Najbardziej przypadło do serca niektórym, że biedne rodziny wielodzietne będą pod szczególną ochroną sowieckiego państwa i otrzymają zasiłki wg zasady: im więcej dzieci, tym więcej pieniędzy. Wejście Sowietów i ustanowienie nowej władzy było szokiem dla ludności polskiej, zwłaszcza zamożniejszej. Natomiast zdecydowana większość Ukraińców i Żydów przyjęła wkroczenie Armii Czerwonej z zadowoleniem, niejednokrotnie z entuzjazmem. W centrum Radowicz, jak i w wielu sąsiednich wsiach, Ukraińcy zbudowali naprędce powitalną bramę tryumfalną, udekorowali ją barwami czerwonymi oraz tryzubem, który jednak szybko został usunięty. Samorzutnie powstawała czerwona milicja, tworzona we wsiach przez Ukraińców, a w miastach przeważnie przez biednych Żydów. Funkcjonariusze z czerwonymi opaskami na rękawach i kokardami przy czapkach, z polskimi karabinami, często zdobytymi w dość tajemniczych okolicznościach, buńczucznie paradowali po okolicy. Do milicji wstąpił i nasz Jakub. Przyszedł do nas, by pochwalić się karabinem. Zażądał wydania broni i kożucha jako zapłaty za pasienie krów i pomoc w gospodarstwie. Rozczarował się bardzo, gdy mama pokazała mu poświadczenie o zdaniu broni i stwierdziła kategorycznie, że kożuch jest własnością ojca. Następnego dnia mama oddała wartościowsze rzeczy na przechowanie do dziadków. Żądania od Polaków wydania broni, a następnie rewizje były na porządku dziennym. Dawały one okazję do rekwirowania, czyli po prostu kradzieży wartościowych przedmiotów. Ale już w listopadzie wielu milicjantów, w tym i naszego Jakuba, skierowano w głąb Związku Radzieckiego do innych zajęć. Po jakimś czasie nasz sąsiad, Ukrainiec, otrzymał od Jakuba list z Doniecka. Pisał, że pracuje w kopalni i prosił, by sąsiedzi zaopiekowali się jego chorą matką. Mama zaopatrywała ją w żywność, leki i odzież. W połowie października nowe władze ogłosiły, że wszyscy, którzy chcieliby wrócić za Bug, powinni zgłosić się w odpowiednim czasie na stacje kolejowe. Udał się więc i wujek Kazik ze swoimi kolegami na stację kolejową w Turzysku. Po miesiącu, zamiast w Starachowicach, wszyscy trzej znaleźli się w… Workucie. Jesienią 1939 roku wracali z wojny żołnierze. Przedostawali się przez granicę na Bugu, leśne ostępy i bagna, by nie wpaść w ręce sowieckich wojsk czy milicji, albo – co najgorsze – ukraińskich nacjonalistów. 22 października wrócił ojciec. Uciekł z niemieckiego obozu jenieckiego pod Żyrardowem, do którego dostał się po bitwie nad Bzurą. Użył najprostszego sposobu: podszedł do niemieckiego wartownika, dał mu zegarek, a następnie ruszył w pole, nie oglądając się. Szedł z duszą na ramieniu, a Niemiec zwyczajnie milczał. Udało się. W Turzysku kilka dni przesiedział u Brunsteina, zaprzyjaźnionego Żyda, zanim zdecydował się przyjść do domu, gdzie również przez kilka dni nie pokazywał się na oczy osobom postronnym. Jednak ktoś z Ukraińców wypatrzył ojca i doniósł sielsowietowi (rada wsi). Wybrał się do nas stary Ukrainiec Dykyj, życzliwy ojcu za zatrudnianie go w pracach leśnych. Usiadł ciężko przy stole, zza pazuchy wyjął mały pistolet i położywszy go na stole rzekł do mamy: – Wiem, że Władek wrócił. Nic mu nie grozi, daję słowo. – Tu od sunął pistolet. – Zawołajcie go, niech zaraz przyjdzie. Mama wezwała ojca, który siedział obok w pokoju. Wszedł do kuchni niepewnie, uśmiechając się powściągliwie, ale gdy spostrzegł rewolwer, spoważniał i przystanął, patrząc nieufnie na gościa. – Siadaj, nie bój się! – rzekł z poufałością Dykyj. – Opowiadaj, coś widział. Dykyj schował pistolet, dodając, że należał on do jakiegoś wyższego oficera. Wywiązała się rozmowa, której z największą uwagą przysłuchiwałem się z kąta. Dykyj butnie oświadczył, że Polski nie ma i już nie będzie. Wszystkie małe państwa zostaną zlikwidowane. W Europie będzie tylko Związek Radziecki, no i może Niemcy. – A ty – zwrócił się do ojca – ludzi nie krzywdziłeś i nie musisz się bać. Jutro zgłoś się w sielsowiecie, a tam ci powiedzą, co robić dalej. Dykyj rozwiał trochę nasze obawy i wątpliwości. Ale wizyta w sielsowiecie nie przyniosła odpowiedzi na pytania choćby o najbliższą przyszłość. Pozostaliśmy w nieprzyjaznej nam próżni, jak wszyscy Polacy. Na stróża radowickich lasów został wyznaczony Dykyj, który wcale nie przejmował się swoją funkcją, bo się na niczym nie znał. Okoliczni gospodarze cięli las dniem i nocą, wywożąc budulec i opał. Zaniepokojone tym stanem władze przysłały leśniczego z Rosji, któremu niebawem, przy pomocy milicji, udało się zahamować masową kradzież drewna. Władze sowieckie na siłę starały się przekonać ludzi o „wyższości” swojego ustroju nad kapitalizmem i zapoznać z jego podstawowym aktem prawnym – konstytucją stalinowską. Organizowały w tym celu obowiązkowe szkolenia. W Polskiej Kolonii prowadził je Michał Budzisz, znany w okolicy humorysta, nasz daleki krewny. Jego dowcipy, miny, gesty wywoływały salwy śmiechu. Wesoło było na szkoleniach i nawet ludzie chętnie na nie przychodzili. Pewnego razu prelegent przyszedł ucharakteryzowany na Stalina, z dużą fają. Odegrał skecz, jak to wielki wódz chce zbawić wszystkich ludzi pracy na świecie. Ludzie boki zrywali i długo wspominali to wystąpienie. Lustracja szkolenia, przeprowadzona przez miejscowego popowicza i pożal się Boże innych ukraińskich ekspertów, wykazała podobno wysoki poziom wiedzy i obywatelskiego uświadomienia słuchaczy. Ale nie wszystko było do śmiechu. Zima 1939/40 była wyjątkowo śnieżna i surowa. Mrozy przekraczały 30 stopni. W lutym spadła na ludność, głównie polską, kolejna straszliwa klęska – wywózki na Sybir. Deportacje przeprowadzano najczęściej w nocy. Do mieszkania wdzierali się enkawudziści z miejscowymi ukraińskimi aktywistami. Dawano 15-30 minut na spakowanie i wieziono na najbliższą stację kolejową, a następnie bydlęcymi wagonami w głąb Związku Radzieckiego. Ojciec dowiedział się, że na liście deportacyjnej umieszczono i nas, jako rodzinę leśniczego. Wiadomość ta była wprost paraliżująca. Szybko jednak rozpoczęliśmy gorączkowe przygotowania do wywózki. Rodzice wpadli na pomysł, że jeżeli pojadą to sami, a mnie i siostrę zostawią u krewnych. Na dwa dni przed przypuszczalnym terminem deportacji, nocą w siarczysty mróz, dotarliśmy do cioci Stefanowieżowej. Przesiedzieliśmy tam kilka dni, nie wychylając nosa. Na szczęście wywózka ominęła rodziców – podobno dzięki sielsowietowi, który miał wytłumaczyć enkawudzistom, że ojciec będzie potrzebny do pokierowania pracami leśnymi. Z Rodowicz – 10 lutego 1940 roku – zostały wywiezione trzy rodziny: dwie Kolasów z Abramowca i Lasaków ze wsi. Jeden z Kolasów był rządcą w majątku Lityń hr. Stefana Sarnowskiego. Rodzina jego składała się z 5 osób, w tym z trojga dzieci, dwóch synów i córki. Nocą, w tęgi mróz, obie rodzimy zostały załadowane na podwody, dostarczone przez Ukraińców i wywiezione do Kowla, a stamtąd w bydlęcych wagonach na Syberię. W taki sam sposób wywieziono żonę (Ukrainkę) i dwie córki policjanta Lasaka. On sam uciekł na Zamojszczyznę. Następne wywózki w kwietniu i czerwcu 1940 roku oraz w czerwcu 1941 roku ominęły Radowicze. Planowane były następne na lipiec. W Kowlu i innych miastach stały już całe składy pociągów, gotowe do dalekich podróży. Ludność polska z trwogą oczekiwała na nieuchronną deportację, przygotowując na drogę żywność, głównie suchary i wędzoną słoninę. Gdyby nie wojna niemiecko-sowiecka, pewnie cała ludność polska z Kresów Wschodnich znalazłaby się w głębi imperium. Latem 1940 roku NKWD rozpoczęło masowe aresztowania. Ofiarami padli przede wszystkim oficerowie, urzędnicy, policjanci, bogaci gospodarze, no i oczywiście ziemianie, którzy do tej pory zdołali się uchować. W Radowiczach zostali aresztowani: por. Adolf Bartoszewski, organizator podziemnej grupy Związku Walki Zbrojnej oraz jego dwaj bracia. Z Worczyna koło Włodzimierza zatrzymano naszych krewnych: wuja Wincentego Gnysia, stryja sławnego lotnika Władysława Gnysia oraz jego syna Stanisława i zięcia Ziemlickiego. Przez kilka tygodni więziono ich w Łucku. W marcu 1940 roku znaleźliśmy się w dramatycznym położeniu: nowy leśniczy zażądał opuszczenia przez nas leśniczówki. Wyprowadziliśmy się do dziadków. Mimo ich dużej życzliwości warunki mieszkalne były wyjątkowo uciążliwe. Na ironię losu leśniczego wkrótce przepędzono. Zastąpił go inżynier Pap, który zatrudnił ojca jako brakarza w Lespromchozie, czyli leśnym gospodarstwie przemysłowym. Za harówkę otrzymywał ojciec jakieś ruble, co pewien czas trochę landryn i pierników oraz raz na rok waciaki i walonki. Po roku pracy dostał asygnatę na budulec. Nie otrzymaliśmy jednak zezwolenia na pobudowanie się na własnym terenie, gdyż władze były zdania, że budynki należy stawiać w rejonie kołchozu. Aby zgromadzić legalnie drewno ojciec podpisał odpowiednie zobowiązanie, przewidując trafnie, że ta okupacja długo nie potrwa. Pamiętam, jak wczesną wiosną 1941 roku powiedział do mamy, że tylko patrzeć jak wybuchnie wojna z Niemcami. I wcale się nie pomylił. Dla pełniejszego obrazu tamtej okupacji dorzucę jeszcze trochę zdań o nauce szkolnej. Już w listopadzie 1939 roku Sowieci uruchomili we wsi szkołę. Do nauczania zwerbowali miejscowych Ukraińców i polską nauczycielkę Tokarską. Jednak ze względu na surową zimę i pogłoski o mających nastąpić wywózkach na Sybir, rodzice moi postanowili, że będę się uczyć w domu. Czytać i pisać po ukraińsku uczył mnie Henio, który miał ten język przez kilka lat w polskiej szkole podstawowej. W roku 1940-41 uczęszczałem do drugiej klasy w filii szkoły ukraińskiej, zorganizowanej w Kolonii Polskiej. W klasie było kilkoro dzieci ukraińskich, którym za daleko było do szkoły we wsi. Niebawem na hospitację przyszedł dyrektor Wasyl Zacharczuk, pomagier miejscowego popa. Gdy opuścił klasę, dzieci spontanicznie i dość głośno wyraziły swoją ulgę. Dyrektor stał za drzwiami i wszystko słyszał. Za karę panią Tokarską wymieniono na Ukraińca Iwana Rybczyńskoho, syna popa. Nowy nauczyciel był wyjątkowo przystojny, pogodny, a życzliwym sposobem bycia zjednał sobie dzieci i rodziców, zwłaszcza gdy zaczął śpiewać z nami również polskie piosenki. Na godziny wychowawcze i lekcje języka rosyjskiego przychodziła Rosjanka Olga Iwanowna Subbota, przysłana ze Związku Radzieckiego. Na jednej z lekcji był temat istnienia Boga. Olga Iwanowna pytała kolejno uczniów, co jest w górze, nad nami, wskazując palcem na sufit. Dzieci odpowiadały różnie – że pułap, dach, komin. Moja kuzynka, Bogumiła Molenda odpowiedziała, że Pan Bóg. Olga Iwanowna parsknęła śmiechem, a następnie wpadła w złość. Kolej przyszła na mnie, a ponieważ dzień był pochmurny i siąpił deszcz, powiedziałem, że nad nami są chmury. Odpowiedź bardzo się jej spodobała, ale kuzynka spojrzała na mnie jadowicie, a po lekcjach rozbębniła w kolonii, że wyparłem się Boga. Ojciec donos zbył milczeniem, mama grymasem, ale przed dziadkami musiałem się tłumaczyć, również z tego, że nie wsparłem kuzynki. Do szkoły chodziłem chętnie, jak większość dzieci. Nauczyciele traktowali nas łagodnie i życzliwie. Na koniec roku ja i Ukrainka Hala Kruk – skromna, uczynna i pilna, otrzymaliśmy same piątki oraz pochwalne listy, tzw. „Pochwalnyje hramoty” z wizerunkami Lenina i Stalina. Wbrew moim oczekiwaniom świadectwo i kolorowa laurka nie wzbudziły u rodziców zachwytu. Dziadkowie odnieśli się do moich szkolnych sukcesów z całkowitym lekceważeniem, a Henio dorysował wodzom wąsy i brodę. To z kolei przeraziło mamę, która tak ukryła świadectwo, że już go nie widziałem. Zaraz kupiłem sobie nowe podręczniki do następnej klasy. Kolorowe ilustracje bardzo mnie zainteresowały, zwłaszcza tajga i tundra. Nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że te kolorowe obrazki symbolizowały gehennę setek tysięcy zesłańców – naszych rodaków. Tuż przed wybuchem wojny ojciec kupił mi we Lwowie czytanki w języku polskim, ale nowe podręczniki już się do niczego nie przydały – poszły na podpałkę.

22 czerwca 1941 roku, w niedzielę o świcie, nad Kresami Wschodnimi rozległ się jęk niemieckich eskadr i potężne detonacje bomb. Wczesnym rankiem obudziły nas głośne wybuchy i jęk lecących na wschód samolotów. Dziadkowie i rodzice nie mieli wątpliwości, że kończy się sowiecka okupacją, a wraz z nią koszmarne wyczekiwanie na deportację, że wkrótce przyjdą nowi okupanci. Następnego dnia gromady ludzi rzuciły się na sklepy, ładując do worków i na wozy wszystko, co tylko dało się zabrać. W Turzysku szabrownicy, ogołociwszy sklepy, ograbili kilkanaście żydowskich mieszkań. Nikt już ich przed rabunkiem nie był w stanie powstrzymać – sowiecka milicja i administracja w popłochu ewakuowała się na wschód. Pancerne hitlerowskie zagony zaczęły szybko posuwać się za uciekającymi i zdezorganizowanymi wojskami. Przez Radowicze Niemcy przeszli jak na defiladzie. Ukraińcy witali ich entuzjastycznie, chlebem i solą, pod naprędce skleconymi tryumfalnymi bramami, udekorowanymi faszystowskimi i ukraińskimi flagami, swastykami i tryzubami. Na Kresy Wschodnie przyszła druga okupacja, niemiecko-ukraińska. Dla ludności polskiej jeszcze okrutniejsza niż czerwona, bo wyjątkowo krwawa. Wybuch wojny niemiecko-sowieckiej zapobiegł kolejnym masowym deportacjom w głąb ZSRR. Według krążących wówczas pogłosek, tym razem po Polakach na Kresach nie miało pozostać śladu, zwłaszcza w szerokim pasie przygranicznym. Wyludnione wsie miały być zasiedlone ludnością rosyjską z głębi Związku Radzieckiego, uległą już władzy i przyzwyczajoną do kołchozowej rzeczywistości. Większość Ukraińców, a zwłaszcza nacjonalistycznie nastawiona młodzież, przyjęła wkroczenie Niemców z nieukrywanym zadowoleniem, żeby nie powiedzieć entuzjazmem. Już następnego dnia po opuszczeniu Radowicz przez Rosjan miejscowi chłopi rzucili się na kołchoz, rozdrapując jego majątek. Zabrali swój inwentarz żywy i martwy, rozebrali budynki, dzieląc się budulcem, a następnie odtworzyli zaorane miedze. Polacy z nieukrywaną ironią przyglądali się likwidacji kołchozu, organizowanego niedawno z niemałym entuzjazmem, zwłaszcza przez młodzież należącą już do komsomołu. Zaledwie przed tygodniem widziałem, jak ci sami członkowie kołchozu szli przez wieś do pracy na pola, śpiewając skoczne czastuszki pod akompaniament akordeonu. W pierwszych dniach po wkroczeniu Niemców obserwowało się wśród Ukraińców powszechny zachwyt wszystkim, co niemieckie, zwłaszcza doskonale uzbrojoną armią i jej wodzem – Hitlerem. Oficerowie i żołnierze Wehrmachtu byli podziwiani i goszczeni we wsiach przy wtórze śpiewów. Sąsiad nasz, Iwan Lewczuk, kierownik miejscowej kooperatywy, który często przekonywał ojca o wyższości ustroju sowieckiego nad wszystkimi innymi, zaczaj: teraz wychwalać hitlerowców. Dwóch synów oddał do policji, chlubiąc się tym przy byle okazji. Nowopowstała selrada (rada gromadzka) po uporaniu się z pozostałościami sowieckich struktur (kołchoz, kooperatywa) przystąpiła do czegoś w rodzaju lustracji. Wspólnie z policją i przy udziale niemieckich oficerów żandarmerii dokonała oceny postaw i zachowań mieszkańców wsi za poprzedniej władzy. Trzeba przyznać, że z tą lustracją było różnie w innych wsiach. W Radowiczach, gdzie do władzy weszli bogatsi i rozsądniejsi gospodarze, „lustrację” potraktowano ulgowo i listy proskrypcyjnej Niemcom nie przekazano. Obawiano się pewnie wkładać kij w mrowisko, a może żal im było swoich. Polakom zaś trudno było cokolwiek zarzucić – z Ukraińcami żyli od dawna w najlepszej zgodzie, oparli się skutecznie kolektywizacji, władzy poprzedniej nie chwalili, a teraz do nowych urzędów się nie garnęli. Inaczej było z „lustracją” w sąsiedniej wsi Klusk, prawie w całości ukraińskiej, biednej, sympatyzującej z komunizmem jeszcze przed wojną. W wyniku zadawnionego konfliktu między jej mieszkańcami jedna z Ukrainek przekazała do Einsatzkommando w Kowlu listę swoich nieprzejednanych wrogów o komunistycznych zapatrywaniach. W połowie sierpnia 1941 roku Niemcy z zaskoczenia zgarnęli we wsi 19 mężczyzn, w tym jednego Polaka z sąsiedniej Dąbrowy – Schmidta i wywieźli do pobliskiego lasu. Tam podczas sprawdzania listy skazańców oficer zainteresował się niemieckim nazwiskiem, a gdy dowiedział się, że Schmidt ma trochę niemieckiej krwi po przodkach, kazał mu opuścić szereg i iść do domu. Reszta ofiar wykopała sobie grób i została pojedynczo rozstrzelana. Egzekucja miała miejsce niedaleko zabudowań dziadków. Ludzie w pobliskich gospodarstwach przerwali pracę i z trwogą spoglądali w stronę lasu, skąd dochodziły strzały i krzyki mordowanych. Gdy odjechały samochody i w lesie nastąpiła cisza, kilku chłopców, wśród których znalazłem się i ja, szybko natrafiło na miejsce egzekucji. W sosnowym lesie widniała duża pryzma żółtego piasku – świeży grób. Wkrótce przybiegły kobiety, żony i matki zamordowanych, pokładły się na mogile, zawodząc i lamentując głośno. Nagle ktoś krzyknął, że wracają Niemcy. Tłum rzucił się do ucieczki w głąb lasu. Ale wkrótce ludzie wrócili i znowu rozległ się płacz i lament kobiet i dzieci, który co dzień powtarzał się do późnej jesieni. Zaraz po wkroczeniu Niemców pojawili się we wsi jacyś przybysze, którzy organizowali tajemnicze zebrania dla wybranych Ukraińców. Wśród ludności polskiej zaczęły krążyć pogłoski, że poddają oni młodzież ukraińską antypolskiej propagandzie. Uczyli również pieśni, które towarzyszyły później młodym nacjonalistom na zebraniach, ćwiczeniach wojskowych, uroczystościach, a dwa lata później – w przygotowaniach do krwawej rozprawy z ludnością polską. W rażący sposób zmienił się stosunek wielu Ukraińców do Polaków. Zajadli nacjonaliści zaczęli ostentacyjnie unikać kontaktów ze swoimi polskimi sąsiadami, przestali zauważać ich na ulicy, w polu. W okolicy powiało chłodem. Trzeba jednak podkreślić, że nie wszyscy Ukraińcy ulegli tym prymitywnym i zwodniczym poglądom. I w naszej wsi było wielu takich, którzy odżegnywali się od faszystowskiej ideologii i potępiali zbrodnicze zapędy swoich rodaków. Byli jednak stanowczo za słabi, by nie dopuścić do kainowych zbrodni. Za sprzeciw czy nieposłuszeństwo płacili często najwyższą cenę.

Nowa okupacja pozbawiła ojca pracy i skromnego nawet zarobku. Rysowały się przed nami złe perspektywy na przyszłość. Mimo to rodzice zdecydowali się na budowę domu i budynków gospodarskich. Nowi okupanci nie zabraniali budować się w dowolnie wybranym miejscu, trzeba było tylko mieć potwierdzenie z selrady, że budulec został zgromadzony legalnie. W połowie lipca 1941 roku przystąpiliśmy do dzieła. Skrzyknięci sąsiedzi dwoili się i troili, by zdążyć z budową przed jesiennymi chłodami. Pod koniec sierpnia dom stanął w surowym stanie, a niebawem stodoła i chlew. Wszystkie budynki w dużym wiśniowym sadzie, założonym przed kilku laty w miejscu, gdzie stał nasz pierwszy domek, rozebrany po przeprowadzce do gajówki. Nowe siedlisko, w porównaniu do okolicznych, prezentowało się ładnie. Dom postawiony był z solidnego budulca – grubych brusów nasyconych żywicą. Miał trzy pokoje, przestronną kuchnię, sień, spiżarnię. Dach trzeba było pokryć na razie słomą, chociaż jego konstrukcja przewidywała gonty, blachę, albo dachówkę. Ale o takich materiałach w tamtych czasach można było jedynie marzyć. Stolarkę wykonali Żydzi z Turzyska – ojciec z synem i zięciem, świetni rzemieślnicy. Za pracę otrzymywali wyżywienie na bieżąco oraz mąkę, ziemniaki i drewno na opał. Mimo pośpiechu, bo mieli wyznaczony przez Niemców termin powrotu, wykonywali wszystko bardzo starannie. Ich pracy przyglądałem się z największą ciekawością i wiele się nauczyłem. Zapragnąłem nawet zostać stolarzem, do czego namawiał mnie Żyd senior. W listopadzie wezwano ich go getta. Nie ukończyli wszystkich prac. Żegnali się z nami płacząc. Senior ocierał łzy rękawem okropnie brudnej kapoty, głaskał mnie po głowie i życzył, bym dożył lepszych czasów. Pamiętam, jak szli gęsiego przez las, napiętnowani żółtymi łatami, niosąc swoje narzędzia i worki z ziemniakami. Zginęli w następnym roku rozstrzelani pod Turzyskiem za katolickim cmentarzem. Wybudowanie się w tamtych trudnych czasach wymagało wielkiego nakładu finansowego. Wyprzedaliśmy się doszczętnie ze wszystkiego, co można było sprzedać. W rezultacie w srogą zimę 1941/42 czarna bieda zajrzała nam w oczy. Ledwie starczało chleba, źle karmione krowy, w chłodnym chlewie, dawały tyle mleka co kot napłakał. Dziadkowie, którym też się nie przelewało, wspomagali nas, czym mogli: mąką spod żaren, bo innej nie było, jarzynami, gorącą strawą. Babcia, która nam serdecznie współczuła, na Wigilię przyniosła kilka pachnących jabłek, przechowywanych w tajemnicy przed domownikami. Mimo dotkliwego niedostatku cieszyliśmy się jednak nowym domem. Marzy liśmy o bezpiecznym i dostatnim życiu, o klęsce wrogów i wolnej Polsce. A wydarzenia na Wschodzie – powstanie Wojska Polskiego i klęska Niemców pod Moskwą – usposabiały do takich marzeń. Rok 1942 na Wołyniu był brzemienny w tragiczne wydarzenia. Był to okres nasilającego się hitlerowsko-ounowskiego terroru wobec ludności żydowskiej, polskiej i w pewnym stopniu ukraińskiej. Karne ekspedycje rekwirowały po wsiach żywność – zboże, ziemniaki, trzodę, a również ciepłą odzież dla walczącej na wschodnim froncie hitlerowskiej armii. W połowie sierpnia zostali wymordowani Żydzi z wołyńskich gett, w tym nasi znajomi z turzyskiego getta. Syn Brunsteina, prowadzony w kolumnie na stracenie, wyrwał esesmanowi pistolet maszynowy, ale nie umiał się nim posłużyć i został skoszony serią innego konwojenta. Niektórym Żydom, nawet całym rodzinom, udało się wówczas uniknąć śmierci w zbiorowej masakrze, ale nie na długo. Wyłapywali ich ukraińscy policjanci i poddawali często najokrutniejszym torturom, by wydobyć rzekomo ukryte przez nich kosztowności. Pewnej grudniowej nocy nasz nowy pies Łysek zaczął gwałtownie ujadać. Podbiegliśmy wszyscy do okien, wygaszając lampę. W księżycowej poświacie widać było dorosłych i dzieci, przebiegających przez pole w kierunku lasu. Byli to bez wątpienia Żydzi, ludzie-widma. Na początku stycznia 1943 roku, w mroźny i śnieżny wieczór, rozległo się stukanie do drzwi. Byłem w domu tylko z siostrą. Rodzice wybrali się do sąsiadów. Łysek rzucił się do drzwi, zajadle ujadając. Rozjaśniłem karbidówkę, Łyska zamknąłem w komórce i zapytałem, kto się dobija. Usłyszałem moje imię i błagalną prośbę, by otworzyć. Po chwili wahania odsunąłem ciężką zasuwę. W drzwiach ukazało się widmo w łachmanach i szronie. – Poznajesz mnie? Jestem Josek – powiedział szeptem. Stał przede mną mój starszy szkolny kolega – Żyd, któremu schutzmani zabili matkę i siostry – Chajkę i Rywkę, gwałcąc je przedtem. – Chcę jeść. Nikt mnie nie widział. Na dworze zadymka. Nie bój się. Dałem mu bochenek chleba, połeć słoniny i butelkę bimbru. Josek podziękował i pośpiesznie wyszedł. Przykręciłem karbidówkę i pobiegłem do okna, by zobaczyć, w którym kierunku poszedł, ale nocna zamieć ograniczała widoczność. Po powrocie rodziców zaraz z przejęciem powiedziałem o niezwykłej wizycie, na co ojciec zmarszczył brwi, przyłożył palec do ust i cicho powiedział: – Nikomu ani słowa. Dopiero po powrocie z obozu koncentracyjnego, już po wojnie, wyjawił tajemnicę, że przez całą tamtą zimę dokarmiał Joska, nie mówiąc o tym nawet mamie. Dzięki ojcu Josek przetrwał surową zimę, zawieje, siarczyste mrozy w jamnikowatym szałasie-budzie, misternie skonstruowanym z leszczynowych kabłąków i igliwia w sosnowym młodniku, a częściowo i w naszej stodole. Zima 1942/43 była mroźna i śnieżna. W styczniowe wieczory, mimo przejmującego chłodu, często wystawaliśmy na dworze wpatrzeni w gwiaździste, granatowe niebo, wsłuchując się w przeciągły jęk niemieckich eskadr, zdążających w rejon Stalingradu. W pierwszych dniach lutego któryś z kolei raz pojechałem z ojcem do Kowla, odległego w prostej linii o 20 kilometrów. Woziliśmy tam żywność, głównie masło, słoninę, mięso, skupowane od miejscowej ludności, wymieniając je na odzież, sacharynę, karbid, okucia do stolarki i wiele innych rzeczy. Przez Kowel jechaliśmy ulicą Monopolową i Warszawską, a następnie skręcaliśmy w jakąś małą uliczkę koło dworca kolejowego, gdzie mieszkali nasi kontrahenci – rodziny kolejarskie. Taki handel był bardzo niebezpieczny, gdyż groziły za niego surowe okupacyjne wyroki, a w najlepszym razie konfiskata towaru. Pewnego razu tej zimy napędził nam panicznego strachu szef niemieckiej żandarmerii w Kowlu Fritz Manthei, postrach miasta i okolic, znany z tego, że bez powodu strzelał do ludzi na ulicy. Ostrzegła nas przed nim znajoma ojca, dzięki czemu zjechaliśmy w ostatniej chwili z Monopolowej i skryliśmy się z zaprzęgiem za zabudowaniami. Moment później kat Kowla przejechał obok na motocyklu, a po chwili wracał rozglądając się, ale nas nie zauważył. Odczekawszy trochę, ruszyliśmy galopem w kierunku lasu zadybskiego. Przy następnych wyjazdach do Kowla mieliśmy się na baczności, by nie natknąć się na Fritza. Podczas ostatniej naszej eskapady do Kowla siedziałem długo zmarznięty i wygłodniały, podczas gdy ojciec załatwiał interesy. Wrócił pod wieczór w wyjątkowo dobrym humorze i uradowany powiedział, że Niemcy pod Stalingradem ponieśli sromotną klęskę. Chodzą po Kowlu markotni, a niektórzy po pijanemu mówią wprost, że Hitler kaput. Obchodzą żałobę po zniszczonej wielkiej armii. Z Kowla wyjechaliśmy niebezpiecznie późno, ale za to w dobrych humorach. W okolicy wsi Tahaczyn nasza klacz nagle puściła się w pełny galop. Ojciec uchwycił mocno lejce i batem wskazał mi na łąkę, po której w odległości kilkudziesięciu metrów pędziły za nami dwa basiory, dobrze widoczne w poświacie księżyca. Pogodny nastrój prysł nagle, obleciał mnie niemęski strach, ale niemili „satelici” pozostali w tyle. Ojciec wyjaśnił, że mogły to być wilki wypłoszone przez partyzantów z podkowelskich lasów, albo po prostu zdziczałe psy, których wówczas nie brakowało. Na początku 1943 roku położenie ludności polskiej na Wołyniu uległo dramatycznemu pogorszeniu, głównie wskutek działalności ukraińskich nacjonalistów. Sytuację podgrzewali również niektórzy popi. Już wczesną wiosną tego roku hiobowe wieści budziły wśród Polaków przerażenie i bezradną rozpacz. Policja ukraińska pod byle pretekstem przeprowadzała akcje represyjne, dokonując masowych aresztowań i egzekucji. Wstępem do tych nasilonych działań była pacyfikacja Obórek w powiecie łuckim, dokonana 13 listopada 1942 roku Kobiety i dzieci oraz starszych mężczyzn spędzono do stodoły i wymordowano, a następnie spalono. Wstrząsnęła nami wiadomość o mordzie dokonanym przez bulbowców 8 lutego 1943 roku we wsi Parośle w powiecie sameńskim. Zginęło tam ponad 170 Polaków. Potem nastąpiły kolejne ataki na bezbronną ludność. 23 kwietnia bulbowcy (banderowcy) dokonali masowego mordu w Janowej Dolinie, w powiecie kostopolskim. Napad band nastąpił nocą w Wielki Piątek. Ludzie ginęli w płomieniach bądź byli zabijani, gdy ratowali się ucieczką z płonących zabudowań. W ten sposób zginęło ponad 600 osób. Niemiecki garnizon, liczący około 1000 żołnierzy, zachował się w czasie rzezi zupełnie biernie, nie opuszczając nawet' swoich koszar. Następnego dnia w Hucie Antonowieckiej, pow. krzemieniecki, zginęło z rąk oprawców banderowskich blisko 600 osób. Wcześnie rano bandyci okrążyli wieś, podpalali budynki i mordowali mieszkańców przy użyciu siekier, noży, wideł. Pojmanych rzucali do ognia. Rzezie stawały się częstsze, okrutniejsze i coraz bardziej masowe. Bolesnym wstrząsem dla ludności polskiej Radowicz i sąsiednich wsi było zamordowanie w nocy z 10 na 11 kwietnia 1943 roku Marcelego Leśniewskiego i jego dwóch dorosłych synów: Eugeniusza i Antoniego, członków miejscowej konspiracji. Bandyci w niemieckich mundurach otoczyli w nocy dom, przeprowadzili rewizję i w języku niemieckim poinformowali domowników i aresztowanych, że dostarczą zatrzymanych do niemieckich władz w Kowlu. Córka Leśniewskiego, Antonina, o świcie powiadomiła sąsiadów Rakowskich, że Niemcy aresztowali ojca i braci. Natychmiast pojechała z Wacławem Rakowskim do Kowla, ale w żandarmerii o niczym nie wiedzieli. Tymczasem już rano sąsiedzi znaleźli ciała synów, ledwo przyprószone ziemią na naszym polu na Kolonii Żuków, odległej o jakieś dwa kilometry od miejsca zamieszkania Leśniewskich. Zwłoki ojca z roztrzaskaną głową leżały sto metrów dalej, co by wskazywało, że usiłował uciec, osłaniany zapewne przez synów. Jeden z nich miał mieć pistolet i na pewno użył go w desperackiej walce z bandytami. Pogrzeb był bardzo liczny, mimo że Ukraińcy przebąkiwali o zmasakrowaniu żałobników. Rodzina podejrzewała o inspirację morderstwa Teodora Szabaturę, komendanta policji ukraińskiej w Kowlu, zbiegłego już z całym batalionem schutzmanów do UPA. Szabatura, absolwent szkoły policyjnej w Trawnikach koło Lublina, był przed wojną gajowym w majątku Krasne koło Rejowca. Z morderstwem Leśniewskich zbiegła się wiadomość o zamordowaniu ośmiu Polaków w niedalekim polskim Osieczniku. Była to planowa akcja eksterminacyjna, obejmująca najpierw mężczyzn w sile wieku, którzy dla ratowania swoich rodzin chwyciliby bez wątpienia za broń, jak to czynili inni na całych Kresach Południowo-Wschodnich. W połowie maja pod Kluskiem został schwytany przez banderowców i zaginaj; bez wieści Kazimierz Daszkiewicz z Radowicz, łącznik miejscowej konspiracji akowskiej. Penetrowane przez banderowców drogi stały się niebezpieczne dla ludności polskiej, która nie tylko w naszej wsi przestała oddalać się poza najbliższy teren, rezygnując z wyjazdów do kościoła w Turzysku i majowych nabożeństw. Pani Tokarska zawiesiła komplety, na które uczęszczało wiele polskich dzieci. Pod koniec czerwca banderowcy bestialsko wymordowali jedną z rodzin Daszkiewiczów: ojca Jana, jego żonę Paulinę oraz dwie córki – Helenę z 9-miesięcznym dzieckiem i Leokadię, którą zakłuli widłami w stajni pod żłobem, gdzie się schowała. Pięcioletni synek Heleny, Stefan, skrył się za szafą i ocalał. Znaleziono go następnego dnia płaczącego przy zwłokach matki. Kilka dni po tym mordzie syn Jana, Stefan, został schwytany przez banderowców i dotkliwie poraniony, ale przy pomocy życzliwych Ukraińców zdołał się uratować. Adam Daszkiewicz (z innej rodziny – matka Ukrainka) został zakopany przez upowców po szyję w ziemi, bo nie chciał przystąpić do UPA i mordować Polaków. Cudem się uratował. Wielorodzinny ród Daszkiewiczów, osiadły tutaj przed wiekami z nadania Michała Korybuta Wiśniowieckiego, teraz, jak nigdy dotychczas, poniósł liczne i bolesne ofiary w ludziach i majątku ze strony UPA. Jak na całym Wołyniu, również w Radowiczach tutejsi ounowcy podporządkowali sobie propagandą i terrorem miejscową ludność ukraińską, zwłaszcza młodzież, przygotowując ją do krwawej rozprawy z Polakami. Już od początku czerwca 1943 roku coraz częściej we wsi rozlegał się banderowski „szlagier” – „Smert, smert, Lacham smert!”, śpiewany przez miejscowych osiłków, niedawno jeszcze komsomolców i ich galicyjskich, nazistowskich instruktorów. Przy wtórze takich zbójeckich pieśni, z inicjatywy ounowców, usypano na wzniesieniu wyniosły kopiec i ustawiono na nim wysoki prawosławny krzyż, przybrany sino-żółtymi barwami i tryzubem. Duża część ludności polskiej żyła wówczas złudzeniami i drogo za nie płaciła. Zwłaszcza starsi mieszkańcy, którzy powtarzali: nie uczyniliśmy nikomu krzywdy, więc dlaczego mieliby nas zabić? W tym przekonaniu byli często utwierdzani przez swoich ukraińskich sąsiadów. Tymczasem w dniach 10, 11 i 12 lipca 1943 roku masowe mordy ludności polskiej osiągnęły piekielne apogeum pochłaniając ponad 15 tys. ofiar. Pod koniec lipca upowcy uprowadzili z Radowicz siedmiu młodych, których uwięzili w Suszybabie, gdzie mieli swoją placówkę. Uwięzionych bito i maltretowano, by wydobyć dane o konspiracji. Wcześniej czy później czekała ich okrutna śmierć. Powiadomiono o tym oddział samoobrony w Zasmykach. Pięciu dobrze uzbrojonych chłopców ruszyło bez zwłoki do Radowicz. Stanisław Romankiewicz z pistoletem w ręce kategorycznie zażądał od przewodniczącego selrady, Iwana Karbowskiego, wypuszczenia uwięzionych, grożąc spaleniem zabudowań Ukraińców i wymierzeniem winnym najsurowszej kary. Brawurowa akcja dała efekt nadspodziewany – wszyscy zostali wypuszczeni na wolność: Bolesław Budzisz, Tadeusz Dziedzic, Wacław Furga, Mieczysław i Tadeusz Łodejowie, Wacław Molenda i – nie mam pewności – Maria. Kilka dni później pięciu partyzantów z Zasmyk udało się do swoich gospodarstw w Radowiczach po żywność dla oddziału i zbiegłej ludności. Powstanie zasmyckiej samoobrony, jej brawurowe akcje, mylące przemarsze przez ukraińskie wsie oraz kolportowanie wieści o dużej sile liczebnej i ogniowej polskich partyzantów przyhamowały na pewien czas masowe akcje eksterminacyjne w południowej części powiatu kowelskiego. Około 20 lipca w ukraińskich wsiach na południe od Radowicz, w Tuliczowie, Werbicznie, Bobłach i innych, zauważono narastający napływ banderowców. Do polskich mieszkańców poszły elektryzujące, ostrzegawcze sygnały, by mieć się na baczności, a zwłaszcza noce spędzać w ukryciu.

Z 23 na 24 lipca, podobnie jak dotychczas, nie nocowaliśmy w domu. Tym razem spaliśmy w życie. Łyska pozostawiliśmy na łańcuchu, by nie zdradził miejsca naszego noclegu. Rano obudziła mnie siostra i przerażona mama. Usłyszałem w powietrzu ostry szum i głośne wybuchy na kierunku Tuliczów – Abramowiec. Dochodził stamtąd gęsty ogień z broni maszynowej. Domyśliliśmy się, że nad nami przelatują pociski artyleryjskie, wystrzeliwane gdzieś pod Turzyskiem. Nad ostrzeliwanym terenem krążył samolot. Wkrótce zjawił się ojciec i powiedział nam, że działa biją po pacyfikowanym przez Niemców Tuliczowie i wschodniej części Radowicz. Wyszliśmy z żyta, wpatrując się w horyzont, skąd dochodziła gwałtowna strzelanina i gdzie w błękitne niebo wzbijały się słupy czarnego dymu. Płonęły zabudowania Tuliczowa i Abramowca. Jak się przypuszcza, pacyfikację sprowokowali banderowcy, zabijając w sąsiedztwie zasmyckiej samoobrony kilku Niemców dozorujących Liegenschaftu (folwarku). Była to prowokacja obliczona na to, że w odwecie Niemcy zlikwidują samoobronę w Zasmykach, ułatwiając banderowcom likwidację ludności polskiej w tej części powiatu kowelskiego. Na drugi czy trzeci dzień po pacyfikacji odwiedził swoich rodziców Jan Sobczyk „Buzdygan”. Pod wieczór poszedł do sąsiada Ukraińca, Dmytra Sawczuka, niechętnego banderowcom. Babcia zaniepokojona, że Janek długo nie wracał, wysłała mnie, bym jak najszybciej wywołał go do domu. Pobiegłem do Dmytra i na podwórzu zastałem taki widok: na balach siedziało wielu Ukraińców – mężczyzn, kobiet i dzieci z pobliskich zabudowań, a przed nimi stał z rękami w kieszeniach Janek i opowiadał im niestworzone rzeczy o doskonałym uzbrojeniu i dużej liczebnie zasmyckiej samoobronie, zasilanej oddziałami przybyłymi z centralnej Polski. Ukraińcom oczy wychodziły z orbit z jadowitego zdumienia i przestrachu zarazem. Gdy wracaliśmy, zapytałem, co by zrobił, gdyby go zaatakowali na podwórzu. Odpowiedział, że w każdej kieszeni miał coś do obrony, jak nie granat, to pistolet. Żywcem nie dałby się wziąć, z czego oni dobrze zdawali sobie sprawę. Dla ludności polskiej Radowicz i okolicznych wsi rozpoczął się najtrudniejszy okres wyczekiwania, pełen rozterek, lęku i rozpaczy. Z przerażeniem wymieniano miejscowości, w których watahy UPA z miejscowym chłopstwem dokonały apokaliptycznych rzezi. Po każdej tragicznej wiadomości o ofiarach i bestialstwach nogi uginały się jak pod wielkim ciężarem. Trwanie w ustawicznym lęku przez wiele miesięcy rujnowało system nerwowy, zwłaszcza mniej odpornych na takie permanentne śmiertelne zagrożenie. Gdzieś na początku sierpnia zajechał, do nas na nocleg kierowca hr. Stefana Sumowskiego, byłego właściciela majątku w Litynie, wywiezionego na Sybir w 1939 roku. Uciekał za Bug jednokonką, wiózł ciężko chorą na gruźlicę żonę i dwoje gorączkujących dzieci. Zdecydował się jechać przez piekło banderowskiego terroru, przez spalone wsie, w których trzy tygodnie temu wycięto polskich mieszkańców. Czy mu się” udało uratować dzieci, żonę, siebie? Z Zasmyk szły ostrzeżenia i słowa otuchy. Kazano nam mieć się na baczności, noce spędzać w kryjówkach, w różnych miejscach i nie wszyscy razem. Staraliśmy się przestrzegać rozsądnych zaleceń, ale spanie w ciasnej kryjówce – w stodole czy wykopanej w sadzie norze – było okropną udręką. Parne noce, nasycone lękiem, uniemożliwiały sen, nasuwały najczarniejsze myśli i wyobrażenia. Po kilku takich nocach wróciliśmy do noclegów w polu – w kopach żyta, gdzie przynajmniej człowiek nie dusił się z braku powietrza. Opatuleni w koce, długo wsłuchiwaliśmy się w nocne szmery, szum wiatru i różne tajemnicze odgłosy, krzyki i trzepotanie ptaków w stojącym obok lesie, ujadanie i wycie wiejskich psów, nieraz strzały. Często sen długo nie przychodził, myśli kłębiły się wokół jednego: kiedy przyjdą? Gdzie uciekać? Czy zdążą z pomocą nasi z Zasmyk? Krewnych i znajomych odwiedzaliśmy o zmierzchu, skradając się ścieżkami, bo drogi były niebezpieczne. W tych warunkach szybko dojrzewała decyzja o ucieczce do Zasmyk. Czekaliśmy, jak wszyscy polscy mieszkańcy, na sygnał i obiecaną eskortę, chociaż niełatwo było pogodzić się z myślą, że trzeba będzie opuścić gospodarstwo, zwłaszcza dom, wybudowany morderczym wysiłkiem. Namawialiśmy usilnie do ucieczki dziadków i ciocię Marysię Stefanowiczową, bo nie mogliśmy sobie wyobrazić, by oni zostali tutaj na pastwę banderowców, ale dziadkowie, jak wielu wówczas starszych ludzi, po prostu nie chciało słyszeć o opuszczeniu gospodarstwa. Bali się niedostatku, głodu i poniewierki na stare lata. A jak zabiją – mówiła babcia – to już trudno, taka jest wola Boża. Dla nas, a zwłaszcza dla ojca, takie myślenie było nie do przyjęcia. Postanowiliśmy jak najenergiczniej, bez zwłoki przygotować się do opuszczenia Radowicz. Tego samego zdania była większość naszych krewnych i znajomych, zamieszkujących Polską Kolonię. Wujostwo Molendowie i ich sąsiedzi czynili gorączkowe przygotowania do ucieczki. Trzeba było przede wszystkim zgromadzić większe zapasy żywności, zwłaszcza mąki, której ostatnio ciągle wszystkim brakowało. Mielenie zboża na żarnach należało do prac wyjątkowo ciężkich, wprost katorżniczych, a i dostęp do żaren też nie był łatwy, trzeba było czekać w kolejce. Młyny dla ludności polskiej były już niedostępne. Większe znajdowały się w rękach niemieckich – mdły dla wojska, mniejsze, we wsiach, służyły wyłącznie Ukraińcom i UPA. Mimo niebezpieczeństwa ojciec zdecydował się 15 sierpnia pojechać do ukraińskiej wsi, Werbiczna, gdzie był czynny młyn, zarządzany przez banderowców. Pracował na tzw. „holcgaz”, czyli gaz ze spalanej dębiny, grabiny i innego twardego drewna. Wyjazd był dużym ryzykiem, mógł skończyć się tragicznie. Mama była mu przeciwna i żegnała nas z płaczem. Po drodze nie spotkaliśmy ani jednego banderowca, ale w Werbicznie było ich sporo. Już przy pierwszych zabudowaniach kilku zawzięcie dyskutowało, paru siedziało na przydrożnej łące, a nieco dalej przy okazałym domu z gankiem, przed którym stał wartownik, dwóch zatrzymywało furmanki i o coś wypytywało woźniców. Ich widok przeraził nas. Ojciec szepnął mi, bym zsunął się z wozu i poszedł obok łąką. W mig znalazłem się na skraju olszyny, ciągnącej się wzdłuż drogi. Ojciec tymczasem podjechał pod ganek, ale banderowiec zobaczywszy na wozie worki ze zbożem, dał znak ręką, by jechać dalej. Za zakrętem wsiadłem na wóz z niesamowitą ulgą. Ojciec uśmiechnął się, szarpnął lejcami i wóz potoczył się po ubitej, gliniastej drodze. Pod młynem stało już wiele wozów w oczekiwaniu na mąkę. Ojciec, nie odzywając się do czekających chłopów, postawił worki w długim rzędzie. Pokładliśmy się na wozie, udając śpiących. Po kilku godzinach przyszła kolej na nasze żyto, ale młynarz, wysoki, bosy dryblas, pominął je. Na coś widocznie czekał, może na łapówkę. Ojciec nie interweniował, bo nie znał dobrze ukraińskiego, bał się wpadki. Czekaliśmy cierpliwie wtuleni w słomę na wozie. Klacz zjadła obrok i chciała pić, ale wokół nie było studni ani strumyka, a udanie się do kogoś po wiadro wody mogłoby się źle skończyć. Ogarniał nas coraz większy niepokój i rozczarowanie. Czas się dłużył jak wieczność. Słońce chyliło się ku zachodowi. Ojciec zrezygnowany zaczął poprawiać uprząż na klaczy, przygotowując zaprząg do drogi. Zdecydował się na powrót bez mąki. „Życie ważniejsze niż mąka” – powiedział. W tym momencie zauważyliśmy na pobliskiej drodze kilka furmanek, które zbliżały się do młyna. Konie szły stępa. Wozom towarzyszyło kilkanaście osób, głównie dzieciarnia. Kolumna zatrzymała się przy młynie. Nasza ciekawość przemogła lęk. Zbliżyliśmy się do drogi. Spostrzegliśmy, że na każdej furmance siedziało po dwóch banderowców, a pod płachtami leżeli na wozach jacyś mężczyźni. Ze wsi zbiegło się sporo osób, powstał tłum, który zaczął wiwatować wrzeszcząc: „Sława Ukrainie! Smert Lachami”. Z wrzaskliwych i urywkowych rozmów wynikało, że na wozach leżą powiązani kolczastym drutem polscy partyzanci. Po kierunku jazdy ojciec mylnie wywnioskował, że nie mogą to być nasi z Zasmyk. Wróciliśmy z trwogą do wozu. Ojciec widząc, że młyn jest pusty i bez załogi, załadował na wóz dwa worki mąki, jeszcze ciepłej i ruszyliśmy z powrotem, początkowo stępa, by nie zwracać niczyjej uwagi, a następnie za wzniesieniem pełnym kłusem. Polną drogą opuściliśmy wieś. Jechaliśmy w milczeniu, skuci lękiem i przygnębieni losem wiezionych na straszną śmierć polskich partyzantów. Bałem się jak nigdy dotychczas, by się nie natknąć na jakiś banderowski patrol. Włos mi się zjeżył, gdy mijaliśmy tuż przy drodze mogiłki, czyli cmentarz prawosławny. W poświacie księżyca była widoczna jak w dzień czarna kępa drzew, a wśród nich bielejące krzyże cmentarne z zawieszonymi na nich białymi chustami. Zamknąłem oczy i zacząłem w myśli odmawiać pacierz. Ojciec czując mój lęk, przerwał milczenie pocieszając mnie, że dzisiaj mieliśmy dużo szczęścia. Jeżeli los będzie nam tak sprzyjał dalej, to przeżyjemy i najgorsze. Przed północą byliśmy w domu. Łysek wybiegł naprzeciw, skomląc z radości. Mama witała nas ze łzami w oczach. Następnego dnia podzieliliśmy się mąką z dziadkami, czym sprawiliśmy im niemałą radość. Jak się niebawem dowiedzieliśmy, 18 sierpnia w Werbicznie byliśmy świadkami przewożenia przez banderowców pięciu polskich partyzantów, członków zasmyckiej samoobrony, przebywających czasowo na placówce w Julianowie koło Turzyska. Banderowcy, przebrani w polskie mundury wojskowe, weszli podstępnie do domu, gdzie znajdowali się Polacy. Nim ci się zorientowali z kim mają do czynienia, na obronę było już za późno. Uratowało się dwóch wyskakując przez okno. Schwytanych banderowcy przewieźli do wsi Suszybaba i tam bestialsko zamordowali. Wśród nich był nasz sąsiad Mieczysław Bednarek „Mantę!”. Dnia 23 sierpnia 1943 roku, wczesnym rankiem, obudziły mnie bliskie karabinowe strzały. Zerwałem się na równe nogi, obudziłem siostrę i wybiegliśmy oboje na podwórze. W rogu sadu stała przerażona mama. Przywołała nas skinieniem ręki do siebie. – Bulbowcy! – krzyknęła. – Strzelali do ojca i pobiegli za nim! Schowajmy się! Pokładliśmy się na samym skraju żyta, bo nie było już czasu, by biec dalej. Na podwórze weszli upowcy. Jeden z nich zauważył nas. Kilku poszło w naszym kierunku. Mama szepnęła do mnie: „Uciekaj Felu!” Zerwałem się i co sił pobiegłem przed siebie. Gruchnął strzał. Pochyliłem się i biegłem co tchu w piersiach. Bandyci coś krzyczeli. Za sobą usłyszałem krzyk mamy i płacz siostry. Nagle znalazłem się na polnej drodze. Panowała poranna cisza, tylko serce waliło mi młotem. W jego rytmie drgały drzewa, błękitne niebo i wszystko dokoła. Za drogą rozciągała się łąka, porośnięta z rzadka krzewami i kępami olch, a nieco dalej stały zabudowania dziadków. Pobiegłem przez łąkę. Z pewnej odległości zacząłem skradać się przez ogród do zabudowań. Podwórze było puste. Przylgnąłem do płotu, obserwując przez szparę dom. Po chwili pojawiła się babcia. Wysłuchawszy mnie w przygnębieniu powiedziała, że zapewne ci sami banderowcy przed niespełna godziną zagrozili dziadkom rozstrzelaniem i spaleniem zabudowań, jeżeli ich synowie, Jan i Henryk, nie zgłoszą się w miejscowym banderowskim sztabie. Oświadczyła stanowczo, że banderowcy chłopców nie dostaną żywych, a gdy starych zabiją, synowie pomszczą rodziców.

P/w tekst został opublikowany między innymi w opracowaniu:  "Moje wojenne dzieciństwo", Tom 13 które wydała:  Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2004 r. Feliks Budzisz jako świadek opisanych wydarzeń jest autorem bardzo wielu artykułów i książki "Ziemia Cmentarna". Był również jednym z pierwszych czytelników i autorów powstałego w 2011 r. "Kresowego Serwisu Informacyjnego".

cdn.