Dzisiaj jest: 11 Maj 2021        Imieniny: Mira, Franciszek, Ignacy
Moje Kresy.  Czesław Włodarski  cz.2

Moje Kresy. Czesław Włodarski cz.2

/ Brat Czesława kpr.Tadeusz Włodarski Jeszcze przed nadejściem Niemców w 1941roku musiałem chodzić do ruskiej szkoły. We wsi wówczas były dwie szkoły, jedna w starym przedwojennym budynku w ukraińskiej części…

Readmore..

ILE JEST W NAS Z KRESÓW?

ILE JEST W NAS Z KRESÓW?

/ Kresowianie we Wrocławiu- na tle zburzonego Ostrowa Tumskiego Nieraz sobie zadaję te pytania: Ile pozostało w nas z Kresów? Czy nasze życie ma coś wspólnego z tamtymi czasami i…

Readmore..

Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów  w Ludmiłpolu na Ziemi  Swojczowskiej

Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów w Ludmiłpolu na Ziemi Swojczowskiej

/ Zdjęcie: Bolesław Sawa z kolonii Ludmiłpol na Ziemi Swojczowskiej, Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów w Ludmiłpolu na Ziemi Swojczowskiej Nazywam się Bolesław Sawa. Mam 85 lat i mieszkam…

Readmore..

Anarchia Syrnyka  w Trykutniku  bieszczadzkim. cz.2

Anarchia Syrnyka w Trykutniku bieszczadzkim. cz.2

„Nacjonalizm” Dmytro Doncowa był taką samą ideologiczną podstawą dla przywódców OUN zorganizowania i przeprowadzenia ludobójstwa na ludności polskiej, jak „Mein Kampf” Adolfa Hitlera dla nazistów niemieckich do budowania pieców krematoryjnych…

Readmore..

Kotów Kościół Matki Boskiej Śnieżnej

Kotów Kościół Matki Boskiej Śnieżnej

Kotów Gmina Potutory, powiat brzeżański woj. tarnopolskie. W DOLINIE ZŁOTEJ LIPY Wieś Kotów położona jest w dolinie Złotej Lipy dawnym w powiecie brzeżańskim II Rzeczypospolitej, w gminie Potutory 13 km…

Readmore..

Tadeusz Rozwadowski.  Generał, który ocalił Polskę- 155. rocznica urodzin generała

Tadeusz Rozwadowski. Generał, który ocalił Polskę- 155. rocznica urodzin generała

19 maja przypada 155. rocznica urodzin gen. Tadeusza Rozwadowskiego, niezłomnego obrońcy Lwowa, zwycięskiego dowódcy wojny polsko-bolszewickiej, odznaczonego Krzyżem Komandorskim Orderu Wojennego Virtuti Militari. Bez wątpienia należy do najwybitniejszych dowódców w…

Readmore..

BANDEROWSKA UKRAINA JEST FAKTEM.  CZY SIĘ DZISIAJ (2021 ROK) COŚ ZMIENIŁO?

BANDEROWSKA UKRAINA JEST FAKTEM. CZY SIĘ DZISIAJ (2021 ROK) COŚ ZMIENIŁO?

Były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, pełniący swój urząd w konsekwencji zamachu stanu i rewolucji finansowanej z zewnątrz, podpisał pakiet ustaw przyjętych przez parlament Ukrainy w kwietniu b.r., a ustanawiających ludobójców…

Readmore..

Rokowania i układy  pogłębiają zaborcze  plany.

Rokowania i układy pogłębiają zaborcze plany.

/ Autorstwa Rj1979 - Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2493031 Poseł do sejmu miasta Krakowa Jordan, nie z tego jest sławny, że jest posłem, tylko, że został nim dla swoich zasług-…

Readmore..

Odszedł żołnierz 27 WDP AK i autor.

Odszedł żołnierz 27 WDP AK i autor.

28 Kwietnia 2021 r., dotarła do nas smutna wiadomość zmarł Eugeniusz Rachwalski ps. "Kotwica", kowelanin, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, po wojnie wrocławianin. Był , naocznym świadkiem wydarzeń na…

Readmore..

    Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

1 maja: We wsi Olszanica pow. Lesko w walce UPA poległ Kazimierz Borek, milicjant. 2 maja: W okolicy wsi Huczwice pow. Lesko: „2 maja 1946 r. sotnia „Chrina” zaatakowała pododdział…

Readmore..

Majowy numer KSI (05/2021) wydany

Majowy numer KSI (05/2021) wydany

W gazecie m.in: Petycja - Żądamy zwolnienia z Polskiego Związku Piłki Siatkowej Eugeniusza Andrejuka, który publicznie pochwalił ukraińskie ludobójstwo!!!...str. 4Odszedł żołnierz 27 WDP AK i autor.....str. 6Lublin, czy to jeszcze…

Readmore..

PODOLE – CZASY MINIONE

PODOLE – CZASY MINIONE

/ Legendarna twierdza w Kamieńcu Podolskim PODOLE – to piękna kraina, zwana przez wielu “Ziemią mlekiem i miodem płynąca”. Klimat Podola jest umiarkowany. Temperatury dodatnie dochodzą do 35 C, ujemne…

Readmore..

Kwietniowe dni 1944 r. w "Krwawej Łunie"

W  Wielki Piątek nasi urządzili wielkie lanie Niemcom wypuszczającym się z Włodzimierza na rabunek do opuszczonych przez ludność wiosek w rejonie Werby. Jeszcze przed świtem "Wichert" poprowadził drużynę ochotników z dwoma erkaemami "Słowik" i "Sosna" (Antoni Kownacki), do niewielkiej wioseczki położonej przy szosie Włodzimierz - Werba, w odległości zaledwie dwóch kilometrów od czerwonych koszar. Po przybyciu na miejsce spotkali tam grupę zwiadowców radzieckich, również zaczajonych w oczekiwaniu na "fryców" dla wzięcia "języka". Szybko uzgodniono wspólny plan działania, podział ról i zaczęło się oczekiwanie na Niemców.

 Ponieważ był to Wielki Piątek, więc zwątpienie zaczęło opanowywać chłopców, którzy wiedzieli, że Niemcy ze szczególną czcią świętują ten dzień. A jednak jadą... Nie szosą, ale właśnie utartą w okresie zimy tak zwaną "drogą rabunkową", gdzie od wielu godzin tkwi przyczajona polsko-rosyjska zasadzka. Resztki śniegu i promienie bladego jeszcze kwietniowego słoneczka stwarzają doskonałą widoczność.

Jak wspomina jeden z uczestników "Czarny" (Olgierd Kowalski), widać było pojedynczych żołnierzy pełniących wartę w okopach, których cały rozległy system opasywał czerwone koszary. Zbliżająca się do wsi kolumna składała się z kilkudziesięciu furmanek, rozciągniętych wężem o długości kilkuset metrów, że ostatnie znajdowały się ledwie poza rogatkami miasta. Pierwsza furmanka zatrzymuje się i opasły Niemiec, powolnym krokiem zmierza ku stodole, w której ukryci są Rosjanie. Ostre serie "pepeszek" z jednej, a dudniące serie "Sosny" i "Słowika" z drugiej strony po tyłach kolumny wprawiły Niemców w osłupienie. Kwik koni, krzyki rannych i gromkie "hurra" splotły się w bitewny zgiełk. Obsługa cekaemów spod czerwonych koszar nie mogła udzielić żadnej pomocy ginącym kamratom. Mogli co najwyżej patrzeć jak rozdygotani klękają z podniesionymi rękami, błagając o litość, gotowi przeklinać wielkiego Fürera i jego osławiony "blitzkrieg". Zabite i ranne konie nasi wyprzęgają z wozów i zastępują zdrowymi, a te w pojedynkę odciągają puste wozy za pagórek. Aby tylko zejść z oczu rozwścieczonym Niemcom obserwującym całe zajście z koszar. "Czarny", chcąc zdobyć dla brata pistolet maszynowy, zapędził się wzdłuż drogi - od trupa do trupa - aż do ostatniego porzuconego przez Niemców wozu i dopiero seria z niemieckiego cekaemu przywróciła mu opamiętanie, że zbytnio oddalił się od swoich. Musiał zdrowo wyrywać zakosami, nim skrył się za zbawczy pagórek.

 A oto bilans akcji: dziesięciu zabitych Niemców i piętnastu wziętych do niewoli. Zdobyto kilkadziesiąt karabinów, tyleż koni i wozów, które przekazano na użytek placówki w Bielinie. Strat własnych nie było. Były za to w kilka godzin później, kiedy Niemcy rozjuszeni przysłali kilka "Heinkli" celem zniszczenia Bielina z powietrza. Samoloty nadleciały od strony Uściługa, zatoczyły krąg nad Włodzimierzem i skierowały się w pojedynczym szyku w stronę Bielina. Pierwsze bomby spadły już w Antonówce niszcząc tabory naszej drugiej kompanii. W samym Bielinie trafienia okazały się jeszcze celniejsze, gdyż wybuchło tam kilka pożarów. My nie znaleźliśmy się w zasięgu bomb. Stojąc pod ścianami domów i stodół obserwowaliśmy bezsilni, jak piloci po opróżnieniu komór bombowych, ostrzeliwali z broni pokładowej większe skupiska zabudowań. Okrzykiem radości powitaliśmy skutek serii erkaemu wypuszczonej z determinacją z dołu do samolotu, którego pilot strzelał z małej wysokości, przechylając się ze skrzydła na skrzydło. Trafiony silnik dwukrotnie kichnął i ucichł po wybuchu płomieni. Samolot drgnął, jakby na moment "przystanął", a potem wlokąc za sobą gigantyczny warkocz czarnego dymu poszybował na zachód, by po chwili runąć na ziemię. Sukces nie lada. Jeden samolot strącony. Nastrój świąteczny opanował i nas. W sobotę od samego rana poczęli zjawiać się różni posłańcy z koszykami wypełnionymi jadłem i napitkiem. Były to dary ludności dla partyzantów. Mimo piątego roku wojny zawartość koszów nie wskazywała na ubóstwo ofiarodawców. Dla nas te podarunki były szczególnie miłe. Pozwalały w jakimś stopniu stworzyć pozory, czy złudzenia atmosfery domowej. Aczkolwiek starałem się nie wspominać odległego coraz bardziej Młynowa, to jednak im bliżej świąt, tym częściej łapałem się na tym, że myślami jestem wśród najbliższych. Pierwszy dzień świąteczny okazał się pochmurny, szary i smutny. Wszyscy byli jacyś przygnębieni, podenerwowani, ale niedługo. Tylko do rozpoczęcia uroczystego śniadania, do którego zasiedliśmy całą drużyną. Były przemówienia i toasty, z których niewiele docierało do mej świadomości, myślami bowiem byłem daleko... Przygnębienie i smutek szybko mijają. Przewagę bierze młodość wsparta kilkoma kieliszkami samogonu. Nastrój coraz weselszy, beztroski. Następnego dnia w różnych kierunkach ruszają patrole. Jeden natknął się na małą grupkę Niemców. Po krótkiej wymianie strzałów ci zaczęli się wycofywać do pobliskich koszar. Nasi w zapamiętaniu bojowym parli za nimi nieomal do samej bramy. Tam zebrało się więcej Niemców i pognali naszych. Z kolei my, widząc co się dzieje, wyszliśmy tyralierą na spotkanie i zmusiliśmy Niemców do odwrotu, pędząc ich aż pod koszary. Tam znowu oni uzyskali pomoc karabinów maszynowych oraz granatników i zmusili nas do cofnięcia się, depcząc nam po piętach, aż w pobliże naszej bazy. Zupełnie jak fale płynące tam i z powrotem. Za którymś razem Niemcy weszli do okopów i przestali zdradzać chęć do "zabawy". Postrzelaliśmy jeszcze trochę i zawróciliśmy do bazy. Wieczorem otrzymujemy rozkaz spakowania się. Około drugiej w nocy zarządzono alarm z zachowaniem zupełnej ciszy. Składamy plecaki na wozy taborowe, a sami idziemy na miejsce zbiórki. Odbywa się normalny rytuał odliczania, raport i formowanie kolumny marszowej. Ruszamy marszem ubezpieczonym w kierunku znajomego chutoru i dalej na południe do szosy Włodzimierz - Uściług, której jednak nie osiągamy, lecz zatrzymujemy się na skraju niewielkiego lasku z młodych dąbczaków. Po dłuższym czekaniu idziemy dalej, po chwili znowu się zatrzymujemy. I tak kilka razy. Wreszcie majaczą w ciemności jakieś zabudowania, a wśród nich poruszające się ciemniejsze od nocy cienie, które pojedynczo zbliżają się do nas tkwiących ciągle w kolumnie marszowej na drodze. Słyszę wypowiedziane wyraźnym szeptem słowa:

- Zdrawstwujtitie rebiata!

Odpowiadam pozdrowieniem i nawiązuję z żołnierzem sowieckim cichą rozmowę. Okazuje się, że przyszli w to miejsce dosłownie przed godziną, że my wspólnie mamy zdobywać Włodzimierz, podobnie jak Turzysk. Szkoda, że nie można swobodnie pogawędzić i papierosa zapalić. Okazuje się, że są tu również nasi znajomi z Turzyska. Przed świtem ruszamy w dół pozostawiając obok stogu, na górce sztab dowodzący operacją. Naczelne dowództwo objął tęgi, z marsową miną pułkownik radziecki. Nasza kompania otrzymała zadanie obsadzenia szosy i biegnącego równolegle toru kolejowego Włodzimierz - Uściług, dla odcięcia ewentualnej pomocy. Natomiast druga kompania zostaje wysunięta jeszcze dalej ku zachodowi w stronę Uściługa. Nieco zdziwieni zajmujemy stanowiska wzdłuż, po zewnętrznej stronie torów i szosy. Nasi saperzy przybili gwoździami kostki trotylu do kilku słupów telekomunikacyjnych, podłączyli lonty i w oznaczonej godzinie eksplozje przerwały połączenia telefoniczne. Nieomal w tym samym czasie usłyszałem za plecami o wiele potężniejszy huk, a nad głową wycie pocisków armatnich. To pułkowa artyleria radziecka rozpoczęła ostrzeliwanie miasta. Za kilkanaście minut rozpocznie się szturm, w którym weźmie udział kilka batalionów naszej dywizji. My tym czasem będziemy leżeć na zamarzniętej ziemi i wypatrywać nie wiadomo kogo. Bo skąd tu może nadejść pomoc? Z Uściługa? Jest tam zaledwie paruset Niemców. Sami będą się bali. A z Hrubieszowa i tak nie zdążą. Nawałnica strzałów obwieściła, że nasi atakują pozycje obronne Niemców. W napięciu nasłuchujemy odgłosów walki. Huraganowy ogień narasta, potężnieje z każdą minutą. Wśród jednostajnego huku rozlegają się wybuchy granatów ręcznych. Oznacza to, iż zbliżyli się już tak bardzo do pozycji wroga, że możliwy jest rzut granatem. Z bijącym sercem słucham, czy odgłosy walki nie przesuwają się w tę, lub tamtą stronę. Ale trudno jest cokolwiek wywnioskować ze względu na ogniskowy charakter bitwy. Niemcy dość szybko zrezygnowali z pierścieniowej obrony, cofając się do przygotowanych z góry punktów obronnych. Jakże niemiłosiernie dłuży się czas. W mieście jest gorąco. Tylko my leżymy bezczynnie. Zaświtał nam promyk nadziei, że wejdziemy do akcji, kiedy dowódca kompanii "Gabriel" wydał rozkaz zbiórki naszego plutonu pod samotnym drzewem w odległości stu metrów od szosy. Ale poszliśmy w przeciwnym kierunku. Posuwając się w pewnym oddaleniu od szosy, a nie tracąc jej z oczu - doszliśmy, aż pod Piatydnie. Duża, położona w dolinie Ługi wieś z olbrzymim tartakiem była jakby przedmieściem Uściługa. Stojąc na wzgórku pod lasem obserwowaliśmy szosę i wieś. Ale wszędzie panował spokój. Dopiero później się okazało, że jednak Niemcy z Uściługa wyruszyli z odsieczą w stronę Włodzimierza, w trzech wagonach towarowych, ciągnionych przez lokomotywę. Lecz nasi z pomocą radzieckich minerów wysadzili mały mostek na torach i ogniem trzech cekaemów oraz sowieckiej rusznicy przeciwpancernej pognali Niemców z powrotem. Kiedy nasz pluton dotarł do tamtego rejonu, to było już po wszystkim. Żołnierze kompanii ppor. "Remusa" odpoczywali w przydrożnych rowach, a sanitariuszki robiły opatrunki nielicznym rannym. Dwóch poległych już ułożono na wozie. Z przewróconej na bok lokomotywy wyczołgał się maszynista - Polak z Lublina i już pozostał w plutonie gospodarczym naszej drugiej kompanii. Niestety jego pomocnik zginął. Było już południe tego kwietniowego dnia, gdy przycwałował do nas zwiadowca "Kowboj" (Władysław Morawski) z rozkazem powrotu do bazy. Gdy zbliżaliśmy się do Włodzimierza oczom naszym ukazał się smutny widok. Nieomal na całej, widocznej przestrzeni - od ostatnich domów miasta, aż po widnokrąg - posuwają się kolumny żołnierzy. Są różnej liczebności, w różnych odstępach, ale wszystkie idą od strony miasta. Co to znaczy? Czyżby nasi opanowali je i wychodzą zostawiając nieliczny tylko garnizon? Patrzę w stronę miasta, skąd słychać krótkie serie karabinów maszynowych, lub nawet pojedyncze strzały karabinowe. Znaczy to, że walka chyba skończona. Owszem skończona, a nasi wycofują się nie zdobywszy miasta. Ale taki był rozkaz... W ślad za ostatnią grupą wysunął się z miasta niemiecki czołg, ale ustawiona za wzgórzem radziecka armata, celnym strzałem kazała mu zawrócić. Natomiast pojawił się dwukadłubowy samolot rozpoznawczy i zaczął niezmordowanie krążyć nad nami. Zapewne przekazuje radiowe meldunki o ruchach oddziałów, tak doskonale widocznych na otwartej przestrzeni. Oj, niedobrze. Tyle wojska jak "na talerzu". Jeżeli nadlecą samoloty to takie "jatki" urządzą, że hej... Na szczęście nie nadlatują. Tylko przeklęta "rama" ( dwukadłubowy zwiadowczy samolot niemiecki) ciągle krąży, wypatruje, gdzie kryją się nasze bataliony. Przechodzimy skrajem Bielina i zatrzymujemy się dopiero we wsi o dziwnej nazwie Puzów. Okazuje się, że są już tam nasze tabory no i kuchnia. Na jej widok poczułem gwałtowny skurcz żołądka. Po obiedzie odpoczywamy rozlokowani po stodołach, bo wieś jest polska. Zagęszczenie w domach znaczne, dlatego nie chcąc ściągać niemieckiego pościgu na ludność cywilną, narzucamy plecaki i maszerujemy o cztery kilometry dalej do opuszczonej wsi Sieliski. Tam zajmujemy kwatery. Niezbyt duża wieś, położona u podnóża niewysokiego wzniesienia, które ciągnie się równolegle do wioski, niczym wał obronny. Na szczycie wzniesienia widoczny las. W przeciwnym kierunku rozciągają się na dużej przestrzeni jakieś chaszcze, zarośla, łąki i mokradła. Z mapy wynika, że pasmo tych mokradeł sięga prawie, aż do Mosura. My znajdujemy się po jego wschodniej stronie i na samym południowym cyplu. Szczegół ten - pozornie bez znaczenia - miał w następnych dniach dość ważki wpływ na losy naszego batalionu. Na razie po spokojnie przespanej nocy mamy równie spokojny dzień. Nietypowa dla tego regionu wiosna powtórnie zaatakowała opornie ustępujące resztki przewlekłej zimy. Dzisiaj od rana świeci słońce niwecząc nikłe pozostałości śniegu. Rozkoszujemy się ciepłem, ciszą i spokojem... Zaczęło się niewinnie i niepozornie. Przed południem patrolująca teren drużyna "Ząbka" (Jan Niepewny), natknęła się na skraju lasu na samotnego mężczyznę w wojskowych butach -saperkach. Zagadnięty przez naszych odpowiedział smutnym głosem, że ucieka przed Niemcami, którzy opanowali Bielin. Chłop poszedł dalej, a nasi skręcili na pole kierując się do miejsca postoju. Po kilku jednak minutach idący na końcu "Źbiczek" podniósł alarm, że chłop zawrócił i przemyka się lasem z powrotem do Bielina, czyli wraca do Niemców, od których rzekomo uciekł. Nasi cofnęli się na skraj lasu i zdezorientowani stali w miejscu nie wiedząc, co o tym sądzić. Po pewnym czasie spostrzegli pędzącego na koniu zwiadowcę "Hetmana" (Jan Nowak), który nie zareagował na ich wołanie, bo pędził do dowódcy z ważnym meldunkiem, pragnąc ostrzec, że w lesie od strony Puzowa są Niemcy, z którymi miał nieprzyjemne spotkanie. Jadąc samotnie na zwiady, został osaczony przez kilkuosobowy patrol niemiecki. Zaskoczenie było tak wielkie, że "Hetman" znieruchomiał na chwilę. Kiedy Niemcy chwycili już uzdę, poderwał cuglami konia, który stanął dęba, wykonał pół obrotu w prawo i dźgnięty ostrogami skoczył między drzewa. Niemcy nie chcąc czynić przedwcześnie hałasu nie strzelali. Meldunek "Hetmana" po chwili potwierdzają strzały rozlegające się z tamtego kierunku. To nasi rozpoczęli ostrzeliwanie niemieckiej tyraliery wyłaniającej się z głębi lasu. Ponieważ nie mogli jedną drużyną przyjąć walki w lesie, przeto cofnęli się w stronę wsi na pole i zalegli w napotkanym rowie. Teraz już wszystko toczy się błyskawicznie. Alarm podrywa cały batalion i po kilku minutach nasza kompania - rozwijając w biegu tyralierę, wychodzi na skraj wsi i nie wstrzymując biegu prze na widoczne już niemieckie pozycje na skraju lasu. Druga kompania chwilowo pozostawiona w odwodzie, aby w stosownej chwili użyć jej jak najskuteczniej. Nasze natarcie traci stopniowo początkowy impet, aż wreszcie zalega całkowicie. Ogień niemieckich karabinów maszynowych jest potwornie silny, ale na razie mało skuteczny, bo dotąd poruszaliśmy się na skłonie tego wzniesienia, na którym znajduje się las, a w nim Niemcy. Gdy wejdziemy na sam garb, trafimy wprost pod lufy nieprzyjaciela, co przy tak niewielkiej odległości byłoby samobójstwem. Leżymy już od pół godziny, próbując "wychylić nosa" na szczyt tego garbu, ale przyciskani z powrotem do ziemi celnymi seriami nie możemy nic zdziałać. Wszystkie próby zawodzą. Rzut granatem - dla uczynienia wyłomu w linii niemieckiej - byłby też niecelny, bo jednak nie jest na tyle blisko. Otrzymuję od "Gabriela" rozkaz dotarcia do dowódcy batalionu z meldunkiem o sytuacji i propozycją użycia drugiej kompanii do zaatakowania Niemców ze skrzydła. Podporucznik "Remus" bardzo mądrze podprowadził drugą kompanię w pobliże pozycji niemieckich i ciągle dla nich niewidoczny rozwinął tyralierę, która jak burza wpadła na Niemców ze skrzydła. To nie był atak, to po prostu furia... Teraz możemy się poderwać i my, bo Niemcy większość posiadanej siły ognia musieli przenieść na drugą kompanię. Nie wytrzymały szwaby naporu z dwóch stron i umykają w popłochu, zabierając rannych, a pozostawiając wielu zabitych. Podzieleni na przypadkowo drobne grupy i grupki, gnaliśmy ich daleko w głąb lasu. Wracamy zmęczeni i uradowani. Zdobyliśmy sporo broni i jednego jeńca. Właściwie ten jeniec wraz ze swoim lekkim karabinem maszynowym stanowił indywidualną zdobycz Stasia "Sępa", który goniąc po lesie dopadł pod krzakiem Niemca osłaniającego ogniem kaemu odwrót swoich kamratów. Był do tego stopnia zajęty ostrzeliwaniem naszej tyraliery, że nie zauważył jak Staszek podbiegł doń z boku i zdzielił kolbą przez łeb, zabierając ogłuszonemu karabin. Niemiec ocknął się po chwili i cisnął granat pod nogi nadbiegającemu z aparatem fotograficznym "Kotowi" (Stefan Kowalski). Zamiast pamiątkowego zdjęcia byłby wybuch granatu i niechybna śmierć, lecz na szczęście granat okazał się bez zapalnika. Starsi koledzy chcieli Staszkowi odebrać elkaem (lekki karabin maszynowy), twierdząc, że jest za mały, że nie potrafi z niego strzelać itd,. itp. Ten jednak nie dał sobie zdobyczy odebrać i krótko oznajmił, że może im zademonstrować umiejętność posługiwania się tą bronią. Miał po temu okazję w kilka godzin później. Na krótko przed zachodem słońca wyszliśmy rojem* z wioski, kierując się w stronę lasu z zadaniem przeczesania go. Miało to nas uspokoić, że z tej strony nic nam nie zagraża, że możemy spać spokojnie. Wchodziliśmy na sam wierzchołek garbu, kiedy z za niego równocześnie wyłoniła się tyraliera niemiecka. Zaskoczenie było obustronne. Pierwszy ocknął się "Źbiczek" i krzyknął do "Gabriela":

            - Panie poruczniku, Niemcy!

            - No to naprzód, chłopcy!

Chłopcy, jak to chłopcy, dali ognia spod pachy i z brawurą skoczyli ku oszołomionym Niemcom, którzy strzelając gęsto, lecz niecelnie, zaczęli się szybko wycofywać. To oszołomienie nie trwało długo, bo wkrótce zajęli stanowiska obronne w napotkanym rowie, a ich ogień stał się celny i bardziej skoordynowany. Impet naszego natarcia został znacznie ostudzony. Zaczęliśmy równie planowo i metodycznie ostrzeliwać linię nieprzyjaciela, osłabiając żywiołowość ataku. I znowu Niemcy znaleźli się w dogodniejszym położeniu. Ukryci w rowie, w dodatku na tle czerwonej zorzy zachodzącego słońca, stanowią cel trudny do uchwycenia na muszkę. My natomiast znajdujemy się na otwartej przestrzeni z lekka pochylonej ku pozycjom niemieckim. Natarcie nasze zaległo i prawdopodobnie dość długo musielibyśmy się borykać z Niemcami, gdyby nie drobny przypadek. Na samym końcu lewego skrzydła naszej tyraliery znalazł się "Słowik" ze swoim "klarnetem" i nieodłącznym amunicyjnym "Czarnym" - a obok nich "Pistolet" (N.N.). Cała trójka wpadła w jakieś zarośla i przedzierała się do przodu. Pierwszy na wolną przestrzeń wydostał się "Pistolet" i... znalazł się na końcu tyraliery niemieckiej. Posiadał identyczny jak oni mundur, przycupnął więc w rowie i spoglądał w naszym kierunku. Niemcy zajęci walką potraktowali go jak swojego, sądząc, że to jeden z kamratów odbił się nieco w prawo. W pomyłce zorientowali się dopiero wówczas, gdy "Pistolet" poczęstował ich dwoma granatami i wspólnie ze "Słowikiem" oraz  "Czarnym" zaczął strzelać wzdłuż linii. Wyparliśmy Niemców z rowu, przegnali, aż do lasu, zbierając w drodze powrotnej broń, płaszcze i buty z pobojowiska, gdyż z tymi rzeczami było u nas krucho. Wtedy "Dziunek" (poprzednio "Wanda" - Władysław Kaliński) przeżył chwilę z "dreszczykiem". Podszedł do jednego z zabitych Niemców i przyklęknął, aby odpiąć mu pas z kaburą, w której był pistolet "parabellum". Poruszony trup jęknął, podniósł nieco głowę i spojrzał na niego "oczami spoza grobu", jak to sam "Dziunek" potem określił. Niemiec ostatecznie wyzionął ducha, ale Władek nie wiedział co robić. Najchętniej uciekłby z tego miejsca, ale chęć posiadania "parabelki" była silniejsza od wszystkiego co w tej chwili czuł. Z naszych zginął tylko "Granit". Ten niski, krępy, młody chłopak, był cichym, lecz dobrym żołnierzem. Wiem o nim tyle tylko, że pochodził z Łucka i że z dość licznej rodziny, pozostała mu tylko babcia staruszka, którą zostawił pod opieką obcych, dobrych ludzi, a sam wstąpił do oddziału by pomścić najbliższych. Teraz leży przykryty płaszczem, dziwnie skurczony, jakby zmalały... Następny dzień budzi nas blaskiem promieni filuternie mrugającego słoneczka. A coraz bardziej wyczuwalne tchnienie wiosny nastraja marzycielsko, to znaczy po prostu - rozleniwia, ale na marzenia nie ma czasu i miejsca w programie partyzanckich zajęć. Pochłonięty przyrządzaniem śniadania nie usłyszałem słowa "Alarm". Usłyszałem dopiero huk pękającego granatu, potem drugi, trzeci i czwarty. Znaczy to, że znaleźliśmy się pod ostrzałem niemieckich moździerzy. Koledzy znajdujący się na podwórzu wpadają do izby, chwytają broń torby z amunicją, płaszcze i biegną na miejsce zbiórki przed dowództwem batalionu. Stoję niezdecydowany nad patelnią z jajecznicą, której zapach drażni nozdrza powodując bolesne skurcze pustego żołądka. Wyskakuję jednak na drogę, by dołączyć do końca kolumny posuwającej się szybkim marszem, drogą prowadzącą poza wieś , w stronę porośniętych łozą i oczeretem mokradeł. Pytam o naszą "kawalerię", której nie mogę dojrzeć. Okazuje się, że zwiad wraz z drugą kompanią pozostał w wiosce dla powstrzymania naporu Niemców. Potem mają nas dogonić. Prawdziwość informacji potwierdza gwałtowna strzelanina, która wywiązuje się za naszymi plecami. Zastanawia mnie ta nasza - boję się użyć tego wyrazu - ucieczka. Ale właściwie tak to można określić. Pozostawiamy połowę batalionu, a sami szybkim marszem opuszczamy wieś posuwając się osłoniętą krzakami drogą. Dlaczego nie podjęliśmy walki całym batalionem? Że nie poszłoby nam dzisiaj tak gładko jak wczoraj? Nie szkodzi. Zawsze przecież byśmy szwabów przetrzepali. Że Niemcy podciągnęli moździerze? Znalazł by się sposób i na nie. Zawsze musi być jakiś ważniejszy powód. Ale to już zmartwienie dowódców. Nasze "dieło" celnie strzelać, a taktyka zawsze jest przywilejem sztabowców. Stopniowo tempo marszu się zmniejsza. Coraz częściej mamy postoje i odpoczynki. W czasie kolejnego postoju dopędzają nas zwiadowcy. Patrzymy z niepokojem, czy aby wszyscy wrócili. Możemy odetchnąć. Są wszyscy, co oznajmia nam roześmiany, długachny "Kruk", zeskakując lekko z konia. Podziwiam tego człowieka. To urodzony kawalerzysta. O zmierzchu wchodzimy do olbrzymiego lasu, który pochłania nas na kilka godzin. Około północy ze wschodu dochodzi odgłos gwałtownej kanonady. Grzmią działa, błyskają różnobarwne rakiety, wybuchają pożary rozjaśniające krwistym blaskiem szmat nieba. Nieustanny jazgot broni maszynowej, świadczy o zajadłości walczących stron. Nic nie wskazuje na to, żebyśmy mieli podążyć na pomoc naszym, którzy się znaleźli w tym piekle. Przeciwnie, po dalszej godzinie marszu zmieniamy kierunek na wyraźnie zachodni, czyli przeciwny niż odgłosy toczącego się boju. Dopiero w kilka dni później mieliśmy się dowiedzieć, że to towarzysze sowieccy usiłując się przedrzeć na wschód poza linię frontu, natknęli się na niemiecki korpus pancerny i po ciężkim boju zawrócili na zachód, ponosząc znaczne straty w ludziach i sprzęcie. Jeszcze przed świtem dotarliśmy do jakiegoś chutoru. Stosunkowo niedawno budowane domy porozsiewane były na obszernej równinie gęsto przetykanej młodymi laskami, zagajnikami, lub po prostu chaszczami. To Strzelecka, kolonia zamieszkała przez rodziny polskie, chronione przez niemal stale tu kwaterujący jeden z naszych oddziałów. Lokujemy się w położonych blisko siebie stodołach, przy skrzyżowaniu dróg. Trzy godziny snu i do zajęć. Czyszczenie broni, przegląd ekwipunku i po śniadaniu wymarsz. Patrole wychodzą w trzech kierunkach, ale głównym pozostaje wschód. Zastanawiam się, dlaczego wychodzą, aż tak silne patrole. Całymi plutonami, jak chyba nigdy dotąd. Skoro tak, musi to być coś poważnego. Wieczorem do stodoły na siano, następnego dnia z powrotem w teren i znowu powrót wieczorem do stodoły.

Kolejny dzień, 18 kwietnia 1944 roku zaczął się nieco inaczej. Od rana zapanował jakiś dziwny nastrój. Wszyscy są przygnębieni, milczący. Czyżby przeczucie?

Zaraz po śniadaniu zbiórka plutonu i szybki wymarsz w kierunku wschodnim. Od tej strony, w którą się posuwamy, już od kilku godzin słychać to wzmagającą się, to słabnącą strzelaninę. Przyzwyczajeni do takich odgłosów nie zwróciliśmy uwagi w ogóle na tę "pieriestriełkę". Ciekawe, dlaczego ta strzelanina trwa najwyraźniej w jednym miejscu? Wkrótce się dowiemy, bo idziemy właśnie tam, gdzie strzelają. Prosta błotnista droga, przecinająca płaski teren niziny porośnięty gęsto drobnymi brzózkami, olchami i wierzbami - prowadzi wprost na rozległe łąki, poza którymi widoczny jest na widnokręgu ciemny bór. Wyłaniamy się spomiędzy drzew i wychodzimy na otwarty teren. Idziemy "gęsiego" po obu stronach drogi. Strzelanina przed nami ucicha. Natomiast w panującej ciszy ucho wyławia coś innego, ledwie uchwytny dźwięk płynący z góry, z północy. Potężnieje, staje się coraz wyraźniejszy i wtedy sobie uświadamiam, że jest to przecież jękliwe wycie pocisków artyleryjskich. Rozlega się ostre "padnij" podporucznika "Gabriela". Padamy z rozmysłem, wypatrując suchszych miejsc. Ledwie uszliśmy kilkanaście kroków słychać wycie następnej salwy. Padamy już bez komendy, ale jeszcze z rozmysłem. Liczę wybuchy. Cztery, a więc cała bateria. Na razie źle strzelają, ale już następna salwa na pewno będzie w celu. - Tyraliera w lewo i prawo, skokami naprzód! Ostatnia sylaba rozkazu "Gabriela" zlewa się z wybuchem następnej, jednak jeszcze niecelnej salwy. Szybko rozwijamy tyralierę i posuwamy się do przodu. Dwadzieścia metrów biegu i padnij. Tak na przemian. Salwy zostały wzbogacone o dalsze cztery pociski. Ostrzeliwują nas już dwie baterie. Po kolejnym padnięciu nie mogę się podnieść. Nic nie widzę. W uszach mi dzwoni, w głowie szum. Ale co z oczami? Dlaczego nie mogę poruszyć powiekami? Wiem, że pocisk rozerwał się bardzo blisko, poczułem nawet gorący podmuch, jakby zza ściany wodnego młyna dociera do mnie głos plutonowego "Wuiki":

- "Wrzos"! Żyjesz? Co ci jest? Nie mogę poruszyć ustami. Dreszcz przebiega mi po plecach. Mocno potrząsam głową i... zaczyna się rozjaśniać. Całe płaty błota opadają z mojej twarzy. Chce mi się śmiać, ale zamiast śmiechu wypluwam sporą porcję bagiennego mułu. Przetartym okiem widzę o metr przed sobą lej po wybuchu, na którego dnie błyszczy węglowym blaskiem woda. Podczołgawszy się do leja obmywam nieco twarz czarną wodą. Ulga znaczna. Widzę już nieco lepiej, słyszę i mogę Stasiowi "Skrzypkowi" odpowiedzieć, że nic mi nie jest. Tymczasem koledzy dotarli już do rozciągających się na maleńkim wzgórku okopów oraz innych rowów i "beczek" (Okrągły dół, stanowiący schronienie dla jednego żołnierza na linii obrony) strzeleckich. Wpadam ze Stasiem do niedużego okopu. Ustawiam "skodę" na przedpiersiu i rozpoczynam obserwację przedpola. Kilka metrów przed nami rozpościera się łąka szerokości dwustu metrów, zalana o tej porze roku wodą. Na skłonie pagórka, na którym się znajdujemy, rosną pojedyncze olchy i wierzby pochylone ku łące. Droga, którą dotarliśmy tutaj, przechodzi przez łąkę po niewysokiej grobli. Po jej drugiej stronie chaszcze i zarośla rozciągają się dość szerokim pasmem wzdłuż brzegu łąki. Ci pośród naszych, którzy znaleźli się po lewej stronie drogi, mają przedpole w znacznej mierze przysłonięte tymi krzakami, co wcale nie sprzyja prowadzeniu walki obronnej. Wszystko bowiem wskazuje na to, że będziemy bronili dostępu do zachodniego brzegu tych mokradeł. Uświadamiam sobie, że jest to pasmo bagien i mokradeł, na którego południowo-wschodnim skraju byliśmy jeszcze kilka dni temu. Teraz dopiero rozpoznaję tę groblę. Tędy szliśmy do Strzeleckiej. A więc to tu batalion "Lecha" odpiera wściekłe ataki niemieckie. Teraz przyszliśmy ich zmienić i nam wypadnie powstrzymać Niemców prących ciągle na zachód. Po drugiej stronie łąki widnieje biegnąca poprzecznie droga. Pod lasem zabudowania jakiegoś zamożnego gospodarstwa, czy może raczej leśniczówki, z czerwonej cegły. Pomiędzy budynkami widoczne wozy konne i chyba samochód. Na skraju łąki tyraliera brudno szarozielonych mundurów. A ich karabiny maszynowe ustawione są poza nimi, na małym wzniesieniu. Celniejsza seria spędza mnie do okopu. Omawiam ze Staszkiem, moim amunicyjnym sytuację i dochodzimy do wniosku, że trzeba się przesunąć o kilkanaście metrów w lewo, bliżej drogi. Dokonana obserwacja każe się spodziewać, iż główny ciężar walki spoczywać będzie na lewym skrzydle naszej obrony. Artyleria nieustannie ostrzeliwuje salwami nasze stanowiska. Odczekuję chwilę po kolejnej salwie i wyskakuję z okopu. Na krawędzi następnego potykam się o jakiś korzeń i spadam na jego dno. Wprost na nogi wpółsiedzącego, opartego plecami o piaskową ścianę... trupa. Twarz nieznajoma, ktoś z oddziału "Lecha". Musiał być sam w okopie, skoro koledzy go pozostawili. Niezauważony cichy nieboszczyk. Dostał w środek czoła, prosto z przodu. Celność strzału wskazuje na strzelca wyborowego. Na myśl o wyborowym strzelcu odczułem jakiś nieuchwytny skurcz serca i zimne ciarki na plecach. Ależ tak! To było właśnie to... Przy potknięciu usłyszałem tuż koło czaszki bzyknięcie pocisku karabinowego. Muszę uprzedzić Staszka? - Uważaj "Skrzypek", snajper. Wykonaj przeskok z małym przystankiem.

Ostrożnie wychylam głowę ponad przedpiersie i po chwili cofam. W samą porę. Tuż ponad włosami bzyknęła kula. Ale Staszek jest już ze mną. Okop jest mały, ciasnota wielka, milcząca asysta nieboszczyka nie zachęca do dalszego pozostawania tutaj. Za radą Staszka zdejmuję z trupa płaszcz i czapkę. Płaszcz zwijam na kształt kukły i każę Staszkowi przygotować się do skoku. Unoszę powoli czapkę kukły ponad okop i niemal natychmiast cofam. Bzyknięcie świadczy o tym, że snajper czuwa. Znowu unoszę kukłę, a Staszek przeskakuje do sąsiedniego okopu, by po chwili znaleźć się w następnym. Tam montuje ze swego płaszcza i czapki taką samą kukłę i zaczyna nią nęcić tego zawziętego strzelca wyborowego. Bez przeszkód przeskakuję do Staszka. Jesteśmy tuż przy samej drodze. Od dłuższej chwili panuje cisza. Artyleria przestała strzelać. Po drugiej stronie bagna słychać jakieś nawoływania, głośne komendy. Muszę koniecznie ustalić miejsce, skąd strzela ten snajper. Muszę go zlikwidować. Inaczej nie pozwoli nam wytknąć głowy. Każę "Skrzypkowi" podnieść szybkim ruchem kukłę do góry. Sam w drugim końcu okopu ostrożnie wychylam głowę i bacznie wypatruję miejsca, skąd padnie ten pojedynczy strzał. Staszek podnosi, to opuszcza czapkę, już dwukrotnie przedziurawioną. Nagle krzyczę: - Mam go! Strzela spomiędzy szprych tylnego koła wozu stojącego pod konarami przekrzywionej jabłoni. Każę "Skrzypkowi" krzyknąć do sąsiedniego okopu, by inni koledzy też zaczęli podnosić czapki. Sam powolutku podnoszę "skodę", opieram lufę na przedpiersiu i celując dokładnie, z namaszczeniem wypuszczam krótkie serie. Potem mała poprawka i znowu seria, ale już dłuższa. Nie poruszając się patrzę przez celownik na tamto koło. Co prawda skutków swoich serii nie mogę sprawdzić, ale po chwili widzę kilku Niemców biegnących do tego wozu. A Niemiaszki, teraz was potrzymam w szachu. Krótką serią kładę ich na ziemię, a każde poruszenie kwituję seriami erkaemu. Do nas dołącza jeden z kolegów z prawej, a potem i inni pojedynczymi strzałami karabinów. Zabawę przerywa pojawienie się czołgu strzelającego w naszą stronę długimi seriami broni maszynowej. Nasz animusz znacznie ostygł. Z niepokojem obserwuję ociężałe, groźne manewry "Tygrysa", który ciągle strzelając zbliża się do grobli, jakby z namysłem, wciąga swe stalowe gąsienice na jej rozmiękłą, wątłą wstęgę. Niepokój wzrasta wraz z przybliżaniem się czołgu. Usiłuję sobie przypomnieć wytyczne dotyczące obrony przed atakiem broni pancernej. Niezrównany "Wuika" na wykładach z teorii walki mówił tak: - "Najpierw działka i rusznice przeciwpancerne, potem wiązka granatów i butelki z benzyną, a w ogóle najlepiej się z nimi nie spotykać". No tak, nie spotykać... To co zrobić? Uciekać? Działek, rusznic ani benzyny nie mamy. Granatów nie za wiele. A w ogóle nie mamy doświadczenia. Pierwszy raz znajdujemy się w obliczu czołgu. Z drugiej strony drogi ktoś woła, żeby się nie bać, że czołg do nas nie dotrze, bo grobla jest zaminowana. Potwierdzenie tych słów nastąpiło już po chwili. Czołg nagle stanął w połowie grobli i dalej ani rusz. Wspaniali są nasi saperzy pod dowództwem sierżanta "Sapera". Niech ktoś spróbuje rozminować teraz groblę. Mowy nie ma... Na tej "patelni" stanowił zbyt łatwy cel. Mój dzielny amunicyjny po uzupełnieniu opróżnionych magazynków trąca mnie łokciem i głową wskazuje przeciwległy brzeg bagna, skąd wychodzi natarcie piechoty niemieckiej. Każę podać po linii, aby czekano na mój znak do rozpoczęcia ognia. Czołg pluje do nas z karabinu maszynowego i działa. Dla lepszej skuteczności ognia cofnął się, aż do końca grobli. Tyraliera nieprzyjacielska posuwa się powoli. Niemcy usiłują wyszukiwać butami pod wodą kępy i inne płytsze miejsca wymachując przy tym komicznie rękami i przekrzywiając ciała w różne strony. Wygląda to jak widowisko cyrkowe. Głośniejszy plusk bagiennej wody towarzyszy padającym raz po raz szwabom. Na twarzach kolegów widzę ironiczne uśmiechy. Niektórzy wybuchają głośnym śmiechem. Uważnie spoglądam w lewo. Tam tyraliera wroga posuwa się znacznie szybciej. Będę musiał zająć się tamtym odcinkiem, pozostawiając przedpole opiece kolegów z prawej. Nasze lewe skrzydło zionie już ogniem na całej linii. Przekręcam "skodę" o sześćdziesiąt stopni w lewo i zaczynam strzelać krótkimi seriami. W czasie wymiany magazynków zerkam na przedpole. Z zadowoleniem stwierdzam, że ogień kolegów czyni ogromne spustoszenie wśród przeciwników. Przychodzi mi na myśl powiedzenie "strzelanie do kaczek". Faktycznie Niemcy znaleźli się w opresji - na otwartej, wodnej przestrzeni, zaledwie o sto metrów przed naszymi lufami. Natarcie się załamuje. Widać wyraźnie, że już myślą tylko o tym, jakby się z tego piekła wycofać. Jedni zawracają biegiem, padając co chwila. Inni próbują się czołgać. Po lewej stronie drogi, Jurek "Borys" stojąc na wzgórku z nieodłącznym "pieskiem" pod pachą patrzy pilnie, czy czasem jakiś spóźniony Niemiec nie ukrył się gdzieś w krzakach. Czołg ze zdwojoną zajadłością ostrzeliwuje nasze pozycje. Ale to nie jest już takie groźne. Zdążyliśmy się oswoić z widokiem tej piekielnej maszyny. Tymczasem Niemcy, widząc bezskuteczność swoich ataków przy użyciu dotychczasowych środków, przygotowali nam niespodziankę w postaci kilkunastu samolotów bombardujących. "Sztukasy" nadleciały z północy. Lecą w kluczach po trzy sztuki. Z trwogą patrzę na powietrzną flotyllę sunącą na niewielkiej wysokości. Czyżby ta potęga została skierowana przeciwko nam? Przeciwko garstce stłoczonej na niewielkim skrawku ziemi? A jednak to na nas. Szykują się już wchodząc "gęsiego" w lekki skręt w lewo. Mała poprawka na celowniku prowadzącego pilota i... huk. Jeden wielki, przeciągły huk. Eksplozja rozdziera ziemię, powietrze, płuca, głowę i wszystko dookoła. Nie potrafię określić czasu trwania tej kanonady. W pewnym momencie nastąpiła przerwa w bombardowaniu. Przestała drżeć ściana okopu, o którą opieram się plecami. Ale warkot samolotów słyszę wyraźnie pomimo dzwonków "zainstalowanych" przynajmniej po dwa w każdym uchu. Warkot słychać z pewnego oddalenia, ale już po chwili przybliża się i to od strony północnej. Czyżby nowa fala samolotów? Nie, to te same. Zatoczyły koło i znowu szykują się do ataku. Rozumiem, teraz broń pokładowa. Próbuję się jeszcze bardziej wcisnąć w ścianą okopu, ale piasek nie chce ustąpić. Ale co to? Jakieś nowe, znaczne wybuchy słychać na powierzchni. Mimo, iż jestem do połowy zasypany piaskiem, usiłuję wyjrzeć ponad okop, aby przekonać się co to takiego. Kolejny samolot przelatuje nisko nad naszymi pozycjami. Spod jego kadłuba oddziela się niewielkich rozmiarów przedmiot. Coś na kształt podłużnej walizki, która kilka metrów nad ziemią rozpada się z głuchym jękiem. Dalej już lecą małe okrągłe przedmioty. Wygląda to jak jabłka wypadające z rozbitej skrzynki. Są to granaty uderzeniowe, wybuchające przy zetknięciu z ziemią... gałezią lub... głową. Sypie się tego tak wiele, że ziemia i wszystko dookoła zda się płonąć. Po wyrzuceniu skrzynek z granatami, piloci ustawili się w kolejnym szyku do ostrzału naszych pozycji. Najpierw lotem koszącym atak na wprost, od czoła z działek pokładowych. Potem wprawili maszyny w ruch okrężny i latając po wydłużonej elipsie ostrzeliwali nas z karabinów maszynowych, mocno przechylając samoloty na lewe skrzydło. Mam wrażenie, że znajduję się pośrodku jakiejś potwornej karuzeli, która zamiast krzesełek na łańcuchach ma zawieszone na niewidzialnych nitkach jednakowe samoloty dużych rozmiarów, nieustannie strzelające. Wreszcie ogień ustaje. Odlatują. Mam chęć wygarnąć chociaż jedną serię. Jedną serię w czerwony pysk wykrzywiony nienawiścią i zawziętością, który widzę zupełnie wyraźnie ponad krawędzią kabiny pilota ostatniego samolotu. Lecąc zupełnie niziutko już nie strzela, tylko bacznie ogląda swoje i kamratów "dzieło". Obyś skrzydła połamał, zarazo. Chyba jednak sparaliżował mnie strach, skoro nie strzelam. Cisza, która ogarnia całą przestrzeń jest zaskoczeniem. Jakby nierealna. Wprost trudno uwierzyć, że nic się dookoła nie dzieje. Szum i dzwonienie w uszach są chyba dokuczliwsze niż niedawne wybuchy i strzelanina. Nalot? Ależ oczywiście, to był przecież nalot mający zniszczyć naszą obronę, załamać nasz opór, a tym samym otworzyć drogę dla kolejnego natarcia. Jakby mi ktoś induktor podłączył do czubków palców. Poderwałem się błyskawicznie i patrzę w stronę przeciwległego brzegu łąki. No jasne! Niemiecka tyraliera już brodzi po bagnie posuwając się dość szybko ku naszemu brzegowi. Zdejmuję płaszcz, żeby nie przeszkadzał i wołam w prawo po linii okopów:

- Uwaga, tyraliera przed nami!

Z niepokojem patrzę, ile głów ukaże się ponad okopami, a ile okopów okaże się pustych, ponieważ ich obrońcy ponieśli śmierć, lub na skutek odniesionych ran nie są zdolni dźwignąć się o własnych siłach. Jednakże sporo głów ukazuje się na powierzchni. Zresztą nie mam czasu się nad tym zastanawiać, bo Niemcy dotarli już do połowy szerokości bagna. Za chwilę musimy ich powitać. Sprawdzam działanie zamka "skody" i układam tuż przy prawej ręce wszystkie magazynki. W każdym z nich jest dwadzieścia naboi. Szkoda, że tak mało. Trzeba często zmieniać, ale na szczęście nie trwa to dłużej niż kilka sekund. Jeszcze raz obliczam w myśli ilość amunicji, jaką dysponujemy. Czuję, że tym razem będzie gorąco. Że Niemcy - ośmieleni tak silnym przygotowaniem artyleryjskim i lotniczym - będą się pchali całą mocą na nasze pozycje, licząc na to, iż niezbyt wielu zostało nas jeszcze zdolnych do walki. Lewe skrzydło naszej obrony już rozpoczęło ostrzeliwanie Niemców. Ogień początkowo jakby nieśmiały wzmaga się, potężnieje z każdą chwilą. Wreszcie i nasze skrzydło zaczyna się odzywać. Na razie pojedynczymi strzałami, też jakby trochę nieśmiało. Ja muszę wspierać ogniem lewe skrzydło. Naciskam język spustowy "skody". Strzelam krótkimi seriami biorąc na cel pojedyncze sylwetki wroga. Zacząłem kolejno od tych, którzy byli najbliżej krzaków. Staram się nie dopuścić ich do tej naturalnej zasłony. Przebiegam wzrokiem rozproszoną i mocno przetrzebioną tyralierę niemiecką, na prawym skrzydle naszej obrony. O wynik natarcia na tym odcinku już mogę być spokojny. Niemcy nie dotrą do naszego brzegu. Natarcie załamało się całkowicie. Zupełnie jak poprzednim razem. Przenoszę wzrok na lewą stronę drogi i ze zgrozą stwierdzam, że pojedyncze sylwetki Niemców, wyskakują z krzaków i jedynym susem dopadają suchego brzegu, na którym broni się zaciekle nasze lewe skrzydło. Tych kilkunastu śmiałków obrzuca gęsto granatami nasze okopy. I chociaż nasi odpowiadają im również granatami, to jednak zdaję sobie sprawę, że tam sytuacja jest groźna. Kieruję, więc bardziej w lewo lufę niezawodnej "skody" i "pruję" długimi seriami wzdłuż brzegu, gdzie widzę leżących Niemców. Po chwili przenoszę ogień na krzaki i znowu wracam na brzeg. A dalej na lewo, spoza łuku wzniesienia, ukazała się cała grupa Niemców. Wyrośli nagle z wody i szuwarów, jakby jakieś potwory z upiornej bajki. Potwory miotające granatami. Cała lawina granatów spada na nasze okopy. Niemców przybywa coraz to więcej i więcej. Nikt i nic nie zdoła powstrzymać ich naporu. Cała siła natarcia skoncentrowała się na tym małym odcinku. Powietrze zgęstniało od pocisków płynących strumieniami z luf trzymanych pod pachą "bergmanów" (Typ niemieckiego pistoletu maszynowego o dużej sile rażenia) i zwykłych pistoletów maszynowych. Niemcy nie biegną do przodu, lecz postępują krok za krokiem, usiłują potęgą ognia złamać opór obrońców i zmusić ich do ucieczki. Częściowo im się to udaje, bo oto pojedyncze sylwetki pomykają do tyłu, ale przestrzeń jaką zdołali przebyć jest tak przerażająco mała, że łatwo zrozumieć, czym kończy się każdy taki skok do tyłu. Ucieczka w tej sytuacji to samobójstwo. Tylko zażarta, bezpardonowa walka może przynieść ocalenie. Ocalenie? Skąd ono może przyjść i w jakiej formie? Ze środkowego odcinka obrony nie możemy udzielić wsparcia ogniowego kolegom z lewego skrzydła, bo musielibyśmy strzelać wzdłuż własnej linii okopów, czyli ponad głowami swoich. Do dowódcy batalionu daleko. Nie wiadomo zresztą, czy nasza druga kompania jest w odwodzie, czy nie jest na wymarszu, lub też gdzieś w boju. O przegrupowaniu części naszego plutonu na lewe skrzydło też nie może być mowy, bo Niemcy zmobilizowani widocznym sukcesem na prawym skrzydle, wzmogli natarcie na całej linii. Już my mamy pełne ręce roboty. Już nie mogę zbyt wiele uwagi poświęcić temu, co dzieje się na końcu naszego lewego skrzydła. Muszę strzelać w kierunku krzaków obok drogi, gdzie, aż się roi od Niemców. Ocalenie przyszło nagle i z najmniej spodziewanej strony. Pluton żołnierzy radzieckich z jednym działem 76 mm wyłonił się nagle spomiędzy brzózek i olszy od strony wsi. Artylerzyści znalazłszy się na samym krańcu skrzydła naszej obrony, a właściwie sto metrów dalej - sprawnie wykręcili działo, odprzodkowali i ogniem na wprost rozpoczęli prażyć szrapnelami z flanki, wzdłuż tyraliery niemieckiej. Nie przypuszczałem nawet, że można tak szybko strzelać z działa... Piechurzy natychmiast włączyli się do naszej obrony i swoimi "pepeszkami" zaczęli "grać" Niemcom pożegnalną melodię. Ci, zaskoczeni pierzchnęli z powrotem w krzaki, popędzani szrapnelami. Sytuacja zmieniła się w ciągu kilku minut diametralnie. Krasnoarmiejcy przybyli w samą porę. Z zaciśniętymi ustami strzelam do uciekających Niemców, znowu dokładnie widocznych na tle wody. W krzakach już ich nie ma. Zwycięstwo... Pod powiekami czuję dziwne pieczenie. Czy to od piasku? A może od dymu? A może coś zupełnie innego?... Nieruchomy dotąd czołg stojący po prawej stronie bagna poruszył się ociężale, podpełzał do wylotu drogi przecinającej bagno i rozpoczął znowu ostrzeliwanie naszych pozycji. Ale trwało to zaledwie kilka minut, dopóki Rosjanie nie podciągnęli działa bliżej, w miejsce, skąd przez krzaki mogli widzieć czołg. Przedziwnie łatwo poradzili sobie z tym groźnym kolosem. Już po pierwszym pocisku, który wybuchł tuż obok gąsienicy, przestał strzelać. Wykonał zwrot w lewo i zaczął powoli sunąc w stronę zabudowań. Po wybuchu drugiego pocisku przyspieszył biegu i schronił się za murowaną ścianą domu. Dwa następne pociski zburzyły w znacznej części dom powodując pożar. Niemcy spiesznie opuścili rejon zabudowań, kierując się w stronę pobliskiego lasu. To była Pisarzowa Wola... Ucichły strzały, wybuchy, eksplozje. Zamilkły erkaemy, "pepeszki" i inne pistolety maszynowe. Zrobiło się niewiarygodnie cicho... Spoglądam do tyłu na czerwonozłotą, olbrzymią tarczę słońca zachodzącego już na widnokręgu. Obliczam, że trwało to około dziesięciu godzin. Wychodzimy z okopów i kierujemy się w stronę wsi Strzelecka, do naszego miejsca postoju. Stanowiska w okopach zajmują po nas Rosjanie. Będą nadal bronili dostępu do jedynych wrót prowadzących na nasz teren. Na podjeżdżające furmanki układamy rannych i odsyłamy do szpitala "Osnowy", położonego gdzieś w gęstwinie leśnej, w kierunku Ziemlicy. Natomiast poległymi kolegami zajmuje się polska ludność cywilna, organizująca Im godny pochówek w zbiorowej mogile, pod lasem. Tyle tylko, że bez salwy honorowej. Czuję potworne zmęczenie i głód. W pierwszej chacie proszę o mleko. Jednym tchem wypijam całą kwartę, zjadam kilka pieczonych pierogów z fasolą i popijam następną kwartą mleka. Spokojnie mogę iść dalej do naszej stodoły. Teraz dowiadujemy się, że nasza druga kompania nie znajduje się, ani w Strzeleckiej, ani nawet w pobliżu, lecz po ciężkim boju pod Puzowem, niemal dokładnie w tym samym miejscu co dnia poprzedniego - opuściła pod wieczór Siedliska, przeszła na zachodni brzeg bagiennej strefy, do wsi Zabłocie. Bój zakończył się pełnym sukcesem naszych. Odparli cztery wściekłe ataki Niemców, zadając im znaczne straty w zabitych i rannych. Zdobyli wiele broni i amunicji, a w stosownej chwili dzielny "Remus" poderwał chłopaków do śmiałego kontrataku przepędzając Szwabów, aż do szosy Włodzimierz - Uściług. Kilkunastu rannych Niemców, po założeniu wstępnych opatrunków "Remus" kazał załadować na wymoszczone słomą wozy i odtransportować do Włodzimierza. Tego ryzykownego i niebezpiecznego zadania podjęła się sanitariuszka "Katia", woźnicami byli taboryci, którzy zgłosili się ochotniczo. Na rogatce "Katia" oświadczyła wartownikom, że wiezie rannych Niemców. Jeden z nich telefonicznie wezwał sanitarkę, do której przeładowano rannych. "Katia" spokojnie zawróciła puste wozy w drogę powrotną. Bez przeszkód dotarła do Sielisk i dalej do Zabłocia. W czasie, kiedy myśmy toczyli ciężki bój w obronie grobli na północ od Zabłocia, nasza druga kompania oraz dwa plutony pierwszej broniła identycznej grobli na południe od strony wsi Wierów. Stąd elipsa wykonywana przez atakujące nas "Sztukasy", była wydłużona w kierunku południowym. Dociera do nas wstrząsająca wiadomość o śmierci dowódcy naszej 27 Dywizji Piechoty AK, podpułkownika "Oliwy". Zginął jak żołnierz, jak bohater. Smutek tym większy, że na miejscu zbiórki nie możemy doliczyć się wielu kolegów. Polegli, bądź zostali ranni. Ponad dwudziestu - niestety, nikt dokładnie nie policzył - ilu rannych przewiezionych zostało na kilku wozach, pod opieką naszej służby sanitarnej do szpitala. Boleśnie odczuwamy wiadomość, że Zygmunt "Szary" ma przestrzelone obydwie nogi, tuż powyżej stawu skokowego. Trafiły go pociski z samolotu. Po tych tragicznych wiadomościach nie sprawił mi radości nawet awans do stopnia kaprala i nominacja na dowódcę drużyny, o czym dowiedziałem się z rozkazu odczytanego podczas porannej zbiórki następnego dnia. Nasze placaki oddajemy taborytom. Wyjmuję ze środka swój "pamiętnik" i chowam do wewnętrznej kieszeni munduru. Przeczucie mnie nie myli, że z plecakiem nie spotkam się już więcej... Wszystko wskazuje na to, że Niemcy z uporem pchają się w głąb naszych terenów, a my im - jak dotąd - skutecznie w tym przeszkadzamy. Bronimy dwóch grobli stanowiących dwie możliwości przedarcia się przez to pasmo bagien. Na razie nie mogę się połapać, o co tu właściwie chodzi. Dopiero po dołączeniu do nas drugiej kompanii okazało się, że straciła Ona w boju pod Piatydniami (12.04.1944 r.), trzech żołnierzy:  "Klon" (Kazimierz Bajda), "Trzpień" (Franciszek Stefanowicz) i "Burza" ( Eugeniusz Włodarski), a pod Siedliskami (14.04.1944 r.) zginęli "Trzciel" (Władysław Jeleń), "Trzmiel" (Henryk Malec).

Fragment wspomnień autora, żołnierza batalionu "Krwawa Łuna" 27 WDP AK, Romana Kucharskiego ps. "Wrzos" opublikowane w książce "Krwawa Łuna".