Dzisiaj jest: 2 Czerwiec 2020        Imieniny: Marianna, Marzena, Erazm
IPN: Prośba o pomoc  w ustaleniu krewnych  Tadeusza Stankiewicza

IPN: Prośba o pomoc w ustaleniu krewnych Tadeusza Stankiewicza

Biuro Poszukiwań i Identyfikacji Instytutu Pamięci Narodowej zwraca się z prośbą o pomoc w poszukiwaniach krewnych pochodzącego z Wileńszczyzny Tadeusza Stankiewicza, który został skazany na karę śmierci za działalność w…

Readmore..

Lwów: obchody 100. rocznicy urodzin św. Jana Pawła II

Lwów: obchody 100. rocznicy urodzin św. Jana Pawła II

To on z wielką miłością spoglądał w naszą stronę, wyciągając w ku nam swoje dłonie i błogosławiąc codzienność naszego trwania w wierze – powiedział abp Mieczysław Mokrzycki, który wieczorem 18…

Readmore..

Czerwcowy numer KSI (06/2020) wydany

Czerwcowy numer KSI (06/2020) wydany

Czerwcowy numer KSI wydany. W numerze m.in.: Polskie dzieci z Kresów autorami w Bibliotece NarodowejPolskie dzieci z Kresów autorami w Bibliotece Narodowej Tak spektakularnym efektem zakończył się właśnie roczny projekt,…

Readmore..

Dekompozycja Polski

Dekompozycja Polski

/ Ród Longchamp de Berier https://kuriergalicyjski.com/images/2011/HISTORIA/Biografie/Rodzina_Long_slub_A.jpg Ród Longchamp de Berier wywodzi się z osiadłej w Polsce hugenockiej rodziny francuskiej, która emigrowała po odwołaniu przez Ludwika XIV edyktu nantejskiego. Już pierwszy…

Readmore..

MEDUCHA Kościół Matki Bożej Różańcowej

MEDUCHA Kościół Matki Bożej Różańcowej

/ Meducha kościół Matki Bożej Różańcowej gmina: Delejów powiat: stanisławowski województwo: stanisławowskie Na historycznej ziemi halickiej sięgającej początków Rzeczypospolitej, 30 km od Stanisławowa wśród pagórków, łąk, pól i stawów, rzadziej…

Readmore..

" Echo" - książka o Wołyniu, którego nie ma, dostrzeżona w USA

/ Miejsca, których nie ma / Maksymilian Rigamonti Przyznaję, że nie dostrzegliśmy w porę książki "Echo" duetu dziennikarsko-fotograficznego RigamontiRazy2, którą wydał Press Club Polska w 2018 roku, czyli w 75…

Readmore..

CIEMNIEJSZE OBLICZE UKRAINY

CIEMNIEJSZE OBLICZE UKRAINY

/ Wiatrowycz w pozie a’la Mussolini. Na szczęście dzisiaj już były szef ukraińskiego IPN. Incydent z zablokowaniem upamiętnienia cichociemnych pokazał obecną dominację silnie nacjonalistycznego ducha państwa ukraińskiego Zapowiadało się godnie…

Readmore..

Genialny samouk twórcą „Lwowskiej Szkoły Matematycznej”

Genialny samouk twórcą „Lwowskiej Szkoły Matematycznej”

/ Prof. Stefan Banach w wieku 52 lat, Lwów 1944 Nigdy nie ukończył studiów, a w wieku 30 lat był już profesorem Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Niniejszy artykuł to…

Readmore..

Białorusini z Polski  zebrali sprzęt medyczny do walki z wirusem w kraju

Białorusini z Polski zebrali sprzęt medyczny do walki z wirusem w kraju

 Białorusini z Polski zebrali sprzęt medyczny do walki z wirusem w krajuPrzekazać sprzęt medyczny na Białoruś pomogła ambasada w Warszawie i konsulat w Białymstoku.W ramach ruchu #ByCovid19 przedstawiciele białoruskiej diaspory…

Readmore..

Rody Ormian w gospodarstwie polskim

Rody Ormian w gospodarstwie polskim

/ By http://www.aeiou.at/aeiou.encyclop.b/b030720.htm, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=922651 Na tych to tedy czwartkach tańczyło się bostona, trochę flirtowało , zjadało znakomite sorbety i ciastka ormiańskie, chatłamajki, przy wybornej herbacie lub kawie,…

Readmore..

RZEŹNIK Z WOŁYNIA BOHATEREM  KRAINY.

RZEŹNIK Z WOŁYNIA BOHATEREM KRAINY.

/ Roman Szuchewycz ukraiński bohater 12 pażdziernika 2007 r Roman Szuchewycz. "Taras Czuprynka" otrzymał pośmiertnie tytuł Bohatera Ukrainy, przyznany przez prezydenta Wiktora Juszczenkę, sympatyka faszystowskiej UPA. W ubiegłym roku z…

Readmore..

Dowody zbrodni UPA   w Mogielnicy  województwo tarnopolskie 1944 r.

Dowody zbrodni UPA w Mogielnicy województwo tarnopolskie 1944 r.

/ Zdjęcie przedstawia „weterana „, sotnika- UPA Myrosława Symczycza. Mogielnica – wieś w rejonie trembowelskim obwodu tarnopolskiego, założona w 1564 r. W II Rzeczypospolitej miejscowość była siedzibą gminy wiejskiej Mogielnica…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.9 - ostatnia

/ Rok 1925 - dom w Kielcach przy ul. Chęcińskiej 2, w którym mieszkał Marian Strzetelski z rodziną. Na zdjęciu Marian Strzetelski z małym Szczęsnusiem i ze stojącą w środku żoną Czesławą zd. Gubrynowicz.

Oto dziewiąta, ostatnia część opowieści – pamiętnika - napisanego przez brata mojego pradziadka Mariana Strzetelskiego z okresu I wojny światowej. Marian opisuje warunki panujące w obozie w Krasnojarsku, w którym polscy oficerowie znaleźli się po kapitulacji pod Klukwienną. Pokazuje jaskrawe przykłady zezwierzęcenia i moralnego przytępienia ludzkiej wrażliwości i ludzkich uczuć żołnierzy tam przebywających. Wiosną 1920 roku wszystkich więźniów przebywających w obozie w Krasnojarsku bolszewicy przewożą do mocno przepełnionego obozu w Omsku.

Tam Marian trafia do więzienia CZEKI, gdzie po ponad miesięcznym pobycie zostaje przewieziony do Tuły, miasta oddalonego o około 100 km od Moskwy. Tam Marian przebywa prawie rok aż do jesieni 1921, kiedy w końcu powraca do upragnionej Ojczyzny. Zanim jednak to nastąpi wspólnie ze swoimi kolegami oficerami, zwykłymi żołnierzami i wielu polskimi rodzinami - cywilami przeżywa moc nieoczekiwanych zdarzeń. Prowadzi też pertraktacje z bolszewickimi władzami obozu i miasta celem respektowania postanowień Traktatu Ryskiego oraz kontaktuje się w tej sprawie z Czerwonym Krzyżem i Polską Komisją Repatriacyjną. Bardzo osobiste i wyjątkowo indywidualne opisy rzeczywistości obozowej sprawiają, że wspomnienia te stają się wyjątkowym świadectwem minionych czasów.

…Zapraszam do lektury.   

Książka ze wspomnieniami Mariana Strzetelskiego ukarze się drukiem pod koniec roku.

Kielce 13.II.1924 (środa)

 Otrzymałem dzisiaj tu od pułkownika Wołkowickiego [1] oraz szefa sztabu pułkownika Latinika, lekką pucówkę, choć nie ja przecież zawiniłem. Przyjąłem to w pokorze, gdyż nie miałem czasu na dłuższą dysputę, a poza tym unikam już dzisiaj jakichkolwiek zdenerwowań i podnieceń. Wróciwszy do mieszkania uspokoiłem się trochę i napisałem list do mego dawnego ordynansa z Przemyśla (z czasów oblężenia miasta z 1914-1915 roku), Jana Maksymowicza, majstra stolarskiego w Dolinie w Małopolsce. Prosiłem go o informacje co stało się z moimi rzeczami zostawionymi w Przemyślu. Podałem mu Twój adres Cesiu, we Lwowie. Gdyby przypadkiem się zjawił przyjmij go grzecznie, bo to zamożny dziś gospodarz. Choć Rusin był zawsze bardzo porządny i w stosunku do mnie zawsze uczciwy. Dzisiaj korzystam z tego, że przedsiębiorcy nie przedłożyli mi jeszcze rachunków, więc nie muszę ich w domu sprawdzać. Czasu mam dużo, więc mogę kontynuować me opowiadanie dalej. Jednak wcześniej je chyba dzisiaj zakończę, bo dość źle w nocy znów spałem, a nerwy me muszę szanować.               

  Gdy byliśmy jeszcze uwięzieni w areszcie w Irkucku i siedzieliśmy tam stłoczeni jak śledzie w beczce, zaszedł pewien incydent pomiędzy pułkownikiem Konradem Piekarskim, a kapitanem Rogoszem, który był tłumaczem francuskim przy naczelnym dowództwie. W jednej z cel, w której znajdowały się piętrowe prycze, znajdowało się już kilku oficerów z pułku ułanów, wyciągniętych z ośmiu pociągów, które stały zablokowane przez Czechów na jednym z torów. Do nich został też przydzielony ich dowódca, pułkownik Piekarski, który mimo sprzeciwu pozostałych dosłownie wlazł do nich na siłę. Kapitan Rogosz również próbował się tam zainstalować, lecz stanowczo nie przyjęto go. Wówczas kapitan wezwał bolszewickiego komendanta warty i zażądał by „zrobił on porządek z tymi pułkownikami, bo żołnierze mają już dość ich panowania”. Później sprawa ta, kilka razy oparła się o sąd honorowy. Ostatnio nawet, już po naszym powrocie do kraju z niewoli bolszewickiej, znalazła swój finał w sądzie w Dęblinie. Szczegółowo opowiem o tym dalej.

 W kolejnym dniu od tego zajścia, wieczorem przybyła do nas kolejna partia aresztantów, a w następnych dwu trzech dniach reszta oficerów, z wyjątkiem naszego głównego dowódcy – pułkownika Czumy. Wszystkich nas rozmieszczono w kilku, różnych, dość obszernych, dużych salach, w których było zimno i wilgotno. Ściany od wewnątrz były mocno oszronione, a wentylacja marna. Po tym jak udało się nam „zdobyć” piecyki do ogrzewania (typ kozy) i zaczęliśmy w nich palić, szron tajał i ze ścian spływały strużki wody wprost na podłogę tworząc kałuże. Na skutek naszego intensywnego oddychania wilgotność zaczęła wzrastać, tak że po pewnym czasie poczuliśmy się jak w saunie. Ponieważ byliśmy organizacją wojskową postanowiliśmy wprowadzić jakiś porządek w organizacji dnia codziennego, jednak sami pułkownicy sprawę popsuli. Jednego dnia w każdej z sal naszego aresztu, aż kilku z nich ogłaszało, że jako najstarszy rangą obejmuje komendę. O to starszeństwo zaczęli się spierać pomiędzy sobą. Trwało to kilka dni, aż pewnego popołudnia bolszewicki komendant obozu wywołał spośród nas wszystkich wyższych rangą oficerów -  pułkowników, podpułkowników, majorów – niby dla przesłuchania, a później okazało się, że już więcej do nas nie wrócili. Podobno zostali uwięzieni przez ‘czerezwyczajkę” [2] i umieszczeni w podziemiach jednego z budynku. Między nimi był również i pułkownik Kadlec [3], jeden z komendantów Korpusu Czechosłowackiego na Syberii. Wielu z tych oficerów przebywając w strasznych warunkach pochorowało się na tyfus i kilkoro z nich zmarło. Wśród nas pozostał jedynie jeden pułkownik z Warszawy, zdaje się nazwiskiem Prokopowicz, który krótko przed naszą kapitulacją wstąpił do armii polskiej. Był to dobry człowiek ale straszny gaduła, idący za wszelką cenę na kompromisy z bolszewikami. Wszystkich irytowało bardzo, że wobec naszych prześladowców nie potrafił zachować godności polskiego oficera. Przed bolszewickim komendantem naszego obozu, zarozumiałym, bezczelnym i smarkatym, jeszcze bardzo młodym chłopakiem, płaszczył się zawsze, czapkował mu nisko, a nawet mu siodło przytrzymywał, gdy ten dosiadał konia. Robił to, jak nam próbował tłumaczyć, by tę dziką bestię ułagodzić i jak najbardziej ugłaskać, by ten nie lżył nas i nie wyżywał się na nas. Nic to jednak nie pomagało, a jeszcze bardziej nas irytowało i urażało bardzo naszą polską ambicję, zresztą słusznie. By pohamować pokorne i nieraz bardzo szkodliwe zapędy Prokopowicza zorganizowaliśmy ogólną naradę i postanowiliśmy, że pułkownik otrzyma radę przyboczną, by więcej sam nie podejmował głupich decyzji. W skład tej rady weszło kilku porządnych oficerów, mających posłuch wśród żołnierzy, w tym między innymi porucznik Dybowski, major Friedrich ze Lwowa i ja.  Dość często organizowaliśmy narady, by nasze życie tu w niewoli jakoś możliwie uregulować i stworzyć wśród żołnierzy znośne warunki do egzystencji. Codziennie wyznaczaliśmy nowych dyżurnych do podtrzymywania ognia w piecu, by nie zgasł i by w nocy było ciepło, osoby do porządkowania pomieszczeń w których spaliśmy, itp. Ze względu na codzienny przydział chleba i zupy wszystkich nas podzielono na dziesięcioosobowe zespoły, z najstarszym rangą na czele. Urządzenia pierwszej potrzeby były bardzo nędzne. Były to latryny – ziemne jamy wykopane przez naszych poprzedników, prawie zupełnie zapełnione i śmierdzące. Z rozkazu władz bolszewickich dla „prowieżki” – sprawdzenia, we wszystkich salach był umieszczony rosyjski spis mieszkańców. Codziennie też strażnicy sprawdzali nasz stan, próbowali nas przeliczać, a my w bardzo prosty sposób oszukiwaliśmy głupich komendantów wart. Otóż przejścia między poszczególnymi grupami drewnianych prycz, na których spaliśmy były dość wąskie, górne piętra umieszczone wysoko, więc doradziliśmy strażnikom, by sprawdzanie górnych pięter przeprowadzić licząc parę opuszczonych nóg osób siedzących na nich. W pomieszczeniach przeważnie panował półmrok, sprawdzający obchodzili wkoło każdą grupę prycz i przeliczali nas. Siedzący na górze żołnierze opuszczali nogi z jednej strony pryczy, a gdy sprawdzający przechodzili na drugą stronę, już część tych samych nóg zapełniała puste miejsca naprzeciwko. W ten sposób udawało się nam ukryć nieobecność tych, którzy uciekli. Chleb, który na serwowano z początku był nawet nie najgorszy, ale za to zupa, co drugi dzień rybna lub z koniny wstrętna, cuchnąca zepsutym mięsem, za to bardzo mocno przyprawiona, by zabić smak i zapach. Codziennie, na parędziesiąt minut mogliśmy wychodzić na spacer, na podwórze ogrodzone drutem kolczastym i pilnie strzeżone przez bolszewików. Z początku dwa razy, a później już raz na tydzień pozwolono nam przez druty przyjmować pomoc w naturze od rodzin i znajomych odwiedzających nasze więzienie. Były to przeważnie jakieś paczki żywnościowe.

 Dowiedziałem się, że moi żołnierze których część wstąpiła do partii bolszewickiej i nawet tam jakieś wyższe stanowiska otrzymali, wnieśli zbiorową prośbę z podpisami do komendanta naszego obozu, by władza sowiecka mnie, jako zawsze życzliwie traktującego swoich podwładnych, za ich poręką, uwolniła i wypuściła na swobodę z więzienia. Do tego jednak oczywiście nie doszło, zresztą nawet jeśliby sowieci na to się zgodzili, to ja nie mógł bym na to przystać, chociażby ze względu na solidarność z moimi współtowarzyszami niedoli. W każdym bądź radzie jest to dla mnie miłe wspomnienie z tamtych czasów świadczące o tym, że żołnierze potrafili właściwie ocenić moje ich traktowanie, choć nieraz ostre i wymagające wysiłku oraz dyscypliny. Pilnujący nas żołnierze, którzy przed naszym aresztowaniem służyli w naszej armii, a potem przeszli na stronę bolszewików, z początku zaopatrywali nas w jedzenie i przynosili nam chleb własnego wypieku, słoninę, pieczone lub gotowane mięso, cukier, kakao, kawę, tytoń, a nawet niezbędne ubrania i bieliznę. Przez jakiś czas uwięzieni mężowie, ojcowie i synowie mieli możliwość widywania przez druty swoich najbliższych – żony, córki czy matki i otrzymywali od nich różnego rodzaju dary w postaci paczek. Jednak nie zawsze trafiały one we właściwe ręce. Bardzo często zdarzało się, że stosując szykany czy represje w stosunku do nas, paczki te rozkradali rosyjscy bolszewicy.

/ Rok 1927, 26 luty - major Marian Strzetelski jako kierownik rejonu Inżynierii i Saperów oddział Kielce. Nazwiska współpracowników: E. Pszonczak – urzędnik, T. Ostrowski – urzędnik, A. Pszonczak – sierżant, S. Berner – sierżant, P. Sarna – sierżant, S. Matłowski - porucznik

 W tym czasie strasznie wycierpiały się nasze kobiety. Gdy udało się im znaleźć jakieś schronienie, mieszkano po kilka rodzin w jednej wynajętej izbie, przeważnie same kobiety, starcy i dzieci. Pomimo tego, że czasy były ciężkie i straszne, że prawie codziennie sowieci przeprowadzali rewizje i konfiskatę mienia, a w majestacie bolszewickiego prawa kradli to, co można było jeszcze ukraść, one, dzielne polskie kobiety zawsze znajdowały czas i ochotę na to by uwięzionym swoim najbliższym dostarczyć choć maleńki dowód przywiązania i miłości. By móc choć przez chwilę ich zobaczyć, potrafiły całymi godzinami stać przed gabinetem komendanta obozu czy sekretarza partii i narażać się na nieraz ich chamskie odzywki, szarpania czy urągania. Zdarzało się często, że taka żona, matka czy córka, w nędznych, powykręcanych nieocieplonych buciczkach, szła tych parę wiorst z miasta, w mróz i śnieg do naszego obozu, by choć przez chwilę swego bliskiego pokrzepić, dłoń uścisnąć, ucałować. A tu rosyjskie, plugawe chamisko, zwymyślało ją od najgorszych, obśmiało, a często i kolbą karabinu zdzieliło. Okrutnie burzyła się w nas krew na takie traktowanie naszych kobiet, ale czynnie nie mogliśmy nic zrobić, a i ustny nasz protest ograniczał się jedynie do perswazji i próśb w stosunku do rosyjskich żandarmów. Musieliśmy przy tym bardzo uważać, by przypadkiem nie stracić tak bardzo wyczekiwanych, tych krótkich chwil wspólnego obcowania ze sobą. Czasem też w trakcie tych wspólnych spotkań bywały też bardzo zmysłowe chwile, w których niejeden oficer na oczach pozostałych ściskał mocno swą żonę, całował ją, a przy tym i namiętnie okrągłości jej piersi badał. W takich to przypadkach w cztery oczy robiliśmy wymówki naszemu koledze, gdyż to nas wszystkich oraz nasze rodziny poniżało w oczach czerwonogwardzistów, prostaków. To nasze bezczynne tam życie, nasz pobyt w wilgotnych i zatęchłych salach - celach, złe odżywianie, po pewnym czasie zaczęło bardzo źle wpływać nie tylko na stan naszego ciała ale i ducha.

 Komendant obozu, zajadły bolszewik, bardzo chciał byśmy dla dobra państwa sowieckiego wszyscy fizycznie pracowali. Darł się do nas, że czas naszego „państwowania się” już zakończył, że teraz ceni się tylko pracę rąk od której my, „polskie paniczyki”, „szlacheckie dzieci” do tej pory stroniliśmy. Nauczony doświadczeniem z czasów oblężenia Przemyśla, gdzie nasza praca fizyczna przy budowie umocnień pozwalała nam choć na chwilę zapomnieć o trudach wojny, zacząłem się zastanawiać czy aby przypadkiem nasz komendant nie ma trochę racji. Zacząłem więc agitować do pracy naszych oficerów i pozostałych żołnierzy, lecz ogół zakrzyczał mnie od razu, mówiąc, że jesteśmy przed tym chronieni postanowieniami obowiązującej Konwencji Genewskiej.

 W budynkach usytuowanych niedaleko naszego, więzieni byli oficerowie carscy, biali kontrrewolucjoniści. Dość często spotykaliśmy się z nimi na podwórzu, przy studni, w kuchni, na jadalni. Istniała duża obawa, wybuchu epidemii tyfusu, który zaczął się gwałtownie rozszerzać właśnie od nich. Szpital, w którym dzielnie pracował nasz kolega ze Lwowa, lekarz (nazwiska jego niestety nie pamiętam), był przepełniony tak, że chorzy, umierający leżeli z braku miejsca pokotem na ziemi, w błocie. Bolszewicy nie przejmowali się tym zbytnio, mówili o chorych – „…sobaka i tak zdachniet…”, a lekarz nie mając odpowiedniej pomocy sanitarnej nie mógł złemu zaradzić. W końcu sam się zaraził i wkrótce zmarł. Ku wielkiemu zmartwieniu chorujących Rosjan, opłakiwany przez wszystkich którym pomagał i dla których się tak poświęcał został pochowany w zbiorowej mogile w Krasnojarsku. Wprawdzie zbiliśmy dla niego drewnianą trumnę, by po ludzku został pochowany, jednak zaraz po opuszczeniu więzienia i wywiezienia trumny poza obręb drutów, nagie i skostniałe ciało, tego młodego, zdolnego i ogólnie lubianego lekarza wyjęto z trumny, bolszewicy trumnę sprzedali, a trup spoczął z kilkudziesięciu innymi martwymi oficerami we wspólnym dole. Jedyne co na koniec mogliśmy dla niego uczynić, to pożegnać go odśpiewaniem chóralnych, żałobnych pieśni dochodzących z naszego zamkniętego, więziennego podwórza.

 Postanowiliśmy urządzić nasz własny szpital. Po długich pertraktacjach i rozmowach, w końcu udało się nam przekonać komendanta obozu by udostępnił dla polskich, lżej chorych oficerów, jedną, niezbyt dużą, ale dość mocno zniszczoną salę, w drugim budynku, usytuowanym parędziesiąt kroków od tego, w którym byliśmy rozmieszczeni. Komendant przystał na to, pod warunkiem, że wszystko urządzimy własnym kosztem i wysiłkiem. Wzięliśmy się więc ochoczo do pracy i w ciągu paru dni zamiast jednej sali przystosowaliśmy dla potrzeb chorych dwa pomieszczenia. Wykonaliśmy prymitywne łóżka, ławki, krzesła, a rodziny kontaktujące się z więźniami dostarczyły niezbędne materiały, poduszki, koce, prześcieradła, lampy, a nawet lekarstwa. Nasz artylerzysta, kapitan Oktawian Metelski [4], który wysłuchał sześć semestrów medycyny w Uniwersytecie w Kijowie, sam już tyfus przeszedł i wyzdrowiał, objął komendę i ordynowanie w tym naszym, naprędce urządzonym szpitaliku. Urzędował w maleńkim pokoiku przylegającym do sal, przystosowanych do przyjmowania chorych. Prędko znaleźli się też koledzy, którzy na ochotnika zgłosili się by zostać sanitariuszami. Wszyscy obłożyliśmy się dobrowolnym podatkiem w naturze i w pieniądzach, z czego kupowaliśmy dla chorych jakieś lepsze mięso, czasami nawet cielęcinę, bułki, mleko. Ze zdobytych produktów spożywczych sanitariusze przyrządzali posiłki, często gotowali. Odwiedzające nas rodziny przynosiły też gotowane przez siebie pożywne zupki, buliony. Tak więc, dzięki naszej trosce i zaangażowaniu, mimo tego, że prawie wszyscy egzystowaliśmy w opłakanych warunkach, gdzie wszy łaziły po nas i ciężko się było ich pozbyć, nasz szpital był oazą czystości, ciszy i spokoju. To tu w miarę dobrej i pieczołowitej opiece nad chorymi, za cały czas naszego pobytu w obozie, prócz dwóch śmiertelnych przypadków ofiar więcej nie zdarzyło się. Tę żmudną i trudną pracę naszych kolegów oraz troskliwą opiekę sanitarną nad chorymi więźniami, zachowam na zawsze w mej pamięci. Komendant naszego obozu irytował się na nas i żądał od nas byśmy chorych na tyfus, zwanych przez wszystkich „tyfusowymi”, nie trzymali u nas lecz posyłali do wspólnego, głównego, obozowego szpitala. Myśmy jednak starli się ich jak mogli ukrywać. Oszukiwaliśmy jak mogli komendanta, a on sam bał się zaglądać do nas przed obawą zarażenia się. Wszyscy zazdrościli nam naszego szpitalika. Gdy komendant w końcu sam się rozchorował i trafił do szpitala głównego, usilnie prosił polską siostrę miłosierdzia tam pracującą, by pomogła mu przenieść się do „polskiego szpitaliku” i tam chorować. Jednak kategorycznie odmówiliśmy jego przyjęcia. Staraliśmy się jak umieliśmy podtrzymywać na duchu naszych żołnierzy, pocieszali ich, dodawali otuchy i nadziei na przetrwanie. Jednak bolszewicy nie ułatwiali nam tego, uprzykrzając nam życie na każdym kroku. Dlatego staraliśmy się być silni i trzymać się razem. Dzięki wszechobecnemu łapówkarstwu i przekupstwu panującemu wśród rosyjskich strażników, a przede wszystkim dzięki naszemu sprytowi i przebiegłości, część naszych oficerów i niższych rangą żołnierzy uciekła do miasta i tam ukrywała się w wynajmowanych przez rodziny domach czy mieszkaniach. Tak więc po pewnym czasie z paruset kilkudziesięciu więźniów pozostało nas jedynie około pięciuset. Bolszewicy mimo tego, że co chwilę na różne sposoby próbowali sprawdzać czy ilość więźniów się zgadza do końca nie zorientowali się tka naprawdę że tylu z nas uciekło. Władze radzieckie próbowały agitować naszych żołnierzy, zachęcając ich do zapisania się do tzw. „jaczejek” [5], kusili różnymi nagrodami i przywilejami, jednak na szczęście, większość z nas była oporna na takie sugestie. Dość często zdarzały się rewizje w naszych celach. Pilnujący nas, uzbrojeni strażnicy wchodzili po kilkunastu do naszych sal i przemocą, czasami na rozkaz swoich przełożonych, ale często też i bez wyraźnego powodu, konfiskowali nam co lepsze ubrania, kurtki, czapki - tak zwane papachy [6], płaszcze, trencze, a nawet osobistą bieliznę. Czasami też strażnicy podmieniali np. znoszone swoje dziurawe buty na nasze, jeszcze całkiem dobre. Protestowaliśmy przeciwko takiemu traktowaniu, jednak na niewiele to się zdało. Czasami wywoływano poszkodowanego do komendanta, a po drodze zanim delikwent dotarł na miejsce okradziono go prawie ze wszystkiego. Ja w ten sposób straciłem jeden koc i jak dobrze pamiętam jakąś kapotę. Na szczęście nie zabrano mi wszystkiego. Pozostały drugi koc pozwolił mi później przetrwać mroźne dni. Powoli zaczęła nas wszystkich ogarniać apatia i zwątpienie. Ponieważ higiena w obozie pozostawała wiele do życzenia, a miejsca, gdzie mogliśmy załatwiać potrzeby fizjologiczne były praktycznie zapełnione, więc postanowiliśmy urządzić nowe latryny. Zresztą sama komenda obozu wydała taki rozkaz. Zebraliśmy więc kilkunastu chętnych kolegów i zaczęliśmy kopać. Praca okazała się bardzo żmudna, gdyż przy dużym śniegu i mocnych syberyjskich mrozach ziemia zamarzła bardzo głęboko i ciężko było nawet przy pomocy oskardu czy siekiery wyłupywać zamarznięte grudki ziemi by wykopać w niej jakąś słuszną dziurę, która mogłaby być potem wykorzystana w wiadomych celach. Dlatego też w pierwszych dniach postęp naszej pracy był prawie niewidoczny. Natomiast nam po parogodzinnej ciężkiej, fizycznej pracy było gorąco, policzki nasze stawały się rumiane, zdrowe. Zgłodnieliśmy na tyle, że nawet śmierdząca rybna zupa nam smakowała, a żołądek strawiłby nawet konia z kopytami. Nawet spać potrafiliśmy na zawołanie. Kilkoro naszych kolegów – żołnierzy było przeciwnych tej pracy, nawet drwili z nas i mówili, że „po co się tak przemęczać skoro srać można byle gdzie”. Na szczęście większość z nas zaangażowała się w tę pracę by choć na chwilę zapomnieć o trudach niewoli. Część ochotników, zbyt mało wytrwałych, gdy ich muskuły zbytnio twardniały i ból odzywał się w kościach, rezygnowali z pracy, a na ich miejsce zawsze przychodzili coraz to nowi. Kilku z nas wytrwało do końca. Dla mnie osobiście cała ta praca była wyjątkowo trudna i pełna wysiłku ze względu na fakt, że cierpiałem bardzo na obustronną przepuklinę. Niedbale obandażowany brzuch niezbyt dobrze wstrzymywał wypadanie moich kiszek. Radziłem sobie jak mogłem, klęczałem i zginałem się, a kolano przyciskałem do brzucha i w ten sposób swoim kiszkom nie pozwalałam wypadać na zewnątrz.

 W ciągu paru dni wykopaliśmy pierwszy dół, głęboki na dwa i pół metra, długi na dziesięć, a szeroki na metr dwadzieścia. W poprzek dołu ułożyliśmy deski, a od frontu i z boków usypali wał ze zmarzniętej, wydobytej ze środka dołu ziemi. Na koniec zabraliśmy się też do wykopania śmietnika. Bolszewicy coraz bardziej zaczęli doceniać fizyczny wysiłek polskich inteligentów, widać było, że chyba nawet tymi pracami zaimponowaliśmy im.  W ogóle w całym obozie pracy było bardzo dużo. Komenda  obozu zlecała nam różne zadania, za wykonanie których przeważnie otrzymywaliśmy jakieś pieniądze. Wyposażano nas również w niezbędne do roboty narzędzia. Poszczególni żołnierze powoli zaczęli się organizować w różne rzemieślnicze zespoły stolarzy, ślusarzy, cieśli, kowali czy zamiataczy. W ostateczności do pracy w obozie zaangażowało się prawie ¾ więźniów. Wszystkich chorych, rannych, zniedołężniałych czy kalekich żołnierzy utrzymywali i ratowali zdrowi i zdolni do pracy koledzy. W ten sposób udało się nam utworzyć wspólnotę, w której wszyscy byli odpowiedzialni za każdego, nawet tego najsłabszego.

 Część żołnierzy, pilnowanych pod silną strażą, codziennie wychodziło partiami poza obręb obozu by zbierać i zakopywać liczne trupy ludzi i koni zabitych w wielu potyczkach i bojach, a pozostawionych wokół całego miasta. Zmuszano nas również do chowania we wspólnych, głębokich, obszernych mogiłach zmarłych głównie na tyfus w naszych szpitalach. Obawiano się zarazy i tego, że gdy puszczą mrozy i zrobi się cieplej ciała zaczną się rozkładać. W ciągu całej zimy zebraliśmy jakieś parę tysięcy trupów, które nagie, umieszczone zostały w różnych drewnianych szopach. Było ich tyle, że musieliśmy układać je jak śledzie w beczce, w stertach aż po dach wysokiej szopy. Te trupy musieliśmy potem, wywozić na saniach i bez jakiejkolwiek ochrony, bez rękawic, bez fartuchów, bez dezynfekcji wrzucać do wspólnych dołów i zagrzebywać. Zdarzało się nieraz, że taki wykopany dół nie mógł pomieścić zbyt dużej ilości trupów i przy zasypywaniu pokazywała się czasami z ziemi jakaś ręka czy noga nieboszczyka. Wówczas rosyjscy żandarmi łopatą odrąbywali taką nogę czy rękę i na powrót wrzucali do dołu, a myśmy je zasypywali. W tych strasznych czasach był to przykład zezwierzęcenia i moralnego przytępienia ludzkiej wrażliwości i uczuć. Zdarzyło się, że pewnego dnia załadowano na sanie kilkanaście nagich, ludzkich zwłok by przewieźć je za miasto i zakopać we wspólnym grobie. Woźnica właśnie przejeżdżał przez jedną z ulic w mieście, gdy nagle na wozie trupy zaczęły się ruszać. Przerażony woźnica porzucił swoją kapotę, zeskoczył z sań i uciekł. A tu spod sterty nieboszczyków wylazł półnagi mężczyzna, zsunął się z sań, stanął zdziwiony na środku ulicy, rozglądnął się dokoła, złapał porzuconą obok sań kapotę, otulił się nią szczelnie i schował się w najbliższej bramie. Okazało się później, że przez sanitariuszy został uznany za zmarłego, podczas gdy tak naprawdę tak twardo usnął, że zdawało się, że nie żyje. Co się z nim później stało, niestety nie wiem.

 Pewnego dnia z batalionu szturmowego kapitana Dojana-Surówki, przemocą, pod pozorem jakiegoś przesłuchania wybrano kilkunastu oficerów, tak zwanych „ dojanowców”. Potem dowiedzieliśmy się, że prawie wszyscy z nich, po przetransportowaniu do budynku, w którym urzędowała „czeka” [7] byli torturowani, a potem rozstrzelani. Jedynemu, któremu udało się uratować był podporucznik Jan Mikołajski [8] ze Lwowa, o pseudonimie „Gończa”, obecnie kapitan 6. Pułku Saperów w Przemyślu. Podobno ocalał, gdyż ofiarował swe usługi sowietom. Jednak nie jest to do końca potwierdzone. Gdy rozmawiałem z nim później, opowiadał mi, że był chory na tyfus. Gdy stracił przytomność umieszczono go w szpitalu, a gdy się ocknął w nocy, zorientował się, że leży obok nieżywego czerwonogwardzisty. Wówczas przeniósł go na swoje miejsce, gdzie znajdowała się kartka z jego imieniem i nazwiskiem, a sam położył się na łóżku zmarłego. Rano zabrano zmarłego Rosjanina by go pochować, a Mikołajski uniknął w ten sposób rozstrzelania i po pewnym czasie wyzdrowiał. Jednak sam nie bardzo wierzę w tę całą opowieść Mikołajskiego.

 Na dzisiaj już dość mojego opowiadania. Dobranoc Wam Cesiu i Synuśku. Do następnego razu…

/ Rok 1921 - zbiorowe zdjęcie żołnierzy którzy powrócili z niewoli sowieckiej jesienią 1921 roku, wykonane już po przekroczeniu granicy polskiej. W środku (foto poniżej) z zabandażowanym okiem widoczny Marian Strzetelski

Kielce 14.II.1924 (czwartek)

 Dzisiaj znów spałem niezbyt dobrze, zresztą od kilku dni wciąż jestem niewyspany. Możliwe, że odtwarzanie w mych myślach tych tułaczych przeżyć działa niezbyt dobrze na mój system nerwowy i potem długo sen z oczu mych spędza. Dlatego też dzisiaj spróbuję trochę krócej opisać me wspomnienia. Prawie cały czas pracowałem dzisiaj w domu, sprawdzałem odpisy i chyba ze sto kilkadziesiąt razy musiałem złożyć swój podpis na różnych dokumentach. Od rana aż do popołudnia czuć było odwilż, dopiero wieczorem posypał znów mokry śnieg i dość gruba jego warstwa pokryła ziemię. Martwię się o to, byle tylko nie było nagłej powodzi jak to wszystko zacznie się topić. Przecież teraz naszemu państwu potrzebny jest rozwój, jakiś spokój, a nie klęski i katastrofy. Zobaczymy co będzie, modlę się by Bóg nie dopuścił do tego.

A teraz wracam znów do moich wspomnień.  

 Wspólnie z moją brygadą, jako starszy grupy, pracowałem też przy robotach ciesielskich. Stawialiśmy ustępy, przeprowadzali ścieki, a nawet budowaliśmy mosty. Ciężka praca, świeże, rześkie powietrze ratowało nas od wielu chorób zakaźnych i nie dawało możliwości dostępu zwątpienia i apatii. Część z nas, z nudów uczyła się różnych języków obcych – francuskiego, angielskiego, a nawet włoskiego.

  Wiosną 1920 roku z Krasnojarska przewieziono nas pociągiem do Omska. Straż bolszewicka jechała z nami. Raz jeszcze, tylko tym razem z powrotem jechaliśmy tą samą trasą, mijaliśmy te same stacje kolejowe, przez które nie tak dawno było nam dane przejeżdżać jako wolni żołnierze 5. Dywizji Syberyjskiej. Gdy dotarliśmy znowu do stacji Tajga, a potem Nowo-Nikołajewska zakazano nam nie tylko wysiadać z pociągu, ale nawet wychylać się z niego, rzekomo z obawy przed miejscową ludnością. Jednak kilku z nas udało się nawet porozmawiać z tamtejszymi kolejarzami i innymi mieszkańcami, którzy, jak się okazało próbowali wspierać nas, pocieszać, a nawet zaopatrywać w jakieś jedzenie. Wszyscy mieszkańcy odnosili się do nas bardzo życzliwie. Po drodze jedliśmy przeważnie zimną strawę. Z rzadka, gdy zdobyliśmy trochę drzewa na opał, udawało się nam ugotować coś ciepłego w naszych żołnierskich kociołkach – herbatę, czasem ziemniaki czy kaszę.

 Po parunastu dniach dotarliśmy do Omska. Tam na stacji, gdy jeszcze siedzieliśmy w wagonach najpierw spośród nas wszystkich wywołano na peron „ruskich”, to jest obywateli Rosji i tych odprowadzono do miejsca odosobnienia. Resztę, czyli byłych żołnierzy zaboru austriackiego, w tym również i mnie, przetrzymano w wagonach do następnego dnia. Dopiero koło południa rozkazano nam wysiąść z pociągu, ustawić się w dwuszeregu przed wagonami  i po sprawdzeniu naszych tożsamości odprowadzono nas partiami do zorganizowanego już wcześniej i czekającego na nas „wojennowo gorodka” – rodzaju obozu koncentracyjnego.  Tam umieszczono nas w kilku pomieszczeniach, na górze piętrowego budynku, gdzie spędziliśmy noc. W kolejnym dniu, od rana, pojedynczo, sprowadzano nas na dół do sali przesłuchań i rewidowano. Była to właściwie zwykła grabież, gdyż bolszewiccy żandarmi dokładnie przeszukiwali nasze kieszenie, wszystkie torby czy małe walizki, w których znajdował się cały nasz skromny dobytek, zabrany z obozu w Krasnojarsku. Przy stoliku siedział komendant żandarmów, były czeski jeniec z Pragi, który przeszedł na stronę sowietów. Miał dość inteligentną, młodą twarz, jednak był wyjątkowo podłą kreaturą. Zapisywał tylko po części to co miał przy sobie rewidowany, natomiast wszystko to co spodobało się bolszewickim żandarmom lądowało w ich kieszeniach lub przygotowanych do tego celu torbach. Zabierano więc przeważnie wszystkie pieniądze, zegarki, scyzoryki, lusterka, brzytwy, ołówki czy notatniki, a zostawiano po dwie pary bielizny, jeden koc, parę chusteczek, buty, itp. Dzięki naszemu sprytowi udało się nam część naszych, najbardziej niezbędnych w niewoli rzeczy ocalić i przeszmuglować do obozu. Próbowaliśmy protestować przeciw takiemu traktowaniu, interweniowaliśmy nawet w dowództwie obozu, jednak nasze zażalenia nie odnosiły żadnego skutku.

 Cały obóz w Omsku był mocno przepełniony. Po przeprowadzonej rewizji wysyłano nas do ogólnych, dość dużych i zatłoczonych pomieszczeń. Przez parę dni, nie mogąc znaleźć dla siebie miejsca spaliśmy przeważnie na podłodze w przejściach pomiędzy piętrowymi pryczami. W salach panował nieopisany brud i smród, do którego w dość krótkim czasie zdołaliśmy się wszyscy jakoś przyzwyczaić. Po paru dniach takich męczarni, wyprosiliśmy na komendanturze obozu by jako wyższych oficerów przenieśli nas do, trochę mniej zatłoczonych sal. Tam udało się nam znowu zorganizować w małe podgrupy, liczące po 10 osób, spośród których wybraliśmy 26 dziesiętników [9]. Podobnie jak w obozie w Krasnojarsku codziennie wyznaczaliśmy spośród siebie dyżurnych, którzy mieli za zadanie pilnować porządku. Komendę nad nami wszystkimi znowu objął podpułkownik Prokopowicz. Z początku pod silną eskortą, wychodziliśmy  do pracy do nowo wybudowanych, jeszcze nie ukończonych warsztatów kolejowych, które były usytuowane dość daleko od naszego obozu. W tych właśnie warsztatach, na rozkaz władzy sowieckiej urzędującej w Omsku budowaliśmy trybuny dla narodowego ludowego sądu, który miał osądzić aresztowanych i uwięzionych ministrów Kołczaka. Jeszcze w rejonie Irkucka ewakuujący się Korpus Czeski, za możliwość wolnego przejazdu w stronę Władywostoku, w porozumieniu z generałem Maurice Janinem, wydało bolszewikom admirała Aleksandra Kołczaka oraz wiezione przez niego carskie rezerwy złota. Wkrótce po przejęciu w Irkucku rządów przez bolszewików, z początkiem lutego 1920 roku, Kołczak został tam rozstrzelany. Zresztą Czesi, blokując przejazd naszych pociągów również i w jakimś stopniu nas sprzedali bolszewikom i spowodowali, że wszyscy dostaliśmy się do niewoli sowieckiej. Gdy po paru miesiącach do Władywostoku dotarła grupa parunastu tysięcy Czechów, wśród których byli nie tylko żołnierze ale i ich rodziny oraz mnóstwo rannych, inwalidów i chorych, Japończycy za możliwość przewiezienia ich na statkach do Europy zażądali od nich zapłaty w postaci wiezionego i nagrabionego wcześniej złota i platyny.

 Głównym komendantem naszego obozu był rosyjski Żyd, wyjątkowo złośliwa kreatura. Gdy dowiedział się, że zorganizowaliśmy się w mniejsze grupy, zażądał byśmy złożyli pisemne oświadczenie, że nikt spośród naszych dziesiętników wychodzących do pracy na zewnątrz obozu nie będzie nawet próbował z niego uciec, a tym samym, że zgadzamy się na ustanowioną nową władzę bolszewicką i popieramy jej działania. Zorganizowaliśmy wówczas wewnętrzną naradę i przegłosowaliśmy, że nie damy mu takiej gwarancji i niczego nie podpiszemy. Tłumaczyliśmy komendantowi, że przecież przy pracy pilnują nas uzbrojeni bolszewiccy strażnicy, których zazwyczaj jest więcej niż nas samych, więc jak moglibyśmy uciec. Jednak on nie ufając swoim żołnierzom i wiedząc, że bardzo łatwo jest ich przekupić, przez parę dni próbował przeforsować swoje żądanie. Również pułkownik Prokopowicz usilnie agitował za tym rozwiązaniem i prosił nas byśmy ustąpili. Myśmy jednak w dalszym ciągu trwali przy swoim. Ucieczki naszych nasilały się, a my, dzięki naszemu uporowi i sprytowi przez długi czas udowadnialiśmy komendanturze obozu, że nikt z niego nie uciekł, i że wszyscy czują się tu w miarę dobrze. Sprawa trochę przycichła, a nam zdawało się, że w końcu komendant obozu odpuścił.

 W obozie przebywaliśmy już parę miesięcy. Przyszło w końcu gorące lato. Codziennym myciem całego ciała i częstym praniem bielizny próbowaliśmy zachować jako taką higienę. Ratowaliśmy się w ten sposób od wszechobecnych wszy i różnych chorób. Na szczęście mieliśmy jeszcze dawne zapasy swojego mydła, które niestety powoli już zaczęły się kurczyć. Inni jeńcy, głównie oficerowie rosyjscy patrzyli się na nas ze zdziwieniem i podziwiali tę naszą chęć ratowania zdrowia. Oni to prawie zupełnie nie myli się, nie opierali, a wszy łaziły po nich i dosłownie zżerały ich żywcem. No cóż, nie było już cara batiuszki, który wydał kiedyś „nakaz” w sprawie sławnych już ruskich bani (parni), a teraz nie miał kto im tego nakazać, więc wszyscy chodzili śmierdzący i brudni. Jednak powoli nasz przykład zaczął działać i na nich. Co jakiś czas na podwórzu naszego obozu widywało się setki nagich ciał męskich z zapałem zmywających swe brudy i piorących zniszczone ubrania.

 Pewnego dnia wściekły komendant obozu, wspólnie z kilkunastu żandarmami wpadł do naszych sal, rozkazał zabrać nasze rzeczy, wyjść na korytarz i wszystkim naszym 26-ciu dziesiętnikom oraz podpułkownikowi Prokopowiczowi oznajmił, że w związku z naszą odmową złożenia podpisu pod oświadczeniem o zakazie ucieczek z obozu i tym samym poparcia dla władzy sowieckiej, zostaniemy ukarani więzieniem. W pośpiechu, zabraliśmy więc wszystkie nasze ‘bogactwa’, uścisnęli dłonie najbliższych sąsiadów i poganiani przez żandarmów, którzy jeszcze zdążyli naprędce spisać nasze nazwiska, zostaliśmy odprowadzeni ulicami miasta do siedziby „czerezwyczajki” czyli tajnej policji państwowej mieszczącej się w podziemiach jednego z głównych budynków w Omsku. Dowódcą staży, która nas eskortowała był wyjątkowy ‘untier’ [10], jeden podoficer, jakiś zruszczony Chińczyk, który bardzo źle mówił po rosyjsku, ale za to był bardzo złośliwy. Prowadząc nas przez miasto po drodze urządzał bardzo dziwne historie, np. wszystkich cywilów spotykanych na ulicy zapędzał do bram domów, zawracał jadące dorożki, co chwila krzyczał na nas i mierzył do nas z karabinu. Zachowywał się tak jakby prowadził co najmniej jakąś bandę wielokrotnych morderców i zwyrodnialców, a nie polskich oficerów, jeńców wojennych. Część z nas, a zwłaszcza podpułkownik Prokopowicz czy kapitan Grzybczyk, byli tym wszystkim bardzo przerażeni i byli przekonani, że na pewno zostaniemy rozstrzelani. Ja natomiast byłem pełen wiary i nadziei, że nic złego się nam zdarzyć nie może. Ale o tym opowiem już następnym razem.

 Kochana Cesiu, czemu nie piszesz do mnie? Niepokoi mnie trochę to Twoje milczenie, choć staram się je usprawiedliwiać brakiem czasu. Kochane nasze Bobo zapewne Mamusi nie pozwala napisać listu do Taty. Maleństwo nie rozumie pewnie jeszcze, że tatuś ucieszył by się bardzo gdyby tak otrzymał dobry, serdeczny list od Mamusi, a w nim wiadomość o tym co robi i jak żyje, jak swawoli Smoczysko Małe i czy bardzo Babcię zamęcza. Uzbroję się więc w cierpliwość i będę czekał dalej. Spokojnej nocy Wam życzę. Pa i cmok, cmok, gorąco Was oboje całuję. Do zobaczenia, tylko nie wiem czy jutro. Dobranoc.

/ Rocznik Oficerski Rok 1923

Kielce 28.II.1924 (czwartek)

 Już dwa tygodnie nie pisałem swoich wspomnień bo nawał pracy i codzienne sprawdzanie rachunków, nieraz do 11-tej czy 12-tej w nocy nie pozwalało mi na to. W tym czasie udało mi się jednak przyjechać do Was na dwa dni do Lwowa, gdyż trzy dni urzędowałem w Przemyślu, w Szefostwie Inżynierii i Saperów. Pojechałem tam by przyspieszyć załatwianie spraw mego rejonu. Wczoraj w południe miałem wyjechać z Przemyśla, by jeszcze przed północą dojechać do domu w Kielcach. Jednak okazało się, że żołnierz wysłany z moimi dokumentami niezbędnymi do mojego wymeldowania się z Szefostwa Inżynierii spóźnił się i wrócił zbyt późno bym zdążył na zaplanowany wcześniej pociąg. Siedziałem więc w Przemyślu i nudziłem się tam strasznie. W końcu wyjechałem stamtąd dopiero o 8:22 wieczorem pociągiem osobowym, by nie czekać potem zbyt długo w Krakowie na przesiadkę do Kielc. Do Rzeszowa dowlokłem się po dziesiątej w nocy i tam czekałem całe wstrętnie nudne cztery godziny, na kolejne połączenie właśnie do Krakowa. Oczy same kleiły mi się do snu, nic nie miałem przy sobie do czytania by odegnać od siebie sen, więc trochę drzemałem. Po dotarciu do Krakowa przesiadłem się od razu do kolejnego pociągu i po prawie 18 godzinach od wyjazdu z Przemyśla, a więc około trzeciej po południu znalazłem się w swoim mieszkaniu. W końcu po ciężkiej podróży umyłem się, u państwa Szartowskich zjadłem dobry obiad i dowiedziałem się co nowego wydarzyło się w rejonie w trakcie mojej nieobecności. Teraz korzystając z wolnej chwili, gdy nie mam już służbowych materiałów do przeglądnięcia postanowiłem znowu rozpocząć spisywanie mych wspomnień. Tak mi błogo było z Wami we Lwowie. Te dwa dni dodały mi znowu sił na jakiś czas, gdyż od jutra będę znów służbowo jak wół harował zapewne do 7-mej czy 8-mej wieczorem przy przeglądaniu różnych rachunków. Następnym razem przywiozę Ci Cesiulko dobrego, białego płótna na damską bieliznę, jakieś 7 metrów. To druga część pomocy naszego Rządu dla nas wojskowych, za którą jednak musiałem zapłacić, jednak niezbyt dużo.  A teraz wracam do moich wspomnień.

 Tak jak pisałem poprzednio całą grupą 26-ciu dziesiętników zostaliśmy odprowadzeni ulicami miasta do siedziby „Czeki” czyli „Czerezwyczajnej Komisji do spraw walki z Kontrrewolucją”, specjalnej tajnej policji, gdzie wpakowano nas do suteren budynku, w których znajdowało się dość obszerne pomieszczenie o trzech oknach usytułowanych tuż przy ziemi. Sala ta mogła pomieścić co najwyżej pięćdziesiąt osób, a siedziało nas tam w sumie chyba ponad sto. Towarzystwo było bardzo mieszane, sporo złodziei, drobnych rzezimieszków, pijaków, a nawet prostytutek. Ale największą liczbę stanowili więźniowie polityczni. Pierwsze trzy dni naszego tam pobytu były okropne. Ledwie zdołaliśmy znaleźć jakieś wolne miejsce między tłumem leżących, kucających czy stojących więźniów. Smród był okropny, a my leżąc prawie jedni na drugich próbowaliśmy choć na chwilę usnąć i odpocząć. Zajęliśmy miejsce tuż przy mało inteligentnym rosyjskim wojskowym, urzędniku Laudańskim, po którym wszy łaziły gromadnie, a on od dłuższego czasu nie myty cuchnął niemożliwie. Z drugiej strony leżał również jakiś inny urzędnik, jednak bardziej przyzwoity i trochę czystszy, który tego pierwszego za jego niechlujstwo nieustannie beształ. Ten Laudański to była wyjątkowa kreatura, silny, bezwzględny mężczyzna, z wyglądu przypominający podobiznę z przedostatniej strony jednego z numerów wiedeńskiej gazety „Interessantes Blatt” [11]. Przyznawał się bardzo mocno do swojej polskości i szlachectwa związanego ze świętą ikoną ladańską z Litwy [12], jednak po polsku mówił bardzo kiepsko. Niedawno wyczytałem w gazetach, że jakiegoś właśnie Laudańskiego wraz z dwoma innymi jego towarzyszami rozstrzelano już tu w Polsce, zdaje mi się, że w Warszawie, za jakieś okrutne morderstwo, którego się dopuścili. I żaden z nich przed wykonaniem wyroku nie okazał skruchy. Coś mi zdaje, że to mógł być ten sam Laudański, z którym wspólnie przebywaliśmy od kwietna 1921 roku w obozie w Tule.

 W końcu, po trzech dniach, dzięki naszemu sprytowi, udało się nam zająć miejsca w dwóch kątach i przy jednej węższej ścianie naszej sali i tak już w swoim, wspólnym już gronie, przeżyliśmy tam niecałe dwa tygodnie. Ciężko było bardzo. Tak było ciasno, że w nocy, jeden więzień kładł swoje nogi na barki, plecy czy głowę drugiego, a w dzień trudno nawet było się ruszyć, nie mówiąc już nawet o możliwości załatwiania swoich potrzeb fizjologicznych. Karmiono nas wstrętną zupą rybną, gdzie tylko czasami można było znaleźć nieoczyszczoną i brudną kaszę, a do tego z rzadka dodawano też kromkę czarnego chleba. Raz dziennie, dyżurni, brudnymi rękami rozlewali jakimś kubkiem tę zupę do naszych menażek. Wstręt odpychał nas od jedzenia tego świństwa, jednak głód, który odczuwaliśmy wszyscy był najlepszym lekarzem, więc zmuszaliśmy się by zapełnić puste żołądki. Muszę przyznać, że właściwie nikt z nas nawet nie uległ zbyt poważnemu zatruciu. Gdy ktoś musiał koniecznie iść na stronę, to pod silną strażą wypuszczano nas po trzech lub czterech na zewnątrz. Zresztą przy tak wielkim tłumie zgromadzonych w ciasnej i ciemnej sali więźniów, braku jakiegokolwiek ruchu, braku wentylacji i świeżego powietrza, a przede wszystkim zalewaniu naszych żołądków śmierdzącą, wodno-rybną zupą, dość często musieliśmy używać naszego samozaparcia by tej „strawionej” wody, z musu nie zostawić gdzieś na podłodze. Przecież na swą kolej do latryny nieustannie czekała długa kolejka kilkudziesięciu chętnych, którzy bardzo chcieli wyjść na zewnątrz, gdyż była to jedyna możliwość łyknięcia w ciągu tych kilku minut pobytu w latrynie świeżego powietrza. Oczywiście przetrzymywani w takich nieludzkich warunkach nabawiliśmy się wszyscy mocnej anemii i niejeden z więźniów nie przeżył tej niewoli.

 W trzecim dniu pobytu w podziemiach budynku „Czeki”, podpułkownik Prokopowicz  zaczął nas namawiać, byśmy może jednak odpuścili i podpisali zobowiązanie, że nie będziemy próbować uciekać i popieramy nowo utworzoną władzę bolszewicką. Część z nas, słabsza duchowo, w tym kapitan Grzybczyk i oraz kapitan Gajewski, obaj z Małopolski, skłaniali się ku takiej decyzji, jednak po długich dyskusjach i moich przekonywaniach, że tą decyzją zbezcześciliby mundur polskiego oficera na zawsze odpuścili. Pomagał mi w tym bardzo dzielnie nieugięty chorąży Rusacz i kapitan Popiel, moi najbliżsi sąsiedzi. Jeśli chodzi o chorążego Rusacza to był to młody, bardzo przystojny, słusznej postury oficer. Polskę znał tylko z opowiadań rodziców, gdyż urodził się na Syberii, gdzie wychowywał się w patriotycznej domowej atmosferze rodzinnej. Ojcem jego był polski prawnik, który za sprawy polityczne z roku 1863 został skazany na zsyłkę. On to nauczył syna mówić po polsku i wpoił w niego głęboką miłość do Ojczyzny, której syn nigdy nie widział. Kapitan Popiel miał problemy z płucami, a do tego był mocno anemiczny, zaś organizm młodego chorążego Rusacza potrzebował sporo pokarmu do prawidłowego wzrostu i rozwoju. Żaden jednak z nich nie dysponował odpowiednią gotówką by choćby dokupić trochę jedzenia, chleba mleka czy nawet odrobinę machorki. Często więc cierpieli straszny głód, a że nie pożyczali nigdy nic u swoich kolegów ani nie wpraszali się do nikogo, gdy głód kiszki im zaczynał skręcać, udawali, że odpoczywają lub drzemią z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. W dodatku chorąży Rusacz  w takich wypadkach podśpiewywał sobie pod nosem nucąc skoczne piosenki wojskowe lub też jakieś kuplety. Obaj mi tym bardzo imponowali gdyż byli nieugięci i nie uznawali żadnych ustępstw. Jednak najmniej sympatycznym spośród całej naszej grupy był chyba podporucznik Górski ze Lwowa, były student weterynarii. Wszyscy wiedzieliśmy, że w swoim obtarganym, starym kożuszku, którego nie zdejmował nawet do snu, miał zaszytych kilkadziesiąt srebrnych monet rosyjskich jeszcze z czasów carskich. Prawie codziennie kupował sobie za nie dodatkowe porcje chleba, mleka czy masła i sam wszystko to zjadał, nie zważając na nędzę i potrzebę wsparcia drugich. Później, gdy trafiliśmy do obozu w Tule, jego paskudny charakter jeszcze dobitniej wylazł na wierzch i dał się innym we znaki. Natomiast ja sam, przez cały ten czas niewoli, starałem się utrzymywać w pełni sił i to nie tylko fizycznych, ale przede wszystkim duchowych. Starałem się wzmacniać swoją wiarę w lepszą przyszłość, myśląc nieustannie o Tobie kochana Cesiu oraz podtrzymywaniu na duchu słabszych kolegów. Patrząc teraz spokojnie na to wszystko z perspektywy czasu myślę sobie, że to podtrzymywanie moich towarzyszy niedoli na duchu, oraz wyszukiwanie w tym celu silnych i mających uzasadnienie argumentów, po pewnym czasie zaczęło i u mnie samego działać ożywczo na moją zbolałą duszę. Myślę, że był to rodzaj autosugestii wynikłej z przekazywania innym tych ożywczych myśli i idei.

 Wśród naszych współtowarzyszy więzionych w podziemiach budynku „Czeki” byli też paskarze [13], którzy w różnych miejscach mieli zaszyte rosyjskie pieniądze i za nie, za bezcen kupowali od potrzebujących więźniów różne rzeczy. Ja też zmuszony byłem sprzedać swój koc wojskowy, który miałem jeszcze z Przemyśla, dzięki czemu dwa razy mogłem dokupić sobie mleka, chleba czy machorki i podzielić się tymi dobrami z porucznikiem Florkiem, kapitanem Popielem i chorążym Rusaczem. Rosyjscy więźniowie mający w mieście jakiś znajomych czy krewnych, co parę dni otrzymywali od nich bogate wsparcie w postaci przeróżnych spożywczych paczek, z którymi jednak z nikim się nie dzielili. Pewnego dnia, już pod koniec naszego tam pobytu dołączono do nas kolejną partię więźniów, wśród których znajdował się mój ordynans z Syberii – stary Jan. Bardzo się ucieszył gdy mnie zobaczył. Dość często przychodziła do niego żona, która zawsze przynosiła mu jakąś żywność, a Jan przeważnie dzielił się nią z nami. Cały czas miał nadzieję, że lada chwilę wyjdzie na wolność. Jednak siedział z nami do samego końca. Wśród nas znajdowało się też kilku oficerów – Kozaków dońskich z armii Kołczaka. Razem z nimi zamknięto też dwie kobiety – szpiegów, jedną młodą, a drugą starszą. Twierdziły one, że są prześladowane przez bolszewików, że ich szczerze nienawidzą, podczas gdy tak naprawdę miały za zadanie nieustanne obserwowanie i wyciąganie od Kozaków ważnych wiadomości na temat Białych. W szybkim czasie zyskały zaufanie oficerów i gdy przekazały już wszystkie ważne informacje na ich temat bolszewikom, ci rozkazali rozstrzelać je razem z Kozakami. Próbowały również dostać się do naszego polskiego grona oficerów, jednak byliśmy czujni i w porę ostrzeżeni przez innych, więc nie daliśmy się wciągnąć w ich gierki.

 Naszym towarzyszem niedoli był również jeden podpułkownik rosyjski, „fligeladiutant” [14] cara. Był on właścicielem jakiegoś dużego majątku ziemskiego, który za namową agitatorów bolszewickich, w trakcie rewolucji 1917 roku, chłopi splądrowali, majątek rozkradli, a jego żonę i trzy piękne córki okrutnie zamordowali. Jego samego aresztowano i wsadzono do więzienia razem z nami, gdzie czekał na wyrok. Był to całkiem przystojny, dość szpakowaty już mężczyzna, bardzo elegancki i inteligentny. Mówił trochę po polsku. Jednak na skutek tych strasznych przeżyć załamał się zupełnie, nie chciał jeść i podupadł bardzo na zdrowiu. Nie mył się właściwie w ogóle, a wszy, od których czarno było na całym jego ciele, od czasu do czasu zgarniał jedynie kułakiem na podłogę, a one z powrotem właziły na niego. W ogóle wielu moskali podobnie postępowało, zrezygnowani i pogodzeni z losem zrzucało łażące po nich wszy nie mordując ich. Pytani przez nas dlaczego ich nie zabijają naiwnie odpowiadali, że to też „twor”, stworzenie boskie, też ma prawo do życia, a oni tylko chcą by ich nie gryzły.

 W więzieniu, za pieniądze, jeśli ktoś je miał, można było dostać dosłownie wszystko. Strażników można było opłacić i wówczas oni kupowali nam co było potrzeba, a czasami nawet zezwalano dwu czy trzem więźniom, pod silną straż oczywiście, wychodzić na targ do miasta i tam robić zakupy. Po dwóch tygodniach pobytu w tych więziennych suterenach, na mocy zaocznego wyroku bolszewickiego sądu zabrano nas i zaprowadzono pod silną strażą do większego więzienia, znajdującego się poza miastem. Znamienną jest rzeczą, że w tym czasie, każde miasto w bolszewickiej Rosji posiadało zazwyczaj olbrzymie jedno lub nawet kilka więzień, natomiast brakowało w nich budynków szkolnych. Widocznie uważano, że więzienia lepiej kształtują i uczą naród, aniżeli szkoły. I coś w tym chyba musiało być. Cały obszar więzienia składał się z kilku piętrowych, ogromnych, murowanych budynków, o małych, okratowanych oknach. Całość terenu była otoczona grubym, wysokim murem z dwoma, pilnie strzeżonymi bramami. Po sprawdzeniu naszej tożsamości, całą naszą grupę wprowadzono do środka. Kilku z nas dostało się do większego pomieszczenia, w którym już siedziało kilkunastu innych więźniów, też Polaków. Byli to przedstawiciele różnych polskich organizacji kulturalnych i towarzyskich w Omsku, jacyś inżynierowie, jeden profesor, kupcy, właściciele nieruchomości czy rzemieślnicy. Był również i pewien porucznik z naszej 5. Syberyjskiej Dywizji, poeta Królikowski, który w armii dał się poznać jako awanturnik i nie stroniący od alkoholu człowiek. Za to też został wyrzucony z wojska. Razem z nim w jednej celi zamieszkało nas około 10 osób, zaś reszta została przeniesiona do pomieszczenia obok. W zależności od miejsca, spaliśmy na pryczach lub na podłodze. W ciasnej celi powietrza było dość mało, a dwa małe, na stałe uchylone okienka niewiele go wpuszczały do środka. Było nam tam względnie dobrze, gdyż siedzący razem z nami omscy Polacy, dwa razy w tygodniu otrzymywali od odwiedzających ich rodzin, paczki żywnościowe i życzliwie, dzielili się ich zawartością z nami wszystkimi. W tych paczkach znajdował się też czasami książki, które czytaliśmy namiętnie. Grywaliśmy też w karty. Drzwi do naszej celi były cały czas zamknięte, jednak w dzień wypuszczano nas po kilka osób do latryny, zaś w nocy wnoszono do cel drewnianą kadź z wiekiem, tak zwaną „paraszkę’ do której mogliśmy się załatwiać. Ponieważ świeżego powietrza brakowało, więc smród był straszny. Jeden z nas, porucznik Jakubowski, zaraz na wstępie zachorował, więc zabrano go do szpitala więziennego, gdzie za kilka dni zmarł na tyfus. Widzieliśmy jego nagiego trupa wrzuconego do kostnicy w piwnicy, jednak przyzwoicie pochować go nie pozwolono nam. Prawie codziennie wypuszczano nas na jakieś 20-30 minut na przechadzkę po podwórzu, oczywiście pod silną strażą. Z naszymi współwięźniami dość polubiliśmy się, często dyskutowaliśmy z nimi, lecz zawsze bardzo oględnie, gdyż nie wszystkim współtowarzyszom niedoli można było dowierzać.

 Po około dwóch tygodniach naszego tam przebywania przyszedł rozkaz, że mamy się zabierać z naszych cel. Wyprowadzono nas na zewnątrz i z powrotem zaprowadzono do pierwszego miejsca naszego odosobnienia, obozu koncentracyjnego, gdzie zastaliśmy resztę naszych żołnierzy zebranych i ustawionych w szeregi i gotowych do wymarszu. Po miesięcznym pobycie w dwóch więzieniach byliśmy tak wynędzniali, wychudzeni i bladzi, że nie poznano nas. Wszystkim się serce krajało na nasz widok. Przez ten miesiąc gdy nas nie było, oni to pracowali przy naprawie zniszczonego mostu na rzece Irtysz i mieli tam sporo swobody. Poza tym niezłe wyżywienie i możliwość dokupienia tanio mleka, chleba czy innych wiktuałów. Poza tym mogli się kąpać w rzece, mieli dużo świeżego powietrza i słońca. Pracowali przeważnie bez koszul, więc w porównaniu  z nami wyglądali zdrowo i rześko, byli opaleni i zadowoleni. Po dotarciu naszej grupy na miejsce odprowadzono nas wszystkich razem na dworzec kolejowy i zapakowano do wagonów towarowych, w których w dużym tłoku, spędziliśmy czas aż do następnego dnia rano. W końcu pociąg ruszył, a my odjechaliśmy w nieznanym dla nas kierunku. Po pewnym czasie okazało się, ze wiozą nas do Tuły, miasta oddalonego od Moskwy o jakieś 100 km. Podróż nasza trwała jakieś 10 dni. Na szczęście nasi koledzy, ci którzy pracowali przy odbudowie mostu, wywąchali wcześniej, że prawdopodobnie bolszewicy będą chcieli nas wszystkich przewieźć do Europy, więc zawczasu „zabezpieczyli”  - część zakupili, a większość rozkradli z magazynów - zapasy soli, tytoniu, cukru i w trakcie naszej podróży dokonywali zamiany tych wiktuałów na mleko, chleb czy masło. W ten sposób nie umarliśmy z głodu. Straż bolszewicka, która jechała z nami, robiła to samo tylko na o wiele większą skalę handlując i sprzedając za duże pieniądze sól czy tytoń. Dzięki temu, że w jednym wagonie jechałem z porucznikiem Mermerem, który potrafił zabezpieczyć i zorganizować dla nas żywność udało się nam w miarę spokojnie i bez specjalnych trudności przeżyć. Od jednego przystanku do kolejnego pociąg wlókł się okrutnie, gdy przejeżdżaliśmy  przez mosty na rzekach, strażnicy zamykali drzwi wagonu od zewnątrz by przypadkiem nikomu nie przyszło do głowy by wyskoczyć do rzeki. Pewnego dnia, gdy przejeżdżaliśmy przez jeden z takich mostów, zdarzył się komiczny wypadek. Chorąży Mostowski, dość tęgi, młody człowiek, (którego poznałaś Kochana Cesiu we Lwowie na Wałach Hetmańskich, przed byłym Namiestnictwem), najadłszy się zbyt dużo poprzedniego dnia, dostał rozstroju żołądka. W trakcie jazdy, cierpiąc z powodu bólu,  nieustannie siedział przy otwartych drzwiach w wagonie i co chwilę wystawiał swoje cztery litery na zewnątrz. Jednak gdy dojechaliśmy w końcu do kolejnego mostu, drzwi zostały zamknięte, a on nie mogąc inaczej załatwić potrzeby fizjologicznej wystawił swój goły tyłek przez niewielkie okienko w wagonie i tak raptownie się wypróżnił, właśnie w momencie przejazdu przez most, że niespodziewanie pokrył fekaliami stojącego poniżej sowieckiego strażnika mostowego. O tym wszystkim dowiedzieliśmy się trochę później od naszych strażników, którzy całe to zdarzenie widzieli i sami śmiali się z tego. Pociągu ani winowajcy nie zatrzymano.

 Do Tuły przybyliśmy 28 czerwca 1920 roku.  Było ciepłe lato. Z dworca poprowadzono nas do zorganizowanego za miastem łagru, rodzaju wojskowego obozu jenieckiego, gdzie stały drewniane baraki. Znajdowały się tam cztery różne obozy – „lagiery” – oddzielone od siebie gęstym płotem i zasiekami z drutu kolczastego. W jednym z takich obozów zostali umieszczeni prawie wszyscy polscy jeńcy wojenni, w drugim rosyjscy kontrrewolucjoniści, a w trzecim tak zwani „mienoczniki” czyli paskarze, kupcy, złodzieje i przestępcy. Czwarty obóz był przeznaczony dla kobiet. Wprowadziwszy nas między baraki kazano najpierw ustawić się w szereg, ułożyć przed sobą nasze tobołki, potem wszystkich nas, jakieś 360 oficerów, wprowadzono do jednego z drewnianych baraków. Stamtąd, partiami po parę osób, kazano nam przejść do drugiego baraku. Tam następowała szczegółowa rewizja, obszukiwano nas dokładnie i odbierano wszystko co tylko mogło się przydać rewidującym nas szpiclom. Część rzeczy zapisywano w jakimś notatniku, część od razu pomiędzy siebie dzielono. Następnie przechodziliśmy do trzeciego baraku gdzie kazano nam ściągnąć obuwie i mundur, obszukiwano nas znowu dokładnie, po czym dawano nam do ubrania drelichowe, brudne, dość mocno przepalone spodenki i bluzy, a na koniec odsyłano nas do kolejnych baraków gdzie docelowo mieliśmy już przebywać. Tymczasem zaczął padać deszcz więc kilku naszym kolegom rozkazano by zebrali wszystkie nasze pozostawione między barakami tobołki i wrzucili je na kupę do pierwszego baraku. Powstał tam swoistego rodzaju skład, w którym po paru miesiącach pobytu w tulskiej niewoli żaden z nas nie mógł odnaleźć zdeponowanych swoich rzeczy, zwłaszcza że większość z nich popleśniało i pogniło. Część naszych kolegów jeszcze przed osobistym przeszukaniem, po cichu, próbowała co cenniejsze swoje rzeczy jak zegarki, pierścionki, obrączki czy pieniądze zakopywać w pośpiechu przy barakach do ziemi, myśląc że uda im się choć te cenne pamiątki zachować. O jakżeż się mylili, gdyż tak zwani „ratniki” [15], coś w rodzaju naszego Landsturmu, po naszym odejściu i rozlokowaniu nas w jednym z baraków, ziemię przy barakach przeryli i wszystkie ukryte w niej rzeczy zabrali dla siebie.

 Naczelnym komendantem obozu w Tule był pewien Węgier B., który przeszedł do służby sowieckiej i ożenił się z córką jednego sowieckiego dygnitarza.  Nam dawał się długo i to całkiem nieźle we znaki. Był to człowiek bardzo energiczny, od wszystkich wymagał nadzwyczajnego porządku i posłuszeństwa. Nie pozwolił nam we wzajemnej rozmowie tytułować się naszymi szarżami lecz kazał nazywać się jedynie po nazwisku. Zazwyczaj jednak do tego zalecenia myśmy się nie stosowali. Gdy tylko dotarliśmy do obozu, komendant przemówił do nas w języku rosyjskim, mówił, że gdy będziemy się tylko sprawować jak należy będzie nam tu bardzo dobrze, obiecywał też odpowiednią opiekę nad mi. W krótkim czasie okazało się jednak, że był wyjątkowym bydlakiem. Od rosyjskich jeńców nagrabił mnóstwo pieniędzy i drogocennych precjozów. Grywał też namiętnie w różne hazardowe gry, zwłaszcza z „grubymi rybami” spoza obozu. Później okazało się, że ci sami, którzy grywali z nim w karty, oskarżyli go o malwersacje i oszustwa, zamknęli w więzieniu, a on próbował szukać protekcji za pośrednictwem swojego teścia. Nic to jednak nie dało i po szczegółowym przesłuchaniu przesłano długi raport do władz w Moskwie. Wkrótce przyszedł telegram od komisarza ludowego Kalenina, który nakazał zwolnić z więzienia Węgra. Jednak gubernialni matadorzy, z którymi uprawiał hazard, a którzy o wiele więcej nakradli od niego, przestraszyli się, że on ich zadenuncjuje i ich malwersacje wyjdą na jaw. I choć telegram z Moskwy do nich dotarł zlecili jego zabójstwo. Został zastrzelony w momencie gdy wychodził z więzienia, a jego towarzysze zameldowali, że został zabity w trakcie próby ucieczki, i to jeszcze zanim telegram do nich dotarł. Tak zakończyły się kilkumiesięczne „węgierskie” rządy w naszym obozie. Kolejnym komendantem został Rosjanin Kisielow, rudy balwierz [16], „istynnyj ruskij czieławiek” [17]. Był bezwzględnym, wyrafinowanym tyranem, który najbardziej na świecie nienawidził chyba Polaków właśnie. Był przy tym okropnym pijakiem i morfinistą.

Jeszcze w trakcie jazy pociągiem do Tuły moi koledzy wybrali mnie starostą. Potem po dotarciu do obozu w dalszym ciągu kierowałem życiem moich żołnierzy mając do pomocy kilku „komitetowych” kolegów. Jednak jak to było dalej opowiem następnym razem. Muszę się teraz wyspać za dwie noce zarwane parę dni temu.

 Ty Moja Kochana teraz pewnie spełniasz obowiązek Dobrej Mamusi i naszego Maluszka kąpiesz lub napychasz grysikiem. Kochacie się oboje bardzo i to mnie cieszy niezmiernie, bo i ja Was Oboje, prawdziwie i mocno, a szczerze kocham. Dobrego i posilnego życzę Wam snu, a na dobranoc gorąco całuję i ściskam. Pa!

Kielce 12.III.1924 (środa)

 Ostatni raz pisałem moje wspomnienia jako kapitan rezerwy, dzisiaj piszę ciąg dalszy jako major, choć wciąż jeszcze rezerwy. Dzięki swojej cierpliwości i nieustępliwości oraz twardości charakteru doczekałem się w końcu awansu i wierzę, że wkrótce też zostanę zawodowym oficerem. Widziałem Was ostatnio bardzo krótko Moi Najdrożsi, lecz w mej pamięci utkwiliście mi bardzo silnie, zwłaszcza wczas rano, tuż przed moim odjazdem, gdy Ty Cesiu i Nasz Synuś Kochany, tak niechętnie godziliście się na mój przymusowy odjazd. Przecież wszyscy troje spleceni mocnym uściskiem wyczuwaliśmy blisko siebie bicie trzech serc oddanych sobie na zawsze, niepodzielnie. To bardzo cieszy i wiarę w lepszą przyszłość oraz zapał do dalszego życia podnosi. Za to właśnie składam Bogu szczere dziękczynienie.   

  Pierwsze osiem dni pobytu w obozie w Tule spędziliśmy w sposób bardzo pierwotny i niewygodny. Zaraz po naszym przybyciu do obozu wszystkie nasze ciepłe płaszcze, mundury, ręczniki grzebienie, poduszeczki, bieliznę osobistą oraz noże, łyżki, widelce czy nawet menażki, zabrano nam. W barakach nie było miejsc do spania, więc musieliśmy spać na ziemi, na twardych deskach, w cieniutkich drelichowych ubraniach, w które zostaliśmy przymusowo ubrani. Za poduszkę służył nam własny kułak lub zwinięta czapka, którą na szczęście nam zostawiono. Choć na zewnątrz było lato, to po opadach deszczu w barakach zrobiło się dość zimno. Chociaż długo walczyliśmy z komendą obozu o to by zwrócono nam przynajmniej część naszych rzeczy zabranych podczas rewizji, to udało się nam odzyskać tylko niewiele spośród nich. Komendant obozu stawiał nam coraz to nowe zadania i brał się za nas coraz bardziej energicznie, stawiając nam coraz cięższe warunki życia. W swoich aspiracjach komunistycznych doszedł do takiego stanu, że zagroził nam nawet represjami za tytułowanie się wzajemne przez Pan z dodaniem rangi żołnierskiej i żądał używania określenia „tawariszcz”. Myśmy jednak w tym nie ustąpili nigdy i przez to wielu spośród nas było szykanowani. Z początkiem wykorzystywano nas do wszelakich prac pomocniczych wewnątrz obozu, a po pewnym czasie, pod silną strażą, zaczęto wyprowadzać nas do miasta do pracy przy większych robotach. Pracowaliśmy tam w młynach, różnego rodzaju magazynach prowiantowych czy składach opału. Nosiliśmy też różne ciężkie, 60-80 kg worki mąki, zboża czy innych produktów żywnościowych. Z początku, parę razy i ja wychodziłem do miasta, lecz moja przepuklina zawsze mnie napawała niepokojem. Pewnego dnia przenosząc ciężki worek zboża przewróciłem się na wznak na bruku i mocno potłukłem. Od tego wypadku zostawałem już w obozie i w całości oddawałem się pracom administracyjnym naszego polskiego obozu. Po paru dniach pobytu w obozie dołączono do nas z frontu kijowskiego partię około 260 młodziutkich żołnierzy polskich wraz z oficerami. Od nich to dowiedzieliśmy się dopiero naprawdę co się działo w Polsce od chwili naszego wyjazdu w 1915 roku do Rosji. Chłopaki były bardzo wesołe, jurne i pełne otuchy. Bardzo prędko zżyliśmy się z oficerami, którzy zajmowali jeden z drewnianych baraków usytułowany tuż obok naszego. Ratując się przed głodem, gdyż bolszewicy żywili nas bardzo marnie, żołnierze pracujący w mieście w różnych instytucjach sowieckich, kradli każdy rodzaj żywności, przy każdej nadarzającej się okazji. Zresztą i ja sam ze dwa razy to zrobiłem. A kradzież taka wyglądała następująco: gdy nikt nie widział, garściami chowaliśmy zboże, mąkę czy np. kukurydzę do spodni, bielizny, nawet między niewymowne, również do kieszeni. Po powrocie do obozu rozbieraliśmy się do naga i przesypywaliśmy do woreczków wszystko to co udało się nam przynieść. Nie było to specjalnie apetyczne, ale pozwalało na jakiś czas zaspokoić nasz głód. Ziarna przemyconego w ten sposób zboża przepalaliśmy i robiliśmy z niego kawę. Część ziarna pszenicy lub kukurydzy przecieraliśmy między dwoma kamieniami, tłukliśmy żelaznymi sztabami lub toporami na białą miazgę. W ten sposób uzyskaną brudną mąkę przesiewaliśmy oddzielając plewa, potem mieszaliśmy wszystko z wodą i z tak przygotowanego ciasta gotowaliśmy różne kleiki, zupy, a nawet piekliśmy całkiem smaczne mączne placuszki. Później paru sprytnych współtowarzyszy naszej niedoli skonstruowało dwa czy też trzy prymitywne młynki do mielenia przynoszonego ziarna, udoskonalili też sitka do przesiewania mąki od plew, a wszyscy wzajemnie zaczęli się dzielić swoimi kulinarnymi doświadczeniami. Dość często takie kradzione zboże, a czasem też i drzewo zamieniało się po wyjściu do miasta na owoce, tłuszcze, mleko czy machorkę. Czasami też jakiś własny łach, lusterko, nożyk lub coś co się udało nam schować przed okiem „rewizorów” przemycaliśmy do miasta na wymianę na żywność. Ja miałem przy sobie tylko małe, podróżne lusterko stołowe i za nie dostałem parę funtów kaszy i trochę oleju. Wracając z pracy w mieście nasi żołnierze przynosili też sporo makuchów słonecznikowych przeznaczonych dla bydła. Okazało się, że mimo iż wyciskano je wcześniej przez prasę zostało w nich jeszcze trochę tłuszczu. Te makuchy rozbijano potem toporem, tłuczono podobnie jak ziarna zboża na żelaznych płytach lub mielono. Potem to wszystko przesiewano przez sita i mieszano np. z tartymi jabłkami lub zdobytym mlekiem otrzymując papkę - rodzaj kakao lub imitację nędznej czekolady. Był to rodzaj naszego deseru. Zanim coś takiego udało się nam wyprodukować i każdy mógł skosztować choć małą łyżeczkę tych „delicji” wymagało to bardzo żmudnej i długiej pracy każdego z nas oraz wyjątkowego kamuflażu. Po pewnym czasie takich przygotowań, nasi żołnierze wpadli na pomysł by produkować czekoladę na sprzedaż. Z paru desek zrobili prasę. Od wewnątrz tej prasy, na deskach wycięli napis po rosyjsku „шоколад”. Przygotowaną wcześniej z makuchów słonecznikowych papkę wymieszaną z mlekiem i dodatkiem sacharyny, w tej prasie wyciskali, suszyli i potem sprzedawali jako czekoladę na bazarze w mieście.

 Bolszewicy nie zapominali też o „strawie duchowej” dla naszych jeńców. Co pewien czas w teatrze obozowym, przymusowy zespół rosyjskich jeńców dawał przedstawienie propagandowe. Scena była częściowo zadaszona, a widownia znajdowała się pod gołym niebem. Każdy początek przedstawienia rozpoczynał się odśpiewaniem hymnu międzynarodówki czyli „internacjonału”, a na konie po gromkich brawach wszyscy raz jeszcze musieli odśpiewać to samo. Zdarzało się czasami, że w tym teatrze grywali też zawodowi artyści z miasta. Za udział w tej pracy „kulturowo-oświatowej” przeważnie dawano trochę lepsze jedzenie, więc część naszych kolegów złakomiła się na to i na ochotnika nawet śpiewała w chórze. Jednak większość z nas była temu stanowczo przeciwna, zwłaszcza, że te produkcje teatralne i chóralne dość często obrażały nasze uczucia narodowe. Do uczestnictwa w tych pożal się boże „spektaklach artystycznych” z początku zmuszano nas wszystkich, jednak gdy podczas jednego takiego występu, artyści sowieccy obrazili cały naród polski wyśmiewając go, wszyscy jak jeden mąż wyszliśmy i więcej tam nie wrócili. Wprawdzie najpierw grożono nam więzieniem, potem proszono, lecz my uparliśmy się. Powiedzieliśmy, że do tej pory patrzyliśmy z uwagą na tę ich propagandę społeczną, nawet próbowaliśmy wyciągać jakieś tam z tego wnioski, lecz nasz honor narodowy Polaka nie pozwala nam na to, by przysłuchiwać się bezkarnemu wyśmiewaniu naszego narodu. Żadna siła nie zmusi nas do tego, by na to patrzeć. Wówczas Rosjanie odpowiedzialni za te przedstawienia, obiecali nam, że tego więcej nie zrobią. Jednak myśmy wszyscy - z wyjątkiem tylko kilku kolegów, którzy występowali w przedstawieniach, gdzie nie było mowy o polityce – zawsze ten teatr bojkotowali. Parę razy odbywały się też z tej sceny agitacje zawodowych komunistów lecz były prowadzone bardzo nieudolnie. Na szczęście nie zdołał nas nikt przekonać o słuszności czy racjonalności zamierzeń komunistycznych.

 Odżywianie obozowe była bardzo słabe. Gotowali nasi koledzy, którzy dobrowolnie zgodzili się kucharzyć dla wszystkich jeńców w obozie. Dostawaliśmy prawie codziennie soczewicę, prażone ziemniaki, a czasem trochę marnych śledzi na zupę lub psujące się baranie głowy czy nogi. W zimie przeniesiono nas wszystkich oficerów polskich do innej części obozu, gdzie znajdował się niski, długi, bardzo ponury, murowany budynek byłej stajni. Bolszewikom chodziło o to, byśmy nie mogli wpływać na morale naszych żołnierzy. Dlatego też od momentu naszego tam przeniesienia, wspólny kontakt z pozostałymi żołnierzami, zwłaszcza jednorocznymi ochotnikami, był bardzo utrudniony. Komuniści za udział w takich bolszewickich pogadankach i agitacjach częstowali ochotników kromką chleba z marmoladą oraz herbatą z cukrem, a na zachętę by przyjść następnym razem dawano też parę papierosów. Niektórzy nasi żołnierze chodzili na takie zebrania, brali za to wynagrodzenie, lecz po powrocie do swoich baraków wyśmiewali się z tej bolszewickiej propagandy. Sowieci mieli wszędzie swoich płatnych szpiegów. Okazało się, że i u nas tacy też byli, dokwaterowani do naszej grupy „niby to Polacy”. Dwóch czy trzech Żydów mówiących łamaną polszczyzną, donosiło bolszewikom o wszystkim, co się wydarzyło lub też miało wydarzyć wewnątrz naszego obozu. Musieliśmy bardzo na nich uważać i pilnować by w ich towarzystwie nie powiedzieć czegoś co by mogło być potem wykorzystane przeciwko nam. Gdy w końcu okazało się, że mamy wracać do Polski nagle wszyscy szpiedzy zniknęli i więcej się już nie ujawnili.

 Często urządzano u nas niespodziewane, bardzo gruntowne  rewizje. Zabierano wówczas nasze zapasy żywności, nawet brzytwy, noże czy inne niezbędne przedmioty. Dzięki naszemu sprytowi i zapobiegliwości, część z tych rzeczy zawsze zdołaliśmy ukryć lub wynieść. W krótkim czasie udało się nam też zapoznać z miejscową „Polonią”, zesłańcami z okresu 1863 roku i ich potomkami którzy wspierali naszych polskich jeńców. Zaciągnęliśmy u niej dość duże pożyczki dla całego naszego obozu. Głównymi, którzy wspierali nas i nasze działania był pan Antoni Wilczyński oraz Antoni Bałamut, Białorusin ożeniony z Polką. A odbywało się to w następujący sposób: nasz Komitet Obozowy przy udziale dwóch poręczycieli pożyczał pieniądze od poszczególnych przedstawicieli Polonii na skrypt dłużny. Potem pieniądze te były rozdzielane pomiędzy poszczególnych kolegów według rzeczywistej potrzeby i technicznych możliwości rozdziału Komitetu. Taki skrypt dłużny z podpisami i adresami tych, którzy skorzystali z takiej pomocy, był przekazywane do pożyczkodawców. Cała tego typu operacja była przeprowadzana z nadzwyczajnymi środkami ostrożności, by przypadkiem jacyś szpiedzy władzy obozowej o tym wszystkim nie donieśli swoim zwierzchnikom. W przenoszeniu pieniędzy do obozu oraz skryptów dłużnych z obozu do tych, którzy pożyczali nam pieniądze, jak również i w wielu istotnych sprawach tajnej komunikacji obozowej z Polonią w mieście bardzo cenne usługi oddawał kolega Kazimierz Baszniak [18], obecnie kapitan WP. Parę razy niespodziewanie wpadła do nas rewizja węsząc za pieniędzmi i dowodami naszych kontaktów z Polonią w mieście. Baliśmy się bardzo by to wszystko nie wydało się, bo przecież zarówno nam jak i Polakom z miasta grozić by mogło za to nie tylko ciężkie więzienie ale i kara śmierci przez rozstrzelanie. Całą korespondencję oraz wszystkie akta pożyczkowe, jak również i pożyczone pieniądze przechowywałem ja sam. Gdy tylko udało się nam dowiedzieć, że zbliża się jakieś niebezpieczeństwo nagłej rewizji, wówczas część podań o pożyczki od naszych kolegów, jeszcze nawet nie rozpatrzone ani nie podpisane przez Komitet Obozowy, wrzucaliśmy do pieca i paliliśmy. Część papierów oraz pieniędzy chowałem do polowej flaszki wiszącej nad łóżkiem, zaś pakiety z pieniędzmi dość sprytnie wędrowały z rąk do rąk stojących żołnierzy, aż znalazły się na zewnątrz baraku i tam do jakiegoś zakamarka, pod jakiś kamień czy deski w ścianie były ukrywane. Pomimo nieraz bardzo skomplikowanych i niebezpiecznych sytuacji nie zdołano prawie nigdy nas na niczym przyłapać. Kilku naszych kolegów pracowało w kancelarii obozowej u bolszewików, za co dostawali też jakieś wynagrodzenie. Dzięki temu dość często dowiadywaliśmy się na czas o różnych zarządzeniach władz obozowych wymierzonych przeciwko nam. Zdarzało się też czasami, że treść różnych telegramów nadawanych z Moskwy do komendanta obozu Kisielowa, a dotyczących ważnych spraw związanych bezpośrednio z jeńcami, docierały do nas o wiele prędzej niż do niego samego. Kisielow wściekał się o to nieraz gdyż miał przecież  wystarczająco dużo czasu, środków i innych możliwości by temu zapobiec i wzmóc ochronę przepływu informacji, jednak nie bardzo potrafił tego dopilnować. Narzekał często i wrzeszczał do swoich rosyjskich żołnierzy: „…Swołocz! Ci przeklęci polscy oficerowie są doskonale zorganizowani, na niczym nieprawomyślnym nie można ich nigdy przyłapać. Wytłumaczcie mi, jak to jest, że o wszystkich nowych zarządzeniach dowiadują się o wiele prędzej niż sama komenda obozu?…”.

 Zresztą nie tylko od osób pracujących w komendzie obozu dowiadywaliśmy o grożącym niebezpieczeństwie rewizji czy innych bezpośrednio nas dotyczących sprawach. Również i kolega Mirski, nasz „lekarz” obozowy, obecnie porucznik WP w Tarnopolu, przekazywał nam ważne informacje. Mirski był młodym, wesołym człowiekiem. Był obozowym humorystą i kabareciarzem, lubił też śpiewać. Jako słuchacz drugiego roku medycyny na Uniwersytecie we Lwowie oraz oficer austriacki będący w rosyjskiej niewoli jenieckiej pracując przez dłuższy już czas przy doświadczonych lekarzach wiedeńskich, nabrał wprawy w leczeniu chorych i pomagał im jak mógł. Członkowie komendy obozowej mieli do niego wielkie zaufanie, zwłaszcza że potrafił nie tylko ich leczyć, ale i swoją wymową i humorem rozbawić. Czasami też, gdy wymagała tego sytuacja bywał bezczelny, ale w sposób raczej delikatny i taki, że tą bezczelnością potrafił ich olśnić. Często więc, w razie choroby, wzywali go bolszewicy do siebie, a nawet do swoich rodzin. W domu częstowali go różnymi frykasami, a on fabrykował im na bazie wódki przeróżne mikstury czy krople na poprawę zdrowia. Swoim sprytem i chytrością wyciągał od nich ważne informacje, a później przekazywał je nam. Wśród cywilnych jeńców w naszym obozie pracował właściwy lekarz dr Tucewicz z Husiatyna.  Był to starszy już człowiek mocno schorowany ale bardzo porządny i uczynny. Jego żona oraz dorosła już córka i syn przebywali również razem z nim w cywilnej części obozu.

 Późną jesienią 1921 roku wszystkich jeńców, w tym i nas oficerów, wykorzystano do pracy w obozowym ogrodzie. Ścinaliśmy uprawiane tam główki kapusty, po czym przenosiliśmy je do obozowego magazynu. Pomimo bardzo ścisłej kontroli i pilnowania przez kilkudziesięciu żandarmów, zawsze udawało się nam część kapusty ukraść i przemycić do baraku. Potem jedliśmy ją wszyscy na surowo i w tej naszej nędzy obozowej smakowała nam tak jak jakie melony czy nie przymierzając kawony. Żołądki nasze, tą przymusową dietą były już tak zahartowane, a raczej „odrestaurowane”, że nic już nam nie mogło zaszkodzić o ile nie było w stanie rozkładu czy zgnilizny. Od czasu do czasu zmuszaliśmy się też do jedzenia dostarczanych nam marnych, cuchnących ochłapów końskiego mięsa. Niektórzy spośród nas wygotowane końskie kości tłukli kamieniami na drobno, gotowali je raz jeszcze, „wywar” z nich wypijali, po czym powtórnie tłukli je na drobno i znów taki rodzaj bulion z tych kości próbowali wygotowywać. Podporucznik Górski ze Lwowa, o którym wspominałem już jakiś czas temu, w tych szczególnych warunkach okazał się nieprawdopodobnym aferzystą, że się tak delikatnie wyrażę. Otóż Górski prawie codziennie pracował w Tule jako pomocnik sowieckiego weterynarza i sam  chodził po mieście bez żadnej straży. Poznał tam pewną polską rodzinę, trochę lepiej uposażoną, która gdy dowiedziała się od niego właśnie o naszej nędzy i panującym głodzie w obozie, prawie codziennie dawała mu dla naszego oddziału trochę jabłek, gruszek czy innych owoców ze swojego sadu by po powrocie do baraku porozdzielał pomiędzy swoich współtowarzyszy niedoli. On to oczywiście przynosił do nas i zamiast częstować tym swoich kolegów handlował owocami lub zamieniał się za inne potrzebne przedmioty. Zawsze twierdził, że jabłka czy gruszki kupił dla siebie, że poniósł całkiem niemałe koszty i za ich zwrotem może część owoców odstąpić kolegom. O tym, że wykorzystywał swoich kolegów dowiedzieliśmy się później i to całkiem przypadkiem, dopiero po fakcie gdy on z obozu w Tule uciekł już do Polski. Był to bardzo młody człowiek, wzrostu dość niskiego, wyjątkowy kombinator, próbujący zrobić interes dosłownie na wszystkim i w dodatku kosztem każdego. Nie liczył się z potrzebami innych i był wyjątkowo samolubny. Zastanawiałem się nad tym czy jeszcze go kiedy w życiu spotkam i będę miał okazję zdemaskować jego niecne poczynania.

  Co pewien czas, któryś z naszych kolegów, otrzymawszy fałszywe dokumenty, uciekał do Polski i tam dostarczał gorące pozdrowienia do naszych rodzin oraz prośby kierowane też do naszego rządu o wydobycie nas z tej piekielnej niewoli. Jednym z pierwszych, któremu udało się uciec z naszego obozu i wyjechać do Polski już z końcem lata 1920 roku był kapitan, a obecnie już major WP, Franciszek Pokorny [19] z Przemyśla. Był to obowiązkowy i bardzo inteligentny, poważny oficer, wyjątkowo lubiany przez żołnierzy. On to zanim wyjechał, spisał w formie stenogramu na jednej małej kartce papieru, nazwiska i adresy wszystkich jeńców - oficerów i żołnierzy polskich przebywających w obozie w Tule, by po przybyciu do Polski upublicznić je i opublikować w gazetach. W ten sposób udało mu się zainteresować naszym losem rząd polski i przyczynić się dzięki temu do szybkiego naszego powrotu do domu.

 By naszych kolegów trochę rozruszać i nie pozwolić na apatię oraz załamanie czy melancholię zorganizowaliśmy wspólnie chór obozowy. Naszym dyrygentem był kapitan Alfred Schmidt [20] z Krakowa, bardzo sympatyczny, miły i przystojny kolega. Ja również śpiewałem w tym chórze. Wszyscy przygotowywaliśmy się jak tylko umieli do Świąt Bożego Narodzenia. Opłatki jak i różne dary żywnościowe otrzymaliśmy od mieszkających w Tule Polaków, a resztę w miarę swoich skromnych możliwości przygotowaliśmy sami, tak jak umieliśmy. Na wigilię zaprosiliśmy dr Tucewicza oraz jedną młodziutką, bardzo inteligentną Polkę, która siedziała w obozie kobiecym. Była to sierota, której matkę i siostrę rozstrzelali bolszewicy w Charkowie. Ona uniknęła śmierci, tylko dzięki temu, że rozchorowała się na tyfus i bolszewicy nie chcieli się do niej zbliżać. Gdy w końcu wyzdrowiała trafiła do naszego obozu za to, że jej dwaj młodsi bracia przekradając się kilka razy jako polscy ważni oficerowie, emisariusze z Ukrainy do Polski, zostali w końcu wyśledzeni i przy próbie ich aresztowania przez bolszewików uciekli na stałe do Polski. W końcu nadszedł dzień Wigilii. Opłatkiem dzieliłem się ze wszystkimi kolegami, potem przemówiłem do zebranych, chór odśpiewał polskie kolędy i polskie pieśni patriotyczne, a na koniec wznieśliśmy okrzyki na cześć Polski i polskich władz i armii. Kapitanowie Wilhelm Popelka [21] i Tytus Obłaza [22], obecnie już majorowie WP, opowiedzieli też parę anegdot, odśpiewali też kuplety, a kolega Mirski rozśmieszał zebranych swym występem kabaretowym. Nawet też trochę tańczono do wypożyczonego nam i grającego gdzieś w dali gramofonu. Późno wieczorem zagościł u nas nawet komendant obozu Kisielow i był wprost zaskoczony i wielce zdziwiony naszą niespożytą energią i siłą ducha. Przecież cały nasz barak już ze dwie godziny wesoło i potężnie śpiewał same polskie piosenki i weselił się radosną chwilą Bożego Narodzenia. Słyszałem jak rozbawiony Kisielow, ściszonym głosem mówił do swoich strażników: „…tych przeklętych Polaków to chyba nic złamać nie zdoła…”. Miał to być z jego strony jakiś rubaszny żart, lecz dla nas był to rodzaj pewnej cennej pochwały. Mimo tego, że gardła nasze powoli zaczęły odmawiać posłuszeństwa, nasza śpiewacza energia jednak nie słabła, aż do momentu gdy w końcu Kisielowi znudziło się i wyszedł z naszego przyjęcia. Byliśmy wszyscy przekonani, że tą naszą radością i śpiewem nie tylko dokuczyliśmy mu dość mocno, ale i również zadziwili. Przecież dopiero teraz tak naprawdę zobaczył, że pomimo prób uprzykrzania nam życia w obozie i gnębienia nas na różne sposoby, to jednak my w dalszym ciągu żyjemy, nie dajemy się złamać. Rozstaliśmy się wtedy z nim w zgodzie, lecz błyski w jego chytrych oczach wyraźnie mówiły nam co się w jego duszy działo.

  Kilkudziesięciu kolegów, a z nimi też i dr kapitan Ludwik Waniek, pracowało parę miesięcy poza miastem w tak zwanej „suszyłce”, czyli suszarni owoców. Przygotowywano tam suszone owoce, ziemniaki czy kapustę, które potem przewożono i składowano w sowieckich magazynach. Koledzy ci, wspólnie z kapitanem mieszkali w baraku usytuowanym przy samej suszarni i nie byli szczególnie pilnowani przez żandarmów, mając dość dużą swobodę działania. Dlatego też dość często wypiekali placki ziemniaczane, którymi w miarę możliwości dzielili się z pozostałymi w obozie więźniami. Łupy ziemniaczane, pozostałe z umyślnie dość grubo obieranych na suszenie ziemniaków, były potem sprzedawane Rosjanom lub zamieniane na mleko, tłuszcze czy inne produkty żywnościowe. Dlatego też wszystkim im żyło się całkiem nieźle, do czasu aż suszarnia się spaliła. Było to gdzieś na przełomie stycznia i lutego 1921 roku. Wtedy dopiero wszyscy wrócili do obozu, ale do innego baraku, bo w naszym przebywało już wówczas ponad 250 oficerów.

  Zawsze będę mile wspominał inżyniera Czerwińskiego oraz porucznika Kulikowskiego, z którymi wspólnie dość blisko razem trzymaliśmy się w obozie. Mieli oni doskonały zmysł majsterkowania i potrafili przy pomocy siekiery i meissla [23], dosłownie wyczarować różne rzeźby z drewna, które potem sprzedawali w mieście i tam za uzyskane za nie pieniądze żywność kupowali.

   Warunki w jakich żyliśmy w obozie, zwłaszcza w zimie na przełomie 1920/1921 roku były naprawdę straszne. Na cały duży barak, w którym przebywaliśmy,  grzały jedynie trzy żelazne prowizoryczne piecyki, było więc okrutnie zimno. Jeśli komuś udało się coś zorganizować to gotował na tych piecykach jakąś ekstra strawę. Kuchnia obozowa znajdowała się w drugiej części obozu, kawałek za naszym barakiem. Z początku chleba otrzymywaliśmy jakieś ¾ funta, a później racja została zmniejszona do ½ funta rosyjskiego na dzień. Do tego bardzo często dawano nam zgniłe, przemarznięte kartofle, zepsutą kapustę, czasami też śledzie czy końskie, gotowane śmierdzące ochłapy, z których każdy z nas mógł od czasu do czasu wygrzebać zaledwie po malutkim kawałeczku mięsa wielkości kciuka. Roboty w mieście, na które wychodziliśmy pod strażą ustały, podobno dlatego, że byliśmy nieprawomyślni w stosunku do sowietów i nie popieraliśmy ich. Poza tym wzmogły się też represje z ich strony w stosunku do nas jako, że byliśmy przecież synami burżuazyjnego Państwa Polskiego. Wszyscy spaliśmy w baraku ściśnięci jak śledzie w beczce, a parę malutkich lampek naftowych oświetlało panujący tam mrok. Powietrze którym oddychaliśmy było stęchłe i tak śmierdzące i ciężkie, że można było powiesić w nim siekierę. Bieliznę kazano oddawać do pralni obozowej i nie pozwalano nam samym jej prać. Nie zdarzało się by ta sama wracała do nas, zamieniano więc koszule, kalesony czy majtki na jeszcze bardziej dziurawe i potargane niż te, które przekazywaliśmy do prania, a z powodu braku dobrej dezynfekcji groziło nam rozszerzenie zarazy tyfusu. Całymi dniami pracowaliśmy na terenie obozu np. przy przerzucaniu gnijących kartofli, a wieczorami przy odśnieżaniu. Ponieważ nie było się jak i gdzie dobrze umyć, a mydła i tak już dawno zabrakło, więc wszy nas niemiłosiernie gryzły. Przy skąpym oświetleniu i w nocy, iskanie ich było najtrudniejsze, a głód dosłownie skręcał nam kiszki. Ta codziennie podawana nam wodnista, gotowana z na wpół zgniłych kartofli lub kapusty zupa, wywoływała u nas straszne osłabienie naczyń moczowych i nieustanne nasilanie moczopędności. Byliśmy tak słabi, że ledwo mogliśmy się utrzymać na nogach, a w nocy w trakcie snu, gdy pęcherz napełniał się moczem, po kilkanaście razy wywlekaliśmy się na dwór, opierając się o prycze lub ściany. Często nie zdążaliśmy z nagłymi potrzebami fizjologicznymi i jeszcze w baraku załatwialiśmy je, bo „klapy” nie trzymały. Łatwo się było wtedy przeziębić i pozarażać innych.

  Jeszcze przed nastaniem zimy udało się nam odzyskać z komendy obozu część naszych mundurów. Jako Komitet Obozowy staraliśmy się za wszelką cenę pomagać w potrzebie naszym żołnierzom. Ratowaliśmy więc poszczególnych kolegów pożyczkami z miasta, a słabszych staraliśmy się wspierać przekazując im od czasu do czasu część przysługujących nam racji żywnościowych. W ten sposób solidarnie przetrzymaliśmy jakoś tę naszą biedę. Jeśli chodzi o mnie, to niestety nie miałem już swojego koca, gdyż jeszcze w Omsku sprzedałem go, więc w nocy przykrywałem się jedynie pozostawioną mi kurtką i krótkim trenczem [24]. Musiałem spać dość ostrożnie i czujnie, gdyż najmniejsze poruszenie powodowało, że kurtka zsuwała się ze mnie, a zbyt krótki trencz odsłaniał mi plecy i marzłem wtedy okrutnie. Dużo wtedy kaszlałem i przepuklina dokuczała mi mocno. Poza tym pęcherz nie trzymał moczu. Cierpiałem z tego powodu bardzo, zwłaszcza w trakcie napadu kaszlu gdy przepuklina wypadała na zewnątrz i mimo usilnych prób nie byłem jej w stanie wsadzić z powrotem na swoje miejsce. Dodatkowo nie bardzo mogłem spać na boku, gdyż wtedy ból nasilał się. Zdawało mi się wtedy, że powrotu do kraju i do Ciebie Kochana Cesiu już nie doczekam. Pomocy na moje dolegliwości nigdzie znaleźć nie mogłem, a na operację do szpitala sowieckiego pójść nie chciałem, zwłaszcza, że nasz polski lekarz powiedział mi, że tam, gdy będą mnie kroić brudnymi i nie dezynfekowanymi nożami, to takiej operacji po prostu nie przeżyję. Pamiętam dwa takie, szczególnie tragiczne dla mnie dni, gdy uwięzła mi przepuklina. Myślałem wtedy, że na pewno ducha wyzionę, gdyż całe ciało bolało jak diabli. Dusiłem ten ból w sobie jak mogłem, by koledzy, którzy uważali mnie za silnego i którzy ślepo wierzyli w siłę mego charakteru, przypadkiem nie zobaczyli, że cierpię. W tych moich cierpieniach i bólach oraz nieprzespanych nocach, stawała mi przed oczami moja przeszłość i teraźniejszość życia, moje uczucia do Ciebie oraz świetlane plany na przyszłość zawsze z Twoją Osobą Kochana Cesiu związane. Straszne to były katusze, które później jeszcze dość często się powtarzały. Lecz dzięki opiece Bożej i wychowaniu otrzymanym od moich Rodziców, wszystkie je udało mi się przezwyciężyć. W tym czasie prawie wszyscy chorowaliśmy na tyfus, ale dzięki wspólnej solidarności i pomocy jedni drugim, zmarło tylko dwóch czy też trzech naszych kolegów oficerów i zdaje się, że paru polskich żołnierzy.

 Pod koniec zimy 1920 roku, odwiedził nas pewien rosyjski adwokat z Moskwy, przedstawiciel rosyjskiego Czerwonego Krzyża i przywiózł trochę żywności, tj. słoniny amerykańskiej, soczewicy suszonej, trochę bielizny i parę ubrań. Obiecał, że wkrótce będzie następna pomoc. Wszystkie te dary, pod moją komendą, rozdzieliliśmy pomiędzy najbardziej potrzebujących. Dla siebie wziąłem tylko trochę słoniny, zaś z ubrań niczego. Koledzy komitetowi uważali, że bielizna też mi się należy, jednak ja powiedziałem sobie, że jeśli chcę kierować dużą grupą ludzi wysoko w hierarchii społecznej postawionych, o różnej inteligencji i charakterze, podejrzliwych i przeczulonych nawet na swoim punkcie, to muszę zrezygnować z różnych swoich przywilejów, gdyż nawet nieznaczny z mojej strony przejaw egoizmu materialnego może do tej pory tak mozolnie budowane właściwe warunki współżycia obozowego zniszczyć. Moja dotychczasowa obserwacja wspólnego życia w obozie oraz wiara w moje tamtejsze posłannictwo, nakazały mi takie zachowanie. Wkrótce bliska przyszłość ukazała, że dobrze postąpiłem. 

 Od tego wysłannika z Moskwy, potajemnie otrzymaliśmy też dwa egzemplarze umowy Traktatu Ryskiego [25], pisanej po polsku i rosyjsku. Zaczęliśmy więc ją studiować i opierając się na spisanych tam ustaleniach zaczęliśmy walczyć z władzami bolszewickimi o ograniczenie represji panujących w obozie i lepsze nas traktowanie. Pisaliśmy sążniste memoriały do władz obozu, chodzili w deputacjach, nieustannie walczyli , narażali się na coraz gorsze represje, a na koniec gdy nic nie pomagało zagroziliśmy głodówką. W końcu z początkiem wiosny 1921 roku ucisk trochę zelżał. My jednak dalej nie daliśmy za wygraną i nieustannie szturmowali dowództwo obozu naszymi petycjami. Przez uciekających do Polski pojedynczych jeńców – kolegów, wysyłaliśmy do Polskiego Rządu informację z prośbą o pomoc, przedstawiając beznadziejność naszego położenia i grozę stosunków panujących w obozie.

 Przypominam sobie, że jeszcze latem 1920 roku, gdy hordy rosyjskich, bolszewickich obdartusów, z karabinami zawieszonymi na sznurkach, ciągnęły przez Tułę na Polskę rozpacz ogarnęła nas wszystkich. Mówiono nam i rozpisywano się w rosyjskich gazetach o zupełnej demoralizacji polskiej armii i o cofaniu się polskiego frontu oraz ucieczce polskich żołnierzy przed nacierającą konnicą Budionnego. Słyszeliśmy, że bolszewicy niszczyli wszystko po drodze i mordowali Polaków. Nawet silni dotąd duchowo żołnierze załamali się i zaczęli głośno oskarżać o zdradę polskiego naczelnego wodza, polski rząd i powtarzać z rozpaczą w głosie „finis Poloniae”. Ja jednak wiary swej w wolną Polskę nigdy nie straciłem i nieraz głośno upominałem narzekających kolegów, grożąc im, że jeśli dalej będą się tak zachowywać, to po powrocie do kraju potraktuję ich jako zdrajców i napiętnuję. O swoich bólach fizycznych właściwie zapomniałem, zaś z tym strasznym pesymizmem i zatratą ducha wśród moich kolegów starałem się walczyć jak mogłem. Wciąż łaziłem po całym obozie i gdzie tylko usłyszałem jakąś dyskusję polityczną wśród żołnierzy, ich utyskiwanie i płacz, przystawałem przy nich i starałem się wśród kolegów wzbudzać nadzieję i wlewać w ich zbolałe dusze wiarę w lepszą przyszłość. Ani na chwilę nie ustawałem w tej pracy, wręcz zatraciłem się w mym optymizmie. Dotychczas byłem prawie żadnym mówcą, a teraz stałem się wybitnym oratorem, którego druzgocące argumenty dotyczące naszego przetrwania i wiary w lepszą przyszłość, argumenty przeciwko pesymizmowi kolegów, stawały się tak skuteczne, że zrozpaczonym krzykaczom zamykały się w końcu gęby i w ciszy i spokoju oczekiwali dalszych wypadków. Widziałem, że koledzy podziwiają mój spokój i siłę, lecz ja nie miałem czasu na takie samouwielbienie czy analizowanie rozdarcia własnej duszy. Zresztą nawet ci, którzy z moich występów czerpali siłę i wiarę w polepszenie naszego losu, próbowali umyślnie wciągać mnie w beznadziejne dyskusje, by moimi odpowiedziami skutecznie usunąć resztkę pesymizmu tlącego się w ich duszy i umocnić swą wiarę w lepszą przyszłość. Nawet od najpoważniejszych moich kolegów często wtedy słyszałem, że podziwiają moją postawę nadziei, że ja jeden w całym obozie posiadam niczym nie dającą się złamać wiarę w nasze przetrwanie. I chociaż, na podstawie dochodzących do nas wiadomości, ich rozum podpowiadał im, że już nic dobrego nas spotkać nie może, to moje głębokie przekonanie w odmianę naszego losu, na przekór ich rozsądkowi, wlewa w ich serca otuchę i prawdziwą nadzieję.

 Przyznaję się przed Tobą Kochana Cesiu, że takie opinie ze strony moich kolegów były dla mnie wtedy swoistego rodzaju krzyżami zasługi, jakimś balsamem na moją zbolałą duszę. Jednak takiego prawdziwego i pełnego uznania oczekiwałem dopiero gdy powrócę już szczęśliwie do kraju, do Ciebie moja Najdroższa. Gdy usłyszę z Twoich ust, że z pełnym przekonaniem powierzasz swój los i całą swoją przyszłość mej opiece, ufając mi bezgranicznie. I muszę się Ci przyznać, że tam w obozie zwyciężyłem wobec moich kolegów, a tu w kraju, Bóg nie odmówił mi pełnego zwycięstwa, dzięki czemu jesteśmy teraz razem i wiara moja umocniła się jeszcze bardziej. Przypominam sobie jeszcze, że jednym z najważniejszych moich argumentów za trwaniem w nadziei na lepszą przyszłość było przekonanie oparte o polską historię oraz o moje własne długoletnie obserwacje, że naród polski posiada niespożyte siły i w najtrudniejszych momentach swoich dziejów, mimo tego, że chwilowo, do pewnego stopnia może być też lekkomyślny, to potrafi jednak odrodzić się jak feniks z popiołów. Przekonywałem swoich kolegów, że wprawdzie armia nasza cofa się przed naporem bolszewickim gdyż front jest zbyt mocno rozciągnięty, a siły nieprzyjaciela zbyt liczne, że wprawdzie opuszczone połacie polskiej ziemi są narażane na grabieże i gwałty ze strony hord bolszewickich, to jednak pokładam swą ufność w Bogu i wierzę, że stolica nasza – Warszawa - ocaleje i tam właśnie armia polska zgotuje naszemu odwiecznemu wrogowi cios druzgocący. I tak też się stało, i za to Bogu dziękuję.

 Napisałem dzisiaj dość dużo, bo zmęczony podróżą nie zabrałem ze sobą z pracy służbowych papierów do poprawy. Miałem więc wieczór sporo czasu. Wprawdzie myślałem o tym, że spać pójdę może trochę wcześniej, jednak wspomnienia wróciły z taką zdwojoną siłą, że nawet pióro za myślą moją nie mogąc nadążyć, zamiast wyraźnych liter tylko jakieś gryzmoły na papier przelewało. A tak się chciałem dzisiaj przed Tobą z moich myśli dokładnie wyspowiadać! Ty mi to racz wybaczyć, gdyż kaligrafując niezrozumiale pewnie bym zbyt sucho opowiadał, a toby prawdy Ci pełnej o mojej niedoli nie przedstawiło.

 Dobranoc Kochana, wyśpij się więc i Ty Cesiulko i Nasz Szkrabku Mały, a wyspawszy się niezmrużonymi oczkami, a raczej wypoczęci duchem łatwiej z tych niewyraźnych hieroglifów me myśli odczytacie. Pa! Do widzenia w kolejnych wspomnieniach, lecz nie wiem jeszcze kiedy. Dobrej Nocy…

/ Rocznik Oficerski 1924 rok

Kielce 16.III.1924 (niedziela)

  Komitet nasz obozowy pracował ustawicznie zmieniając się co pewien czas. Ja jako przewodniczący wytrwałem w nim do końca, natomiast na wiosnę 1921 roku, do komitetu należał też porucznik Nartowski, porucznik Zemła, kapitan Woźnicki i porucznik Maziarski. Gdy odjechał delegat Czerwonego Krzyża przybyły z Moskwy, przez pewien czas wszyscy byliśmy podbudowani duchowo. Lecz później gdy z zewnątrz nie dochodziły już żadne  zaczęły nas gnieść coraz bardziej, jakby drwiąc z Traktatu Ryskiego, a głód zaczął nam coraz bardziej zaglądać w oczy, wszystkich żołnierzy ogarnęła ogólna apatia. W końcu dowiedzieliśmy się pocztą pantoflową, że w marcu 1921 roku część z nas ma wyjechać lecz ilu i którzy z kolegów nie było wiadomym. Komendanci obozu dawali nam do zrozumienia, że będą to tylko zwykli żołnierze, jeńcy z wojny polsko-bolszewickiej. My zaś, oficerowie traktowani byliśmy jako kontrrewolucjoniści z bandy syberyjskiej. Subdelegatem z ramienia Czerwonego Krzyża, naznaczonym przez wspomnianego wcześniej delegata z Moskwy, został mianowany niejaki Edward Święcki, który jako zbieg z Wielkiej Wojny pracował już parę lat w fabryce produkującej części do uzbrojenia dla armii czerwonej w Tule. Pochodził z Kongresówki i był urzędnikiem mieszkającym w mieście razem z niebrzydką żoną i dwójką dzieci, córką i synem, bardzo rozpuszczonymi bachorami. Żona jego była wielką kokietką, zwracającą głównie uwagę na dobra materialne i na każdym kroku starała się wykorzystywać swego męża. Niektórzy nasi koledzy, w tym również i ja dość dobrze znaliśmy rodzinę Święckich, którzy wprawdzie wśród Polonii Tulskiej nie posiadali zbyt dobrej opinii i mówiło się o nich, że są zbyt interesowni i tuczą się dobrem składkowym, to jednak nieraz czynili nam jeńcom różne przysługi. Pan Święcki jeździł do Moskwy i stamtąd przywoził nam jeńcom trochę mąki, ryżu słoniny czy po prostu bielizny, której nam zawsze brakowało. Wszystkie te dary rozdzielałem pomiędzy wszystkich jeńców, oczywiście zawsze przy pomocy kolegów z Komitetu.

  Pewnego dnia rano, przyszła do naszego baraku straż bolszewicka i zawezwała wszystkich nas komitetowych na przesłuchanie do czerezwyczajki. Pozostali koledzy nie chcieli nas z początku wydać, bo obawiali się, że stamtąd po prostu nie wrócimy, lecz uspokoiliśmy ich i spokojnie dali się tam zaprowadzić. Przesłuchiwano nas każdego z osobna i próbowano różnymi sposobami, czy to prośbą, groźbą, namową czy schlebianiem wydobyć z nas jakie stosunki łączą nas z miejscową Polonią. Nie udało się to im jednak gdyż skutecznie wyparliśmy się wszystkiego. Sędziowie, którzy nas przesłuchiwali byli to młodzi, wyrafinowani ludzie, którzy sztuki detektywistycznej zapewne uczyli się jeszcze w służbie carskiej być może na cłach granicznych. By wydobyć z nas jakiekolwiek informacje częstowali nas papierosami, zachęcali do zwierzeń, mówili dużo o obowiązku humanitaryzmu i potrzebie wspierania cierpiących. Mówili, że pochwalają taką pomoc i że gdyby znajdowali się w Polsce to sami by jeńców wspierali, tak jak tutejsza Polonia Tulska. Chwalili też Lwów i inne polskie miasta, zachwycali się Polakami i wszelkimi sposobami próbowali nas złamać. Myśmy jednak milczeli i ani słowem tajemnicy naszej nie zdradziliśmy. Gdy to wszystko nie pomogło wówczas zaczęli nam grozić, krzyczeć na nas a nawet bić. Obiecali też, że jeśli nie wyjawimy prawdy to zgnijemy w więzieniu i nigdy już nie będziemy oglądać ani naszych najbliższych ani Polski. Lecz my byliśmy nieugięci. Widząc, że nic nie wskórają wówczas kazali nam przestać w niepewności, pod silną strażą, parę godzin na korytarzu więziennym, po czym wypuścili nas z powrotem do obozu.

  W drugiej połowie marca 1921 roku zwykli żołnierze oraz sześćdziesięciu oficerów inwalidów dowiedziało się, że będą mogli wyjechać do Polski. Okazało się, że było to zarządzenie moskiewskiej władzy centralnej, które dotarło do władz naszego obozu. Rozkaz ten faworyzował zwykłych żołnierzy, szeregowców i niższych rangą podoficerów, których władze sowieckie w Moskwie chciały w ten sposób przeciągnąć na swoją stronę. Po wstępnym badaniu lekarskim, spośród wszystkich naszych oficerów, Komitet Obozowy postanowił wskazać tych mających największe problemy zdrowotne i taką właśnie listę przedstawić komendantowi obozu. Okazało się, że mimo mojego sprzeciwu, również cały nasz Komitet znalazł się na tej liście, na której docelowo wyszczególnionych zostało ponad stu oficerów inwalidów.  W końcu komendant Kisielow wyznaczył dzień, w którym osobiście miał wybrać tych sześćdziesięciu spośród nas, którzy mieli wrócić do Polski. Wówczas rozpacz ogarnęła ogół kolegów. Powszechnie zaczęto narzekać, że reszta oficerów, która nie zostanie wybrana na pewno przepadnie, zginie marnie w tym obozie, że bolszewicy ich do końca zagłodzą, a Polska o nich na zawsze zapomni. Próbowałem osobiście podnosić ich na duchu, lecz mimo usilnych starań i przekonywań, że wszystko się dobrze skończy, widziałem, że nie bardzo to na nich działało. Wszyscy sądzili widocznie, że jestem egoistą i spokojnie próbuję tak mówić, gdyż mam zagwarantowane to, że i tak już niedługo do Polski wyjadę. Przykro mi się zrobiło, że moi koledzy posądzali mnie o to i nie wzięli pod uwagę faktu, iż do tej pory próbowałem przecież umacniać ich nadzieję i wiarę w lepszą przyszłość. Jak bardzo  ciągnęło mnie do Polski, to Ty chyba tylko Cesiu zrozumiesz najlepiej, wiedząc jak głębokie i szczere jest me uczucie ku Tobie. Mimo tego, że w tym czasie byłem bardzo schorowanym człowiekiem to w mój powrót do kraju i do Ciebie Kochana, święcie wierzyłem. Żal mi było bardzo tylko tych, którzy pozostali po naszym wyjeździe i z rozpaczy gotowi byli nawet załamać się zupełnie. Długo o tym wszystkim nikomu nie mówiłem, toczyłem ze sobą wewnętrzną walkę i gdy w końcu przyszedł dzień kiedy komendant Kisielow do liczby sześćdziesięciu oficerów inwalidów wyznaczył i mnie, wówczas wobec wszystkich moich kolegów poprosiłem go, by mnie właśnie od wyjazdu do Polski na razie uwolnił. Powiedziałem przy wszystkich, że jestem wprawdzie inwalidą, lecz uważam, że wielu innych kolegów oficerów, w o wiele gorszym stanie zdrowia niż ja musiało by zostać w obozie i to mogło by fatalnie odbić się nie tylko na ich zdrowi ale i na ich morale. Natomiast ja, uważam że przetrzymam jeszcze te parę tygodni czy nawet miesięcy zanim w końcu wrócę do Polski. Widziałem, że moje żądanie na tyle zdziwiło, a jeszcze bardziej zaskoczyło komendanta Kisielowa, że nie od razu mi odpowiedział. Podobnie jak pozostali oficerowie, tak i on stał wybałuszając na mnie swoje ślepia. Wiedziałem, że nienawidził mnie za moją bezinteresowną walkę w obronie moich kolegów i naszego obozu i dlatego też chciał się mnie jak najszybciej stąd pozbyć. Myślę, że ta moja nieoczekiwana propozycja bym jednak pozostał w obozie, a na moje miejsce został wybrany ktoś inny spośród naszych oficerów inwalidów, tak go zamurowała, że w końcu zgodził się. Koledzy moi, z początku nie chcieli wierzyć w to co usłyszeli, jednak po pewnym czasie, ku zaskoczeniu Kisielowa, zgotowali mi wielką owację na stojąco bijąc mi brawo. Tej wewnętrznej walki, którą wówczas stoczyłem sam ze sobą, już dzisiaj nie potrafię dokładnie opisać. Wiem tylko tyle, że walka ta była naprawdę ciężka i długa, a zakończyła się moim wewnętrznym zwycięstwem. Kiedyś, w wolnej chwili, przy nadarzającej się sposobności spróbuję Ci to wszystko dokładnie opowiedzieć.

  Parę dni po tym, jak Kisielow wyznaczył tych sześćdziesięciu inwalidów spośród naszych oficerów, pierwsza partia kilkuset polskich żołnierzy, żegnana z wielką zazdrością przez pozostających w obozie resztę kolegów, odjechała w kierunku Polski. Prowadził ją pewien młody Polak z Moskwy, zażarty komunista ale dość sympatyczny student. Najstarszym rangą spośród członków naszego Komitetu, wyjeżdżającym do kraju był kapitan Woźnicki, który równocześnie został mianowany starszym całego transportu. Po wyjeździe wszystkich w naszym baraku zrobiło się o wiele swobodniej, lecz nie na długo, gdyż komenda obozowa przeniosła i rozlokowała wszystkich nas do innych drewnianych baraków. Nasz Komitet, pomimo tego, że znacznie uszczuplony o tych którzy wyjechali już do Polski działał dalej, Pisaliśmy więc w dalszym ciągu przeróżne memoriały i petycje nie tylko do kierownictwa obozu ale głównie za pośrednictwem pana Święckiego do Moskwy, a stamtąd pisma te trafiały aż do Warszawy. Pewnego dnia spisaliśmy dokładnie wszystkie odebrane nam nieprawnie przez bolszewików nasze rzeczy, wyceniliśmy ich wartość i taki spis wraz z żądaniem odszkodowania wnieśliśmy na ręce komendanta obozu Kisielowa. Po paru dniach poinformowano nas, ze nasze żądania przesłano do centrali partii w Moskwie, jednak odpowiedzi nie otrzymaliśmy nigdy.

  Szpital obozowy oraz izba chorych znajdowały się pod naszą opieką. Ordynującym lekarzem był dr Tucewicz, jego pomocnikiem porucznik Mirski, zaś naczelnym aptekarzem został Zawałkiewicz, bardzo sympatyczny młody człowiek, student filozofii ze Lwowa, który całej farmaceutyki nauczył się właśnie w niewoli bolszewickiej. Oficerem gospodarczym był porucznik Mermer z Krakowa, którego powszechnie zwano dziadkiem, bo nosił sumiaste, długie wąsy i miał bardzo dobrotliwą twarz. „Dobrowolnym powarem” czyli naczelnym kucharzem, został nauczyciel ludowy, chorąży Ryniakiewicz z Galicji. Część naszych kolegów pracowała w obozowej komisji kulturalno-oświatowej i właśnie dzięki nim dostawaliśmy czasami do czytania najpierw książki rosyjskie, a później znalazła się też całkiem spora i dobrze zaopatrzona biblioteka polska, jakiegoś inżyniera, miłośnika literatury, któremu Rosjanie po rewolucji bolszewickiej wszystko skonfiskowali. Tę właśnie bibliotekę uporządkował porucznik Smardzewski i znalazł w niej mnóstwo ciekawych pozycji. Szczególnie książka Romana Dmowskiego pt. „Rosja, Niemcy i kwestia polska” [26] była studiowana i czytana przez nas wszystkich jak jakie proroctwo. Nawet przeciwnicy Dmowskiego czytali ją z zapartym tchem. Autor tej książki bardzo trafnie i logicznie, o wiele lat naprzód przewidział rozwój szeregu wypadków politycznych. Te rozwiązania wszyscy widzieliśmy w praktyce właśnie w latach Wielkiej Wojny czy Rewolucji w Rosji. Katalog tej biblioteki mam u siebie do dzisiaj. Będę musiał go przekazać do Ministerstwa Spraw Zagranicznych z prośbą by biblioteka ta, składająca się z ważnych pozycji literaturowych z punktu widzenia kultury polskiej, dzięki działalności Delegacji Rewindykacyjnej powróciła kiedyś do Polski.

   Po wyjeździe pierwszej grupy naszych żołnierzy do kraju ucisk, szykany czy rewizje ze strony komendy obozu nie ustawały, choć muszę przyznać, że ich formy powoli zmieniały się. Jednak o wprowadzenie w czyn i zastosowanie w praktyce w stosunku do nas, polskich jeńców pozostałych jeszcze w obozie w Tule, postanowień Pokoju Ryskiego upominaliśmy się ustawicznie, aczkolwiek bezskutecznie, u władz sowieckich. W końcu od Pana Święckiego dowiedzieliśmy się, że Delegacja Polska ds. Repatriacji z Rosji już urzęduje w Moskwie i przekazuje nam pozdrowienia i obietnicę iż nie pozostawi nas samych bez jakiejkolwiek opieki i wsparcia. Lecz myśmy bezczynnie nie czekali na dalszy rozwój wydarzeń i naszym nieustannym działaniem i uporem zdobyliśmy w końcu możliwość uczestnictwa we wspólnym posiedzeniu przedstawicieli władz sowieckich oraz jeńców wojennych z naszego obozu w jednej z miejscowych instytucji w mieście. Na to właśnie posiedzenie wybrałem się ja oraz porucznik Smardzewski, który znał perfekt język rosyjski, choć i ja całkiem dobrze się nim też posługiwałem. To urzędowe zebranie, na które przybyliśmy z egzemplarzem Traktatu Ryskiego w ręce, wyglądało dość dziwnie. Uczestniczyło w nim coś sześciu czy siedmiu przedstawicieli władz miejskich i gubernialnych, był też komendant obozu Kisielow, wszyscy elegancko ubrani, i nas dwóch jeńców polskich, zarośniętych obdartusów, w obozowych łachmanach i łapciach na nogach. Udzielono nam głosu, a myśmy przedstawili nasze żądania zgodne z postanowieniami Traktatu, a to: 1).prawo swobodnego wychodzenia z obozu do miasta bez nadzoru strażników; 2).prawo swobodnego wynajmowania swej pracy we wszelkich biurach czy przedsiębiorstwach w mieście, za odpowiednim wynagrodzeniem, podobnie jak swobodni Rosjanie mieszkający w mieście; 3). prawo autonomicznego administrowania naszym życiem w obozie; 4). Obowiązek kulturalnego traktowania nas jako jeńców wojennych, obywateli Państwa Polskiego, z którym Sowiety podpisały umowę, a nie bandytów; 5).odesłanie nas jak najprędzej do Polski, zgodnie z podpisanym porozumieniem, oraz inne jeszcze żądanie, których teraz już nie pamiętam. Komendant Kisielow obiecał nam, że postara się dostosować do poszczególnych punktów, lecz co do punktu piątego miał spore zastrzeżenia i stwierdził, że musi to jeszcze przemyśleć. Uparł się by wynagrodzenie za naszą pracę otrzymywała kancelaria obozowa, a nie my. Dopiera po przeanalizowaniu, kancelaria ta będzie nam wypłacała pieniądze w miarę naszych potrzeb. Sowieccy przedstawiciele władzy byli bardzo zdziwieni naszymi śmiałymi żądaniami, zwłaszcza, że myśmy wyglądali jak dwaj nędzarze, a oni byli wyelegentowanymi urzędnikami państwowymi. Rozpoczęła się dyskusja, w czasie której przedstawiciele władzy sowieckiej wypowiadając się na temat naszych żądań stwierdzili, że oni na własną rękę nie mogą ich zaakceptować i muszą o zgodę zapytać władze centralne w Moskwie. Wówczas zaczęliśmy im tłumaczyć, wjeżdżając trochę na ambicję, że przecież oni są też urzędnikami państwowymi, ludźmi rozumnymi i piśmiennymi, że warunki Pokoju Ryskiego, których autentyczny wydruk mają właśnie przed sobą, a podpisane przez przedstawicieli centralnych państwowych władz sowieckich w Moskwie, jasno określają położenie jeńców wojennych i nie powinno być tu żadnych wątpliwości co do żądań, które zgodnie z tymi warunkami przedstawiliśmy. Po za tym mamy przecież pewność, że nikt spośród zebranych na tej sali osób nie podważa autentyczności przedstawionego przez nas egzemplarza porozumienia podpisanego w Rydze. Mówiliśmy dalej tak:

„…Obowiązki przyjęte przez sowiety w stosunku do jeńców wojennych dokładnie są przecież określone w tym porozumieniu i urzędnicy sowieccy obowiązani są je dokładnie wykonywać. Uważamy, że władze centralne w Moskwie mogłyby być nawet zdziwione, gdyby urzędnicy tulscy prosili je o dalsze  dyrektywy w tym względzie. Być może mogłyby nawet posądzić was towarzysze o brak inicjatywy, być może i o jakieś niezrozumienie tego co zostało już napisane i podpisane. A tego przecież na pewno nie chcieli byście. Poza tym takie pytanie o aprobatę waszych działań do władz centralnych w Moskwie mogłoby poniżyć ich godność urzędniczą…”.

  Zamilkliśmy i usiedli. Wkoło panowała zupełna cisza, a my obserwując zdziwione miny zebranych na sali urzędników zauważyliśmy, że naszą zarzuconą przynętę powoli zaczynają chwytać i kiwając z uznaniem głowami zgadzają się z nami. Po chwili zastanowienia „umowa tulska’ została zawarta i prawie wszystkie nasze żądania przyjęte do realizacji. Piszę, że prawie wszystkie, gdyż umyślnie przedstawiliśmy takie, których urzędnicy przyjąć nie mogli. Zrobiliśmy to po to, by połechtać ich sowiecką ambicję i trochę osłabić wielkość naszego zwycięstwa. W ten oto właśnie sposób dnia 21 maja 1921 roku spisano protokół, który w końcu wszyscy podpisaliśmy.

  Od tego dnia nasze życie w obozie na pewien czas zmieniło się na lepsze. Zrobiło się o wiele swobodniej niż poprzednio, nie było też przeróżnych szykan i rewizji, a i radość oraz nadzieja na lepszą przyszłość rozkwitła w naszym obozie na dobre. Wprawdzie Kisielow próbował nie dotrzymywać warunków naszej umowy, ale myśmy za bardzo się tym nie przejmowali. Nasz komitet obozowy zaczął działać już zupełnie oficjalnie. Przeniesiono nas do izolowanych od reszty obozu osobnych baraków z możliwością wyjścia na zewnątrz obozu oraz otrzymaliśmy również osobiste legitymacje służbowe.

  Jeszcze w kwietniu 1921 roku do naszego obozu została przeniesiona z więzienia z Moskwy grupa kilkudziesięciu oficerów polskich wraz z grupą internowanych cywilów. Wśród nich znalazło się kilkunastu oficerów z Dywizji Syberyjskiej oraz Dywizji Kijowskiej[27], jak również grupa cywilnych Polaków z Kijowa, a wśród nich ksiądz prałat, rektor seminarium rzymsko katolickiego w Żytomierzu. Spośród oficerów przyjezdnych znaleźli się między innymi pułkownik Piekarski i Nowakowski. Chociaż co do charakterów oficerowie ci nie nadawali się na kierowników naszego życia obozowego, jednak my, jako żołnierze wojska polskiego, chcąc dać dowód naszej dyscypliny wojskowej, przy udziale naszej dyplomacji i uporu doprowadziliśmy do tego, że trzej inni pułkownicy, starsi rangą zrzekli się niby dobrowolnie swoich praw, na rzecz najmłodszego z nich, właśnie pułkownika Piekarskiego. Chociaż był to człowiek słabego charakteru, dość tchórzliwy i ustępliwy wobec Rosjan, to jednak był Europejczykiem, a nie jakimś tam zacofanym oficerem z głębi Rosji. Dzięki naszej chytrej dyplomacji dogadaliśmy się z nim i on nas zaprosił do udziału w administracji obozowej tworząc tak zwaną radę przyboczną. W skład tej rady wchodził właśnie pułkownik Piekarski, kapitan dr Waniek i ja. Wszyscy razem mieszkaliśmy w osobnym pokoju i tam stale dyskutowaliśmy i omawiali wszelkie ważne dla reszty żołnierzy sprawy. Zostałem mianowany delegatem Czerwonego Krzyża na nasz obóz, jak również wyznaczony zostałem do prowadzenia rozmów z Polską Delegacją ds. Repatriacji w Moskwie.

  Pod koniec zimy 1921 roku otrzymałem z Moskwy kartkę pisaną na kawałku kartonu, od mojego brata Jerzego, który ostrożnie, szyfrem pisał, że od mego pracodawcy, czyli pułkownika Czumy, dowiedział się gdzie obecnie przebywam, więc pisze i prosi o wiadomość zwrotną. W tym czasie Jerzy wspólnie z innymi oficerami oraz z pułkownikiem Czumą właśnie, był przetrzymywany jako internowany jeniec cywilny w więzieniu na Butrykach w Moskwie. (Proszę Cię Cesiu, abyś kartę tę dołączyła do tych moich wspomnień). Korespondowałem z nim za pośrednictwem pana Święckiego, który gdy wyjeżdżał do Moskwy zabierał ode mnie listy i przekazywał do więzienia. Korzystając z uprzejmości telefonistek, naturalnie za odpowiednią opłatą taksy telefonicznej, dość często udawało mi się również rozmawiać z Polską Delegacją Repatriacyjną w Moskwie, z jej przedstawicielem panem Kazimierzem Gintowtem [28] oraz innymi jej członkami. W trakcie tych rozmów starałem się przedstawiać stan moralny i zdrowotny osadzonych w nim jeńców wojennych i stale naciskałem o przyspieszenie naszego wyjazdu do Polski. Prosiłem też o pomoc żywnościową i zaopatrzenie nas w brakującą nam bieliznę czy buty. Wielu było pomiędzy nami, którzy chorowali, byli mocno wycieńczeni i nie mogli pracować oraz zarabiać jakichkolwiek pieniędzy by móc zakupić dodatkową żywność, a wikt obozowy był bardzo marny i nie wystarczający by zaspokoić nasz głód. Tak jak pisałem wcześniej w maju uzyskaliśmy w końcu zgodę bolszewików na naszą osobistą półswobodę przebywania w obozie jak i poruszania się poza nim. Zagroziliśmy jednak, że jeśli się nic więcej na lepsze nie poprawi, to spodziewany wciąż przez nas przedstawiciel Polskiej Delegacji Komisji Repatriacyjnej w Moskwie jeśli przyjedzie i zobaczy w jakich warunkach my żyjemy i jak sowiety wypełniają postanowienia przejęte przez siebie w Rydze, to urządzi im straszną awanturę i na pewno złoży protest u centralnych władz w Moskwie. To trochę pomogło i od tego czasu zaczęło się nam coraz lepiej układać. Wielu z nas z tego „dobrobytu” zaczęło też powoli przybierać na wadze i tyć. Choć marnie ubrani, wychodziliśmy do parku miejskiego, a tam, niektórzy z bardziej inteligentnych kolegów robili furorę pośród spacerujących tam rosyjskich kobiet. Niektóre z nich o wiele bardziej przychylnym okiem zaczęło nawet spoglądać na naszych chłopców niż na sowieckich urzędników, którym dość często, z pogardą i wyniosłością, odmawiały wspólnych spacerów i spotkań. Stało się to nawet powodem małego nieporozumienia i zatargu. Pewnego razu, zastępca naczalstwa Czeki wezwał mnie do siebie i oświadczył mi, iż jego podwładni żalą się iż oficerowie polscy, jeńcy z naszego obozu robą im straszną konkurencję u rosyjskich kobiet. Że one wolą umawiać się z Polakami, mimo tego, że oni gorzej ubrani od Rosjan, że to jeńcy wojenni, którzy pewnie wyjadą już niedługo z Tuły do Polski, że są obcy tu w mieście, a tak w ogóle „nielzja i nie nada”.  Na koniec stanowczo poprosił mnie bym nakłonił swoich kolegów, by o ile to możliwe nie dawali powodów do takich skarg na nich. Zgodziłem się z nim, a na odchodnym jeszcze odwróciłem się i wskazując na moje łachmany, w które byłem ubrany oraz na jego elegancki, paradny strój powiedziałem: „…czy naprawdę uważa Pan że ja czy też moi koledzy byli byśmy w stanie wytrzymać z Panem lub z Pańskimi żołnierzami konkurencję?...”. Zauważyłem tylko, że oficer uśmiechnął się z zadowoleniem. Posłuchanie było skończone. Od tego czasu starałem się co bardziej rozgorączkowanych w namiętności kolegów wstrzymywać od tych zbyt jawnych randek by nie dawać powodu do ponownego spotkania się z naczalstwem Czeki, lecz młodych i coraz lepiej odżywiających się ludzi trudno było odciągnąć i zniechęcić do tych nieraz całonocnych wycieczek, tym bardziej, że same Rosjanki zachęcały ich do tego.

  Sam od czasu do czasu bywałem w kilku polskich domach w Tule. Starałem się jednak ograniczać te wizyty na tyle by nie być posądzonym przez swoich kolegów o to, że wykorzystuję swoją pozycję do jakiś osobistych korzyści. W dalszym ciągu chodziłem w łapciach obwiązanych sznurkiem, gdyż żadnych porządnych butów niestety nie udało mi się zdobyć. Coraz częściej dawała mi się we znaki moja przepuklina, tym bardziej, że stopy nie były przyzwyczajone do zwykłych łapci. W trakcie chodzenia dokładnie odczuwałem każdy najmniejszy kamień, przez co nogi naprężały się coraz bardziej, a to wszystko powodowało nasilanie bólu i w konsekwencji wypadanie przepukliny na zewnątrz. Dość często zdarzało się, że odległość około trzech kilometrów od obozu do miasta i z powrotem przebywałem w ciągu więcej niż dwóch czy trzech godzi. Tak w trakcie drogi ból się nasilał i przepuklina dawała się we znaki, że musiałem co jakiś czas na parę minut na jakimś słupku przydrożnym czy też ławce usiąść, pooddychać i kilkanaście minut odpocząć. Ciężkie to były dla mnie chwile.

  Przedstawiciele Delegacji Komisji Repatriacyjnej urzędującej w Moskwie, pan Zaleski oraz Gintowt prosili nas o cierpliwość i uspokojenie kolegów, mówili, że Rząd Polski w naszej sprawie wciąż śle petycje do Moskwy. Jednak nie jest to takie proste by nas wszystkich przebywających jeszcze w rosyjskich więzieniach ściągnąć do ojczyzny, gdyż głównie polscy komuniści są na nas okropnie wściekli za kampanię syberyjską i jak tylko mogą przeszkadzają nam i ciągle rzucają kłody pod nogi. Wreszcie, zdaje się, że w lipcu 1921 roku, przyjechał do nas przedstawiciel i attaché wojskowy Delegacji Polskiej w Moskwie, nasz kolega z Armii Syberyjskiej, kapitan Mieczysław Kotwicz-Dobrzański [29]. Z nim razem przyjechał też jakiś wybitny ukraiński komunista, bardzo dobrze znający język polski, by towarzyszyć jako gościowi, a tak naprawdę kontrolować jego poczynania. Przyjęcie urządziliśmy mu wspaniałe. Przed barakiem przepisowo został ustawiony cały nasz obóz, osobno wojskowi, osobno cywile, wszyscy pod komendą pułkownika Piekarskiego. By przywitać delegację  wyszedłem aż do bramy, prosząc Ukraińca o pozwolenie powitania naszego przedstawiciela rządu przemową w języku polskim. Otrzymałem na to zgodę, więc krótko oświadczyłem, że my jeńcy, karni oficerowie i wszyscy żołnierze polscy jesteśmy pełni podziwu dla naszych współbraci w kraju i witamy delegata jako przedstawiciela Polski, do której przecież wszyscy wzdychamy i tęsknimy, gdyż ją przecież wszyscy kochamy. Na znak podziwu i miłości wzniosłem głośny okrzyk „niech żyje” na cześć Polskiego Narodu, naszego Rządu, Armii i Najwyższego Wodza. Zaraz też wszyscy koledzy zdjąwszy z głów czapki głośno to samo odkrzyknęli. Muszę przyznać, że dość oryginalnie to wszystko wyglądało. Obdarci, polscy jeńcy wojenni, stojący tu na ziemi rosyjskiej, w obecności całego szeregu władz sowieckich, głośno i wyraźnie sławili tych, których bolszewicy nienawidzili jako wrogów i polskich burżujów. Wyraźnie widziałem, jak tych wszystkich sowieckich satrapów to nasze wystąpienie niemile dotknęło, lecz cały czas udawali, że robią „dobre miny do kiepskiej gry”, te udające dyplomatów rosyjskie hieny.

  Z kapitanem Kotwicz-Dobrzańskim zobaczyliśmy się prywatnie tego samego dnia wieczorem u państwa Bałamutów i tam opowiedziałem mu dokładnie o tym, co udało się nam wywalczyć dla naszych żołnierzy przebywających w obozie w Tule. Był bardzo zdziwiony naszą taktyką i sukcesem jaki udało się nam osiągnąć w pertraktacjach z sowietami. Okazało się, że polscy jeńcy przetrzymywani w więzieniu w Moskwie nie mieli nawet dziesiątej części naszych swobód, mimo tego, że znajdowali się tuż pod bokiem i opieką Polskiej Delegacji Repatriacyjnej. Następnego dnia, sowieckie władze miejskie zawiozły kapitana do Jasnej Polany [30], dawnej rezydencji Lwa Tołstoja, a następnie wieczorem urządziły mu wspaniały bankiet, na którym on sobie trochę podpił, a że był bardzo młodym oficerem i w dodatku mało doświadczonym, więc w przypływie szczerości, wygadał się miejscowym władzom miejskim, że jest bardzo zaskoczony i mile zdziwiony ich nadzwyczaj kulturalnym postępowaniem i obchodzeniem się z nami, jeńcami polskimi. Mówił, że tak w ogóle to tego od nich nie oczekiwał, że chyba potraktowali nas zbyt ulgowo i wygadywał wiele innych niezręcznych bzdur. Tuż przed jego wyjazdem spotkaliśmy się z nim raz jeszcze potajemnie i otrzymaliśmy od niego trochę polskich pieniędzy, które potem w drodze powrotnej do Polski bardzo się nam przydały. Na pożegnanie kapitan prosił nas byśmy cierpliwie czekali na nasz powrót do ojczyzny, bo zarówno nasz Rząd jak i Polska Delegacja Repatriacyjna dokładają wszelkich starań by stało się to jak najszybciej. Jednak bolszewicy wciąż kręcą i wynajdują przeróżne przeszkody by chwilę tę jak najdłużej odwlec. I odjechał.

   Kolejny raz rozmawiając telefonicznie z panem Gintowtem na temat naszych żołnierzy i warunków panujących w naszym obozie, poprosiłem go też by był łaskaw zająć się sprawą mojego brata Jerzego, który był przetrzymywany w więzieniu na Butrykach w Moskwie. Obiecał mi, że postara się sprawę tę rozeznać. Parę dni później, zdaje mi się że było to gdzieś w połowie czerwca, gdy udało mi się z nim znowu nawiązać kontakt, w słuchawce odezwał się Jerzy. Dowiedziałem się od niego, że jest bardzo schorowany i zmęczony, że właśnie dzięki staraniom Polskiej Delegacji Repatriacyjnej, za parę dni ma wyjechać do Polski. Usilnie namawiał i mnie bym z nim też pojechał. Odpowiedziałem mu jednak, że muszę tu razem z moimi kolegami oficerami i pozostałymi żołnierzami wytrwać do końca. Prosiłem go też, by gdy już dotrze do Ojczyzny pozdrowił wszystkich krewnych i znajomych, a Tobie Kochana Cesiu wiadomość o mnie i serdeczne pozdrowienie przesłał. Przez pana Święckiego, otrzymałem od brata mego materacyk na łóżko, całkiem dobre buciki, trochę tytoniu i pięćdziesiąt tysięcy rubli sowieckich. Natomiast od kolegów moich, którzy już w pierwszym transportem, jeszcze na przełomie marca i kwietnia 1921 roku wyjechali do Polski, a to od kolegi porucznika Zemły, chorążego Łobosa i porucznika Nartowskiego, otrzymałem już z Polski adresy mojego rodzeństwa i Twój Cesiu oraz smutną wiadomość o śmierci mojej matki Marii, która zmarła jeszcze w 1916 roku.

  Z całą Polonią w Tule żyliśmy bardzo dobrze. Wszyscy Polacy mieszkający w mieście starali się nas zawsze wspierać. W Święta Wielkanocne, których termin przypadał na koniec marca 1921 roku, chór nasz śpiewał uroczyste psalmy w polskim kościółku w Tule. Zatrzymaliśmy się nawet na noc w polskiej plebanii i rano na mszy rezurekcyjnej odśpiewaliśmy radosne Alleluja. Ksiądz rektor żytomierski namawiał nas byśmy wszyscy przystąpili do spowiedzi wielkanocnej i wielu z nas z tego skorzystało. Jednak kolega chorąży Lipski mówił, że nie wyobraża sobie byśmy mogli uczciwie wyspowiadać się. Mówił, że wypowiadając na końcu spowiedzi słowa poprawy, nie będziemy mogli tego dotrzymać, gdyż wszyscy nie możemy przecież powstrzymać się od oszukiwania sowieckich instytucji państwowych by zdobyć jakiekolwiek środki do przeżycia tu w niewoli. Roześmiał się wówczas ksiądz rektor i stwierdził, że on nas usprawiedliwia i rozgrzesza, gdyż specjalne warunki naszego życia i nasz instynkt samo zachowawczy te oszukiwania i kradzieże usprawiedliwiają.

   Udało mi się wymóc na Polskiej Delegacji Repatriacyjnej, że z Syberii zaczęły ściągać do Tuły rodziny kolegów jeńców, by wspólnie z nimi mogli też do Polski powrócić. I tak przyjechała prawosławna pułkownikowa Piekarska z maleńką córką. Dr Waniak i ja byliśmy nawet świadkami ślubu katolickiego i trzymaliśmy też ich córkę do chrztu. Przyjechała też żona, mało sympatycznego i mocno nadętego kapitana Stronczaka, bardzo miła i dzielna, młodziutka warszawianka oraz cały szereg innych pań. Wszyscy ci cywile porozmieszczani zostali u naszych znajomych rodzin polskich w Tule. By poczynić jakieś oszczędności na drogę powrotną do Polski, zarówno ja, jak i moi pozostali koledzy zaczęliśmy zakupywać w mieście różnego rodzaju wyroby ze srebra i złota. Próbowałem zarabiać rysowaniem, i dzięki temu po pewny czasie, za około 200 tysięcy rubli sowieckich kupiłem srebrny łańcuszek z krzyżykiem dla Ciebie Cesiu, oraz małą i dużą srebrną łyżkę, lecz wszystko to później ofiarowałem na Skarb Narodowy [31] .  W tym czasie paliliśmy na przemian machorkę i tytoń i zawijaliśmy ją albo w cienką gazetę albo w zużyte bibułki kopiałów, które za drogie pieniądze sprzedawaliśmy. Zaczęły się też mnożyć ucieczki do kraju, lecz my je, jak mogliśmy długo ukrywaliśmy. Pomagał nam w tym też nasz podkomendant obozowy, któremu płaciliśmy za milczenie.

  To nasze długie i niepewne oczekiwanie na powrót do Polski, zaczęło zwłaszcza młodszych i mniej cierpliwych żołnierzy irytować. Rozpoczęły się więc utyskiwania na Polską Delegację Repatriacyjną, a nawet na polski Rząd i tych kolegów, którzy już w pierwszym transporcie wyjechali do kraju. Zaczęto coraz głośniej mówić, że pewnie wszyscy już zapomnieli o pozostawionych tu w obozie reszcie polskich żołnierzy i pewnie już nigdy nie wrócimy do swoich rodzin, do domu, przyjdzie nam tu pewnie umrzeć. Wkrótce też i mnie zaczęto posądzać o to, że moje sprawozdania z prowadzonych rozmów telefonicznych z Polską Delegacją w Moskwie nie dość dokładnie przekazuje, pozwalając pewnie za nos się im wodzić. Naciskano na mnie, że powinienem bardziej stanowczo żądać, a nie prosić, grozić, a nie się z nimi układać i na każdym kroku na nich pomstować. Powoli ta niecierpliwość zaczęła ogarniać pozostałych, nawet bardziej poważnych i zrównoważonych kolegów, więc w końcu pewnego dnia zmuszony zostałem by zebrać do kupy wszystkich żołnierzy pod gołym niebem, urządzić im ważne zebranie, i tam porządnie i ostro z największymi krzykaczami, publicznie rozprawić się. Najgorszym spośród nich, który szczególnie ostro i głośno pyskował był chorąży Apan-Apanowicz, który mocno przeklinał Polską Delegację za to, że mu nie pomogła w ściągnięciu z Moskwy do Tuły jego żony. Mówił, że to z winy Delegacji i Rządu polskiego, w trakcie przejazdu z Syberii do Moskwy, żona jego straciła dziecko, a teraz przebywa w Moskwie w jakimś przytułku. Okazało się wkrótce, że chorąży Apanowicz całkiem nieźle urządził się w Tule, dobrze zarabiał, a nawet mocno spekulował by przeżyć. Delegacja Polska robiła co mogła, lecz władze sowieckie nieustannie kręciły i biorąc od takich jak Apanowicz łapówki, rozbudzała w nich tylko nadzieję, nie załatwiając przy tym niczego. Pamiętam, że pewnego razu Apanowicz wpadł nawet do mojego pokoju i urządził mi karczemną awanturę, mieszając przy tym z błotem Rząd Polski, Polską Delegację w Moskwie i cały Naród Polski. W swoim gniewie nie panował nad sobą i swoim językiem. Rozkazałem mu wyjść, ochłonąć trochę i po uspokojeniu się wrócić i wszystko co zostało powiedziane odwołać i przeprosić. Po około pół godzinie wrócił, lecz jeszcze gorzej nabuzowany. Zaczął krzyczeć i wygadywać jeszcze gorsze rzeczy. Wówczas zapowiedziałem mu, że za to wszystko na pewno odpowie po powrocie do Polski i że ja tego na pewno dopilnuję. Lecz nawet to go nie uspokoiło. Rzeczywiście po powrocie do kraju, w Dęblinie gdzie wszyscy znaleźliśmy się, on jeden spośród wszystkich naszych oficerów i podoficerów nie został pozytywnie zweryfikowany. Później dowiedziałem się, że jego brat służył jako oficer w Sztabie Generalnym, był później u niego w Dęblinie i razem odgrażali mi się, że to co zrobiłem nie będzie mi zapomniane. Być może właśnie ten jego brat spowodował, że papiery moje wojskowe zaginęły gdzieś w Warszawie i dopiero teraz w roku 1924 zostałem pozytywnie zweryfikowany i awansowany. Jednak mimo wszystko nie żałuję tego com uczynił, gdyż takich podłych i podstępnych jednostek jak chorąży Apanowicz armia polska nie powinna mieć w swoich szeregach. 

  Niestety to ogólne niezadowolenie i utyskiwanie na całą sytuację związaną z naszym powrotem do kraju, co pewien czas narastało i powtarzało się. Zmuszony byłem nawet w pewnej chwili zameldować naszej Delegacji Repatriacyjnej w Moskwie o możliwości rozpoczęcia przez naszych żołnierzy głodówki w obozie. Otrzymałem jednak rozkaz w imieniu Rządu Polskiego, by kolegów od tego szalonego pomysłu odwieźć i powstrzymać, gdyż mogło by to utrudnić Polsce pozytywne rozwiązanie ogólnych spraw natury państwowej bezpośrednio związanych z naszym szybkim wyjazdem z Rosji. Muszę przyznać, że były to ciężkie czasy, ustawicznej walki z mojej strony i przekonywaniem do powściągliwości moich kolegów. Dużo w tym czasie musiałem się nagadać by przekonać moich towarzyszy niedoli, byśmy wszyscy jakoś dotrwali do dnia kiedy będziemy mogli powrócić do naszych rodzin i przyjaciół w Polsce.  I tak w końcu, z niemałym trudem udało się nam doczekać pierwszych dni września 1921 roku.

  Pan Święcki był naszym pośrednikiem z Czerwonym Krzyżem, lecz później okazało się, że nie był zbytnio uczciwy, gdyż nas jeńców po prostu okradał. Z transportów przeznaczonych dla nas, a które były mu powierzone pod opiekę, zbyt wiele dla siebie zabierał i później tymi rzeczami handlował z sowietami. W ten sposób wyjeżdżając do Polski ukradł, a potem odsprzedał z zyskiem Rosjanom dużo fasoli, ryżu, kawy i wiele innych rzeczy przeznaczonych dla naszych żołnierzy wyjeżdżających do kraju. Potem się jeszcze okazało, że dzięki tym machlojkom, żona jego wywiozła do Polski sporo srebra i złotej biżuterii. Badałem później tę całą sprawę w Czerwonym Krzyżu w Moskwie i okazało się, że rzeczywiście tak było. Napiętnowałem więc jego postępowanie i napisałem nawet odpowiedni raport. Jednak po pewnym czasie okazało się, że pan Święcki jako członek PPS-u został później kurierem dyplomatycznym delegowanym z Polski do Moskwy. I tak mi się zdaje, że był on drugą osobą, która mi później szkodziła i zastopowała mój awans w Polsce. Jednak mimo wszystko jestem dumny z tego, że broniłem interesów moich kolegów tam w Tule i że walczyłem tam o prawdę. Niech to będzie Bogu na chwałę.

 W końcu w pierwszych dniach września 1921 roku przyjechał do nas jakiś polski komunista o pseudonimie „Gliński” i przywiózł rozkaz od rządu polskiego, że mamy z nim razem wrócić do Polski. Zaczęliśmy więc na gwałt likwidować nasze interesy w Tule oraz rozrachunki z komendą obozu, której podarowaliśmy wszelkie ulokowane i powierzone ich pieczy nasze zarobki, po to by naszego biskiego już wyjazdu nie wstrzymywali. Ja sam natomiast otrzymałem od pewnej znajomej z miasta, pani Grabowskiej, zupełnie nowiutki, bardzo elegancki, wojskowy płaszcz rosyjski jej męża, z prośbą o przewiezienie go do Polski. Okazało się, że jej mąż, wówczas pułkownik, a obecnie generał w stanie spoczynku służył w tym czasie właśnie w Polsce.

 W ostatnich kilku miesiącach tuż przed naszym wyjazdem do Polski wspierał mnie i zaopatrywał w jedzenie, dogadzając mi jak umiał, kolega Mermer, który okazał się być bardzo dla mnie życzliwym. Razem staraliśmy się przygotowywać smaczne, jak na panujące w obozie warunki potrawy, smażyliśmy naleśniki na zdobytym oleju, zaś Mermer ciągle coś pichcił, gotował i przygotowywał przeróżne specjały, zawsze się ze mną dzieląc wszystkim. Za to jestem mu niezmiernie wdzięczny i gdy będę miał tylko sposobność, to postaram się mu moją wdzięczność jak najdokładniej okazać.

 W ciągu kilkunastu dni od otrzymania informacji o naszym wyjeździe do Polski, wszystko wreszcie udało się zlikwidować i pozamykać nasze ważne sprawy. W końcu, pewnego wrześniowego dnia, pod silną bolszewicką strażą, razem z naszymi popakowanymi naprędce manatkami, zostaliśmy odprowadzeni na tulski dworzec kolejowy. Wszelką naszą korespondencję i przeróżne tajne notatki pisane po polsku zabraliśmy oczywiście też ze sobą. Lecz na dworcu czekający na nas żandarmi z tajnej policji państwowej – Czeka – urządzili każdemu z nas osobistą rewizję, przeglądając dokładnie wszystkie nasze rzeczy. Kapitan Waniak, jako członek naszego Komitetu Obozowego chciał przy tej rewizji uczestniczyć, by w razie jakiś nieprawidłowości interweniować, gdy zajdzie taka potrzeba. Obawiając się, że znajdą u niego nasze tajne papiery, przekazał je swojemu koledze, przyjacielowi gimnazjalnemu. Ten, przechodząc przez rewizję, zapytany czy ma przy sobie jakieś ważne dokumenty czy korespondencję, przestraszył się i oddał wszystkie papiery przekazane mu przez Waniaka rewidującej go urzędniczce Czeki. To zdarzenie zarówno mnie jak i kapitana Waniaka dość mocno zdenerwowało, gdyż obawialiśmy się by przypadkiem papiery te nie zostały dokładnie przeglądnięte czy też przeczytane. Wówczas mogło by dojść do odkrycia naszych tajnych kontaktów i ustaleń z polonią tulską, co mogło by mieć fatalne następstwa nie tylko dla nich ale i dla całego naszego obozu, włącznie z nie wypuszczeniem nas z Rosji do Polski. Kapitan Waniak odchodził wprost od zmysłów i denerwował się bardzo, zaś ja starałem się go pocieszać jak mogłem i z optymizmem patrzyłem w przyszłość. Okazało się, że miałem rację, gdyż prawie wszystkie odebrane nam papiery i cała nasza korespondencja zostały ostatecznie spalone.

  W końcu, gdy zakończyła się rewizja, żołnierzy zapakowano do kilku wagonów kolejowych, zaś cywilne rodziny oficerskie ulokowano w dwóch osobnych. Pociąg ruszył i wszyscy pasażerowie ciesząc się odetchnęli z ulgą. Lecz radość nasza okazała się przedwczesna. Po przejechaniu zaledwie 30 wiosrt w kierunku Moskwy, pociąg nagle zatrzymał się. Okazało się, że z Moskwy nadszedł pilny telegram do naszego komendanta transportu, w którym nakazano mu by zawrócił nas z powrotem do naszego obozu w Tule. Nie wiedzieliśmy co się stało, powstał wielki szum i rozgardiasz, każdy dopytywał się co się stało, przekrzykiwano się nawzajem, jednak nikt nie potrafił udzielić nam odpowiedzi – dlaczego. W końcu kazano wysiąść nam z wagonów i ustawić się w dwuszeregu przed nimi. Pusty pociąg ruszył w kierunku Moskwy, po czym po kilkunastu minutach zawrócił jadąc z powrotem w kierunku Tuły. Zatrzymał się znowu przed nami i wówczas nakazano nam wsiąść do niego ponownie. Jednak wówczas jak jeden mąż zaprotestowaliśmy i stwierdziliśmy, że nie wejdziemy z powrotem do naszych wagonów. Komendant wezwał uzbrojoną straż i innych sowieckich żołnierzy, którzy nas otoczyli ścisłym kordonem, i zagroził, że jeśli natychmiast nie wsiądziemy na powrót do wagonów rozkaże otworzyć do nas ogień. Pomimo napiętej sytuacji odmówiliśmy i dalej tak stali gotowi na wszystko. Wówczas, widząc, ze nic nie wskóra takimi zagraniem, trochę odpuścił i rozpoczął z nami rozmawiać, próbując pertraktować. Prosił byśmy mimo wszystko posłuchali jego rozkazu, że widocznie zaszła jakaś pomyłka lub nieporozumienie, które on po powrocie do Tuły postara się wyjaśnić i naprawić, ale że ostateczny rozkaz z centrali w Moskwie jaki właśnie otrzymał, mówiący o naszym powrocie do obozu, musi być wykonany. Po dłuższej naradzie w gronie wyższych rangą naszych oficerów stwierdziliśmy, że wyrażamy na to chwilową zgodę i wróciwszy do wagonów oświadczyli dowódcy, że po przyjeździe do Tuły pozostaniemy w nich i do obozu za żadne skarby świata nie damy się ponownie zaprowadzić. Wszystko to wyglądało dość groźnie i w dalszym ciągu nie wiedzieliśmy, co tak naprawdę się wydarzyło. Wsłuchując się w stukot kół wagonów jadących w kierunku Tuły, zastanawialiśmy się czy przypadkiem Polska nie zerwała stosunków dyplomatycznych z sowietami, gdyż wówczas pozostalibyśmy w ich niewoli chyba do końca naszych dni. Gdy wjechaliśmy ponownie na dworzec kolejowy w Tule i zatrzymaliśmy się na jednym z peronów, padł rozkaz by opuścić wagony. Mimo tego, że grożono nam znów strzelaniem, tym razem wprost do nich, postanowiliśmy jednak pozostać wewnątrz i nie wysiadać. Dopiero po dłuższych próbach przekonania nas do zmiany decyzji, dowódca transportu widząc, że sam nic nie wskóra, poprosił sowietów o pilne ściągnięcie na dworzec szeregu przedstawicieli różnych władz miejskich, urzędników oraz oficerów i żołnierzy armii sowieckiej, jak również całej komendy naszego obozu. Wszyscy dość długo prowadzili z nami pertraktacje, przekonując nas i zapewniając, że widocznie cała ta sytuacja i przełożenie naszego wyjazdu do Polski na pewno jest spowodowane jakimiś wyższymi względami i racjami państwowymi, że to nie oni przecież o tym decydują, że na pewno to wszystko zostanie dość szybko wyjaśnione i  potrwa najwyżej parę dni. Prosili byśmy jednak wrócili do obozu, gdzie na pewno będziemy traktowani w sposób bardzo kulturalny i grzeczny, i w nim właśnie przeczekali ten trudny dla wszystkich czas. Ostatecznie po paru godzinach przekonywań, głównie ze względu na cywilów, rodziny oficerów, kobiety i dzieci, nie chcąc narażać ich na dodatkowe niewygody i jeszcze większe awantury, wróciliśmy w końcu z powrotem do obozu, który opuściliśmy paręnaście godzin wcześniej. Przyznaję, że trochę się obawiałem, iż ten nasz nagły powrót do obozu mógł być nie daj Boże spowodowany treścią odebranych i odczytanych przy naszej rewizji tajnych papierów i korespondencji, zwłaszcza, że wśród Polonii w mieście, widać było poruszenie, zdziwienie i lekkie zdenerwowanie naszym tak szybkim powrotem. Jednak z drugiej strony co zawierały te tajne papiery wiedziałem tylko ja i kapitan Waniek, a poza tym widzieliśmy przecież, że prawie wszystkie one zostały zniszczone po odebraniu ich nam na dworcu. Jednak mimo wszystko obaj baliśmy się, że coś mogło umknąć naszej uwadze i Rosjanie mogli część nie zniszczonych dokumentów odczytać i wykorzystać nie tylko przeciwko tulskiej polonii ale i naszym żołnierzom tu w obozie. Jednak w miarę upływu czasu ta obawa coraz bardziej nas opuszczała i ogarniała nas pewność, że przyczyną naszego powrotu do obozu musiało być coś bardziej poważnego. Komendant Kisielow prawie w ogóle nie zaglądał do nas, tylko komunista „Gliński” próbował wciąż nas nagabywać i agitować. W częstych z nami rozmowach twierdził, że to Rząd Polski jest winien temu co się wydarzyło. Nikt jednak go nie słuchał i jego gadanie nie brał na poważnie. Minął pierwszy dzień naszego ponownego pobytu w obozie. Następnego dnia rano, po ogólnej naradzie wszystkich członków naszego Komitetu Obozowego postanowiliśmy, że ogłosimy głodówkę. Zapakowaliśmy wszystkie jeszcze posiadane zapasy żywnościowe do kilku worków, zawiązaliśmy je dokładnie i zaplombowali, po czym napisaliśmy oświadczenie skierowane do Komendy naszego obozu oraz do Czeki – państwowej policji urzędującej w mieście, że tego dnia właśnie, o dwunastej w nocy rozpoczynamy bezwzględną głodówkę, którą przerwiemy dopiero wtedy, gdy władze sowieckie pozwolą nam wyjechać. Od tej głodówki powstrzymało się tylko kilku ludzi, w tym trzech pułkowników, zaś bardzo wycieńczonych żołnierzy, słabych i rannych sami zwolniliśmy od tego. Oświadczenie zostało przesłane. Zaraz też przybiegł do nas „Gliński”, znów zaczął przekonywać, nagabywać, potem prosić, a przy tym cały czas oczerniał Rząd Polski, wyśmiewał się z naszego postanowienia i z naszej głodówki, mówił, że długo nie wytrzymamy i na pewno szybko odpuścimy, lecz myśmy udawali, że w ogóle go nie słuchamy. W końcu zrezygnowany odpuścił, a my dopięliśmy swego. W drugim dniu naszej zrobiło się o tym głośno zarówno w całym mieście jak i w okolicy. Przyjechały do nas jakieś szychy sowieckie by prowadzić z nami pertraktacje w sprawie przerwania głodówki. Wezwały nas komitetowych na wspólną naradę i stwierdzili, że całą winę za zaistniałą sytuację ponosi wyłącznie Rząd Polski, który na lojalne i honorowe postępowanie z polskimi jeńcami w Rosji sowieckiej odpowiada w Polsce represjami wobec jeńców rosyjskich przebywających w obozie w Strzałkowie [32]. Starali się nam wmówić, że Rząd Polski umyślnie to robi, gdyż nie chce nas obywateli polskich, jeńców wojennych przyjąć z powrotem do kraju. W odpowiedzi stwierdziliśmy, że to wszystko nie prawda, wierutne kłamstwa, że żądamy by w ten sposób, w obecności oficerów polskich, nie wyrażać się o naszym nowym rządzie. Żądamy większego szacunku, a postanowień naszych odnośnie kontynuowania rozpoczętej głodówki nie zamierzamy zmienić, dopóki nie otrzymamy zgody na opuszczenie Rosji. Wówczas przedstawiciele władz sowieckich wywołali nas wszystkich na plac przed baraki i raz jeszcze, próbowali nas przekonać by przerwać naszą głodówkę. Prosili, grozili, namawiali, przekonywali, jednak nic im to nie dało, gdyż wcześniej wydany wszystkim rozkaz –„milczeć, nie odzywać się i nie odpowiadać na żadne zaczepki” wszyscy wypełnili bardzo dokładnie. W końcu prawie wszyscy przedstawiciele władz miejskich, urzędnicy oraz oficerowie i żołnierze armii sowieckiej opuścili nas obóz, nie osiągnąwszy niczego.

  W trzecim dniu głodówki, gdy już wolno było nam tylko czystą wodę pić i to co parę godzin, wieczorem przyszedł do nas zadyszany komunista „Gliński” i przyniósł telegram z Moskwy informujący, że jest zgoda na nasz natychmiastowy wyjazd. Jednak my podeszliśmy do tych informacji z rezerwą i oświadczyli, że mu nie wierzymy. Zażądaliśmy by nasi delegaci osobiście na poczcie potwierdzili autentyczność tej informacji, inaczej głodówki naszej nie przerwiemy. „Gliński” z wściekłości zagryzł aż wargi, lecz na nasze żądanie przystał. Już późno wieczorem delegowani koledzy wrócili z wiadomością, że telegram jest prawdziwy. Wówczas po krótkiej naradzie cały nasz Komitet Obozowy zdecydował, by kucharze zaczęli przygotowywać niewielkie ilości jedzenia, dla tych którzy mieli przerwać głodówkę. Strawa miała być gotowa na dwunastą w nocy. Zaraz też wiadomość o naszym rychłym wyjeździe rozeszła się po całym obozie. Radości nie było końca i prawie nikt nie mógł usnąć aż do rana. Nazajutrz zjawił się „Gliński” i zapowiedział, iż na koszt sowietów zostanie wykonana wspólna pamiątkowa fotografia. Wiedzieliśmy, że jest to im potrzebne dla celów propagandowych, być może też szpiegowskich, lecz nie chcą już stwarzać nowych komplikacji i problemów zgodziliśmy się. Jednak mimo kilku prób, zdjęcia nie udało zrobić, gdyż w chwili jego zdejmowania wszyscy żołnierze swoje głowy nisko pospuszczali, a w tyle stojący poukrywali sią za tych co stali z przodu.

   W końcu opuściliśmy obóz i udaliśmy się z powrotem na dworzec kolejowy, gdzie jak parę dni wcześniej, wszyscy polscy żołnierze i oficerowie wraz z rodzinami,  wsiedli do tego samego pociągu. Pozostało jedynie szesnastu Polaków służących w ochotniczych oddziałach rosyjskich. Nie poczuwaliśmy się do tego, by ich zachęcać do wspólnego wyjazdu, gdyż oni woleli zostać w Tule i służyć Rosji aniżeli Polsce, Może dlatego, że całkiem nieźle im za to płacili. Cała podróż do Polski trwała przeszło dwa tygodnie, mimo tego, że odległość jaką przejechaliśmy wynosiła jedynie około 700 wiorst. Przed samą Moskwą przetrzymano nas dwa dni. Być może ze względu na fakt, że wszyscy byliśmy w łachmanach i wyglądali dość nędznie, a Rosjanie nie chcieli byśmy bezpośrednio komunikowali się z Polską Delegacją ds. Repatriacji w mieście. Jednak mimo silnej straży udało się dwóm naszym kolegom wymknąć z pociągu i przedostać do miasta, a tam skontaktować się z całą Delegacją i przedstawicielami Czerwonego Krzyża, którzy wkrótce odwiedzili nasz transport. Udało się nam wówczas porozmawiać na osobności z panem Romanem Knollem [33], sekretarzem generalnym delegacji polskiej w Moskwie oraz Edwardem Zaleskim [34], przedstawicielem Komitetu Głównego Polskiego Czerwonego Krzyża. Po przedstawieniu naszej sytuacji oni sami poprosili nas byśmy zachowali spokój i zimną krew, gdyż bolszewicy za wszelką cenę chcą nas wyprowadzić z równowagi, a potem w odpowiedzi na nasze nieprzemyślane posunięcie odpowiedzieć represjami i być może nawet cofnięciem zgody na wyjazd do Polski, by w ostateczności zawrócić nasz transport  z powrotem do Tuły do obozu. Gdyby nie ustalenia pokoju ryskiego pewnie tak właśnie by postąpili, gdyż tak nas nienawidzili za naszą kampanię syberyjską. Odpuściliśmy więc i czekali cierpliwie na dalszy przebieg wypadków. Przedstawiciele Czerwonego Krzyża przywieźli nam bardzo dużo ubrań, butów, nowej bielizny, płaszczy oraz żywności na drogę, tak, że już nie musieliśmy się martwić o dodatkowe zaopatrzenie. Ponieważ wydarzyło się to jakąś godzinę przed naszym wyjazdem z Moskwy, więc wszystkie te rzeczy po prostu wrzucono bezładnie do jednego z wagonów, w którym jechali koledzy: Czerwiński, Kulikowski, Mermer, Kózner, dowódca warty, komunista „Gliński” i ja. Do późnej nocy, jedynie przy słabym świetle palących się świec pracowaliśmy by uporządkować, odpowiednio poukładać  i spisać wszystkie przekazane nam dary i rano móc je rozdzielić pomiędzy wszystkich żołnierzy. Gdy skończyliśmy, koledzy komitetowi oświadczyli mi, że rozdziału darów nie rozpoczną dopóki sam sobie nie wybiorę tego, co jest mi najbardziej potrzebne bym wyglądał jak należy. Stwierdzili, że ja przecież najwięcej zasług wobec naszych kolegów, będących w niewoli sowieckiej położyłem, o sobie zawsze zapominając i stawiając się na końcu każdej pomocy, więc teraz muszę się porządnie ubrać, tak od stóp do głów. Musiałem więc ustąpić, zrzucić swoje zawszone ubranie, trochę się odświeżyć i ubrać się jak na franta-eleganta przystało. Okazało się, że w wybranych dla siebie tam butach, już po powrocie do kraju chodziłem do Ciebie w konkury kochana Cesiu i widocznie musiały te buty być bardzo wygodne i wyjątkowe, skoro wymarzone me Szczęście w końcu sobie w nich wychodziłem.

  Następnego dnia rano, dla najbardziej potrzebujących żołnierzy, rozdaliśmy wszystkie pozostałe, posegregowane i spisane rzeczy. Mimo tego, że nie dla wszystkich niestety starczyło, to do mnie nikt z kolegów nie miał żadnych pretensji o to, że tak kompletnie i elegancko byłem ubrany. Odebrałem to jako milczące uznanie dla moich dotychczasowych poczynań i podziękowanie za ciężką pracę. Pociąg wlókł się bardzo wolno. Na każdych większych stacjach przetrzymywano nasz transport czasami dzień, lub dwa i przeważnie robiono trudności z możliwością dalszego przejazdu. Gdzieś pod Mińskiem zatrzymano nas najdłużej. Staliśmy tam chyba ze cztery dni. Strasznie się nam dłużył ten czas. Już po kilkunastu godzinach żołnierze zaczęli śpiewać różne patriotyczne polskie pieśni, w tym i Rotę Marii Konopnickiej. Pobliskiej ludności sprzedawaliśmy swoje stare zniszczone ubrania, a że zapasy żywności szybko się nam kończyły, więc zmuszeni byliśmy wymieniać się naszymi bardziej wartościowymi rzeczami jak noże czy zegarki na chleb czy mleko. Nieustannie spieraliśmy się z panem Glińskim w dyskusjach politycznych, w których okazywało się, że on tak naprawdę nie potrafi wyjaśnić dlaczego został komunistą. Przyparty do muru wyjawił, że boi się wrócić do Polski by przypadkiem nie odpowiadać tam za swoje nieprzemyślane sprawy polityczne. Wówczas na tym długim, przymusowym postoju wymyślaliśmy mu okropnie, tak że w końcu żal mi się go zrobiło, gdyż chyba się w tych swoich przekonaniach politycznych trochę pogubił, a myśmy byli dla niego zbyt okrutni i bezwzględni. Czwartego dnia postoju, gdy wszyscy już przebierali z niecierpliwości nogami, pytając co chwilę kiedy w końcu znowu ruszymy, Gliński wyciągnął z kieszeni swój zepsuty zegarek. Nie chodził już od dłuższego czasu gdyż podobno miał urwaną jakąś sprężynkę i przy próbie nakręcenia go coś w środku chrobotało i przeskakiwało. Oświadczył nam dając słowo, że jeśli komuś uda się naprawić jego zegarek to on spowoduje, że zaraz odjedziemy. Wyśmialiśmy go i stwierdzili, że i tak mu nie wierzymy, że dane słowo takiego polskiego komunisty, „psiego syna”, nic dla nas nie znaczy. Zaproponowaliśmy, że jeśli przysięgnie i da słowo jako dawny uczciwy Polak, wówczas zegarek naprawimy. Gliński poczerwieniał dusząc w sobie złość, uśmiechnął się dziwnie i wyraził na to zgodę. Zabraliśmy od niego zegarek i zanieśli do kolegi porucznika Kulikowskiego, o którym wiedzieliśmy, że w swojej kolekcji ma kilka, bardzo podobnych i nieraz w niewoli pomagał kolegom gdy ich zegarki stanęły. W przeciągu godziny zegarek Glińskiego został naprawiony, a wielce zdziwiony jego właściciel nie miał innego wyjścia jak załatwić nam rychły odjazd. Rzeczywiście za następne pięć godzin pociąg szczęśliwie znowu ruszył w kierunku Polski. Tuż przed samą granicą urządzono nam ostatnią osobistą rewizję, każdemu kazano rozebrać się prawie do naga i przeszukiwano nas szukając złota lub jakiś innych cennych przedmiotów. W moich nowych butach nawet podeszwy oderwano by zobaczyć, czy tam przypadkiem czegoś cennego nie ukrywam. Wreszcie puszczono nas wszystkich, a po przejechaniu malutkiego mostku w miejscowości Niegoriełoje (Негорелое), znaleźliśmy się w końcu na upragnionej polskiej ziemi. Był wczesny ranek 3 października 1921 roku. Nieopisana radość wszystkich nas ogarnęła gdy ujrzeliśmy na własne oczy polskie mundury. Wysiedliśmy z pociągu, a przedstawiciele YMCA [35] poczęstowali nas kakao. Odpoczęliśmy trochę, pogadali, lecz pociągu, który by nas dalej powiózł niestety nie było. Przesiedzieliśmy więc tak od południa aż do późnej nocy na zimnym, siąpiącym deszczyku, gdyż schronić nie było się gdzie. Zmarznięci, grzaliśmy się trochę przy ogniu, który podsycaliśmy kłodami z powalonych wokoło drzew. Na małej, granicznej stacyjce Kołosowo[36], tuż przed Stołpcami, w kilkunastu namiotach i paru zniszczonych wagonach, my reemigranci, przetrwaliśmy kilka dni. W końcu trzeciego dnia naszego czekania, późno już w nocy przyjechał po nas pociąg sanitarny, w którym rozłożyliśmy się na wygodnych łożach i pryczach. W ten sposób szczęśliwie dojechaliśmy do Baranowicz. Ja sam, w trakcie tego przymusowego czekania na dalszy transport nabawiłem się ropnego zapalenia woreczka łzowego lewego oka, więc  zostałem odpowiednio zaopatrzony i pół twarzy maiłem zasłonięte, a oko zaklejone. Po przyjeździe do Baranowicz uroczyście powitała nas orkiestra oraz korpus oficerski, z pułkownikiem Aleksandrowiczem na czele. Potem, zarówna YMCA, Koło Polskich Kobiet w Baranowiczach orz przedstawiciele Czerwonego Krzyża z panią Bielecką na czele, bardzo gorliwą, choć histeryczną kobietą, która była naszą opiekunką w Tule, ugościli nas zaopatrzyli w czystą bieliznę i ubrania. Po paru godzinach odjechaliśmy dalej do Dęblina. Mimo tego, że Ty Cesiu pisałaś do mnie w niewoli, to żadnych wiadomości niestety nie otrzymałem znikąd. Po prostu żadne listy do mnie nie dochodziły. W Dęblinie przeszedłem piętnastodniową kwarantannę, następnie zostałem zweryfikowany jako kapitan Wojska Polskiego. Wkrótce odwiedził mnie brat Miecio i Władek i w końcu otrzymałem też wiadomość od Ciebie i pozostałego rodzeństwa. Po przyjeździe do Warszawy zgłosiłem się w Departamencie V Inżynierii i Saperów. Potem pojechałem do Poznania do siostry Zosi, gdzie przesiedziałem ponad dwa tygodnie. Tam przeszedłem operację oka i wyleczyłem się z owrzodzeń, które powstały z niedożywienia. Następnie otrzymałem przydział do 6. Pułku Saperów i zgłosiłem swą gotowość do służby. Niespodziewanie spotkałem się z Tobą u Manków, potem przeszedłem jeszcze cały szereg różnych nieprzewidzianych, ciężkich perypetii, o których nie będę się już rozpisywał. Na koniec wreszcie mocnym swym postanowieniem, Ciebie Cesiulko zdobyłem na całe swoje życie. A dzisiaj Nasza Kochana Małolata Szczęsnuś, Nasza Pociecha i nasz łącznik nierozerwalny, nauczyły mnie, że mój życiowy optymizm miał sens. Bo w życiu prawdziwe szczęście istnieje i jest osiągalne. Dlatego, jeśli się je zdobędzie tym bardziej należy je cenić.

  Ot i wszystko Cesiulko co Ci obiecałem opowiedzieć, gdyż nagadać się do syta nie mieliśmy jeszcze czasu i okazji, gdyż zbyt rzadko i na krótko widujemy się. Opowiedziałem jak umiałem, a opowiadałem Tobie i Szczęsnusiowi, słowami moimi prostymi, płynącymi prosto z mego serca i duszy. A że smarowałem i bazgrałem nieraz, to wybacz, lecz mając w ogóle mało czasu, a chcąc opowiedzieć wszystko, musiałem się spieszyć. I tak dość sporo informacji opuściłem, lecz to kiedyś może później uzupełnię, gdy całość przeczytam i poprawię. Opowiedziałem to wszystko szczerze, bez jakiś upiększeń, be jakiś tam myśli o osobistej chwale. A jeśli czasami, mimowolnie i o sobie trochę pochlebniej wyrażałem się, to przyjmij to Kochana nie na karb mej zbytniej ambicji, lecz na dowód, że to Twoja w tym zasługa. Dlatego więc tak właśnie, a nie inaczej opowiadałem. Moimi czynami kierowała myśl o Tobie, bym nie musiał kiedyś ze wstydu oczu mych spuszczać przed Tobą. A czy pamięć o Tobie była dość silna, to sama już osądź z tych moich czynów.

  Bardzo się cieszę, że w mych wspomnieniach dobiłem do końca i Tobie tym radość sprawiłem.

 Już dość późno się zrobiło, jest 12:30 w nocy. Wczoraj sprawdzanie mych rachunków zajęło mi czas aż do 1-szej w nocy. Teraz też zaczyna mi się tworzyć na lewym oku jęczmień, więc zakańczam mą pracę i życzę Tobie i Szczęsnusiowi spokojnej i zdrowej nocy. Delikatnie, bo oboje przecież już śpicie, choć gorąco i szczerze Was ściskam i całuję. Szczerze Wam oddany na zawsze…

  Marian

 [1] Jerzy Wołkowicki (1883-1983) – komandor porucznik Marynarki Wojennej Imperium Rosyjskiegogenerał brygady Wojska Polskiego, uczestnik wojny rosyjsko-japońskiej i I wojny światowej oraz walk o niepodległość Polski w wojnie polsko-bolszewickiej i II wojnie światowej. W latach 1914–1917 pełnił służbę we flotylli na Dunaju, a następnie we Flocie Czarnomorskiej. Po wybuchu rewolucji bolszewickiej opuścił flotę i po pięciomiesięcznej wędrówce przez Syberię i Daleki Wschód dotarł do Francji. W kwietniu 1918 wstąpił do Armii Polskiej we Francji i został dowódcą batalionu w 3 pułku strzelców polskich 1 Dywizji Strzelców Polskich. W drugiej dekadzie kwietnia 1919 wraz ze swoim pułkiem przybył do Polski, gdzie nastąpiło połączenie Armii Polskiej we Francji z armią krajową. W latach 1921-1922 był słuchaczem Kursu Doszkolenia Wyższej Szkoły Wojennej w Warszawie. Po ukończeniu kursu i uzyskaniu „pełnych kwalifikacji do pełnienia służby na stanowiskach Sztabu Generalnego”, został przydzielony do Dowództwa Okręgu Korpusu Nr X w Przemyślu na stanowisko szefa sztabu. 22 sierpnia 1924 roku został przeniesiony na stanowisko szefa sztabu Dowództwa Okręgu Korpusu Nr VI we Lwowie.

(https://pl.wikipedia.org/wiki/Jerzy_Wo%C5%82kowicki)

[2] czerezwyczajka - to potoczna nazwa sowieckiej tajnej policji wprowadzającej rewolucyjny terror w Rosji i na innych terytoriach opanowanych przez bolszewików

[3] Eduard Kadlec (1880-1961) – czeski generał; służył w austro-węgierskiej artylerii fortecznej, po wybuchu I wojny światowej, służbę pełnił w przemyskim forcie nr XI „Duńkowiczki” w Twierdzy Przemyśl, którego był komendantem. Po kapitulacji Twierdzy, znalazł się w niewoli rosyjskiej. W 1916 r. brał udział w formowaniu Korpusu Czechosłowackiego w Rosji. Dowodził Siódmym Pułkiem Strzeleckim i stał się jednym z komendantów Korpusu Czechosłowackiego w walkach na Syberii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Eduard_Kadlec)

[4] Oktawiusz Metelski – (1880-….) - absolwent gimnazjum w Białej Cerkwi, student prawa na Uniwersytecie Kijowskim, jednak studiów nie ukończył. Absolwent Aleksiejewskiej Szkoły Wojennej w Moskwie. Oficer artylerii. Od grudnia 1918 r. w polskiej 5 Dywizji Syberyjskiej. Od stycznia 1920 r. do marca 1921 r. w niewoli bolszewickiej w Krasnojarsku, Omsku i Tule. Od kwietnia 1921 r. w WP. Od 1924 r. referent artylerii i adiutant Komendy Obszaru Warownego w  Toruniu. W 1927 r. przeniesiony w stan spoczynku.https://kpbc.umk.pl/Content/203006/Metelska_Helena_3062_WSK.pdf

[5]  jaczejka - podstawowa komórka partii komunistycznej w ZSRR

[6] papacha - męskie nakrycie głowy popularne wśród narodów Kaukazu i Azji Środkowej oraz Kozaków, tradycyjnie wykonana z owczej wełny lub niedźwiedziego futra. W armii carskiej noszona od 1817 roku, początkowo jedynie przez oddziały kozackie, z czasem stała się popularna w całym rosyjskim wojsku i przed I wojną światową została ujednolicona jako wysoka czapka z baraniej wełny 

[7]  Czeka - (ros.: Всероссийская чрезвычайная комиссия по борьбе с контрреволюцией и саботажем при СНК РСФСР, ЧК, ВЧК) – akronim nazwy tajnej policji w Rosji Sowieckiej w latach 1917–1922. Początkowo nosiła pełną nazwę Wsierossijskaja czriezwyczajnaja komissija po bor’bie s kontrriewolucyjej i sabotażom (Wszechrosyjska Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem), od sierpnia 1918 roku Wsierossijskaja czriezwyczajnaja komissija po bor’bie s kontrriewolucyjej, spiekulacyjej i priestupleniami po dołżnosti (Всероссийская чрезвычайная комиссия по борьбе с контрреволюцией, спекуляцией и преступлениям по должности; Wszechrosyjska Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją, Spekulacją i Nadużyciami Władzy), zwana potocznie Czeka, lub Czeriezwyczajka. Z owej nazwy wyszło potoczne określenie funkcjonariuszy, pracowników – czekiści (czekista); także obecnie często tak są nazywani funkcjonariusze organów bezpieczeństwa państwowego KGB, FSB, SWR. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Czeka)

[8]  mjr dypl. inż. arch. Jan Chrzciciel "Jan Gończa" Mikołajski, 1893 – 1954 -

[9]  Dziesiętnik - dowódca dziesięciu żołnierzy

[10]  Untier – bestia, potwór, brutal, oszołom

[11]  Das Interessante Blatt - to austriacki tygodnik, który ukazywał się co tydzień od 1882 do 1939 roku.

[12]  Ikona Ladańska będąca kopią żyrowickiej ikony Matki Bożej, znajdowała się w unickim monasterze męskim Zwiastowania Matki Bożej w miejscowości Lady koło Mińska. Miejscowość ta należała początkowo do rodu Zawiszów, później do rodu Ogińskich, a w końcu XVIII wieku dostała się w ręce rodu Moniuszków. (J. M. Giżycki (Wołyniak), Monaster bazyliański w Ladach na Białej Rusi, Kraków 1891, s. 7.)

[13]  Paskarz - szachraj, wyłudzacz, lichwiarz, kanciarz, naciągacz, kombinator

[14]  Fligeladiutant - osobisty adiutant panującego lub wyższego wojskowego

[15]  Ratnik – wojownik, żołnierz milicji państwowej, rezerwista sił zbrojnych

[16] Balwierz - osoba, która dawniej zajmowała się zawodowo goleniem, kąpaniem, rwaniem zębów, nastawianiem złamań oraz prostymi operacjami i leczeniem lekkich chorób, wykorzystywali też wiedzę ludową i doświadczenie.

[17] prawdziwy rosyjski człowiek 

[18] Kazimierz Kamil Baszniak (1895-1940) – podpułkownik piechoty WP, kawaler Orderu Virtuti Militari, ofiara zbrodni katyńskiej; po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Legionów Polskich, dostał przydział do 3 kompanii I batalionu 3 pułku piechoty. W 1916r. służył jako dowódca 2 plutonu 5 kompanii. Za bohaterskie czyny w czasie walk w czerwcu 1916 roku pod Gruziatynem został odznaczony Virtuti Militari. W tym samym roku dostał się do niewoli rosyjskiej, skąd po wybuchu rewolucji w 1918 roku przedostał się do polskich oddziałów wojskowych na wschodzie i od 1918 roku służył w 5 Dywizji Strzelców Polskich.(https://pl.wikipedia.org/wiki/Kazimierz_Baszniak) 

[19] Franciszek Pokorny (1891-1966) – podpułkownik dyplomowany piechoty Wojska Polskiego i Polskich Sił Zbrojnych. W latach 1913/1914 był wykładowcą topografii i terenoznawstwa, historii wojskowości, języka niemieckiego, administracji i gimnastyki w Szkole Oficerów Rezerwy w Przemyślu. Po wybuchu I wojny 2.09.1914r. w bitwie pod Fajsławicami został ranny i trafił do niewoli rosyjskiej. Po wyleczeniu do końca 1917 roku przebywał w obozach jenieckich we wschodniej Rosji. 1.01.1919r. jako szeregowy ochotniczo wstąpił do 2 pułku strzelców polskich na Syberii. 10.01.1919r. został przydzielony do pułkowej szkoły podoficerskiej, gdzie   wykładał topografię i terenoznawstwo. Był też adiutantem w Wydziale Operacyjnym Sztabu 5 Dywizji Strzelców Polskich. 10.01.1920r., po kapitulacji oddziałów Wojska Polskiego na Syberii, trafił obozu pracy przymusowej w Krasnojarsku, później do Omska, a następnie do Tuły. 5.08.1920 r. zbiegł z niewoli i wrócił do kraju. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Franciszek_Pokorny)

[20] Alfred Jan Schmidt (1888-1968) – pułkownik piechoty Wojska Polskiego. W 1914r. został zmobilizowany do c.k. armii, i skierowany na front gdzie dostał się do rosyjskiej niewoli. W niewoli spędził cztery lata. W 1918 roku znalazł się w Semipałatyńsku. W czasie wojny z bolszewikami walczył w 84 pułku piechoty. 30 kwietnia 1921 roku został zatwierdzony z dniem 1.04.1920 roku w stopniu kapitana, w piechocie, w grupie oficerów byłej 5 Dywizji Strzelców Polskich. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Alfred_Jan_Schmidt)

[21] Wilhelm Popelka (1891 -?) – podpułkownik piechoty Wojska Polskiego, 3 maja 1922 roku został zweryfikowany w stopniu majora ze starszeństwem z dniem 1 czerwca 1919 roku i 426. lokatą w korpusie oficerów piechoty. https://pl.wikipedia.org/wiki/Wilhelm_Popelka

[22] Tytus Obłaza – dowódca III batalionu 3 Pułk Strzelców Polskich im. Henryka Dąbrowskiego, który został sformowany w XI.1918 roku w Nowonikołajewsku na Syberii. Początkowo pułk był podporządkowany dowódcy Wojska Polskiego we Wschodniej Rosji, a od 25.01.1919 dowódcy 5 Dywizji Strzelców Polskich pułkownikowi Kazimierzowi Rumszy. https://www.wikiwand.com/pl/3_Pułk_Strzelców_Polskich_im._Henryka_Dąbrowskiego#/CITEREFBagiński1921

[23] Meissel – dłuto, przecinak

[24] Trencz - rodzaj klasycznego płaszcza z zapięciem dwurzędowym i szerokim paskiem z klamrą. Najczęściej występuje w odcieniach beżu, z patkami na ramionach i pięcioma parami guzików. Niegdyś sięgał kostek, obecnie nie wykracza poniżej kolana

[25] Traktat Ryski - traktat pokojowy zawarty w Rydze 18 marca 1921 roku, który kończył wojnę polsko-bolszewicką i wyznaczał granice państwa polskiego na wschodzie. Stanowił o odszkodowaniach dla Polski i miał regulować sprawy repatriacji oraz polityki wobec ludności polskiej na terenie Rosji Sowieckiej.

[26] praca autorstwa Romana Dmowskiego, w której autor, zakładając nieuniknioność konfliktu niemiecko-polskiego, postulował oparcie się na sojuszu rosyjsko-francuskim, gdzie sukces Rosji miał urzeczywistnić zjednoczenie wszystkich ziem polskich. Dmowski skupił się na trzech zasadniczych zagadnieniach: przedstawieniu sprawy polskiej, ukazaniu sytuacji międzynarodowej i na problematyce rosyjskiej. Jako najważniejszy ośrodek polskości uznał Królestwo Polskie. Jednocześnie wprost sformułował myśl, ze głównym wrogiem polskości są Niemcy i w ten sposób zerwał z tradycją polskiej myśli politycznej, upatrującej nieprzyjaciela w Rosji.

[27] 4 Kijowska Dywizja Strzelców – dywizja wchodząca w skład Armii Ukraińskiej, biorąca udział w wojnie polsko-bolszewickiej jako sojusznik Wojska Polskiego w roku 1920. Dowódcą 4.Dywizjii Kijowskiej był generał Jurij Tiutiunnyk.

[28]  Kazimierz Gintowt-Dziewiałtowski – (1892-1936) – urzędnik samorządowy II Rzeczypospolitej; ze strony matki był wnukiem powstańca styczniowego z 1863. Po kapitulacji 5 Dywizji Strzelców Polskich w styczniu 1920 działał na rzecz pomocy wziętym do niewoli żołnierzom polskim. Zagrożony aresztowaniem przedostał się przez Mongolię do Władywostoku, a stamtąd drogą morską do niepodległej Polski. Pracował w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a w 1921 został skierowany do Polskiej Komisji Repatriacyjnej i wyjechał do Moskwy, a później na Syberię, gdzie jako pełnomocnik PKR ofiarnie działał na rzecz wydostania polskich żołnierzy 5 Dywizji z bolszewickich więzień. Był jednym z założycieli i członkiem zarządu głównego Związku Sybiraków. Politycznie działał w Bezpartyjnym Bloku Współpracy z Rządem.

[29]  Kapitan Mieczysław Kotwicz-Dobrzański był zastępcą dowódcy Szkoły Oficerskiej 5. Dywizji Syberyjskiej. W maju 1920 roku uciekł do Polski z niewoli sowieckiej. W pierwszej połowie 1921 roku powstały pierwsze polskie oficjalne placówki w Moskwie, co stworzyło podstawy działalności wywiadowczej. W kwietniu 1921 roku przyjechał do Moskwy wraz z Delegacją Repatriacyjną kpt. Kotwicz-Dobrzański i ppor. Niedziałkowski, którzy zorganizowali placówkę pracującą przy Delegacji Repatriacyjnej, która po paru tygodniach dała bogaty materiał wojskowy, ekonomiczny i polityczny. [Jerzy Kochanowski, Między dyplomacją a wywiadem, Działalność Romualda Wolikowskiego i Ignacego Boernera jako attachés wojskowych w Moskwie (1921—1924), Przegląd Historyczny, 1990, 81/1-2, 267-278]

[30]  Jasna Polana (ros. Ясная Поляна - Jasnaja Polana) – rodzinny majątek rodu Tołstojów, w tym pisarza Lwa Tołstoja, który w tym miejscu urodził się, mieszkał i tworzył przez dużą część swojego życia, tu też został pochowany. Jasna Polana położona jest 12 km na południowy wschód od miasta Tuła, w obwodzie tulskim i szczokinskim rajonie, w zachodniej Rosji. (https://pl.wikipedia.org/wiki/Jasna_Polana)

[31]  Ustawa z dnia 15 listopada 1921 roku o Skarbie Narodowym, stanowiła, iż Skarb Narodowy jest funduszem nietykalnym, składający się ze złota i srebra i przeznaczony jest na zabezpieczenie przyszłej waluty polskiej. Na utworzenie i zasilenie Skarbu Narodowego przeznacza się całkowity majątek, zebrany na mocy dekretu z dnia 29 stycznia 1919 r. o Skarbie Narodowym, powstałym z ofiar prywatnych, składane na Skarb Narodowy ofiary osób prywatnych, całkowity zapas złota i srebra oraz przedmiotów, z tych kruszców wyrobionych, pozostających jako własność państwowa w posiadaniu poszczególnych władz, urzędów i instytucji państwowych, cywilnych i wojskowych oraz złoto i srebro, gromadzone dla Skarbu Narodowego przez instytucje państwowe w drodze skupu.

[32] W pierwszej fazie wojny z bolszewikami (rok 1919), kiedy walki nie były intensywne, w Polsce znajdowało się ok. 7 tys. jeńców sowieckich. Przebywali oni w obozach w Strzałkowie, Dąbiu, Pikulicach i Wadowicach. Polska nie zbudowała jednak wówczas żadnych nowych obozów. Obozy te zostały przejęte po zaborcach, którzy zbudowali je podczas I wojny światowej w celu przetrzymywania jeńców rosyjskich. Ocenia się, że jesienią 1920 r. w Polsce znajdowało się 80–85 tys. jeńców, ulokowanych w wyżej wymienionych miejscach. Wraz z ustaniem walk obie strony podjęły pertraktacje w sprawie jeńców wojennych. Umowę w tej kwestii Polska i bolszewicka Rosja zawarły w Berlinie 6 września 1920 r., podpisaną przez przedstawicieli polskiego i rosyjskiego Czerwonego Krzyża. Kwestię wymiany jeńców poruszał także Artykuł IX porozumienia zawieszającego działania wojenne tzw. traktatu ryskiego, podpisanego 12 października 1920 r. w Rydze. Powstały wówczas Komisje ds. Wymiany Jeńców, Uchodźców, Zakładników i Wygnańców, zajmujące się sprawami zarówno ludności cywilnej, która zbiegła bądź została przesiedlona w wyniku działań wojennych, jak i jeńców wojennych, którzy znaleźli się w wyniku walk w niewoli. Do maja 1921 r. wysłano z Polski ponad 24 tys. jeńców sowieckich, jednak sabotująca postanowienia traktatu strona rosyjska wydała jedynie 12,5 tys. jeńców polskich. Dopiero całkowite zawieszenie przez Polskę zwalniania rosyjskich jeńców spowodowało, że Rosja przestała utrudniać ewakuację polskich żołnierzy.(https://pl.wikipedia.org/wiki/Jeńcy_sowieccy_w_niewoli_polskiej_(1919–1921))

[33] Roman Knoll (1888-1946) – polski polityk i dyplomata, wolnomularz, założyciel Unii Narodowo-Państwowej w 1922 roku. Był urzędnikiem w przedstawicielstwie Rady Regencyjnej w Piotrogrodzie, a od 1919 roku referentem Wydziału Wschodniego w MSZ. W wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku walczył jako ochotnik. Podczas rokowań pokojowych z Rosją Sowiecką w Rydze pełnił funkcję sekretarza generalnego delegacji polskiej. Był ostatnim przedstawicielem dyplomatycznym Polski przy rządzie Rosji Sowieckiej. R. Knoll, przygotował memorandum dotyczące wysłania do władz sowieckich ultimatum, zawierającego groźbę zerwania stosunków dyplomatycznych w przypadku dalszego uchylania się od wykonania warunków pokojowych zawartych w traktacie ryskim. Koncepcja nacisku dyplomatycznego wysunięta przez radcę Poselstwa RP w Moskwie była przedmiotem dyskusji rządu polskiego. 14 i 18 września 1921 roku zgodnie z propozycją Knolla, zażądano w formie ultymatywnej wykonania przez władze sowieckie trzech klauzul traktatu ryskiego w terminie do 1 października 1921 roku. Zaproponowana przez Knolla metoda nacisku dyplomatycznego okazała się bardzo skuteczna w odniesieniu do sowietów.https://pl.wikipedia.org/wiki/Roman_Knoll;http://rcin.org.pl/Content/44300/WA303_58991_A453-SzDR-R-39_Bartoszewicz.pdf

[34] Henryk Zaleski brał udział w pracach w trakcie negocjacji nad ustaleniem ostatecznego kształtu traktatu ryskiego i porozumienia między rządem polskim a Rosją sowiecką. i pracował potem w komisji do spraw wymiany jeńców wojennych i zakładników (osób cywilnych), które trafiły do Rosji w wyniku wydarzeń wojennych. http://zbrojownia.cbw.wp.mil.pl:8080/Content/1922/J_768_JED_INW_768_H.pdf 

[35] Amerykańska YMCA zamknęła działalność w Polsce w roku 1921. Podjęto wówczas decyzję o powołaniu społeczno-wychowawczego Związku Młodzieży Chrześcijańskiej - Polska YMCA, młodzieżowej organizacji społecznej, której celem było prowadzenie działalności opiekuńczej, charytatywnej, jak również edukacyjnej i wychowawczej w duchu chrześcijańskim. Polska YMCA powstała w roku 1923, gdy niepodległą już Polskę opuścili członkowie amerykańskiej YMCA, którzy przybyli wraz z armią gen. Józefa Hallera, niosąc materialną i moralną pomoc osobom pokrzywdzonym w czasie wojny (opieka nad jeńcami wojennymi, repatriantami, zdemobilizowanymi żołnierzami, ubogimi studentami). https://pl.wikipedia.org/wiki/YMCA_(Polska)

[36] Kołosowo było pierwszą polska stacją dla repatriantów z ZSRR, którzy mieli szczęście opuścić Sowiecję i wyjechać do II Rzeczypospolitej. Znajdowała się tu strażnica Kołosowo Korpusu Ochrony Pogranicza oraz przystanek kolejowy, na którym odbywały się wymiany więźniów pomiędzy Polską a Związkiem Radzieckim