Dzisiaj jest: 18 Styczeń 2020        Imieniny: Piotr, Małgorzata
Lublin: Spotkanie z M. Koprowskim autorem

Lublin: Spotkanie z M. Koprowskim autorem "Łuny na wschodzie"

24 stycznia w lubelskim Klubie Inteligencji Katolickiej o godzinie 17:00 odbędzie się spotkanie autorskie z Markiem A. Koprowskim. Spotkanie poświęcone jego najnowszej książce „Łuny na Wschodzie”. *** Łuny na Wschodzie…

Readmore..

Moje Kresy  Michał Raczyński. cz.3

Moje Kresy Michał Raczyński. cz.3

 / Karol Raczyński - stryj Michała Mój ojciec Stanisław Raczyński miał starszego brata Karola. Wcześniej wspominałem o linii kolejowej Wygnanka – Iwanie Puste biegnącej w pobliżu naszej wsi w kierunku…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.5

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.5

Oto piąta część opowieści – pamiętnika - napisanego przez brata mojego pradziadka Mariana Strzetelskiego z okresu I wojny światowej. Kolejna część opowiada o drugim oblężeniu Twierdzy Przemyśl, o obronie poszczególnych…

Readmore..

WAŁY HATMAŃSKIE

WAŁY HATMAŃSKIE

/ Wały Hetmańskie - pocztówka: Lwów 1915r. Dawno już temu, w efekcie pewnych nostalgicznych skojarzeń, napisałem wiersz, który zatytułowałem „Wieczór na Wałach Hetmańskich". Ów rymowany utwór jest przywołaną po latach…

Readmore..

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA.  Styczeń 1945 rok.

KALENDARIUM LUDOBÓJSTWA. Styczeń 1945 rok.

W noc sylwestrową z 31 grudnia 1944 roku na 1 stycznia1945 roku: We wsi Czabarówka pow. Kopyczyńce Ukraińcy zamordowali 2 Polaków: jednego na podwórzu zamordował sąsiad Ukrainiec (członek UPA), drugiego,…

Readmore..

Styczniowy numer KSI (01/20) wydany

Styczniowy numer KSI (01/20) wydany

W styczniowej gazecie m.in.: Aby wychowywać, trzeba być wychowanym - inaczej o JazłowcuPoczątki osady Jazłowieckiej sięgają XIII w. Była wówczas własnością możnego rodu Buczackich, którego jedna gałąź przyjęła nazwę Jazłowieccy.…

Readmore..

" Blanik" i "Aktiv" - Czeska konspiracja na Wołyniu

/ Czeska szkoła 1914 r. Na samym początku wypada odpowiedzieć na pytanie: skąd Czesi wzięli się na Wołyniu? Jak wynika z dokumentów, pierwsi czescy osadnicy przybyli na Wołyń nie z…

Readmore..

Ślady Polskości na Kresach PIKÓW – rękopis znaleziony w Saragossie

Ślady Polskości na Kresach PIKÓW – rękopis znaleziony w Saragossie

/Jan Potocki na obrazie Aleksandra Warneka Na 23 grudnia przypada 204 rocznica śmierci Jana Nepomucena Potockiego (1761–1815),pisarza, żołnierza, posła, podróżnika, jednej z najtragiczniejszych i zarazem największych postaci historii i literatury…

Readmore..

Mój tata był żołnierzem 27 WDP AK

Mój tata był żołnierzem 27 WDP AK

/ Ojciec Paweł po przyjeździe do Kowla za pracą ok. 1922r. Tata mój Paweł Glijer urodził się w 1895 roku w Świętokrzyskim w ówczesnej wsi Berezów, obecnie to ulica Suczedniowa.…

Readmore..

Lwów dzieje miasta

Lwów dzieje miasta

Wywiad Jana Bodakowskiego z Ryszardem Janem Czarnowskim i Eugeniuszem Wojdeckim, autorami książki „LWÓW. DZIEJE MIASTA”. Wydawca: Jedność, Kielce 2015 r.Jan Bodakowski: W ostatnich kilku latach pamięć o polskości Kresów z…

Readmore..

Czy to jeszcze świąteczna turystyka czy już ukroindoktrynacja w Żorach?

Czy to jeszcze świąteczna turystyka czy już ukroindoktrynacja w Żorach?

/ Bilbordy z ukraińskimi zwrotami już wkrótce w Żorach ( Foto materiały prasowe) Za serwisem tuzory.pl Z danych ZUS wynika, że liczba pracujących w Polsce obcokrajowców wzrosła o 1/5 w…

Readmore..

Rok 2019 w przyjaźni  polsko-ukraińskiej

Rok 2019 w przyjaźni polsko-ukraińskiej

/11 listopada 1942 r. Ukraińska prowokacja we Lwowie Rok 2019 w przyjaźni polsko-ukraińskiej na Lubelszczyźnie zaczął się od rozpatrzenia wniosku złożonego w listopadzie 2018 roku przez lewicowo-liberalną, radykalnie antyrządową i…

Readmore..

Pamiętnik kpt. Mariana Strzetelskiego. Cz.4

/ Zdjęcie wykonane w czasie pomiarów geodezyjnych w rejonie Drohobycza przez Biuro Techniczne -Leon Krobicki & Bronisław Wirstlein około roku 1910. Z lewej strony stoi Marian Strzetelski, obok siedzi Rudolf Piasecki, Witold  Kotowicz i Czapla, najwyżej siedzi niezidentyfikowana osoba.

Oto czwarta część opowieści – pamiętnika - napisanego przez brata mojego pradziadka Mariana Strzetelskiego z okresu I wojny światowej. Kolejna część opowiada o dalszych przygotowaniach do obrony Twierdzy Przemyśl, o pierwszym jej oblężeniu przez wojska rosyjskie, ostrzale fortów i ucieczce z nich oraz oszukiwaniu żołnierzy i wymierzaniu kar za przewinienia. Dowiemy się również o tym jaką nienawiścią pałali żołnierze niemieccy do polskich oraz o tym jak żołnierze radzili sobie gdy zaczęło w Twierdzy brakować żywności.              

Zapraszam do lektury

Przemyśl 11.IX.1922  

Opiszę teraz inny epizod świadczący o zarozumiałości oficera austriackiego oraz nienawiści żołnierza niemieckiego w stosunku do polskiego.Dowódcą jednego z batalionów był Pan major W. były wykładowca Kursów Wojskowych ZWC [1] we Lwowie, okrutnie zarozumiały i mściwy oficer austriacki „Komisknopf”. Na samym początku naszego pobytu w Przemyślu chodził on dwa razy dziennie na plac ćwiczeń swojego batalionu przechodząc zawsze koło baraku-ziemianki, który oddział nasz na kwatery dla siebie budował. Każdy szczegół tej budowy omawiałem z moimi podoficerami kierując się we wszystkim rachunkiem ekonomicznym, czasem pracy, mając szczególnie na względzie wygodę i zdrowie moich żołnierzy oraz trwałość i wygląd baraku. Dość często opuszczałem plac budowy by doglądnąć ścinki drzewa w lesie lub rzucić okiem na postępy prac przy budowie stajni dla koni. Również w sprawach służbowych zaglądałem do kancelarii pułkowej. Pan major W. w czasie mojej nieobecności przechodząc obok, zawsze zatrzymywał się przy budowie naszego baraku-ziemianki, patrzył, podglądał, notorycznie krytykował i wytykał moim żołnierzom rzekome błędy budowlane rozkazując by zastosowali się do Jego zaleceń. Podoficerowie moi starali się bronić jak umieli i mówili, że prace budowlane wykonują na mój rozkaz, tak jak to zostało już raz ustalone, a życzenia i zalecenia Pana majora dotyczące zmian w budowie baraku niezwłocznie mi zameldują. Lecz majora to nie zadowalało i przy moich żołnierzach podważał moje kompetencje mówiąc: „…Ten Wasz Leutnant nic nie rozumie się na budowie…”. Tego było już za wiele. Natychmiast zameldowałem o tym pułkownikowi Gilliemu, który zdziwiony odpowiedział: „…Panie Leutnancie, jako oficer należący do sztabu pułku we wszelkich sprawach, w tym i związanych z budową nie tylko baraków dla wojska ale i innych rozwiązaniach inżynieryjnych podlega Pan moim i tylko moim osobistym rozkazom. Jako Pana przełożony z góry akceptuję wszystko to co wspólnie z podległymi Panu żołnierzami wykonuje Pan na potrzeby naszego pułku. Gdyby w przyszłości zdarzyło się, że zostanie Pan przez starszego od Pana rangą oficera zapytany dlaczego tak Pan czyni, proszę odpowiedzieć, nie wdając się w szczególne dyskusje, że ma Pan odgórne polecenie słuchać i wykonywać rozkazy dowódcy pułku. Gdyby w przyszłości taki natrętny oficer mimo wszystko wymagał od pan posłuszeństwa to proszę skierować Go wprost do mnie. Czy to jest jasne? …”. „…Tak jest Panie pułkowniku…”, odpowiedziałem stojąc wyprostowany jak struna.                    

Następnego dnia jestem z moimi żołnierzami przy kończącej się budowie baraku. Z daleka widzę, że zbliża się do nas major i jakoś dziwnie uśmiecha się pod wąsem. Przystanął i znów zaczął krytykować nasze poczynania i wskazywać gdzie jak i co należy poprawić. „…To wszystko nie ma sensu. Niech Pan popatrzy Panie Leutnancie jak ten dach jest nie fachowo pokryty, ściany są krzywe i zaraz się rozlecą. Nakazuję Panu prace te wykonać inaczej…”. „…Panie majorze…” - odpowiedziałem grzecznie acz stanowczo- „…uważam, że prace swoją wykonuję solidnie i dobrze, niczego nie będziemy zmieniać i modyfikować, zaś w razie jakichkolwiek wątpliwości bardzo proszę zgłosić się do dowódcy pułku. Taki otrzymałem rozkaz od mojego bezpośredniego przełożonego i tylko takie rozkazy są dla mnie miarodajne. Natomiast jeśli Pan major jest innego zdania to bardzo proszę zwrócić się z tym już bezpośrednio do pułkownika Gilliego…”.                    

W tym momencie major zrobił się czerwony na twarzy, zagryzł w złości wargi, rzucił na mnie złowrogie spojrzenie, mruknął pod nosem: „…Jeszcze zobaczymy…” - odwrócił się na pięcie i odszedł.                    

I tak rozpoczęła się między mną a nim prawdziwa wojna o wpływy. Kiedy ja byłem obecny przy swoich ludziach, on przechodząc obok nie zatrzymywał się wcale i nie zaczepiał nikogo, zaś kiedy mnie nie było chętnie przystawał i drwiąco krytykował pracę moich żołnierzy. Pouczeni przeze mnie podoficerowie grzecznie odpowiadali na Jego zaczepki, zaś pozostali w milczeniu wykonywali powierzoną im pracę. Nieraz, gdy udało mi się trochę wcześniej wrócić z lasu czy w miarę sprawnie załatwić sprawy służbowe w kancelarii pułkowej, stałem ukryty za belkami przygotowanymi do budowy stajni i obserwowałem jak major próbował rozdmuchiwać i wyolbrzymiać najmniejsze wręcz drobnostki do rangi dużego problemu. Wściekłość i przejmowanie się różnymi mało znaczącymi duperelami były naprawdę godne Jego osoby.                    

Gdy zakończyliśmy budowę baraków i stajni otrzymałem rozkaz naprawy drogi dojazdowej do jednego z fortów twierdzy. Część tej drogi zupełnie zniszczonej przebudowałem na tak zwaną drogę „kręglakową”. Budowa nowej drogi była prowadzona następująco: z głębokich kolein drogowych została najpierw wybrana błotnista maź, która zalegała na całym obszarze dojazdowym do fortu. Gdy w końcu udało się nam osuszyć teren, w tych głębokich rowach został ułożony chrust i trochę grubsze, pocięte na krótko pnie drzew, kręglaki. Całość następnie została zasypana suchą ziemią i dokładnie ubita, tak że zarówno wojsko jak i wszelki sprzęt wojskowy mógł swobodnie, nie grzęznąć w błotnistej mazi, taką drogą przejechać. Pewnego dnia, gdy moi żołnierze uwijali się przy robocie, napatoczył się znowu rzeczony Pan major W. i zaczął się wyśmiewać, drwić i robić niezbyt grzeczne uwagi na temat naszej pracy. „…Panie Leutnancie, przecież taka robota to strata czasu …” – wypalił. „…Przecież każdy prosty chłop rozumie, że tak się nie robi. Wystarczy na to całe błoto narzucić trochę chrustu, przysypać suchą ziemią i gotowe. Taka robota którą tu wykonujecie, tylko marnowanie sił i środków. Jestem pewien, że taka droga nie wytrzyma nawet tygodnia gdy przejadą po niej, armaty, wozy czy inne pojazdy wojskowe…”. „…Gwarantuję…” – odparłem, „…że ta droga nawet przy znacznym ruchu wojska wytrzyma co najmniej ze trzy miesiące, albo i dłużej…”.  „…Jak Pan śmie kwestionować moją opinię i twierdzić coś podobnego...” wrzasnął. „...To ja przecież byłem  kierownikiem i wykładowcą na kursach wojskowych we Lwowie, wiem co mówię i jeśli twierdzę, że ta droga nie wytrzyma więcej jak tydzień to tak też będzie…”. „…Panie majorze…” – odparłem spokojnie, „…to ja jestem fachowcem, w dziedzinie budowy dróg, trzy lata pracowałem jako kierownik konserwacji i budowy dróg w powiecie drohobyckim. Posiadam duże doświadczenie w tym względzie i jeśli twierdzę, że ta droga budowana w pocie czoła przez moich żołnierzy, pod moim kierunkiem, wytrzyma co najmniej trzy miesiące to tak będzie. A teraz bardzo proszę by nie przeszkadzał Pan w wykonywaniu naszej pracy. Żegnam…”. Zasalutowałem i odszedłem. Major stał jeszcze chwilę z szeroko otwartymi ze zdziwienia ustami, próbując coś jeszcze powiedzieć. W końcu czerwony ze złości, odwrócił się na pięcie i odszedł wielce urażony. Natychmiast też zameldowałem o całym zajściu pułkownikowi Gilliemu, który wezwał majora do siebie i po krótkiej wymianie zdań zabronił Mu wtrącać się do wykonywanych przeze mnie prac.                    

Nie była to jednak ostatnie starcie z upartym i mściwym majorem. Paręnaście dni później wezwał mnie do siebie pułkownik Gilli i poinformował mnie, że mam wybudować kaplicę pułkową, w której odbywać się będą msze i wszelkie uroczystości religijne. Najbliższa uroczysta msza pułkowa miała się odbyć już za tydzień w niedzielę. Czasu nie było więc za wiele. Deski na budowę kaplicy miałem otrzymać od majora W., który miał je zgromadzone na dwóch dużych stosach, przy barakach, w których kwaterował jego batalion. By nie drażnić majora swoją osobą, posłałem więc jednego ze swoich podoficerów z kilkoma żołnierzami po deski. Podoficer grzecznie zameldował, że z rozkazu pułkownika przychodzi po deski na budowę kaplicy. Jednak Pan major rozpoznał go, skojarzył, że należy do mojego oddziału i odpowiedział, że desek nie ma. Wówczas sam pofatygowałem się do majora i po raz kolejny zażądałem z rozkazu pułkownika wydania desek. Jednak major po raz kolejny odpowiedział: „…Przecież powiedziałem Pana żołnierzom, że desek nie mam…”. „…Ależ Panie majorze…” – odpowiedziałem, „…przecież widzę, że na podwórzu leżą pięknie ułożone dwie sterty desek. A może mnie wzrok myli?...”.„…Dobrze pan widzi Panie Lejtnancie, ale tych desek nie dam, bo są przeznaczone na potrzeby mojego batalionu, a nie na jakąś kaplicę. Proszę się postarać o inne…”. „…Rozumiem…” – odparłem – „…ale wie Pan, że będę musiał zameldować o tym pułkownikowi…”. „…Niech Pan robi co pan chce…” -  odparł wściekły major. Zasalutowałem i odszedłem kierując swe kroki prosto do kancelarii pułkowej. Gdy pułkownik Gilli usłyszał, że kaplicy nie wybuduję na czas, gdyż major desek nie chce wydać, bardzo się zdenerwował i odparł, że jeszcze dziś porozmawia z upartym majorem. Wychodząc, natknąłem się na wściekłego majora, który nie omieszkał mruknąć do mnie: „…Pewnie już Pan naskarżył na mnie do pułkownika…”. „…Nie Panie majorze, zameldowałem tylko, że Pan major desek wydać nie chce. Pan pułkownik Pana oczekuje…”. Major wszedł i głośno zamknął za sobą drzwi. Po dłuższej chwili wyszedł cały czerwony i kipiący ze złości wycedził przez zęby: „…Bierz Pan te deski i wynoś się Pan czym prędzej. Niech więcej Pana moje oczy nie widzą. Jesteś pan upartym polaczkiem…”Tego było już za wiele. Zdecydowanie odparłem:„…Bardzo przepraszam Panie majorze, ale obrażać mnie Pan nie ma żadnego prawa. Przyszedłem do Pana w sprawie czysto urzędowej, w sprawie desek na budowę kaplicy, a Pan traktuje mnie jak wroga. Przecież zarówno ja jak i Pan jesteśmy przez władze wyższe powołani do pełnienia i wykonywania obowiązków służbowych i wykonując rozkazy, nie możemy się kierować osobistymi antypatiami. Niestety będę zmuszony raz jeszcze zameldować o całym tym zajściu do dowódcy pułku i złożyć na pana zachowanie pisemną skargę i raport…”.                   

Raport został złożony, deski zabrane, a kaplica na czas zbudowana. A major? Pułkownik rozkazał Mu ustosunkować się na piśmie do moich zarzutów. Po paru dniach przysłał odpowiedź napisaną na dwóch arkuszach papieru. Wyparł się wszystkiego i wyjaśnił, że musiałem Go źle zrozumieć i jeśli zrozumiałem Jego wypowiedź w sposób opaczny, tak że poczułem się urażony to on gotów jest mnie przeprosić, chociaż nie rozumie dlaczego się na Niego obraziłem. Nigdy nie miał przecież złych zamiarów w stosunku do mnie. Konkluzja była taka, że ostatecznie mnie przeprasza, chociaż tak naprawdę przyszło Mu to z wielkim trudem. Pułkownik zapytał mnie czy chcę oddać sprawę do sądu czy też wystarczy mi taka forma przeprosin zaprezentowana na piśmie przez majora. Odparłem, że mimo tego, że w oświadczeniu majora jest sporo kłamstw i nieścisłości jednak ze względu na fakt, że to czas wojenny i szkoda czasu by zajmować się takimi bzdurami przyjmuje te wymuszone przeprosiny majora i sprawę zamykam. Pułkownik podziękował mi za takie podejście do sprawy, a major od tego czasu omijał mnie szerokim łukiem.                    

Tuż przed drugim oblężeniem miasta major otrzymał pod swoje dowództwo dwa bataliony. Przy ich użyciu miał eskortować tabor wojskowy jadący z amunicją i żywnością  z Sanoka. W tam czasie linia kolejowa była już przecięta, a Moskale zamykali już pierścień oblężenia wokół Przemyśla. Major z żołnierzami z dwóch batalionów urządził obronny postój w jednej ze wsi oddalonej od Przemyśla o jakieś 15 kilometrów. Tam dowiedział się od chłopów i Żydów, że Moskale pokazują się już na drodze sanockiej. Były to jednak tylko pojedyncze patrole rosyjskie wysłane w celu rozpoznania sytuacji. Major przestraszył się jednak i posłał raport wprost do komendy twierdzy (zamiast do dowódcy pułku), że przeważające siły wroga wszelkich rodzajów broni otaczają Go, tak, że dalej iść nie może i czeka dalszych rozkazów lub przysłania posiłków. Otrzymał więc rozkaz cofnięcia się z powrotem do twierdzy, co z radością uczynił. Nie dał przy tym żadnej możliwości swej sile zbrojnej ujrzenia i zetknięcia się w bezpośrednim boju chociaż z jedną twarzą rosyjską. Pułkownik chciał postawić majora za to pod sąd polowy, jednak major znalazł lekarza, który wystawił mu świadectwo lekarskie mówiące o tym, że z powodu silnego rozstroju nerwowego Pan major nie może pełnić służby frontowej. Oddelegowano Go więc do pracy w administracji w jednym ze szpitali wojskowych w Twierdzy Przemyśl. I tak skończyła się kariera wyjątkowo nadętego, zarozumiałego i tchórzliwego oficera austriackiego.                    

No, na dziś dość już pisaniny bo zmęczenie daje mi się we znaki i pewnie dość zawile ta moja pisanina wychodzi. Dobranoc więc moje kochanie. Dobranoc.  

Przemyśl 12.IX.1922                   

Tuż przed pierwszym oblężeniem Twierdzy Przemyśl przez Moskali, tak około połowy września 1914 roku, na rozkaz komendy Twierdzy, odkomenderowany zostałem wraz z moim oddziałem do dyspozycji Szefostwa Inżynierii do wsi Przekopana  pod Przemyślem, gdzie usytuowany był Fort XX [2], stanowiący główny pierścień wewnętrznej obrony Twierdzy. Tam zostaliśmy zakwaterowani w folwarku emerytowanego starosty pana Bartmańskiego. Przed folwarkiem, na dużym błoniu zostało rozbitych kilkadziesiąt dość dużych namiotów, w których zmieściła się nie tylko jedna kompania robocza wojska ale i również przeszło 1000 robotników cywilnych. Wszystkich tych ludzi oddano pod moją komendę obarczając mnie również prawem zarówno karania za popełniane przewinienia jak i nagradzania za dobrze wykonana pracę. Do pomocy przy wykonywaniu wszelkich prac inżynierskich, ciesielskich i drogowych oraz zarządzeniem i administrowaniem całą gospodarką obozową został oddelegowany do mnie pewien majster ciesielski. Wszyscy czuli do niego respekt, gdyż był to chłop wielki i silny, znający się na swej robocie, ale o chytrym i złym spojrzeniu.                    

Pierwszą swoją pracę w drugim pierścieniu okalającym Twierdzę rozpocząłem w forcie nr 13 „Łapajówka” usytuowanym przy drodze prowadzącej do Lwowa. Fort ten, zwany po niemiecku Strassensperre [3], był rodzajem szańca z kilkoma murowanymi barakami częściowo posadowionymi w ziemi do przechowywania amunicji. Murowane budynki przeznaczone dla załogi fortu były prawie zupełnie zniszczone. Dostałem więc rozkaz by fort ten w możliwie krótkim czasie doprowadzić do porządku. Równocześnie też, wspólnie z moimi żołnierzami i pracownikami cywilnymi miałem za zadanie oczyszczać i maskować istniejące już rowy i wały strzeleckie, odbudowywać zniszczone stanowiska baterii ogniowej, doprowadzić do jako takiej używalności wojskowe kazamaty. Zupełnie zniszczone budynki musiałem całkiem rozebrać i na ich miejsce wybudować nowe, murowane, kryte na zmianę podwójną warstwą belek oraz warstwą ziemi i betonu. Budynki te były przeznaczone na mieszkanie załogi szańca. Wewnątrz fortu musiałem wykopać również betonową studnię, a cały obszar odwodnić przy pomocy ziemnych kanałów. Pracy więc było naprawdę sporo, a czasu niewiele. Szef Inżynierii, pułkownik Schwalbe nie chciał wierzyć bym tę całą robotę zdołał przeprowadzić i zakończyć do zimy 1914 roku, dlatego też, mimo moich usilnych próśb, z początku nie chciał mi dać więcej ludzi do pomocy. Kiedy jednak po około dwóch tygodniach od rozpoczęcia robót w forcie przyjechał na inspekcję i na własne oczy zobaczył ile w tak krótkim czasie wykonano pracy, nie mógł uwierzyć. Pogratulował mi serdecznie i by prace mogły postępować jeszcze szybciej rozkazał dodać mi do pomocy jedną kompanię roboczą wojska.                   

Od tego czasu praca nabrała naprawdę tempa. Ponieważ we wsi Przekopana część murowanych budynków usytuowanych blisko okopów wewnętrznego pierścienia obronnego rozbierano do fundamentów, więc sporo cegły i inny przydatny materiał budulcowy zabierałem i przewoziłem do Łapajówki. Codziennie do swojej dyspozycji miałem kilkanaście wozów, które zwoziły belki, cement, żwir kamień, cegły i inne materiały niezbędne do budowy w forcie nowych budynków. Do pracy wychodziliśmy około 5-tej 6-tej rano, a wracali dopiero wieczorem, na późny obiad lub kolację. W południe była godzinna przerwa i wtedy żołnierze piekli na ognisku ziemniaki, które wykopywali na okolicznych opuszczonych przez właścicieli polach. Część zebranych i nie zjedzonych ziemniaków składano w workach w szopie w Przekopanej jako zapas na gorsze czasy, które już wkrótce miały nastąpić.     

               / Inżynier Marian Strzetelski – zdjęcie wykonane w Zakładzie Fotograficznym ‘Rembrandt” w Pasażu Hausmana we Lwowie około 1910-1912 roku.

W pierwszych dniach naszej pracy w Łapajówce dowiedziałem się od moich ludzi, że mój pomocnik, ten którego się wszyscy bali, wspomniany wcześniej majster ciesielski, który również był odpowiedzialny za aprowizację całego obozu, oszukuje moich żołnierzy i robotników cywilnych zaniżając racje żywnościowe i wypłacany należny im żołd. Przywołałem więc Go do siebie i mówię: „…Panie majstrze, ludzie się na Pana skarżą, że nie wydaje Pan im tytoniu w takiej ilości jak potrzeba, że zamiast mięsa same kości w zupie, jakieś ochłapy Pan im serwuje, chleba nie chce dodawać, a i podobno żołdu coś za mało Pan wypłaca…”. „...Ależ to nie prawda...” - odpowiedział na to - „...przecież wszyscy wiedzą, że jestem ostry i wymagający, ludzi pędzę do roboty więc pewnie dlatego wymyślają na mnie te wszystkie kłamstwa by mi dokuczyć...”. „...Przyjmuję Pana wyjaśnienia...” - odpowiedziałem spokojnie - „...jednak jeśli to wszystko prawda co ludzie mówią, wówczas ukażę Pana przykładnie. Radzę mieć się na baczności, gdyż przy najbliższej nadarzającej się okazji sprawdzę czy mówi Pan prawdę. Nie pozwolę by tak ciężko pracujących ludzi okradać z ich i tak skromnych racji żywnościowych. Czy to jest jasne?...”. „...Jak słońce...” – odpowiedział chytrze uśmiechając się pod nosem majster.                    

Jakiś czas później od mojego poczciwego ordynansa Jan Maksymowicza dowiedziałem się, że w rozmowach ze swoimi zausznikami i sympatykami, majster nie mógł powstrzymać się, by nie skomentować moich wątpliwości i zastrzeżeń wysuwanych przeciwko niemu. Jasno dawał do zrozumienia, że nie pozwoli nikomu wtrącać się w sprawy aprowizacji czy wypłacania żołdu żołnierzom. On o tym decyduje jakie posiłki serwuje i nie boi się jakiegoś tam Leutnanta, czyli mnie, gdyż do tej pory już trzech takich „mądrych” wygryzł, więc wcześniej czy później i mnie da radę. Oczywiście nie zmienił swojego postępowania i za paręnaście dni skargi powtórzyły się znowu. Wówczas ostrzegłem go po raz ostatni. Jednak on dalej szedł w zaparte. Zwołałem więc moich żołnierzy, wybrałem spośród nich trzydziestu najbardziej sprytnych, każdego z nich naznaczyłem komendantem jednego namiotu i nakazałem śledzić nieuczciwego zarządcę obozu. Pewnego dnia niespodziewanie wcześniej powróciliśmy z roboty. Jednak by nas nie zauważono szliśmy nie gościńcem lecz bokiem, przez pole. Po dotarciu na miejsce kazałem poszczególnym komendantom namiotów zorientować się czy w kuchni wszystko w porządku. Po pewnym czasie przyniesiono mi z kilku namiotów wiadra z otrzymanym z kuchni obozowej jedzeniem. Okazało się, że były to same kości i ochłapy, brakowało wkładki mięsnej. Rozkazałem więc przynieść wagę i zawołałem pana podmajstrzego. Po zważeniu okazało się, że braki wystąpiły nie tylko w mięsie, ale i również zaniżone były racje chleba i tytoniu przydzielone na poszczególne namioty. Po sprawdzeniu kwitów okazało się, że mięso dzień wcześniej zostało zakupione i przywiezione do obozu. Więc co się z nim stało? Po krótkim śledztwie okazało się, że Pan zarządca prawie cały przydział mięsa sprzedał „na lewo” i obdzielił nim swoich znajomych. Tego było już za wiele. Powiedziałem, że jest oszustem, łajdakiem i złodziejem i za to co zrobił będzie przykładnie ukarany. On na to butnie i z niezwykłą pewnością w głosie odparował: „...Nie boje się Pana gróźb. Znam kogo trzeba w dowództwie Twierdzy i poskarżę się na Pana szykany w stosunku do mnie...”. „...Ma Pan do tego prawo...” - odparłem - „...ale póki co zostanie Pan przykładnie ukarany. Warta, do mnie...” -  zawołałem i trzech ludzi z bronią stanęło naprzeciw nieuczciwego zarządcy.                    

Na środku polany, na której rozbite były namioty, rosła stara, rozłożysta lipa. Rozkazałem żołnierzom by odprowadzili winowajcę pod drzewo. Wszyscy żołnierze wyszli przed namioty, a ja wiedziałem już, że domagają się zastosowania „mast anbinden” [4] czyli jednej z najcięższych kar stosowanych w armii tylko w czasie wojny. Przyniesiono mocny sznur i wiadro wody. Wydałem rozkaz by podmajstrzego podwiesić na sznurze przewieszonym przez jedną z gałęzi. Dwaj uzbrojeni żołnierze stojący blisko niego, podciągnęli sznur w górę a On palcami stóp ledwo dosięgał ziemi. By za szybko nie zemdlał głowę polewano mu wodą. Wokół panowała kompletna cisza i tylko od czasu do czasu dało się słyszeć charczenie skazańca, który miał tak wisieć dwie godziny. Widać było, że zrobiło to naprawdę mocne wrażenie na prawie tysiącu obserwujących ten okrutny spektakl, oszukiwanych przez wiele tygodni ludzi. Wszyscy patrzyli tak nie wierząc, że ten, który ich dotąd za najmniejszy sprzeciw czy próbę protestu przeciwko Jego szalbierstwu bił po mordach, kopał i głodził, teraz wisi tak bezbronnie, tylko od czasu do czasu rzucając wściekłe spojrzenie w moją stronę.                    

Był to pierwszy i jedyny przypadek w mojej karierze wojskowej gdy musiałem zamienić się w kata i próbować stłumić w sobie ludzkie uczucia. Ta chwila sprawiła, że od tego momentu stałem się człowiekiem twardym i silnym. Powiedziałem sobie, że muszę ukrócić poczynania tego oszusta i nauczyć Go uczciwości względem swoich towarzyszy niedoli. Przecież to On właśnie okradał z zimną krwią, prawie tysięczną rzeszę głodnych, zapracowanych, wynędzniałych i zahukanych biedaków, niejednokrotnie żywiąc ich ochłapami, wyprzedając za ich plecami przynależne im racje żywnościowe i zaniżając im żołd. Albo zmuszę Go do odejścia albo to ja będę musiał ustąpić -  pomyślałem w duchu. Zaraz też zameldowałem mojemu bezpośredniemu przełożonemu Oberleutnantowi Życzyńskiemu, o podjętych przeze mnie działaniach. Jednak On nie chciał się do tego wtrącać i dał mi wolną rękę w moich poczynaniach, mówiąc, że mam dostateczną egzekutywę by ukarać nieuczciwego zarządcę obozu. Trochę mnie to uspokoiło jednak w dalszym ciągu biłem się z myślami czy kara „mast anbinden” rzeczywiście była odpowiednia do poczynań naszego majstra. Byłem przygnębiony moim nieludzkim postępowaniem. Jednak gdy okazało się, że wiszący na gałęzi starej lipy nasz zarządca ani razu nie zemdlał tylko nieustannie ironicznie się uśmiechał i zebranych wokoło straszył konsekwencjami, przeklinał ich, nie wykazując żadnej skruchy, posiadłem przekonanie, że postępuje prawidłowo. Tak wytrzymałem Go przeszło dwie godziny wiszącym na gałęzi starej, być może dwustu letniej lipy, która na pewno pamiętała czasy narodowych zrywów Powstań 1830 i 1863 roku. Po upływie naznaczonego czasu kary okazało się, że nasz skazaniec był na tyle silnym i zdrowym człowiekiem, że ani razu nie zdarzyło mu się nawet na chwilę zemdleć. Następnego dnia, zaraz wczas rano, poszedł ze skargą na mnie do Szefostwa Inżynierii Twierdzy. Jednak na skutek twardych dowodów, które opisałem w raporcie, skargę oddalono. Natychmiast zwolniono Go też z funkcji którą sprawował w naszym obozie. Podobno gdzieś z drugiej strony Twierdzy „grasował” na tej samej posadzie co u nas, lecz już nigdy nie próbował oszukiwać swoich kolegów - żołnierzy.                     

Gdy w baterii fortecznej fortu nr 13 „Łapajówka” ukończyliśmy w końcu budowę rowów i wałów obronnych oraz budowę dwóch murowanych, krytych podwójnym pokładem belek budynków, zaczęła się prawdziwa wojna. Już z początkiem października 1914 roku wojska rosyjskie zaczęły silnie atakować fort nr 14 „Hurko”, który znajdował się około trzech kilometrów od nas, a był usytuowany w północno wschodnim odcinku obronnym Twierdzy Przemyśl. Parę dni już trwał nieustanny ostrzał naszych pozycji przez Moskali. Ciągle byliśmy ogłuszani wybuchami granatów i szrapneli, które często eksplodowały paręset metrów od nas, a ich odłamki próbowały nas dosięgnąć.  Ja i moi żołnierze już zdążyliśmy przyzwyczaić się do tego stanu rzeczy kiedy pewnego dnia, gdy ostrzał trochę ustał, z polecenia Oberleutnanta Życzyńskiego zameldował się u mnie mój szkolny kolega Wierzyński oraz drugi, ubrany po cywilnemu mężczyzna. Z początkiem wojny Wierzyński został zmobilizowany do pracy w wojsku jako cywilny inżynier celem sprawowania nadzoru nad prowadzonymi pracami inżynierskimi. Zarówno On jak i Jego kolega byli zatrudnieni w Szefostwie Inżynierii Twierdzy. Przywitałem się z Nimi bardzo serdecznie. W trakcie rozmowy dowiedziałem się, że właśnie został utworzony polski zarówno zachodni jak i wschodni legion wojska [5]. Jednak legion wschodni, po tym jak kazano żołnierzom przysięgać na wierność cesarzowi Austrii został rozwiązany. Żołnierze rozeszli się w różne strony i podobno mój szwagier Mikołaj Kiedacz [6]  wydatnie przyczynił się do tego. Jest teraz w jakiejś dużej opresji i nie wiadomo co z nim dalej będzie.                     

Następnego dnia Wierzyński i Jego kolega mieli za zadanie sprawdzić czy w naszym Forcie wszystkie prace przebiegają prawidłowo. Nie przypuszczali jednak, że trafią w sam środek ostrzału naszego szańca. Ponieważ byli ciekawi jak z bliska wygląda prawdziwa wojna, Wierzyński poprosił mnie o pokazanie wykopanych rowów oraz najbardziej wysuniętego w stronę wroga, usypanego przez moich żołnierzy przedniego wału. Gdy weszliśmy na samą górę wału Wierzyński chciał mnie o coś spytać, lecz w tym samym momencie jakieś dwieście kroków od nas eksplodowały dwa granaty, wznosząc w górę gęsty dym i olbrzymi pył wzruszonej ziemi. We trójkę padliśmy na ziemię. Gdy pył i dym opadł obaj pospiesznie, zakrywając uszy rękami odeszli, mówiąc, że w takich warunkach nie mogą pracować. Jak się później dowiedziałem Wierzyński w swoim raporcie zameldował, że nasz fort do kontroli był perfekcyjnie przygotowany. W przeddzień drugiego oblężenia udało się Wierzyńskiemu wyjechać z Przemyśla i całkowicie uwolnić ze służby inspektora.                      

Po przekazanych informacjach od Wierzyńskiego na temat utworzenia polskich legionów wojska, moja uśpiona czasowo myśl polityczna związana z pragnieniem poświęcenia się sprawie polskiej, odżyła na nowo. Zacząłem się zastanawiać co i jak zrobić  by coś dobrego dla Polski uczynić. W moim pułku byłem politycznie podejrzany, dzięki rewelacjom przekazywanym na mój temat do dowództwa przez wspomnianego już wcześniej adiutanta pułkowego, który tak bardzo zalazł mi za skórę. Jako ochotnik polski wcale nie wierzyłem w dobre intencje ani życzliwość dla Polaków, zarówno Austrii, Niemiec jak i Rosji. Uważałem, że jedynie Francja może być dla naszego kraju najbardziej życzliwą, gdyż jej interesy nie kolidowały z naszymi. To od niej jednej, a być może i częściowo od Anglii moglibyśmy kupić, za dobrowolną pomoc w tej wojnie, jakieś poparcie dla sprawy niepodległości Polski. Zrozumiałym dla mnie było, że nasz naród płacący przymusową daninę krwi poprzez służbę w trzech zaborczych armiach, wzajemnie się zwalczających i walczących przeciwko sobie, teraz właśnie musi wykazać się ogromnym sprytem i przezornością  polityczną. Nie powinniśmy, bez potrzeby, zbytnio się w tę wojnę angażować jak również, o ile to możliwe, żadnemu zaborczemu rządowi zbyt mocno się nie narażać. Należy wyczekiwać na sposobniejszą chwilę, powoli i po cichu rozglądać się na prawo i lewo, przy okazji robiąc swoje, oszczędzając siły do przyszłej walki już naprawdę za sprawę niepodległości naszej Ojczyzny. Jako stary spiskowiec zawsze byłem wrogiem każdego zaborczego rządu. Jednak uważałem, że Naród Polski, w każdym z tych trzech zaborów, by doprowadzić do zrzucenia jarzma niewoli, powinien podzielić się na trzy obozy polityczne. Pierwszy powinien być lojalny wobec danego rządu i starać się wykonywać jego polecenia, drugi powinien udawać, że sympatyzuje z innym rządem zaborczym, wrogim dla tego pierwszego, a trzeci obóz polityczny powinien być niby bezstronnym. W ten sposób, przy pomocy różnego rodzaju sztuczek i gier politycznych, uda się nam być może w krótkim czasie zrealizować, coraz mocniej rozwijającą się wśród moich rodaków, myśl polityczną odzyskania niepodległości naszej Ojczyzny. Dlatego też część naszych obywateli powinna udawać, że sprzyja danemu zaborcy. Inaczej przecież większość naszego społeczeństwa mogła by być narażona na różnego rodzaju prześladowania i represje. Ta niby lojalność może być środkiem obronnym przed zarzutami, że cały naród jest wrogiem danego państwa zaborczego. Z kolei obóz drugi miałby za zadanie uśpienie czujności danego zaborcy i podtrzymanie jego przekonania, że społeczeństwo polskie nieustannie pracuje nad rozwojem i pomyślnością ojczyzny. Pomimo tego, że nigdy nie czułem się dobrym politykiem, to jednak późniejsze wypadki historyczno-polityczne utwierdziły mnie w przekonaniu, że chyba miałem rację. Zresztą potwierdzili to później i moi koledzy z obozu jenieckiego w Wierchnija Mułła Permskiej Guberni [7], gdzie trafiliśmy razem do niewoli. Byli to między innymi właściciel majątku ziemskiego koło Radymna, pan Marynowski Jan oraz Turek Józef, były urzędnik austro-węgierskiej filii banku w Przemyślu. Będąc wspólnie razem w niewoli, zbliżyliśmy się do siebie i dość często dyskutowaliśmy na tematy polityczne nie ukrywając swoich preferencji i przekonań. W przetrwaniu tych trudnych czasów bardzo pomogła mi moja silna wiara, dzięki której nawet w najtrudniejszych warunkach mogłem zachować swe myśli od zwątpienia i rozpaczy.     

               / Budowa ziemnego zbiornika na ropę w Modryczu koło Drohobycza. Marian Strzetelski stoi drugi od lewej strony.

Tymczasem robota w forcie „Łapajówka” przebiegała nad wyraz sprawnie i szybko. Studnia została już wykopana. Pozostało jedynie oczyścić ją z zalegającego na dnie iłu, sypiąc na spód drobny żwir. Warstwa betonu na dachu budowanych budynków została już porządnie ubita i zamaskowana warstwą świeżej ziemi. Do zakończenia prac brakowało jedynie osadzenia okien i wewnętrznych drzwi. Gdy udało się nam uporać z resztą zaplanowanych prac, dotarła do nas informacja, że obrona linii frontu w okolicach Gródka Jagiellońskiego została przerwana przez nacierające wojska rosyjskie. Było to gdzieś około 20 września 1914 roku, po tym jak Rosjanie zajęli Jarosław [8]. Wówczas to rozpoczął się odwrót naszych wojsk za linię Sanu.                     

Zaraz też, w kolejnych dniach, usytuowanym opodal fortu „Łapajówka” gościńcem lwowskim, zaczęły walić masy cofającej się w bezładzie armii austriackiej. Dało się zaobserwować, jak liczne tabory konne oraz znaczne ilości żołnierzy i cywilów cofają się w nieładzie na zachód, okrężnymi drogami usytuowanymi wokół Twierdzy. Przez samo miasto nie przepuszczano ich gdyż obawiano się paniki oraz zaczopowania głównych dróg komunikacyjnych. Wprawdzie wiedzieliśmy, że ariegarda [9] jeszcze stawiał słaby opór gdzieś w okolicy Gródka Jagiellońskiego, a strzałów rosyjskich jeszcze nie słychać, jednak wszyscy wiedzieli, że to chyba już początek końca. Wynędzniała, rozbita i głodna armia austro-węgierska wciąż parła na zachód, w stronę Twierdzy by tam się choć trochę odżywić. Ta wynędzniała i zdemoralizowana rzesza ludzi, mająca w swoich głowach jedynie chęć zaspokojenia swojego głodu, jak szarańcza pochłaniała wszystko co napotkała na swej drodze ucieczki. Nie gardziła nawet znalezionymi w polu resztkami kartofli, zasuszonymi surowymi burakami czy przegniłymi główkami kapusty. Wkrótce jednak i wody zaczęło też brakować. W promieniu paru kilometrów od Łapajówki nie dało się znaleźć żadnej czynnej studni. Ta nasza, wykopana parę dni wcześniej przez moich żołnierzy, stała się błogosławieństwem dla uciekających. Woda w niej nie była jeszcze oczyszczona i wyglądała na mętną, żołnierze jednak napełniali nią menażki i pili łapczywie, nie zważając na jej zabrudzenie. Około trzech dni przeciągała ta nieprzebrana rzesza ludzi, zatrzymując się dość często przed naszym fortem, na parogodzinny przymusowy postój spowodowany zbytnim stłoczeniem się taborów, ludzi i koni. Żołnierze moi widząc co się dzieje, nieustannie próbowali pomóc, piekli nawet zebrane w polu ziemniaki i rozdzielali je między przejeżdżających obok ludzi. Z przerażeniem obserwowałem jak na chłopskich podwodach, na zgromadzonych tam różnorakich tobołach i skrzyniach kompanijnych, leżeli lub też siedzieli ranni, chorzy i okrutnie zmęczeni ludzie. Ta znużona, zakurzona, osowiała i obdarta rzesza zwykłych żołnierzy szeregowców jak również młodych podoficerów, oficerów i starszych rangą majorów, a nawet pułkowników, nie zważając na swoje rangi, chciwie, w błagalnym geście wyciągniętych rąk, przekrzykując się nawzajem i przeklinając w rożnych językach, biła się prawie o każdą sztukę gorącego jeszcze kartofla. Zastanawiałem się co jest przyczyną takiego nagłego braku żywności. Dość szybko okazało się, jak mi donieśli cofający się oficerowie, że prawie wszystkie tabory żywnościowe, obsługiwane i dowodzone przez intendentów żydowskich zostały wycofane, bez żadnego rozkazu, co najmniej tydzień przed planowanym odwrotem armii, zabrawszy ze sobą cały zapas żywności dla wojska. Kilka dni trwał ten exodus. Zewnętrzny dostęp do Twierdzy został definitywnie zamknięty, jedynie jeszcze linia kolejowa łącząca Przemyśl z Sanokiem nie została zablokowana.                                        

Komendant Twierdzy Przemyśl Hermann Kusmanek, który z początkiem listopada 1914 roku otrzymał nominację na generała piechoty, jeszcze w połowie października, wydał cofającej się armii około połowę zapasów żywnościowych zgromadzonych na terenie miasta. Dlatego też dowództwo Twierdzy zażądało uzupełnienia składów żywności i amunicji licząc na przesłanie ich z Sanoka. Gdy w końcu wagony zostały załadowane żywnością i amunicją, a pociąg miał wyruszyć do Przemyśla, gruchnęła wieść, że linia kolejowa została już w niektórych miejscach za Sanokiem przerwana i zajęta przez posuwające się do przodu wojska rosyjskie. Natychmiast więc zorganizowano olbrzymi konwój samochodowy i jedyną wolną drogą z Sanoka, nie zajętą jeszcze przez Rosjan, wysłano cały skład do Przemyśla. Wcześniej jednak powiadomiono dowództwo Twierdzy by wysłano co najmniej dwa plutony wojska celem zabezpieczenia i ochrony transportu przed ewentualnym jego przejęciem przez wojsko nieprzyjaciela. Konwój dojechał do jednej z wyznaczonych wsi, lecz nie doczekawszy się obiecanej odsieczy z Twierdzy sam odpierał atakujące pomniejsze rosyjskie patrole konne. Ostatecznie nie chcąc wpaść w ręce wroga wycofał się w stronę Sanoka. Okazało się, że odsiecz miał prowadzić wspomniany wcześniej przeze mnie pan major W., ten sam, który nie chciał mi wydać desek na budowę kaplicy. Wszystko to zdarzyło się tuż przed drugim oblężeniem Twierdzy Przemyśl, która to od tego momentu, odcięta od reszty świata  została zdana jedynie na pomoc samej sobie.  

Przemyśl 13.IX.1922

 Rozpoczęło się drugie oblężenie miasta [10] i teraz dopiero nastały gorsze czasy. Jeszcze parę dni przed rozpoczęciem oblężenia otrzymałem kilka listów, które mnie bardzo ucieszyły. Jeden z nich był od mojego ostatniego szefa inż. Marcina Maślanki z Drohobycza, który w serdecznych słowach opisywał co zaszło po moim wyjeździe. Państwo Sroczyńscy z Uroża oprócz listu przysłali mi również moje buty i parę rzeczy osobistych, które po wybuchu wojny zostawiłem u nich na przechowanie. Jednak najbardziej ucieszyło mnie te parę kartek Kochana Czesiu i długi list, który otrzymałem od Ciebie. W niewielkiej paczce, którą mi również przesłałaś znalazłem wspaniałe buty górskie – „bergsteigery”, parę nowych koszul oraz spinki do manszetów. Wszystko to, a szczególnie buty bardzo mi się później przydały w niewoli rosyjskiej. Teraz jednak listy przestały dochodzić. W ostatniej chwili,  jeszcze przed zamknięciem Twierdzy, kiedy spora, ostatnia partia przesyłek znalazła się w Przemyślu, dotarła do mnie jeszcze jedna, ostatnia kartka pisana Twoją ręką. Dostarczył mi ją mój kolega Stanisław Rybotycki, który pracował z ramienia Komendy Twierdzy przy rozsortowywaniu przesyłek i listów.

  Rozpoczęła się prawdziwa wojna i nadeszły gorsze czasy. Ustawiczna strzelanina karabinowa i głośne wystrzały armatnie rozlegały się na wszystkich krańcach Twierdzy. W końcu nad Przemyślem zaczęły krążyć rosyjskie aeroplany zrucając bomby na broniących miasta żołnierzy.

 Z fortu XX Przekopana [11] zostałem odwołany do Lipowicy. Podoficerowie Szefostwa Inżynierii Pułku, zajmujący się zaprowiantowywaniem moich ludzi, nie kryli zadowolenia, że w końcu pozbędą się tego „bicza”, który, jak wyrazili się o mnie do jednego z moich podoficerów, „wiecznie wojował o prawidłowy przydział żywności dla swoich żołnierzy”. Przekazałem więc wszystkie moje zadania i funkcje Oberstleutnantowi Życzyńskiemu i z nieukrywaną radością odjechałem do Lipowicy. Odjeżdżając już późno w nocy, postanowiliśmy zabrać ze sobą dwa wozy, załadowane workami napełnionymi ziemniakami i burakami zebranymi z pobliskich pól. Jednak ostatecznie, uwzględniając prośbę Oberstleutnanta Życzyńskiego, jeden z wozów zostawiliśmy w forcie celem poprawy w nim zaopatrzenia, a drugi pojechał do naszego magazynu w Lipowicy. Następnego dnia, zaraz po przybyciu na miejsce przegrupowania, ogłoszono w rozkazie pułkowym podziękowanie od Szefa Inżynierii dla naszego batalionu, za wyjątkowe zaangażowanie w pracy i niezmierną pracowitość. Otrzymaliśmy również pochwałę od pułkownika Gilliego. Jeszcze tego samego dnia, późnym popołudniem, przyszedł rozkaz by na północ od Twierdzy, niedaleko wsi Maćkowice, oddalonej od Przemyśla o około 10 km, wybudować schron dla Nachrichten-Detachment czyli dla oddziału zwiadowczego [12].

 Odtąd, na przemian pracowaliśmy raz daleko przed okopami twierdzy budując schrony, okopy czy drogi komunikacyjne prowadzące do fortu, drugi raz kończąc rozpoczętą budowę stajni dla koni pułkowych w Lipowicy. W lasach okalających Lipowicę budowaliśmy też różnego rodzaju kryjówki i betonowe schrony odporne na sowieckie bombardowania. Prawie każda robota, którą wykonywaliśmy poza fortem była ostrzeliwana przez nieprzyjaciela, dlatego też musieliśmy bardzo uważać by nic złego się nam nie stało. I dzięki Bogu, na razie żadnej szkody zarówno w ludziach jak i w sprzęcie nie ponieśliśmy. Ponieważ stale brakowało desek do prowadzonych przez nas budów, więc zwróciłem się do Szefostwa Inżynierii o wypożyczenie dwóch dużych pił trackich. Dzięki temu cztery załogi  traczów, na zmianę, dzień w dzień, bez przerwy, przez paręnaście dni, cięło i heblowało deski z przywiezionych z lasu kloców i bali drzewnych. Inni moi żołnierze ścinali w pobliskim lesie drzewa i ręcznie zwozili je do traczów, tak że praca przebiegała bardzo sprawnie. Stacjonując jeszcze w  Forcie Łapajówka, udało mi się dość tanio zakupić od cofających się spod Lwowa cywilnych woźniców trzy kare huculskie koniki, strasznie zbiedzone i poranione. Żołnierze moi polubili je bardzo, karmili i leczyli, tak że rany ich zaczęły się dość szybko goić, a one same, widać było, że zaczynają mocno brykać i szybko wracają do pełni sił.  Jednak za bardzo jeszcze nie nadawały się do pracy przy zwózce drzewa więc trzeba było korzystać z siły ludzkich rąk. Dopiero po pewnym czasie, gdy zupełnie wydobrzały, zaczęliśmy je wykorzystywać do różnego rodzaju prac. Przywoziły więc nam prowiant dla całego naszego oddziału, a w końcu też zaczęły zwozić ścięte drzewo z lasu, odciążając w ten sposób moich ludzi. Przy ich pomocy zwoziliśmy również z okolicznych, opuszczonych pól, kapustę, ziemniaki czy buraki. Pewnego razu udało się nam również przywieźć dwa wozy nadwęglonego zboża znalezionego gdzieś w podpalonych i opuszczonych leśniczówkach niedaleko miejsca naszego  stacjonowania. Z nich to przez pewien czas piekliśmy chleb dla naszych żołnierzy. Ciekawą zdobyczą był prawie cały warsztat stolarski i tokarski, które udało się nam znaleźć w prawie kompletnie zrujnowanych i spalonych przez Rosjan okolicznych domostwach. Moi chłopcy, niezwykle sprytni i zaradni, w krótkim czasie skompletowali brakujące narzędzia i ponaprawiali te uszkodzone, tak że dość szybko można było zacząć wyrabiać nawet całkiem precyzyjne, potrzebne do prac ciesielskich czy frezerskich rzeczy. W ten sposób oddział nasz jako jeden z nielicznych, został znakomicie wyposażony w najpotrzebniejsze narzędzia. Od tego czasu pod dostatkiem miałem już rożnego rodzaju i grubości desek, które wykorzystywaliśmy do wykonywanych prac inżynieryjnych. Muszę się pochwalić, że w Lipowicy, na potrzeby okolicznych fortów tylko mój oddział produkował zarówno foszty, więźby dachowe jak i różnej grubości i długości deski przeznaczone na obicie ścian, sufitów i podług w budowanych przez nas różnorodnych obiektach przeznaczonych na potrzeby wojska. W całej Twierdzy Przemyśl brakowało gwoździ, więc moi żołnierze wpadli na genialny pomysł. W zgliszczach spalonych domów czy stodół okolicznych wsi, wygrzebywali popalone deski, wyciągali z nich gwoździe i prostowali je. Takie gwoździe z odzysku znakomicie nadawały się do użytku. Deski były świeże, miękkie, więc gwoździe mimo tego, że były słabe, nie gięły się i łatwo się je wbijało.

  W końcu rozpoczęły się wypady załogi fortu na coraz bardziej przybliżające się pod Twierdzę Przemyśl oddziały rosyjskie. Takie „wycieczki” były urządzane przeważnie co tydzień w soboty, bardzo często równocześnie w dwóch rożnych stronach twierdzy. Jeden wypad był „demonstracyjny”, celem którego było odciągnięcie uwagi oblegających dany Fort Moskali i nie dopuszczenie do przysłania pomocy w to miejsce, na który właściwy wypad był przygotowywany. Właściwy atak miał na celu odebranie i przejęcie pozycji, z której baterie nieprzyjaciela zaczynały razić nasze pozycje. Dość często następowało wówczas zagwożdżenie dział i wzięcie do niewoli rosyjskich żołnierzy. W ten sposób „zdobywano języka” i w nieustannych zaczepnych walkach niepokojono Moskali. W kilku takich wypadach, które urządzała też nasza grupa brałem również udział. Każda z takich „wycieczek” przeważnie kończyła się szczęśliwie, bez jakichkolwiek strat. Szczęście, które zaczęło nam tak sprzyjać, spowodowało, że żołnierze moi, często dość lekkomyślnie żeby nie powiedzieć dziecinnie, zaczęli się narażać na niebezpieczeństwo. Dlatego też zmuszony byłem wyrazić swoją opinię na ten temat i kategorycznie zabronić im takich eskapad, chociaż rozbrajała mnie ich naiwna wiara w ich dotychczasowe szczęście.

 W końcu spadł śnieg i nadeszła zima. Prace inżynierskie wykonywane na zewnątrz okopów stawały się coraz bardziej niebezpieczne. Na tle białego puchu okrywającego teren prac, wszystko z daleka dało się bardzo dobrze zauważyć, dlatego też miejsce naszej pracy wymagało maskowania. Pozycje nasze znakomicie były widoczne dla rosyjskich baterii, które nieustannie nas ostrzeliwały. Dlatego też dość często zmuszony byłem czekać na ciemność nocy, by dalej, w miarę bezpiecznie kontynuować rozpoczęte prace. Mimo zimna, chodziłem ubrany raczej lekko, zakładając letnią bieliznę i dość cienkie buty na niezbyt grube skarpety. Na mundur miałem zarzucony lekki, wiatrem podszyty płaszcz żołnierski, jeszcze ze Stryja. Zawsze gdy zaczynałem marznąć potrafiłem się choć trochę ogrzać biorąc do ręki oskard [13] lub łopatę. Najgorsze jednak było to, że z powodu bliskości nieprzyjaciela nie można było rozpalić ogniska by się ogrzać gdyż baterie rosyjskie zaraz rozpoczynały ostrzał i raziły nasze pozycje w sposób bardzo niebezpieczny. Przeważnie były bardzo głośne i mocno kąsały. Artylerzyści rosyjscy, którymi byli głównie Kozacy, byli na tyle skuteczni i precyzyjni, że zazwyczaj ich trzeci lub czwarty strzał całkiem nieźle trafiał do celu.

  Pozostanie mi w pamięci jedna z takich „wycieczek”, dwudniowy Ausfall [14] grupy lipowieckiej, prowadzony na leżące na północ od Ujkowic [15] i Maćkowiec pozycje rosyjskie. Mimo tego, że zima była w pełni to na szczęście dla nas śniegu nie było zbyt wiele. Wyruszyliśmy więc z naszego fortu gdzieś około pierwszej lub drugiej w nocy, by wczas rano zaatakować nieprzyjaciela. Nasz oddział zwiadowczy – Nachrichten Detachment - stacjonujący w Maćkowicach miał pozostać na miejscu i oczekiwać na nasze przybycie. W rzeczywistości jednak, bez rozkazu żołnierze opuścili swe okopy nie powiadamiając nas o tym i szli w naszym kierunku. Dowódcą naszej całej grupy był pułkownik Paweł Gilli, który doskonale wiedział,  w którym miejscu znajdują się pozycje rosyjskie. Pewny więc, że nic się nie zmieniło względem ustaleń, jeszcze przed Maćkowicami wysłał straż przednią z dwoma karabinami maszynowymi. Wydano rozkaz by tyralierą rozwinąć się w kierunku wroga i by żołnierze przyjęli formację bojową. Ja wraz z moim oddziałem (z 54 ludźmi) stanowiliśmy rezerwę straży przedniej i byliśmy swoistego rodzaju łącznikiem pomiędzy nimi a dowództwem pułku. Dostałem rozkaz by postępować za lewym skrzydłem straży w kierunku wschodniego krańca Maćkowic. Powoli zaczęło dnieć, jednak na skutek dość gęstej mgły panował ciągle zmrok. Do straży przedniej był przydzielony jeden Leutnant, ten o którym wspominałem poprzednio, zniemczony Czech z Moraw. Krótko przed wybuchem wojny ożenił się. Dzień wcześniej przed naszą „wycieczką” otrzymał pocztą lotniczą list od swojej żony. Był niezwykle szczęśliwy, gdyż dowiedział się że ma córkę. Przy każdej nadarzającej się okazji mówił o tym, wyciągał zza pazuchy zmięte kartki papieru i czytał. Jednak mimo tych radosnych wieści chodził wciąż jakiś przybity i w kółko powtarzał, że on tej wojny nie przeżyje, że córki nigdy nie zobaczy i że to chyba jego ostatnie dni życia. Żołnierze pocieszali Go jak umieli, próbowali Go rozśmieszać, jednak On ciągle przesądnie trwał przy swoim.

 Gdy straż przednia rozpoczęła natarcie w kierunku pozycji wroga, rozwinęła się i przeszła paręset metrów prawą wschodnią krawędzią wsi nagle rozpoczęła się kanonada karabinowa. Z początku Rosjanie zaczęli strzelać krótkimi seriami, a w chwilę później gęsty grad kul spadł na nasze pozycje. Głośny świst przelatujących nad naszymi głowami kul i huk rozrywanych kartaczy był nie do wytrzymania. Wydałem krótki rozkaz i poprowadziłem biegiem cały mój rozwinięty oddział pod wyłaniające się już z mroku domostwa Maćkowic. Tuż obok znajdował się mały wzgórek, za którym kazałem się moim ludziom okopać. Jednak wciąż strzały kierowane w naszym kierunku były tak intensywne, że nawet głowy nie można było podnieść tak było niebezpiecznie. Rosjanie strzelali pociskami dum-dum, które wnikając w ciało, deformują się, tworząc rozległe rany. Chcąc uniknąć trafienia początkowo zaczęliśmy wygrzebywać ziemię palcami, potem nożami. W ten sposób, w krótkim czasie udało się nam zakryć głowy, a po pół godzinie okopy dla klęczącej pozycji żołnierskiej były gotowe. Kanonada długo jeszcze nie ustawała. Wciąż słychać było krótkie serie karabinowe ostrzeliwanych pozycji naszej straży przedniej. I nagle wszystko ucichło. Po pewnym czasie wysłałem łącznika w stronę naszej straży przedniej i wtedy okazało się, że wszyscy dostali się do niewoli, zaś jednym z pierwszych, który zginął w trakcie prowadzonego ostrzału był przesądny Czech z Moraw, których przewidział swoją śmierć.

Później jeszcze okazało się, że oddział zwiadowczy z Maćkowic - Nachrichten Detachmentjuż poprzedniego dnia, późnym wieczorem został zmuszony do wycofania się ze swojego posterunku. Moskale, już dzień wcześniej, dzięki swoim świetnie wyszkolonym szpiegom i donosicielom rekrutującej się niejednokrotnie z ludności cywilnej, dowiedzieli się o mającym nastąpić naszym nocnym wypadzie na ich pozycje w okolicach Maćkowic. Pierwsi więc zaatakowali schron naszych zwiadowców i spowodowali, że to oni właśnie bez rozkazu zmuszeni zostali do wycofania się i ucieczki z Maćkowic. Jednak Pułkownik Gilli o tym niestety nie wiedział.  Po przejęciu pozycji Nachrichten Detachment w Maćkowicach, Moskale wykopali nowe, bardzo chytrze usytuowane okopy w kształcie litery U, zrobili zasadzkę, a nasza straż przednia, zupełnie tego się nie spodziewając właśnie w nią wpadła.

 Dowiedziawszy się o tym, że nasza straż przednia jest już na tyle blisko ich pozycji by zaatakować, rozpoczęli ostrzał naszych żołnierzy. Strzelali jednak tylko w powietrze, ponad ich głowami  z okopów usytuowanych na wprost. Niestety w ciemności i mgle nasi żołnierze myśleli, że nieprzyjaciel jest na tyle daleko, że uda się im Go zaskoczyć. Padł rozkaz do rozwinięcia szyku bojowego i zajęcia przedpola nieprzyjaciela. Rozpoczął się atak. Wówczas Rosjanie przerwali ostrzał i pozwolili wejść w przyszykowaną zasadzkę pomiędzy dwa okopy, usytuowane prostopadle do pierwszego. Cały nasz oddział wzięto w krzyżowy ogień karabinowy. Zginęła co najmniej jedna trzecia żołnierzy, a pozostali zostali wzięci do niewoli. Moskale wycofali się w tył i obsadzili stare okopy wykopane swego czasu przez naszych żołnierzy. Gęsta mgła i ciemność nie pozwalały nam na strzelanie w kierunku pozycji Rosyjskich z obawy o trafienie własnych żołnierzy. Mimo poniesionych strat byliśmy gotowi by kontynuować nasza walkę. Mój łącznik długo szukał sposobności nawiązania łączności z pułkownikiem Gillim bym mógł Mu o całym zdarzeniu zameldować. W końcu dostałem rozkaz by okopać się na niewielkim wzniesieniu oddalonym o około 500 kroków od pozycji  Rosyjskich. Tuż za wzgórkiem rozciągała się niewielka kotlina płynącego przez wieś jakiegoś potoku. Z daleka widać było, że nad jego brzegiem stał jakiś drewniany dom i stara szopa. Opodal widoczne były też zabudowania folwarczne i na wpół zrujnowana drewniana stodoła. W  jednym z takich domów folwarcznych rozłożył się sztab całej akcji. Był tam pułkownik Gilli, jego adiutant – wiedeński Żyd (to ten, który pierwszy i ostatni raz brał udział w walkach), kilku posłańców, telegrafista oraz pierwsza pomoc medyczna w osobie dr Gottlieba, młodego eleganckiego Żyda, na pół Polaka, na pół Węgra. Sprawiał On wrażenie całkiem sympatycznej osoby. Ja razem z moim oddziałem dostałem rozkaz ochrony sztabu, więc część moich żołnierzy rozmieściłem w przedniej części domu, a pozostałej części rozkazałem na zmianę pilnować okopów na wzgórzu. Sam, wspólnie z pułkownikiem Gillim i lekarzem Gottlibem zajęliśmy środkową izbę domu. Przez całe dwa kolejne dni obie strony nie chciały odpuścić. Wymiana ognia była dość mocna. Jednak rozkaz pułkowy był wyraźny: „trzymać w szachu Rosjan, by atakująca daleko od nas na prawo główna grupa wypadowa miała możliwość wyprzeć i zniszczyć, usytuowane na pobliskich wzniesieniach artyleryjskie pozycje wroga”.

 Pomimo tego, że cały dom, w którym mieściło się nasze dowództwo był ukryty za niewielkim wzniesieniem, tuż przy potoku, to główne drzwi wychodziły na ganek, który był dość dobrze widoczny z kierunku strzałów rosyjskich. Moskale znali dokładne położenie tego domu i stale próbowali dość mocno go ostrzeliwać, tak, że trudno nawet było z niego wyjść by nie narazić się na niebezpieczeństwo. Dookoła całego folwarku postawiłem posterunki i stale utrzymywałem łączność z usytuowanymi na wzniesieniu okopami. Musiałem więc wszystkiego doglądać i kontrolować czy nic złego się nie wydarzyło. Izba, w którą wspólnie zajmowaliśmy z pułkownikiem i lekarzem była niewielka i jedynie ona w całym domu posiadała na wpół rozwalony piec kamyczkowy. Gdy kładliśmy do niego, na wciśnięte weń sztaby żelaza mokre drzewo, dymił jak kadzielnica, a dym, który szedł na pokój gryzł w oczy i dławił oddech. Chełpiliśmy się tym, że mamy rodzaj staroświeckiego kominka, w którym jednak nie można było zbyt często palić. Gdy dym wydobywał się na zewnątrz domu przez otwór w dachu i zniszczony komin, był doskonale widoczny dla Rosjan. Jednak Oni na szczęście nie mieli usytuowanych na tyle blisko armat by dosięgnąć dom, w którym stacjonowaliśmy.  Przez to, że skutecznie nie dało się ogrzać naszej izby było w niej okrutnie zimno. Gdy ja siedziałem na krześle, opatulony we wszystko co miałem, pułkownik z lekarzem lub adiutantem polegiwał na wyłamanych wejściowych drzwiach, które były dziwnie przytwierdzone do trzech ocalałych, ale kulawych drewnianych taboretów, postawionych tuż przy kopcącym kominku.  Żal mi było pułkownika, który mimo żarzącego się ognia, nieustannie trząsł się z zimna, co chwila kaszlał i odpędzał od swoich oczu gryzący dym z kopcącego się na kominku drzewa. Miał jednak wciąż na tyle siły i hartu ducha by wciąż wydawać rozkazy, przyjmować meldunki i telefonicznie składać raporty (raportować) na temat istniejącej sytuacji do dowództwa Twierdzy.

 Do lekarza Gottliba nieustannie zgłaszali się ranni żołnierze. On cierpliwie opatrywał ich i pocieszał. Lżej ranni wracali na swoje stanowiska do okopów, ci ciężko ranni, często nie mogący utrzymać się na własnych nogach, byli zbierani w większe grupy i na dwóch wozach sanitarnych byli odwożeni do szpitala do Twierdzy. Byli jednak i tacy, którzy mimo opatrzonych ran umierali. Wszędzie słychać było krzyk, płacz i błagania. Pamiętam, jak zaraz pierwszego dnia po południu wszedł do naszej izby wysoki, wychudzony żołnierz o cerze ziemistej. Lat miał około 40-tu, twarz sympatyczną i jakieś takie dobre spojrzenie w dużych oczach. Poprosił o opatrzenie głębokiej rany w udzie, które było przestrzelone na wylot. Na szczęście kość okazała się być nie naruszona. Trzeba było jednak ranę opatrzyć i zeszyć. W trakcie zabiegu „na żywca”, gdyż nie dysponowaliśmy żadnymi środkami znieczulającymi, biedaczysko ani się nie skrzywił, ani nie syknął z bólu. Wytrzymał to bardzo mężnie. Nagle tuż przy końcu zabiegu wpadło z wrzaskiem do sali gdzieś około dziesięciu młodych Węgrów (w naszej grupie były dwie węgierskie kompanie) i krzycząc coś w niezrozumiałym dla mnie języku wszyscy wskazywali na zakrwawione prawe dłonie z połamanymi i roztrzaskanymi palcami. Po krótkiej chwili okazało się, że sami nawzajem przestrzelili je sobie, nie chcąc siedzieć na zimnie w niebezpiecznych okopach. Gdy pułkownik się o tym dowiedział kazał spisać ich nazwiska, a dr Gottlieb, zanim opatrzył im dłonie porządnie ich zbeształ. Wszystko to trwało dobra godzinę. Tymczasem ja przysiadłem się do żołnierza z przestrzelonym udem, któremu lekarz kazał czekać aż zbierze się kilku rannych by móc ich razem odesłać do szpitala. Był to Polak, biedny wyrobnik gdzieś spod Sanoka. Gdy został wzięty do wojska zostawił żonę i dwójkę małych dzieci, które mieszkały kątem u swoich sąsiadów, bez jakichkolwiek środków do życia. Gdy w końcu ostatni Węgier został zaopatrzony wszyscy dostali polecenie by czekać na wozy sanitarne. Wówczas mój rozmówca nieśmiało zapytał lekarza czy mógłby Mu opatrzyć jeszcze jedną ranę.  Dr Gottlieb zdziwił się i odburknął:

„…A czemuż to człowiecze nie pokazaliście tej rany od razu tylko tak długo to siedzieli nic o tym nie mówiąc?...”

„…Przepraszam bardzo…” – odparł On – „…ale widziałem przecież że tylu lamentujących i cierpiących rannych wbiegło tu, że nie chciałem własną osobą zbyt długo Pana doktora zajmować…”.

„…Dobrze już dobrze…” – dobrodusznie odparł doktor – „…pokażcie więc tę swoją ranę…”.

                    Gdy żołnierz zdjął bluzę, na której widoczna była plama zakrzepłej już krwi, okazało się, że po prawej stronie, jakieś dwadzieścia centymetrów poniżej obojczyka, miał na wylot przestrzelony korpus. Na szczęście dla Niego płuca były nie naruszone. Lekarz gdy zobaczył ranę, zdumiał się przeogromnie cierpliwością i pokorą tego żołnierza. Zaopatrzył Go więc najlepiej jak potrafił i długo jeszcze nie mógł wyjść z podziwu, że ten biedny wyrobnik tak długo spokojnie ze mną rozmawiał i nic nie powiedział o swoim cierpieniu. Gdy pułkownik się o tym dowiedział rzekł:

„…To prawdziwy żołnierz – bohater. Popatrzcie, tak ciężko był dwa razy ranny a on nie jęczy, nie narzeka. Wie przecież, że na wojnie rany to codzienność, a nie jakaś niespodzianka. Och gdyby wszyscy żołnierze byli tacy jak On. Niestety są wśród Was i tchórzliwe draby, którzy patrzą tylko jak się wymigać od służby i są w stanie nawet odciąć sobie rękę by tego dokonać. Tak, tych dziesięciu niegodnych austriackiego munduru Węgrów, gdy tylko wyjdą ze szpitala, spotka zasłużona kara. Natomiast nasz żołnierz – bohater niech będzie dla wszystkich wzorem do naśladowania…”.

 Pułkownik był tak wzruszony swoją przemową, że na koniec wyjął 20 koron i przy wszystkich wręczył je naszemu bohaterowi. Dowiedzieliśmy się później, że po wyjściu ze szpitala. żołnierz ów dostał pochwałę i został wymieniony w rozkazie pułkowym, a na jego piersi zawisł medal za odwagę.

 Następnego dnia, gdzieś około trzeciej po południu otrzymaliśmy telefoniczny rozkaz wycofania się do Twierdzy. Pułkownik więc razem z adiutantem i lekarzem Gottliebem odjechali jednym z wozów sanitarnych, który był zabezpieczony po bokach jakimiś płachtami z wymalowanymi na nich czerwonymi krzyżami. Natomiast ja i moi żołnierze, w tym również i telefoniści, mieliśmy za około 15-20 minut również wycofać się z bronionych pozycji z folwarku. Obsada okopów natomiast otrzymała rozkaz by dopiero po zmroku je opuścić, by Moskale za szybko nie zauważyli naszego odwrotu. Zaraz od mostku na rzece, droga prowadząca w stronę Twierdzy Przemyśl wznosiła się w górę. Gdy zaczęliśmy się cofać powoli zapadał zmierzch, ale było jeszcze jasno. Obawialiśmy się ataku Rosjan, gdyż droga ta znajdowała się w linii strzałów prowadzonych z okopów nieprzyjaciela. I zaczęło się. Gdy tylko oznakowana sanitarka odjechała drogą wspinającą się lekko pod górę, nagle zawiał silny wiatr i płachty zabezpieczające wnętrze samochodu podniosły się w górę odsłaniając jego zawartość. Moskale obserwujący z oddali, przez lornetki cały ten teren, od razu rozpoznali, że to cały nasz sztab odjeżdża, a wojsko gotowe jest do odwrotu. Rozpoczął się więc gwałtowny ostrzał domu, mostu i całej drogi. Świszczące rosyjskie kule co chwilę wydzierały drzazgi z zaryglowanych drzwi wejściowych do domu, w którym do niedawna jeszcze stacjonowało nasze dowództwo. Nie było więc mowy by ewakuować się przez ganek. Zdecydowałem więc, że jedyną drogą odwrotu może być wysoko usytuowane nad ziemią okno wychodzące na ogród, skąd doskonale widoczny był potok. Z około trzydziestoma żołnierzami zeskoczyłem więc na ziemię.  Schyleni, pojedynczo przebiegliśmy za nieopodal usytuowaną szopę, a stąd biegiem przez gęsto ostrzeliwany most na drugą stronę potoku. Niektórzy żołnierze próbowali przeskoczyć lub przejść po zmarzniętej rzece na drugą stronę. Nie uniknęli jednak kąpieli w lodowatej wodzie. Zamoczeni po pas i zziębnięci, ale szczęśliwi, że udało się im ujść z życiem, przedarli się w końcu na drugi brzeg, pomimo silnego ostrzału nieprzyjaciela. Niektórym jednak ta sztuka się nie udała i gdy tylko dosięgły ich rosyjskie kule na czerwono znaczyli miejsce zakończenia swojego żywota.

 Jak tylko znaleźliśmy się na drugim brzegu, rosyjski ostrzał nasilił się do tego stopnia, że zdawało się nam, iż nie ma nawet centymetra sześciennego wolnej przestrzeni przez które nieprzyjacielskie kule by nie przelatywały. Wkrótce okazało się, co było tego przyczyną. Otóż pozostali w okopach nasi żołnierze widząc z góry odjeżdżające sanitarki i ewakuujące się wojsko sądzili, że sytuacja na tyle wymknęła się spod kontroli i stała się niebezpieczną i groźną, że najwyższy czas by również uciekać. Nie czekając więc na rozkaz odwrotu i na swojego sprzymierzeńca – ciemność, oni również, w większości na własną rękę, zaczęli opuszczać okopy. Wówczas Rosjanie widząc co się dzieje wzmogli swój ostrzał. Teraz cały mój oddział był w odwrocie.

 Za rzeką poczekaliśmy na resztę naszych żołnierzy, którzy uciekli z okopów i wspólnie z tymi którym udało się przeżyć, rozbiegliśmy się na obie strony drogi. Raz biegnąc, to znów kryjąc się za przydrożne drzewa, chyłkiem cofaliśmy się w kierunku Twierdzy. Zmęczenie dawało mi się bardzo we znaki, gdyż ostatnie dwie noce prawie w ogóle nie spałem. Jednak adrenalina tak mocno we mnie buzowała, że szedłem wyprostowany, szybkim krokiem, nie zważając na ustawiczny świst rosyjskich kul, które co chwila przelatywały koło moich uszu, głowy i rąk, tak blisko, że co chwila czułem muśnięcia powietrza. Nie myślałem wcale o śmierci, byłem jakoś bezmyślnie przekonany o tym, że to jeszcze nie mój czas, nie pora by zginąć. Byłem wściekły i oburzony tą lekkomyślnością i nieostrożnością  naszego sztabu, którego nieprzemyślany i pośpieszny odwrót wywołał panikę wśród moich okopowych żołnierzy i był przyczyną, że wielu spośród nich poległo.

 Przeróżne myśli i nieustające pytania kłębiły się w mojej głowie na które nie potrafiłem udzielić sobie odpowiedzi.

…„A jeśli jednak jakaś kula mnie dosięgnie, trafi mnie, ja upadnę na twarz, na tę zmarzniętą ziemię. Pewnie rozbije sobie nos, rozmarzę po całej twarzy cieknącą z nosa krew, wstanę i dalej tak będę maszerował?. A co pomyślą o mnie moi żołnierze. Co powiedzą gdy zobaczą zakrwawionego dowódcę?…”. 

 Nagle potknąłem się o wystający z ziemi kamień, upadłem i to mnie w końcu otrzeźwiło. Wstałem, spojrzałem na uciekających chyłkiem żołnierzy i w gnany jakąś niezrozumiałą siłą doszedłem na grzbiet wzgórza. Nic nieoczekiwanego się nie wydarzyło. Żyłem. Odegnałem więc od siebie niepotrzebne myśli i natychmiast zebrałem w kupę resztę mojego oddziału. Rozkazałem obsadzić i zabezpieczyć skręcającą w prawo drogę, a cofających się żołnierzy zatrzymać i rozmieścić wzdłuż drogi by odeprzeć ewentualny pościg rosyjski. Wkrótce okazało się, że Moskale wcale nie zamierzają nas ścigać. Wówczas ostrożnie zaczęliśmy wycofywać się w kierunku Twierdzy, schodząc z drogi. W momencie gdy zaczęliśmy schodzić na pobliskie pole rozpoczął się nieprzyjacielski ostrzał artyleryjski. Rosjanie mając dokładnie rozpoznaną całą sytuację i sądząc, że będziemy cofać się drogą w kierunku Ujkowic, „prali” w nią pociskami. My na szczęście jednak przechodząc chyłkiem przez pole byliśmy w miarę bezpieczni.

 Według wstępnych ustaleń nasza artyleria z Fortu miała osłaniać nasz odwrót. Jednak artylerzyści byli chyba ślepi, gdyż zanim udało im się skutecznie ostrzelać pozycje rosyjskie parę pocisków wpadło do naszych okopów na wzgórzu. Na szczęście nikogo już tam nie było. Gdy w końcu dotarliśmy w pobliże Twierdzy, rozproszeni żołnierze sformowali swoje szyki i tak późnym już wieczorem, syci sławy, znużenia i głodu wróciliśmy do naszego Fortu na nocleg.

CDN…

[1]  Związek Walki Czynnej (ZWC) – polska tajna organizacja wojskowa założona w czerwcu 1908 we Lwowie przez działaczy Organizacji Bojowej PPS, lecz o charakterze ponadpartyjnym, mająca przygotować walkę zbrojną o wyzwolenie Polski. Początkowo Związek funkcjonował głównie jako szkoła wojskowa. W listopadzie 1908 uruchomiono we Lwowie niższy kurs wojskowy dla 54 słuchaczy i 10 wykładowców.

[2]  Fort XX artyleryjski, usytuowany był we wsi Przekopana pod Przemyślem (obecnie to dzielnica miasta, okolice ul. Siennej), otoczony był fosą nie posiadał koszar ani schronu głównego, które planowano wybudować w późniejszym czasie. Na wale umieszczono poprzecznice ze schronami, a pomiędzy nimi stanowiska artyleryjskie.

[3]  barykada

[4]  Przywiązywanie do masztu

[5] Legion Zachodni – formacja wojskowa utworzona w  Krakowie  dnia 27 sierpnia 1914 ze Związku Strzeleckiego, Polskich Drużyn Strzeleckich okręgu krakowskiego; Legion wschodni (II legion polski)- polska formacja wojskowa utworzona we Lwowie w początkach sierpnia 1914 pod auspicjami Naczelnego Komitetu Narodowego.

[6]  Mikołaj Kiedacz - doktor prawa, prezes Związku Filistrów Helonii, działacz społeczny, Prezydent Poznania, Urząd Prezydenta Poznania objął 14 września 1921 r. po śmierci Jarogniewa Drwęskiego i pełnił do czasu wyboru nowego prezydenta, Cyryla Ratajskiego26 kwietnia 1922 r. Drugi raz urząd Prezydenta Poznania pełnił w okresie 17 listopada 1924 r. - 14 czerwca 1925 r. zastępując Cyryla Ratajskiego, który w tym czasie był Ministrem Spraw Wewnętrznych. Został zamordowany przez Niemców w Forcie VII dnia 25 października 1939 roku.

[7]  Obecnie to dzielnica przemysłowa okręgu miasta Perm, w którym mieszczą się władze gminy Perm. Wcześniej była to wioska nad rzeką Mulyanka, lewym dopływem rzeki Kama;  

[8]   We wrześniu armia austriacka cofając się pod naporem Rosjan wycofała się z miasta. Rosjanie utrzymali się w Jarosławiu od 18 września do 5 października. Na początku października ruszyła kontrofensywa austriacka. Rosjanie bronili się na linii Sanu. Trzeciego listopada miasto dostało się ponownie w ręce rosyjskie na 6 miesięcy.

[9]  Ariegarda (z fr. arrière garde - straż tylna) – oddział, pododdział maszerujący z tyłu za głównymi siłami wojska (związku taktycznego). Zadaniem ariergardy jest ubezpieczanie maszerującej kolumny przed uderzeniem od tyłu i zapewnienie jej swobodnego wykonywania marszu. Zależnie od sytuacji i wielkości maszerującej kolumny ariergarda może stanowić od 1/4 do 1/3 sił głównych. Ariergarda stanowi element ubezpieczenia ugrupowania marszowego. https://pl.wikipedia.org/wiki/Ariergarda

[10]  Drugie oblężenie Przemyśla rozpoczęło się 5 listopada 1914 roku i trwało do 23 marca 1915 roku. Tym razem nie dochodziło do bezpośrednich starć zbrojnych, lecz wojska rosyjskie otoczyły twierdzę, odcinając jednocześnie dostęp do dostaw zaopatrzenia.

[11]  Fort artyleryjski o obrysie standardowym pięciobocznym Otoczony był fosą, jednak nie posiadał kaponier do jej obrony. Szyi broniła basteja. Fort ten nie posiadał koszar ani schronu głównego. Ukończono jedynie ubikację i kuchnię. Na wale umieszczono poprzecznice ze schronami, a pomiędzy nimi stanowiska artyleryjskie. Obecnie okolice ulicy Siennej.

[12]  Oddział ten w sile kompanii 180-200 ludzi liczącej złożony był z najodważniejszych ochotników, częstokroć ludzi mniej sposobnych do parad i ćwiczeń w szyku zwartym, ale za to samodzielnych, nieustraszonych, zupełnie pewnych, można powiedzieć bezwzględnych awanturników, szukających przygód zabijaków, a biegłych przy tym we władaniu nie tylko karabinem, ale tez granatem ręcznym i nożem; oddziałów takich używano do szczególniejszych zleceń, tj. wywiadów, zasadzek nocnych, zaskoczenia napadami, ubezpieczenia wojska, itd.; Formacja ta za dnia przeważnie wypoczywała, biorąc się natomiast nocami do pracy (Latinik Franciszek, Żołnierz polski pod Gorlicami, 1915, Przemyśl 1923).  Oddział ten wchodził skład wszystkich pułków austriackiej dywizji 12-tej (http://www.pustki.luzna.pl/bitwa.html)

[13]   narzędzie składające się z obucha w kształcie pojedynczego ostrza (żeleźca), oraz styliska, na którego końcu ten obuch jest osadzony. Wykorzystywane najczęściej do robót ziemnych.

[14]  niepowodzenie

[15]  Wieś oddalona o parę kilometrów od Przemyśla, na terenie której usytuowany był główny pancerny fort IX Brunner