Dzisiaj jest: 11 Maj 2021        Imieniny: Mira, Franciszek, Ignacy
Moje Kresy.  Czesław Włodarski  cz.2

Moje Kresy. Czesław Włodarski cz.2

/ Brat Czesława kpr.Tadeusz Włodarski Jeszcze przed nadejściem Niemców w 1941roku musiałem chodzić do ruskiej szkoły. We wsi wówczas były dwie szkoły, jedna w starym przedwojennym budynku w ukraińskiej części…

Readmore..

ILE JEST W NAS Z KRESÓW?

ILE JEST W NAS Z KRESÓW?

/ Kresowianie we Wrocławiu- na tle zburzonego Ostrowa Tumskiego Nieraz sobie zadaję te pytania: Ile pozostało w nas z Kresów? Czy nasze życie ma coś wspólnego z tamtymi czasami i…

Readmore..

Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów  w Ludmiłpolu na Ziemi  Swojczowskiej

Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów w Ludmiłpolu na Ziemi Swojczowskiej

/ Zdjęcie: Bolesław Sawa z kolonii Ludmiłpol na Ziemi Swojczowskiej, Bohaterzy Ukrainy przyszli nocą mordować Lachów w Ludmiłpolu na Ziemi Swojczowskiej Nazywam się Bolesław Sawa. Mam 85 lat i mieszkam…

Readmore..

Anarchia Syrnyka  w Trykutniku  bieszczadzkim. cz.2

Anarchia Syrnyka w Trykutniku bieszczadzkim. cz.2

„Nacjonalizm” Dmytro Doncowa był taką samą ideologiczną podstawą dla przywódców OUN zorganizowania i przeprowadzenia ludobójstwa na ludności polskiej, jak „Mein Kampf” Adolfa Hitlera dla nazistów niemieckich do budowania pieców krematoryjnych…

Readmore..

Kotów Kościół Matki Boskiej Śnieżnej

Kotów Kościół Matki Boskiej Śnieżnej

Kotów Gmina Potutory, powiat brzeżański woj. tarnopolskie. W DOLINIE ZŁOTEJ LIPY Wieś Kotów położona jest w dolinie Złotej Lipy dawnym w powiecie brzeżańskim II Rzeczypospolitej, w gminie Potutory 13 km…

Readmore..

Tadeusz Rozwadowski.  Generał, który ocalił Polskę- 155. rocznica urodzin generała

Tadeusz Rozwadowski. Generał, który ocalił Polskę- 155. rocznica urodzin generała

19 maja przypada 155. rocznica urodzin gen. Tadeusza Rozwadowskiego, niezłomnego obrońcy Lwowa, zwycięskiego dowódcy wojny polsko-bolszewickiej, odznaczonego Krzyżem Komandorskim Orderu Wojennego Virtuti Militari. Bez wątpienia należy do najwybitniejszych dowódców w…

Readmore..

BANDEROWSKA UKRAINA JEST FAKTEM.  CZY SIĘ DZISIAJ (2021 ROK) COŚ ZMIENIŁO?

BANDEROWSKA UKRAINA JEST FAKTEM. CZY SIĘ DZISIAJ (2021 ROK) COŚ ZMIENIŁO?

Były prezydent Ukrainy Petro Poroszenko, pełniący swój urząd w konsekwencji zamachu stanu i rewolucji finansowanej z zewnątrz, podpisał pakiet ustaw przyjętych przez parlament Ukrainy w kwietniu b.r., a ustanawiających ludobójców…

Readmore..

Rokowania i układy  pogłębiają zaborcze  plany.

Rokowania i układy pogłębiają zaborcze plany.

/ Autorstwa Rj1979 - Praca własna, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=2493031 Poseł do sejmu miasta Krakowa Jordan, nie z tego jest sławny, że jest posłem, tylko, że został nim dla swoich zasług-…

Readmore..

Odszedł żołnierz 27 WDP AK i autor.

Odszedł żołnierz 27 WDP AK i autor.

28 Kwietnia 2021 r., dotarła do nas smutna wiadomość zmarł Eugeniusz Rachwalski ps. "Kotwica", kowelanin, żołnierz 27. Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, po wojnie wrocławianin. Był , naocznym świadkiem wydarzeń na…

Readmore..

    Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

Kalendarium ludobójstwa - MAJ 1946 oraz WIOSNA 1946

1 maja: We wsi Olszanica pow. Lesko w walce UPA poległ Kazimierz Borek, milicjant. 2 maja: W okolicy wsi Huczwice pow. Lesko: „2 maja 1946 r. sotnia „Chrina” zaatakowała pododdział…

Readmore..

Majowy numer KSI (05/2021) wydany

Majowy numer KSI (05/2021) wydany

W gazecie m.in: Petycja - Żądamy zwolnienia z Polskiego Związku Piłki Siatkowej Eugeniusza Andrejuka, który publicznie pochwalił ukraińskie ludobójstwo!!!...str. 4Odszedł żołnierz 27 WDP AK i autor.....str. 6Lublin, czy to jeszcze…

Readmore..

PODOLE – CZASY MINIONE

PODOLE – CZASY MINIONE

/ Legendarna twierdza w Kamieńcu Podolskim PODOLE – to piękna kraina, zwana przez wielu “Ziemią mlekiem i miodem płynąca”. Klimat Podola jest umiarkowany. Temperatury dodatnie dochodzą do 35 C, ujemne…

Readmore..

Moje wspomnienia (Strzałkowce pow. borszczowski w woj. tarnopolskim)

Słowo wstępne
Nie wiem i, nie mogę wyjaśnić, dlaczego przyszła mi myśl, aby opisać swoją rodzinną wieś oraz zwyczaje i tradycje, jakie w niej panowały. Bardzo żałuję, że późno przeczytałem „wezwanie” Komitetu Redakcyjnego, które wydał kapitalna pracę p. tyt. „Regionalny zbiór kręgu czortkowskiego”, bo może już wówczas próbowałbym napisać coś więcej. Myślę, że należy podziękować pani Sonawićkiej i Komitetowi za nadzór i pomoc w powstaniu i wydaniu tej potrzebnej pracy.
Mój opis będzie daleko niedoskonały i niepełny, bo do tego potrzebne są dokładne dane, których nie posiadam, ale postaram się „wyjąć” z pamięci kilka epizodów, charakterystykę niektórych osób i zdarzeń, które będą odnosić się do okresu z przed 50 laty wstecz.

Niech mi będzie wolno, w tym miejscu, uszanować wszystkich, którzy przynajmniej trochę, mimo swoich codziennych obowiązków, poświęcili czas sprawom najważniejszym dla wszystkich. Tym, którzy poczuwali się do tego, że są synami i córkami wielkiego narodu ukraińskiego.
Bardzo dużo takich synów i córek wydała moja wieś, która nigdy nie była na ostatnim miejscu i tym samym była żywym organizmem ukraińskim, w którym płynęła patriotyczna krew.

Moja rodzina wieś i ja.
Moja wieś, w której przyszedłem na świat, nazywała się Strzałkowce. Należała do powiatu borszczowskiego w woj. tarnopolskim. W „Wiadomościach Statystycznych” pod red. Inż. Stanisława Kuszaja, napisano, że powierzchnia wsi wynosiła 1403 ha, w tym 512 ha należało do dworów. Ornej ziemi było 1134 ha.  Wg statystyki austriackiej z 1900 roku we wsi było 1135 grekokatolików, 169 rzymskich katolików, 23 –wiary mojżeszowej. Domów (gospodarstw- MW) w 1921 było 316, a w 1931 roku – 311. W 1900 roku mowa ukraińską posługiwało się 1121 osób, a mową polską- 206 osób.
Poczta za okupacji austriackiej znajdowała się w sąsiedniej wsi zwanej Wysuczka (2 km).
W okresie polskim POCZTA była w Borszczowie, w odległości 7 km (na początku), później we wsi Korolówka – 3 km. Stacja kolejowa była w Borszczowie, a posterunek policji w Korolówce.
Za czasów austriackich we wsi była szkoła 4- klasowa z językiem nauczania ukraińskim. A za polskiej okupacji, z językiem polskim. Nauczanie języka ukraińskiego ograniczono do 3-ch godzin tygodniowo. Wieś leżała w dolinie, po obu stronach rzeczki zwanej Niczława. Nazwy części wsi były różne: Kut, Bacówka (moja ulica), Za karczmą, Symanicha, Bałanówka, Kozaczyzna, Doliny, Zaburty i główna część wsi, po obu stronach bitego gościńca, jaki ciągnął się od Borszczowa, poprzez wieś Piszczatyńce do wsi Korolówka i dalej przez wsie do Zaleszczyk. Pola miały następujące nazwy: Na Jamach, Do pieczary, Pod Długim, Do Końca, Na Kryniczkach. Prócz tego „honami” nazywali pewne miejsca wąskiego pasa roli (pola). Przypuszczalnie takich nazw używano dla ”pańskich łanów” w tych miejscach wioski. Pastwiska gromadzkie były na poboczach znacznych wzniesień, których nie nazywano górami. Na dolinach graliśmy w piłkę nożną, lub prowadziliśmy ćwiczenia sportowe.
Oprócz „Szerokiej Doliny” były inne. Np. dolina „Kudłowa”, ”Dolina Księdza”, Wąska Dolina”. Zbocza były dosyć liczne. Wśród nich takie jak: „Góra Bycowska”,” Gładka Góra”, ”Na Kryniczkach” „Kozaczyzna, ”Krzywula”, „ Do Ściany”. Sama wieś położona była przeważnie w jarze. Takimi jarami, spływały wody, kiedy topił się śnieg leżący na polach albo podczas ulewnych deszczy, które nieraz tutaj bywały. W mojej pamięci pozostały takie jary jak: jar „Kuti”, był między cmentarzami, jar „Babolanka”, jar „Maksyma” oraz kilka mniejszych jarów. Jar, który nosił nazwę „Babolenka” był mi dobrze znany od wczesnego dzieciństwa, ponieważ niedaleko mieszkałem. Jar ten dla miejscowych był zwiastunem wiosny. Te niezbyt wysokie "górki’, a brzegi wiejskiej doliny, nie wszystkie były pokryte roślinnością, lub trawą. Były one częściowo, miejscami skaliste. Nagie skały najczęściej były w górnych warstwach wzniesień. Pod takimi skałami (nieco w niższych partiach), dom mieli moi rodzice. Tam właśnie przyszedłem na świat. Miejsce nie było okazałe. Nie mieliśmy szerokiego obejścia, ani sadu, jak inni ludzie. Prócz kilku drzewek czereśni, wiśni i śliw, resztę stanowiły drzewa, które nie rodziły pożytecznych owoców, a służyły za ochronę przed spiekotą, zimnem itd. Były to: brzozy, lipy, akacje, jesiony itp. Przypominam sobie, że tuż nad naszym domem sterczał w górze ogromny kamień, który przez nas był nazywany „skałą”. Był on wysunięty i niemal wisiał na krawędzi i był całkowicie nagi. Nieraz dziwiłem się, jak to jest możliwe, że on do tej pory nie zwalił się na naszą chałupę.
Skała ta była ogromna, wielkości 5-6 izbowej chałupy, jakie u nas budowano. Cała nasza wieś, kiedy popatrzyło się na nią z góry, była bardzo malownicza. Chaty z sadami i obejściami były rozrzucone i posadowione po obu stronach doliny i głównego gościńca, a także przy odnogach, które tworzyły ulice biegnące wzdłuż mniejszych jarów. To wszystko tworzyło malowniczy obraz. A kiedy z zieleni przeświecała ściana białej chałupy, budynku folwarcznego, lub „Domu Ludowego”, to wtedy mieliśmy bardzo malowniczy obraz naszej wsi. We wsi działała od roku 1816 stara cerkiew, greko katolicka z dzwonnicą, wybudowaną z kamienia. „Łacinnicy” mieli mały kościółek (kapliczkę), do której przyjeżdżał polski ksiądz z Korolówki. W 1935 roku, wybudowano również „Dom Polski”.
We wsi działał folwark, którego właścicielem był Czarnkowski. Mieszkał ten pan w Wysuczce w pięknym pałacu. We wsi wznosiła się mogiła poświęcona pamięci bohaterom, którzy zginęli w walce o wolność Wolnej Ukrainy. Był też krzyż na pamiątkę zniesienia pańszczyzny. Krzyż na mogile bohaterów, w latach 30-tych został ścięty przez piszczatyńskich i miejscowych Polaków.
Później, bardziej świadomi i zaangażowani Ukraińcy z naszej wsi, postawili nowy krzyż.
Mieszkańcy wioski, przeważnie Ukraińcy, zajmowali się uprawą roli, czyli rolnictwem.
Oprócz rolników byli również (swoi) szewcy, krawcy, kowale, stolarze, budowniczowie, kuśnierze, tkacze, a także i tacy, których nazywano „stelmachami” ( rzemieślnik zajmujący się wyrobem drewnianych wozów, sań i części do nich, głównie kół- red). Ze wsi wielu wyemigrowało do Kanady, Argentyny i do USA. W ostatnich latach, przed II Wojną Światową we wsi żyło 5 rodzin żydowskich, które zajmowały się drobnym handlem, a także uprawą roli. Kolonistów nie sprowadzano. Ale wieśniacy roli „pańskiej” nie mogli kupić.  We wsi działała czytelnia „Proświty”, która na początku mieściła się w starym, glinianym domu, ze słomianym dachem, który wcześniej służył za budynek szkoły, aż do czasu wybudowania nowej szkoły. Szkoła, czytelnia „Proświty” i plebania popa były w pobliżu cerkwi. Jak pamiętam, w budynku „Proświty” prowadzone były prace kulturalne i oświatowe wsi. Było tam amatorskie kółko teatralne, chór czytelniany. Biblioteka miała pokaźną ilość książek i czasopism.  Tam gromadzili się wszyscy światlejsi mieszkańcy wsi.  Podczas niedziel, ten stary dom, należący do „Proświty” po prostu tętnił życiem, czyli obecnością mieszkańców wsi, a szczególnie obecnością młodzieży. Często w niedziele odbywały się tam zabawy z potańcówką dla młodych ludzi. Starsi mogli w bibliotece, poczytać książki i czasopisma. Na scenie odbywały się próby przedstawień teatralnych, ćwiczył chór, odbywały się wystawy. Wszystko nas ciekawiło. To, co się tam działo. Przed wieczorem, jak nakazywał obyczaj, wszyscy z czytelni szli na nabożeństwo wieczorne do cerkwi albo do domów. Przyznaję, że wszystko to, co było dostępne w czytelni, robiło na mnie i innych, przyjemne i zagadkowe wrażenie, co zmuszało nas do poznawania nowości.

Dzieciństwo i lata młodzieńcze
W międzyczasie ukończyłem 3 klasy szkoły powszechnej i przeszedłem do 4- tej. Dobrze rozumiałem, że dyrektor szkoły J. Kruszelnicki nienawidził nas i był strasznym „ukrainożercą”. Każdego Ukraińca nazywał „Rusinem”. Był on również powiatowym komendantem, na wpół wojskowej organizacji zwanej „Strzelcy”. Była to zwyczajna organizacja dla młodych mężczyzn, a tak naprawdę była gwardią J.Piłsudskiego. Po zakończeniu 4 klasy, niektórzy moi starsi koledzy poszli do Borszczowa, gdzie była szkoła 7-mio klasowa. My, musieliśmy powtarzać 4 klasę, bo tak postanowił dyrektor J. Kruszelnicki.
Wiem, że z naszej wsi, wówczas w Borszczowie, uczyli się następujący „studenci” - Semyrozum i
P. Sływka – byli w gimnazjum. P. Sływka później porzucił gimnazjum (prawdopodobnie z powodu braku pieniędzy), a do matury doszedł I.Semyrozum, który był bardzo dobrym uczniem.
Z wyróżnieniem zdał maturę i pojechał do Rzymu uczyć się na księdza. W. Kapusta za jakiś czas, pracował w sklepie Ukraińskiego Związku Powiatowego, a Oryniak poszedł do ukraińskiego gimnazjum w Czortkowie. W 4-tej klasie w borszczowskiej 7- mioklasowej szkole uczyli się moi przyjaciele tacy jak: mój sąsiad i przyjaciel M. Matłak, W.Stećko, a ja w tym czasie pasłem krowy i pomagałem ojcu w naszej gospodarce. Do szkoły nie mogłem chodzić z powodu braku funduszy.
Obaj wcześniej wymienieni chłopcy mieli cudowny głos barytonowy i byli w pierwszych szeregach amatorskiego chóru we wsi. Cieszyli się wielkim uznaniem i poważaniem. Kiedy chodziłem do 4-tej klasy szkoły powszechnej, niemały wpływ wywarły na mnie książki Trylowśkiego, które podarował mi W. Galas, i czasopisma, jakie czytałem w „Proswicie”. Drugi rok 4 klasę kończyłem już w innym pomieszczeniu z nową nauczycielką, która nazywała się Julia Obercówna i pochodziła z dalekiego Poznania. Skończywszy dwa lata 4 klasy i niemający możliwości dalszego uczenia się, stałem się pastuchem i pomocnikiem ojca w naszym domu i gospodarstwie. Zacząłem częściej chodzić do „Proświty”. Zapisałem się na członka „Wiejskiego Gospodarza” (dla dorosłych). Koło takie zorganizowano dla młodych mężczyzn (chłopców). Członkowie tego koła byli obdzieleni małymi działkami ziemi, na których uprawiali pewnego rodzaju rośliny zbóż, a przede wszystkim buraki cukrowe. Uprawy te czyniono pod bacznym nadzorem kogoś wyznaczonego przez „Gospodarza Wiejskiego”. Od tej pory bliżej poznawałem ludzi czynu z naszej wsi i gminy. Największym uznaniem cieszył się wtedy Ołeksy Palinka- ojciec mojego przyjaciela Petra, a teść J. Kostećkiego.
Ołeksy Palinka był „motorem napędowym” całej wsi, całkowicie oddany sprawom kulturalnym i politycznym gminy. Był on szeroko znanym, za swoje, pełne poświęcenia w pracy dla ukraińskiej sprawy. Nie tylko był znanym we wsi, ale i daleko poza jej miedzami. Cieszył się wielkim autorytetem wśród tych, którzy go znali. Na co dzień był osobą, z która liczyły się polskie władze i w policja.
Po śmierci Palinki, pozostali jego współpracownicy, którzy tak jak on - poświęcali swój czas i siły na rozwój kulturalny i polityczny wsi. I, którym to zawdzięczam swój osobisty rozwój.
Byli to: W.Stećkyj, Petro Stećkyj, I. Danyluk, bracia Iwan i Petro Galas, W.Galas, I.Czesak, I.Jóźwiak, M.Kapusta, W.Bycyk. Tworzyli oni czołową awangardę wioski. Wiodła ona, wśród członków wsi pracę kulturalną i narodowościową. Za nimi, w pierwszym szeregu, szli wszyscy światlejsi i bardziej świadomi mieszkańcy wioski, a później i cała wieś. Wymienione przeze mnie osoby – przeważnie uczestnicy zmagań wyzwoleńczych, byli bojownikami UHW, USS (Українські Січові Стрільці, USS, Legion USS, "Ususy" – ukraińska formacja wojskowa w składzie Armii Austro-Węgier -red), lub członkami UWO ( Українська Військова Організація, Ukrajinśka Wijśkowa Orhanizacija (УВО) – nielegalna, sabotażowa i terrorystyczna organizacja ukraińska w II RP- red) - OUN (  Організація Українських Націоналістів – ukraińska nacjonalistyczna organizacja polityczno-wojskowa założona w 1929 w Wiedniu- red). Pewnej niedzieli, przed rozpoczęciem nowego roku szkolnego, przyszedł ojciec z cerkwi i niespodziewanie powiedział: „Synu mój, choć to już późno, ale postanowiłem, że pójdziesz na naukę do szkoły”.  Naprawdę, na początku nie wierzyłem własnym uszom i nie mogłem wydać z siebie żadnego słowa, bo czułem, że kiedy coś powiem, to się rozpłaczę. Po chwili tata powiedział, że może będzie lepiej, żebym, zamiast do Borszczowa, poszedł nie daleko do 5 klasy, do Korolówki? Nie sprzeczałem się z ojcem i z wyborem szkoły. Zgodziłem się od razu.
Po kilku dniach poszedłem do Korolówki i zapisałem się do 5-io klasowej szkoły. Razem ze mną, ze wsi zapisało wtedy się jeszcze dwóch chłopaków; I. Galas i M.  Czorny. Kiedy przyszedł czas rozpoczęcia nauki, wszystko dla nas było nowe i nieznane. Nasi koledzy w klasie byli różnej narodowości. Najwięcej było Żydów. Sama Korolówka, jak mówili,  była żydowska. Tak jak wszystkie galicyjskie miasteczka. W tej szkole uczyła się znaczna grupa polskich uczniów. A w naszej klasie byli też uczniowie ukraińscy. Naszym nauczycielem i wychowawcą był Polak Jabłoński. I była też nauczycielka – Polka, ale nazwiska już nie pamiętam. Nauczyciel Jabłoński lubił, aby do jego przedmiotu – historii, lub języka polskiego do zeszytów rysować odpowiednie (do lekcji) „obrazki”. Widocznie miałem wielką fantazję i lubiłem rysować, bo od razu, w osobie nauczyciela Jabłońskiego zyskałem przyjaciela, a wśród kolegów miano specjalisty. Wszyscy, łącznie z Jabłońskim, nieraz prosili mnie o poradę. Pomiędzy Jabłońskim, a ówczesnym moim dyrektorem szkoły Kruszelnickim była wielka różnica, mimo tego, że obaj byli Polakami. Mnie się wydawało, że Jabłoński nie był szowinistą i odnosił się do nas po przyjacielsku. Piąta klasa w Korolówce, jak mi się wydawało, bardzo szybko „przeleciała” i to z bardzo dobrym wynikiem. I kiedy powiedziałem ojcu, że do 6 klasy chciałbym pójść do Borszczowa (7 km), ojciec od razu wyraził zgodę. Korzystając z pomocy mojego przyjaciela M. Matłaka – skończył 7 klasę w Borszczowie – zapisałem się do 6 klasy szkoły publicznej, która wtedy równała się z drugą gimnazjalną.

Lata szkolne w Borszczowie.
W 6-tej klasie poznałem jednego Ukraińca, z którym zaprzyjaźniliśmy się. Byliśmy później bardzo zaprzyjaźnieni. Jego ojciec i dwaj bracia byli masarzami, a mama prowadziła miejski kram z mięsem i wyrobami. Jego średni brat uczył się w gimnazjum w Borszczowie i był w „starszych” klasach. Dwaj inni bracia skończyli szkołę powszechną na 7-mej klasie. Jak się okazało (później), wszyscy oni byli członkami OUN. Mój przyjaciel Lońko, na dużej przerwie biegł do kramiku mamy, skąd przynosił mi kawałeczek kiełbasy albo kilka skwarków ze słoniny. Stanowiło to dla mnie, coś bardzo ważnego i nadzwyczajnego. W tamtym czasie w szkole panowała moda wpisywania się do pamiętników.
Ale ażeby się wpisać, trzeba było znaleźć coś, co będzie odpowiadało tej osobie, będzie wierszem, lub jakąś zaczerpniętą myślą. Koniecznie trzeba było coś narysować odpowiedniego (i ładnie).
My Ukraińcy nie byliśmy liczną grupą w klasie. Większość stanowili Polacy i Żydzi.
Na szczęście Ukraińcy, wśród innych, wyróżniali się swoimi zdolnościami i zachowaniem.
Po ukończeniu 6 klasy przeszedłem do 7-mej. W klasie 7-mej na dobre byłem zaprzyjaźniony z Lońką Szymańskim, a za jego pośrednictwem zapoznałem się z jego braćmi. Zrobili na mnie ogromne wrażenie. Po jakimś czasie bracia Lońki wciągnęli nas do prac narodowościowych. Nie było wątpliwości, że wszyscy oni byli członkami tzw. „przedpola”.  W tym miejscu powinienem wspomnieć moich (naszych) ówczesnych nauczycieli. Nauczyciel Malićkyj – Ukrainiec, uczył mnie fizyki, języka ukraińskiego i matematyki, E. Korbut – Polak, bardzo obiektywny wobec nas wykładał język polski i literaturę, historię i śpiew. Dyrektorem szkoły był Polak – szowinista, nazywał się Stelmach. Wykładał nam geografię. Szczególnie dokładnie go zapamiętałem, bo na zakończenie roku dał mi „dwójkę”, nie za brak wiedzy z jego przedmiotu, a za to, że na dwa tygodnie przed zakończeniem roku ostrzygłem się „na zero”. Wtedy nawet E. Korbut – wychowawca klasy zaprotestował i powiedział, że takiej „dwójki” nie można napisać na świadectwie, ponieważ wszystkie inne oceny są bardzo dobre, za wyjątkiem języka polskiego. Z języka polskiego wszystkim trzem uczniom - Ukraińcom – Korbut dał ocenę dobrą.  Oceny bardzo dobrej przez 13 lat pracy E. Korbut nikomu nie dał. Twierdził, że na ocenę bardzo dobrą on sam nie zasługuje, bo języka polskiego nie zna na tyle. Nas stawiał za przykład uczniom polskim. Ktoś inny musiał powiedzieć szowiniście Stelmachowi, że „dwójka”, jaką mi dał nie pasuje do mojego świadectwa, bo podczas wakacji dyrektor napisał do mnie list, abym się stawił w jego kancelarii (gabinecie) celem poprawienia tej dwójki. Uniosłem się, byłem pryncypialny i nie poszedłem do Borszczowa.

Budowa „Naszego Domu - Domu Ludowego”
Przypuszczalnie w tym czasie kierownictwo naszej wsi postanowiło wybudować nowy dom dla Towarzystwa „Proświty”. Miejsce pod budowę tego domu wybrano takie, na którym kiedyś stała karczma, obok głównego gościńca, i to niemal po środku wsi. Miejsce było po prostu idealne. Promotorem tego pomysłu był, jak zwykle O. Palinka. Zdaje się, że wszyscy, prócz Polaków, byli zgodni z takim planem budowy „Domu Ludowego”, w którym miało się mieścić: Towarzystwo - Poświta, Ukraińska Kooperatywa, mleczarnia, koło „Gospodarza Wiejskiego” itp.
W tym celu, dla potrzeb budowy wybrano odpowiednie „komitety”, takie jak: finansowy, budowlany i gospodarczy. Ogrom prac wykonano bezpłatnie przez ludność wioski. Jedni wydobywali kamienie na fundamenty, inni glinę na cegły i równocześnie je wypalali oraz dostarczali na plac budowy, z których stawiano mury budynku. Cegieł wypalano znacznie więcej i szły one na sprzedaż, aby zasilić finanse budowy, co pozwoliło zmniejszyć wydatki. Do samej budowy byli wynajęci fachowcy, którym płacono pieniądze za wykonaną pracę. Ale jak wspominałem większość prac wykonano za darmo.
W rezultacie, tam gdzie kiedyś stała karczma, stanął wspaniały dom z czerwonej cegły, kamieni i cementu. Na górnym poziomie była czytelnia „Proświty”, wielka sala na zebrania lub do potańcówek oraz kancelarie (biura) innych organizacji. W suterynach budynku działały: Spółdzielnia „Przyszłość” i filia mleczarni „Masło-związku” z potrzebnymi maszynami. Mieszkańcy do mleczarni przynosili mleko, które było przepuszczane prze wirówki, oddzielające śmietanę - tłuszcz, za którą dostawca otrzymywał zapłatę. Odcedzone mleko mógł zabrać do domu, którym karmił świnki, lub zostawiał, aby skwaśniało i robił z niego ser – twaróg. Śmietanę mleczarnia dostarczała do Centrali we wsi Hermanówka, gdzie z niej robiono masło i dostarczano na rynek zbytu.
Letnią porą, mleczarnia we wsi produkowała lody, które szybko były wykupywane przez młodzież i dzieci. Wieś szczyciła się nowo wybudowanym „Domem Ludowym”. Każdy z nas czuł wewnętrznie, że jakaś cząstka jego pracy tkwi w tym dziele. W „Domu Ludowym” działały następujące organizacje: towarzystwo „Proświty”, koło „Gospodarza Wiejskiego, towarzystwo „Łuh” (Ukraińskie towarzystwo gimnastyczno-pożarnicze. Utworzone we Lwowie  z inicjatywy Romana Daszkewycza z zamiarem narodowo-patriotycznego wychowania młodzieży i przygotowania jej do walki o niepodległość Ukrainy. Miała półwojskowy charakter, oprócz sportowego prowadziła również szkolenie wojskowe- red), a także amatorskie kółko teatralne, chór itp. Wyraźnie były wówczas znacznie większe możliwości do pracy kulturalnej i narodowościowej wsi. Ludność wsi zabrała się z większą energią i odpowiedzialnością do pracy.

Śmierć i pogrzeb Ołeksa Palinki.
Kiedy, już nam się wydawało, że życie gromadzkie zostało skierowane na odpowiednie tory, jak grom z jasnego nieba, rozeszła się wiadomość, że ”czołowa siła napędowa wsi” – Ołeksy Palinka – nie żyje.
Nie wiem jak u innych, ale w mojej młodej duszy, śmierć O. Palinki wyryła bardzo głęboką ranę.
Wieś natychmiast zorganizowała i przygotowała godny pochówek człowieka dla niej bardzo ważnego.
Pogrzeb był bardzo uroczysty, jakiego we wsi nikt nie pamiętał. Uroczystości pogrzebowe najpierw rozpoczęły się w cerkwi, w których brało udział kilku duchownych unickich z okolicznych miejscowości. Cerkiew była wypełniona do granic możliwości. W uroczystości pogrzebowej brali również udział przedstawiciele różnych organizacji powiatowych. Byli też przedstawiciele władz z Borszczowa. Po modłach w cerkwi kondukt pogrzebowy ruszył na cmentarz, na którym już znajdowała się policja. Kondukt przechodząc koło „Domu Ludowego” zatrzymał się, a z jego balkonu do zebranych przemówił działacz powiatowy - setnik I.Bagłaj, który powiedział, że zmarły, to człowiek o wielkich zasługach na polu kultury i więzi narodowej wsi oraz całego narodu ukraińskiego. W swoim przemówieniu posługiwał się ostrymi epitetami pod adresem okupacyjnych władz polskich. Zdaje się, że on za te słowa był później aresztowany. Po I. Bagłaju przemawiało jeszcze kilku mówców. Następnie orszak pogrzebowy ruszył na cmentarz, który stał się miejscem ostatniego spoczynku tego niezwykłego człowieka. Mowę pożegnalną nad grobem wygłosił, wtedy jeszcze młody ze wsi Sapohów, urodzony na „Zielonych Karpatach” o. Szuszaryk. Sam będąc wielkim patriotą, znany był ze swoich nieustraszonych kazań (przy każdej okazji), które mocno budowały duch nacjonalistyczny ludności ukraińskiej. Jak wspominałem, cmentarz był „naszpikowany” policją. Niemal zza każdego krzaczka, zza każdego krzyża na grobie, wyglądała „najeżona” głowa policjanta. Wydawało się, że policja zacznie strzelać do tłumu. Mimo tych szykan o. Szuszaryk spokojnie odprawiał modlitwy nad grobem. On w swoim przemówieniu kilkakrotnie wskazywał na „tłum” policjantów i mówił, że on tego się nie boi i musi powiedzieć wszystko, o czym nieustannie myśli. I rzeczywiście, kiedy skończył swoje kazanie, podeszło do niego kilku policjantów i po chwili, kiedy zdjął z siebie szaty ceremonialne, został aresztowany i natychmiast poprowadzono go na posterunek policji. Mówili później, że za podobne słowa, o. Szuszaryka 13 razy kłuto bagnetem na policji.

Moja praca w powiatowym związku „Kooperatyw”-spółdzielczości
Wtedy, kiedy umierał O. Palinka -  teść I. Kośtećkiego, tenże pracował już w powiatowym związku „Kooperatywa”. Ja natomiast, kończąc 7-mą klasę szkoły powszechnej, nie miałem możliwości pójścia do gimnazjum i marzyłem, aby dostać się do PZUK (powiatowego związku ukraińskich kooperatyw) na praktykę handlową. Zakładałem, że po ukończeniu praktyki znajdę pracę w jakieś „kooperatywie”.
I kiedy kończyłem taką praktykę, poprosiłem dyrektora naczelnego R. Dudkiewicza, ażeby pozwolił mi, na stałe pracować w PZUK. Głównym magazynierem wówczas był W. Kowałyszyn, z pobliskiej wsi Iwanówka. Był tam również jeszcze jeden praktykant, taki jak ja, i nazywał się Wołodko, ale nazwiska już nie pamiętam. Z naszej wsi w PZUK pracował – jak wspominałem - mój przyjaciel I. Kostećkyj, a w samym magazynie, jeszcze dwóch znajomych z naszej wsi. W dziale towarowym, który obsługiwał wszystkie związki spółdzielcze (kooperatywy), pracowało nas czterech, dyrekcja w składzie: R. Dudkiewicz, O. Nakoneczny, Zublak, dyrektor (setnik) I. Bagłaj, Homotiuk (więcej już nie pamiętam) oraz kilka osób w księgowości i transporcie. PZUK w Borszczowie prowadził magazyn zbożowy i „Jaszcznyj” ( Jaaszcz to jednoosiowy wóz transportowy, furmanka- red). Często zajmował się kupnem i wysyłką, do innych magazynów, mięsa z nierogacizny (bekonów), a nawet do innych państw. Pod opieką borszczowskiego PZUK były jeszcze oddziały (filie) w Tłusteńkim i Iwaniu Pustym. Rozwój naszych spraw i osiągnięcia, znałem może niezbyt dokładnie, ale radowało mnie to, że my Ukraińcy wyróżniamy się na wszystkich odcinkach współczesnego życia. Osobiście byłem bardzo rad z tego, że pracuję w tak poważnym, handlowo – ekonomicznym przedsięwzięciu, jakim jest PZUK.
Wkrótce dyrektor naczelny oznajmił mi, że w PZUK zostaję na stałe. W nagrodę za ukończenie kursu praktykanckiego w PZUK, otrzymałem materiał na uszycie garnituru, a w przyszłości otrzymywał będę pensję miesięczną w wysokości 25 zł. To była dość dobra zapłata dla młodego człowieka. W końcu otrzymałem nawet podwyżkę i dlatego bardzo polubiłem nową pracę. Starałem się wykonywać wszystko, co mi polecono.  Nasz kierownik i magazynier widocznie był z tak zwanego „przedpola”, a może nawet bardzo zaangażowanym działaczem narodowościowym, bo często polecał nam nowym członkom, odpowiedzialne prace w organizacji. Na przykład, I. Kostećkij i ja kiedyś otrzymaliśmy zadanie polegające na dekorowaniu krzyża na „Mogile Bohaterów”, którzy polegli za wolność Ukrainy. Święto w dniu 1 listopada. Kosteckyj i ja byliśmy wielkimi entuzjastami piłki nożnej. We własnej wsi zorganizowaliśmy drużynę piłkarską. I.  Kostećkyj, za własne pieniądze zamówił we Lwowie stroje dla każdego piłkarza, a sobie nawet profesjonalne buty (korki). Inni musieli grać we własnych butach. Graliśmy mecze z borszczowską ukraińską drużyną piłkarską o nazwie „Chortycia”, a także z polską drużyną - „Strzelcy”. W tym czasie na obronie w drużynie Borszczowa, w „Chortyci” grał mój przyjaciel i kolega szkolny.  Zdarzało się, że po pojawieniu się zabronionej przez władzę literatury lub czasopism aresztowano we wsi kogoś ze starszych, którzy pracowali na rzecz rozwoju kulturalno – narodowościowego. Przy tym i nas - dwóch, trzech młodych również zabierali, podejrzewając o współpracę i nielegalną robotę. Taki areszt nie trwał zbyt długo. Po 2 -3 dniach nas zwalniano. Moi zwierzchnicy w PZUK wiedzieli o tym i nas usprawiedliwiali. Policja nie mogła nam niczego udowodnić, a my byliśmy twardzi. I dlatego nas zwalniano. Jednak podczas przesłuchań, nie jeden z nas dostawał po twarzy od szalonego, szowinistycznego, polskiego policjanta.
Byłem z tego powodu nawet dumny. Kiedy wracaliśmy z posterunku w Korolówce, starsi nas chwalili za odwagę i mówili, że jesteśmy twardymi chłopakami. Wytrzymaliśmy i do niczego nie przyznaliśmy się. Takie pochwały dodawały nam nowych sił na przyszłość. Pewnego razu, kierujący spółdzielczością w Sapohowie zaproponował mi, abym objął kierownictwo nad drobnym handlem w ich „Kooperatywie”, ponieważ ich dotychczasowy kierownik odchodzi, z przyczyn niewiedzy, z dziedziny drobnego handlu. Kiedy tam się znalazłem i objąłem stanowisko, rozpocząłem pracę od inwentaryzacji. Ale już po kilku dniach zorientowałem się, że istnieją ogromne niedobory. A wynikały one z tego, że kierownictwo „Kooperatywy” rozdawało towary za darmo swoim znajomym, lub ich członkom rodziny. Rozdawano i to „bogato” i bezpłatnie. Równocześnie pożyczano z „Kooperatywy” różne towary, które nigdy do niej nie wracały. Np. Lampy naftowe, lub latarki na baterie. W rezultacie inwentaryzacja wykazał ogromne niedobory. Natychmiast pokazałem dyrekcji, jakich trików używano do nadużyć. Tym, zraziłem do siebie kierownictwo „Kooperatywy”. Kiedy przenosiłem się do Sapohowa, o. Szuszryk, proboszcz tamtej parafii uprzedzał mnie o różnych niedociągnięciach w „Kooperatywie”, ale ja tego nie brałem sobie do serca. A kiedy już tam mieszkałem, w pokoju nad „Kooperatywą”, każdej nocy ktoś mnie starał się nastraszyć. W końcu kierownictwo instytucji zaczęło odnosić się do mnie bardzo wrogo. Długo tam nie popracowałem, przekazałem obowiązki kierownictwu w Sapohowie i wróciłem do domu rodzinnego, pod rodzinną strzechę w mojej wsi.

Pod butem bolszewickiego okupanta.
Nie mając pracy zawodowej, prócz obowiązków domowych, z całych sił włączyłem się w pracę organizacji „Łuh”, „Proświty”, a także w pracę innych samodzielnych kółek. Był już rok 1939, zostałem zatrudniony - jako sprzedawca w miejscowym sklepie naszej „kooperatywy”. Praca w filii była mniej płatna niż PZUK. Czas mijał i niespodziewanie, dla nas wszystkich, nadszedł złowieszczy 17 wrzesień 1939 roku. Przyszła bolszewicka okupacja Zachodniej Ukrainy. Zarówno ja, jak i inni byliśmy ogłuszeni niespodziewaną i raptowną zmianą okupanta. Po kilku dniach PZUK przestało istnieć, jako instytucja ukraińska, ponieważ wszystkie instytucje, typu Ukraińskiego Związku Spółdzielczości, zostały zamknięte. Jakby nigdy nie istniały. My natomiast z naszych, ukraińskich władz centralnych otrzymaliśmy nakaz obsadzenia miejscową milicję swoimi ludźmi, aby w niej był nasz, świadomy, narodowościowy element, a nawet członkowie OUN i żeby było wiadomo, co jest robione przez władze, a także, czego można się po władzach spodziewać? Jednak po kilku zaledwie dniach nasza milicja została rozwiązana, ponieważ nowi okupanci, prawdopodobnie dowiedzieli się, z jakim zamiarem nasi ludzie zajęli miejsca w szeregach nowej milicji. Powiatowy Związek Ukraińskiej Spółdzielczości został zamieniony na „Raj – Part -Torg”, do której to organizacji napchało się wielu Żydów, Polaków i Rosjan. Bo wszyscy oni byli – radzieccy i internacjonalni. Z byłej instytucji, z jej resztek korzystali nowo przybyli „starsi bracia”, którzy przyszli z nową władzą. My miejscowi, którzy byliśmy tu urodzeni i pracowaliśmy w PZUK, byliśmy zmuszeni szukać sobie innej pracy, czyli nowego zajęcia. Mnie się udało znaleźć pracę w Banku Powiatowym w Borszczowie. Tam również było niemało Żydów i Polaków. Kierownicze miejsca zajęli Rosjanie, częściowo zdemobilizowani oficerowie z A. Cz. W Banku w Borszczowie długo nie pracowałem, bo zaraz zaczęła się nagonka na bardziej światłych ludzi. Zaczęły się aresztowania. Otrzymałem pracę w księgowości, gdzie szefem był zdemobilizowany porucznik i był Ukraińcem. Jako jego pomocnik, pracowałem w osobnym pokoju. On - porucznik, tak mi się wydaje, był normalnym „swoim” człowiekiem. Mój przyjaciel - starszy księgowy – był wtedy kandydatem na członka partii i cały czas chodził na jakieś tam ich zebrania. Pewnego razu szepnął mi, abym uciekał, bo na mnie wpłyną jakiś „donos” i wkrótce mają mnie aresztować. Z niedowierzaniem i ze strachem zapytałem, co mam robić? On chwilę pomyślał i poradził mi, abym na następny dzień spóźnił się do pracy. I wtedy wyrzucą mnie z roboty, a wówczas już będę wiedział, co mam czynić. Na drugi dzień celowo spóźniłem się do pracy i wtedy mnie z Banku wyrzucił Moskal Jaworski.  W ten sam dzień, niby przez pomyłkę, odwiedziło mój dom rodzinny dwóch oficerów NKWD. Zacząłem się chować po różnych kryjówkach. Po prostu unikałem cudzego wzroku. A kiedy zauważyłem, że niektórzy mieszkańcy wsi zaczęli mnie śledzić, nawet przy pomocy szkolnych kolegów z Borszczowa, po prostu uciekłem do Zaleszczyk. Za poradą przyjaciela wstąpiliśmy razem do technikum i jako jego uczniowie (studenci) zamieszkaliśmy w internacie, bo byliśmy zamiejscowi.
W tym czasie władza radziecka jeszcze nie zdołała sobie poradzić z dowodami osobistymi (paszportami) we wszystkich miejscowościach, i dlatego szczęśliwym trafem uniknęliśmy represji.
Tak właśnie rozpoczęliśmy naukę w technikum o kierunku agronomicznym. Osobiście popełniłem błąd, i to życiowy, bo podczas zapisywania do szkoły podałem prawdziwą datę urodzenia, jaka była zapisana na moim świadectwie ukończenia szkoły powszechnej. Jesienią w 1940 roku, wszystkich, którzy byli urodzeni w latach 1918, 1919, 1920 zabrali siłą do Armii Czerwonej. Podczas całej okupacji niemieckiej byłem w wojsku w A.Cz. i było mi bardzo trudno uzyskać jakąkolwiek informację o tym, co się działo na naszych ziemiach, a szczególnie w naszej wsi. Podczas wojny w naszej wsi pozostały jedynie kobiety, dzieci starcy albo całkiem obce osoby, od których trudno było cokolwiek się dowiedzieć. Bardzo wielu mężczyzn zginęło na wojnie, w tym, wielu moich przyjaciół i znajomych.
Ci, którzy cudem ocaleli, zostali rozsiani po całej kuli ziemskiej. Są w różnych jej częściach, w różnych państwach i trudno jest z nimi się skontaktować. Ja sam jestem z tych niewielu szczęśliwców, którym się udało wyjść z tej zawieruchy z życiem i znaleźć się wśród ludzi żyjących szczęśliwie, zwykłym ludzkim życiem.

Życie codzienne wsi. Warunki socjalne i bytowe, a także zwyczaje.
Moja wioska rodzinna, na ogół nie różniła się od innych galicyjskich wsi. Jak już nadmieniłem, wszyscy mieszkańcy we wsi uprawiali rolę. Wszyscy mieli podobny rozkład zajęć. Taki mniej więcej, jak ich ojcowie, dziadkowie i pradziadkowie. Jedno było niezmienne, mianowicie to, że kiedy odchodzili na wieczny spoczynek, odziedziczą ziemię od ojców, przekazywali swoim dzieciom. I dlatego jedni mieli o kilka kawałków więcej i byli bogatsi, a inni mniej i byli biednymi. To wszystko zależało od wielkości rodziny, a najbardziej od ilości dzieci. Zdarzały się przypadki innego sposobu bogacenia się lub utraty bogactwa. Nieraz w wypadku jakiegoś nieszczęścia, jedni musieli pozbywać się roli, inni natomiast mogli tę rolę kupić. I w ten sposób bogacili się. Do tych, których niespodziewanie nawiedzały nieszczęścia, należała nasza rodzina.  Zawsze dotykało nas jakieś zło. A to choroba, utrata jakiegoś zwierzęcia, posucha lub jakaś klęska żywiołowa. Dlatego mój ojciec był zmuszony sprzedać część ziemi, ale odkupić już nie mógł. W zależności od stanu majątkowego gospodarzy, ich zabudowania i domy mieszkalne były albo ubogie albo okazałe. Już przy pierwszym spojrzeniu można było ocenić, jaki to jest gospodarz na danym gruncie. Kiedy sad był duży i obejście przestronne, wtedy gospodarz był zasobniejszy. Mój dziadek miał bardzo ładne obejście, przestronny sad, a nawet małą pasiekę.
Na naszym gruncie nie było sadu, ani obszernej zagrody. Na gruntach mojego dziadka mieszkał mój wujek, który nie był bogaty, ale miał sad i również małą pasiekę. Chaty w naszej wsi w większości były zbudowane z gliny. Jedynie kilka budynków, zamożniejszych gospodarzy, były z cegły, kryte blachą lub gontem. We wsi znajdował się folwark dziedzica Czarkowskiego. Folwark miał duży park z alejami. W parku stał dom mieszkalny, a na obszernym podwórzu zabudowania gospodarcze jak: stajnie dla koni, chlewnie dla świnek, obory dla krów, kilka różnych spichlerzy, magazynów, a także szopy na sprzęt rolniczy. Sam Czarkowski z rodziną, mieszkał w Wysuczce, w pięknym, starym zamku. Lasy w naszej okolicy przeważnie były „pańskie”, za wyjątkiem małego lasku, zwanego „Ścianką”, który należał do kilku zamożniejszych gospodarzy z naszej wsi. Ziemie folwarczne były lepszej klasy od tych, które należały do wsi. A przyroda, która nas otaczała była jednakowo piękna. Prace na roli rozpoczynały się starym, praojcowym zwyczajem. Na wiosnę ziemię przeorywano i siano jęczmień, jarą pszenicę, kukurydzę. Sadzono kartofle, buraki, arbuzy i wiele roślin jarych. Na własny użytek i dla zwierząt.
Później przychodziła pora plewienia roślin i ich podsypywania, na przykład ziemniaków, kukurydzy i buraków i innych. Na początku lipca, zazwyczaj, rozpoczynały się żniwa. Żniwa u bogatszych gospodarzy, to była praca normalna, ale u biedniejszych, to była konieczność. Na przednówku w domach, biedniejsi nie mieli chleba. Dlatego jak najszybciej zbierali zborze, młócili i nieśli do młyna, aby zmielić mąkę, upiec chleb i obdzielić dzieci. Kiedy w domu był chleb, reszta żniw przebiegała szybciej i weselej. Biedniejsi, skończywszy żniwa u siebie, szli żąć u sąsiada, albo na folwarku, za 5 lub 6 snopek. Po gorących żniwach, rozpoczynano zwozić zboże do swoich obejść. Kto miał dużo snopków, układał najpierw w stodole, a resztę układał w stogi na podwórku, ogrodzie lub tam gdzie było możliwe. Po zwiezieniu snopków niektórzy od razu młócili. Inni młócili w innym, wolniejszym czasie. Jesienią przystępowano do kopania kartofli, buraków i żęcia kukurydzy. Wykopane kartofle zwożono i napełniano nimi piwnice, lub jamy, aby mogły być użytkowane codziennie podczas zimy, a resztę przechowywano w okrytych kopcach, które były odkrywane dopiero na wiosnę. Przebierano je, część sadzono, a resztę zagospodarowywano. Kukurydzę (kolby) oczyszczone z łupin (koszulek), wsypywano do „kosznic”, aby wysychały. Zimą część zużywano w gospodarstwie, a cześć sprzedawano. Kukurydza dla biedniejszej ludności zastępowała chleb. Z kukurydzianej mąki i kaszy, pieczono „małaj” albo „kułeszę- mamałygę”. Bogatsi gospodarze kukurydzę używali do karmienia zwierząt (tucznych, nierogaciznę). W naszej wsi większość ludności zużywała kukurydzę we własnej gospodarce. Na to, mogli pozwolić sobie tylko ci, którzy mieli pod dostatkiem żyta i pszenicy.
Wczesna wiosną, jeszcze przed pracą w polu, gospodyni przekopywała ogród, sadziła cebulę, czosnek, siała buraki czerwone, ogórki, marchew, sadziła kapustę, fasolę i wiele innych jarych roślin dla spożywania, a i takie, które będą pod ręką gospodyni domu. Przy tych pracach nie zapominała o różnych kwiatach jak: piwonie, kosaćce, „wasylki” (marcinki - MW), goździki, „czarnobrewce” i wiele innych. Kwiatami upiększano chaty i były one „okrasą” ogrodu, który najczęściej był tuż przy chacie i służył wyłącznie dla kwiatów. Kwiaty święcono w dniu Matki Bożej Zielnej. Lato mijało, kończyła się ciężka praca przy żniwach i przychodziła złota jesień. W sadach dojrzewały owoce, a na ogrodach różne jarzyny oczekiwały, aby je zebrać i przygotować do przechowania zimowego. Rolę na zimę również należało odpowiednio przygotować. Najpierw należało wykopać kartofle, buraki i inne okopowe, wyciąć kukurydzę, pozwozić dynie, wyciąć proso i je wymłócić z ziaren. Jesienią przychodził taki czas, że trzeba było wymłócić konopie, powiązać je w snopki, zwane „mendle”, ułożyć w rzeczce Niczławie, obciążyć kamieniami i błotem i pozostawić na dwa tygodnie. Tak wymoczone konopie przepłukać w bieżącej wodzie, ułożyć w kopki na brzegu, aby wyschły w ciepłym jesiennym słonku. Później we wsi słychać było klekotanie „tarlic”, na których kobiety łamały zdrewniałe i wyschnięte paździerze i oddzielały od włókien. Resztę paździerzy usuwały, obijając włókna o nogi „tarlicy”.
Aby całkowicie oczyścić włókna, czesały je na szczotkach drucianych. Wyczesane włókna konopi wiązały w motki, które później zakładały na kądziele i przędły nici. Przędzenie konopi odbywało się najczęściej w długie zimowe wieczory.  Po wykonaniu wszystkich koniecznych prac polowych i innych, wywożono na pola gnój, aby użyźnić ziemię. Wokół domów układano tzw. „zahatę”, czyli ocieplenie domu na zimę. W stodołach rozpoczynali młócenie zboża. W tym czasie gospodynie najczęściej przystępowały do kiszenia kapusty i ogórków, zbierały resztki warzyw i układały w piwnicach i jamach, suszyły grzyby, owoce z sadu i lasu i robiły inne prace. I wtedy nadchodziły długie zimowe wieczory i krótkie dni. Zimę na wsi przeczekiwano różnie. W tym czasie najwięcej ludzi można było spotkać na jarmarkach. Jarmarki takie w naszych okolicach były: w czwartki w Korolówce, a w poniedziałki w Borszczowie.

Zima w naszej wsi, przed wojną – do roku 1939.
Kiedy następowały długie zimowe wieczory, wtedy rozkręcała się praca kulturalno- oświatowa w „Proświcie”. Odbywały się próby chóru, próby teatralne - kółka amatorskiego, pracowała czytelnia, gdzie czytano na głos książki, czasopisma, lub dyskutowano na każdy temat. Było po prostu więcej czasu, ponieważ prace polowe na czas zimy zamierały. Do naszej wsi przyjeżdżał czasem teatr ukraiński ze Lwowa albo Tarnopola. Bywało, że teatry gościły u nas kilka dni. Wieś na takie przedstawienia była „głodna”. Przyjeżdżali również różni prelegenci z wykładami. A najczęściej zimą we wsi odbywały tak zwane „wieczornice”, kiedy dziewczęta z jednej ulicy, lub części wsi, przychodziły do jednej chaty i przędły włókna konopi. Chłopcy, którzy zalecali się do dziewczyn, mieli wówczas okazję do spotkań i do flirtu. Najczęściej „wieczornica” odbywała się u takiej dziewczyny, która brała udział w innych „wieczornicach”. Często na takich spotkaniach ktoś czytał jakąś zajmującą powieść, najczęściej Czajkowskiego np. „Na wygnaniu”, lub „Za siostrę”. Albo podobne do tych tytułów. Popularną zabawą była gra, zwana „flirtem”. Polegała na tym, że gracze wymieniali się kartkami, na których były wydrukowane zwroty, albo całe zdania. Wystarczyło, aby podający kartkę powiedział, jaki numer ma przeczytać współgrająca osoba. Rozmowy takie były prowadzone na różne tematy. Najczęściej na tematy uczuciowe do danej osoby, zt się flirtowało. Był to jeszcze jeden sposób na to, aby wieczór spędzić kulturalnie. Wielu mieszkańców wioski, którzy nie mieli dużych gospodarstw, wynajmowali się do pracy w mieście, do młócki u bogatszych gospodarzy albo do wyrębu w lesie. Za pieniądze albo np. za drewno. W ten sposób wspierali swój własny dochód.
Bywali również i tacy, którzy podczas zimy nie wychylali się z chat. Kręcili np. postronki z włókien konopi, naprawiali uprząż, zajmowi się naprawą sprzętów domowych itp. Wśród takich zimowych, monotonnych dni, zima umykała i przychodziła pożądana wiosna, a wraz z nią nowe nadzieje, albo nowe rozczarowania.

Zwyczaje religijne i codzienne, a także tradycje we wsi.
 
Jak każda wieś, tak i nasza miała swoje zwyczaje Były one znane każdemu mieszkańcowi wsi.
Bywało, że wsie sąsiednie różniły się jakimś szczegółem, wymową jakichś słów, zwyczajem weselnym, lub rytuałem religijnym. Najważniejszymi, tradycyjnymi świętami w roku były: Święto Bożego Narodzenia i Święta Wielkanocne. Do tych świąt przygotowywano się bardzo wcześnie. Na te, szczególne święta oczekiwały dzieci i młodzież. Boże Narodzenie – Wigilia (Święty Wieczór), zapoczątkowywał wiele innych świąt zimowych, np.: Święto Gwiazdy Betlejemskiej. Kiedy pokazywała się pierwsza gwiazda na niebie, gospodarz zwyczajowo przynosił do chaty wiązkę siana, lub słomy i z pobożnym błogosławieństwem ścielił ją na polepie. Później, na ten „dziaduch” (warstwę siana, lub słomy - MW) rzucał orzechy, lub cukierki w papierkach (złotkach). Część siana służyła za podkładkę pod obrus na stole, na znak, że Jezus Chrystus urodził się stajence, na sianie. Na stole jak zwykle musiały być trzy kołacze z mąki białej, świeczka, która później paliła się podczas kolacji, a także część potraw wigilijnych. Przed samą uroczystą kolacją, ojciec rodziny składał wszystkim życzenia wszystkiego najlepszego, a przede wszystkim wesołych Świąt. Po czym przystępowano do wieczerzy wigilijnej, obowiązkowo zaczynając od „kutji” z miodem, makiem i orzechami. Po „kutji” podawano inne dania i koniecznie kolędowano. Różnych potraw na stole wigilijnym musiało być 12. Były, prócz „kutji”, barszcz, gołąbki, trzy rodzaje pierogów, ryba, grzyby i kapusta smażona, coś z pieczystego- np. pampuszki, lub „zawijańce” z marmoladą, albo makiem i inne. Po uroczystej wieczerzy rodzina kolędowała, a tata niósł do obory, chlewa i stajni cząstkę kolacji, aby zwierzęta wiedziały, że dzisiaj jest św. Wigilia i Narodził się Jezus Chrystus. Mama zwyczajnie zmywała po kolacji, a cząstkę „kutji” i pierogów zostawiała na stole dla zmarłych, którzy powinni byli uczestniczyć w wieczerzy.
Tego wieczora rodzina jeszcze długo nie kładła się spać, bo to był wieczór i święto rodzinne.
Rano w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia w cerkwi rano odbywało się Wielkie Nabożeństwo  - Służba Bogu. Na zakończenie modłów, wszyscy pod przewodnictwem kapłana i diaka śpiewali kolędę - Bóg Przedwieczny nam się narodził.  W dniu Bożego Narodzenia cerkiew była przepełniona wiernymi, bo jak powiadają, wtedy do cerkwi przychodzą również tak zwani „jednoroczniacy”. To są tacy, którzy do cerkwi przychodzą tylko w wielkie święta, czyli dwa razy w roku. Na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Kolędnicy w różnym wieku po modłach wieczornych, najpierw wybierali starszego, który będzie składał życzenia. Wybierano przy tym i tych, którzy będą mu pomagać. Wszyscy na początku szli do popa, aby mu złożyć życzenia. U nas najpierw szli najstarsi, albo szli razem wszyscy. Kolędnicy zbierali na jakiś cel. Starsi zbierali na: cerkiew, na parobków wiejskich, na ukraińskich inwalidów, na „Ridną Szkołę”. Związek „Wertepy” - składający z uczniów i dorosłych, zbierali na młodzież uczącą się, lub na inne ważne cele. Nie żonaci – kawalerowie dzielili wieś na dwie części, a kolędników na dwie grupy. Każda z tych grup miała swoich tancerzy, którzy szli razem z kolędnikami i według starego zwyczaju pytali dorosłe dziewczęta jak się one zachowywały wcześniej i czy wpuszczą tancerzy do domu? Dopiero za zgodą i zaproszeniem dziewczyn wchodzili do chaty i tam z nimi tańczyli. Nawet po kilka razy. Dziewczęta zazwyczaj przedtem umawiały się w jakiejś chacie i do niej właśnie tancerzy zapraszały. Przy tej okazji dziewczęta były obdarowywane czekoladą przez tancerzy.
Co jakiś czas tancerze byli proszeni przez dziewczęta do jakiejś chaty. Takie dziewczęta cieszyły się szacunkiem i były później zapraszane na zabawę taneczną - „Jordanową” Miały też prawo być pierwszymi, które będą proszone do tańca. Zabawy takie odbywały się w dniu „Jordanu”, po południu w sali „Domu Ludowego”. Przed Nowym Rokiem wieczorem kawalerowie rozdzielali się na dwie grupy i chodzili z „Małanką”. Za „Małankę” przebierali jednego z tancerzy. Czterech innych tancerzy było przebieranych za „Kozaków”, którzy mieli obowiązek obtańcowywać zebrane w chacie dziewczęta.  Prócz „Kozaków”, jednego z tancerzy przebierano za Żyda, jednego za Cygana, innego za „Kowala”, a jaszcze innego za Diabła – Czarta, i każdy z nich znał swoją rolę i wiedział, co ma robić. Taka grupa koniecznie musiała mieć dobrych muzykantów, tancerzy i aktorów, aby dobrze bawić dziewczęta i innych. Dziewczęta tancerzowi - „Małance” i innym tancerzom za każdy taniec płaciły, co szło na jakiś dobroczynny cel, a reszta otrzymywała prezenty w postaci smakołyków, owoców itp.
Na drugi dzień, raniutko w Nowy Rok, dzieci szkolne chodziły od chaty do chaty i ”zasiewały” ziarnami zmieszanego zboża. Składały przy tym życzenia: zdrowia, szczęścia i pomyślności dla całej rodziny i życzyły dobrych zbiorów. W nagrodę otrzymywały drobne pieniążki, łakocie - pampuchy, owoce i inne. Zaraz po Nowym Roku przychodziły inne święta. Święto „Jordanu”. I teraz także, młodzież szkolna chodziła po domach i składała życzenia Szczodrego Wieczoru albo Drugiej Wigilii, a chrześniacy nosili do swoich rodziców chrzestnych, czyli kumów tak zwaną Wieczerzę.
Każdy z nich chciał się pochwalić swoimi pierogami albo pączkami, przyniesionymi wieczorem. Obdarowawszy jednego chrzestnego szli do następnego. W ten sam dzień raniutko, wyznaczeni wycinali w tafli pokrywy lodowej na Niczławie, przerębel. U jego podnóża ustawiali krzyż z lodu, który najczęściej malowali czerwoną farbą. W naszej wsi, kiedy jeszcze panował lekki zmrok, z cerkwi wychodziła procesja z chorągwiami i krzyżem, która zmierzała do przerębli na rzece. Po krótkiej modlitwie kapłan świecił wodę, a wierni nabierali jej do naczyń i nieśli do domów. Zazwyczaj zaraz po święceniu wody, grupa starszych chłopaków oddawała salwę z obrzynów. Mimo tego, że taka strzelanina była srogo zabroniona przez władze, i tak strzelano. Święto to, nie mogło się odbyć bez palby. Po obiedzie w dniu „Jordanu” zazwyczaj odbywała się zabawa taneczna w „Domu Ludowym” w sali „Proświty”. Zabawa dla ludzi i młodzieży dorosłej. I teraz było wiadomo, jaka dziewczyna zapraszała tancerzy i „Małankę”. Wieczorem tego dnia odbywało się przedstawienie grupy teatralnej, specjalnie przygotowane na dzień „Jordanu”. W niedługim czasie po „Jordanie” następował czas Wielkiego Postu.  A zaraz po święcie „Jordanu”, proboszcz naszej parafii odwiedzał każdy dom i świecił go święconą wodą. Święcił i tych, którzy byli w domu, a dzieciom rozdawał święte obrazki.
Do takich odwiedzin każda gospodyni dobrze się przygotowywała. Sprzątała i dekorowała wnętrze domu, a wszystkie ścieżki do domu wysypywała piaskiem. Dla kapłana przygotowywała podarunek. Niektórzy dawali kurkę, miarkę zboża lub pieniądze. Wielki post rozpoczynał się od tak zwanej Niedzieli Bezmięsnej i wtedy każdy chrześcijanin winien był przystąpić do spowiedzi wielkanocnej. Po chatach chodził diak i dawał „kwitki” do spowiedzi. Pobierał za to nagrodę – najczęściej pieniężną.
Większość ludzi bardzo mocno przestrzegała postu. Nawet naczynia, które normalnie służyły do przygotowywania posiłków mięsnych, albo tłustych, na ten czas odstawiano. Takich naczyń w poście nie wolno było używać.  Ostatni tydzień postu był tygodniem pokuty i bardzo srogiego postu, jakiego od chrześcijanina wymagała cerkiew. Równocześnie w tym czasie wszyscy, wszędzie robili wielkie przygotowania do Wielkiej Nocy. W pierwszym rzędzie wszystkie chałupy musiały być dokładnie wysprzątane i pobielone, a kiedy było trzeba, to i naprawione. Jednym słowem doprowadzone do porządku. Podczas długiego postu należało pomyśleć i przygotować się tak, aby Wielkanoc świętować nie gorzej od innych. Wszystko musiało być zrobione tak, aby prawdziwie świętować Boże Zmartwychwstanie. Musiała być pascha, słodka z jajkami i rodzynkami oraz inne wypieki dla smakoszy. Musiała być kiełbasa i szynka. Bogatsi gospodarze piekli całe prosiaki, które później nieśli święcić. Prosię miało obrany chrzan w ryjku. Do tego musiały być pisanki, kraszanki, kilka zwyczajnych jajek, ser, masło i inne mięsne wyroby domowe. To wszystko układano w dużych koszach służących wyłącznie do święcenia potraw.  Prócz koszów z wieloma potrawami, do święcenia wożono albo noszono wielkie jak koła i nieco mniejsze „babki” i kołacze. Te należały do mamy i dzieci.
Bywało, że niektóre gospodynie nie umiały robić pisanek. Wtedy prosiły inne kobiety, które umiały. Dla mnie osobiście ta sztuka nie była obca, ponieważ moja mama robiła piękne pisanki. Nie raz, niemal cały tydzień robiła je dla siebie i dla innych. W Wielkim Tygodniu w cerkwi rozpoczynały się długie uroczystości poświęcone „Męce Pańskiej”. W Wielki Piątek nie można było niczego jeść po pościeleniu całunu i po złożeniu Ciała Jezusa Chrystusa do grobu. Przed grobem od tego czasu stała straż. Trzymali ją najczęściej chłopcy przebrani za uzbrojonych Rzymian. Chłopcy ci należeli wówczas do „Siczy”. W późniejszym okresie straż przy grobie trzymali chłopcy – członkowie organizacji „Łuh”, którzy byli ubrani w stroje organizacyjne. Oni z wielkim zaangażowaniem pełnili swoją służbę, stojąc 20 minut nieruchomo. Był to bardzo duży wysiłek i nieraz bywało, że taki chłopak mdlał przed zmianą warty. W Niedzielę Wielkanocną raniutko, każdy wkładał najbardziej świąteczne odzienie i szedł do cerkwi, gdzie odbywała się długa ceremonia religijna. Do cerkwi wtedy niesiono wszystko, to, co było do święcenia i stawiano na swoich miejscach pod murem cerkiewnym na dziedzińcu. Najczęściej w trzech rzędach. Po „Jutrzni” i po „Błogosławieństwie” wychodzili z cerkwi na dziedziniec. Najpierw szedł Krzyż i chorągwie oraz ci, co nieśli świece, następnie szedł pop (kapłan), obok niego „pałamar” lub „starszy brat” z naczyniem wody świeconej, chór i wreszcie wszyscy wierni. Wszyscy śpiewali „Chrystus Zmartwychwstał”. Kapłan zatrzymywał się, co jakiś czas, święcił to, co zostało przyniesione, mówił „Chrystus Zmartwychwstał”, a inni odpowiadali „Prawdziwie Powstał”. Po zakończeniu święcenia „darów” każdy zabierał swoją „święconkę”, szybka podążał do domu, aby tam jak najszybciej rozpocząć ucztę i dobrze się najeść, po poście. W domu gospodyni, rozpoczynały podgrzewać, a te potrawy, które świecono, układać na stole. W tym czasie głowa rodziny – ojciec rozdzielał wszystko na tyle części ile było członków rodziny. Rozdawał, pozdrawiał każdego po starosłowiańsku i chrześcijańsku – mówił – „Chrystus Zmartwychwstał. Wtedy wszyscy siadali do stołu i poczynali spożywać, najpierw to, co było święcone. Bardzo smakowało po długim poście.
Młodzi, jak zwykle, starali się jak najszybciej zjeść uroczyste śniadanie, aby znaleźć się w grupie, która zbierała się obok cerkwi. Chłopcy, aby zając kolejkę do dzwonienia dzwonami cerkwi, które nie milkły przez całe święta. A dziewczyny spieszyły na cerkiewny majdan, aby się spotkać z innymi dziewczynami, porozmawiać i oglądnąć „hajiki”. Było to bardzo popularne podczas świąt wielkanocnych. W nieco późniejszych godzinach dnia można było zobaczyć, jak niektórzy starsi szli na cmentarz, aby na grobach swoich bliskich, pomodlić się za ich dusze. Nabożeństw cerkiewnych na grobach u nas już nie odprawiano. Pierwszy dzień świąt przemijał w dźwiękach dzwonów cerkiewnych, śpiewie dziewcząt i chłopców, którzy wyprawiali „hajiki”. W tym dniu można było oglądać ćwiczenia prezentowane przez chłopców w „Siczy”. Drugi dzień świąt, był dniem „oblewania się”. Lany poniedziałek był dniem radości i uciechy, a jednocześnie dniem tradycji. W tym dniu, bardzo rano, daleko przed uroczystościami w cerkwi, chłopcy i dziewczyny, a nawet młode mężatki, lejąc sobie wodę na ręce, wypowiadali życzenia i mówili –„Chrystus Zmartwychwstał”.
Ale byli też inni, którzy nie nosili ze sobą „kropideł”, ani nie lali wody na ręce. Oblewali dziewczęta wodą prosto z wiadra. Bywało, że wrzucali dziewczynę do rzeczki. Uroczystości cerkiewne w tym dniu były opóźniane, bo pop znał dobrze tradycje „lanego poniedziałku”. Po południu nadał odbywały się „hajiki”, a dzwony nadał dzwoniły, do samego wieczora. W święta starsi odwiedzali jedni drugich, aby się pogościć, porozmawiać o różnych sprawach i wesoło spędzić czas świąteczny. Po tygodniu od „Wielkanocy” następowała niedziela, która w kalendarzu cerkiewnym nazywa się „Tomynowa Nedila”. Tej niedzieli młodzi rozpoczynają tańce na zielonej trawie, najczęściej obok rzeki. W naszej wsi takie tańce odbywały nad rzeką Niczławą, za plebanią, niedaleko cerkwi, obok „Domu Ludowego”. Każda dziewczyna w dorosłym wieku czekała na taką niedzielę w nadziei, że jakiś chłopak poprosi ją do tańca, i to na oczach innych. Kiedy święto św. Jura wypadało w dniu roboczym, to pop przenosił je na najbliższą niedzielę.  Wtedy po uroczystościach w cerkwi, po południu, na czele z chorągwiami i krzyżami oraz śpiewem, szła procesja na pola, które należały do naszych gospodarzy. Pop wtedy te pola świecił i odprawiał modły. Wierzono, że taki obchód z chorągwiami, chronić będzie wszystkie pola i urodzaje przed gradem, ulewami, burzą i suszą oraz innymi nieszczęściami. W czasie takich obchodów pól, procesja zatrzymywała się nad strumykami, źródełkami i studniami i wtedy pop świecił wodę. W dniu Zielonych Świat, w naszej wsi modlono się za zmarłych i za tych, którzy oddali swoje życie za wolną Ukrainę. Niemal w każdej wsi była, jak nie prawdziwa, to symboliczna mogiła poświęcona tym, którzy swoje życie oddali ojczyźnie. Mogiły te, bez różnicy, prawdziwe czy symboliczne, dekorowane były specjalnie w dniu Zielonych Świat i w dniu 1 listopada. Dekorowali ukraińscy patrioci. W tych dniach, a szczególnie na Zielone Święta umajone były zielonymi drzewkami, szczególnie kalinami. Na tych mogiłach odprawiano „panachidy” i wygłaszano mowy patriotyczne. W naszej wsi była taka mogiła – symboliczna, z wysokim krzyżem. Dwa razy polscy szowiniści krzyż ten ścinali. W Zielone Święta, wszystkie chaty we wsi, domy użytku publicznego, cerkiew, przydrożne kapliczki i krzyże oraz krzyże nagrobne na cmentarzu, były bogato umajone. Na „Spasa” ludzie święcili w cerkwi różne owoce ze swoich sadów. W dniu Uśpienia Matki Bożej - 28 sierpnia, u nas mówiono – w dniu Pierwszej Matki Bożej, wierni przynosili do cerkwi, aby je święcić, zioła i kwiaty zebrane na polach i po lasach, a także maili ziołami chaty, podobnie jak na Zielone Święta. Poświęcone zioła zatykali za obrazy, wtykali pod słomiane dachy, wieszali na strychach, bo wierzyli, że zrobiony z nich napar będzie pomocny w chorobach. Trzeba było jednak znać się na tym, jakie zioła, komu pomagały i w jakiej chorobie. W naszej wsi było kilku starszych ludzi, a szczególnie kobiet, którzy znali się na kwiatach i na ziołach. Oprócz ziołami i kwiatami, znachorzy posługiwali się innymi praktykami. Np. laniem wosku, myciem w rosie, paleniem włosów itp.
W święto Drugiej Matki Bożej, czyli na dzień Narodzin Matki Boskiej - 21 września w naszej wsi świętowano. Był to dzień, kiedy odwiedzały się rodziny i przyjaciele. W tym dniu gościli się nawzajem, pokazywali swoje gospodarstwa, słuchali porad, lub je udzielali, pokazywali pola itp.
Gospodynie przed tym dniem miały pełne ręce roboty. Trzeba było dokładnie posprzątać w chacie i gospodarstwie. Pobielić chaty, powlec gliną polepy, przypiecki i przyzby pomalować, uprzątnąć ogród z kwiatami, aby się prezentował. Uprzątnąć w stajniach i stodołach. To wszystko musiało być ładniejsze niż, na co dzień. Gospodynie musiały się przygotować również do tego, aby przybyłych gości odpowiednio przyjąć- ugościć. Musiało być dobre jedzenie i wypitka, a także wypieki i różne pieczyste. Obowiązkowo musiały upiec kołacze, aby obdarować gości, kiedy będą odjeżdżać. Było to tradycją tego święta i świadczyło o gościnności gospodarzy. Kiedy moi rodzice jechali na takie święta do swoich przyjaciół, to zawsze przywozili dzieciom kołacze i łakocie. W taki dzień wszyscy, gospodarze i goście najpierw rano szli do cerkwi na nabożeństwo. Później wszyscy wracali i rozpoczynała się biesiada przez kilka dni.  Po posiłku zazwyczaj, odbywał się pokaz własnego gospodarstwa, lub jakiś pokaz szczególny, co oczywiście robili mężczyźni, a kobiety w tym czasie, w swojej alkowie najczęściej, były zajęte swoimi sprawami. Młodzież natomiast – dorosła, była zaznajamiana z młodzieżą sąsiedzką, szła na potańcówkę dla młodych. Osobiście lubiłem taki dzień, od najmłodszych lat. Za okresu bolszewickiego takie praktyki były ograniczane do minimum.
Chciałbym jeszcze przedstawić kilka innych praktyk, które były popularne. Praktykowaliśmy wcześniej wspólne prace, które nazywano „tłokami”, np. obieranie kolb kukurydzy z osłon - łupin. Prace takie, czyli tłoki organizowali ci, którzy mieli dużo kukurydzy i chcieli zawczasu obrać i wsypać kolby do tak zwanych „kosznic”. Aby wysychały. Zżętą kukurydzę wiązało się, jak żyto, w snopki i takie zwożono do domu. Takie wspólne prace zaczynały się zaraz po południu i trwały do wieczora i kończyły się najczęściej przy świetle lamp naftowych.

Uroczystości weselne we wsi Strzałkowce.
Jesień we wsi obfitowała w wesela. W tym miejscu muszę powiedzieć, że niektórzy młodzi ludzie nie pobierali się z miłości, a z nakazu opiekunów - rodziców. Żeniono się, albo wychodzono za mąż za tego, kogo wyswatano. To oczywiście w większości dotyczyło rodzin bogatszych, bo rodzice tych młodych bardziej patrzyli na stan majątkowy niż na uczucia młodych. Później w takich rodzinach (małżeństwach) najczęściej były nieporozumienia, swary, niezgoda albo tragedia. A kiedy już zdecydowano, że ślub się odbędzie, to w naszej wsi nie proszono gości z tej wsi, ale najpierw z innych miejscowości. Prosili najczęściej rodzice, a czasem pani młoda, lub pan młody, ale osobno.
Do samego wesela w naszej wsi długo się przygotowywano. Zwyczajowo największe wydatki mieli rodzice panny młodej. Mówiono wtedy: „ ślub córki to jakby pożar dobytku”.  Swatanie rozpoczynało się od tego, że pan młody wysyłał do panny młodej starostów, którzy najpierw pytali rodziców panny młodej i samą pannę, czy ona ma zamiar wyjść za mąż, za takiego, a takiego kawalera? Przy tym pytali rodziców panny, co dają córce w posagu? Ile pola przeznaczyli dla córki? Powiadamiali również, rodziców panny, co posiada pan młody. Przy tej okazji omawiali (dogadywali się) inne obowiązki, a weselne w szczególności. Po tych rozmowach, czyli układach, starości i młodzi szli w sobotę do popa do cerkwi i tam dawali na zapowiedzi, które później, przez trzy kolejne niedziele, były głoszone w cerkwi przez popa.Kiedy zbliżał się czas zaślubin, wtedy panna młoda z jedną druhną, najczęściej w czwartek, a w późniejszych czasach w piątek, zazwyczaj ubrane w ukraińskie stroje, chodziły po wsi spraszać dziewczęta do plecenia wianka. Przed wyjściem z chaty, matka panny młodej dawała jej chleb do rąk. Wtedy panna młoda kłaniała się ojcu i wszystkim innym w chałupie, którzy na ten czas byli w domu. Po tych zaproszeniach, od plecenia wianka, panna młoda z druhnami szła po wsi i spraszała gości na wesele. W sobotę młodzi szli do cerkwi do spowiedzi, a rodzice „zamawiali” modły za pomyślność tego związku. Ci, co byli na tej mszy, szli do rodziców panny młodej na poczęstunek, który nazywał się „rozpoczęciem”. Po takiej przekąsce, panna młoda z drużkami znowu szły do rodziców pana młodego i starostów, aby ich zaprosić „na wianki”. Za moich czasów, na „wianki” przychodziło bardzo wiele dziewczyn, które żegnały się ze swoją koleżanką stanu wolnego. Jak nakazywała tradycja, na plecenie tych wianków przychodził pan młody, ze swatami, ojcem i matką oraz z muzykantami, którzy grali „na dobry wieczór” On im za to granie płacił. Zazwyczaj najpierw były śpiewy i tańce, a później siadano za stołem i pletli wianki do ślubu, a także małe wianeczki dla panny młodej i pana młodego na czapkę. Przed tym matka panny młodej oraz jej ojciec błogosławili pannę młodą i matka zaczynała wić wianek. Tą samą czynność powtarzała matka pana młodego. Po ukończeniu wicia wianków robiono zaręczyny państwa młodych, a polegały one na tym, że wiązano młodym ręce chustką, do naczynia nasypywano ziaren słonecznika, a na nich kładziono obrączki. Miało to oznaczać braterstwo i siostrzany związek pomiędzy druhnami i drużbami - czyli młodymi. Taka była procedura zaręczyn. Druhny przypinały kawalerom (i braciom państwa młodych) sztuczne kwiaty do ubrań, a ci musieli za nie płacić tyle, ile druhny zdołały wytargować. Później odbywał się poczęstunek i rozchodzono się do domów. W niedzielę rano, z domu panny młodej, do domu pana młodego, bracia panny młodej nieśli koszulę dla pana młodego. W drodze powrotnej, do panny młodej, nieśli szal. Koszulę dla pana młodego, panna młoda wyszywała przed ślubem, i musiała ona być taka, aby pan młody wyglądał w niej dostojnie i pięknie. Brał w niej przecież ślub. W tym dniu ważnym i świątecznym w domach państwa młodych gromadzili się goście zaproszeni na ślub, robili krąg przed wejście do chałupy. Mama panny młodej u siebie, i mama pana młodego u siebie wszystkich kropiły wodą święconą i obsiewały ziarnem zbóż. Po tej ceremonii wszyscy udawali się do cerkwi. Państwo młodzi obowiązkowo musieli być przed rozpoczęciem obrządku religijnego..
Po zakończeniu obrządku, młodzi drużbowie wychodzili i brali do rąk chorągwie cerkiewne i stawali po obu stronach. Młodym kładli ręcznik na posadzkę cerkwi, pod nogi, do rąk dawali palące się świece, a matka panny młodej zakłada na szyję córki podarowany przez pana młodego – szal, czyli „pantuch”. Wtedy pop odprawiał ceremoniał zaślubin. Nakładał młodym korony na głowy, a na palce zakładał obrączki. Młodzi klękali na rozłożony ręcznik, kładli ręce na „prestił”, (ręka na rękę) i wtedy pop dyktował przysięgę, którą młodzi powtarzając, składali sobie. Po zakończeniu ceremonii zaślubin, drużbowie pana młodego wiedli pannę młodą i pana młodego do domu panny młodej. Tam drużbów gościli przy udziale muzyków, wynajętych przez pana młodego. Dopiero teraz do domu panny młodej schodzili się goście weselni przynosząc każdy, kołacz weselny. Niektórzy nieśli kurkę, flaszkę wódki, pieniądze lub inne prezenty. Wszystko to było chowane do komory. Rodzice panny młodej każdego gościa witali, prezenty wkładali do komory, gościa sadzali przy stole. Wtedy rozpoczynało się uroczyste przyjęcie ślubne. Po posiłku, piciu i tańcach, goście najczęściej bawili się do północy. Najczęściej przed północą, za stołem „darów” siadał pan młody albo panna młoda (wtedy mówią, że siadała na posag). Goście podchodzili, a ona dawała po kawałku kołacza namoczonego w miodzie albo po prostu kieliszek dobrego trunku. Każdy słyszał, co on daje. Po ceremonii darów najczęściej przez jakiś czas trwała jeszcze biesiada i tańce. Później goście na krótki czas rozchodzili się do domów, aby zaraz rankiem powrócić. W poniedziałek rano do domu panny młodej przyjeżdżał pan młody, aby zabrać swoją żonę do jego domu. Pana młodego i jego świtę: swatów, drużbów, i innych sług, najczęściej przed wrotami obejścia panny młodej, witała nie tylko zapora, ale stół, na którym, najczęściej była, lub były flaszki z gorzałką i zakąską. I tak, ale podwójną porcję musiał położyć na stole pan młody. Aby wykupić legalną już żonę. Składał „wykup’, albo targował, nie miał wyjścia. Było źle, kiedy się stawiał, albo całkowicie ignorował okoliczną kawalerkę, która zaporę stawiała.
W tym czasie, kiedy pan młody targował się o wielkość wykupu młodej żony, ona siedziała za stołem, schyliwszy głowę, a jej bracia trzymali kołacz nad jej głową. Pan młody po złożeniu wykupu wchodził do chaty, obchodził trzy razy stół, przy którym siedziała młoda żona, i za każdym razem całował się z żoną. Następnie zasiadał do stołu i zaczynała się gościna. Po zakończeniu tej gościny, mama panny młodej przynosiła to, co jej darowała z pościeli we wianie. Poduszki, pierzyny i wszelkie powłoczki, obrusy, okrycia i znacznie więcej. Było bardzo bogato u tych, którzy mieli dużo i stać ich było na to.
W tym czasie drużbowie pana młodego węszyli po obejściu i zabierali, co się dało zabrać i schować na wozie, którym mieli wracać młodzi małżonkowie. To miało być na początek zagospodarowywania się młodych. Ten proceder, nazwijmy go po prostu, kradzieżą, odbywał się w atmosferze weselnej zabawy. Ale ojciec panny młodej znał się na tej tradycji, miał swoich ludzi, którzy chodzili krok, w krok za myszkującymi po obejściu, i nie pozwalali na kradzież (albo umyślnie przymykali oko).
Swatki ( z obu stron) w tym czasie prowadziły „swary” śpiewne, nieraz bardzo frywolne, a na pewno śmieszne, które były śpiewane od dawien dawna na weselach. Kiedy pan młody przywoził swoją młodą - żonę do rodzinnej chaty, była ona witana przez rodziców pana młodego, rodzinę i wszystkich gości, zebranych w chacie pana młodego. Wchodząc do chaty panna młoda rozdawała wszystkim po kawałku piernika na miodzie, a goście obdarowywali ją prezentami i pieniędzmi. Następnie przystępowano do zmiany szat panny młodej. Teraz sadzano pana młodego na ławie, na kolanach kładziono mu poduszkę, a na niej sadzano pannę młodą. Zdejmowano wianek, który był natychmiast przymierzany przez druhny i wszystkie inne dziewczyny. Panował przesąd, że każda, która go nałoży, wyjdzie za mąż. Mama młodego zawiązywała pannie młodej chustkę na głowie, i mówiła, że jest już mężatką. I na ten znak, panna młoda - zamężna zaczynała tańczyć, taniec zwany „deptaniem konopi”.
Pod wieczór, jako młoda para (młodzi małżonkowie) szli po wsi i prosili na ucztę weselną do domu pana młodego. Wtedy odbywały się tak zwane „poprawiny”. Na drugi dzień wieczorem (we wtorek) wszyscy goście znowu przychodzili do chaty panny młodej znowu na poprawiny i ostatnią huczną zabawę weselną i gościnę. Na tym kończyło się wesele.

Zabobony i wróżby w naszej wsi
Na św. Andrzeja, dziewczęta starym zwyczajem wróżyły, kto jest im przeznaczony na męża.
Dzień św. Andrzeja przypadał 13 grudnia i wtedy odbywały się wieczornice dla dziewczyn, które przędły nici z włókna konopnego, a jednocześnie wróżyły. Był to okres, w którym uciechę mieli również i chłopcy, bo dziewczętom robili różnego rodzaju psikusy. Np. dziewczyny biegały do studni, brały wodę do buzi i biegły z nią do chaty. Woda miała służyć do zagniecenia placka dla psa. Której, pierwszej placek pies zjadł, ta z pewnością miała wyjść za mąż. Chłopcy wtedy rozśmieszali dziewczęta. Inną zabawą było pieczenie specjalnego placka i wieszanie go pod powałą. Dziewczyna musiała ugryźć taki wiszący placek, wybiec przed chałupę i słuchać, z jakiego kierunku słychać szczekanie psa? Właśnie z tego kierunku miał być ten, który ją poślubi.  A kiedy już było bardzo ciemno w nocy, wtedy wychodziły dziewczęta na dwór, podchodziły do płotu i dotykały kołków w płocie, albo wierzchołków sztachet i powtarzały: kawaler – wdowiec i szły wzdłuż. Ostatni wymieniony przez dziewczynę, na kołku lub sztachecie, był jej przeznaczony.
Była jeszcze i inna wróżba. Sypały dziewczyny siemię lniane na pieniek do rąbania drewna, a później nabierały językiem te ziarna i biegły do domu, aby policzyć ile zebrały. Ilość parzysta, była zwiastunem, że dziewczyna wyjdzie za mąż. Liczba nieparzysta wróżyła, że jeszcze będzie panną.
To tylko kilka wróżb, które były praktykowane, przez dziewczęta, na św. Andrzeja. A było ich znacznie więcej.  Większość mieszkańców naszej wsi wierzyło we wróżby dotyczące kobiet ciężarnych. Kobiecie ciężarnej nie wolno było przechodzić drogi nikomu. Wierzono, że wtedy zdarzy się jakiś wypadek. Jeśli kobieta ciężarna, o coś kogoś poprosiła, nie wolno było jej odmawiać, bo wtedy mysz wygryzie dziurę w najlepszym okryciu, i to w najbardziej widocznym miejscu, lub zrobi dziurkę w worku ze zbożem. Kiedy trzeba było ochrzcić dziecko wybierano dwoje głównych kumów. Na kumę (chrzestnych) przeważnie wybierano takich, którzy nie mieli dzieci i to młodych. Wtedy była nadzieja, że w razie przedwczesnej śmierci rodziców albo śmierci kumów, dzieci otrzymają jakąś cząstką spadku. W razie śmierci własnych rodziców chrzestni powinni byli zaopiekować się chrześniakami jak własnymi dziećmi. Imię na chrzcie dawano dziecku takie, jakie było w najbliższym dniu świątecznym. Najważniejszy chrzestny, do chrztu kupował tak zwane „krzyżmo”, a chrzestna sukieneczkę.
Podczas samego chrztu, chrzestni w imieniu dziecka wyrzekali się grzechu pierworodnego.
Po ceremonii chrzcielnej wszyscy szli do chaty rodziców dziecka i tam rozpoczynała się gościna.
Kiedy dziecko dorastało, chrzestni mieli obowiązki, wobec chrześniaków. Np. kupowali im różne podarunki na święta, a szczególnie w dniu ich urodzin.

Zwyczaje pogrzebowe
Kiedy, wydarzał się wypadek śmierci w rodzinie, to wtedy wzywano osobę ze wsi, która, za odpowiednią opłatą, przygotowywała zmarłego do ceremonii pogrzebowej.  W skrajnych przypadkach, zajmowała się tym rodzina sama. Tak przygotowanego umarłego, kładziono po środku izby na specjalnym podwyższeniu, zwanym katafalkiem, na którym zmarły leżał najmniej dwa dni. W tych dwóch dniach przychodzili ludzie, aby się pomodlić i tym samym zaznaczyć ostatnią posługę dla zmarłego. Stolarze wykonywali: krzyż nagrobny i trumnę z desek, którą malowali na czarno. Na wieku malowali srebrny krzyż. Na czas pogrzebu wybierano sześciu mężczyzn, którzy na narach nieśli trumnę z ciałem zmarłego na cmentarz. Same uroczystości pogrzebowe – modlitwy i śpiewy rozpoczynały się już w chacie przy katafalku.  Później wszyscy wychodzili przed chałupę, zostawali członkowie rodziny, ci, którzy mieli nieść ciało, ci, którzy zamykali trumnę i pop, który miał prowadzić zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku. Po zabiciu ćwiekami wieka mężczyźni brali trumnę i na progu chaty trzykrotnie lekko uderzali dnem trumny o próg chaty. Był to znak, że zmarły żegna się z rodziną i rodzinnym domem. Po wyniesieniu trumny na zewnątrz i położeniu jej na marach, pochód pogrzebowy ruszał w kierunku cmentarza. W kondukcie pogrzebowym niesiono chorągwie cerkiewne, które poprzedzał krzyż niesiony prze członka rodziny, albo kogoś zaprzyjaźnionego.
Trumnę z ciałem na cmentarz nieśli mężczyźni, a za nimi na wozie jechał pop i diak. Co jakiś czas pochód zatrzymywał się i pop czytał którąś z ewangelii. W przypadku, kiedy pogrzeb wyruszał z cerkwi, wtedy szedł bezpośrednio na cmentarz. Na cmentarzu po modłach, pop głosił homilię pogrzebową. Ciało z trumną spuszczali do grobu i każdy z przybyłych na cmentarz sypał garść ziemi na trumnę, na znak pożegnania, i odchodził na bok. Na koniec wyznaczone osoby zasypywały grób. Kto chciał szedł do chaty zmarłego, gdzie odbywała się stypa. W naszej wsi były dwa stare cmentarze, na których niemal nigdy nie chowano nieboszczyków. Były tam groby i na nich krzyże, których nikt nie znał i nie można było odczytać, co tam było napisane. Kiedy we wsi zdarzył się wypadek nagłej śmierci, np. ktoś zmarł na serce, ktoś się utopił albo popełnił samobójstwo, wtedy taki był chowany bez popa, i za rowem, który był wykopany wokół cmentarza. Umarły wtedy leżał na niepoświęconej ziemi, a nie na cmentarzu wśród innych, poświęconych. Później dużo się zmieniło, kiedy stary diak poszedł na emeryturę, a jego miejsce zajął młody, energiczny diak – dyrygent W. Olijnik z wioski zwanej Turylcze. Jego ojciec i szwagier byli diakami.  On od razu zaczął organizować chór przy czytelni „Proświty”. Chór ten później był najlepszy wśród chórów z okolicznych wsi. Raz do roku w „Wiejsiej Gromadzie” w Borszczowie organizowano pokaz osiągnięć narodowych, i wtedy nasz chór, pod dyrekcją W. Olejnika zdobywał wszystkie pierwsze miejsca. Sam Olejnik, był bardzo zdolnym i energicznym dyrygentem.

Wiejskie obyczaje narodowe
Ubiór w nasze wsi należał do ubioru wiejskiego. Mężczyźni przeważnie nosili długie, białe koszule i białe spodnie, wykonane z własnoręcznie tkanego płótna konopnego, lub lnianego. Koszule noszono na wierzchu spodni i podwiązywano rzemykami lub pasami skórzanymi. W niedzielę używano krajek kolorowych wykonanych z naturalnej wełny. Porą zimową mężczyźni nosili buty, koszule i spodnie z fabrycznych materiałów albo z sukna swojej roboty. Na wierzch ubierali kożuchy albo serdaki, a pod spód, swojej roboty swetry, lub kamizelki.  Te ostatnie, za moich czasów, kupowano w sklepikach, w mieście. Na głowę, zimową porą, nakładano czapy z baranka, a latem słomiane kapelusze. Te robiono z własnoręcznie plecionych warkoczyków ze słomy. Aby kapelusz nie był „goły”, wokół niego obmotywano kolorową włóczkę. Najczęściej czarną na szerokość 3- 4 centymetrów. Kobiety również nosiły długie koszule, z własnoręcznie tkanego płótna. Na wierzch nakładały, przeważnie ciemnego koloru spódnice, uszyte z materiału fabrycznego. Na głowach nosiły, zawiązane do tyłu, chusty ciemne, jasne i kolorowe. Wszystko zależało od wieku kobiety. Zimą kobiety nosiły buty i kożuchy, a pod spodem swetry lub ciepłe bluzki. Na głowach miały chustki, jak latem, a kiedy było bardzo zimno nakładały drugą i podwiązywały pod brodą. Na wierzch nakładały grubą, ciepłą chustę.
Starsze kobiety, latem w niedzielę, nosiły koszule z grubego płótna, które były wyszywane na rękawach we wzory, przeważnie czarną włóczką. Pomiędzy tymi czarnymi wzorami były przeważnie kolorowe wstawki, z włóczki lub nici. Letnią porą w niedzielę kobiety najczęściej nakładały lekkie kożuszki z krótkimi rękawami albo „lejbiki” pięknie obszyte wzorami z kolorowych skrawków sukna, lub kolorowymi wstążeczkami, i często miały wyszywane wzory kolorową włóczką i nićmi. Na głowach miały chustki z wzorami małych kwiatów. Na szyi nosiły korale, lub austriackie srebrne monety z dziurką, przez którą nawlekały je na sznurek lub mocne nitki. Na nogi wzuwały buty. Chłopcy – kawalerowie latem nosili zwykle taką samą odzież jak dorośli, ale bardziej kolorową. Za moich czasów, w zwykły dzień, nosili miejskie spodnie, a koszule wpychali w spodnie. Na nogach mieli trzewiki, a na zimę buty. Ciepłym latem, w gospodarstwie na polu chodzili boso. Dopiero wieczorem, kiedy się przebierali, na nogi nakładali trzewiki. To dotyczyło także dnia świątecznego.  Na głowę nakładali, kupiony w mieście – kapelusz filcowy albo słomiany, koniecznie z otokiem z włóczki.
W niedzielę, chłopcy kawalerowie, którzy nosili stylowy ubiór wiejski wyglądali bardziej kolorowo niż w dzień powszedni. Ale, kiedy jakiś chłopak ubierał długą koszulę z własnego płótna, na białe spodnie, to ona musiała być pięknie wyszyta na torsie i na rękawach i musiała mieć wyszytą ‘stójkę’.
Dół koszuli musiał być obszyty czarną siateczką, aby się odcinała od spodni. Nałożona koszula musiała być dokładnie złożona w fałdy na plecach i tak przewiązana kolorową krajką. Na nogi zakładał kawaler trzewiki, dokładnie oczyszczone, wypastowane i „wyglancowane”, aby się świeciły. Już za moich młodych lat, w okresie przedwojennym – II światowej , bardzo wielu chłopców nosili czerwone kożuszki czapki z niebieskim, lub czerwonym denkiem, „galife” angielskiego kroju, a także futerka szyte na zamówienie, na miarę. Odzież wtedy bardzo się zmieniała, a szczególnie odzież ludzi młodych, którzy się zaczęli ubierać bardziej po miejsku, zatrzymując jedynie elementy narodowościowe. Np. wyszywane koszule, czapki z kolorowymi denkami, szyte w pracowniach ukraińskich inwalidów we Lwowie. Kożuszki tam szyte, były bardzo popularne. Odzież miejska zaczęła sobie, coraz śmielej, torować drogę do wsi i wieś z dnia na dzień zaczęła się ubierać po miejsku.
Dziewczęta na wsi były najbardziej kolorową grupą. I nie tylko strojem, ale i urodą się wyróżniały.
Miały one w swoich szafach, lub skrzyniach, stroje – koszule z bardzo delikatnych materiałów, pięknie wyszywane kolorowymi nićmi. Miały też z grubego płótna. A te były bogato wyszywane kolorową włóczką. Dziewczęta latem chodziły bez nakrycia głowy, ładnie uczesane z przedziałkiem na dwie równe strony. Na czołach wieszały kolorowe paciorki w formie wisiorków. A kiedy moda się zmieniła, zaczęły się czesać na bok. To wtedy przedziałek na głowie był nieco z boku. Zaczęły pojawiać się grzywki z włosów. „Hergany” były zamienione na czarne, aksamitne wstążki, które dodatkowo były okraszane wyszytymi, kolorowymi wzorami i błyszczącymi paciorkami. Opaski te wówczas były bardzo popularne. Dziewczęta nosiły wtedy, uszyte w fałdy, spódnice z materiałów fabrycznych.
 A późniejszym czasie, kiedy istniały już organizacje „Łuh", oparte o nowe regulaminy (nowy statut), spódnice były szyte z „szaljanu” w kwiaty, a koszule z cienkiego płótna, które były wyszywane ukraińskimi wzorami. Dziewczyny, przeważnie w niedzielę, nosiły kamizelki z aksamitu, na których były wyszywane fantazyjne wzory i kwiaty. Do tego dochodziły fartuszki, dobrze dobrane kolorem, do koloru spódnicy albo swojej roboty zapaski. Na nogach, najpierw, nosiły latem trzewiki sznurowane z wysokimi cholewkami i koniecznie z czarnej skórki. A zaraz przed wojną, ubierały na nogi półbuciki, nazywane u nas „mesztami”. Latem do pracy w polu, chodziły dziewczyny boso, chyba, że praca wymagała obucia, wtedy nakładały jakieś buty. Zimą dziewczęta nosiły buty i ciemne spódnice. Na górę nakładały watowaną, dłuższą od linii bioder, tak zwaną „polkę”. Kupowały tą część odzieży w mieście, w żydowskich kramikach lub sklepie. Rzadko u nas dziewczęta nosiły czerwone kożuchy. Za wyjątkiem lat, tuż przed wojną. Tak zwane „polki” były szyte z czarnego, błyszczącego materiału. Nie miały wyłogów ani kieszeni. Na głowę zawiązywały ciepłe, grube chusty wełniane. Pod spodem kożuszka albo „polki” nakładały swetry. Nie wiem, dlaczego, ale stroje naszych panien wiejskich były bardziej jednolite dla wszystkich. Dziewczęta z uboższych rodzin, lub bardzo biednych, miały niemal jednakowy strój, jak inne albo taki sam. Na wyróżnianie się dziewczyn w naszej wsi wpływał nie jednakowy strój, a ich uroda. I warto było popatrzeć na te młode kobiety, kiedy ćwiczyły, a wszystkie były członkiniami organizacji "Łuh". Organizacji, która powstała na bazie nowego statutu pod przewodnictwem płk. Daszkewicza. Dziewczęcy oddział u nas, liczył 70 „łuhoczanek”. Prezentowały się wspaniale, a ubrane w jednakowe stroje były, jak jedną w jedną, i tak właśnie ćwiczyły.

Narodowe i polityczne życie wsi.
Działalność „Łuhu”
Mimo tego, że nasza wieś była jedynie małą cząstką wielkiej ojczyzny, to i tutaj wszystkie jednostki bardziej ukształtowane i zaangażowane, poświęcały swój czas na pracę ideologiczną, aby zaszczepić na przyszłość młodszemu pokoleniu, ideę patriotyzmu narodowego. Za mojej młodości takim miejscem oświecenia była czytelnia ‘Proświty”, gdzie gromadziły się jednostki bardziej świadome.
Moje pokolenie wychowywało się już na tradycjach naszych zmagań o wolność. Starsi obywatele wśród nas, byli świadkami albo uczestnikami takich zmagań, przed I wojną światową.  My, młode pokolenie mogliśmy się wzorować na samych uczestnikach, lub świadkach pamiętających chwalebne dni w naszej historii. Wszystko to, umacniało w nas miłość i patriotyzm do tego, co było nam rodzime i ojczyźniane. W naszej wsi mieliśmy kilku Strzelców Siczowych i bojowników UWO, którzy w tym czasie przysporzyli nam dorobku narodowego i patriotycznego. A do tego, dla chętnych było dość dużo wydań „Czewonej Kaliny”, a później „Almanachów”. Dla mnie te sprawy były świętością i fundamentalnymi podwalinami w naszej późniejszej działalności. Już od wczesnej młodości, kiedy byłem w szkole publicznej, bardzo mnie interesowały wiadomości z życia strzeleckiego oraz dzieje walk wyzwoleńczych podczas wojny. Później, stopniowa aktywność w pracy kulturalnej na rzecz wsi, dostęp do czasopism i książek w czytelni „Proświty”, a także dobór literatury w bibliotece, wyrobiły we mnie chęć dążenia do poznawania sedna sprawy narodowościowej. Każdy z nas przeżywał jakieś rozterki, które wynikały ze zmian w polityce. Przeżywaliśmy wielki wstrząs, kiedy na polskich szubienicach zawiśli dwaj działacze OUN: Biłas i Danyłyszyn. To zdarzenie obudziło nie jedną „zaspaną” duszę; i nie jedno życie skierowało na nową drogę. Oczywiście analizowałem ten fakt jak umiałem, ale to zdarzenie na mojej duszy pozostawiło wyraźny ślad, na cale życie.
Po tym zdarzeniu zaczęliśmy bardziej wnikliwie patrzeć na wszystko, co nas otaczało i co nas dotyczyło. Patrzyliśmy już innymi oczami. W latach 30 tych, po śmierci J. Piłsudskiego władze zaczęły być bardziej represyjne. Równocześnie dochodziły do nas wiadomości, które świadczyły o tym, że nasze ukraińskie „przedpole” wyraźnie się uaktywnia w pracach politycznych. Co oczywiście miało wpływ i na naszą wieś. Podobnie było w całej Galicji. Jednak później nastąpiły pewne dramatyczne dla nas zmiany. Przypominam sobie, że przyszedł nakaz likwidacji organizacji „Łuh” i „Siczy”, które działały na podstawie „ starych” regulaminów (statutów), ale były bardzo powszechne i liczne w całej Galicji, a ukraińskie narodowo- patriotyczne organizacje zaczęły nabierać sił twórczych. Po wprowadzeniu zakazu działalności gimnastyczno - pożarniczych zespołów, w których rozwijała się świadomość patriotyczna, powstała próżnia. Pamiętam, że wśród działaczy naszej wsi wystąpił niepokój. Koniecznym się stało, aby, jak to mówią, użyć „ostatniej „deski ratunku i zorganizować odpowiednie kółka przy związku pod nazwą „Ridna Szkoła”. Pod osłoną tych kółek nasi „organizatorzy’ prowadzili cały czas robotę patriotyczno – narodowościową. Aż wreszcie pojawiła się wiadomość, że można będzie organizować zespoły „Łuh”, ale w oparciu o nowy regulamin (statut), w którym pozwalano na przysposobienie wojskowe i na wychowanie fizyczne, czyli sport.
Oznaczało to, że ktoś z tych instytucji PW i WF, władz okupacyjnych, każdorazowo miałby prawo wglądu do działalności „Łuhu”.  Oczywiście, że alternatywnie zachęcano nas do wstępowania do organizacji „Kamieniarz”, ale nasi działacze, propozycje te odrzucili, twierdząc, że ta organizacje jest przesycona ideologią socjalistyczną i komunistyczną. Po wielu dyskusjach na „górze” postanowiono, że będzie organizacja „Łuh” w oparciu o nowy statut. Nowy „Łuh” powstał pod przewodnictwem pułkownika Daszkewycza we Lwowie. Towarzystwo sportowe z nowym regulaminem „Łuhu” powstało i w naszej wsi. Pod jego „przykrywką” prowadzono w nim prace, nie koniecznie statutowe.
Przez kilka lat działalności organizacji „Łuh” w naszej wsi, nie pamiętam, aby ktokolwiek z władz zwierzchnich ingerował w prace towarzystwa.
W szeregach „Łuhu” w naszej wsi wychowało się wielu przywódców i pracowników, którzy później byli żołnierzami dywizji „Hałyczyna”, a także służyli w UPA.
Sam miałem szczęście być uczestnikiem „łuhowego” kursu w Borszczowie, na którym wykładali wyznaczeni, doświadczeni bojownicy w walce o niepodległość, a także działacze kierujący ruchem nacjonalistycznym. Wykłady dotyczyły bardziej wiedzy niż sportu. Taki jednomiesięczny kurs dał wszystkim uczestnikom to wszystko, co później przydało się w życiu. „Łuhy” zorganizowane w Galicji wg nowych regulaminów odegrały ogromną rolę. Przepisowo członkowie „Łuh” byli ubrani w stroje jednolite, typu wojskowego. Dowódcy drużyn byli miejscowi. W powiecie była administracja i dowódca powiatowy. Podlegali oni Czerwonej Władzy, czyli zarządowi głównemu – „Wielkiemu Łuhowi”, którym kierował płk R Daszkewycz. Polacy prześladowali nas na każdym kroku!
Polskim władzom, na złość, organizowano na wsiach festyny, na których członkowie „Łuhu” i „łuhowe” orkiestry odgrywały ogromną rolę. Również powiatowe osiągnięcia „Łuhu”, a także krajowe, były świadectwem i pokazem siły nacjonalistycznej Ukraińców. Podczas kursu „łuhowego” w Borszczowie nosiliśmy na mundurach odznaki „Strzelców Siczowych”. Dla mnie osobiście taka odznaka była wielkim wyróżnieniem i szczyciłem się nią, kiedy była przypięta do błękitnego tła „Wistuna”. Oprócz mnie, taką odznakę posiadał mój sąsiad i zarazem przyjaciel M. Matłak, współtowarzysz kursu w Borszczowie. Ten mój przyjaciel, całkowicie poświecił się pracy w „łuhu”.
Towarzystwo „Proświta”, Kooperatywa, „Łuhy”, ” Wiejski Gospodarz”, „Ridna Szkoła” i cerkiew - stanowiły siłę narodową wsi. Po za tym, działalność naukowo- oświatowa, gospodarcza i ekonomiczna, instytucji powiatowych i gromadzkich były na tak wysokim poziomie, że byliśmy z tego bardzo dumni.  Osiągnięcia te ( w naszej wsi) można było zawdzięczać takim ludziom jak: W. Kapusta, M. Kapusta, M. Czerkas, P. Małynyk, I. Kostećkyj, P. Galas, I. Galas, I.  Danyluk, I. Jóźwiak, W. Stećko, H. Kałynczuk,  I. Matłak. W. Olijnyk i wielu innych. Przy tej okazji muszę wspomnieć o bezimiennych studentach naszej wsi i studentach „Ridnej Szkoły”, a także ukraińskiego gimnazjum w Czortkowie.
Przeważnie wszyscy wyżej wymienieni już nie żyją. Inni natomiast byli wywiezieni na Syberię albo rozstrzelani przez nazistów, a jeszcze inni, z bronią w ręku zginęli w szeregach UPA, lub szeregach wrogich armii, do których siłą zostali wcieleni. Ci, którzy przeszli wszystkie stopnie piekła na ziemi, a cudem zostali przy życiu i znaleźli się na cudzej ziemi, daleko od rodzinnej wsi i przyjaciół, ci żyją.
Byli i tacy, którzy sprzeniewierzyli się i poszli na współpracę do wroga, ci również zaginęli bez śladu.
Z tego wynika, że los, nie wszystkim wyznaczył ten sam kierunek w życiu. Niewielu nas zostało, bez różnicy, w jakim miejscu obecnie się znajdujemy. Do tych ostatnich i ja należę. Wypadki na „Zakarpaciu” nie mogły ujść naszej uwadze. Wszyscy interesowaliśmy się tymi wypadkami i wielu podążało „zielonymi ścieżkami”, aby wesprzeć braci na „Zakarpaciu”.  Relacje, które docierały do „Proświty” i do osób prywatnych, najczęściej były z białymi plamami, czyli były mocno ocenzurowane przez polską cenzurę. Polska cenzura wprost konfiskowała wszystkie podejrzane informacje, bo się bała, że w Galicji może dojść do powstania ukraińskiego. Ale mimo rozlanej krwi i nowej porażki, naród nie przestał wierzyć w zwycięstwo. Świadczyło to, o naszej żywotności i gotowości do kolejnych prób odbudowy naszych dążenie i do urzeczywistnienia swojej woli.

Wrzesień 1939 roku. Pożegnanie z Ukrainą.
Nastały takie czasy, jakich nikt się nie spodziewał i nie mógł przewidzieć. Nawet w naszej wsi odczuwaliśmy, że spotkało nas coś bardzo nieznanego. Ludzie różnie „prorokowali’, ale tak naprawdę nikt niczego nie wiedział i niczego nie znał. Nawet, nie chciało się pracować. Mieszkańcy wsi nie bardzo orientowali się w polityce świata, ale jakaś część - tych światlejszych jednostek - czytała prasę, słuchała radia, to też dzieliła się informacjami z innymi.  Późnym latem 1939roku można było zauważyć, że władze poczyniły pewne przygotowania. Rozpoczęła się mobilizacja wojskowa wszystkich rezerwistów. Wielu naszych chłopców – rezerwistów, powołano do polskiego wojska. Ludzie zaczęli mówić, że będzie wojna pomiędzy Polska, a Niemcami. Aż pewnego dnia Niemcy taką wojnę wypowiedziały oficjalnie. Mobilizacja nabrała rozpędu i można było w Borszczowie spotkać naszych chłopaków, których zgromadzono w koszarach, ale nie dano im mundurów, ani broni. Polska takich nie miała pod dostatkiem. We wsi natomiast, częściowo, panowała panika, bo nikt nie wiedział, kto będzie następnym? Ale tak wewnętrznie, to myśmy byli zadowoleni, że wreszcie skończy się panowanie Polski na naszych ziemiach. Myśleliśmy, że Niemcy będą tacy sami jak w I wojnie światowej. Była akurat złota jesień i bogatsi gospodarze odczuwali brak rąk do pracy.
Z frontu zachodniego zaczęły napływać skąpe wieści, ale i tak myśmy im nie wierzyli, bo Polacy te nowinki potrafili przeinaczyć, aby nie dawać powodu do buntu lub powstania. Wreszcie nadszedł dzień 17 września 1939 roku. Nadszedł i przyniósł nigdy nie wybaczalne zdarzenie.  Wiadomość ta nas ogłuszyła. Jakby ktoś nas zdzielił obuchem. Całą świadomą część ukraińskiej ludności ogłuszyła.
Kiedy się obudziłem i poszedłem z innymi, aby zobaczyć, co się dzieje? To zobaczyłem, że całe rzesze uciekinierów szły przez naszą wieś w kierunku Zaleszczyk i Rumunii. Była niedziela i nikt z naszej wsi nie szedł do cerkwi. Tu i ówdzie widziało się, jak stają grupki ludzi i coś ze sobą dyskutują. A kiedy spotkałem kilku przyjaciół, to mi powiedzieli, że Bolszewicy już od wczoraj przeszli granicę z Polską na Zbruczu, która nie miała żadnej ochrony i idą na zachód. My, Ukraińcy, od naszych władz centralnych otrzymaliśmy polecenie, aby po wejściu Sowietów natychmiast we wsi organizować milicję z ludzi nam znanych i zaufanych, aby w ten sposób uprzedzić wszelkie „szumowiny”, które z pewnością będą się pchały do zagarnięcia władzy. Nakazywano nam, aby również na stanowiska służbowe powoływać swoich ludzi, którym można zaufać, a którzy swoim działaniem uprzedzą ludzi z naszych władz.
Gdzieś około godziny 10:00, a może około 11:00 rano, zobaczyliśmy pierwszych Rosjan.
Polacy w tym czasie mówili, że to właśnie Rosjanie przyszli z pomocą Polsce i wkrótce przepędzą Niemców.  Słyszałem, że w Borszczowie, Polacy oficjalnie witali dobrotliwą armię sowiecką, aby się zaraz dowiedzieć, iż jest to armia okupacyjna. Milicję organizowaliśmy naprędce i już na drugi dzień powiadomiliśmy władze wojskowe o tym. Wadze wojskowe nie zabraniały tego, a nawet powitały z radością takie działanie. Dopiero później dowiedzieliśmy się, że wojsko miało taki nakaz, aby udawać przyjaciół, wyzwolicieli i robić takie wrażenie, iż władza radziecka – ukraińska rzeczywiście nas wyzwoliła spod jarzma polskiego.  Zorganizowana przez nas milicja otrzymała broń, którą Bolszewicy zarekwirowali polskim żołnierzom, lub zabrali z polskich magazynów wojskowych. Ale, niedługo po wyborach do Rady Najwyższej, naszą milicję rozwiązano, a na jej miejsce przyszli „swoi” – kwalifikowani milicjanci, którzy wiedzieli, co mają robić i jak być skuteczni.  Zresztą w milicji zaczęli rządzić ludzie z NKWD. Ludzie ci zajmowali różne stanowiska i funkcje. Wszystkie nasze instytucje i organizacje zostały rozwiązane, zamknięte i nie działały. Jakby ich nigdy nie było. Teraz były one starym reliktem burżuazyjno- nacjonalistycznym, czyli pańskim i wrogim dla władzy radzieckiej i dla narodu radzieckiego. Pojawiły się nowe, bolszewickie twory, które miały zastąpić stare, zgniłe i burżuazyjne wymysły. Ludzie zaczęli chodzić jakby ogłuszeni i nie wiedzieli, co mają czynić, za co się zabrać?  W krótkim czasie zaczęły się wywózki ludzi. „Czarny Kruk” nocą nie mógł nadążyć ze swoja pracą, czyli z wykonaniem planu. Zazwyczaj rano ludzie dowiadywali się, że kogoś aresztowali i wywieźli w nieznanym kierunku. Ślad po takim znikał i nie było wiadomo, co się z nim stało. Rodziny chciały wiedzieć, dokąd zabrano aresztowanego i gdzie aktualnie się znajduje? Ale na próżno. Odpowiednie władze najczęściej odpowiadały, że nie mają o tym pojęcia i nie mają w tej sprawie nic do powiedzenia. Po prostu nie wiedzą. Nastały takie czasy, że nikt nie wiedział, czy doczeka jutrzejszego dnia na wolności. Doczekałem się, że w najbardziej demokratycznym państwie w świecie, jestem uciekinierem”, który musi się ukrywać po cudzych stodołach, sadach i polach i to przed własnymi rówieśnikami, którzy teraz byli na służbie nowej władzy, a którzy nawet chcieli być lepsi od tej władzy. Tych z zza Zbrucza. Wtedy nadszedł dla mnie mój niezapomniany dzień w życiu, kiedy musiałem pożegnać rodziców i całą swoją rodzinę, moją wieś, znajomych i poszedłem na swoje kręte ścieżki życia. Na obczyznę.

PS. Teraz, kiedy jestem już starym człowiekiem pragnąłbym przeżyć to wszystko jeszcze raz, co przeżyłem w mojej wsi. Wspomnieć, a przynajmniej opowiedzieć, o ludziach, którzy tam żyli i byli zdrową cząstką naszego narodu. Moja rodzinna wieś, tak jak i inne wsie lub miasta, naszej uciemiężonej ziemi wydała nie mało patriotów: synów i córek Ukrainy. Niech te kilka moich skromnych słów będzie wspomnieniem i podziękowaniem za ich myśli i czyny oraz wysiłek.
Niech mi będzie wolno skłonić głowę przed ich światłymi cieniami, bo myślę, że już niewielu z nas zostało, którzy mogą to zrobić! Ten opis naszej wioski, jej zwyczajów i tradycji poświęcam tym, którzy przyczynili się, w jakikolwiek sposób, do rozwoju narodowego, ekonomicznego i kulturalnego wsi zwanej Strzałkowce. Niechaj ich działanie i poświecenie nie znikną na zawsze.
 Kanada, prowincja Ontario –  Tander Bay, 22.02 1986

P/w wspomnienia zostały opublikowane w  "Wspomnienia Borszczowskie "-nr.3/1993 Muzeum Krajoznawcze w Borszczowie (Ukraina Zachodnia woj. Tarnopol). 
Przełożył z j. ukraińskiego – Mieczysław Walków - Szczecin 20.02.2021
Moje wyjaśnienia i uwagi do tekstu.
Wspomnienia Wasyla Skoropada na szczęście napisane są językiem prostym, nie bardzo zawiłym i dlatego ja, po ogromnej przerwie wynoszącej ponad trzy czwarte wieku (77 lat), w czasie, którym nie czytałem, nie rozmawiałem, ani też nie słuchałem języka ukraińskiego, za wyjątkiem kilku dni, kiedy byłem na krótkotrwałych wyjazdach na dawne ziemie polskie, zdołałem jakoś przełożyć treść wspomnień na język polski.  Z tego by wynikało, że w latach dziecięcych dość dobrze opanowałem język ukraiński, bo do 11 roku życia mieszkałem między Ukraińcami (wtedy Rusinami). Rozmawiałem z moimi kolegami niemal od urodzenia i przez okres czterech lat uczyłem się tego języka w szkole.
Podjąłem się tłumaczenia tekstu, bo chciałem sprawdzić, czy jeszcze cokolwiek pamiętam. Okazało się, że za wyjątkiem niektórych słów daję sobie radę.  Aby zachować stan emocjonalny W. Skoropada piszącego wspomnienia, starałem się niemal wierne tłumaczyć każde słowo. Starałem się również zachować: konstrukcję zdań, układ porządkowy zdarzeń itp. Z mojej analizy dat wynika, że Autor pisał wspomnienia w wieku około 70 lat. Z ich treści można wyczytać wielką ilość ciekawych zdarzeń, które opisują nie tylko ludzi i ich codzienne życie, ale atmosferę polityczną w II-RP, dążenia nacjonalizmu ukraińskiego przy współpracy z klerem unickim do uzyskania swojej państwowości - wolnej Ukrainy. Przy czym korzystano z całkowitego zaniedbania władz Polski, albo z tego, że na Kresach Polacy stanowili mniejszość i nie byli pod parasolem Władz Centralnych, albo jedno i drugie. A do tego z tego, że My sami nie potrafiliśmy dbać o swoją tożsamość?   
Tak się składa, że Autor wspomnień miał tego samego dyrektora szkoły powszechnej, co ja. Tylko w innym czasie. Autor w latach 30 tych, a ja w 1944 i 1945, ubiegłego wieku. W. Skoropad nazywa Go polskim szowinistą, a ja powiem, że był to człowiek nerwowy i nie panował nad emocjami. W nas Polaków, na Jego lekcjach, kiedy nie uważaliśmy rzucał kredą, globusem. Zdarzyło się raz, że rzucił dzwonkiem.
 Patriotyczny stan ducha piszącego wspomnienia mnie osobiście zdumiewa. Autor mnie, jako Polaka obraża. Obraża, bo jestem naocznym świadkiem zbrodni, jakiej dokonywali Jego pobratymcy.  Zdumiewa, bo W. Skoropad osobiście nie uczestniczył w tych zbrodniach UPA, - w tym czasie służył w Armii Czerwonej, ale później znalazł się w wolnym kraju, w Kanadzie, gdzie przy dobrej woli mógł, jako katolik (innego obrządku), dokładnie przeanalizować, to, co jest dobrem, a co jest złem. Co było dobrem w wolnej Polsce, w której mógł się uczyć, pracować i być na ogół zadowolonym człowiekiem. W swojej wsi Strzałkowce nie miał gorzej od jego sąsiadów Polaków. Nawet Polacy, którzy nie mieli pieniędzy nie mogli zdobywać wiedzy. Nawet Polacy – biedni – byli nadal biednymi i nikt się nimi nie przejmował. I tam w Kanadzie, mógł Autor wspomnień analizować to, co było potwornością czynów UPA, które absolutnie nie pasowały do nakazów religijnych. Przypominam, tej samej religii, tego samego Boga, do którego się modlimy obaj.  Nie uczynił tego i nadal jego emocje oscylują wokół bardzo złego nacjonalizmu ukraińskiego, który dzisiaj winien błagać o przebaczenie za zbrodnie na niewinnych dzieciach, kobietach i osobach starszych. I szukać drogi do pojednania.
I gdybym miał dyskutować z treścią tych wspomnień w tych miejscach, które aż krzyczą, to posłużę się wypowiedziami Pana Władysława Tokarczyka, który we wspomnieniu o Głęboczku – wsi po północnej stronie Borszczowa (Strzałkowce leżą po południowej) napisał: Cytuję w skrótach. (…) …na środku wsi całe gniazdo cegłowych domów pod blachą. Dla obcego człowieka to ładnie wygląda, ale dla nas Głęboczan to czyrak na nosie, jak gniazdo żmij, wykarmione na naszej piersi. Jest to ukraiński dim ( Dom Ludowy), zaochronka taj  „ridna szkoła”. Wybudowało się to „pid polskiem jarzmom, pid hnitom panskeij niewoli”  (…) Niezadowoleni wiecznie Rusini. Zapytacie, dlaczego? Dlatego, że oni już na świat przyszli niezadowoleni. (…) czemu? (…) ten szatański naród zawsze szuka zwady i zdrady. Bo każdy naród ma pewne zdolności i upodobania np. Włosi do malarstwa i sztuki, Francuzi do mody i elegancji, Polacy do bałaganu, a nasi kochani Ukraińcy do noża, ognia i rabunku (…) Za nieboszczki Austrii było tego mniej, ale za Polski nienawiść Rusinów, którzy przechrzcili się na Ukraińców, nie miała granic. Bywały zatargi o wszystko..(…)  A zwracając się do polskich władz przedwojennych pisze, cytuję: Widzieliście, że Ukraińcy czyhają na zgubę Polaków, że korzystają z dobroci i łagodności serca, a na każdym kroku wyrządzają krzywdę polskiej ludności(…) Coście uczynili, jakich środków użyliście, by zabezpieczyć ludność polską przed okrucieństwem tego domowego wroga?(…) Patrzyliście przez palce, a nawet czasem dawaliście im krzyże zasługi. Za co? Chyba za to, że was dobrze okłamywać umieli(…) I co mamy wam powiedzieć(…)
I tutaj wymienia wszystkie Stany I- RP i jednocześnie zaprasza do oglądania krwawego obrazu wsi Głęboczek cytuję(…) Wy wszyscy chodźcie ze mną tam, hen na rogatki, a ja wam pokażę owoce waszej polityki. Stójcie i patrzcie! Wytrzeszczajcie swe tłuszczem zarośnięte oczy i patrzcie, do czego doprowadziła wasza głupia gospodarka(…) To jest wasze bagatelizowanie naszych próśb i naszych błagań panowie minionej – władzy RP(…) Stańcie tu i patrzcie na Głęboczek(…) Coście tak strasznego zobaczyli, że wasze twarze oblekły się trupią bladością?(…) Piekło się przed wami otwarło? Tak, to jest piekło na ziemi(…) Matka ziemia leży pod śniegiem skowana kajdanem (kajdanami – MW) mrozu, a nad Głęboczkiem wielkie morze płomieni. Kłęby dymu rwane wiatrem sieją się po polach, a chmury iskier buchają pod ciemne niebo. Ryk bydła, rżenie koni, ujadanie psów miesza się z jękiem mordowanych ludzi. Czy wiecie, co się dzieje? To wschodzi ziarno posiane ręka księdza Kaznowskiego!(kościoła unickiego – MW) To są żniwa krwawe, na które czekali Remedy, Tomkowydy, Haładybordy(…) Płonie ludzki dobytek. Idą z dymem chaty, komory i stodoły, ginie w ogniu praca gromadzona rękami całych pokoleń. Ludzie obłąkani ze strachu uciekają półnago, boso po śniegu w pola, w lasy, gdzie ich oczy poniosą. O nic nie dbają, wszystko dla nich stracone. Ratują tylko rzecz najcenniejszą daną człowiekowi przez Boga- życie. A we wsi odbywa się taniec śmierci. Nasi bracia po Chrystusie(…) wczorajsi sąsiady (sąsiedzi – MW), kumy i swaty, teście i szwagry (szwagrowie – MW) – a dzisiejsi katy i mordercy, podpalacze i „rizuny”. Razem ze swoimi synami i córkami mordują, rżną i podpalają. Pławią się we krwi niewinnych kobiet i dzieci, we krwi, z którą setki lat byli spokrewnieni. Zapomnieli o swoich przywilejach w Rzeczypospolitej(…) Wylazła z ich duszy rogata bestia, tak długo przyczajona (…) teraz zbryzgana krwią wrzeszczy „Sława Ukraini, Sława Banderii, Na pohybel Lachom”(…) Oto podziękowanie wam panowie wojewodowie i ministrowie za „Narodnu Tarhowlu”, za „Centrosojuzy”, za „Czeteli Proświty”, za „Ridni Szkoły”(…) Koniec cytatów.
W Głęboczku w tę zimową noc zamordowano ponad 190 osób. Dodam od siebie, że wcześniej, jesienią 1944 roku zamordowano mojego wujka Dominika Kwiczaka i dziesięciu innych mężczyzn, a w 1942 r. jego młodszego brata Mateusza Kwiczaka. I to rodziło rozłam w jednym kraju, bo wszyscy byliśmy obywatelami jednej Polski. We wspomnieniu Autor pisze, że wykonanie śmierci na Biłasie i Danyłyszynie wyryło w jego duszy głęboką ranę. Wszyscy (Ukraińcy) zaczęli inaczej patrzeć na to, co się wokół nich dzieje. Po prostu innymi oczami. Utwierdzali się w tym, że ta Polska to przecież okupant (tak należy odczytać intencje Autora, bo tak nazywa Polskę). Z nim należy jedynie walczyć. A przy tym żądać, żądać…  Zapomniał powiedzieć, że w tym czasie terrorystyczne podziemie w postaci UWO dokonuje wielu morderstw ludzi: jak ministra Pierackiego, Stanisława Sobińskiego – kuratora szkolnego, Iwana Babija- dyrektora gimnazjum ukraińskiego we Lwowie, Sadira Twerdochliba - poetę ukraińskiego, Emila Ciechowskiego – podkomisarza policji i innych. W latach 1922- 1924 spalono 2300 stogów zboża, budynków folwarcznych na Podolu, w tym i pow. Borszczowskim. Np. w 1931 odnotowano 43 akcje sabotażowe, a były to pobicia, zabójstwa, podpalenia, napady na konwoje pocztowe, akcje grożące bezpieczeństwu pasażerów PKP itp.
Zapomniał napisać, że Wasyl Biłas i jego wujek Danyłyszyn – członkowie organizacji terrorystycznej UWO ponieśli karę wydaną przez sąd, niezależny sąd składający się również z Ukraińców. A ponieśli ją za rozbój i napady na konwoje pocztowe oraz za zabójstwo Tadeusza Hołówki, pro-ukraińskiego polityka, wiceprezesa BBWR, współpracownika Marszałka Józefa Piłsudskiego.
W tym czasie, o którym pisze wspomnienia Autor podziemie nacjonalistów ukraińskich dokonuje szereg napadów na polskie czytelnie – bije, niszczy i morduje.  Na zakończenie moich uwag dodam, że jestem naocznym świadkiem, z jaką „atencją” wczorajsi mordercy (a przed tym sąsiedzi) odnosili się szczątków ofiar. ”Był dzień 13 luty 1944. Od strony Szlachty w Łanowcach nadjechała fura. Taka, jaką się woziło obornik (gnój) na pola. Furą powoził znany mi wówczas Ukrainiec, popijał wódkę z butelki. Między deskami tego „uroczystego wozu” zobaczyłem zwęglone szczątki ludzkie. Poznałem po tym, bo miały one szeroko otwarte usta, jakby niemo wołały o pomstę do Boga, miały spalone, zaciśnięte dłonie, jakby wygrażały mordercom. Były niedbale przykryte słomą.  Byłem dzieckiem (11lat), stałem za bramą na własnym podwórku (Szulhanówka Duża) i nie mogłem być widoczny, ale ja widziałem wszystko i wszystko słyszałem. Od strony cmentarza nadszedł człowiek. Nie był mi znany. Zatrzymał woźnicę tuż przy naszej bramie i zapytał po ukraińsku: Co wieziesz? A woźnica tylko skinął niedbale głową do tyłu – powiedział: Nie widzisz, że padlinę - „sterwo - się wyraził”?
Zrzuć tą padlinę obok tej jamy na cmentarzu, my to zakopiemy - padła odpowiedź tego, który nadszedł”. Wtedy w Łanowcach na Szlachcie UPA zamordowała 83 osoby ( podaję za Internetem, my wówczas wiedzieliśmy tylko o 78 ofiarach). Oprócz ludzi starszych zginęło wielu moich kolegów. Józka Adamowskiego zabito siekierą, dwoje dzieci o nazwisku Skórscy najpierw okaleczono, obcięto im języki i wydłubano oczy, a później obcięto igłowy siekierą. Inne dzieci spaliły się żywcem, albo ugotowały w piwniczkach pod płonącymi chatami.
Tego nigdy się nie zapomina…
W powiecie Borszczów ukraińscy nacjonaliści zamordowali 2985 osób, spalili ponad 3000 domów i wypędzili z ich własnych gospodarstw 14991 osób ( źródła Intern.)
We wsi Strzałkowce – wsi Wasyla Skoropada – autora wspomnień zamordowano 23 osoby.
Cytaty zawarte w treści pochodzą z:  Władysław Tokarczyk – Wspomnienie – Ziemia Podolska- Głęboczek w latach 20 – stych i 30 – stych XX wieku. Ku wspomnieniu tym co odeszli, Ku pokrzepieniu tym co zostali.

Słowo od redakcji: zdecydowaliśmy się zaprezentować p/w wspomnienia głównie dlatego, że oddają koloryt tamtego czasu i miejsca. Mimo, że jest to subiektywny obraz zaprezentowany przez ukraińskiego  autora, to jednak czytelnik może wyrobić sobie własne zdanie o warunkach w jakich wychowywali się młodzi Ukraińcy (Rusini) w czasach II RP. Wśród bogatych opisów dnia powszedniego, zwyczajów i tradycji, autor zamieścił obraz rodzącego się nacjonalizmu i fałszywego pojęcia Ukrainy, która de facto jako państwo nigdy nie istniała. Określenie Ukraina dotyczyło nazwy geograficznej. Zastanawiające jest, że nic nie wspomina o czasach kiedy był "przymusowo" wcielony do Armii Czerwonej i jednocześnie nie wyjaśnia jak trafił do Kanady " jako jeden z niewielu szczęśliwców"? Twierdzi również, że nic nie wiedział co się działo w jego wsi, całą niemiecką okupację był żołnierzem A. Cz. Jednak we wspomnieniach napisał: " W szeregach „Łuhu” w naszej wsi wychowało się wielu przywódców i pracowników, którzy później byli żołnierzami dywizji „Hałyczyna”, a także służyli w UPA". Można  zatem przyjąć za pewnik , że pominięty okres z życiorysu autora nie spodobał by się zarówno kombatantom A.Cz. jak i tym co byli w UPA.