foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie

 

Iwo Gall - Życie i twórczość | Artysta | Culture.pl

NAJSTARSZA KRONIKA POLSKA I JEJ AUTOR

ANONIM T.ZW GALL

Jeden z najznakomitszych znawców naszego średniowiecza wyraził zapatrywanie, że napisane w najstarszych naszych rocznikach wyrazy- Książę Mieszko przyjmuje chrzest, - Dobrówka przybywa do Mieszka, nie są, być może  pierwszymi słowami, jakie w Polsce w ogóle zostały napisane, mianowicie w r. 905/906. Oczywiście niepodobna domysłu tego sprawdzić, ale też nie ulega wątpliwości, że w każdym razie niezbyt  jest on od prawdy odległy. Chrześcijaństwo przyniosło z sobą do nas nieznane dotąd w Polsce pojęcia, instytucje i umiejętności, któreśmy w niejednym kierunku szybko zdołali sobie przysoić, rychło czyniąc własne, samodzielne kroki nagle na otwartych nagle przed narodem nowych dziedzinach kultury i cywilizacji.

Chrześcijaństwo wyparło pogaństwo. Na styku dwóch światów zaiskrzyło. Zwarły się ze sobą dwie siły, z których jedna, stara, zasiedziała i swojska, ustąpić musiała nowej, silnej, prężnej. Druga zaś roztoczyła swe wpływy i zakreślała coraz większe kręgi… Czy tak wyglądał początek końca religii politeistycznej?

Początki chrześcijaństwa w Polsce nie były łatwe. Leży przede mną na biurku kawałek drewna. Niezwykły. Pochodzi z drzewa, którego wiek obliczany jest na 800-900 lat. To bardzo stary fragment bieli, a znalazłem go w przedziwnym miejscu. Ilekroć dotykam tego wysuszonego, spróchniałego kawałka dębiny, zawsze mam wrażenie, jakbym dotykał czegoś, co w niewytłumaczalny sposób przeniosło się w czasie i pojawiło w XXI wieku jako przybysz z wczesnego średniowiecza. W dodatku drzewo, z którego pochodzi, mogło być świadkiem bardzo niecodziennego zdarzenia…

Czasów głęboko pogańskich sięga swym rodowodem rytualny krąg położony w dębowym gaju, opodal niewielkiej, sennej miejscowości Łobżenica. Ten ważny z pewnością w całej Krajnie ośrodek pogańskiego kultu Swarożyca przyciągał rzesze czcicieli tego boga przez całe zapewne wieki. Gaj ten w czasach przedchrześcijańskich był częścią wielkiej Puszczy Krajeńskiej. Zwany był wówczas „Gajem na górce”, lub prosto: „Górką”. W samym centrum gaju umiejscowiony był ów kamienny krąg, w którego centrum rósł potężny, stary dąb, a opodal płonął święty ogień. To właśnie kilkaset metrów stąd, pewnego słonecznego dnia, stał się cud…

Pogaństwo kwitło jeszcze w XI wieku.

 

Był rok 1079, w głębokich ostępach kult Swaroga jeszcze pokątnie sprawowano. Rodzina Bossutów, która przybyła z Czech jeszcze z Dąbrówką i osiadła opodal, usilnie starała się wyplenić pogaństwo – bezskutecznie jednak. Mimo, że rodzina ta wydała na świat następcę pierwszych biskupów – Bossutę Stefana – gnieźnieńskiego arcybiskupa, ich starania chrystianizacyjne tu właśnie, w góreckim Gaju, owoców nie rodziły. Dla wykorzenienia pogaństwa potrzeba było czegoś więcej. Przełom nastąpił niespodziewanie. Nawet dla samych Bossutów.

 

CHRZEST POLSKI I POCZATKI PAŃSTWA POLSKIEGO

 

Tzw. Chrzest Polski, czyli Chrzest Mieszka w 966 roku uważany jest za wydarzenie przełomowe, od którego liczymy powstanie Polski. Jak wyglądały początki państwa polskiego? Czy do jego powstania przyczynili się wikingowie? Jak na rozwój państwa wpłynęli tacy władcy jak Mieszko I i Bolesław Chrobry, czy wydarzenia jak bitwa pod Cedynią, zjazd gnieźnieński, czy wyprawa Chrobrego na Kijów?

 

 

 

ANTEMURALE CHRISTIANITATIS

 

Przedmurzem chrześcijaństwa nazywano także Bizancjum oraz Węgry. Polskę zaczęto określać w ten sposób w XV w. Wydaje się, że polska dyplomacja posługiwała się tym pojęciem, by dowodzić, że Rzeczypospolita Obojga Narodów, broniąc swych granic przed Tatarami i Turkami, działa na korzyść całego świata chrześcijańskiego.

Sława Polski – antemurale christianitatis – rosnąć będzie głównie dzięki obcym pisarzom, takim jak: humanista i dyplomata Filip Buonacorsi, zwany Kallimachem, wybitni humaniści Sebastian Brant, Niccolò Machiavelli i Erazm z Rotterdamu. Może to dowodzić powszechnego wśród europejskich elit przekonania, że Polska stoi na straży chrześcijańskiej Europy.Polonia semper fidelis – Polska zawsze wierna

Polska, ukształtowana przez tradycję rzymską, a za jej pośrednictwem grecką, przez chrześcijaństwo, przez kulturę włoską, duchowo wierna cywilizacji Zachodu, stała …

„Antemurale Christianitatis” – Przedmurze Chrześcijaństwa. Zapewne każdy z nas słyszał ten termin, traktując go jako powód do dumy z dokonań naszych przodków. Jaka jest jednak jego historia?

Polska w zasadzie od niepamiętnych czasów była najbardziej na wschód wysuniętym państwem cywilizacji łacińskiej, tej Respublica Christiana, wspólnoty państw katolickich. Naturalnie wiązało się to z koniecznością ochrony kresów cywilizowanego świata przed hordami barbarzyńców. Jako pierwsza próba tego rodzaju na myśl od razu może przyjść bitwa pod Legnicą, w której to Sługa Boży Henryk II zwany Pobożnym, książę Śląska i całej Polski, poniósł śmierć męczeńską z rąk tatarskich najeźdźców (jest szansa, że niedługo za ten czyn, jak i za całe swoje życie, zostanie beatyfikowany, jako pierwszy pełnoprawny męski władca Polski w historii i pierwszy męski przedstawiciel dynastii Piastów). Można też sięgnąć jeszcze głębiej, aż do czasów Bolesława I Chrobrego i jego dążeń, tak zbrojnych jak i przede wszystkim pokojowych, do nawrócenia pogańskich sąsiadów. Tej roli naszego kraju niewątpliwie świadoma była i stolica apostolska. W korespondencji Władysława Łokietka z papieżem Janem XXII (1323) pada określenie księstwa halicko-włodzimierskiego, będącego wtedy w zasadzie czymś w rodzaju protektoratu Polski, jako tarczy (scutum) przeciwko groźnym hordom tatarskim.

Ten pierwotny etap w dziejach naszego kraju, stanowienie osłony przed najazdami pogańskimi, właściwie zakończył się wraz z unią polsko-litewską i chrztem ostatniego pogańskiego państwa w Europie. W tym samym jednak czasie nad Christianitatis zawisło nowe zagrożenie, znacznie groźniejsze od dotychczasowych. Mowa oczywiście o państwie osmańskim, które w 1369 uzyskało przyczółek po drugiej stronie Bosforu, zajmując Adrianopol (i przenosząc tam swoją stolicę). W 1389 r. odnieśli wielkie zwycięstwo na Kosowym Polu, podporządkowując sobie Serbię, a w 1396 r. pod Nikopolis rozbili wielonarodową armię krzyżowców, dowodzoną przez Zygmunta Luksemburskiego, króla Węgier i przez Jana bez Trwogi, syna księcia Burgundii, w wyniku czego podporządkowali sobie resztki niepodległej Bułgarii. Wreszcie w 1453 r. zajęli Konstantynopol, od tego czasu uważając się za jedynych prawowitych spadkobierców Cesarstwa Rzymskiego.

W tej sytuacji to Węgry, strzegące bezpośredniej granicy z państwem osmańskim i jego wasalami, stały się głównym obiektem troski papiestwa i celem wsparcia, jakie winny im udzielać inne kraje Christianitas. Polska, tocząca w tym czasie boje z zakonem krzyżackim, a przy tym zajmująca dwuznaczną stanowisko wobec herezji husyckiej w Czechach, znalazła się niejako na uboczu tego, mówiąc nieco anachronicznie, „starcia cywilizacji”. Sytuacja wkrótce jednak miała się zmienić wraz z wyborem w roku 1440 młodziutkiego Władysława, pierworodnego syna Jagiełły, na tron świętego Stefana. Tuż przed wyruszeniem na wielką wyprawę antyturecką włoski humanista Francesco Filelfo pisał o młodym władcy: „Ciebie świat zowie gwiazdą królów. Tyś jest przedmurzem całej rzeczypospolitej chrześcijańskiej”. Jak wszyscy wiemy, Władysław nie powrócił z tej wyprawy, znalazłszy śmierć na polu chwały pod Warną. Od tego jednak momentu kwestia udziału Polski w obronie południowo-wschodniej flanki Christianitas staje się stałym elementem naszego imaginarium politycznego. Arcybiskup kreteński Hieronim Lando, zachęcając króla w roku 1462 (w mowie wygłoszonej w Krakowie) do rozpoczęcia wojny z Turkami, nazywał Polskę tarczą, murem i przedmurzem (scutum, murus, antemurale) całego chrześcijaństwa.

Zarazem jednak polityka ta była w kolejnym wieku naznaczona pewna dwuznacznością. Z jednej strony, kwestia turecka stała się bezpośrednim zagrożeniem dla unii polsko-litewskiej po tym, jak pod koniec XV wieku państwo osmańskie zyskało bezpośrednią granicę z Wielkim Księstwem Litewskim, na skutek odebrania Mołdawii portów czarnomorskich Kilii i Białogrodu w regionie zwanym odtąd Budziakiem (oraz podporządkowania Turcji całego Hospodarstwa Mołdawskiego jako wasala), a także zhołdowania w 1475 Chanatu Krymskiego. Z drugiej strony – Polacy wcale nie rwali się do walki z Osmanami. Po klęsce Jana Olbrachta w wyprawie mołdawskiej w 1497 r., do większych walk doszło dopiero w latach 20. XVI wieku, gdy Turcy wdarli się wprost na ziemie Wielkiego Księstwa Litewskiego, zajmując Oczaków (jedyny port na tym litewskim skraju Wybrzeża Morza Czarnego, dzięki któremu możemy się nieco anachronicznie chlubić, że Rzeczpospolita sięgała „od morza do morza”). Mimo iż w tym samym czasie bratanek ówczesnego króla Polski, Zygmunta I zwanego Starym, król Węgier Ludwik Jagiellończyk zginął w bitwie pod Mochaczem, w wyniku czego niemal całe Węgry (wyjąwszy skrawki na północy i zachodzie, znajdujące się głównie na terenach współczesnej Słowacji i Chorwacji), to Polacy dążyli raczej do utrzymania pokoju z islamską potęgą, co udało się w 1533 roku. Zwany czasem „pokojem wieczystym”, traktat istotnie utrzymał się w mocy dość długo, bo przez niemal kolejne sto lat.

Nie oznacza to jednak, że nasi przodkowie chcieli się wyrzec tytułu przedmurza chrześcijaństwa, wręcz przeciwnie – proponowali znaczne rozszerzenie tego muru (w sensie geograficznym), tak, by oddzielał on również Christianitas od zakusów… schizmatyckiej Moskwy. Jeszcze w XV wieku Jan Ostroróg, kasztelan poznański w napisanym przez siebie Memoriale o urządzeniu Rzeczypospolitej, przestawiał Polskę jako kraj, który osłania zarówno siebie, jak Śląsk, Morawy i Czechy oraz prawie całe Niemcy „przeciw Turkom czy Tatarom, a nawet przeciw Moskwie czy Wołochom” (co oprócz szczytnych deklaracji miało również bardzo praktyczne konsekwencje, bowiem według autora stanowiło uzasadnienie odmowy ponoszenia jakichkolwiek opłat na rzecz papieża, które miałyby być przeznaczone na walkę z Turkami). W tym samym duchu, donosząc w styczniu 1525 roku Leonowi X o zwycięskiej bitwie pod Orszą, Zygmunt I chełpliwie przypominał, że Polska sama toczy wojny nie tylko przeciwko Turkom, Tatarom oraz „innym Scytom zza Donu”, ale walczy również z wielkim księciem moskiewskim, owym sarmacko-azjatyckim tyranem, bluźniercą i schizmatykiem, działającym na zgubę „Kościoła rzymskiego”. Król polski podkreślał, iż nie czyni tego we własnym lub państwa swego interesie, ale dla dobra całej „chrześcijańskiej Rzeczypospolitej”. O tym samym Erazm Ciołek starał się przekonać cesarza Maksymiliana w roku 1518. Gdy Leon X wystąpił w tymże roku z kolejnym, bardzo konkretnym projektem krucjaty antytureckiej (tzw. „świętego związku”), Zygmunt I oświadczył, że od dawna pragnie zorganizowania podobnej wyprawy krzyżowej. Może się jednak do niej przyłączyć nie wcześniej ,,aż Polska upora się z Tatarami, Moskwą oraz z innymi wrogami”. Jak widać, już wtedy władcy Polski zdawali sobie sprawę, że misja Polski jako krzewiciela i obrońcy Christianitas nie odnosi się tylko do muzułmanów i pogan, lecz również do schizmatyków. Wkrótce miało to znaleźć wyraz w unii brzeskiej z 1596 roku.

Starania władców Polski o uznanie jej wyjątkowego statusu jako obrońcy i tarczy Christianitas wprawdzie nie od razu zyskały aprobatę Rzymu, dość szybko jednak wpłynęły na imaginarium polityczne samych Polaków. „O, królestwo sarmackie, przedmurze chrześcijaństwa, jego zaporo i obrono od wrogów”, pisał w 1521 r. Jost Ludwik Decjusz, pochodzący z Alzacji krakowski dyplomata, historyk, ekonomista, finansista i sekretarz króla Zygmunta Starego, jego późniejszy doradca i zwierzchnik mennic koronnych, ubolewając, że kiedy Polska zatrzymuje swą piersią „ataki najgorszych nieprzyjaciół”, nie brak takich, co „przez intrygi” dążą do jej zguby i nasyłają na nią „najgorszych wrogów chrześcijaństwa”. Jeden z pierwszych polskich poetów, Marcin Bielski pisał w swoim poemacie satyrycznym „Sen majowy pod gajem zielonym jednego pustelnika”, wydanym w 1566 roku:

 

Za nami jak za murem drudzy pokój mają,

A wżdy im to niewdzięczno, a naszem złem radzą.

 

Natomiast Stanisław Orzechowski, ksiądz i kanonik przemyski, jeden z najpopularniejszych wśród szlachty pisarzy politycznych, w mowie pogrzebowej ku czci Zygmunta I podkreślał, że wszystkie wojny, jakie zmarły król prowadził, miały na celu obronę „religii chrześcijańskiej przeciwko Tatarom i Turkom, a przeciwko Moskwie i Wołoszczyźnie imienia rzymskiej Stolicy Świętej, której te ludy są zaciętymi wrogami wskutek sporu pomiędzy Grekami a Rzymem”. I nie powinno wobec tego dziwić, że w roku 1573 Jan Franciszek Commendone, legat papieski i nuncjusz apostolski w Rzeczypospolitej, pragnąc zachęcić szlachtę do elekcji katolickiego władcy, tłumaczył wyborcom, że jedynie król tego wyznania jest w stanie zabezpieczyć to „przezacne i zawsze za całego chrześcijaństwa przedmurze uważane królestwo” przed inwazją pogan czy też heretyków.

Trudno jednak z pewnością stwierdzić, że samo zagrożenie herezją protestancką, jakiemu w XVI wieku musieli stawić czoła nasi przodkowie, stało się kolejnym punktem odniesienia dla autoidentyfikacji Polski jako przedmurza chrześcijaństwo. Dziać się tak mogło z kilku powodów. Przede wszystkim, już w 1573 w akcie tak zwanej konfederacji warszawskiej zagwarantowano w Rzeczypospolitej równouprawnienie polityczne szlachcie, która przeszła na protestantyzm. Właściwie bardziej zdecydowany i, co ważne, skuteczny odpór błędom Lutra i Kalwina Polska dała raczej w XVII wieku, wcześniej zachowując raczej neutralność (czy wręcz przyzwalając na sekularyzację Państwa Zakonu Krzyżackiego i przyjęcie przez nowo powstałe Księstwo Pruskie religii luterańskiej jako panującej, jako w zasadzie pierwsze państwo na Świecie). Ponadto należy również dodać, że aż do końcówki XVI wieku Polska w zasadzie nie toczyła wojen przeciwko państwom protestanckim, a gdy ten stan rzeczy uległ zmianie w związku z wybuchem długotrwałego konfliktu ze Szwecją, to miał on przede wszystkim raczej charakter dynastyczny niż religijny (choć samo pozbawienie Zygmunta III Wazy należnego mu tronu miało oczywiście również, jeśli nie przede wszystkim, wymiar religijny). Szczególnie symptomatyczna jest tu oficjalna neutralność Rzeczpospolitej wobec największej i najważniejszej wojny religijnej w historii Europy, czyli wojny trzydziestoletniej.

Zarazem jednak należy wspomnieć, że w XVI wieku sama idea Polski jako „przedmurza chrześcijaństwa” była dość często krytykowana właśnie przez rodzimych protestantów. Tak na przykład kalwiński polemista i duchowny, Stanisław Sarnicki, w 1575 r., w swoim dziele De bello turcico deliberatio pisał, iż byłoby absurdem zrywać długoletni pokój z Turcją, którego tak starannie przestrzega Francja, a nawet Wenecja i cesarstwo nie zdecydowały się na podjęcie długotrwałych walk z imperium tureckim. Podobnie anonimowy autor „Deliberacyjej o społku i związku Korony Polskiej z pany chrześcijańskimi przeciwko Turkom”, wydanej w 1595, odradzał swym rodakom uczestnictwo w takiej koalicji, bo sułtan „nam nigdy obrazy ani krzywdy żadnej nie uczynił” i skoro Wysoka Porta dochowywała Polsce traktatów, i my nie powinniśmy ich łamać. Przystępując do ligi chrześcijańskiej, „wtargnienia tureckiego” nie unikniemy.

Wobec przytoczonych wyżej faktów można zrozumieć, że jeszcze na początku XVII w. stosowanie pojęcia antemurale do Polski wydawało się nad Tybrem co najmniej dyskusyjne. Poeta Traiano Boccalini w sztuce poświęconej walce narodów europejskich z Wysoką Portą każe królowi polskiemu, Zygmuntowi III Wazie, wyznać, że „Polacy żyli z Turkami w dobrym pokoju” , starali się bowiem „nie drażnić śpiącego psa”, nie ufali zaś domowi austriackiemu, który „nie jest rozkochany w wielkości Polaków”. Sytuacja wkrótce jednak miała ulec zmianie.

W 1620 roku, w odpowiedzi na wieści o wielkiej inwazji tureckiej, jaka miała zdążać ku Rzeczpospolitej w ramach zemsty za udzielenie wsparcia Świętemu Cesarstwo Rzymskiemu w wojnie trzydziestoletniej, które przyczyniło się do rozbicia wspierających stronę protestancką wojsk księcia Siedmiogrodu, osmańskiego wasala (wsparcia zresztą raczej symbolicznego, polegającego na zgodzie króla Zygmunta III na zaciąg wojsk najemniczych z polskich ochotników), wojsko polskie pod wodzą hetmana wielkiego koronnego, Stanisława Żółkiewskiego, przekroczyło Dniestr i stoczyło z Osmanami bitwę pod Cecorą, w której odniosło sromotną klęskę, a sam hetman poniósł śmierć podczas próby odwrotu ku granicy.

Jednak to nie Cecora, lecz zwycięstwo odniesione rok później pod Chocimiem przez wojska dowodzone przez hetmana litewskiego Jana Karola Chodkiewicza, zapoczątkowało wręcz lawinowy wzrost wzmianek o Polsce jako o przedmurzu, występujących zarówno w źródłach rodzimych, jak i obcych. Ze szczególną radością powitał Chocim papież Grzegorz XV, nazywający w instrukcjach dla nuncjuszy „sprawę polską […] sprawą całej Europy”. Papież pisał o Polakach, że są „godnymi, aby ich cała społeczność chrześcijańska mianowała oswobodzicielami świata i pogromcami najsrożnych nieprzyjaciół”. Chocim został nawet, tak jak wcześniej wielkie zwycięstwo morskie z 1571 r. pod Lepanto, wpisany do formularza mszalnego i oficjum brewiarzowego, których to wyróżnień nie dostąpiły przedtem wiktoria pod Grunwaldem, a później zwycięstwo pod Wiedniem. Aż do reformy kalendarza liturgicznego, wprowadzonej po soborze watykańskim II, Kościół w Polsce obchodził 10 października wspomnienie dziękczynienia za Zwycięstwo Chocimskie 1621 r., jako święto 3 klasy. Odtąd Rzym nie wyrażał już wątpliwości na temat tego, czy Polska stanowi „antemurale christianitatis”. Tak też została nazwana w jednym z listów papieskich z roku 1621. Przypomniał o tym między innymi Innocenty XI, który w 1678, zgorszony zawarciem rozejmu w Żurawnie, na mocy którego Polska pozostawiała pod władzą turecką utracony w 1672 roku Kamieniec Podolski, pisał do naszego senatu, iż nie powinien był dopuścić do ratyfikacji tego układu. Albowiem „przepotężnym i świetnym przedmurzem rzeczypospolitej chrześcijańskiej było po wsze czasy Królestwo Polskie”.

Atmosfera taka musiała się udzielić nawet protestantom, o czym może świadczyć to, że po drugiej bitwie pod Chocimiem, stoczonej 1673 r., przebywający już na emigracji arianin Zbigniew Morsztyn nazywał swą ojczyznę „zasłoną, murem i całej Europy obroną”.

Zanim przejdziemy do dalszych dziejów terminu, będącego tematem naszych rozważań, warto może w tym miejscu zastanowić się, skąd w ogóle się on wziął, w swojej bądź co bądź dość osobliwej formie – nie mur, ale właśnie przedmurze. Jak można było przypuszczać, jest to termin pochodzenia biblijnego. W tłumaczeniu świętego Hieronima, antemurale występuje dwukrotnie w Starym Testamencie, mianowicie u Izajasza 26,1: „Ponitur in ea murus et antemurale” oraz w Trenach Jeremiasza 2,8: „Luxtique antemurale et murus pariter”. Aż do schyłku XVI stulecia zarówno katolicy (Biblia Leopolity z 1561), jak i różnowiercy (tzw. Biblia Radziwiłłowska oraz Biblia Budnego z 1572) tłumaczyli antemurale przez parkan, basztę, przekop lub wał. Dopiero w przekładzie Jakuba Wujka (1599 r.) pojawia się znany nam dobrze termin: „Będzie w nim położony mur i przedmurze” (Izajasz), „I płakało przedmurze i mur społem rozwalony jest” (Treny Jeremiasza).

Co jednak ciekawe, wydaje się, że aż do schyłku dawnej Rzeczypospolitej ani razu chyba nie określono jej polskim słowem „przedmurze”. Jedyny znany nam wyjątek stanowi Wacław Potocki, który w „Transakcyi wojny chocimskiej”, powstałej ok. 1672 roku, lecz ogłoszonej drukiem dopiero w 1850, napisał, że:

 

(...) skoro się do Polski bisurmanin wrzepi

I zniesie to przedmurze, bez wszelakiej chyby

Będzie ich [chrześcijan] suchą ręką zbierał jako grzyby.

 

Mimo to zrozumienie łacińskiego odpowiednika nie stanowiło dla ówczesnej szlachty większego problemu. Jak je rozumieć, tłumaczył na przykład kaznodzieja królewski Adrian Pikarski, który na sejmie 1672 r. „wywodził obszernie, co to antemurale”. Jest nim Korona Polska, mająca piersi rycerstwa na obronę swych granic oraz dla ochrony i szerzenia religii katolickiej. Kiedy jednak jej obywatele zaniedbali się w swych obowiązkach, Bóg dotkliwie zmniejszył granice państwa. Jezuicki kaznodzieja czynił tu porównanie do losów Jerozolimy, która w podobny sposób została pokarana przez Boga. Punktem wyjścia do kazania był cytat z Pisma Świętego, a mianowicie przytoczony już werset z Izajasza.

Z kolei najwybitniejszy poeta szlacheckiego baroku, Wespazjan Kochowski, zgodnie z ówczesna maniera spolszczając antemurale na „antemurał”, określał w ten sposób samą Matkę Bożą, w Pieśni III swojego „Niepróżnującego próżnowania”, zatytułowanej w iście barokowy sposób jako „Taratantara albo pobudka do rycerstwa polskiego żeby ufności w Bogu pełni pośpieszali na odsiecz Kamieńcowi Podolskiemu”:

 

Królowa Polska, Sarmacyjej pani,

Tobie i nieba, morze i otchłani

Posłuszne zawsze, świetną słońce togą,

Miesiąc pod nogą.

 

Błogosławioną zową Cię narody,

Boś nam w kłopotach dana dla ochłody,

Ucieka się dziś pod Twój paiż mocny

Kraj nasz północny.

 

Widzisz to. Panno, jak Twoje kościoły

W bluźnierskie idą moschy lub popioły.

Uczyń, niech brzydki co się Turczyn sroży,

Z srogości złoży.

 

Tyś jest szyk wojska, szyk nieustraszony,

Tyś antemurał Polski niezwalczony,

O wieżo mocna i w tej naszej stronie

Nowy Syjonie.

 

Wraz z najpierw osłabieniem, a potem całkowitym upadkiem Rzeczypospolitej, jej rola jako antemurale stała się pieśnią przeszłości, podobnie jak i samo Christianitas, którego miałaby być osłoną.

 

Pognębiona rozbiorami Polska w oczach swoich mieszkańców stawała się, w zasadzie bluźnierczy sposób, „Chrystusem narodów”, który swoją męką miał przynieść „wyzwolenie” narodom „ciemiężonym” przez ówczesnych monarchów. Inni szli jeszcze dalej, agitując za tym, by Polska stała się aktywnym liderem wszelkich ruchów rewolucyjnych, w myśl zasady „za wolność naszą i waszą”.

Szczęśliwie jednak ten hańbiący okres w zasadzie dobiegł końca wraz z odzyskaniem przez Polskę niepodległości w 1918 roku. Nasza Ojczyzna wróciła na swoje miejsce w Europie, musząc odpowiedzieć sobie na pytanie, czy weźmie na siebie znów tę samą rolę – rolę przedmurza.

Oczywiście, sama idea nie była bynajmniej zapomniana przez 123 lata niewoli. Już w przededniu Wielkiej Wojny, gdy rosły nasze nadzieje na przynajmniej uzyskanie wyraźnie szerszej autonomii u boku któregoś z mocarstw, coraz chętniej wspominano nie cierpiętnictwo rozbiorów, lecz chwałę dawnej Rzeczypospolitej. Już w czasie wojny, historyk Oskar Halecki, wówczas docent na Uniwersytecie Jagiellońskim, dając wykład z cyklu „O przyczynach upadku Polski”, poruszył temat misji Rzeczypospolitej na Wschodzie: „Polska wyjątkowe w Europie zdobycze wolnościowe swej rycerskiej braci zaniosła (…) wśród liczne rzesze bojarstwa, uginające się pod ciężarem powinności służebnych i ograniczeń osobistych praw (…). Ideał przedmurza chrześcijaństwa, zachodniej kultury i wolności, który przyświecał pierwszym twórcom i szermierzom unii, kiedy szli w Witoldowe boje nad Worsklę lub nad Okę, wcieliła w sobie Polska, ich potomków, owiana zwycięskim szumem husarskich skrzydeł pod Kłuszynem i Chocimiem. Polska wreszcie uświęciła Wspólną Rzeczpospolitą tym krzyżem, który Jadwiga zaniosła nad Wilię jako ryngraf obronny przed mieczem krzyżackim, który Skarga ukazywał Rusi w imię jedności Kościoła Bożego”.

Możliwość ponownej realizacji tej szczytnej roli pojawiła się jednak dopiero, co oczywiste, po odzyskaniu niepodległości – z tym, że w międzyczasie w istotny sposób zmienił się przeciwnik, przed którym Polska miała osłaniać Europę. Islam został właściwie wypchnięty z kontynentu, poza przyczółkiem tureckim wokół Adrianopola, należącym zresztą do państwa oficjalnie bezwyznaniowego i prowadzącego antyreligijną politykę, czy marginalnymi enklawami Albanii czy należącej zresztą do Jugosławii (początkowo nazywającej się Królestwem Serbów, Chorwatów i Słoweńców) Bośni. Zagrożeniem przestała być również schizma wschodnia, jej miejsce zajął jednak dużo groźniejszy wróg – rewolucja bolszewicka.

Argument konieczności wspierania przez Zachód Polski jako pierwszej linii oporu przez naporem sowieckim został zresztą właściwie od razu podchwycony przez reprezentantów odradzającego się państwa polskiego na arenie międzynarodowej. Już w czasie konferencji paryskiej Roman Dmowski miał powiedzieć „Polska […] jest obecnie jedyną zaporą dla bolszewizmu i zamierza być jedynym czynnikiem blokującym Niemcom kontrolę nad Rosją” – tak jego słowa zanotował Charles Seymour, profesor Uniwersytetu Yale, rzeczoznawca delegacji amerykańskiej na konferencję pokojową, zajmujący się problemem przyszłości Austro-Węgier. Podobnego zwrotu użył również Józef Piłsudski, w lutym 1921, odpowiadając w Paryżu na przemówienie powitalne prezydenta Republiki Francuskiej Alexandre’a Milleranda. Naczelnik Państwa Polskiego wprost powołał się na ideę Polski jako „przedmurza Zachodu” i mówił o jej „misji cywilizacyjnej” na Wschodzie, analogicznej do tej, jaką Francja wypełniała na Zachodzie.

Oczywiście, stosunek zachodnich mocarstw do nowo odrodzonego państwa nie był, delikatnie mówiąc, jednoznaczny, niemniej i wśród jej przedstawicieli znaleźli się tacy, którzy świadomi byli położenia i roli Polski. Najgłośniejszym z nich był z pewnością brytyjski dyplomata, szef alianckiej misji do Polski, lord Edgar Vincent D’Abernon, który w swojej książce Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata wyraził przekonanie, że w wypadku klęski polskiej armii pod Warszawą w 1920 roku „nie tylko chrześcijaństwo otrzymałoby cios druzgocący, ale samo istnienie zachodniej cywilizacji zostałoby zagrożone. Bitwa pod Tours [znana bardziej jako bitwa pod Poitiers, w której wojska Franków dowodzone przez Karola Młota rozbiły w 732 roku armię muzułmanów z Andaluzji] uratowała naszych brytyjskich przodków i galijskich sąsiadów od jarzma Koranu, prawdopodobne jest, iż bitwa warszawska ocaliła Europę Środkową i część zachodniej od bardziej brzemiennego przewrotem niebezpieczeństwa – od fanatycznej tyranii Sowietów”.

Co ciekawe, nawet ci nieprzychylni wobec Polski byli skłonni, acz bez satysfakcji, przyznać konieczność uznania jej ówczesnej roli. Tak miał stwierdzić nawet sam Gustav Stresemann, minister spraw zagranicznych Rzeszy Weimarskiej, znany ze swoich antypolskich przekonań, w rozmowie z jednym z dyplomatów francuskich, przyznając że w interesie Niemiec niewątpliwie leży konsolidacja Polski, która jest „barierą antybolszewicką”. Zapewne należy to odczytywać w kontekście niemieckiego planu Mitteleuropy, zakładającego istnienie szeregu podporządkowanych Niemcom państewek w Europie Środkowej, odgradzających je od Rosji. Udział Polski w takim bloku byłby uzależniony od znacznych ustępstw terytorialnych na rzecz Rzeszy. Niemniej warto zauważyć, że mimo tej niechęci Niemcy byli świadomi roli Polski jako zapory przeciwko Sowietom.

Rzecz jasna, odwołania do idei antemurale pojawiały się w wypowiedziach ówczesnych hierarchów Kościoła Katolickiego w Polsce. Prawdopodobnie jednym z pierwszym hierarchów, który się do niej wyraźnie odwołał, był arcybiskup warszawski i były członek Rady Regencyjnej, kardynał Aleksander Kakowski. Przy okazji przekazania mu w Rzymie przez papieża Benedykta XV tak zwanej Świecy Jozafata, znanej również jako Świeca Niepodległości lub Świeca Piusowa, powiedział w okolicznościowym przemówieniu: „Niechże świeca umieszczona w Katedrze Świętojańskiej w Warszawie będzie symbolem zadania historycznego naszego narodu: że jak w przeszłości tak i na przyszłość mamy nieść światło cywilizacji chrześcijańskiej i kultury europejskiej na Wschód, mamy być tejże cywilizacji wałem ochronnym, słowem przedmurzem chrześcijaństwa przeciwko zapędom barbarzyńskim Wschodu”. Uroczystość ta miała miejsce 4 stycznia 1920 roku, sama świeca była jednak znacznie starsza, bowiem ofiarował ją polskim katolikom papież Pius IX podczas powstania styczniowego, w związku z kanonizacją Jozafata Kuncewicza, jednego z głównych orędowników unii brzeskiej wśród duchownych obrządku wschodniego w XVI i XVII wieku. Decyzją Benedykta XV świeżo powołany do Kolegium Kardynalskiego ordynariusz warszawski zabrał ją ze sobą z przeznaczeniem dla kościoła katedralnego w stolicy. Obecnie znajduje się ona w Świątyni Opatrzności Bożej.

Również i duchowni krajów zachodnich uznawali doniosłą rolę Rzeczypospolitej. W książce „Les évêques français en Pologne” księdza Alfreda Baudrillarta, będącej pokłosiem pielgrzymki biskupów francuskich, na czele z kardynałem-arcybiskupem Paryża Louisem-Ernestem Dubois, do Polski w 1924., znalazły się słowa o Polsce jako właśnie „barierze” między Zachodem a Wschodem, a miała to być „solide barrière de quarante millions d’hommes”. Polska słaba jest stałym niebezpieczeństwem, Polska silna zaś trwałą gwarancją pokoju – powtarzali biskupi francuscy.

Dzisiaj, być może jak nigdy, Polska powinna sobie zadać pytanie, jaka jest dziejowa rola. Czy, niczym w XIX wieku, chce być awangardą demokracji i liberalizmu? Komunizm sowiecki wprawdzie już dawno upadł, ale nadal wielu nas straszy widmem rosyjskiej inwazji, czy opowiada o rzekomych obowiązkach wynikających z faktu graniczenia z Białorusią, nazywaną „ostatnią dyktaturą w Europie”. Co gorsza, wielu myślicieli i polityków mainstreamowej prawicy zdaje się wierzyć, że jako kraju leżącego przy wschodniej granicy tak Unii Europejskiej, jak i NATO, naszym posłannictwem jest nieść światło cywilizacji „zachodniej” na Wschód, co miałoby oznaczać angażowanie się w różne nieprzemyślane awantury na Ukrainie czy we wspomnianej już Białorusi, w celu zaprowadzenia i umocnienia w nich demokracji liberalnej.

A przecież nie taka była historyczna rola Polski, która nie była przedmurzem żadnego nieokreślonego „Zachodu”, lecz chrześcijaństwa, czy, mówiąc konkretniej, katolicyzmu. Oczywiście, dzisiaj jesteśmy w stokroć trudniejsze sytuacji niż być może kiedykolwiek w naszej historii: tak zwana III Rzeczpospolita, jakkolwiek nie jest nawet oficjalnie krajem katolickim, jest mimo to chyba najbardziej katolickim krajem całej Europy, czy to z ducha jej praw, czy jej mieszkańców, by nie rzec wręcz, że jedynym krajem wciąż katolickim (oprócz może malutkiego Liechtensteinu). Tym samym już nie przedmurze, chroniące z jednej tylko strony, czy nawet z dwóch, niczym w międzywojniu, między Sowietami a nazizmem, lecz bastion czy reduta, otoczona zewsząd.

Tym większa spoczywa na nas odpowiedzialność – najpierw, by zachować to, co jeszcze w Polsce, relatywnie łagodnie dotkniętej najgorszymi skutkami tak zwanej reformy soborowej i równoczesnej jej rewolucji obyczajowej, tli się z depozytu wiary – ale przecież na tym nie można poprzestać. Dziś nie można być już tylko murem, szańcem, lecz hufcem zaczepnym, harcownikami, forpocztą, iskrą, która roznieci ogień tam, gdzie jeszcze tli się żar, lub choć został jakikolwiek opał.

Ktoś może powiedzieć, że to zadanie trudne, niemal niemożliwe. Nawet gdyby się z tym zgodzić, to trzeba jednak zarazem zastrzec, że ono konieczne, a więc i możliwe. W czym nam dopomóż Panie Boże i nasi Święci Patronowie!

 

KSIĘŻA NIEZŁOMNI WALCZĄCY O NIEPODLEGŁOŚĆ POLLSKI TEMATEM NOWOJORSKIEGO "PRZYSTANKU HISTORIA'

 

„Księża Niezłomni 1918–1989” to temat VI edycji zainaugurowanego w czwartek w Clark w stanie New Jersey polonijnego „Przystanku Historia”, poświęconego wkładowi kapłanów w zmagania o niepodległość Polski. Prelekcjom towarzyszą warsztaty dla szkół.

„Kościół był ostoją polskości, języka polskiego, patriotyzmu i na tym wychowały się kolejne pokolenia, które dążyły do niepodległości. Przyczyniło się do tego wielu duchownych” – powiedział PAP dr Łukasz Lubicz–Łapiński z Instytutu Pamięci Narodowej.

Pośród szczególnie zasłużonych w walce o niepodległość wymienił zarówno hierarchów Kościoła, w tym arcybiskupa Augusta Hlonda, prymasa Stefana Wyszyńskiego oraz papieża św. Jana Pawła II, jak też innych księży, m.in. Ignacego Skorupkę oraz Jerzego Popiełuszkę.

„Katolicy i religijność są częścią naszego narodu. Trudno mówić o Polakach w oderwaniu od katolicyzmu. Na ziemiach polskich nie trzeba być osobą wierzącą, żeby szanować religię i docenić rolę polskiego Kościoła w odzyskaniu niepodległości czy uzyskaniu tożsamości narodowej w XIX i XX wieku” – wskazał prelegent IPN.

W odniesieniu do Prymasa Tysiąclecia mówił, że potrafił on po wojnie, w najmroczniejszym okresie ratować Kościół, który mógł całkowicie zniknąć, jak się to stało w ZSRR i na Ukrainie, gdzie polskie kościoły były zamykane, a władza świecka podporządkowała sobie władzę duchową.

Lubicz–Łapiński przypomniał, że prymas nie uniknął aresztowania i wielu represji. Wychował też kardynała Karola Wojtyłę, późniejszego papieża św. Jana Pawła II.

Księdza Skorupkę nazwał postacią symboliczną, prowadzącą Polaków przeciw bolszewikom w momencie krytycznym, w 1920 roku. Jego zasługi ocenił jako tym bardziej istotne, że wszelkie starania podejmowane w latach 1918-1920 mógł zniweczyć rezultat Bitwy Warszawskiej - Cudu nad Wisłą.. Ksiądz Ignacy Skorupka podniósł morale walczących, kiedy z krzyżem szarżował razem z polską armią - dodał. Kapłan zginął rażony kulą.

 

KSIĄDZ IIGNACY SKORUPKA

 

Ks. Ignacy Skorupka. „Nie wódz, nie żołnierz, sługa jeno Boży…”

Młody kapłan oddał życie za Ojczyznę. Pozostał z powierzoną sobie owczarnią do końca, niosąc im duszpasterskie wsparcie. Mógł siedzieć bezpiecznie w koszarach. Rozumiał jednak swoje powołanie. Wiedział, że jest to przede wszystkim służba i oddanie drugiemu człowiekowi. Rozumiał, czym jest dla rodaków i dla niego samego odrodzona Ojczyzna.

Każdy z nas, myśląc o Cudzie nad Wisłą - Bitwie Warszawskiej, ma przed oczami słynny obraz Jerzego Kossaka, przedstawiający tę wielką wiktorię oręża polskiego. Jego centralną postacią jest duchowny, który w pierwszym szeregu, z uniesionym krzyżem, prowadzi Wojsko Polskie przeciwko bolszewickim hordom. Poległy 14 sierpnia pod Ossowem ksiądz Ignacy Skorupka stał się jednym z najważniejszych symboli „Cudu nad Wisłą”, którego 100. rocznicę właśnie obchodzimy.

Aby zrozumieć postawę księdza Ignacego Skorupki oraz dowiedzieć się, dlaczego w sierpniu 1920 roku znalazł się na pierwszej linii krwawych walk z bolszewikami, należy prześledzić jego życiorys.

Ignacy Jan Skorupka  urodził się 31 lipca 1893 roku w Warszawie. Jego ojciec Adam był urzędnikiem towarzystwa ubezpieczeniowego. Pochodził z zaściankowej szlachty podlaskiej. Matka Eleonora z Ponimskich była córką powstańca styczniowego. Już same te fakty mogą wskazywać na patriotyczne wychowanie przyszłego bohatera spod Ossowa. Młody Ignacy ukończył Gimnazjum Rocha Kowalskiego w Warszawie.

W 1909 roku wstąpił do warszawskiego seminarium duchownego. W 1914 roku otrzymał święcenia subdiakonatu. Jeszcze w tym samym roku został skierowany do Cesarskiej Rzymskokatolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu, gdzie otrzymał święcenia diakonackie.  Na kapłana wyświęcony został w 1916 roku. Czasy jego formacji duszpasterskiej przypadły więc na ciężkie lata I Wojny Światowej.

Ignacy Skorupka, w swoim krótkim życiu, dał się poznać jako człowiek aktywny na wielu płaszczyznach. Był inicjatorem kółka literackiego. Sam pisywał patriotyczne i religijne wiersze. Pomagał materialnie rodzinie, działał w harcerstwie, oświacie, amatorskim kole teatralnym, polskich towarzystwach opiekuńczych. Angażował się w ewakuację Polaków z bolszewickiej Rosji do odrodzonej Ojczyzny.

Od 1917 roku był proboszczem w Bogorodsku koło Moskwy, a następnie w Klińcach w guberni czernihowskiej. W 1918 roku wrócił do Polski. Jego pierwszą placówką duszpasterską w Rzeczypospolitej była parafia Przemienienia Pańskiego w Łodzi. Następnie był zastępcą proboszcza w Ojrzanowie – Żelechowie koło Grodziska Mazowieckiego, skąd trafił do stolicy, a dokładniej do Kurii Metropolitalnej, jako notariusz i archiwista. Dalej działał aktywnie na wielu polach. Wystarczy wymienić tu administrowanie „Wiadomości Archidiecezjalnych Warszawskich” czy bycie kapelanem ogniska Maryi. Zasłynął też z głoszenia pięknych kazań. W tym właśnie okresie jego działalności, do granic odrodzonego państwa Polskiego, zbliżyła się bolszewicka nawała.

Starcie zbrojne było nieuniknione, ponieważ po zakończeniu I Wojny Światowej na Wschodzie Europy wytworzyła się swego rodzaju próżnia. Niemcy, którzy przegrali globalny konflikt, wycofali się z tych terenów. Naprzeciwko siebie stanęły wtedy odrodzone po 123 latach niewoli państwo Polskie oraz czerwona Rosja, która w wyniku rewolucji wyrastała na gruzach tej carskiej. W pierwszej fazie otwartej już wojny polsko – bolszewickiej, nasze wojska opanowały znaczne tereny, w tym m.in. takie miasta jak Wilno, Lidę, Nowogródek. Następnie armia dowodzona przez gen. Edwarda Rydza – Śmigłego zajęła Kijów. Euforia nie trwała jednak długo. Już pod koniec maja 1920 roku Armia Czerwona przystąpiła do ofensywy, a w połowie sierpnia wojska Tuchaczewskiego znalazły się na przedpolach Warszawy.

 

Tymczasem, w lipcu 1920 roku, na wieść o zbliżającej się Armii Czerwonej, archiwista Kurii Metropolitalnej w Warszawie, ks. Ignacy Skorupka poprosił władze kościelne o objęcie funkcji kapelana wojskowego. Była to posługa w Wojsku Polskim bardzo istotna i mająca bogate tradycje. Już w powstaniu kościuszkowskim kapelani wojskowi odegrali niezwykle istotną rolę, służąc posługą duszpasterską i wsparciem duchowym. Tak było też w kolejnych zrywach niepodległościowych.

Ks. Skorupka został kapelanem garnizonu praskiego. Posługę tę wypełniał przede wszystkim rozmowami z żołnierzami oraz sakramentem spowiedzi świętej. Następnie, na własną prośbę, został kapelanem lotnym, co oznaczało wyjście z wojskiem na front.

13 sierpnia wieczorem znalazł się wraz ze swoim batalionem pod Ossowem, miejscowością leżącą na linii frontu. Tam też następnego dnia poległ.

 

OSTATNIA SŁUŻBA

 

Nie jest pewne jak dokładnie zginął ks. Ignacy Skorupka. Na pewno było to 14 sierpnia podczas jednego z kontrataków na pozycje wroga. W meldunku Frontu Północnego możemy przeczytać: „bohaterską śmiercią poległ kapelan tego pułku, ks. Ignacy Skorupka, który w stule i z krzyżem w ręku prowadził żołnierzy do ataku”. Informację tę przekazały następnie warszawskie dzienniki. Inną wersję wydarzeń przedstawiał w „Najnowszej historii politycznej Polski” Władysław Pobóg – Malinowski: „Legenda przedstawia go jako idącego z krzyżem w ręku w pierwszej linii atakujących żołnierzy. W rzeczywistości – zginął śmiercią jeszcze bardziej godną kapłana; ugodzony bowiem został kulą w chwili, gdy pochylony nad ciężko rannym żołnierzem udzielał mu ostatnich pociech religijnych. Stało się to 14 sierpnia, w szeregach 236. pułku, pod Ossowem, w pobliżu Wołomina”.

A tak o śmierci ks. IgnacegoSkorupki pisał ks. dr. Józef Bartnik, badacz dziejów kultu Matki Bożej Łaskawej oraz Jej roli w Cudzie nad Wisłą: „Nikt nie zauważył, kiedy zginął ks. Ignacy Skorupka. Niemniej chwila śmierci tego kapłana stała się punktem zwrotnym bitwy pod Ossowem i jednym z punktów zwrotnych w dziejach wojny 1920 r.! Jak ujął to ks. kard. Aleksander Kakowski, ofiara kapłańskiego życia, złożona na ołtarzu Ojczyzny, świadomie i dobrowolnie, wydała stokrotny plon: Do tej chwili Polacy uciekali przed bolszewikami, odtąd uciekali bolszewicy przed Polakami!”.

Bez względu na szczegóły dotyczące śmierci ks. Ignacego Skorupki, okoliczności nie pozostawiają wątpliwości. Młody kapłan oddał życie za Ojczyznę. Pozostał z powierzoną sobie owczarnią do końca, niosąc im duszpasterskie wsparcie. Mógł siedzieć bezpiecznie w koszarach. Rozumiał jednak swoje powołanie. Wiedział, że jest to przede wszystkim służba i oddanie drugiemu człowiekowi. Rozumiał, czym jest dla rodaków i dla niego samego odrodzona Ojczyzna. Widział z bliska katastrofalne owoce bolszewickiej rewolucji. Na zawsze już pozostanie symbolem duszpasterza i patrioty. Księdzem – bohaterem. Było to oczywiste dla ludzi z jego pokolenia. Powinno być i dla nas.

Ofiara księdza Ignacego Skorupki nie poszła na marne. Szybki pochód Armii Czerwonej został zatrzymany, a przeciwuderzenie wojsk polskich zmusiło armię Tuchaczewskiego do odwrotu. W październiku 1920 roku walki ustały, a kilka miesięcy później podpisano pokój w Rydze.

Na szczęście pamięć o księdzu Ignacym Skorupce pozostaje żywa, czego owoce możemy podziwiać chociażby w sztuce. Piękny wiersz pozostawił potomnym Mieczysław Zielenkiewicz:

 

 

 

„KSIĄDZ - BOHATER"

 

Nie wódz, nie żołnierz, sługa jeno boży,

Krzyż był mu bronią, a kapłaństwo sprawą,

Miłość Ojczyzny –  hetmańską buławą

I duch rycerski, który w czynie ożył.

Poszedł na czele w bój z hordą sowietów

I padł przeszyty ostrzami bagnetów.

 

Dziś ksiądz – bohater na niebieskim żołdzie

Rząd dusz sprawuje w nieśmiertelnej sławie,

Krzesanej w słońcu i wojennej wrzawie,

Polska się przed nim pochyliła w hołdzie,

Wszystkie zwycięskie chylą się sztandary

Przed nim, obrońcą wolności i wiary.

 

I padł przeszyty ostrzami bagnetów

Nie wódz, nie żołnierz, sługa jeno boży,

A imię jego między święte włoży

Naród rycerzy i naród poetów,

Albowiem o tych pieśń królewska śpiewa,

Których czyn stwarza, olśni i zdumiewa.

 

Do księży wspierających wysiłki niepodległościowe Polaków w czasach od powstań listopadowego i styczniowego aż po współczesne zaliczył także m.in. Jerzego Popiełuszkę.

„Angażował się nie tylko kazaniami, mszami za ojczyznę, ale pomocą charytatywną i organizowaniem darów z Zachodu dla osób internowanych, aresztowanych i pokrzywdzonych, które straciły pracę. Zginął zamordowany przez oficerów SB. Jest to postać bardzo pozytywna, a jednocześnie tragiczna” – mówił przedstawiciel IPN.

Lubicz–Łapiński podnosił też rolę Kościoła polskiego na ziemi amerykańskiej. „Wokół parafii polskich skupiało się życie polonijne, w tym kulturalne. Polski Kościół i parafie rzymsko-katolickie bardzo często były ostoją języka. Różne organizacje społeczne, charytatywne i szkoły przy parafiach od ponad 100 lat animują polską kulturę i język, czego mieliśmy okazję doświadczyć także podczas naszej wizyty” – powiedział PAP.

W trakcie najnowszej edycji "Przystanku Historia" polonijna młodzież zaznajomi się z zagadnieniami związanymi z najnowszą historią Polski. Obejmują one walkę o kształt granic II Rzeczpospolitej oraz jej osiągnięcia. Pośród zaprezentowanych nauczycielom i uczniom materiałów edukacyjnych, przygotowanych przez IPN, są gry edukacyjne mające uatrakcyjnić lekcje historii i ułatwić zapamiętanie znaczących faktów.

„Układamy z uczniami puzzle poświęcone granicom II Rzeczpospolitej. Mają oni za zadanie ułożyć mapę, następnie odnaleźć na niej miejscowości związane z walką o odzyskanie niepodległości i o kształt granic, np. Lwów, Wilno, Kostiuchnówkę, oraz miejsca wiążące się z powstaniem wielkopolskim. Chcemy pokazać dzieciom, że historii można się uczyć w fajny sposób, że historia Polski nie była i nie jest łatwa” – wyjaśniła PAP Magdalena Dzienis–Todorczuk z białostockiego oddziału IPN.

Inna przedstawicielka IPN Urszula Gierasimiuk zwróciła uwagę na wkład Polonii amerykańskiej w odzyskanie niepodległości Polski.

„To dzięki Polonii zebraliśmy dużo pieniędzy na Armię Polską. Ignacy Paderewski koncertował w tym celu w Nowym Jorku i Chicago. Żona pianisty dostarczała szyte ręcznie laleczki licytowane na aukcjach. Środki uzyskane z tego szły na pomoc polskim dzieciom. W Ameryce Polacy byli też werbowani do Armii Błękitnej” – przypomniała w rozmowie z PAP.

Na spotkanie przybył ksiądz Józef Kubiak z New Jersey, który w latach 1968-1970 był w specjalnej jednostce dla kleryków, w tej samej, w której służył wcześniej ks. Jerzy Popiełuszko. Mówił, że dowódcy próbowali ich złamać i starali się odstręczyć ich od stanu kapłańskiego.

Szef Stowarzyszenia Pamięć, Grzegorz Tymiński, organizator "Przystanków Historia" w Nowym Jorku i New Jersey, ocenił, że zainteresowanie wydarzeniem jest coraz większe. Pada wiele pytań do prelegentów, szczególne zainteresowanie wywołuje lustracja Polonii w USA, a także sposoby na dotarcie do akt i odnalezienie członków rodzin - powiedział.

 

Warsztaty planowane są w sobotę w polonijnej szkole w Manville w stanie New Jersey. W niedzielę ks. prałat Tomasz Grysa z Nuncjatury Apostolskiej przy ONZ będzie celebrował w kościele św. Stanisława Biskupa i Męczennika na Manhattanie uroczystą mszę św. w intencji Ojczyzny. Przewidziano tam też otwarte spotkanie z Polonią.

 

Z Nowego Jorku Andrzej Dobrowolski (PAP)

 

CUD NAD WISŁA - BITWA WARSZAWSKA - STRATEGIA MARSZAŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

 

25 sierpnia 2021 roku obchodziliśmy  101 rocznicę zwycięskiej Bitwy Warszawskiej - Cudu nad Wisłą, stoczonej w dniach 12 – 25 sierpnia 1920 roku w czasie wojny polsko-bolszewickiej, uznaną za 18. na liście przełomowych bitew w historii świata.

 

GENEZA BITWY WARSZAWSKIEJ

 

I nagle 4 lipca zgromadzone na tym froncie w ogromnej liczbie wojska sowieckie podjęły gwałtowną ofensywę pod hasłami: „Na Wilno, Mińsk, Warszawę”, aby, jak głosił rozkaz dowódcy Czerwonej Armii Michaiła Tuchaczewskiego: „przez trupa do Polski”, zdobyć „drogę do wszechświatowego pożaru rewolucji”.

Czuwał jednak w tych dniach klęski i grozy Wódz Naczelny Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski. W najkrytyczniejszym momencie gdy wróg zbliżał się do bram stolicy, wieczorem 5 sierpnia i w nocy 6 sierpnia jak sam stwierdza, „przepracował siebie samego dla wydobycia decyzji”.

 

Pisał o tym później w swojej książce „Rok 1920”:

 

„(…) Nad całą Warszawą wisiała zmora mędrkowania, bezsilności i rozumkowania tchórzy. Jaskrawym tego dowodem była wysłana delegacja z błaganiem o pokój. Warszawę skazywałem z góry na pasywną rolę, na wytrzymanie nacisku, który szedł za nią. Lecz wtedy z pasywną rola nie chciałem wiązać ogromnej większości swoich sił. Gdy znowu myślałem o zmniejszeniu obsady pasywnej, to bać się zaczynałem o to, czy Warszawa wytrzyma i czy sam fakt wymarszu jakiejś części wojska, już do niej wciągniętej, nie wywoła zmniejszenia słabych sił moralnych i braku zaufania do możliwości obrony… Zestawiwszy po kilka razy próby rachunku, zdecydowałem wycofać ku południowi większą część 4-tej armii i zaryzykować osłonę południową, wyciągając z niej dwie dywizje, które uważałem za najlepsze – 1 i 3 legionową. Jako miejsce koncentracji zostały wybrane „okolice, przykryte względnie szeroką rzeką Wieprz, z oparciem lewego skrzydła o Dęblin i przykryciem w ten sposób mostów zarówno przez Wisłę, jak i przez Wieprz. Uśmiecha mi się zresztą ta myśl skądinąd, by w czasie decydującej operacji nie być stałym obiektem nacisku mędrkującej trwogi i rozumkującej bezsilności(…)”.

 

Wspaniały w swej koncepcji plan Bitwy Warszawskiej został uwieńczony sukcesem, który wywołał zdumienie i podziw w całym świecie. Tak oto Polska ocaliła siebie i Europę przed klęską "Widma krążącego po Europie, widma komunizmu", deklaracji programowej Związku Komunistów (niemieckiej partii komunistycznej) napisanej przez Karola Marksa i Fryderyka Engelsa na przełomie lat 1847 i 1848 i ogłoszonej w lutym 1848 r. w Londynie. A szef francuskiej misji dyplomatycznej Jusserand, który również w 1920 roku przebywał w Warszawie jako obserwator z ramienia swojego rządu powiedział:

„ Wróg Polski był wrogiem wszystkich krajów cywilizowanych. Zagrożony był ład społeczny, a niebezpieczeństwo zawisło nad porządkiem politycznym, ustalonym przez Traktat Wersalski”.

Tylko pewne czynniki polityczne w Polsce, te same, które stale podkopywały ruch niepodległościowy, wskrzeszony i kierowany przez Marszałka Józefa Piłsudskiego nie chciały uznać jego zasług. Żywiołowa nienawiść partyjna do Wodza wyzwolonej z niewoli Polski podyktowała im pomysł wypaczenia prawdy, sfałszowania wyroku historii. Zbawcą Polski chcieli uczynić Francuza, generała Weyganda, pomimo, że obrona Warszawy została przeprowadzona wbrew planowi i radom tego, dobrego zresztą, przyjaciela Polski, który sam stwierdził publicznie jak było naprawdę.

Generał Weygand doradzał zrezygnować z obrony Lwowa i użyć ściągnięte stamtąd siły do obrony Warszawy.

Autorem i realizatorem planu bitwy był Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski.

Decydująca bitwa tej wojny zdecydowała o zachowaniu niepodległości przez Polskę i nie rozprzestrzenieniu się rewolucji komunistycznej na Europę Zachodnią.

Kluczową rolę odegrał manewr Wojska Polskiego oskrzydlający Armię Czerwoną przeprowadzony przez Marszałka Józefa Piłsudskiego, wyprowadzony znad Wieprza 16 sierpnia, przy jednoczesnym związaniu głównych sił bolszewickich na przedpolach Warszawy.

Armiom sowieckim Naczelne Dowództwo Wojska Polskiego przeciwstawiło siły zgrupowane w sześciu armiach i formacje dozorujące Wisłę od Torunia do Wyszogrodu (20 Dywizja Piechoty - dawna 2 Dywizja Litewsko-Białoruska) oraz bataliony zapasowe i ochotnicze.

 

Siły polskie podzielone zostały na trzy fronty:

 

  1. Front północny pod wodzą gen. Józefa Hallera w składzie:

 

- 5 Armia generała Władysława Sikorskiego broniąca odcinka na północ od Warszawy na rubieży rzeki Wkry,  

- 1 Armia generała Franciszka Latinika broniąca przedmościa Warszawy na odcinku od Zegrza do Karczewa,  

- 2 Armia generała Bolesława Roji broniła przepraw na Wiśle po stronie zachodniej na odcinku od Karczewa do Dęblina.  

 

  1. Front środkowy dowodzony przez gen. Edwarda Rydza - Śmigłego w składzie:

 

- 4 Armia dowodzona przez generała Leonarda Skierskiego skoncentrowała się w rejonie Dęblin – Kock,  

- 3 Armia generała Zygmunta Zielińskiego rozwinięta została od Kocka w kierunku wschodnim do Brodów.  

 

  1. Front południowy pod dowództwem gen. Wacława Iwaszkiewicza (obsadził odcinek od Brodów do granicy rumuńskiej) w składzie:

 

- 6 Armia gen. Władysława Jędrzejewskiego,  

- Armia Ukraińskiej Republiki Ludowej gen. Mychajła Omelianowicza - Pawlenki.  

 

Strona polska posiadała do dyspozycji 29 dywizji piechoty, w tym jedną ochotniczą i jedną ukraińską oraz trzy dywizje kawalerii. W ostatnich dniach działań odwrotowych w toku walk obronnych na przedpolach Warszawy utworzone zostały w rejonie rzeki Wieprz dwie grupy uderzeniowe podporządkowane osobiście Marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu.

 

 W ich skład weszły trzy dywizje z 4 Armii:

 

- 4 Dywizja Piechoty generała Daniela Konarzewskiego,

- 16 Dywizja Piechoty pułkownika Aleksandra Ładosia,

- 21 Dywizja Piechoty Górskiej generała Andrzeja Galicy.

oraz dwie dywizje z 3 Armii i Brygada Kawalerii.

- 1 Dywizja Piechoty Legionów Polskich pułkownika Stefana Dąb-Biernackiego,

- 3 Dywizja Piechoty Legionów POlskichgenerała Leona Berbeckiego,

- IV Brygada Kawalerii płk. Feliksa Jaworskiego.

 

Pierwsza grupa uderzeniowa ześrodkowała się w rejonie Dęblina, Przy tej grupie (przy 4 Dywizji generała Daniela Konarzewskiego) umieścił swoje stanowisko dowodzenia sam Marszałek. Obok, przy 16 Dywizji, generał Leonard Skierski. Generał Edward Rydz-Śmigły stanął przy 1 Dywizji Piechoty Legionów. Dowódcy najwyższego szczebla znaleźli się przy dywizjach przede wszystkim po to by w ten sposób podnieść morale wojska, ugruntować wiarę w powodzenie operacji. Armia Czerwona, której głównodowodzącym był Sergiej Kamieniew nacierała siłami zgrupowanymi w dwa związki operacyjne:

 

- 1. Front Zachodni Michaiła Tuchaczewskiego

 

- 3 Korpus Kawalerii Gaika Bżyszkjana-Gaja,

- 4 Armia Jewgienija Siergiejewa (od 1 sierpnia Dmitrij Szuwajew),

- 15 Armia Augusta Korka.

- 3 Armia Władimira Łazariewicza,

- 16 Armia Nikołaja Sołłohuba,

- Grupa Mozyrska Tichona Chwiesina.

                       

- 2. Front Południowo-Zachodni Aleksandra Jegorowa

 

- 14 Armia Mołkoczanowa,

- 1 Armia Konna Siemiona Budionnego,

- 12 Armia Woskanowa.

 

Wojska obu frontów początkowo oddzielone były olbrzymim kompleksem bagien poleskich i współdziałały ze sobą nader luźno. W miarę ich postępu luka operacyjna w centrum ugrupowania, wypełniona tylko słabymi formacjami, poszerzała się jeszcze bardziej.

Następowało to wbrew dyspozycjom Naczelnego Dowództwa Armii Czerwonej z 3 i 11 sierpnia, nakazującym przesunięcie znacznych sił Frontu Południowo-Zachodniego (Armii Konnej Budionnego i 12 Armii Woskanowa) z małopolskiego i wołyńskiego obszaru działań wojennych na kierunek warszawski.

Prawe skrzydło wojsk Tuchaczewskiego (4 Armia Siergiejewa (Szuwajewa) i Korpus Gaja) otrzymało zadanie opanowania obszaru Grudziądza i Torunia oraz forsowania Wisły na odcinku od Dobrzynia po Włocławek. Polecenie forsowania Wisły (między Płockiem a Wyszogrodem) otrzymała również 15 Armia Korka. Centrum sił Tuchaczewskiego skierowane zostało na Modlin (3 Armia Łazariewicza) i na Warszawę (16 Armia Sołłohuba).

Osłonę lewego skrzydła 16 Armii powierzono grupie mozyrskiej Tymoteusza Chwiesina, zbliżającej się od Włodawy nad Wisłę na północ od Dęblina.

Główne siły Frontu Południowo-Zachodniego znajdowały się natomiast nad rzeką Strypą (14 Armia Mołkoczanowa) oraz pod Brodami (Armia Konna Siemiona Budionnego) i parły na Lwów, a 12 Armia Woskanowa forsowała Bug na południe od Włodawy.

Większość sił Frontu Zachodniego posuwała się zatem w kierunku północno-zachodnim - na północ od Warszawy, a gros sił Frontu Południowo-Zachodniego w kierunku południowo-zachodnim - na Lwów.

W nocy z 5 na 6 sierpnia 1920 roku w Belwederze opracowywano ogólną koncepcję rozegrania bitwy. W rozważaniach powrócono do idei, które od końca lipca nurtowały umysły całego polskiego kierownictwa wojskowego.

Zamierzano częścią sił zatrzymać uderzenie  rosyjskie przed Warszawą, a na prawym skrzydle odtworzyć odwody operacyjne i uderzyć nimi na południową flankę przeciwnika.

6 sierpnia nad ranem Marszałek Józef Piłsudski wybrał ostatecznie rejon koncentracji wojsk do przeciwuderzenia.

W odróżnieniu od koncepcji szefa Sztabu Generalnego, Tadeusza Rozwadowskiego i przedstawiciela francuskiej misji wojskowej generała Maxima Weyganda (preferowali bliskie Warszawy rejony koncentracji i płytki, mniej ryzykowny manewr oskrzydlający z możliwością pogłębienia obrony na kierunku stolicy), Marszałek zdecydował przesunąć grupę uderzeniową na południe, poza linię rzeki Wieprz i wykonać głęboki manewr nie tylko na skrzydła rosyjskiego Frontu Zachodniego, ale także na jego tyły.

6 sierpnia po południu został wydany rozkaz nr 8358/III, który uruchamiał realizację planu operacji.

12 sierpnia Józef Piłsudski opuścił Warszawę i udał się do Kwatery Głównej w Puławach. Przed wyjazdem złożył na ręce premiera Wincentego Witosa dymisję z funkcji Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza. W liście do premiera zaznaczał, że jego zdaniem, skoro rozmowy pokojowe z bolszewikami nic nie dały, Polska musi liczyć na pomoc krajów ententy, a te uzależniają ją od odejścia Marszałka. Premier Wincenty Witos jednak dymisji nie przyjął.

 

PRZEBIEG BITWY

 

W jej przebiegu zarysowały się wyraźnie trzy kompleksy wydarzeń:

 

  1. bój na przedmościu Warszawskim,
  2. walki nad Wkrą,
  3. manewr znad Wieprza.

 

13 sierpnia, w pierwszym dniu bitwy, nastąpiło gwałtowne natarcie dwóch sowieckich związków taktycznych, jednej dywizji z 3 Armii Łazarewicza i jednej z 16 Armii Sołłohuba. Nacierały one na Warszawę z kierunku północno-wschodniego. Dwie rosyjskie dywizje, które miały w nogach przeszło 600 kilometrów marszu, uderzyły pod Radzyminem, przełamały obronę 11 Dywizji pułkownika Bolesława Jaźwińskiego i zdobyły Radzymin. Następnie jedna z nich ruszyła na Pragę, a druga skręciła w prawo - na Nieporęt i Jabłonną.

Rozpoczęła się dramatyczna walka pod Radzyminem, która w polskiej legendzie mylnie uznawana jest niekiedy za "bitwę warszawską". Niepowodzenie to skłoniło dowódcę polskiego Frontu Północnego do wydania dyspozycji wcześniejszego rozpoczęcia działań zaczepnych przez 5 Armię generała Władysława Sikorskiego z obszaru Modlina, by tym samym odciążyć 1 Armię osłaniającą Warszawę. W dniu następnym, to jest 14 sierpnia, zacięte walki wywiązały się już wzdłuż wschodnich i południowo-wschodnich umocnień przedmościa warszawskiego - na odcinku od Wiązowny po rejon Radzymina. Siły polskie stawiały wszędzie twardy opór i nacierające wojska rosyjskie nie uzyskały poważniejszych sukcesów.

15 sierpnia koncentryczne natarcie odwodowych dywizji polskich (10 Dywizji generała Żeligowskiego i 1 Dywizji Litewsko-Białoruskiej generała Jana Rządkowskiego), po całodziennych zażartych bojach przyniosło duży sukces. Odzyskany został Radzymin i polskie oddziały wróciły na pozycje utracone przed dwoma dniami.

16 sierpnia na liniach bojowych przedmościa warszawskiego toczyły się nadal intensywne walki, ale sytuacja wojsk polskich ulegała częściowej poprawie. W strefie Modlina działania zbrojne początkowa nie dawały również wyraźnego rozstrzygnięcia.

5 Armia generała Władysława Sikorskiego, która na rozkaz dowódcy przeszła

14 sierpnia do natarcia w kierunku Nasielska, czyniła postępy. Były to jednak sukcesy o znaczeniu lokalnym.

Dopiero w dwa dni później, czyli 16 sierpnia, koncentryczne uderzenie armii

gen. Władysława Sikorskiego, wyprowadzone z południowo-wschodnich fortów Modlina i znad Wkry, doprowadziło do opanowania Nasielska. Dało to możliwość kontynuowania pomyślnych działań na Serock i Pułtusk. Na lewym skrzydle frontu polskiego natomiast sytuacja układała się niepomyślnie. 4 Armia Szuwajewa

i 3 Korpus Kawalerii Gaja, parły na Płock, Włocławek i Brodnicę, a w rejonie Nieszawy rozpoczęły już forsowanie Wisły. Pod wpływem trwożnych wiadomości, które napływały z rejonu Warszawy oraz Włocławka i Brodnicy, naczelny wódz Wojska Polskiego zdecydował się rozpocząć manewr zaczepny znad dolnego Wieprza.

16 sierpnia 1920  r. rozpoczęło się kontruderzenie. Dywizje grupy uderzeniowej, mające ogromną przewagę nad słabą sowiecką grupą mozyrską, ruszyły szerokim frontem, by już w drugim dniu natarcia dotrzeć do szosy Warszawa-Brześć. Rokowało to wyjście na tyły wojsk sowieckich pod Warszawą. Prawe skrzydło natarcia osłaniała 3 Dywizja Piechoty Legionów Polskich maszerująca na Włodawę i Brześć. Pod Warszawą wojska sowieckie zostały związane energicznym zwrotem zaczepnym sił polskich przedmościa, wspartych czołgami i atakującymi w kierunku na Mińsk Mazowiecki. Postępy uzyskane już w pierwszym dniu natarcia były znaczne. 3 Dywizja Piechoty Legionów Polskich zajęła Włodawę. 1 Dywizja Piechoty Legionów Polskich odcinek Wisznice-Wohyń, a 21 Dywizja Piechoty Górskiej oraz dywizje wielkopolskie 14 i 16 osiągnęły rubież rzeki Wilgi, zajęły Garwolin i wysunęły patrole pod Wiązowną. 2 Dywizja Piechoty Legionów, przerzucona z zachodniego brzegu Wisły, przejęła rolę odwodu grupy uderzeniowej. 17 sierpnia siły polskie osiągnęły linię Biała Podlaska-Międzyrzec - Siedlce - Kałuszyn - Mińsk Mazowiecki. W tym samym czasie reszta wojsk polskich przeszła do kontrofensywy na całej długości frontu. 5 Armia znad Wkry uderzyła na (XV i III) armie bolszewickie. Wskutek wspomnianego wyżej braku łączności z dowództwem i zmęczenia żołnierzy, większa część wojsk sowieckich przeszła do nieskoordynowanego odwrotu. Część sił sowieckich, 3 korpus kawalerii Gaj-Chana (dwie dywizje) oraz część 4 i 15 armii (6 dywizji) nie mogąc się przebić na wschód 24 sierpnia 1920 roku przekroczyła granicę niemiecką i została internowana na terytorium Prus Wschodnich.

Według odnalezionych w ostatnich latach i ujawnionych w sierpniu 2005 roku dokumentów Centralnego Archiwum Wojskowego już we wrześniu 1919 roku szyfry Armii Czerwonej zostały złamane przez porucznika Jana Kowalewskiego. Manewr polskiej kontrofensywy udał się zatem między innymi dzięki znajomości planów i rozkazów strony rosyjskiej i umiejętności wykorzystania tej wiedzy przez polskie dowództwo. Jak napisał o pracy polskiego radia - wywiadu w okresie omawianego konfliktu Mieczysław Ścieżyński -  "nieprzyjaciel sam informował dokładnie nasze dowództwo o swym stanie moralnym i materialnym, o swych stanach liczebnych i stratach, o swych ruchach, o osiągniętych zwycięstwach i poniesionych klęskach, o swych zamiarach i rozkazach, o miejscu postoju swych dowództw i rejonach dyslokacyjnych swych dywizji, brygad i pułków". Jednym z najważniejszych sukcesów polskiego wywiadu w okresie Bitwy Warszawskiej było przechwycenie i odszyfrowanie radiodepeszy dowództwa XVI Armii z 13 sierpnia, dotyczącej zajęcia Warszawy:

„Ze sztabu XVI Armii do sztabów podległych dywizji. 13 VIII 1920 r. Rozkaz operacyjny do wojsk XVI Armii. Armie zachodniego frontu po walkach zajęły Mławę – Ciechanów – Pułtusk – Wyszków. 21 dywizji rozkazano dnia 13 VIII uderzyć na nieprzyjaciela działającego naprzeciw prawego skrzydła naszej armii z linii Zegrze – Załubice, w kierunku na Pragę.

Rozkazuję dywizjom kontynuować ofensywę i wieczorem dnia 14 VIII 1920 r. zawładnąć następującymi rejonami: 27 dywizja – Łajsk – Stacja Jabłonna – Nieporęt;

2 dywizja – Radzymin – Stanisławów – Pustelnik – ( wyłącznie) – Helenów;

17 dywizja – Pustelnik – Marki – Turów – Wołomin; 10 dywizja – Mokrołok – Wawer – Jarosław – Okuniew; 8 dywizja – Karczew – Osieck – Kołbiel.

Zwiady dywizyjne do tego czasu powinny dotrzeć aż do linii rzeki Wisły, w granicach dywizyjnych odcinków wyznaczonych w punkcie pierwszym mojej dyrektywy nr 505.

Dowódca 27 dywizji ma współdziałać z 21 dywizją przy jej uderzeniu skierowanym na Pragę.

Dowódca 10 dywizji ma mieć na widoku, że zależnie od okoliczności, jego dywizja może mieć główny kierunek na Pragę w celu sforsowania rzeki Wisły w granicach Warszawy, co wymaga skoncentrowania jednej brygady w rejonie Okuniewa.

O otrzymaniu niniejszego natychmiast zameldować”.

Powodzenie planu operacji polegającej na wykonaniu tak głębokiego manewru w dużej mierze zależy od utrzymania jego treści w głębokiej tajemnicy.

Naczelne Dowództwo Armii Czerwonej już 13 sierpnia zdobyło pod Brześciem plan polskich działań. Zginął tam dowódca pułku ochotniczego im. Stefana Batorego

- mjr Wacław Drojowski. Znaleziono przy nim mapnik, a w nim rozkaz bojowy wraz z mapą.

Rosjanie doszli jednak do wniosku, że jest to mistyfikacja polska, która ma w ten sposób zmusić ich do osłony lewego skrzydła zgrupowania uderzeniowego i tym samym powstrzymać natarcie na Warszawę. Jednym z ważniejszych epizodów Bitwy Warszawskiej było zdobycie przez kaliski 203. Pułk Ułanów sztabu 4. armii sowieckiej w Ciechanowie 15 sierpnia, a wraz z nim - kancelarii armii, magazynów i jednej z dwóch radiostacji, służących Rosjanom do łączności z dowództwem w Mińsku. Polacy wiedzieli, że w tym czasie druga z radiostacji była wyłączona, ponieważ przemieszczała się w inne miejsce. W tym czasie dowódca frontu Michaił Tuchaczewski wydał 4 Armii rozkaz zawrócenia na południowy wschód i uderzenia na armię gen. Władysława Sikorskiego, który walczył pod Nasielskiem. Szybkie i skuteczne rozszyfrowanie tego rozkazu przez Polaków umożliwiło przeanalizowanie sytuacji i doprowadziło do podjęcia błyskawicznej decyzji przestrojenia nadajnika warszawskiego na częstotliwość sowieckiej radiostacji i rozpoczęcie skutecznego zagłuszania znacznie odleglejszych nadajników z Mińska, dzięki czemu druga z sowieckich radiostacji, którą 4 Armia dysponowała, po jej uruchomieniu w nowym miejscu, wciąż nie była w stanie odebrać rozkazów Tuchaczewskiego. Warszawa bowiem na tej samej częstotliwości nadawała przez dwie doby bez przerwy teksty Pisma Świętego - jedyne dostatecznie obszerne teksty, które ad hoc udało się nadać dowództwu Cytadeli, gdzie mieścił się polski nadajnik, dać radiotelegrafistom do nieustannego nadawania. Trzeba zaznaczyć, że rozważano również możliwość nadawania błądzącym na Pomorzu oddziałom sowieckim rozkazów fałszywych, ale od pomysłu tego odstąpiono nie chcąc zdemaskować się ze złamaniem sowieckich szyfrów. Doborowa 4 Armia straciwszy swój sztab oraz łączność z dowództwem frontu straciła koordynację działań. Nie otrzymawszy z Mińska rozkazów (ściślej: nie będąc w stanie ich dosłyszeć) zmieniających kierunek jej operowania armia ta ze swoimi sześcioma dywizjami posuwała się nadal wzdłuż linii wyznaczonej ostatnio otrzymanymi rozkazami, co zapędziło ją aż do obecnej wschodniej części Torunia (później niektórzy historycy wojskowi ironizowali, że armia ta w tym czasie walczyła nie z Polską, tylko z Traktatem Wersalskim). W ten sposób została wyeliminowana z bitwy o Warszawę. W wyniku Bitwy Warszawskiej (i następującej po niej niemeńskiej) 15 października delegacje polska i sowiecka zawarły w Rydze zawieszenie broni, a w marcu 1921 roku na jego bazie zawarty został traktat pokojowy, który do agresji ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku przez lat dwadzieścia uregulował stosunki polsko-sowieckie i wytyczył polską granicę wschodnią. Straty strony polskiej wyniosły: ok. 4500 zabitych, 22 tys. rannych i 10 tys. zaginionych. Szkody wyrządzone Sowietom nie są znane. Przyjmuje się, że ok. 25 tys. bolszewików poległo lub było ciężko rannych, 60 tys. trafiło do polskiej niewoli, zaś 45 tys. zostało internowanych przez Niemców. Za klęskę wojsk rosyjskich w bitwie warszawskiej Michaił Tuchaczewski obciążał Józefa Stalina. Twierdził on, że dyrektywa Kamieniewa, dotycząca przekazania z Frontu Południowo-Zachodniego 1 Armii Konnej i 12 Armii pod jego rozkazy zablokowana została właśnie przez Stalina. Inni twierdzili (Szaposznikow, Budionny, Tuleniew, Golikow, Timoszenko, Woroszyłow), że rzeczywista odpowiedzialność spada na Michaiła Tuchaczewskiego, który źle zorganizował operację zdobycia Warszawy. Znamiennym faktem jest, że wszyscy w/w oficerowie przeżyli rok 1937, dosłużyli się wysokich stopni i dożyli długich lat. Ci zaś, którzy wskazywali, że winien jest Stalin, zakończyli swój żywot wraz z marszałkiem Michaiłem Tuchaczewskim w 1937 roku w ramach tzw. wielkiej czystki. Natomiast w 1920 roku w Polsce rozgorzał spór o autorstwo planu bitwy warszawskiej i miano zwycięzcy.

Marszałek Józef Piłsudski uważał siebie za konstruktora warszawskiego zwycięstwa. Na rozkazach operacyjnych od 12 do 16 sierpnia widnieje podpis

gen. Tadeusza Rozwadowskiego, który przez część historyków uważany jest za głównego architekta zwycięstwa nad bolszewikami. Dodatkowo kontrowersje wzbudza fakt, że Marszałek Józef Piłsudski 12 sierpnia złożył dymisję z piastowanych stanowisk na ręce premiera Wincentego Witosa i udał się do majątku Bobowa do swoich córek i przyszłej żony Aleksandry. Poza tym opozycja jeszcze bardziej komplikowała sytuację, wysuwając wielu kandydatów, obok gen. Tadeusza Rozwadowskiego m.in. gen Jozefa Hallera, Weyganda czy gen. Władysława Sikorskiego.

Większość przeciwników Marszałka pomija, że Józef Piłsudski złożył rezygnację na ręce premiera Wincentego Witosa z urzędu Naczelnego Wodza z warunkiem, że zostanie ona ogłoszona jeżeli ofensywa znad Wieprza zakończy się porażką.

Dokumentem tym Marszałek Józef Piłsudski potwierdził swoją wolę wzięcia na swoje barki całej odpowiedzialności za ryzykowny manewr.

Dzisiaj z całą pewnością można potwierdzić geniusz Marszałka Józefa Piłsudskiego w Bitwie Warszawskiej i wyłącznie dzięki niemu Europa została uchroniona przed zalewem bolszewickim. Wszelkie spory historyczne nie zmienią  faktu, że Polska odniosła zwycięstwo dzięki zgodnej współpracy naczelnego dowództwa, które w czasie krytycznym dla kraju potrafiło schować urazy i osobiste niechęci.

W historii sztuki wojennej Bitwa Warszawska jest jednak przykładem rozstrzygającego manewru, którego efekt końcowy osiągnięty został myślą przewodnią dowódcy, rzetelną pracą sztabu oraz wysokimi umiejętnościami oficerów i żołnierzy na polu walki.

Znaczenie historyczne Bitwy Warszawskiej jest wciąż niedoceniane zarówno w Polsce jak również na zachodzie Europy. Ambasador brytyjski w przedwojennej Polsce - lord Edgar Vincent  D'Abernon nazwał ją już w tytule swej książki "Osiemnastą decydującą bitwą w dziejach świata – Pod Warszawą1920” – wyd. PWN Warszawa 1932 r.

W jednym z artykułów opublikowanych w sierpniu 1930 r. pisał: "Współczesna historia cywilizacji zna mało wydarzeń posiadających znaczenie większe od bitwy pod Warszawą w roku 1920. Nie zna zaś ani jednego, które by było mniej docenione... Gdyby bitwa pod  Warszawą zakończyła się zwycięstwem bolszewików, nastąpiłby punkt zwrotny w dziejach Europy, nie ulega bowiem wątpliwości, iż upadkiem Warszawy Środkowa Europa stanęłaby otworem dla propagandy komunistycznej i dla sowieckiej inwazji (...). Zadaniem pisarzy politycznych... jest wytłumaczenie europejskiej opinii publicznej, że w roku 1920 Europę zbawiła Polska".

 

ODZNACZENIE PRZEZ MARSZŁKA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO  ORDEREM VIRTUTI MILITARI  MIASTA LWOWA - SEMPER FIDELIS - ZAWSZE WIERNEGO

 

22 listopada 1920 roku Lwów jako pierwsze i jedyne w II RP miasto polskie zostało odznaczone Krzyżem Kawalerskim Orderu „Virtuti Militari”.

Uroczystej dekoracji dokonał Naczelnik Państwa Pierwszy  Marszałek Polski Józef Piłsudski, który również odbierał defiladę na ul. Legionów we Lwowie. To najwyższe polskie odznaczenie wojskowe nadano bohaterskiemu miastu, które do dziś z dumą nosi dewizę "Semper Fidelis" (Zawsze wierny).

Doceniono zarówno odwagę mieszkańców w czasie walk rozpoczętych w listopadzie 1918 roku o zachowanie polskości miasta, jak i jego późniejszy opór wobec natarcia Armii Czerwonej w 1920 roku.

W całej historii orderu, poza Lwowem, tylko jeszcze dwa inne miasta dostąpiły tego zaszczytu – Warszawa i Verdun. Oprócz tego, odznaczono również indywidualnie

162 lwowian. W tym dniu (22 listopada 1920 r.) Piłsudski powiedział:

 

"Tu codziennie walczyć trzeba było o nadzieję, codziennie walczyć o siłę wytrwania. Ludność starała się wojskiem, wojsko starało się ludnością.

I kiedym ja, jako sędzia wojskowy dający nagrody, odznaczający ludzi, myślał nad kampanią pod Lwowem, to wielkie zasługi waszego miasta oceniłem tak, jak gdybym miał jednego zbiorowego żołnierza i ozdobił Lwów Krzyżem Orderu „Virtuti Militari”, tak, że wy jesteście jedynym miastem w Polsce, które z mojej ręki, jako Naczelnego Wodza, za pracę wojenną, za wytrzymałość otrzymało order".

 

PRZEMÓWIENIE  MARSZAŁKA JÓZEFA  PIŁSUDSKIEGO  WE LWOWIE

 

Lwów! - Które polskie serce nie drgnie na to miano. Za dawnych  czasów  Lwów  był  takim  miastem,  jakich  dawna Rzeczpospolita Polska miała wiele: miał swoje dni sławy i klęski,  lecz niezapomniana jego w historii rola zaczyna się w  noc  najczarniejszej  niewoli. Po 1863  roku  Lwów  był  miastem  najmniej  ugodowym. Wówczas  to  wszędzie  panowała  ugoda,  wszędzie  hasłem była  tzw.  rozwaga,  tak  często  równoznaczna  z  tchórzostwem,  wszędzie  panował  tzw.  rozsądek,  który  jakże  często  był  tylko  bojaźnią.  Lwów  był  zawsze  najbardziej  bez trwogi.  Tu  serca  Polski  biły  najśmielej.  Kto  pragnął  odetchnąć uczuciem wolności  i nawiązać nić  tradycyjną myśli, czy  walki  o  niepodległość  Polski,  musiał  oprzeć  pracę  o Lwów,  gdzie  biły  serca  goręcej  rwące  się  do  wolności. Na  tarczy  waszej  herbowej  wypisane  są słowa  „Zawsze wierny!"  -  i  dlatego  iluż  tu  wiernych  szukało  ucieczki.  Ilu wiernych złożyło tu głowy, by swym duchem otoczyć opieką to, co tu w sercach najgoręcej żyło - wiarę, że jeszcze nie zginęła.  Niech  mi  będzie  wolno,  jako  temu,  który  tu,  we Lwowie,  o  ruchu  zbrojnym  marzył  i  w  czyn realizować  się go  starał,  złożyć  osobistą  podziękę  miastu,  które  mnie  i moich uczniów chowało,  gorącym swym uczuciem grzało. W  chwili,  kiedy  zginęła  zmowa  naszej  niewoli,  wam przypadł honor pierwszej walki przy waszych murach i do-mach.  Tak,  jakby  na  zakończenie  marszu  pogrzebowego, który grano nad Polską, u was zabrzmiał ostatni akord - nie pogrzebu,  lecz  tryumfu. Pozwólcie panowie, że przypomnę, w jakich warunkach była Polska wówczas - przed dwoma  laty. Nie była to Polska dzisiejsza, która rozporządza setkami tysięcy dłoni, zdolnych  pochwycić  żelazne  bagnety,  i  setkami  paszcz  armatnich,  które  jej  bronić  są  w  stanie.  Polska  sprzed  dwu  lat, powołując synów do broni, nie miała bagnetów, które by w ręce żołnierza włożyć mogła; gdy miała broń, nie miała odzienia;  gdy  miała  odzienie,  nie  miała naboi.  Taką  była wtedy Polska,  gdy  w  łachmany  wojenne ubrane  zastępy  szły  pod Lwów,  by  go  od  najazdu  bronić. Bój był prowadzony o miasto oblężone. To nie jest zwykły bój, proszę panów. Miasto wywiera wpływ na żołnierza niesłychanie  silny.  Każda  trwoga,  każdy  niepokój,  każde drgnięcie  serca  miasta niewidzialnymi  nerwami bieży  tam, gdzie  na krańcach jego  bój  się  toczy,  do  najdalej  wysuniętej placówki  żołnierskiej.  Żołnierz  staje  się  obywatelem  miasta, miasto staje się żołnierzem. Miasto i żołnierz żyją wspólnym życiem. Trwoga i lęk,  czy  ufność i wiara mieszkańców, to  potęgi  ciemne  lub  jasne,  które  dają  klęskę  lub  zwycięstwo.  Żołnierz  staje  się  zależny  od  siły  lub  słabości  tych, których broni,  tak,  że nie wiadomo nieraz,  co  ważniejsze - czy żołnierz, czy duch miasta, które żołnierz  ten broni. Lwów  w  dniach  dla  niego  ciężkich  stał  się  zbiorowym żołnierzem.  Od  jego  pewności  i  jego  wiary  zależało,  czy każdy żołnierz stać będzie spokojnie na placówce. A miasto jest w cięższych warunkach, niż żołnierz na  froncie.  Miasto nie widzi nieprzyjaciela, nie widzi bezpośrednio rezultatów strzałów,  nie zna podniecenia, jakie  daje  walka  oko w  oko. Miastu przypadają w udziale tylko same męki i trwogi. Dzieciom  zagraża  nędza,  rodziców  chwyta  śmiertelna  obawa. Miasto musi brać udział w  zbiorowym wysiłku,  musi  opanować  swój  lęk,  trzymać  na  wodzy  swą  niepewność,  by strachem  nie  zarazić  tych,  którzy  stoją  na  jego  straży. Tych kilkadziesiąt dni walki uczyniły ze Lwowa  dzielnego żołnierza. Dlatego  ja,  jako  naczelny  wódz,  który  ma  za  zadanie odznaczać najdzielniejszych  wśród  dzielnych,  najwaleczniejszych wśród walecznych, z  całą sumiennością, a zarazem z uczuciem  szczęścia  rozstrzygnąłem,  że  mogę  dać  zbiorowemu  żołnierzowi  miastu  waszemu  -  najwyższą  odznakę wojskową.

 

POLSKA ŻYJE !!!

DZIEŃ 11 LISTOPADA 1918 ROKU

 

To co stanowiło drogę Marszałka Józefa Piłsudskiego do odzyskania Niepodległości Państwa Polskiego po 123 latach niewoli wpisało się trwale w karty historii naszego Narodu i Państwa. Nie ugasiło to jednak namiętności społecznych i politycznych. Najskrajniejszy radykalizm i najbezwzględniejsza demagogia walczyły ze sobą o palmę pierwszeństwa w wysuwaniu najjaskrawszych haseł i programów odbudowy Polski na nowych podstawach.

Bo znajdowali się i tacy, którzy za najważniejsze zadanie w tej doniosłej chwili dziejowej uważali zawieszenie na Zamku Królewskim czerwonego sztandaru. Byli inni, których główną troską było zdjęcie korony z głowy Orła Białego. Tylko władzy nie było. Urzędowała wprawdzie jeszcze w Warszawie utworzona przez okupantów Rada Regencyjna, złożona z arcybiskupa, księcia i bogatego szlachcica, ale nie miała żadnego znaczenia i wpływu.

Ciążyło na niej jej pochodzenie z nominacji niemieckich i austro - węgierskich władz okupacyjnych, na podstawie nadanego przez te władze patentu w sprawie władzy państwowej w Królestwie Polskim z 12 września 1917 roku. Objęła urząd

27 października tegoż roku. Ciążyła na niej jeszcze silniej własna niemoc i bezradność. Przy tym miała groźną rywalkę w powołanym do życia w dniu 7 listopada 1917 roku przez żywioły radykalne „Tymczasowym Rządzie Ludowym Republiki Polskiej”, który rezydował w Lublinie i miał charakter skrajnie radykalny. Jednym słowem panował straszliwy chaos; władza, jak słusznie mówiono, „leżała na ulicy”. Gdy działo się to wszystko, pędził do Warszawy pociągiem Józef Piłsudski, jedyny człowiek, który w tym wielkim momencie historycznym miał wszelkie dane ku temu, aby stać się ośrodkiem władzy w panującym ogólnym rozprężeniu i chaosie.

Przybył on do Warszawy mglistym i dżdżystym porankiem 10 listopada 1918 roku – a była to niedziela – w kilka godzin po opuszczeniu stolicy odradzającej się Polski przez generał-gubernatora Hansa Hartwiga von Beselera, który pod osłoną nocy wyjechał ze swoim sztabem do Niemiec. Wiadomość o przyjeździe do Warszawy Wodza Legionów Polskich  rozeszła się błyskawicznie. Na dworcu i przed dworcem zgromadziły się zastępy ludzi celem powitania Komendanta wracającego z więzienia w Magdeburgu. Przybył również przedstawiciel Rady Regencyjnej, ks. Zdzisław Lubomirski, który odwiózł następnie Józefa Piłsudskiego do swojego pałacu, gdzie odbył z nim dłuższą konferencję. Była to pierwsza czynność oficjalna Józefa Piłsudskiego po przyjeździe do Warszawy. Za nią poszły niezliczone inne. Jakkolwiek zmęczony, Piłsudski nie pomyślał nawet w tym dniu o wypoczynku. Zamieszkawszy chwilowo w pensjonacie przy ul. Moniuszki, do późnej nocy bez przerwy przyjmował najrozmaitsze delegacje i prowadził konferencje. Jednocześnie rozpoczęły się w Warszawie pierwsze starcia z okupantami i pierwsze wypadki rozbrojenia Niemców. Na tych pracach i wydarzeniach zakończył się pierwszy dzień pobytu Józefa Piłsudskiego w Warszawie po powrocie z Magdeburga i zaświtał pamiętny na zawsze w dziejach naszej państwowości, Dzień Wyzwolenia 11 listopada 1918 roku.

Ów dzień, wielki, promienny, wymarzony w snach czterech pokoleń, wypieszczony gorącą myślą całego narodu i okupiony całym morzem łez i krwi, dzień ostatecznego wyzwolenia Polski z więzów niewoli, dzień, w którym Polska powstała, aby zacząć żyć na nowo życiem własnym, samodzielnym, życiem w słońcu i chwale Wolności i Niepodległości.

Ten niezapomniany Dzień 11 listopada 1918 roku, to święto naszego Zmartwychwstania, dzień naszego odrodzenia jako Narodu i Państwa, wyniesiony do godności Święta Państwowego. Od tego dnia datuje się bowiem historia

Niepodległego Państwa Polskiego związana nierozłącznie z Pierwszym Marszałkiem Polski Józefem Piłsudskim. W ogóle z chwilą przybycia Józefa Piłsudskiego do Warszawy nastąpił zasadniczy zwrot w dotychczasowym groźnym położeniu w którym znajdowała się Polska. Jeżeli władza leżała dotąd „na ulicy”, to teraz pojawił się człowiek, w którego ręce naród mógł ją złożyć z całą wiarą i zaufaniem.

Zrozumiała to Rada Regencyjna, przedstawicielka najbardziej zachowawczej części społeczeństwa, która w tym właśnie dniu przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę wojskową i naczelne dowództwo polskich sił zbrojnych, a w trzy dni później, „kierując się dobrem Ojczyzny”, jak zaznaczyła w swoim orędziu, także zwierzchnią władzę państwową, a sama się rozwiązała i ustąpiła. Rozwiązał się również samorzutnie „Tymczasowy Rząd Ludowy Republiki Polskiej” w Lublinie i poddał się dobrowolnie władzy Piłsudskiego.

Ale nie tylko naród uznał w Piłsudskim swojego zwierzchnika i wodza. Również okupanci, których stanowisko było w najwyższym stopniu niepewne, zorientowali się i zrozumieli, że w Polsce zmieniła się zupełnie sytuacja, że przybył ktoś, za kim stoi cały naród, który ma pełną władzę i siłę do jej wykonywania.

Jeszcze tego samego dnia, w którym Józef Piłsudski przyjechał do Warszawy zgłosili się do niego przedstawiciele Rady Żołnierskiej tzw. „Soldatenratu”, która objęła władzę nad załogami okupacyjnymi, z oświadczeniem, że wojska niemieckie opuszczą Warszawę dobrowolnie, bez walki, o ile Józef Piłsudski zaręczy im spokojny wyjazd do kraju.

Ważnym sukcesem było również przyjęcie przez Komendę tzw. „Ober - Ost" (Armii Wschodniej) żądania Józefa Piłsudskiego co do ewakuacji Ukrainy z ominięciem Królestwa linią kolejową Kowel – Brześć - Białystok.

Uniknięto w ten sposób dzięki konsekwencji Józefa Piłsudskiego nieobliczalnych konsekwencji, które mógł pociągnąć za sobą przemarsz wielkiej, liczącej przeszło 200 tysięcy żołnierzy armii niemieckiej frontu wschodniego. Po ostatecznym uwolnieniu Warszawy, skąd ostatni transport z Niemcami odjechał 19 listopada 1918 roku, a jednocześnie całego kraju od zmory armii okupacyjnej, rozpoczęła się pod kierunkiem Józefa  Piłsudskiego praca nad wznoszeniem zrębów wskrzeszonej państwowości polskiej. Ale autorytet Piłsudskiego opanował piętrzące się trudności. Trzeba było budować wszystko od samych podstaw – własną administrację, skarb, życie gospodarcze, wojsko; trzeba było jednocześnie zaprowadzić porządek w chaotycznych stosunkach politycznych. Charakteryzują najwymowniej te stosunki słowa Piłsudskiego:

„(…) Dziki chaos, w który wpadłem po powrocie z Magdeburga, chaos sądów, myśli, zdań, ugrupowań, dziki chaos, niemożliwy nawet do ułożenia w jakąkolwiek łamigłówkę, dzika rozbieżność – były tak wielkie, tak olbrzymie, że uważam to za jeden z cudów, iż mogłem z tego chaosu wyprowadzić Państwo na jakąś ścieżkę… rozmawiałem z setkami osób, z przedstawicielami rozmaitych ziem, organizacji, stowarzyszeń, interesów… każdy mówił, że jest całym narodem, każdy chciał swojego rządu, każdy groził, że innego rządu nie słucha(…)”. Istniało zatem niebezpieczeństwo, że wśród tych anarchicznych nastrojów Polska padnie ofiarą tego molocha, który pochłonął już Ukrainę, Białoruś i Gruzję.

A niebezpieczeństwo takie istniało i było bardzo poważne. Że jednak ominęło szczęśliwie Polskę, a pożar rewolucji bolszewickiej osmalił ją tylko, lecz jej nie spalił, jest to jedna z wielkich zasług polityki Marszałka Józefa Piłsudskiego. Do utworzenia pierwszego rządu polskiego powołał Józef Piłsudski Ignacego Daszyńskiego, po którym w kilka dni później stanowisko premiera objął Jędrzej Moraczewski, pseudonim „E. K. Pomorski”, „Edward” (ur. 13 stycznia 1870 roku w Trzemesznie k. Gniezna w Wielkopolsce, zm. 5 sierpnia 1944 roku w Sulejówku) – polski inżynier kolejowy, absolwent Politechniki Lwowskiej , kapitan saperów Legionów Polskich, działacz związkowy, polityk i publicysta.

Następcą Jędrzeja Moraczewskiego został Ignacy Jan Paderewski, pełniący równocześnie funkcję ministra spraw zagranicznych, Kawaler Orderu Orła Białego i francuskiej Legii Honorowej. Tak więc w nieprawdopodobnym, krótkim czasie, w przeciągu zaledwie dwóch tygodni od objęcia władzy przez Józefa Piłsudskiego, rzucone zostały podwaliny pod ustrój państwowy wskrzeszonej Polski. Józef Piłsudski jednoczył w swojej osobie obowiązki Naczelnika Państwa, odpowiedzialne obowiązki Wodza Naczelnego, organizatora Armii Polskiej.

Tę armię dla obrony kraju od wrogów zewnętrznych i wewnętrznych należało dopiero tworzyć. Zbrojne ręce wrogowie wyciągali po ziemie polskie. Armię polską trzeba było uzbroić i wyposażyć w odpowiednie środki. Na szczęście, podstawa do stworzenia armii istniała gotowa.Były nią zastępy dawnych żołnierzy legionowych i kadry Polskiej Organizacji Wojskowej (P.O.W). Na nich, wypróbowanych zastępach żołnierzy oparł Józef Piłsudski organizację armii odrodzonego państwa polskiego. I tu znów okazało się czym dla Polski był Czyn 6 sierpnia 1914 roku, czym powstałe z niego

Legiony Polskie.

Dzięki temu, że mieliśmy te gotowe kadry na których oparła się organizacja tworzącej się stopniowo wielkiej armii, można było zorganizować odsiecz dla Lwowa, podjąć skuteczną kampanię na terenie Małopolski Wschodniej; można było wysłać niezbędne siły na Śląsk Cieszyński do walki z najazdem czeskim; można było w niedługim czasie oswobodzić Kresy Południowo – Wschodnie. A w jakich ciężkich i trudnych warunkach dokonywało się tworzenie tej polskiej armii, poucza o tym rozkaz Naczelnego Wodza z dnia 14 lutego 1919 roku:

 

„(…) Korzystając z popłochu wśród okupantów zdołano zagarnąć dość znaczną ilość broni, amunicji, mundurów i materiału wojennego. Zdobytym materiałem trzeba było z szybkością formować, uzbrajać i ćwiczyć jednostki bojowe, powstające z oficerów i szeregowców z rozmaitych wojsk i ochotników, a więc z pierwiastków niejednolitych. Napad Ukraińców na Lwów, zagrożenie Chełmszczyzny, niejasna sytuacja, a później wojna z Czechami, zbliżanie się bolszewików przez Litwę, konieczność obserwacji wszystkich granic – zmuszały Naczelne Dowództwo do rzucania sił na zagrożone punkty, bez odpowiedniego ekwipunku, którego kraj, zubożały wojną, dostarczyć nie mógł. I bez koniecznych uzupełnień w ludziach. W tych warunkach nie można było sformować wyższych jednostek taktycznych, bo ciągłe naprężenie na froncie bojowym i niedostateczna ilość żołnierzy nie pozwalały tworzyć silniejszych rezerw. Dowództwo było zmuszone naprędce formować jednostki, pomimo braków wyćwiczenia, wyekwipowania, umundurowania, nawet z niedostateczną bielizną, posyłać na front(…)”.

 

Jak przewidującym był Józef Piłsudski, dążąc wszelkimi siłami do stworzenia w jak najkrótszym czasie możliwie najsilniejszej armii okazało się wiosną 1919 roku, kiedy nad wskrzeszoną dopiero Polską zawisła groźba bolszewickiego zalewu.

Bowiem za ustępującą z dawnego frontu rosyjskiego armią niemiecką posuwały się ku ziemiom polskim liczne i silne dywizje Czerwonej Armii. Podjęta przez bolszewików akcja wojskowa miała na celu rozpalenie pożogi rewolucyjnej na Zachodzie, a przede wszystkim podanie ręki rewolucji w Niemczech. Droga prowadziła przez Polskę, którą kierownictwo Czerwonej Armii spodziewało się zmiażdżyć jednym uderzeniem. W lutym wojska sowieckie stanęły już nad Szczarą, zajęły Wilno i przez Polesie sięgały linii Bugu.W kraju nie zdawano sobie sprawy z grożącego niebezpieczeństwa, rozumiał je natomiast i trafnie ocenił Józef Piłsudski. Równocześnie na Zachodzie formowano paragrafy traktatu pokojowego i wrogie Polsce czynniki napierały, aby Polskę zamknąć jedynie w granicach obszaru od Warty do Bugu i Narwi.

Wobec stanu wytworzonego przez akcję sowiecką na wschodzie, łatwo więc mogła zapaść decyzja, przesądzająca granice wschodnie państwa polskiego, według dyktanda przedstawicieli emigracji rosyjskiej, a wówczas olbrzymi szmat ziemi polskiej z Wilnem i Grodnem byłby dla Polski stracony na zawsze.

Do takich możliwości Józef  Piłsudski nie chciał dopuścić, wbrew sprzeciwowi z jakim się spotkał w kołach sejmowych, wbrew również koalicji zachodniej, w której imieniu poseł francuski domagał się, aby obszary za Bugiem pozostały przy Rosji. I rozpoczęła się nowa epopeja czynów oręża polskiego pod wodzą Józefa Piłsudskiego. Stworzona przez niego i nieustannie się organizująca armia polska, rosnąc z każdym dniem w siły materialne i w siłę duchową dołączyła nowe laury do wieńca polskiej chwały wojennej.

Krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa armia polska zdobyła 12 kwietnia 1919 roku Lidę, a w tydzień później oswobodziła Wilno, następnie Grodno, aby w dalszych zwycięskich walkach nad Armią Czerwoną zająć Mińsk, sforsować linię Dźwiny i po przeprawieniu się przez Berezynę opanować Bobrujsk i Borysów i zakończyć swą ofensywę wspólnie z wojskami łotewskimi zdobyciem miasta i twierdzy Dyneburga.

A jednocześnie z tą ofensywą, w wyniku zwycięskich operacji wojennych na froncie południowym wojska polskie zajęły Wołyń, oraz dokonały oswobodzenia Lwowa i Małopolski Wschodniej od inwazji ukraińskiej, biorąc we władanie odrodzonego państwa polskiego cały obszar po Zbrucz. Nie poprzestał Piłsudski na tych zwycięstwach. Gdy rokowania pokojowe z Sowietami, które chciały tylko w ten sposób zyskać na czasie, a równocześnie umacniały swoją armię i przygotowywały się forsownie do decydującego uderzenia, rozchwiały się, Józef Piłsudski uprzedzając ofensywę bolszewicką i chcąc ją udaremnić, przeprowadził śmiały w założeniu, a głęboko przemyślany politycznie plan uderzenia na Ukrainę i wyzwolenia jej z rosyjskiej niewoli. Jak stwierdza Ignacy Daszyński w swojej pracy „Wielki człowiek w Polsce” poświęconej Piłsudskiemu:

 

„Było to wcielenie ogromnej myśli politycznej, był to, w razie powodzenia, straszny cios w imperializm rosyjski, uważający Ukrainę za swoją zdobycz od trzech wieków, cios w panowanie Rosji nad Morzem Czarnym, cios w cały ekonomiczny ustrój państwa rosyjskiego, białych, czy czerwonych carów”.

 

Podjęta 25 kwietnia 1920 roku pod osobistym kierunkiem Józefa Piłsudskiego ofensywa przysporzyła orężowi polskiemu nowych laurów. W przeciągu zaledwie dwóch tygodni armia polska, liczebnie niewielka, walcząc pod okiem Naczelnego Wodza, przemierzyła ogromną połać kraju od Zbrucza pod Dniepr i rozgromiwszy doszczętnie wojska sowieckie 8 maja zajęła Kijów. Po dniach triumfów przyszły jednak wkrótce dni klęski. Oto po zajęciu przez wojska polskie Kijowa, dywizje sowieckie zgrupowane na froncie północnym, przeszły nagle do ofensywy. Wprawdzie uderzenie to zostało odparowane i nieprzyjaciela zatrzymano na miejscu, ale kosztem osłabienia frontu polskiego na Ukrainie. Skorzystało z tego dowództwo Czerwonej Armii i rzuciło na oddziały polskie znajdujące się na Ukrainie cztery dywizje armii konnej pod wodzą Siemiona Budionnego, którym udało się przebić tyły polskie. Nieuniknionym następstwem był odwrót wojsk polskich z Ukrainy.

 

USIŁOWANIA UPOKORZENIA JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

W ATAKU NA MARSZAŁKA - ZAPLUTY, POTWORNY KARZEŁ NA KRZYWYCH NÓŻKACH

 

Wrogowie osobiści i polityczni Józefa Piłsudskiego urządzili manifestację na dziedzińcu pałacu Krasińskich w Warszawie na którym ustawiono parę tuzinów kobiet z arystokracji, a gdy pojawił się generał Weygand, na dany znak przez reżyserów smutnej komedii zgromadzone kobiety padły na kolana i całowały ręce „zwycięzcy Bitwy Warszawskiej.”.

Równocześnie na zebraniu politycznym przemawiał jeden z dygnitarzy kościelnych, piętnując Piłsudskiego jako „podłego tchórza i zdrajcę”.

Posunięto się nawet do kolportowania wiadomości, iż adiutant Piłsudskiego z jego polecenia porozumiał się z bolszewikami po drucie przeciągniętym z Belwederu do podziemi soboru na placu Saskim. Wrogowie jawni i ukryci czynili co mogli i jak mogli, aby utrudnić mu pracę.

 

Mówił Piłsudski:

 

„(…)Był cień, który biegł koło mnie. Czy na polu bitwy, czy w spokojnej pracy, cień ten ścigał mnie i prześladował.

Zapluty, potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba: rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, przekształcający moją myśl – ten potworny karzeł pełzał za mną, ubrany w chorągiewki różnych kolorów, to obcego, to swojego państwa, krzyczący frazesy, wymyślające jakieś historie – ten karzeł był moim nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. A plucie to chrzczono wysokimi słowami, wysokimi hasłami. Była to praca tzw. narodowa – patriotyczna(…)”.

A tymczasem cień biegł koło niego, to wyprzedzał go, to zostawał w tyle. Zaczęły się piekielne harce „zaplutego potwornego karła na krzywych nóżkach, wypluwającego swoją brudną duszę”, a wraz z nią „jakieś niesłychane historie”. „W przeciągu pięciu lat prawie – mówił Piłsudski- musiałem żyć w otoczeniu najrozmaitszych potwornych baśni,najrozmaitszych legend, najrozmaitszych, śmiesznych nieraz opowiadań, które mnie się tyczyły”. Bo czego to o nim nie opowiadano?

„Reprezentant narodu, wybrany przez wszystkich, reprezentujący wszystkich – kradnie!

Reprezentant zdradza kraj, w czasie wojny umawia się z nieprzyjacielem! Naczelny Wódz, prowadzący wojnę jest zdrajcą! Gdzie na niego kara? Czy jest próba usunięcia go? Czy jest próba zrobienia go odpowiedzialnym za te wszystkie zbrodnie? Nie ma!

Idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła.

Potworny karzeł, wylęgły z bagien rodzinnych. Gdzie indziej w stosunku do reprezentantów państwa, nawet gdy są nieuczciwi, ukrywa się to, czyni się wysiłki, by na reprezentancie plamy nie było, by błyszczał jak tarcza. Gdzie indziej wódz naczelny, który zwyciężył jest czczony, spotykają go honory i zaszczyty, bo przecież on państwo wyratował, przecież on ocalił od nieszczęścia wszystkich. U nas inaczej. Wódz ma iść w błoto i tylko, gdy dostatecznie błota się napije, ma być godnym Polski".

 

 JÓZEF  PIŁSUDSKI:

 

„(…)Szanuję swoją historię, szanują ją dla siebie, szanuję ją dla dzieci, szanuję dla przyszłych historyków, którzy by także mi w twarz napluli, gdybym razem z potwornymi karłami, którzy mnie obniżyć chcieli, pracował. Jeżeli Polska w pierwszym okresie zdobyła się na naprawę Rzeczypospolitej, to potem powoli od naprawy do starych narowów powrót się zaczął. Wielkich wysiłków pracy trzeba, aby Polskę na drogę naprawy wypchnąć(…)”.

 

Historyczne to przemówienie wygłosił Piłsudski w kilka dni po uchwale Sejmu

z 28 czerwca 1923 roku która brzmiała: „Józef Piłsudski jako Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz zasłużył się Narodowi”.

 

Na wiadomość o śmierci Pierwszego Marszałka Polski Józefa Piłsudskiego prezydent II RP Ignacy Mościcki wydał Orędzie do Narodu. Tuż przed 1 w nocy 13 maja 1935 roku udał się do Belwederu by oddać cześć zmarłemu Marszałkowi.

 

PREZYDENT IGNACY MOŚCICKI POWIEDZIAŁ WÓWCZAS:

 

„(…) Przedmiotem kultu narodowego nie może być tylko samo cierpienie. W drodze swej instynkt twórczy narodu znajduje ujście w apoteozie czynu i wielkości. Bez czci dla wielkości nie ma potęgi Państwa…

Dzień 12 maja 1935 roku tragiczny dla Narodu i Państwa Polskiego okrył wszystkie serca polskie ciężką, nieutuloną żałobą. Odszedł od nas na zawsze, odszedł w chwili, kiedy najbardziej potrzebujemy Jego mądrej, troskliwej i wszystko przewidującej opieki.

Największy na przełomie całej naszej historii człowiek, który z głębi dziejów minionych moc swego ducha czerpał i nadludzkim wytężeniem myśli i drogi przyszłość odgadywał (…)”.

 

Polskie Legiony – I Kadrowa pod Jego dowództwem śpiewały hymn:

 

"LEGIONY TO ŻOŁNIERSKA NUTA"...

 

 PRZEŁOMOWA BITWA W HISTORII ŚWIATA

 

Przełomowe bitwy w historii świata - lista bitew, które zaważyły na losie ludzkości. Można zatem zaliczyć do niej dane starcie, jeśli odwrotny jego przebieg dokonałby gruntownego przewrotu w dziejach świata. Listę 15 przełomowych bitew stworzył Edward Shepard Creasy, a o 3 kolejne uzupełnił ją brytyjski polityk, dyplomata i pisarz, Edgar Vincent D'Abernon.

Można dodać do niej walki z okresu II Wojny Światowej.18. przełomową bitwą z kolei jest Bitwa Warszawska, podczas której polskie wojska zatrzymały ofensywę Armii Czerwonej i zmusiły ją do odwrotu. Dzięki zwycięstwu Polaków rewolucja komunistyczna nie rozprzestrzeniła się na południową i zachodnią Europę.

 

Podane przez Edwarda Sheparda Creasy'ego:

 

  1. bitwa pod Maratonem - 12 września 490 p.n.e.
  2. porażka Aten w wojnie z Syrakuzami (wyprawa sycylijska) - 413 p.n.e.
  3. bitwa pod Arbelą - 331 p.n.e.
  4. bitwa nad Metaurusem - 207 p.n.e.
  5. bitwa w Lesie Teutoburskim - 9
  6. bitwa na Polach Katalaunijskich (obecnie Chalons-sur-Marne) - 7 września 451
  7. bitwa pod Tours - 25 października 732
  8. bitwa pod Hastings - 14 października 1066
  9. oblężenie Orleanu - 1429
  10. klęska hiszpańskiej armady - 1588
  11. bitwa pod Blenheim - 13 sierpnia 1704
  12. bitwa pod Połtawą - 8 lipca 1709
  13. kapitulacja armii angielskiej pod Saratogą - 1777
  14. bitwa pod Valmy - 1792
  15. bitwa pod Waterloo - 18 czerwca 1815

 

 Dodane przez Edgara Vincentego D'Abernona:

 

  1. bitwa pod Sedanem
  2. bitwa nad Marną - 5 - 9 września 1914
  3. BITWA WARSZAWSKA 15 SIERPNIA 1920 r.

 

Wojna trzydziestoletnia

 

- bitwa pod Tannenbergiem

 

II Wojna Światowa

 

- bitwa pod Stalingradem 1942-1943

- bitwa pod El - Alamein 1942

- bitwa pod Kurskiem 1943

- walki o Guadalcanal 1942-1943

 

Edgar Vincent,  wicehrabia D'Abernon (ur. 19 sierpnia 1857, zm. 1 listopada 1941) – brytyjski polityk, dyplomata, pisarz. W Polsce jego nazwisko znane jest dzięki temu, że rozszerzył listę Edwarda Sheparda Creasy'ego 15 przełomowych bitew w historii świata, włączając wymienioną wyżej książką 3 kolejne bitwy, w tym Bitwę Warszawską.

 

 CUD NAD WISŁĄ

 

Przy tym wszystkim sformułowanie „Cudu nad Wisłą” nabrało konotacji religijnej, ponieważ wojska polskie pokonały bolszewików w Bitwie Warszawskiej 15 sierpnia, w dniu Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, Królowej Korony Polskiej.

Dzisiaj w 2021 roku wrogowie Polski siejący zamęt w polskich młodzieńczych umysłach podają „prawdę” historyczną m.in. o rzekomej „okupacji” Kresów II RP przez Polskę.

 

 W 101 rocznicę „Bitwy Warszawskiej” opracował  Aleksander Szumański - członek Związku Piłsudczyków, uhonorowany Medalem „W Hołdzie Komendantowi”.

 

  Źródła:

 

http://www.blogpress.pl/node/19166

 

http://www.bitwawarszawska.pl/index.php?cmd=zawartosc&opt=pokaz&id=3

 

http://3obieg.pl/adam-michnik-patriotyzm-rasizm

 

https://www.youtube.com/watch?v=QlSsg7QkjrY

 

http://pl.wikipedia.org/wiki/Legiony_Polskie_1914-1918

 

Henryk Cepnik "Józef Piłsudski Twórca Niepodległego Państwa Polskiego zarys życia i działalności (5.XII. 1867  -  12. V. 1935)"  Warszawa 1935. 

 

prof.  Edgar Vincent d'Abernon „Osiemnasta decydująca bitwa w dziejach świata" Pod Warszawą 1920 r. PWN Warszawa 1932 rok,

 

  1. Bitwa Warszawska 13-28 VIII 1920. Dokumenty operacyjne. Część II (17-28 VIII), praca zbiorowa, ISBN 83-86678-37-2.

 

  1. Edgar Vincent D'Abernon: The Eighteenth Decisive Battle of the World, Warsaw 1920. Hyperion Press, Westport Conn 1977. ISBN 0-88355-429-1.

 

  1. Norman Davies, God’s Playground. A History of Poland. Bd 1. The Origins to 1795; Bd 2. 1795 to the Present. Oxford University Press, Oxford 2005. ISBN 0-19-925339-0, ISBN 0-19-925340-4.

 

  1. Norman Davies, White Eagle, Red Star, the Polish-Soviet War, 1919-20. Pimlico, London 2003. ISBN 0-7126-0694-7.

 

  1. John Frederick Charles Fuller, The Decisive Battles of the Western World. Eyre & Spottiswoode, London 1954, Cassell, London 2001. ISBN 0-304-35868-1.

 

  1. Jeremy Keenan, The Pole: the Heroic Life of Józef Piłsudski. Duckworth, London 2004. ISBN 0-7156-3210-8.

 

  1. Marian Kukiel, Bitwa Warszawska, Polski Instytut Wydawniczy, 2005, ISBN 83-89700-36-0.

 

  1. Richard Pipes: Russia under the Bolshevik Regime. Random House, New York 1994. ISBN 0-394-50242-6.

 

  1. Józef Piłsudski: Pisma zbiorowe. Warszawa 1937, Krajowa Agencja Wydawnicza, Warszawa 1991, ISBN 83-03-03059-0.

 

  1. Marek Tarczyński, Bitwa Warszawska 1920, Wyd. Rytm, 1996, ISBN 83-86678-37-2.

 

  1. Richard M. Watt, Bitter Glory, Poland and Its Fate, 1918-1939. Hippocrene Books, New York 1998. ISBN 0-7818-0673-9

 

ŻYDZI W LEGIONACH JÓZEFA PIŁSUDSKIEGO

Autor Marek Gałęzowski IPN

 

Przez krew moją, która spływa na tę ziemię, nabywam do niej wieczne prawo... – legionista Samuel Reich.

W Legionach Polskich, utworzonych po wybuchu I Wojny Światowej, służyli żołnierze pochodzenia niemieckiego, Litwini, Ormianie, Ukraińcy. Znalazło się w nich także ponad 100 Węgrów, którzy zwracali w ten sposób dług Polakom, walczącym

w 1848 roku pod komendą gen. Józefa Bema w obronie węgierskiej niepodległości. Jednak – oczywiście poza Polakami – ochotników pochodzenia żydowskiego było około 650; znacznie więcej niż legionistów wszystkich innych narodowości razem wziętych.

 

„Kto nie chce gnić pod jarzmem moskiewskim..."

 

W pierwszych dniach sierpnia 1914 roku, na wieść o wybuchu I Wojny Światowej, Filip Śmiłowski, pochodzący z kupieckiej rodziny żydowskiej z Łodzi, wówczas członek krakowskiego Strzelca, a później oficer I Brygady, pisał: „Porwaliśmy się wszyscy na nogi, ściskaliśmy sobie ręce... Niektórzy całowali się. Szalone szczęście rozsadzało nam piersi. Chciałem krzyczeć z radości i płakać. Nareszcie. Myśleliśmy, że wnukom naszym to przekażemy, a to już my sami będziemy powstańcami polskimi. Kordian wyznaczył plutonowych, którzy jeszcze dziś mają jechać do Krakowa... Wszystkie moje obawy i niepokoje, czy będę miał dość sił, pękły, rozwiały się. Postanowiłem... A zresztą – rozkaz Józefa Piłsudskiego, a zresztą – powstanie, powstanie polskie".

Wojna pomiędzy zaborcami pozwoliła strzelcom Józefa Piłsudskiego wyruszyć do Królestwa na bój z Rosją. W grudniu 1914 roku bataliony strzeleckie przekształcono w I Brygadę. Po odwrocie z Królestwa walczyła ona na Podhalu i w Tarnowskiem, a następnie ponownie w Królestwie.

Dwa inne pułki złożone z legionistów, które od października tamtego roku biły się na froncie karpackim, a później w Besarabii i na Bukowinie, w maju 1915 roku utworzyły

II Brygadę. W tym samym czasie na oswobodzonej części zaboru rosyjskiego zaczęto formować III Brygadę. Te trzy brygady tworzyły Legiony Polskie – jednostki ochotnicze bijące się o niepodległość Polski. We wszystkich służyli żołnierze pochodzenia żydowskiego, bez szczególnych preferencji przydzielani do różnych pułków legionowych (głównie do piechoty, ale też do kawalerii i artylerii) lub formacji pozafrontowych – intendentury albo służby werbunkowej (co dotyczyło ochotników starszych wiekiem). Wywodzili się z różnych środowisk społecznych – zwykle z uboższych warstw polskich Żydów, nie rzadko z inteligencji. Byli wśród nich rzemieślnicy, głównie krawcy, szewcy i stolarze, także piekarze, cukiernicy, rzeźnicy, blacharze i malarze, robotnicy najemni, handlarze i sprzedawcy sklepowi. Wśród przedstawicieli inteligencji dominowali uczniowie gimnazjalni, studenci oraz niżsi urzędnicy, głównie kancelaryjni, a także lekarze, prawnicy,nauczyciele, dziennikarze. Byli wśród nich i artysta malarz Leopold Gottlieb, dokumentalista codziennego życia legionistów, autor setek scen rodzajowych oraz portretów, i aktor Henryk Hertz-Barwiński, obaj nie pierwszej młodości.

Niemal wszyscy określali się jako „Polacy wyznania mojżeszowego". Chociaż znali język polski, w większości pochodzili z rodzin niezasymilowanych. Zwykle byli też bardzo młodzi – większość nie przekroczyła 20. roku życia. Do tej grupy legioniści Żydzi kierowali też swoje wezwanie: „Młodzież żydowska pod zaborem rosyjskim, która uniknęła szczęśliwie poboru, powinna stanąć pod sztandary Legionów Polskich. Pamiętajcie, że Polska należeć będzie do tych, którzy o nią walczyć będą. Kto kocha wolność i chce być wolnym obywatelem, kto nie chce być niewolnikiem caratu, kto nie chce gnić, wegetować pod jarzmem moskiewskim, kto chce żyć i rozwijać się w słońcu wolności, niech idzie z nami... Młodzieży żydowska! Okażcie, że codzienna troska o byt nie przytłumiła w duszach waszych dążeń wolnościowych, że w tak wielkiej i poważnej chwili dziejowej odróżnicie sprawiedliwość od bezprawia. Mamy nadzieję, że głos nasz nie zostanie bez echa, a szczęk broni w rękach waszych wzbudzi poszanowanie nawet wrogów waszych. Śladami Berka Joselewicza kroczcie! Do broni! Za wolność Polski! Za wolność wszystkich jej obywateli! Do broni! Do szeregów polskich!".

 

„Zyskując pełne uznanie pułku i kolegów dla swego męstwa i poświęcenia..."

 

Żydzi wstępowali ochotniczo do Legionów z takich samych powodów jak Polacy – żeby bić się zbrojnie o niepodległość, brak natomiast przesłanek, by decydującą rolę odgrywało identyfikowanie się z ideami socjalistycznymi, jak pozornie mogłoby się wydawać. Na kształtowanie ich postaw główny wpływ miały najpewniej szkoła i otoczenie polskie, przede wszystkim w zaborze austriackim, gdzie Legiony powstały. Idee niepodległościowe decydowały więc o dokonanym wyborze, nawet jeżeli nie każdy potrafił wyrazić to tak jak Edmund Szalit, jeden z oddanych obrońców Stanisława Brzozowskiego w słynnym procesie krakowskim i niespełniona miłość Zofii Nałkowskiej: „Głos wewnętrzny, "daimonion" mój, mówił mi nieustannie: "Twoje miejsce tam, gdzie jest walka na śmierć i życie, tam masz i powinieneś służyć i nie opuszczać posterunku ani na chwilę" (...). Jeżeli Polacy nie powiedzą sobie: "Lepiej nie żyć, niż żyć w niewoli", to Polski nigdy nie będzie! Ci, którzy tak mówią, są w Legionach".

Pamiętajmy o tych dzielnych ludziach, o tym, że bycie patriotą polskim nie było równoznaczne z wyrzeczeniem się religii i tradycji żydowskiej.

Jesienią 1915 roku wszystkie brygady legionowe przerzucono na Wołyń, gdzie wzięły udział w ciężkich walkach, m.in. pod Kuklami i Bielgowem. Legiony poniosły wówczas znaczne straty. Wśród poległych było wielu oficerów, w tym Żydzi: Józef Blauer „Kratowicz", Bronisław Mansperl „Chaber" i wspomniany już Edmund Szalit – wszyscy uznawani za znakomitych dowódców. Edmund Szalit odznaczył się wielokrotnie męstwem, „nie uchylając się od trudów i nadludzkich niemal wysiłków żołnierskiego życia i zyskując pełne uznanie pułku i kolegów dla swego męstwa i poświęcenia". Poległ także Adolf Sternschuss, znany kolekcjoner i mecenas kultury krakowskiej, który wcześniej porzucił służbę oficerską na tyłach armii austriackiej, przeszedł do Legionów, wybierając służbę szeregowego żołnierza. Kulminacyjnym momentem kampanii wołyńskiej była największa bitwa Legionów Polskich, którą stoczyły 4–6 lipca 1916 roku pod Kostiuchnówką. Niepobite przez Rosjan Legiony, wskutek odwrotu wojsk niemieckich i austro-węgierskich, odeszły po niej nad Styr. Powoli zbliżał się koniec frontowej epopei tych, którzy „na stos rzucili swój życia los". W październiku 1916 roku Legiony skierowano do Baranowicz, a następnie wycofano do Królestwa.

Polscy i żydowscy legioniści darzyli się zazwyczaj wzajemnym szacunkiem i życzliwością. Wpływały na to wspólny cel i ponoszone trudy życia wojennego. Żydowscy legioniści sumiennie wypełniali swoje obowiązki służbowe i odznaczali się odwagą na polu walki. Zaprzeczali w ten sposób stereotypowym opiniom o ich rzekomej bojaźliwości i niechęci do służby wojskowej. W dostępnych źródłach nie ma w zasadzie informacji o zachowaniach niezgodnych z obowiązkami wojskowymi. Przeciwnie – zawierają one liczne przekazy o pełnym poświęceniu i okazanym męstwie, jak w wypadku Leona Holzera, który w boju pod Modliborzycami, jak pisano we wniosku odznaczeniowym, „z jednym żołnierzem zaszedł na skrzydła nieprzyjacielskiego patrolu, wpadł na nich, rzucając granatami ręcznymi, zabija trzech, dwóch rani, jedenastu bierze do niewoli". Ofiarnością wyróżniali się też lekarze i sanitariusze – Emanuel Buxbaum, Edmund Gross, Berisch Joffe, Izaak Jungerman, Mieczysław Kapellner (Kaplicki), Władysław Finkelstein (Medyński) i Baruch Neuman, który poległ pod Jastkowem.

Dobitnym świadectwem mężnej postawy żydowskich legionistów jest lista poległych, która obejmuje niemal 10 proc. wszystkich ustalonych żołnierzy Legionów pochodzenia żydowskiego oraz nadane w niepodległej Polsce liczne odznaczenia Virtuti Militari i Krzyża Walecznych.

 

„Walczyłem o Niepodległość Polski..."

 

Po kryzysie przysięgowym i likwidacji Legionów Żydzi z I i III Brygady dzielili los innych legionistów, internowanych w obozach w Beniaminowie i w Szczypiornie. Służący w II Brygadzie po traktacie brzeskim uczestniczyli w zbrojnym proteście przeciw oderwaniu Chełmszczyzny od ziem polskich, czyli w przebiciu się na rosyjską stronę frontu pod Rarańczą w nocy z 15 na 16 lutego 1918 roku. Wielu dostało się wtedy do niewoli i zostało internowanych na Węgrzech, m.in. w Huszt i Marmarosz Sziget. Następnie wcielono ich do armii austriackiej.

Kiedy w listopadzie 1918 roku odradzało się państwo polskie, większość byłych legionistów żydowskich wstąpiła do Wojska Polskiego. Brali udział w walkach o granice Rzeczypospolitej, począwszy od obrony Lwowa i wojny z Ukraińcami, poprzez wojnę polsko-bolszewicką, a skończywszy na trzecim powstaniu śląskim. Po zakończeniu tych zmagań większość mieszkała w Polsce. Tylko nieliczni odegrali poważniejszą rolę w życiu publicznym: Henryk Gruber został prezesem PKO,

gen. Jakub Krzemieński – prezesem NIK (blisko współpracował też z marszałkiem Józefem Piłsudskim), Mieczysław Kaplicki – prezydentem Krakowa. Los innych stanowił jednak często zaprzeczenie stereotypowych opinii, utrwalonych przez publicystykę i historiografię PRL-owską, jakoby legioniści w II Rzeczypospolitej byli warstwą społecznie i politycznie uprzywilejowaną, szczególnie po 1926 roku.

Dla przeważającej części byłych żołnierzy Legionów konsekwencją realizacji marzeń o niepodległej Polsce była nie tylko ofiara krwi własnej, ale również przerwanie nauki czy pracy w wyuczonym zawodzie. Wielu byłych legionistów, mających zwykle na utrzymaniu rodziny, żyło w trudnych warunkach materialnych. Na początku lat 30., na skutek kryzysu gospodarczego, ich sytuacja uległa jeszcze pogorszeniu, część spychając na dno nędzy.

Funkcjonująca w ramach Związku Legionistów Polskich Bratnia Pomoc starała się ich wspierać, przede wszystkim pośredniczyła w uzyskaniu zapomóg i pracy. Dawid Strykowski, pomimo dobrych opinii i usilnych starań Bratniej Pomocy, nie zdołał jednak znaleźć zatrudnienia, wskutek czego został wraz z żoną i dziećmi wyrzucony na bruk z zajmowanego mieszkania. Prosząc o jakąkolwiek posadę, pisał: „Walczyłem o Niepodległość Polski, wstępując do Legionów jako siedemnastoletni chłopiec, byłem internowany w Szczypiornie, dwa razy ranny na froncie". Izaak Tempeldynier, który pracował jako wartownik w Polskim Radiu, żył w tak ciężkich warunkach materialnych, że nie mógł wykupić przyznanego mu odznaczenia niepodległościowego. Pinkus Dawidowicz zatrudniony w kostnicy szpitala na Czystem był „przydzielony do bardzo ciężkiej pracy, tak w dzień, jak i w nocy (przenoszenie zwłok), co wpływało bardzo ujemnie na stan jego zdrowia steranego w walkach o Niepodległość. Jest on inwalidą, rannym pod Krzywopłotami. Ze względu na b. dobrą opinię, jaką się cieszy, i fatalny stan materialny (posiada chorą na gruźlicę żonę) zasługuje on w zupełności na pomoc przeniesienia go na inne stałe stanowisko". Starania te się nie powiodły.

Relacje pomiędzy byłymi legionistami pochodzenia żydowskiego a Polakami w międzywojniu układały się zwykle dobrze. Niemniej w drugiej połowie lat 30. zdarzyło się kilka wypadków, wskazujących na niekorzystne zmiany w położeniu żydowskich weteranów walk legionowych. W uzasadnieniu bardzo dobrej oceny służbowej

mjr Ignacego Schragego z 1936 roku pisano: „Nie wstydzi się tego, że jest Żydem, czując się szczerze Polakiem. Niezwykle uczynny dla kolegów i biedoty legionowej". Rok później, nie zmieniając bardzo dobrej oceny Schragego jako oficera, stwierdzono jednak: „Aczkolwiek opiniowany czuje się niewątpliwie Polakiem, jest dobrym i lojalnym obywatelem i żołnierzem, to jednak jako Żyd, do czego się zresztą zawsze przyznaje, natrafia przy obecnym ogólnym nastawieniu na pewne trudności w służbie liniowej i dlatego uważam, że byłoby korzystniej użyć go w administracji wojskowej lub państwowej, gdzie mógłby również wykazać swoją przydatność".

 

ZAGŁADA ŻYDÓW  W CZASIE II WOJNY ŚWIATOWEJ

 

We wrześniu 1939 roku dawni legioniści pochodzenia żydowskiego, którzy służyli w WP, wzięli udział w obronie Polski. Po przegranej znaleźli się w niewoli niemieckiej lub sowieckiej. Niektórzy zdołali przedostać się do armii polskiej we Francji. Podporucznik Leon Holzer, internowany w Braile w Rumunii, na propozycję kierownika miejscowej organizacji syjonistycznej, by udał się do Palestyny, odpowiedział odmownie, stwierdzając, że „jako polski oficer musi pójść tam, gdzie wojsko polskie się znajduje". Dotarł do Francji i został oficerem 1. Dywizji Grenadierów Armii Polskiej.

 

Większość dawnych Żydów legionistów pozostała w kraju na terenie obydwu okupacji, po czerwcu 1941 roku w całości zajętym przez Niemców. Niemal wszyscy zginęli ze swoimi rodzinami w niemieckich obozach zagłady. Ci, którzy dostali się do niewoli sowieckiej – jak dzielni dowódcy artylerii obrony Lwowa 1939 roku płk Maksymilian Landau i mjr Ignacy Schrage – lub zostali aresztowani przez NKWD, w większości zostali zamordowani w Katyniu, w Charkowie i w innych miejscach kaźni. Ocaleli nieliczni. Byli to ci, którzy przebywali w Wielkiej Brytanii, na Bliskim Wschodzie czy poza Europą, np. Marek Pipes, ojciec wybitnego sowietologa Richarda Pipesa. Wraz z żoną i synem zdołał on wyjechać z Warszawy w październiku 1939 roku i nie bez dużych trudności przedostać się do USA. W kraju wojnę przeżyli ukrywani przez Polaków przed Niemcami m.in. płk Henryk Eile (ojciec redaktora „Przekroju" Mariana Eilego), wybitni naukowcy – biochemik Józef Heller i matematyk Hugo Steinhaus oraz co najmniej kilkunastu innych.

 

Ocaleli również oficerowie WP, których więziono w niemieckich obozach jenieckich. Był wśród nich kpt. rez. artylerii Henryk Wereszycki, wzięty do niewoli 6 października 1939 roku – po ostatniej bitwie polskiego Września. Niemal wszystkie bliskie mu osoby – matka, siostra, bratowa z dziećmi – zginęły z rąk Niemców, brat Tadeusz został zamordowany przez NKWD. Wereszycki, zawodowy historyk, wrócił po wojnie do przerwanej pracy naukowej. Był jednym z najwybitniejszych powojennych historyków polskich, autorem cenionych i aktualnych do dziś prac naukowych. Przez cały okres powojenny władze komunistyczne, wspierane, zwłaszcza do 1956 roku, przez znaczną część środowiska historyków, szykanowały go jednak. Profesor pozostał wierny ideom niepodległościowym, które wyniósł ze szkoły Marszałka. Nie miał złudzeń co do sytuacji politycznej Polski: „Niewola, w której teraz żyjemy, jest znacznie bardziej niebezpieczna niż ta poprzednia z XIX w. Tamta częściowo hartowała, ta w większym stopniu znieprawia". Komunistów uważał za „bandę zbrodniarzy", „aparat, który nie chce i nigdy nie będzie chciał żadnych zmian. I on prawdopodobnie będzie zwyciężał, póki mu kto noża na gardle nie postawi". Zmarł 27 lutego 1990 roku w Krakowie. Na jego pogrzebie odczytano telegram kondolencyjny przesłany przez Ojca Świętego Jana Pawła II. Wybitny historyk, profesor najstarszej polskiej uczelni, był najprawdopodobniej ostatnim żyjącym żołnierzem Legionów Polskich pochodzenia żydowskiego i jedynym, który doczekał trzeciej niepodległości.

We wspomnieniu o Bronisławie Mansperlu pisał Juliusz Kaden-Bandrowski: „Jaki też interes, prawdziwy, osobisty interes ma Mansperl w trosce swej o walkę za Ojczyznę? Mansperl był Żydem. Istotnie, miał jeden wielki, prawdziwy, osobisty interes w walce za Polskę: przelewając za Nią krew, pragnął sobie zdobyć do Niej prawo, którego by mu nikt odmówić nie śmiał. Miał więc ten sam interes, który mamy nawzajem wobec siebie, w godzinie poświęcenia i ofiary. Ale tak właśnie bywa w życiu: gdy własny interes zowiemy bohaterstwem, bohaterstwo odmiennego od nas typu ludzkiego chętnie podejrzewalibyśmy o interes". Pamiętajmy o tych dzielnych ludziach, o tym, że bycie patriotą polskim nie było równoznaczne z wyrzeczeniem się religii i tradycji żydowskiej, a idea Rzeczypospolitej żyjących w zgodzie narodów nie była całkowitą iluzją. Gdyż – jak powiedział krótko przed śmiercią w legionowym boju Samuel Reich – „Przez krew moją, która spływa na tę ziemię, nabywam do niej wieczne prawo".

                                                               

                                                            Marek Gałęzowski

                                   

Autor jest doktorem historii, pracownikiem Biura Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej. Opublikował m.in. książki „Na wzór Berka Joselewicza. Sylwetki żołnierzy i oficerów pochodzenia żydowskiego w Legionach Polskich", „Wzór piłsudczyka. Wacław Lipiński 1896–1949. Żołnierz, historyk, działacz polityczny", „Wierni Polsce. Ludzie konspiracji piłsudczykowskiej 1939–1947", za którą otrzymał nagrodę specjalną Ministra. Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

Dawid Moneta (1895–1916). Urodzony w Działoszycach (pow. pińczowski). Ukończył szkołę handlową w Będzinie. Przeszedł cały szlak bojowy Brygady. Poległ pod Kostiuchnówką. „W naszej kompanii był tylko 1 ranny i 1 zabity [...], kapral Moneta Dawid. Gdyby mnie por[ucznik] nie wezwał do siebie, podzieliłbym z nim los, gdyż razem leżeliśmy. Ja mam szczęście, ale i on ładną śmierć. Nie ruszył się nawet i skonał. Szkoda go, gdyż był to bardzo dzielny chłopak" – wspominał płk Jan Kruk-Śmigła.

 

 Zygmunt Bronisław Goldschlag (1896–1920). Urodzony w Kołomyi. Był siostrzeńcem Leopolda Gottlieba. Służył w I Brygadzie i w 1. Pułku Ułanów. Używał pseudonimu Murzyn. Od listopada 1918 roku w WP, odznaczył się w obronie Lwowa. Ciężko ranny w boju z Ukraińcami pod Czartowską Skałą otrzymał urlop, a potem został przeniesiony do służby poza frontem. W czasie ofensywy bolszewickiej na własną prośbę wrócił do służby czynnej. Poległ pod Surażem. Pośmiertnie został mianowany kapitanem i odznaczony Virtuti Militari.

 

 Henryk Beatus (1896–1939). Urodzony w Kaliszu. Student Politechniki Lwowskiej, był żołnierzem III Brygady i oddziału telefonicznego Komendy Legionów. W listopadzie 1918 roku brał udział w rozbrojeniu Niemców, a następnie w artylerii WP uczestniczył w wojnie z bolszewikami, za co otrzymał Krzyż Walecznych. Po wojnie ukończył studia na Politechnice Warszawskiej z tytułem inżyniera mechanika. We wrześniu 1939 roku poległ w obronie Warszawy. Kilka tygodni później jego ojciec Edward, zasłużony kaliski lekarz, został zamordowany przez Niemców

 

 

HISORIA WALKI Z KOŚCIOŁEM KATOLICKIM

 

Mateusz Łabuz

 

Niemieccy naziści oparli swoje rządy na kulcie siły i totalitarnej dominacji – zarówno w granicach państwa, jak i w czasie licznych podbojów militarnych. Zaciekle zwalczali grupy społeczne, narodowościowe czy zawodowe określane przez siebie jako gorsze i nieprzystające do spaczonych ideałów. Jednym z charakterystycznych elementów zbrodniczej ideologii było zakwestionowanie swobody religijnej i bezlitosne uderzenie w Kościół Katolicki. Duchowni znaleźli się wśród pierwszych ofiar skoordynowanej akcji eksterminacyjnej, a szczególnie mocno cierpieli w okupowanej przez Niemców Polsce.

 

UŚPIENIE CZUJNOŚCI

 

Ideologia nazistowska już w założeniu była przeciwna grupom religijnym. W zamian niemieccy naziści postulowali zjednoczenie narodu wokół idei nacjonalizmu, wspierając ewentualnie quasi-religijne praktyki okultystyczne. Powszechność ruchów religijnych okresu dwudziestolecia międzywojennego znacząco utrudniała całkowite pozbawienie społeczeństwa możliwości wyznawania wiary. Stąd też naziści starali się dyskryminować, a w późniejszym czasie prześladować przedstawicieli Kościoła Katolickiego i to właśnie Kościół uczynili jednym z programowych wrogów ideologicznych. Był to zresztą naturalny krok do podporządkowania sobie społeczeństwa. Odebranie mu fundamentu tożsamości w postaci wiary, podważenie autorytetów i wprowadzenie terroru na masową skalę miało być przepustką do zbudowania nowej cywilizacji opartej na ślepym podporządkowaniu dyktaturze. Praktyka pokazała, że Kościół i jego wierni byli w stanie przetrwać próbę czasu, choć nie obyło się przy tym bez ofiar i prawdziwych tragedii, które cieniem kładą się na historii organizacji w czasie II wojny światowej.

 

Po dojściu nazistów do władzy naziści postanowili porozumieć się z Watykanem w celu uregulowania sytuacji katolików w Rzeszy. W lipcu 1933 roku sygnowano konkordat (z niem. Reichskonkordat), który z perspektywy lat można odczytywać jako próbę ochrony chrześcijan przez Watykan, ale i przejaw konformizmu względem nazistów. Stolica Apostolska nie zdawała sobie wówczas sprawy ze zbrodniczego potencjału III Rzeszy, choć ideologia nazistowska była niemal całkowitym przeciwieństwem doktryny kościelnej. Niemieckie władze chciały natomiast zabezpieczyć poparcie części społeczeństwa, dokonując manipulacji na wielką skalę. Pogodzenie antykatolickiej propagandy z wizją porozumienia z papieżem było od początku kłamstwem szytym grubymi nićmi. Jeszcze w latach trzydziestych naziści zaczęli prześladowania księży. Dziesiątki duchownych aresztowano i osadzono w obozach koncentracyjnych, przede wszystkim Dachau. Mimo prześladowań religijnych, katolicy zachowali przynajmniej namiastkę niezależności i wolności wyznania na terenie III Rzeszy. Obostrzenia dotyczyły przede wszystkim likwidacji szkół kościelnych i aresztowań wśród księży. Dopiero wybuch II wojny światowej sprawił, iż Niemcy przystąpili do masowej rozprawy z Kościołem Katolickim, za cel obierając przede wszystkim duchowieństwo w Polsce. Podczas jednej z wojennych narad Adolf Hitler stwierdził wprost: ,,Wojna się skończy. Ostatnim wielkim problemem naszych czasów do rozwiązania będzie kwestia Kościoła”. Jak się okazało, zalecił rozwiązanie tej kwestii jeszcze w trakcie konfliktu.

 

PIERWSZE UDERZENIE

 

W myśl wytycznych wodza Niemcy szczególnie mocno zwalczali polską inteligencję, w Kościele upatrując naturalnego zaplecza dla idei jednoczących społeczeństwo. W konsekwencji w czasie wojny blisko 3000 polskich duchownych zostało zamordowanych, z czego ponad połowa zginęła w niemieckich obozach koncentracyjnych. Trudno oszacować całkowitą liczbę zabitych wobec braku odpowiednich ewidencji. Wielu przedstawicieli Kościoła zginęło śmiercią męczeńską, wielu angażowało się w proces pomocy prześladowanym, w tym ludności żydowskiej. W Polsce okupant koncentrował się zarówno na fizycznej eksterminacji duchowieństwa, jak i systemowej walce z religią, która także w czasie wojny była elementem spajającym społeczeństwo polskie. Kościół odgrywał niebagatelną rolę w historii Polski i narodu polskiego, będąc źródłem postaw patriotycznych i oporu względem XIX-wiecznych zaborców.

 

EKSTERMINACJA DUCHOWNYCH

 

Tuż po rozpoczęciu działań przeciwko Polsce Niemcy przystąpili do masowych aresztowań polskich duchownych. Represje szczególnie mocno dotknęły księży na terenach wcielonych do III Rzeszy, gdzie na podstawie wcześniej sporządzonych list proskrypcyjnych wyłapano niemal wszystkich duchownych. Znaczna część zginęła w organizowanych doraźnie egzekucjach, pozostali zostali odesłani do niemieckich obozów koncentracyjnych. Fatalne warunki, rygor ciężkiej pracy fizycznej i celowa eksterminacyjna polityka władz obozów doprowadziły do zamęczenia setek uwięzionych polskich księży. Wielu polskich duchownych wykazało się postawami heroizmu. Ojciec Maksymilian Maria Kolbe zdecydował się oddać życie za współwięźnia w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz. Był to niezwykły akt heroizmu, zwłaszcza, że franciszkanin zmarł okrutną, męczeńską śmiercią. Po dwóch tygodniach pobytu w celi głodowej został dobity zastrzykiem fenolu. Stał się symbolem poświęcenia, a uratowany przez niego Franciszek Gajowniczek otrzymał w darze drugie życie.

 

Prześladowania objęły również Kościół Katolicki jako wspólnotę wiernych. Niemcy dewastowali polskie świątynie, plądrowali kościoły i zakony, dokonywali rabunku mienia, w tym bezcennych dzieł sztuki sakralnej. Ograniczenia dotknęły kwestii sprawowania kultu religijnego. Polakom zabraniano udziału w nabożeństwach, kościoły były konsekwentnie zamykane lub otwierane w ściśle wyznaczonych godzinach. Z przestrzeni publicznej usunięto krzyże i inne symbole religijne. Był to element szerszej walki nazistowskich Niemiec z Kościołem. Zamknięte zostały klasztory i seminaria duchowne. Zajęcia dla przyszłych księży prowadzono w podziemiu, w czym ogromny udział miał abp Adam Sapieha. Na tajne komplety uczęszczał m.in. późniejszy papież Jan Paweł II, wówczas Karol Wojtyła. Kościół uczestniczył także w procesie ratowania ludności żydowskiej przed Holocaustem, prowadząc działalność charytatywną, ale i administracyjną poprzez wydawanie fałszywych świadectw chrztu Żydom, co pozwalało im uniknąć prześladowań.

 

Według szacunków w czasie wojny zginęło aż 20% przedwojennego duchowieństwa z Polski. 2804 katolickich księży, zakonników i sióstr zakonnych zostało zamordowanych przez okupanta. W samym tylko niemieckim obozie koncentracyjnym Dachau więziono 1773 duchownych z Polski, z czego 799 zginęło, często śmiercią męczeńską. Martyrologię polskiego Kościoła czasu wojny upamiętnia Dzień Męczeństwa Duchowieństwa obchodzony od 2002 roku 29 kwietnia. Data nie jest przypadkowa – tego dnia w 1945 roku polscy księża zgromadzeni w Dachau złożyli śluby pielgrzymki do sanktuarium św. Józefa w Kaliszu w podziękowaniu za ocalenie przed śmiercią z rąk Niemców. Wkrótce obóz został wyzwolony przez Amerykanów, a polscy duchowni przez lata dotrzymywali obietnicy, modląc się co roku w Kaliszu. Po wojnie ponad 100 przedstawicieli Kościoła w Polsce zostało uznanych za męczenników i beatyfikowanych.

 

Na marginesie rozważań dotyczących prześladowań należy dodać kilka słów na temat oceny moralnej postawy i działań hierarchów Kościoła Katolickiego w czasie II wojny światowej. W świetle nowych badań udokumentowane są liczne przypadki, gdy dygnitarze kościelni, w tym administracja Watykanu i sam papież Pius XII, angażowali się w ratowanie ludności żydowskiej przed Holocaustem. Jednocześnie o winach członków Kościoła mówi się w kontekście kolaboracji z reżimem nazistowskim oraz współuczestnictwa w ludobójstwie na terenie Chorwacji, gdzie rządził totalitarny reżim ustaszów Ante Pavelicia odwołujący się do katolickiego dziedzictwa. Powszechnie krytykuje się brak zdecydowanej reakcji Piusa XII i narodowych hierarchów kościelnych na niemieckie zbrodnie, szczególnie Holocaust. W ocenie należy jednak uwzględnić czynnik niewielkiej możliwości kreowania sytuacji przez Watykan oraz chęć ochrony chrześcijan przed konsekwencjami wystąpienia przeciwko nazistom. Nie ulega bowiem wątpliwości, że Kościół Katolicki stanowił jeden z celów zbrodniczej polityki III Rzeszy i powinien być postrzegany jako ofiara bezlitosnej ideologii.