„W wojsku służyłem w Równem, w 21 pułku ułanów, jest to dokładnie 306 km od stacji kolejowej w mojej wsi. We wrześniu 39 roku znalazłem się w koszarach w Sarnach jako kapral rezerwy. Miałem 32 lata. Byłem w 1 plutonie 4 kompanii rezerwowej, której dowódcą był kapitan Markiewicz. Obsadziliśmy bunkry nad rzeką Słuczą, nad sowiecką granicą.

Gdzieś 15 września załadowano nas na wagony kolejki wąskotorowej i skierowano do obrony Lwowa. Ale na stacji Niemowicze 17 września z powrotem cofnięto nas do bunkrów nad Słuczą. Podczas naszej nieobecności ktoś w nich buszował, bo były trochę uszkodzone, miały poodrywane wentylatory.

O świcie zobaczyliśmy jakichś żołnierzy rozciągniętych w tyralierę. Niektórzy myśleli, że to Niemcy. Zaczęliśmy strzelać. Ale mieli oni inne mundury. I po tym poznaliśmy, że są to Sowieci.

Bunkry były z żelbetonu, grube na 1 metr, każdy z cekaemem, wyrzutnią granatów, kuchnią, łaźnią, mieszkaniami. Połączenie ze sobą miały podziemną kolejką z wagonikami. Nad ziemię wystawały tylko kopuły.

Byłem w bunkrze nr 7. Za Słuczą znajdował się jeszcze polski folwark Berducha – a do granicy sowieckiej było od nas ze 30 km. Broniliśmy się przez cały dzień i noc. Na drugi dzień 19 września brakło nam amunicji. Ruscy podczołgali się i zatkali nam wentylatory. Nie wiedzieliśmy co robić. Przez drzwi wołali, żebyśmy się poddali. To słowo oficerskie – darują nam życie. Jeśli się nie poddamy, to wysadzą bunkier w powietrze. Wysadzili już bunkier nr 1.

Dowódca wyciągnął visa i chciał się zastrzelić. Podskoczyłem do niego i wyrwałem mu broń – może uda się przeżyć. Otworzyliśmy żelazne drzwi, „ruki w wierch”, i wyszliśmy – a tu cała okolica obstawiona cekaemami. Ruscy wściekli ustawiają nas, chcą wybić co do nogi.

Ale na koniu przypędził jakiś oficer, kabura u pasa mu dynda, i krzyczy: „Nie strieliaj, komandirow wybijom, robotczikow weźniom!” Wtedy wszyscy Sowieci wołają: „Dawaj komandirow, oficerow, puliomiotczikow!” Ale my naszywki wcześniej pozrywaliśmy i nikt się nie zgłasza. Wyciągnęli starszego strzelca Lesicę, sanitariusza z powiatu janowskiego i z brauningiem przy głowie: „pokażi komandirow.”

I ten szedł i pokazywał: podporucznika, dwóch plutonowych, i nas – trzech kaprali. Jeden z naszych żołnierzy, który umiał po rusku, pokazuje na mnie i mówi: „To rabotczik, rezerwa, tri niedielia, kak priszoł.” Popatrzyli mi na ręce, a tu odciski, jak to od roboty w polu. Kazali wstąpić.

A tamtych pięciu – od razu podeszli i z tyłu strzelali w głowę. Nam kazali wykopać dół i pochowaliśmy ich na tej dolinie nad Słuczą, przed bunkrem, który zaraz wysadzili w powietrze. Do Słuczy wegnali porucznika Maciąga spod Kraśnika i tam strzałem w plecy go zabili. Zabili też plutonowego, który był trębaczem i trzymał w ręku trąbkę.

Gdy wyszliśmy z bunkrów, od razu zabrali nam broń i podzielili się między sobą. Bo każdy z nich miał co innego: brauningi, różne karabiny, pistolety albo tylko granaty. A nasza broń była dobra, nowa. Podzielili się naszą bielizną zapasową: „ty masz onuce, ty koszulę, ty pasek”. Pozabierali nam płaszcze i wszystko, co było w kieszeniach. Z kołnierzy zrywali nam „marki śmierci”. Były to znaczki, na których było oznakowanie: katolik i numer ewidencyjny. Sowiet rwał mi tę „metryczkę śmierci” i wrzeszczał: „job twoja mać!” Wyrwał mi książeczkę do nabożeństwa i podeptał. I tak każdemu.

Poobcinali nam nożami wszystkie guziki, „ruki w wierch” – a tu spodnie na kolanach – i tak nas pędzili. To była mordęga, iść. A to ich wojsko: brudne, zarośnięte, poubierane jak popadnie.

Pognali nas koło innych bunkrów, a tam prawie wszyscy leżeli wybici. W pierwszym, który wysadzili w powietrze, spaliło się kilku żołnierzy. Koło niego leżał popalony Tomasik z Motycza. Był kucharzem i podczas wysadzania bunkra znajdował się w kuchni. Nie widział na oczy. Zebrali nas resztkę, kazali zabrać ze sobą rannych. Wzięliśmy we dwóch z gajowym Henrykiem Wrońskim z Mętowa Tomasika pod ramiona i prowadziliśmy go. Tych, których nie miał kto nieść, zostawiliśmy na łące. Niedaleko odeszliśmy, jak z tyłu usłyszeliśmy pojedyncze strzały. Dobili ich. Bunkry wysadzili w powietrze.

Gonili nas coś ze dwa, może trzy dni do Sarn, a tam palą się nasze koszary. Kiedy wracały ruskie samochody, które podwoziły ich sołdatów na front, załadowano nas po 20-tu na każdy. Piach, samochody grzęzły, trzeba było kłody drzewa kłaść pod  koła, pchać, żeby przejechały.

Wiozą nas tymi samochodami, ale robią odpoczynek, bo w chłodnicach trzeba wodę zmienić, a tu akurat był kołchoz. Pędzą baby z kołchozu „posmatri Polaczków.” Do niewoli zabrali nas chyba we wtorek, a w niedzielę myśmy się ogolili, trochę wyczyściliśmy, tośmy jakoś wyglądali. Ubrani w jednakowe mundury. A ich wojsko brudne, nieogolone, każdy ubrany inaczej, w różne szynele. Przyglądają się nam, śmieją – a tu dzwonek, koniec przerwy – i baby pędem wracają do pracy. A ich kołchoz – chatki kryte darniną, kawałkami blachy, próchno.

Tak dojechaliśmy do stacji Olewsk, pierwszej stacji kolejowej po sowieckiej stronie. Tu było już dużo wojska polskiego. Załadowali nas ciasno do wagonów towarowych i przywieźli do Kozielska. A w miasteczku wyglądało, jakby akurat był jarmark. Idziemy od stacji, starzy ludzie w czapach baranich włosem na wierzch tańczą, jeden gra na harmonii, śmieją się z nas. Mówią, że u nich „tak charaszo,” tańczą i śpiewają.

Do obozu był z kilometr. Kiedyś był tutaj klasztor zakonnic, mniszek. Wielki i piękny, teraz znajdował się w ruinie. Krzyż na wieży obcięty, a na kikucie nasadzony stary kocioł. Ołtarz oberwany. Obrazy święte zamalowane postaciami górników z kilofami. Z kościoła już przed naszym przybyciem zrobiony został dom kultury. W miejscu ołtarza zawieszony był ekran, aby można było wyświetlać filmy. To wszystko Ruscy zrobili już po 20-tym roku, po wojnie polsko-bolszewickiej. Czasami pokazywano nam filmy propagandowe, w tym podpisanie paktu przez Mołotowa z Niemcami.    

Nas, żołnierzy, umieszczono w pokojach pałacu. Oficerowie spali w oborach. Musieli najpierw gnój powynosić, a że nie mieli wideł, robili to na kijach. Wcześniej były tam owczarnie. Sowieci mówili: „Te pany leżały, oddychały – tiepier rabotajut. A wy robotcziki – tiepier oddychajut.” Było tutaj i kilkanaście kobiet – żon oficerów.

Leżeliśmy na posadzkach, zwijaliśmy się w kulki jak koty, żeby było cieplej. Spaliśmy we wszystkim ubraniu. Ale znaleźli się tutaj żołnierze przypędzeni prawie nago, obdarci z ubrania. Było nas chyba z 10 tysięcy i jedna mała studnia, w której zaraz zabrakło wody. Przez 6 tygodni nie miałem jak się ogolić. Za budynkami wykopany był długi rów, który służył za ustęp. Dalej ciągnęły się druty pod napięciem elektrycznym, stały wieże strażnicze, a do tego jeszcze psy. Ale zdarzały się ucieczki.

W dole widoczny był kołchoz, pasące się krowy, sady zdziczałe, ugory, pordzewiałe maszyny. Oficerowie i chyba uwięzieni ruscy chłopi znosili z lasu kłody drzewa na jakąś budowę. W tym kołchozie ludzie jesienią widłami kopali kartofle.

Do jedzenia dawano nam gotowane z łupinami kartofle, łuskany z kłosów i zawsze niedogotowany owies, że w ustępie było pełno niestrawionych ziaren. Aby zagotować wodę paliliśmy rozbierane płoty, zdejmowane drzwi.

Wszy były straszne. „Chłopaki, nie dajta się!” - przychodzili doktorzy, polscy podoficerowie – „Bijta wszy!” Obok rosło dużo lip, rwaliśmy suche kwiaty i parzyliśmy. Czasami dawano nam suche, długie, zasolone ryby. Chleb nie nadawał się do jedzenia, przypominał suche, sprasowane trociny. W beczkach, w piwnicach był olej słonecznikowy, od którego żółkło się.

Raz na dzień kołchoźnik, zawsze w kołpaku z daszkiem i nausznikami, nawet w dni gorące, przywoził wodę w drewnianej beczce, na wozie czterokonnym zaprzężonym w siwe szkapinki. Rzucaliśmy się spragnieni tłumem, aż wychodził jakiś Sowiet, wyciągał pistolet i strzelał, żeby był porządek.

Przez jakiś czas pytano mnie o tego kaprala, który nie został rozstrzelany nad Słuczą. Ale nikt mnie nie wydał.

W listopadzie podzielono nas na dwie grupy: na żołnierzy z terenów po sowieckiej stronie Bugu i  na żołnierzy z terenów po niemieckiej stronie Bugu. Tych z sowieckiej strony mieli wypuścić do domu, a nas mieli przekazać Niemcom. Właściwie, to mieli nas wymienić na żołnierzy znajdujących się w niewoli niemieckiej, którzy pochodzili z terenów zajętych przez Sowietów. Ja byłem z Lubelskiego i miałem trafić do Niemców. Moja grupa liczyła ze trzy tysiące żołnierzy.

Załadowano nas do pociągu, był to jeden duży transport. W Kijowie dostaliśmy pierwszy obiad od sowieckiego Czerwonego Krzyża: po dwie suche ryby i bochenku chleba. „Żelaznaja porcja, nie nada kuszat” – oznajmili nam – można było dopiero po niemieckiej stronie. Żeby wyglądało, że oni nas dobrze karmili – i z całym chlebem przejechaliśmy granicę, przejechaliśmy Bug.

W okolicach Lublina wielu z pociągu uciekło. Mnie się nie udało, trafiłem do niemieckiego obozu. Sporo Ślązaków podpisało listę volksdeutscha. Z naszego jedynego zresztą transportu 3 tysięcy żołnierzy, na święta Bożego Narodzenia zostało nas niewiele ponad 300-tu, głównie z Lubelskiego, którzy nie chcieli podpisać volkslisty. Reszta poszła do Wehrmachtu.

Uciekłem po raz pierwszy z obozu pod Żaganiem, ale mnie złapano i wsadzono do obozu karnego. Potem wywieziony zostałem do pracy pod granicę ze Szwajcarią. Tu uciekłem w nocy z 2 na 3 maja 1943 roku do Szwajcarii, miejscowość nazywała się Gotmatyngen. Uciekłem razem z Józefem Paszczykiem z Lubelskiego, który był ze mną w Kozielsku.

W obozie dla internowanych w Szwajcarii czytałem w gazetach listy oficerów, których znałem z Kozielska, a których rozstrzelano w Katyniu. Mogłem być na tych listach, gdyby w Kozielsku zdradził mnie któryś z kolegów.

Wróciłem do kraju zaraz po wojnie. Na granicy, gdy powiedziałem, że byłem w Kozielsku, nakazano mi: „Tylko o tym ani słowa!” Przez długi czas nic nikomu nie opowiadałem – bałem się. Teraz jestem stary, już mi wszystko jedno. Niech ludzie wiedzą.”

 

                                                   Relację spisał Stanisław Żurek 

 

Relacja „Byłem w Kozielsku” pochodzi od Antoniego Segita mieszkającego w miejscowości Motycz pod Lublinem. Spisałem ją możliwie jak najwierniej podczas odwiedzin w jego domu późnym latem (po żniwach) w 1982 roku. Opublikowałem w podziemnym miesięczniku „Solidarność Nauczycielka” w kwietniu 1984 roku (nr 25) pod pseudonimem „Jan Anonim”, nosiła tytuł „Pamięci ofiar Katynia. Głos świadka”. U pana Antoniego byłem razem ze Zbigniewem  Fronczkiem (literat, obecny prezes Lubelskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, redaktor naczelny dwumiesięcznika „Lublin, kultura i społeczeństwo”) i Stefanem Aleksandrowiczem. Był stan wojenny, podziwialiśmy doskonałą pamięć i odwagę rozmówcy, ale nie wszystkie szczegóły można było wówczas zanotować. Już sam fakt, że podałem dokładną odległość od Równego do stacji kolejowej w Motyczu, zaniepokoił, nie żyjącego już obecnie Stefana Aleksandrowicza (literata, kustosza Muzeum Wsi Lubelskiej), czy aby SB nie namierzy pana Segita. Gdy nadszedł czas politycznego przełomu, na początku lat 90-tych,  zamierzałem wybrać się ponownie, aby relację uzupełnić, rozszerzyć. Niestety, okazało się że Antoni Segit  zmarł 6 maja 1986 roku. Pochowany został na cmentarzu w Motyczu.