Wspomnienia dotyczące tamtych lat byłyby niepełne, gdybym nie opisała krótko (chociaż dla mnie "krótko" to prawie "niemożliwie") rodzinnych tradycji. One także związane są z osobą mojej babci. Babcia żarliwie i z troską zachowywała świąteczne tradycje. Dzięki niej wszystkie wielkie święta naprawdę napełnione były "świątecznym duchem", każde święto duchem sobie właściwym. W ten sposób w mojej pamięci na zawsze pozostała nie tylko pamięć o danym święcie, ale także jego zapach.

Zapach Bożego Narodzenia to był zapach choinki i siana. Razem z mamą szukałyśmy w lesie choinki. Gdy znalazłyśmy odpowiednią, wnosiłyśmy ją do chaty obsypaną śniegiem. Jakże ona pachniała! Same robiłyśmy także ozdoby choinkowe: czapeczki i koszyczki z papieru, do których sypało się orzeszki i drobne cukierki. Wieszałyśmy na choince jabłka, orzechy i pierniki, które piekłyśmy same w piecu. Wykonywałyśmy zabawne ludziki ze skorupek od jajek. Naprawdę, nigdy później nie widziałam tak pięknych i tak uroczych zabawek choinkowych.

W Wigilię Bożego Narodzenia najpierw pokrywało się stół sianem, a na nim kładło się obrus z surowego lnianego płótna. Na środku stołu stała makutra z kutią, a dookoła wszelkie postne dania, których według tradycji miało być dokładnie dwanaście i które jadło się tylko drewnianymi łyżkami. Cała podłoga w chacie zasłana była sianem. W wieczór wigilijny rozpalało się także bardzo mocno w piecu, ponieważ w Boże Narodzenie nie wolno było w nim palić. W tym dniu, tak samo jak i w Wielkanoc, chleba nie kroiło się nożem. Babcia łamała go rękami, po czym rozdawała nam.

Ten święty wieczór zawsze rozpoczynał się od pojednania: podając sobie małe kawałki chleba otrzymanego z babcinych rąk, prosiliśmy siebie nawzajem o przebaczenie wyrządzonych krzywd. Później, gdy pojawiły się już opłatki, dzieliliśmy się wtedy opłatkiem.

Potem następowała wspólna modlitwa. Następnie babcia zaczynała jeść kutię, a po niej do makutry siadałyśmy ja i mama. Po kolacji mama i ja zanosiłyśmy samotnym staruszkom zawczasu przygotowane paczuszki z wieczerzą oraz modliłyśmy się i kolędowałyśmy razem z nimi. Gdy wracałyśmy do domu, do północy nie kładłyśmy się spać, oczekując narodzin Dzieciątka. Czekając, przez cały czas śpiewałyśmy kolędy. Były to tak bardzo radosne i szczęśliwe święta!

Nigdy nie szłam do szkoły 25 grudnia. Ale w ostatniej klasie, na kilka dni przed Bożym Narodzeniem, zostałam wezwana do gabinetu dyrektora. Dyrektor rozpoczął ze mną ciekawą rozmowę. Na wstępie powiadomił mnie, że ze względu na moje dobre wyniki w nauce, mam na zakończenie roku otrzymać złoty medal. Podkreślił jednak, że ta nagroda wyraża nie tylko sukcesy w nauce, ale jest również odbiciem ideologicznej dojrzałości ucznia, a co do mojej dojrzałości istnieją poważne zastrzeżenia. I postawił warunek: albo przyjdę 25 grudnia do szkoły, albo nie otrzymam medalu. Cóż było robić? Tak bardzo chciałam otrzymać tę nagrodę! Nie miałam możliwości studiowania, a medal pozwalał mi wyjechać do miasta i kontynuować naukę na na wyższej uczelni, gdyż w tamtych czasach medalistów przyjmowano na studia bez egzaminów i poza konkursem. Pamiętam, że dyrektor zakończył swoją przemowę słowami: "Wybieraj, medal albo Bóg! Idź i przemyśl to, co powiedziałem". Odpowiedziałam: "Nie muszę się namyślać - Bóg!". Naprawdę nie potrzebowałam zastanawiać się nad odpowiedzią. Dzięki babci w mojej świadomości i podświadomości tkwiło głębokie przekonanie, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystkie pozostałe rzeczy są na właściwym miejscu.

I w ten sposób 25 grudnia, będąc uczennicą ostatniej, maturalnej klasy, także nie poszłam do szkoły. Przez cały dzień radośnie śpiewałyśmy w domu kolędy. Oczywiście, nikomu nie mówiłam o mojej rozmowie z dyrektorem, bo po co psuć święto? Powiedziałam o tym jedynie mojemu spowiednikowi, którym był ojciec Jan Olszański. Ojciec nie komentował tego wydarzenia w żaden sposób, ale po Mszy świętej poprosił, bym do niego podeszła. Dał mi do przeczytania książkę: Quo vadis Henryka Sienkiewicza. Była to pierwsza książka o Bogu, którą przeczytałam (nie licząc oczywiście modlitewników). A złoty medal mimo wszystko otrzymałam!

Minęło kilkanaście lat. Wyjechałam z Jarmoliniec, ukończyłam studia, a później pracowałam w Kijowie. Co rok jednak przyjeżdżałam do mojej rodzinnej miejscowości na grób babci, najpierw z mamą, a po jej śmierci - sama.

Podczas jednego z takich pobytów w Jarmolińcach spotkałam się z dyrektorem szkoły, do której kiedyś chodziłam. Był już staruszkiem, od wielu lat na emeryturze. Pod koniec miłej pogawędki zapytał mnie, czy pamiętam naszą rozmowę sprzed lat. "Oczywiście, że pamiętam" - odpowiedziałam. "A wiesz, o czym ja wtedy pomyślałem? - zapytał dyrektor. - Że masz osobowość". "To nie była sprawa mojej osobowości - zaprzeczyłam - ja po prostu dałam świadectwo o obecności Boga w moim życiu". Po dłuższej ciszy, która zapadła po tych słowach, staruszek odezwał się ponownie: "Jesteś więc szczęśliwa...".

"Dla Boga nie ma nic niemożliwego" - mówiła często moja babcia, a teraz ja powtarzam to swoim wnukom, popierając swoje słowa wieloma dowodami Jego działania w moim życiu. Panie! Bądź błogosławiony na wieki za wszystkie Twoje dzieła!

Tłumaczyła Lucyna Słup

Fragment art. "Wspomnienia trudnych czasów" - Anna Stretowicz- Garbolińska Wyszukał i wstawił: B.Szarwiło

https://www.zycie-duchowe.pl/art-156.wspomnienia-z-trudnych-czasow.htm


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 584 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7864902