W sierpniu 39 było prawie pewne, że będzie wojna

W latach 1928-1936 moja rodzina mieszkała w Przebrażu w powiecie łuckim, a następnie przeniosła się do Hodomicz, ukraińskiej wsi nad rzeką Styr. Ojciec, Stanisław Bochniewicz, był kierownikiem 4- klasowej szkoły powszechnej, a matka – Bronisława – nauczycielką w Hodomiczach. Wieś zamieszkana była w większości przez nacjonalistów ukraińskich wrogo nastawionych do Polski i Polaków. Jak się później okazało działała tam również organizacja komunistyczna, a kilku jej członków było więzionych w Berezie Kartuskiej. Podczas aresztowań w 1939 roku ojciec ujął się za jednym biednym Ukraińcem twierdząc, że nie ma on nic wspólnego z komunizmem, żyje w skrajnej nędzy, a rodzina jego jest wielodzietna i dzieci do szkoły chodzą na zmianę, gdyż nie mają butów. W sierpniu 1939 roku było już niemal pewne, że wybuchnie wojna. W związku z tym rodzice nie posłali mojej starszej siostry Anny do gimnazjum w Maciejowie pod Kowlem, a mnie do szóstej klasy szkoły powszechnej w Kołkach. O wybuchu wojny dowiedzieliśmy się 1 września z jedynego radia we wsi, które znajdowało się u nas w szkole. Po wysłuchaniu komunikatu ojciec strasznie się zdenerwował. Bez przerwy palił papierosy. Matka rozpaczliwie płakała. My dzieci tuliłyśmy się do niej pytając co z nami będzie. Pocieszała nas jak mogła twierdząc, że Bóg nad nami czuwa i wszystko jakoś się ułoży. W tym samym dniu zrobiła zakupy w sklepie przynosząc do domu cukier, sól, mydło, zapałki, naftę i inne niezbędne artykuły. W pierwszym dniu wojny dzieci nie przyszły do szkoły. Po kilku dniach zaczęli przybywać pierwsi uciekinierzy z zachodniej Polski, którzy zatrzymywali się tutaj na kilka godzin lub cała dobę, a następnie ładowali cały swój dobytek na własne lub wynajęte furmanki i wyruszali dalej na wschód do rodzin i znajomych. Rodzice otaczali ich serdeczną opieką dzieląc się wszystkim co posiadali. Na dłuższy pobyt zatrzymał się u nas w szkole profesor z gimnazjum z Bytomia, który wyskakując przez okno własnego mieszkania uratował się przed aresztowaniem. Matka z dużą troską zaopiekowała się nim, ponieważ był poważnie chory. Kilka dni po jego przybyciu pojawiła się trzyosobowa rodzina – mężczyzna bez ręki (były pracownik starostwa) z żoną i kilkuletnią córką. Około 15 września, kiedy wojska niemieckie zaczęły się zbliżać do naszych stron, profesor razem z tą rodziną załadował się na furmankę i wyruszył na wschód. Już jednak dwa dni później powrócili do Hodomicz, gdyż dowiedzieli się, że Armia Czerwona wkroczyła na nasze ziemie wschodnie. W kancelarii szkolnej u ojca wisiała duża mapa Polski, na której zaznaczał szpilkami ruchy wojsk niemieckich. Wszyscy widząc sytuację płakali, bo nie było dokąd uciekać, byliśmy okrążeni. Już 18 września 1939 roku z rana do naszego mieszkania weszło kilku Ukraińców z Hodomicz. Zabrali doskonałą strzelbę myśliwską i pas z nabojami, a następnie zażądali garnituru, obuwia i bielizny.  Pamiętam, że ojciec wszystko im dawał, a jeden z nich ubierał się w to. Patrząc na nich nie mogłam zrozumieć, jak to się dzieje, że w tej na pozór spokojnej wsi, gdzie panowało przed wojną wzajemne zrozumienie i sąsiedzi nawzajem sobie pomagali, może dochodzić do takich czynów.

Czytaj więcej...

WŁADYSŁAW MALINOWSKI Z KOL. AUGUSTÓW GM. KISIELIN!

"O tym co panu opowiem powinien wiedziec cały swiat - każdy człowiek, a przeważnie Polacy - synowie córki, wnuki, prawnuki, 
każdy Polak. O tym nie wolno nigdy zapomniec, pomimo, że historia milczy o tej strasznej zagładzie rzeszy Polaków za Bugiem, z Wołynia, jego 
eksterminacji - kompletnego bestialskiego wymordowania - rzezi najprymitywniejszej, dokonanej przez Ukraińców. Świat zna jedną 
eksterminację ludzi - Żydów przez Niemców i o tem głosno krzyczy. Drugą taką eksterminacją ludzi - Polaków - w skali światowej, była eksterminacja ludzi narodowości polskiej - nieopisane ich mordy na  ziemiach wschodniej Polski, (...) o której cicho, nic się nie mówi.
Ja, który przeżyłem to piekło i widziałem na własne oczy, bedę krzyczał - może ktoś usłyszy - opublikuje, rozpowie, że każdy 
kawałek ziemi nazwanej obecnie Ukrainą jest znaczony Polską krwią i na każdym jej skrawku leżą polskie kości.
Przed lipcem 1943r. chodziły pogłoski, że Ukraińcy mają wybijac Polaków, mordowac. Ludnośc polską - kobiety, dzieci i starcy oraz 
młodzeż - pod koniec lipca 1943r. spakowała się na wozy, ludzie zabierali tylko żywnośc, w wszystko poza nią pozostawili. Na drodze 
w miejscowości Chrostów, w dzień wyszło trzech Ukraińców z rkm i zatrzymali kolumnę wozów i zaraz zaczęli strzelac do ludzi i koni - 
zabili jedną osobę, (...) ranili mojego teścia Kaniczuka Pawła, który pozostał z zabitymi, mocno okrwawiony - później został zabrany 
ale za tydzień zmarł. (...) Z wozu zdjęli dwuletnie dziecko, jeden z Ukraińców strzelił mu w ucho - zabił. Dopiero wtedy z matką dziecka podnieslismy straszny wrzask. Ukraińcy przestali strzelac i zaczęli  pytac się - Kydy wy jedzieta - powiedzieliśmy, że jedziemy do Włodzimierza a oni kazali nam wrócic do swoich domów. W tym czasie  niedaleko paliła się duża wieś - duży ogień był przed nami. Myśmy zawrócili a młodzeż - młodzi mężczyźni i kobiety - w trakcie  strzelaniny uciekli pomiędzy olchy i bagna w kierunku Włodzimierza.
Za kilka dni Ukraińcy przysłali kartke pisaną po polsku, azeby się nie bac, sprzatnąc zboże z pola, nic nikomu się nie stanie. Myśmy 
zboże pokosili i częściowo zwieźli do stodół. Przy końcu sierpnia w  dzień usłyszeliśmy krzyki, piski, wrzask, słowa "O Boże, o jej , ratunku", od strony Władysławówki.

Czytaj więcej...

Krwawą niedzielę przeżyła Rudnia Lwa w nocy z 22/23 maja

Józef Lech był protoplastą rodu, który wywodzi się ze Żmigródka, bo tutaj osiedli, zorganizowali sobie życie, wydali potomstwo I tutaj nadal, mimo rozproszenia po całym świecie, w większości do dzisiaj mieszkają. Przyszedł na świat jako jedno z siedmiorga dzieci Jana Lecha i Teresy z domu Faber.  Matka była z pochodzenia Niemką nadwołżańską  i pochodziła ze służby w majątku ziemskim Anny Wald, właścicielki połaci ziem, łąk, lasów oraz tartaku, młyna i kopalni bazaltu oraz zakładu kamieniarskiego. Wielu Ukraińców latami dzierżawiło ten majątek, inni wraz z Polakami pracowali we wspomnianych zakładach, dzięki czemu poziom życiowy okolicznych mieszkańców był wyższy od przeciętnej średniej na ówczesnym Wołyniu. Anna Wald wyjechała z Rudni Lwy po wkroczeniu doń Sowietów po 17 września 1939 roku. Jak wspomina Jan Rudnicki, żołnierze znalazłszy we dworze radio, powiesili je na drzewie i urządzili sobie na dziedzińcu pałacyku pijacką zabawę. Widząc, że najbliższy bieg historii nie będzie prawdopodobnie dla niej najłaskawszy, powierzając obowiązki doglądania majątku zaufanej powierniczce, zdecydowała o wyjeździe do Czechosłowacji, najprawdopodobniej do Trutnova, gdzie zamierzała przeczekać wojnę. Była panią światłą oraz lubianą przez miejscową ludność, szerzyła oświatę, organizowała ochronkę i pomoc dla najbiedniejszych. Z jej otoczenia wywodziła się więc urocza Teresa, w której zakochał się dworski robotnik leśny, postawny i przystojny Jan Lech, który poślubił ukochaną na przełomie, a właściwie pod koniec XIX wieku . Sam pochodził z wielodzietnej rodziny Lechów, spokrewnionych przez lata z większością rodzin zamieszkujących tę, oraz okoliczne leśne osady, położone wśród rozległych równin, pokrytych lasem, trawą, przecinaną traktami oraz, wybudowaną w 1921 roku linią kolejową Rokitno – Lewacze – Moczulanka. Krainą obficie oblewaną ciemnymi wodami rzeki Lwy, które osadzały na dnie oraz okolicznej roślinności czerwonoceglasty nalot, dowód na inne bogactwo tej ziemi – rudę żelaza. Z tego powodu ziemia, choć mało żyzna, swoim bogactwem dzieląc się z ludźmi, dawała im zajęcie, znośny byt i w miarę beztroskie życie aż do wybuchu II wojny światowej. Kampania wrześniowa ominęła, z racji oddalenia, schowaną w lesie Rudnię Lwę, ale już nie uchroniła przed wkroczeniem Sowietów, którzy 17 września, po zajęciu dworu oraz ustanowieniu administracji, w miarę zgodnie bytowali przez okres popasu. Odległość Rudni od dawnej granicy ze Związkiem Sowieckim była niewielka, ok. 50 km, dlatego wkroczenie wojsk najeźdźcy nastąpiło już w pierwszym dniu zdradzieckiej agresji.

Czytaj więcej...

Na własne oczy widziałem... Nie strzelali, tylko rąbali

Rzeszowszczyzna, miejscowość Jeżowe. Tu na świat przyszedł Józef Bednarz (rocznik 1931). Był trzecim dzieckiem Walentego i Anny z domu Pikuła. Najstarszy Feliks miał wtedy pięć latek, Maria - dwa. Rok później rodzina przeniosła się do Nowego Małyńska na Wołyniu, gdzie Polacy osiedlali się coraz chętniej Nowy Małyńsk, osada na obrzeżach Małyńska. 35, może 40 rodzin. Razem z Bednarzami przybyli tu Pikułowie: dziadkowie Stanisław i Józefa z synami Franciszkiem i Jerzym. Zamieszkali po sąsiedzku. Bednarzowie mieli spore gospodarstwo. - Ziemi to chyba 30 hektarów, tam i lasku trochę było - opisuje pan Józef. - Ojciec robił wozy, bryczki. Fachowiec był. Mama zajmowała się domem. A dom ojciec postawił ładny, z drewna. Zadaszenie nie było ze słomy, tylko z desek. I ganeczek był. Wewnątrz podłoga z desek. Po prawej stronie kuchnia, po lewej duży pokój, dalej dwa mniejsze. W kuchni piec wymurowany, można było się położyć, cieplutko było. Podwórko, studnia, za studnią stajnie, stodoła.. - Krów było chyba dziesięć. I pastuch do nich, Ukrainiec. Dwa konie, sześć świnek. Dużo kur było, gęsi, kaczki - wylicza pan Józef - Ogródek ogrodzony. Śliwy, jabłoń, czereśnie, wiśnie. Żyto, pszenica, owies dla koni. Tam wszystko rosło bez gnoju, ziemia dobra była. A za stodołą mieliśmy takie jeziorko nieduże, to i ryby się łapało. Ładny teren. W Nowym Małyńsku urodziła się Helena (rocznik 1933), czwarte dziecko Bednarzów. W domu biedy nie było. - Mleko mieliśmy, śmietanę, twarogi się robiło. Świnię zabiliśmy, nasoliło się, nawędziło, na strychu mięso się wieszało. Ja to najbardziej lubiłem, i do dziś lubię, coś wędzonego dobrego, taki boczek chudy - pan Józef wspomina smaki dzieciństwa. Walenty Bednarz wynajął plac sąsiadowi o nazwisku Domański, a ten otworzył tam sklep. - Jajka skupował, cukierki woził - opowiada pan Józef. - A za Domańskim mieszkał sąsiad, co miał maszynę do koszenia. Myśmy bardziej nowocześnie żyli, bo Ukraińcy to całą rodziną na jednym łożu spali. Do szkoły, która mieściła się między Nowym Małyńskiem a Małyńskiem, mały Józio poszedł przed wojną. Zresztą po wybuchu II wojny światowej niewiele w tej kwestii się zmieniło: dzieci uczyły się i „za Ruska”, i „za Niemca”. - U nas nie było żadnych walk, bombardowań. Jak weszli Rosjanie, to wybierali bogatych i wywozili na Syberię. Od nas też parę rodzin. Kazali ubierać się i wywozili. Nie wiem, dlaczego - przyznaje pan Józef. W czasie wojny na świat przyszły Teresa (rocznik 1941) i Eugenia (1942) - piąte i szóste dziecko Bednarzów. Wtedy jeszcze nikt nawet nie podejrzewał, że wkrótce trzeba będzie uciekać z Nowego Małyńska...

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 240 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8010170