16 lipca 1943r.: napad przez Bandę UPA na kolonie Adamówka.

 Już po napadzie na kościół w Kisielinie, nie spaliśmy w domu, a w polu i w stodole. 15 lipca w nocy ojciec zauważył, że pali się Kolonia Aleksandrówka, więc kazał nam się ciepło ubrać, zabrać ciepłe płaszcze, bo trzeba uciekać. Było widać pożar i słychać strzały. Rodzice swój dobytek np.:pościel, naczynia kuchenne, maszynę do szycia (ojciec miał warsztat szewski) schowali w wykopanym dole i część w ogrodzie. Odzież matka chowała do worków i zanieśli do sąsiada Ukraińca. Szybko poszliśmy spać w zboża ukraińskie nie daleko góry Kuczmiennej , ich pola ciągły się blisko naszych zabudowań, to były duże żyta i pszenice. Siedzieliśmy w zbożu całą noc . Rozwidniało, się a na Aleksandrówce bardzo wyły psy i w dalszym ciągu słychać było strzały. Było nas 6 osób, rodzice , siostry i babcia ( Maria Szydłowska z Kryniczek, pow. Krasntystaw). 16 lipca było bardzo gorąco. Rodzice postanowili iść do domu sami i przynieść coś do jedzenia i picia, gdyż mógł być napad w każdej chwili i na naszą kolonie. Zostałyśmy same w zbożu, cichutko siedziałyśmy wystraszone. Matka zaczęła wołać ojca, zauważyła że z Twerdyń na góre Kuczmienną wjechał patrol konny. Ponaglała go żeby uciekać do dzieci bo zaraz napadną na naszą kolonie. Ojciec powiedział że do nas wróci, że wojskowy da sobie radę, a matce kazał już uciekać. Zaczął wynosić meble z domu żeby się nie spaliły. Spostrzegł że z góry Kuczmiennej już okrążają naszą kolonię, wozy pełne Banderowców rozjechały się na wszystkie strony. Ojciec dopiero postanowił uciekać czołgając się zbożami w stronę Twerdyń do swojej rodziny, ale stało się inaczej. Matka zdążyła się do nas doczołgać, nad nami świstały kule. Wóz jadący po zbożach w koło krążąc najechał wprost na ojca . Zabrano go na wóz, było już na nim wielu sąsiadów. Jechali prosto na wieś , nie szukając drogi dojechali do gospodarstwa Aleksandra Rabczyńskiego. On też widząc co się dzieje wraz z żoną i synkiem Stasiem uciekli w zboże. Ich starsza córka Teresa w tym czasie pogoniła krowę na łąki i powinna już wracać. Żona Aleksandra (Aleksandra Rabczyńska) zdecydowała wbrew woli męża wrócić się po córkę, choć on tłumaczył że na pewno uciekający ludzie zabiorą ją ze sobą. I tak było że zabrali ją uciekający mieszkańcy. Aleksandra nie posłuchała i spiesznie się udała do domu, a on został z synkiem każąc mu się czołgać śladem za tatusiem.

Czytaj więcej...

Młode lata spędziłem na Wołyniu

Urodziłem się we wsi Miłostów pod Równem na Wołyniu. Metryka urodzenia wypisana była w kościele parafialnym w Płonce pow. Krasnystaw,  wsi rodzinnej rodu Domańskich. Wszystkie moje młode lata spędziłem na Wołyniu w Miłostowie, Bogdaszewie pod Zdołbunowem w Międzyrzeczu koło Korca i w Kowlu. We wrześniu 1939 roku mieszkałem w Kowlu na Wołyniu przy ul. Łuckiej. Ósmego września o świcie nadleciały bombowce niemieckie zrzuciły bomby na przedmieścia  Kowla wzdłuż torów kolejowych a jedna bomba trafiła w dom mieszkalny, w którym zginęła matka z córką. Pogrzeb tych ofiar odbył się  z udziałem setek mieszkańców Kowla. Po kilku dniach ponownie nastąpił nalot bombowców, które dokonały ogromnych szkód.  Jedna z bomb eksplodowała przed wejściem do tunelu, który prowadził do budynku dworcowego. Wybuch miał miejsce przy masywnych dwuskrzydłowych drzwiach. Podmuch wybuchu był tak silny, że wyrwane drzwi  tunelu zabijały ludzi  o ściany tunelu. Zginęło wówczas ponad stu uciekinierów z zachodniej Polski, którzy pochowani zostali na cmentarzu kowelskim. Rannych zawieziono do szpitala powiatowego w Kowlu. Wojska niemieckie znajdowały się po zachodniej stronie Bugu.17 września pojawiły się eskadry samolotów sowieckich a 18-stego września o świcie na przedmieście Kowla wkroczyły wojska sowieckie, przy wsparciu wozów pancernych i czołgów. Po drugiej stronie ulicy, obo mego domu na rozległym trawniku obozowała kompania wojska polskiego. Oficerowie tej kompanii widząc zbliżających się żołnierzy sowieckich uciekli przez drogę do naszego domu. Ojciec mój co miał z odzieży cywilnej dał czterem oficerom do przebrania. Ja z moim bratem Mieczysławem znosiłem porzuconą broń przez polskich żołnierzy, i chowaliśmy ją  na strychu. Z ciekawości wyjrzałem przez  balkon i zobaczyłem ruskich żołnierzy przyczajonych pod murkiem wjazdu do szpitala, którzy krzyczeli do polskich żołnierzy żeby rzucali broń. Wtedy postanowiłem z bratem strzelać do nich. Wyjęliśmy ze strychu karabiny, które położyliśmy na stół. Otworzyłem drzwi od balkonu i w tym momencie wszedł do pokoju przebierający się oficer,  gdy zobaczył co my robimy-  krzyknął "gówniarze co wy robicie chcecie żeby nas wszystkich ruscy wybili" i odebrał nam broń, dzięki czemu wszyscy domownicy uniknęli śmierci. Całe miasto zostało opanowane przez wojsko sowieckie.

Czytaj więcej...

ZAMELDOWAŁEM SIĘ W ODDZIALE PORUCZNIKA „JASTRZĘBIA”

Nasza kolonia Kowalówka, gdzie mieszkaliśmy, oraz sołectwo Budy Ossowskie były w 98 procentach zamieszkałe przez ludność polską, natomiast okoliczne miejscowości: Rzewuszki, Ossa, Bobły, Wierzbiczno i wiele innych były wyłącznie ukraińskie lub mieszane, ale z przewagą Ukraińców. Do roku 1039 stosunki sąsiedzkie i współżycie ludności polskiej i ukraińskiej były bardzo poprawne i nic nie wskazywało na to, że mogą być aż tak złe, jak okazało się to u nas na początku 1943 roku. Wówczas policja ukraińska, wysługująca się dotąd Niemcom w likwidacji Żydów, opuściła służbę u nich i pod sztandarem OUN-UPA, zajęła się mordowaniem Polaków. W naszej okolicy z początkiem 1943 roku rozpoczęły się uprowadzenia ludzi przez bojówki UPA. Ludzie ci nigdy już nie powrócili do swoich rodzin, ginęli przeważnie z ran zadanych podczas tortur w słynnej kaźni UPA na Wołczaku. Starsi moi bracia, Władysław i Julian, jak i ja z Antosiem byliśmy świadomi, że jeśli te z premedytacją zaplanowane morderstwa nie zostaną przerwane przez nasze zbrojne oddziały, to dla nas, ludności polskiej nie będzie miejsca w tym rozszalałym żywiole OUN-UPA. Wielu Polaków, zwłaszcza Starszych nie przekonywały takie argumenty. Nie docierało do ich świadomości, że skończy się to ogólną rzezią polskiej ludności, że trzeba temu zapobiec, postawić zbrojna tamę, po prostu nie dać się zaskoczyć, nie dać się zabić bezkarnie i bez walki. Ci ludzie byli święcie przekonani, że z Ukraińcami żyją tu w zgodzie od wieków, często w zażyłej przyjaźni, skoligaceni poprzez małżeństwa i nie wierzyli, że tak nagle mogłoby się to zmienić, tym bardziej ze nie poczuwali się do żadnej winy wobec Ukraińców. Na zbrodnie dokonane przez UPA mieli jedną odpowiedź: Pewnie coś im przeskrobali, coś musieli zawinić. Byliśmy bezradni wobec takiej postawy, żaden argument nie trafiał do przekonania tych ludzi. Na takie i podobne reakcje było jedyne usprawiedliwienie – nasze polskie społeczeństwo nie było w porę uświadomione ani przygotowane psychicznie do tego, do czego zmierzało OUN-UPA, nafaszerowane opętańczą teorią Dmytra Dońcowa.

Czytaj więcej...

1944: pogrom w Święto Matki Boskiej Gromnicznej

2 lutego przypada katolickie Święto Matki Boskiej Gromnicznej, czyli Święto Ofiarowania Pańskiego, obchodzone 40 dni po Bożym Narodzeniu. Upamiętnia ofiarowanie Jezusa Chrystusa w Świątyni Jerozolimskiej. Tego dnia przynosi się do kościołów do poświęcenia świece woskowe, które następnie niesie się w procesji. Świece te nazywane są gromnicami i od nich też pochodzi potoczna nazwa święta - Matki Boskiej Gromnicznej, miały one chronić domostwa przez piorunami. Odbywa się również procesja z płonącymi świecami, symbolizująca życie w jedności z Chrystusem. Dawniej po uroczystościach przynoszono płonące świece do domów i wypalano znak krzyża w belce na suficie – miał on chronić przed nieszczęściem i żywiołami. Niestety, nie zawsze gromnice zdołały uchronić ludność polską.   Tak było też 2 lutego 1944 roku we wsiach Borów, Karasiówka, Łążek Chwałowski, Łążek Zaklikowski, Szczecyn i Wólka Szczecka, położonych przy Lasach Janowskich na Lubelszczyźnie. Ludność zgromadziła się na Mszy w kościele w Borowie. Tymczasem już około godziny 7,00 rano wioski te zostały otoczone silnym kordonem wojsk niemieckich, żandarmerii, policji ukraińskiej i innych kolaboracyjnych oddziałów ukraińskich – w sile około 3 tysięcy żołdaków. Pierwsza została zaatakowana wieś Szczecyn.  Około godziny 7,00 – 8,00 jej zabudowania zostały ostrzelane ogniem artylerii i broni maszynowej. Gdy wieś stanęła w płomieniach wkroczyły do niej dwie grupy Niemców i Ukraińców, które idąc od domu do domu systematycznie mordowały wszystkich Polaków bez względu na wiek i płeć. Podobny przebieg miała pacyfikacja pozostałych wsi, po ich ostrzelaniu i podpaleniu wkraczały grupy żołdaków i dokonywały masakry ludności. Liczba ofiar nie została dotąd precyzyjnie ustalona.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 622 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8293636