JEDEN DZIEŃ WOJNY – WRZESIEŃ 1939

Kowel na Wołyniu – to moje miasto rodzinne. To także duża węzłowa stacja kolejowa. Mieszkamy w pobliżu torów, dworca, wiaduktu, rampy i innych obiektów kolejowych na tzw. II-gim Kowlu. Już w pierwszym dniu wojny o godzinie 5-tej rano pierwszy nalot samolotów niemieckich i pierwsza bomba, która pada 200 m od naszego domu, zabija podczas snu dwie moje koleżanki. Pogrzeb tych dziewcząt – pierwszych ofiar wojny był wielką manifestacją przeciw wojnie. Każdego dnia naloty bombowców niekiedy kilkakrotnie. Giną ludzie i w gruzach padają domy. Trzeciego dnia wojny przybył do Kowla pierwszy transport z rannymi z frontu z okolic Bydgoszczy. Jako harcerki – przede wszystkim mieszkające w pobliżu torów pełnimy dyżury na rampie kolejowej, gdzie wyładowują rannych żołnierzy i odwożą do szpitala. pomagamy w służbie sanitarnej i rannym. szare mundurki harcerskie mieszają się z mundurami żołnierzy i białymi fartuchami personelu sanitarnego. Widok okaleczonych żołnierzy, krwawych opatrunków i trudnych do opisania nieszczęść jest dla mnie ogromnym przeżyciem – bo zawsze widok ran przyprawiał mnie o drżenie kolan. nadszedł 10-ty września. Ojciec mój, jako pracownik kolei pełni nocny dyżur w samym środku parku kolejowego. O godzinie 6-tej rano słychać wycie syren alarmowych, a zaraz potem ciężki jęk zbliżających się bombowców. zaczyna się nalot – bombardowanie. Wszyscy jesteśmy w ogrodzie w rowach przeciwlotniczych. Potworny huk rozrywających się bomb jest bardzo blisko i trwa długo. Wreszcie samoloty odlatują. I naraz dookoła słychać krzyki, jęki i wołanie o pomoc. Ludzie krzyczą, że na ulicy Topolowej dużo zabitych i rannych. (Topolowa to ulica wzdłuż torów, wysadzana pięknymi topolami i wyłożona brukiem tzw. ”kocimi łbami”). Mój harcerski obowiązek każe mi bieg, gdzie wołają pomocy. Na drżących nogach, zaciskając rękami usta, żeby nie krzyczeć idę wzdłuż ulicy i patrzę na tę masakrę. Widok jest przerażający. Bez głowy leży dziewczyna, na drzewie wysoko zawieszona noga, dalej tułów w kolejarskim mundurze, kobieta przecięta na pół, obok oderwane ramię. Wzdłuż całej ulicy pełno makabrycznie zmasakrowanych trupów, bez twarzy, bez czaszki, bez kończyn. Poznaję dużo znajomych. Jak się później okazało, w czasie nalotu wszyscy skryli się pod tymi pięknymi topolami. Bomby padały gęsto wzdłuż wybrukowanej ulicy i oprócz rozpryskujących się odłamków z ogromną siłą rozrzucały kamienie i raziły ludzi i siekły wszystko wokół. Nie zapomnę nigdy tego widoku. Byłam odrętwiała z przerażenia. Wkrótce nadjechały sanitarki.

Czytaj więcej...

"Job waszu mać, Polaki!"

Rodzina 72-letniego dziś Michała Sawosza ze Stargardu cudem ocalała z banderowskich pogromów. Mieszkali w powiecie Luboml, koło miasta o tej samej nazwie, we wsi Sawosze. Stało tam może trzydzieści chałup, połowa - polskich, połowa - prawosławnych. W Sawoszach Polak czy Ukrainiec, do wojny różnic nie było. Sawosze od Kątów dzieliło półtora kilometra, rzeka Hapa i kanał przeciwczołgowy zbudowany przez Rosjan. Właśnie Kąty Ukraińska Powstańcza Armia wymordowała i spaliła na początku. W 1943 r. Michał Sawosz miał 12 lat. Była noc z niedzieli na poniedziałek, 25 na 26 lipca. Starszy brat nad ranem wrócił "z panien", zapukał w okno. - Pali się!
Ojciec, matka, jeszcze jeden brat i Michał wybiegli przed dom. Kiedy usłyszeli z oddali "Job waszu mać, Polaki!", zaczęli uciekać. - Moja rodzina i służąca sąsiada uciekaliśmy do zagajnika, który nazywano Płoskie - opowiada Michał Sawosz. - Ojciec i bracia przed nami, ja z matką zostaliśmy nieco w tyle. Biegliśmy przez wysokie, odrastające ze ściętych olch, młode pędy. Matka miała na głowie białą chustkę i chyba dlatego jeden z banderowców, na koniu i z karabinem, nas zauważył i dopędził. Zapytał po ukraińsku: "Co wy za naród?" "Ukraińcy" - skłamała matka. "Wracać do domu, Polaków bijem" - uwierzył i odjechał.
Potem słyszeli, że jedną kobietę w polu zastrzelili. Wiedzieli także, że ukraińscy nacjonaliści z siekierami i nożami przeszli przez Kąty. Ponieważ noc była ciepła, kilku mieszkańcom, którzy spali w stogach siana w budynkach gospodarczych, udało się uciec. Przed świtem UPA spaliła wioskę. Niemcy przyszli później złupić zapasy i zabrać zwierzęta. Tej samej nocy Ukraińcy urządzili rzeź w Jankowcach, Ostrówce i Woli. W Ostrówce był kościół i szkoła. Do tych budynków spędzili mężczyzn. Potem ich zamordowali. Kobiety i dzieci pognali pod las i kazali się kłaść na ziemi, jedno obok drugiego i strzelali do nich. Jeszcze zanim wstało słońce Michał wraz z rodziną dotarli do Starego Jagodzina. Zamieszkali u brata matki o nazwisku Weremko. Zaraz za nimi przybiegła do wioski kobieta. Ludzie ją obskoczyli, a ona wyciągnęła przed siebie białą, splamioną krwią chustkę. - Patrzcie, tyle po mojej rodzinie zostało - łkała. Ponoć nosiła tę chustę przy sobie do śmierci. Od tej pory wszyscy Polacy codziennie wieczorem zjeżdżali wozami w dół wsi, nad rzekę. Niektórzy byli uzbrojeni. W wiosce na straży zostawało dwóch mężczyzn. Niedaleko biegły tory kolejowe z Lubomla prowadzące przez Chełm aż do Lublina. Po jednej stronie leżały Kupracze, Stary i Nowy Jagodzin; po drugiej stronie Terebejki i Rymacze. Polacy z tych wiosek zorganizowali się w partyzantkę i skryli w lesie, niedaleko Starego Jagodzina. Do partyzantów chodził starszy brat Michała.

Czytaj więcej...

Pozostało w pamięci

Joanna Zamościńska - Kucałowa to jedna z ostatnich żyjących jeszcze kobiet, walczących w szeregach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Pochodzi z legendarnych Zasmyk w powiecie kowelskim, w których zaczynały się tworzyć jej pierwsze oddziały. Urodziła się w tej wsi w 1923 r. i czasy wojenne pamięta doskonale. Jej mama Anna z domu Urban pochodziła z Presieki – wsi, w której większość mieszkańców stanowili Ukraińcy. Ojciec Bronisław był rodowitym mieszkańcem Zasmyk, w których Zamościńscy stanowili mocno osadzoną i rozgałęzioną rodzinę.

– Moi rodzice byli rolnikami. Posiadali w Zasmykach gospodarstwo o powierzchni dwunastu hektarów – wspomina. – W 1937 r., dokupili jeszcze dwa hektary od Onufrego Łukasza, który wyjeżdżał do Kowla i likwidował gospodarstwo w Zasmykach. Jakoś w nich mu się nie wiodło i liczył, że w Kowlu się lepiej urządzi. Mój ojciec, gdy zawierał związek małżeński z mamą, miał 32 lata i był już dojrzałym mężczyzną. Wynikało to z faktu, że piętnaście lat znajdował się poza domem. Odbywał służbę wojskową w carskiej armii i walczył w I wojnie światowej. Bił się, jak mi opowiadał, m.in. na froncie fińskim. W końcówce wojny dostał się do niewoli na Węgrzech, w której spędził wiele czasu. Mama, gdy wychodziła za ojca, miała 24 lata. Moja rodzina była bardzo liczna i znana w Zasmykach. Wynikało to z faktu, że we wszystkich jej odnogach było zawsze dużo dzieci. Babcia Zamościńska miała piętnaścioro dzieci. Za moich czasów żyło ich dziewięcioro, pięć córek i czterech synów. Najstarsza córka miała na imię Eleonora, żona Wielgata, Maria, która wyszła za Wojdaka, Bronisława żona Słowika, Zuzanna Urbanowa, której mężem został brat mojej matki. Najmłodsza córka babci, zapamiętana przeze mnie, miała na imię Eufemia. Wyszła ona za Michalskiego. Synowie mieli imiona: Bronisław, Franciszek, Karol i Antoni. Najstarszym z nich był właśnie mój ojciec. W Zasmykach część rodziny Zamościńskich mieszkała na sąsiednich posesjach.  Obok nas stał dom dziadka Władysława i babci Zuzanny z domu Piątkówny. Dalej znajdowało się gospodarstwo stryja Karola, ożenionego ze Stefanią Witkowską, pochodzącą z rodziny, która na Wołyń przybyła z Wielgomłynów w powiecie radomszczańskim. Nieco dalej w Zasmykach mieszkał jeszcze jeden Bronisław Zamościński, stryj mojego ojca. Po drugiej stronie drogi w Zasmykach mieszkał jeszcze Bazyli Zamościński syn Jana Zamościńskiego, nieżyjącego już, jednego z czterech braci mojego dziadka. W domu miałam jeszcze brata Bogusława, któremu później w dowodzie osobistym, wydanym po wojnie zapisano imię Bolesław. Takie bowiem podał dla zatarcia konspiracyjnych śladów i pod tym imieniem funkcjonował w Polsce.

Czytaj więcej...

Życie na Wołyniu

   Znalezienia lepszej pracy nie ułatwiał też niski poziom wykształcenia. Prawda, że w każdej wsi działała szkoła, mająca realizować konstytucyjne prawo chłopa do oświaty. Były to jednak tylko szkółki z jednym nauczycielem. W jedynej izbie lekcyjnej dzieci miały teoretycznie przerobić program czterech lat szkoły podstawowej. Duża absencja, spowodowana pracą dzieci w gospodarstwach rodziców, czyniły ambitne założenia fikcją. Nic dziwnego, że w kilka lat po zakończeniu nauki wiejskie dziecko stawało się wtórnym analfabetą. Ci którym się udało zakończyć szkołę siedmioklasową, stanowili miejscową "inteligencję". Nie funkcjonowało żadne szkolenie rolnicze, nie czytano prasy ani książek, nie uprawiano sportów. Wiele osób nie miało okazji podróżować pociągiem czy obejrzeć filmu w kinie. Jedyną rozrywkę stanowiły wesela, chrzciny i zabawy urządzane w stodole lub świetlicy.  Miejscowy handel był odbiciem niedorozwoju gospodarczego wsi. Sklepiki istniały jedynie w miasteczkach i większych wioskach, zresztą nędznie zaopatrzone. Biedniejszy chłop - a takich była przecież większość - kupował przede wszystkim sól, naftę i gorsze gatunki mydła do prania (i mycia). Dobrze sprzedawały się również wódka, machorka, gwoździe, igły. Gdy dodamy do tego szkło do lamp naftowych, to wyczerpiemy podstawowy asortyment sprzedawanych towarów. Gospodarkę wiejską na wschodzie cechował w dużej mierze autarkizm i chroniczny brak pieniędzy na inwestycje. Nic dziwnego, iż w ciągu międzywojennego dwudziestolecia niewiele się tam zmieniło; poziom gospodarowania, warunki bytowe, oświata i kultura znalazły się w martwym punkcie, co stanowiło rażący kontrast w stosunku do zachodnich dzielnic Polski.

   Kilka słów warto poświęcić wsi Huta Stepańska, gdyż w jej dziejach zaznaczył się nietypowy przypadek. Była to wioska parafialna, z dużym kościołem, będącym zarazem miejscowym urzędem stanu cywilnego, siedmioklasową szkołą, pocztą i posterunkiem policji. Już to nagromadzenie instytucji stawiało ją ponad okoliczne wsie i na drugim miejscu w gminie, po miasteczku Stepań. Ale około 1936 r. nastąpiły wydarzenia, które jeszcze bardziej podniosły rangę osady. Oto obrotny proboszcz odkrył, że w okolicy znajdują się obfite złoża borowiny - czarnej, bagiennej mazi, działającej leczniczo na schorzenia stawów. Ksiądz Czaban postanowił to wykorzystać. Skoro mógł się stać sławnym uzdrowiskiem Ciechocinek, leżący na takim samym bagnie, to mogła i Huta. Zebrano więc kapitały i w odległości jednego kilometra od wsi, w kierunku Omelanki, zbudowano kilka drewnianych baraków. Największy ochrzczono mianem "Łazienek". Zainstalowano tam wanny i piec do podgrzewania borowiny.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 598 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8267610