GDY HISTORIA ZATOCZY SIĘ KOŁEM - O ZASZŁOŚCIACH DZIEJOWYCH LACHÓW VEL POLAKÓW I RUSINÓW VEL UKRAIŃCÓW

Z historii obu narodów i dotychczasowego doświadczenia wynika, że w interesie Ukrainy i Polski jest żyć w zgodzie. Jednakże zgoda musi mieć swe oparcie we wzajemnym zaufaniu, stan zgody można osiągnąć pod warunkiem usunięcia wszystkich elementów panującego, tak długo braku zaufania i podejrzeń, co do nieszczerych intencji. Ale czy można się dziwić ludziom, którzy zapoznawszy się wcześniej z wielce haniebnymi metodami zwalczania żywiołu polskiego i żydowskiego na Rusi, krzywią się na sam widok Bohdana Chmielnickiego. A przecież ów hetman i wielu jemu podobnych na Ukrainie, zaliczani są do grona największych bohaterów narodowych. Ba, stawia się im okazałe pomniki, a rodzima literatura wynosi ich pod niebiosa, stawiając za wzór dla nowych pokoleń Ukraińców. O zgrozo! Jakie niekiedy myśli mogą się rodzić w niejednym, nie wyrobionym, młodym sercu ukraińskim, wszak wielki batiuszka narodu Bohdan Chmielnicki rezał Żydów i Lachów, aż się wióry sypały (może nie własnoręcznie ale robiły to na potęgę jego wojska kozackie, a On nie umiał albo nie chciał nad tym zapanować). A sławny Szymon Petlura, dobrze znany w Polsce, jako sojusznik Józefa Piłsudskiego na Ukrainie w 1920 r., czy wiedział co działo się na głębokiej prowincji?! Czy umiał i chciał temu zapobiec? W obliczu tak zawiłych problemów z przeszłości i wobec narastających wyzwań współczesnych, pokusiłem się o mały sondaż. Interesowały mnie szczególnie przykłady polsko-ruskiej współpracy, chciałem poznać na ile Rusini byli naszymi przyjaciółmi, a na ile takimi zwać się nie mogą. Badania te zakończyły się bardzo interesującym wnioskiem, który jak sądzę jest bardzo bliski prawdy. Ale o tym przeczytacie już państwo na następnych stronach.

 

WSI SPOKOJNA WSI WESOŁA

Opisana dalej historia rozgrywa się przed i w trakcie II wojny światowej, a jej epilog to także dzień dzisiejszy. Do 1943 r. Swojczów był niewielką wsią położoną około 15 km na północny wschód od Włodzimierza Wołyńskiego, t.j. około 80 km od Zamościa w Polsce. Osiedle, jak większość na Wołyniu niezbyt duże, po połowie zamieszkane przez Polaków i Ukraińców, ale ważne z racji obecności, łaskami słynącego wizerunku Matki Bożej Śnieżnej, zwanej Swojczowską.  Rzymskokatolicka parafia swojczowska powstała w latach 1606-1607, a więc w latach największych triumfów jazdy polskiej. Tam, bardzo daleko na wschodzie, właśnie w roku 1607, pod Kłuszynem, wielki hetman Stanisław Żółkiewski, poprowadził 7 tysięcy rycerzy polskich do wspaniałej szarży. Naprzeciw stało 35 tysięcy wojska, tyle liczyły połączone siły moskiewsko-szwedzkie, pod dowództwem cara Wasyla Szujskiego. Polacy byli w tamtych latach, czołówką europejskiego rycerstwa, a Polska liczyła blisko milion km kw. powierzchni. Krótko potem zwycięski wódz, odbył swój wjazd triumfalny do Moskwy, witany przez prawosławnych bojarów moskiewskich. Kto mógł wtedy przypuszczać, że już 200 lat później, nie będzie Polski na mapach świata, ludziom żyło się dobrze i dostatnio. I choć złoty wiek kultury polskiej, odchodził powoli do lamusa, a nieubłaganie zbliżał się czas rokoszów szlacheckich i nieszczęsnego liberum veto, wciąż fundowano Kościoły i inne pomniki polskiej kultury kresowej. Także w Swojczowie dzięki hojności właścicielki tych dóbr, kasztelanowej wołyńskiej, Ewy z Malina Łahodowskiej, zbudowano drewniany Kościółek, który w 1787 r. podczaszy królewski Feliks Czacki, zamienił na piękną i dużą, murowaną świątynię.  [1] [Nasz Dziennik, 07. 09. 1998 r., Zagłada parafii Swojczów na Wołyniu, s. 8-9]

Sama świątynia to jeszcze nie wszystko, aby życie człowieka, a w końcu i całej społeczności, nabrało głębokiego sensu. Aby dzień opływał w mleko i miód, potrzebne jest błogosławieństwo samego Boga, a to mieszkańcy Swojczowa i okolic mieli i to bardzo piękne, a przy tym wymowne. Otóż z pokolenia na pokolenie z wiarą i czcią, przekazywane były następujące legendy: „Dawno, dawno temu wśród lasów, znajdowała się wioska zamieszkała przez zasobnych i pracowitych ludzi, na nich napadały często bandy, rabując i niszcząc zabudowania. Ludność wiejska często wystawiała warty, pilnując i broniąc dobytku. Warty miały swoje hasło, na zapytanie: „Stój! Kto idzie?!”, zapytany odpowiadał swój, odzew brzmiał czuwaj. Druga legenda mówi, że wśród wioski na dużym, starym drzewie lipie ukazała się Matka Boska z dzieciątkiem Jezus na ręku, a przy niej Anioł z mieczem, który jak podają ludzie, miał przemówić tymi oto słowami: ‘Swoi czuwajcie, bo nie znacie dnia ani godziny!’. Po pewnym czasie, ludzie wybudowali na tym miejscu drewniany Kościółek, w nim umieścili obraz Matki Boskiej Swojczowskiej, a samą wioskę nazwano od hasła ‘Swoi-czuwajcie’ Swojczowem.” . [2] [Petronela Władyga Rusiecka, Wspomnienia z Wołynia, s. 1] Oczywiście wciąż pozostaje to tylko legenda, jednak bardzo piękna, przy czym wydarzenia ostatniej wojny światowej, upewniły mnie z synowską ufnością, że jak najbardziej prawdziwa. Tak czy inaczej ludzie tym żyli i tam i dziś, rozsypani po całej Polsce, pamiętając o swoich korzeniach, zachowują żywą wiarę i pamięć o swojej kulturze.

I rzeczywiście, doprawdy trudno się dziwić! Kiedy bowiem słucha się ich opowiadań, to niemal zawsze wyłania się obraz świata, którego właściwie już nie znamy, a który jakże często, własnymi rękami zniszczyliśmy, albo jeszcze do tej pory, pozwalamy na ten proceder, tu i ówdzie. Jaki to jest więc, ten świat który z kolei na naszych oczach, odchodzi do lamusa historii ? To świat pełny miłości, pokoju i wzajemnego poszanowania wśród plonsów, radości, pięknego śpiewu i pysznych korowajów. To świat urodziwych dziewcząt i młodzieńców, bez przekleństw i tandetnego chamstwa, świat wielodzietnych i wielopokoleniowych rodzin. To świat pobożnych nauczycieli, patriotów bez dwóch zdań, oddanych Polsce i wielkich społeczników. Te przykłady na pewno można jeszcze pomnożyć, ale przecież trudno zawrzeć, treść całego opracowania, w krótkim wstępie. Wszystko zaś razem, składało się na bardzo atrakcyjną i zupełnie osobliwą kulturę, która mogła się podobać i rzeczywiście pociągała i „wciąż pociąga” za sobą wielu.

A dziś, iluż z nas coraz częściej tęskni, za spokojnym dniem, wolnym od strachu, złodziei i coraz bardziej chamskiej, niestety przecież rodzimej młodzieży. Iluż z nas tęskni do uśmiechniętych twarzy, szczerej radości i kresowej pieśni bowiem nawet i te zamieniliśmy na pogoń za chlebem i na wygodny telewizor. To wszystko było już tam, ba pięknie i harmonijnie funkcjonowało, rodząc cudowne owoce. Jak piękne, warto posłuchać dla przykładu pana Antoniego Sienkiewicza z Wołynia, oczywiście takich relacji można by w tym miejscu przymnożyć i to nie tylko z okresu międzywojennego 1918 – 1939 , ale z całych wieków naszego współistnienia na Kresach. Darujmy sobie jednak tę przyjemność bowiem nie to jest celem niniejszego opracowania, zainteresowanych mogę jednak zapewnić, że tam na pięknej i zielonej Ukrainie, czas płynął i wciąż płynie wolno. Możecie więc sądzę, jeszcze dziś śmiało pojechać na głęboką wieś ukraińską i choć świat poszedł daleko naprzód, to ludzie tam nie wiele się zmienili i są niemal tacy sami: wierzący, dobrzy, pracowici, usłużni. Ale gdyby: ni stąd, ni z owąd, przyszło do jakiejś większej ruchawki, a pod ręką był Żyd, Lach czy Moskal, bogaty i najlepiej bez broni... to proszę mi wybaczyć: Boże uchowaj!!

Oczywiście jak na każdego prawdziwego chrześcijanina i mieszkańca Zamościa przystało ufam, że tym razem byłoby już inaczej, ale właśnie ta sama nadzieja zobowiązuje mnie do odpowiedzialności za siebie i innych. To znaczy do mężnego stawania w prawdzie o sobie i innych, do nieustannego czuwania nad sobą i tą rzeczywistością, do której powołał mnie sam Bóg Najwyższy. Tak więc, co to właściwie znaczy: być mężnym, każdy głupi wie, że hańbą jest być tchórzem! I w  takim razie jak rozumieć słowo: „czuwam” , tu posłuchajmy największego zdaje się, jak dotąd z rodu Polaków, samego Ojca Świętego Jana Pawła II, który w sierpniu 1991 r. na Jasnej Górze, tak wołał do młodych całego świata: „Wy, Młodzi, jesteście przyszłością i nadzieją tego świata. Chrystus potrzebuje Was, pragnie bowiem, aby Ewangelia Zbawienia dotarła do wszystkich zakątków ziemi. Bądźcie gotowi i chętni do spełniania tej misji w duchu prawdziwego synostwa. [...] Świat, który Was otacza, nowożytna cywilizacja, ogromnie wiele przyczyniła się do tego, aby odsunąć od świadomości człowieka do Boże Jestem. Stara się bytować tak, jakby Boga nie było – to jej program. Jeżeli jednak Boga nie ma, to czy ty, człowieku, naprawdę jesteś? Przybyliście tutaj, Drodzy Przyjaciele, aby odnaleźć i potwierdzić do głębi to własne ludzkie jestem wobec Boga. Patrzcie na krzyż, w którym Boże Jestem znaczy Miłość. [...] Co znaczy czuwam? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawić, przezwyciężyć je w sobie” [3] [Niedziela Młodych, Częstochowa 15. 08. 1991 r. s. 6]

Oto program każdego prawego człowieka, czy to po tej, czy po tamtej stronie rzeki Bug. Jestem głęboko przekonany, że jeśli tak będziemy żyć i na takim fundamencie będziemy budować naszą wspólną przyszłość na ziemi i pod słońcem, które daje nam Bóg, jeszcze na naszych oczach ziści się marzenie naszych przodków. Nastanie czas wielkiej zgody i pojednania, przyjdą nowi ludzie, a wraz z nimi nastanie rzeczywista nowa era w Europie Środkowo – Wschodniej. Póki co, bardzo daleko nam jeszcze do tego i jeśli nie chwycimy już dziś społem, wszyscy, jak jeden mąż za różaniec, próżne nasze marzenia i wysiłki. Powiem więcej; jeśli nie usłuchamy Madonny z Gietrzwałdu, Anioła z mieczem ze Swojczowa i wielkiego proroka Bożego Jana Pawła II z Jasnej Góry, przyjdzie na nas niechybnie taki czas, gdy wielu będzie znów szczerze wołać: „padnijcie na nas góry, przykryjcie nas pagórki”. Dziś jest jeszcze czas, dziś można jeszcze zbudować lepszą przyszłość, ale jak powiada wielki w swej mądrości Kohelet: „Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono [...], czas miłowania i czas nienawiści, czas wojny i czas pokoju. [...]” [4] [Księga Koheleta, 3,2 i 3,8]

Modlę się, aby mój naród i moja rodzina, umiała dobrze i mądrze korzystać z tego dobra, które wypracowało tak wiele pokoleń, skądinąd pobożnych Polaków, aby tego dziedzictwa i tej swoistej kultury nie odrzuciła. Właśnie temu ma służyć także ta książka oraz poniższa relacja pana Antoniego Sienkiewicza. Wsłuchajmy się w to serce bijące po polsku i tak po „swojczowsku” .

 

ŚWIADECTWO KRESOWIANINA

Nazywam się Antoni Sienkiewicz mam 82 lata, mieszkam we wsi Moroczyn 56, gm. Hrubieszów, powiat Hrubieszów. Urodziłem się 20 lutego 1921 r. w kolonii Piński Most, gm. Werba, powiat Włodzimierz Wołyński. Mój tato miał na imię Michał, a mama Józefa z domu Świstowska. Moja rodzina była polską, miałem trzech braci i jedną siostrę, najstarszy był Hipolit z 1910 r., druga była Leokadia z 1913 r., trzeci był Kazimierz z 1916 r., czwartym dzieckiem byłem ja z 1921 r., najmłodszy był Eugeniusz z 1923 roku. Jako młody chłopak miałem wielu kolegów, przeważnie Polaków, choć jeden był Ukraińcem, nazywał się Piotr Romaniuk i pochodził z kolonii Zarudle. Piński most to była mała kolonia polska, w której mieszkało tylko 12 gospodarzy, ale nie w ilości siła. A jakości w naszej kolonii nie brakowało bowiem kilku z nich, należało do elitarnej organizacji, która nazywała się: „Krakusy”. Należało tam dwóch moich rodzonych  braci: Hipolit i Kazimierz oraz Stanisław Hypś i Józef Świstowski. Każdy z nich posiadał swojego konia, swoją Lancę i szablę oraz inne potrzebne uposażenie.

Przed wojną nie raz, przeważnie w niedzielę, mogłem ich podziwiać, właśnie tak jeżdżących i ćwiczących. Na polu Stacha Hypsia była „ujeżdżalnia” i pamiętam dobrze, jak wielu kolegów przyjeżdżało do nich, aby poćwiczyć, czasami nawet z dość oddalonych miejsc. Dla przykładu z Marianpola przyjeżdżał pan Rak, z Mikołajówki pan Stasilewicz, z Turii pan Dobrowolski, a ich szefem był pan Abramowicz lat około 40, który był z Dominopola. Wszyscy należeli do szwadronu Kawalerii we Włodzimierzu Wołyńskim skąd też otrzymali potrzebne uposażenie. Pamiętam, że kiedy się ładnie ubrali to naprawdę było na co popatrzeć, mi osobiście bardzo się podobały specjalne koce pod siodło, na których były biało czerwone chorągiewki i po jednej i po drugiej stronie konia.

Ludności ukraińskiej u nas nie było, za to mieszkała u nas jedna rodzina żydowska o nazwisku Szloma. Stary Żyd miał lat około 70, a jego żona około 65, mieli też trzech synów: Dawid lat około 35, Herszko lat około 30 i Moszko lat ok. 25 oraz jedną córeczkę, której było na imię Łejka lat około 17.

 

POD SERCEM MARYJI ZE SWOJCZOWA

Dla Królestwa Niebieskiego narodziłem się w Kościele p.w. Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Swojczowie, gdzie już od wieków czczony był łaskami słynący wizerunek Matki Bożej Śnieżnej. Tam też przystąpiłem do pierwszej Komunii Świętej oraz do sakramentu dojrzałości chrześcijańskiej, do dziś bardzo dobrze pamiętam ten dzień, kiedy udzielono mi sakramentu Bierzmowania. Wraz z licznymi kolegami spotkaliśmy się już przed naszym Sanktuarium, było nas dość dużo i byliśmy poubierani w piękne świąteczne ubrania, ale przecież i chwila jak najbardziej stosowna. Potem razem z księdzem weszliśmy do Kościoła, przybył do nas też ksiądz biskup, który osobiście udzielał nam sakramentu Bierzmowania. Kiedy podszedł do mnie i zobaczył moje kalectwo, stała przy mnie moja mama i powiedziała, że błaga, że modli się o zdrowie dla mnie i o moja niepewną przyszłość. Bardzo martwiła się, jak ja sobie dam radę w życiu. Tymczasem ksiądz biskup pogłaskał mnie czule po głowie i powiedział: „Wszystko w mocy Boga, to nic nie szkodzi, może długo żyć.” I proszę żyję do dziś, mam się całkiem dobrze i moja rodzina także, choć przecież czasy, w których przyszło mi zmagać się ze zwykłą codziennością, rzeczywiście nie należały do najłatwiejszych. Muszę jednak podkreślić, że w najtrudniejszych chwilach zawsze uciekałem się do naszej umiłowanej Matki Bożej Swojczowskiej, a ona zawsze wspierała mnie swoją macierzyńską pomocą. Nawet w dzisiejszych czasach, kiedy tylko mogę, jadę 08 września na uroczysty odpust do Otwocka pod Warszawą. Właśnie tam znalazł swoje miejsce nasz cudowny wizerunek przeczystej i niepokalanej Panienki ze Swojczowa i tam też od lat, pielgrzymują nasze wołyńskie rodziny.

To już losy powojenne, póki co w ołtarzu głównym w naszym Kościele wciąż znajdował się ukochany Obraz Matki Bożej Swojczowskiej. Zwykle zasłonięty był innym obrazem, przedstawiającym Pana Jezusa unoszącego się w powietrzu, a pod nim na ziemi leżało 3 albo 5 ludzi i patrzyli w górę. To było chyba Zesłanie Ducha Świętego. Gdy obraz był odsłaniany, śpiewano piękną pieśń, my w tym czasie klęczeliśmy, a ministranci pięknie dzwonili dzwoneczkami. Obraz odsłaniał kościelny kręcąc korbką, która znajdowała się po lewej stronie Ołtarza, natomiast zakrystia znajdowała się po prawej stronie Ołtarza. W naszym Kościele nie było pięknej tradycji obchodzenia Ołtarza do około, którą można spotkać w innych znanych sanktuariach maryjnych i dawniej i dziś. Oprócz Ołtarza głównego w naszej świątyni było jeszcze dwa piękne ołtarze boczne, ale nie pamiętam już dziś komu były poświęcone. Przy jednym z nich, niekiedy modlił się ks. Symon, przeważnie przyjeżdżał do nas na Odpust. Po wojnie służył w Horodle w kościele św. Jacka i Matki Bożej Różańcowej.

 

KOCHALIŚMY ŚPIEWAĆ NA WOŁYNIU

Warto dodać, że przy naszym Kościele w Swojczowie był przepiękny chór złożony już z dorosłych osób, które ładnie potrafiły śpiewać, przy czym wtórowały im nasze piękne parafialne organy. Maryjny kult mocno promieniował nie tylko na Swojczów i naszą okolicę, a objawiało się to, nie tylko lgnięciem wiernych do maryjnych nabożeństw, ale przede wszystkim zamiłowaniem do pieśni religijnych, ale i wszystkich innych. W tamtych czasach na Wołyniu naprawdę kochano śpiewać, kochano te wspólne rodzinne spotkania i wieczory kiedy płynęła z piersi radosna i rześka pieśń patriotyczna. To był zarazem piękny model wychowania i niezwykła, swoista kultura i to zarówno Polaków jak i Ukraińców, wszyscy śpiewali. Poszczególne święta w roku miały swoje obrzędy i oczywiście pieśni. Jeszcze przed wojną jako młody chłopak, sam wykonałem gwiazdę i wraz z kolegami chodziliśmy po naszej kolonii oraz po sąsiednich wsiach i kolędowaliśmy. Pamiętam, że wraz ze mną chodził Antoni Dobrowolski z koloni Piński Most oraz parobek u sąsiada, który nazywał się Wieszczak. Kolędowaliśmy przeważnie w koloniach Wandywola i Zarudle, omijaliśmy natomiast bliski Dominopol bowiem tam było dużo podobnych grup, a więc duża konkurencja. W tej pięknej i kultywującej tradycje wsi, wierni robili nawet przedstawienie nazywane: „Herody”, w którym występowały takie postacie jak: śmierć, diabeł rogaty, Marszałek Polski Józef Piłsudski i sam Herod. Nie chodziliśmy dla pieniędzy, raczej dla radości, że w ten sposób mamy drobny wkład w podtrzymywanie pięknych tradycji, śpiewania pięknych kolęd polskich. To zawsze dodawało nam skrzydeł, dlatego kolędowaliśmy nawet podczas II wojny światowej i właściwie nikt, z tego powodu nie robił nam przykrości. Niektórzy w naszych stronach kolędowali jeszcze w roku 1942 r. .

 

ODPUSTY W SWOJCZOWIE

Największe uroczystości zawsze gromadziły w Swojczowie tłumy wiernych, którzy przyjeżdżali nawet z odległych stron. Szczególnie Odpusty stawały się takim czasem, kiedy mogliśmy spotkać wielu gości, a było u nas dwa odpusty, mniejszy przypadał 15 sierpnia na Matki Bożej Wniebowziętej i trwał tylko jeden dzień. Drugi wypadał 08 września w święto Narodzenia Najświętszej Marii Panny i ten był najważniejszym Odpustem w naszej parafii, który trwał przez trzy dni. Pamiętam, że trwało wtedy uroczyste 40-godzinne nabożeństwo, które zaczynało się o godzinie 18.00 nieszporami, dwa dni przed właściwym Odpustem. Następnego dnia, t.j. 07 września modlitwy trwały przez cały dzień, a nasi wierni z nadzieją i wiarą powierzali Maryi swój los, swoje życie, powołanie, codzienne troski i kłopoty.

W tych dniach, przychodziły do Swojczowa piesze pielgrzymki z takich miejscowości jak: Horodło nad Bugiem, Sielec, Poryck, Kisielin, a nawet z odległego Sokala. Wiele razy widziałem, jak Ci radości i rozmodleni pielgrzymi, całymi grupami wchodzili do naszej wsi, aby pokłonić się naszej pięknej i dobrej Królowej. Na ich czele zwykle kroczył kapłan, gdy byli już blisko na przeciw nich wychodził nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski, w otoczeniu wielu wiernych naszej parafii i radośnie witał w Imię Jezusa Chrystusa, przybyłych pielgrzymów, niemal całował pobożnie ich błogosławione stopy. Uroku tej chwili przydawały jeszcze, radośnie bijące dzwony w przykościelnej dzwonnicy. Trzeciego dnia, tych wielkich świąt w naszej parafii, były już wokół Kościoła prawdziwe tłumy wiernych, rozradowanych i religijnie rozśpiewanych. Ludzie jak zwykle przybywali ubrani bardzo odświętnie, a zarazem bardzo różnie, było więc wesoło i kolorowo. A muszę dodać, że mieliśmy tam na Kresach, piękną i postawną młodzież, chłopcy rośli, a dziewczęta urodziwe. Tak więc choć plac przykościelny był naprawdę dość duży, mimo wszystko, niemal cały zapełniał się furmankami, tak że wielu z tych, którzy przybyli później, musiało już korzystać z łąki naszego organisty, Polaka o nazwisku Jakubicki.

Szczególnie uroczysta była procesja, która odbywała się zarówno podczas małego, jak i wielkiego Odpustu. Jak zawsze na koniec nabożeństwa szliśmy radośnie dookoła naszej świątyni, chyba 3 razy, a razem z nami kroczył sam Pan Jezus. Ludzie nieśli wtedy zwykle nasze sztandary oraz obrazy, a dziewczynki, które w tym roku przystąpiły do pierwszej Komunii Świętej, sypały wdzięcznie kwiatki. Biły radośnie dzwony, a ludzie wyjątkowo głośno i radośnie śpiewali. Na koniec, jak w zwykle, już w Kościele wszyscy otrzymywali szczególne błogosławieństwo, połączone z odpustem zupełnym pod zwykłymi warunkami.

Oczywiście jak Odpust, to tak jak i dziś, tak i w tamtych czasach, zjeżdżało się wielu handlarzy, którzy rozstawiali swoje kiermasze. Tam to dopiero był ruch i prawdziwy jarmark, który robiły przeważnie dzieci, uradowane tak wymyślnymi słodyczami i przeróżnymi zabawkami. Jeden z mieszkańców Wólki Swojczowskiej, która przylegała do Swojczowa Ukrainiec Aleksiej Wydychaj, wpadł na dobry pomysł i postanowił zrobić dobry interes na tych tłumach ludzi. Jako zdolny człowiek zbudował karuzelę, którą w tych dniach stawiał na placu przykościelnym, widać miał pozwolenie księdza i robił na tym niezłe pieniążki, a dzieciaki miały przy tym dodatkową radochę. Karuzela była oczywiście napędzana ręcznie przez same dzieci. Ponieważ nie mieliśmy swojej rodziny w Swojczowie, zaraz wracaliśmy spiesznie do swojego rodzinnego domu, na smaczny i uroczysty obiad

 

POBOŻNI NAUCZYCIELE I DOBRA SZKOŁA

.           W Swojczowie służyłem wiele razy do Mszy Świętej jako ministrant, a zawdzięczam tę łaskę naszym wspaniałym nauczycielom ze Swojczowa, którzy w każde święto prowadzili nas czwórkami, na godzinę 9.00 rano do Kościoła na Mszę Świętą. Była poza tym zrobiona lista, według której kolejne osoby służyły przy ołtarzu, to mi się bardzo podobało. Nie był  to jedyny przejaw głębokiej wiary i patriotyzmu naszych wychowawców i nauczycieli. Bardzo miło wspominam także lekcje prowadzone przez naszego dyrektora szkoły, Polaka Stefana Stępień, który o ile dobrze pamiętam, uczył nas języka polskiego. Gdy rozpoczynał lekcje mówił krótko: „modlitwa”, wtedy wszyscy wstawali w klasie w swoich ławkach, a on odwracał się przodem do tablicy nad którą wisiał Krzyż i wspólnie głośno odmawialiśmy modlitwę, oto jej słowa: „Duchu Święty, który oświecasz serca i umysły nasze, dodaj nam ochoty i zdolności, aby ta nauka była pożytkiem doczesnym i wiecznym przez Chrystusa Pana naszego Aman.” Potem wszyscy siadaliśmy na swoich miejscach i trwała normalna lekcja, sytuacja powtarzała się, gdy kończyliśmy już swoją naukę. Znowu wspólnie odmawialiśmy modlitwę, tym razem dziękczynną, dopiero po niej szliśmy do domu. Modliliśmy się wspólnie i nikt się temu nie sprzeciwiał, chociaż w mojej klasie, była nawet jedna Żydówka oraz dwóch Żydów. Jeden z nich miał na imię Abram, a drugi Herszko, obaj pochodzili ze wsi Widełka, od strony Włodzimierza, to były wysokie chłopaki, ale nie wiem co się później z nimi stało. W mojej klasie byli też Niemcy, w tym Herman Negier z kolonii niemieckiej Wandywola oraz Ukraińcy, dla przykładu Liwiniuk ze wsi Wólka Swojczowska. Szczerze mówiąc nie wiem czy modlili się razem a nami, ale nie pamiętam, aby kiedykolwiek żalili się, że ich ktoś prześladuje, albo składali jakieś protesty do dyrekcji naszej szkoły. W szkole odbywała się także religia, przychodził do nas ks. Franciszek Jaworski, a do młodzieży ukraińskiej pop prawosławny ze Swojczowa. Niedaleko szkoły, tylko zaledwie 50 metrów, była wysoka, drewniana i piękna Cerkiew, pamiętam że była pomalowana na zielono i pokryta blachą.

 

DZIEŁO DOBREGO PASTERZA

Pierwszego kapłana, którego pamiętam w Swojczowie, to był ksiądz Kurowski, ale niestety jego posługa spotkała się z krytyką naszych parafian. Wtedy przyszedł do naszego Kościoła ksiądz staruszek, który tym bardziej, nie dawał sobie rady z posługą w tak wielkiej parafii. Wiem o tym dobrze ponieważ, nasi parafianie publicznie o tym dyskutowali wiele razy. Dopiero gdy do Swojczowa przyszedł ks. Franciszek Jaworski, nasza parafia zaczęła tętnić życiem, już od pierwszych dni można było zauważyć, że wspaniale się u nas czuje i doskonale daje sobie radę. Nasi ludzie także bardzo go polubili i chętnie udzielali wszelkiej pomocy przy rozwoju naszej parafii. Jednym z pierwszych jego dzieł, była więc aktywizacja Kościoła, który budują przecież parafianie i ich rozmodlone serca, potem były następne. Dla przykładu nowa, ładna kaplica zbudowana tuż obok naszej świątyni, o ile dobrze pamiętam poświęcona była Matce Bożej. Stała po lewej stronie Kościoła i była zwrócona przodem do ołtarza głównego. Ks. Franciszek poszerzył tez plac wokół Kościoła oraz zbudował na zewnątrz poddasze, pod którym księża spowiadali tłumy wiernych, szczególnie w czas niepogody. Obok Kościoła stała też murowana, piękna i zabytkowa dzwonnica. Były tam 3 dzwony, jeden z nich był tak duży, że słychać go było bardzo daleko, nawet na odległość 15 km. Niektórzy parafianie mówili, że dzwony ze Swojczowa słychać nawet we wsiach Kowalówka i w Budy Osowskie. Gdy jednej zimy, około 1929 r., mrozy w naszych stronach dochodziły nawet do 40 stopni, jeden z tych dzwonów nie wytrzymał i pękł, wtedy odlaliśmy nowy dzwon. Każdy z nich miał swoje imię, a jeden to był chyba Bartek.

Do piewszej mojej szkoły chodziłem do niedaleko położonej, dużej i pięknej wsi polskiej Dominopol. Tam pod Lasem Świnarzyńskim znajdował się duży drewniany dom pod blachą, który należał do gospodarza Pawła Buczko. Pan Buczko wynajmował swój dom dla potrzeb naszej 4 – klasowej szkoły. Oczywiście w szkole miałem bardzo wielu kolegów i koleżanek, ale znowu prawie wyłącznie Polaków bowiem na około 120 rodzin mieszkających w Dominopolu, prawie wszyscy byli narodowości polskiej. Mieszkało tam tylko dwie rodziny ukraińskie: Stefana Dubczuka i Teodora Dubczuka.

 

DOMINOPOL – PERŁA WOŁYNIA

Pamiętam, że bardzo lubiłem ludzi z Dominopola bowiem pięknie potrafili śpiewać i to zarówno podczas różnych uroczystości, jak i w swoich rodzinnych domach. Bardzo miło wspominam także te chwile, kiedy wraz z nimi gromadziłem się przy figurze, stojącej w środku samej wsi. To był nowy, wysoki i piękny Krzyż z drzewa przy którym w maju śpiewaliśmy nabożeństwo majowe. Drugi Krzyż w tej wsi, stał tuż obok naszej szkoły przy drodze do ukraińskich wsi: Wołczak i Rzewuszki, jeszcze dziś przypomina mi się ten zwyczaj zdejmowania tam naszych czapek. Ponieważ w Dominopolu naprawdę ludzie pięknie potrafili śpiewać, zauważył to także nasz nauczyciel z Teresina i utworzył młodzieżowy chór, w którym dużo śpiewano, nawet na głosy. Także ja trafiłem do tego chóru, śpiewaliśmy raz w tygodniu w szkole. Nasz repertuar obejmował najróżniejsze pieśni, w tym patriotyczne i religijne, ale ja najmilej wspominam kolędy na uroczystość Bożego Narodzenia.

W Dominopolu zawiązała się i aktywnie działała organizacja szlachty zagrodowej, która podtrzymywała tradycje szlacheckie i polskie. Widziałem jej przedstawicieli, jak wiele razy brali udział w uroczystościach z okazji narodowego Święta 3 Maja przy naszym kościele parafialnym w Swojczowie. Do tej organizacji należały takie rodziny jak: Potoccy, Ulerycy, Turowscy, Wasilewscy, Magreccy, Buczki, Traczyńscy i Zawadźcy.

W tym czasie moim najlepszym przyjacielem był Stanisław Czyżewski z 1921 r., Polak z kolonii Zarudle, z którym razem chodziłem do jednej klasy. To były bardzo radosne lata, często bywałem gościnnie u moich kolegów w ich domach, najczęściej oczywiście w Dominopolu. Miałem więc wiele okazji, aby dobrze przyjrzeć się ludziom, którzy tam mieszkali i zauważyłem, że to byli bardzo dobrzy i spokojni ludzie. Przed wojną nie przypominam sobie, aby między Polakami i Ukraińcami w naszych stronach panowała jakaś niezgoda czy choćby wzajemna niechęć. Było bardzo spokojnie i panowała zgoda, poza tym Ukraińców spotykałem raczej bardzo rzadko i siłą rzeczy nie mogłem mieć do nich jakiś uprzedzeń.

Gdy ukończyłem 4-klasową szkołę w Dominopolu swoją naukę kontynuowałem w niedalekim Swojczowie, gdzie zaliczyłem jeszcze 3 klasy. Tym razem do szkoły miałem już 4 km, latem chodziliśmy na piechotę, a zimą jeździliśmy tam saniami. Był to wiek, kiedy ja i moi koledzy mieliśmy szereg różnych zainteresowań, a które mieliśmy wielką ochotę rozwijać. Dla przykładu, żywo interesowaliśmy się rolnictwem i braliśmy udział w różnych kółkach problemowych. Po ukończeniu nauki w Swojczowie miałem więcej czasu na pomoc w naszym domowym gospodarstwie, podjąłem też naukę w zawodzie szewskim. Bardzo chciałem nauczyć się dobrze robić buty i w tym celu całą zimę chodziłem do kolonii Wandywola. Pobierałem tam naukę, u mojego kolegi Karola Pietruszka, który był dwa lata starszy. W 1940 r. Sowieci powołali Karola do swojej armii i od tej pory wszelki słuch po nim zaginął. Wydaje mi się, że zginął jak wielu innych, podczas krwawej wojny w Finladii. Niedługo później, podjąłem też pracę jako sprzedawca we wsi Dominopol. Sklep w którym sprzedawałem najczęściej artykuły spożywcze, należał do Spółdzielni Rolniczej „Zgoda”, miałem wtedy okazję, jeszcze bliżej poznać te rodziny, które i tak już bardzo dobrze znałem z mojego dzieciństwa. Po jakimś czasie znałem i to dobrze, właściwie wszystkich mieszkańców w tej, tak bardzo polskiej wsi. [...] [5] [Sławomir Roch, Wspomnienia Antoniego Sienkiewicza z kolonii Piński Most z Wołynia, Moroczyn 2003 r., s. 1-5]

Właśnie po temu, tak trudno zrozumieć, dlaczego właśnie tam, gdzie ludzie przez tyle lat żyli zgodnie, niemal w atmosferze „wiejskiej sielanki” , właśnie tam, zło rozwinęło się do tak monstrualnych rozmiarów ? I pytanie jeszcze istotniejsze: czy w tamtych okolicznościach, można było temu zaradzić ? Sądzę, że ciekawa lektura osobistych odczuć, przeżyć i wyborów pani Janiny Topolanek, która w tamtym, tragicznym roku 1943 była już mężatką, pozwoli państwu, głębiej wniknąć w realia, w jakich przyszło żyć naszym bohaterom. Dodam przy tym, że naprawdę, realia te nie należały już do najłatwiejszych i kto wie, czy nie był to jeden z najbardziej okrutnych frontów II wojny światowej. Na pewno zaś, mamy do czynienia z ludobójstwem, a więc najcięższą zbrodnią, która w świetle prawa międzynarodowego, nie ulega przedawnieniu. Cóż więc takiego tam się wydarzyło, że nawet znany już „z stąd i onąd” Instytut Pamięci Narodowej (IPN), publicznie zakwalifikował wypadki wołyńskie jako zbrodnię ludobójstwa ? O tym też, przeczytacie państwo we wspomnieniach pani Janiny oraz w wielu innych relacjach, (są już dostępne na tej samej stronie www.wolyn.btx.pl ), a opublikowane w poprzednich tygodniach i miesiącach.

 

MARNOŚĆ, WSZYSTKO MARNOŚĆ......

Mądrymi słowami Koheleta, mojego ulubionego przewodnika po niełatwych ścieżkach życia, pragnę wprowadzić niejako moich czytelników, w tamte dni naznaczone ludzkim bólem i cierpieniem. Człowiek jako istota ukształtowana na podobieństwo samego Boga został powołany, aby stwarzać, budować i królować w tym pięknym świecie, który go otacza. Dlatego wszędzie gdzie pojawi się rodzaj ludzki, zaraz też pojawiają się kwiaty, owoce, uprawy, zwierzęta, domy, całe osiedla ludzkie, figury, Kościoły, wreszcie całe miasta. Nasza kultura nazwała ten proces cywilizacją, a rozwój postępem, im wyższa kultura danego narodu, tym wyższa cywilizacja i większy dobrobyt. Upadek kultury człowieka, danej grupy społecznej czy Narodu, to potęgujący się ból jednostki, regres społeczny, a nawet pogaństwo w skrajnych przypadkach, posunięte do zezwierzęcenia postaw i zachowań poszczególnych osób, czy nawet całych grup spoełecznych i partii. Niemal cała historia rodzaju ludzkiego, to nieustanna walka pomiędzy dobrem i złem, miłością i nienawiścią, rozwojem i cofaniem się, budowaniem i niszczeniem.

Wiernym zwierciadłem zmagania się tych dwóch realnych i bardzo potężnych mocy są dzieje społeczności polskiej, rozlanej po obszernej, zielonej i pięknej Ukrainie. Od najwcześniejszych wieków Polacy i Rusini wspólnie budowali na tych ziemiach swoją przyszłość. Raz było lepiej, innym razem gorzej, generalnie jednak rzecz biorąc dobrze. Póki budowano, niekiedy nawet z rozmachem, jak za królów Kazimierza Wielkiego i Zygmunta Starego, póty rozwijała się kultura i wzrastała zamożność, gdy brano się za łby, bywało już różnie, najczęściej źle! Ogólnie jednak rzecz biorąc nie było najgorzej, aż do początku XVII wieku kiedy pod ciężarem, rzeczywiście bardzo poważnych problemów religijnych, społecznych, ekonomicznych i kulturalnych właściwie zawalił się misterny gmach, mimo wszystko wspaniałej I Rzeczpospolitej. Nie oszukujmy się, gdyż każdy rozsądnie myślący strateg, polityk i historyk, doskonale zdaje sobie sprawę, że nieszczęsne rozbiory z końca XVIII wieku miały swój początek w tragicznej i jakże krwawej epopei na Ukrainie. Klęska wiekopomnej myśli politycznej Trojga Narodów, wprowadzonej w życie w 1658 r. w Hadziaczu, była pierwszym krokiem do zniewolenia najpierw Rusi, a w całkiem niedalekiej przyszłości także Rzeczpospolitej. Tak oto na naszych oczach, gdy my braliśmy się „ochoczo za bary” , przelewając bratnią krew i tak potężna Rosja rosła w siłę, a sprytne Prusy misternie i systematycznie niszczyły wielkie dzieło słowiańskich narodów: Grunwald i Hołd Pruski.

ŚW. ANDRZEJ BOBOLA - PATRON TRUDNYCH CZASÓW

Wydarzeniom tym, towarzyszyło niestety trudne wprost do opisania okrucieństwo i to z obu stron, przy czym wydaje się, że Kozacy prześcigali w tym mistrzostwie Polaków i to na całą długość. Zadnieprze wprost niszczono „ogniem i mieczem”. Ginęły tysiące niewinnych ludzi – zarówno unitów, łacinników, jak i prawosławnych. Jednak szczególnie cierpiała ludność wyznania katolickiego. Prawie wszystkie świątynie katolickie i klasztory zburzono. Ginęli franciszkanie, męczeństwo poniosło wielu dominikanów. Głównie jednak kozaczyzna głosiła wojnę przeciw unii i jezuitom. Nie przebierano w środkach, doskonałym przykładem stosowanych wówczas metod i form oddziaływania na swoich przeciwników, urastającym do rangi symbolu jest opis męki św. Andrzeja Boboli, ogłoszonego nie tak dawno, głównym patronem Polski.

A było to tak: kozacy pod dowództwem Zdanowicza dowiedzieli się, że w okolicy znajduje się pewien polski Jezuita Andrzej Bobola SJ, wielki szkodnik, który spowodował odstępstwo wielu ludzi od prawosławia. Usłużni ludzie poinformowali także, że obecnie znajduje się w Peredyle, na dworze Przychockiego, dzierżawcy wsi Mohylna. Wtedy dowódca watahy posłał oddział kozaków z rozkazem ujęcia Boboli i doprowadzenia go do Janowa. Tak rozpoczęły się ostatnie, chwalebne godziny apostoła Pińszczyzny, zwanego „duszochwatem” i „łowcą dusz”, oto dokładny opis męczeńskiej śmierci św. Andrzeja Boboli: „Możliwe, że wieści o gwałtach w Janowie doszły już do Peredyla i wskutek nich Bobola wsiadł na wóz, by się schronić gdzieindziej. W każdym razie pewnem jest, że kozacy dopadli go jeszcze w Peredyle, jadącego wozem. Woźnica Jan Domanowski rzucił lejce i zbiegł do lasu, Andrzej zaś pozostał na miejscu i polecając się Bogu, oddał się w ich ręce. Było już po południu. Kozacy powierzyli swe konie Jakubowi Czetwerynce i poczęli natychmiast „nawracać’ Andrzeja na wiarę prawosławną. Namowy i groźby nie odniosły skutku, wobec tego obnażyli go, przywiązali do płotu i skatowali nahajkami, poczem odwiązanego bili po twarzy, przyczem Andrzej postradał kilka zębów. Następnie związali mu ręce, umieścili go między dwoma końmi, do których go przytroczyli i ruszyli do Janowa. Kiedy w ciągu czterokilometrowego marszu Bobola opadał z sił, popędzali go nahajkami i lancami, po których pozostały dwie głębokie rany w lewym ramieniu od strony łopatki, prócz tego jedno cięcie, prawdopodobnie od szabli, na lewym ramieniu.

Odarty z odzienia, pokryty sińcami i krwawiącymi ranami, odbył Andrzej swój wjazd triumfalny do Janowa, gdzie eskorta oddała go niezwłocznie w ręce starszyzny. Tu przyjęto go podobno szyderstwami i okrzykami: ‘To ten Polak, ksiądz rzymskiej wiary, który od naszej wiary odciąga i na swoją polską nawraca!’ Jeden z kozaków dobył szabli i wymierzył cięcie w głowę Boboli, ten jednak wskutek naturalnego odruchu uchylił się i zasłonił ręką, tak, że częściowo udaremnił śmiertelne cięcie, ale za to poniósł bolesną ranę w pierwsze trzy palce prawej ręki. Równocześnie sprowadzono unickiego proboszcza janowskiego Jana Zaleskiego i uwiązano go do płotu, by go później poddać torturom. Jakiś litościwy wieśniak, korzystając z tego, że Kozacy zajęci byli męczeniem Boboli, przeciął więzy i ułatwił Zaleskiemu ucieczkę. Przygotowane przez kozaków krwawe widowisko ściągnęło liczny tłum ciekawego pospólstwa, wśród którego znajdowali się obok Czetwerynki, Joachim Jakusz, Chwedko, Jan Skubieda, Paweł Hurynowicz, Stasnisław Wojtkiewicz, Dryk i Utnik. Tymczasem kozacy bezzwłocznie zajęli się Bobolą. Kolejności katuszy mu zadanych, wobec chaotycznych zeznań świadków w procesach apostolskich, ustalić niepodobna, zastosowanie ich oraz rodzaj nie ulega żadnej wątpliwości.

Na rynku janowskim w pobliżu drogi, wiodącej do Ohowa, stała szopa Grzegorza Hołowejczyka, służąca za rzeźnię i jatkę. Wprowadzono tam Bobolę, rzucono go na stół rzeźnicki i uwiwszy wieniec z młodych gałęzi dębowych ściskano mu głowę. Następnie, wzywając go do porzucenia wiary katolickiej, przypiekali mu ciało ogniem. Stałość Andrzeja doprowadziła ich do coraz większego okrucieństwa. ‘Temi rękami Mszę odprawiasz, my cię lepiej urządzimy’ , mieli wołać do niego i wbijali mu drzazgi za paznokcie. ‘Temi rękami przewracasz kartki ksiąg w kościele, my ci skórę odwrócimy, ubierasz się w ornat, my cię lepiej ozdobimy, masz za małą tonsurę na głowie, my ci wytniemy większą’ , wołali podobno w dalszym ciągu, zdzierając nożami skórę z rąk, piersi i głowy, odcinając wskazujący palec lewej ręki, końce obydwu  pierwszych palców i wycinając skórę z dłoni. Łaska, jakiej Bóg udziela swym wybranym męczennikom, krzepiła Bobolę i dodawała mu wprost nadludzkich sił fizycznych i moralnych, dzięki czemu, poddając się woli Boga, wśród jęków wzywał świętych imion Króla i Królowej Mecznników, Jezusa i Marji, a w odpowiedzi na szyderstwa i bluźnierstwa swych katów, wzywał ich opamiętania. Ci prowadzili swe ohydne dzieło w dalszym ciągu. Wykłuli mu prawe oko, przewrócili go na drugą stronę, zdzierali mu skórę z pleców i świeże rany posypywali plewami z orkiszu, odcięli mu nos i wargi, przez otwór, wycięty w karku, wydobyli język i odcięli u nasady, wreszcie powiesili go u sufitu za nogi, głową na dół i naśmiewali się z ciała, rzucającego się w konwulsjach i skurczach nerwowych: ‘Patrzcie, jak Lach tańczy!’ Dwugodzinne katusze dobiegały już końca, odcięty ze sznura, padł Bobola na ziemię i odziany w najcenniejszy ornat, bo utworzony z purpury krwi własnej, wznosił swe okaleczałe ręce ku niebu, składając u tronu Boga ofiarę z życia i krwi własnej.

Tak kończył swą pielgrzymkę ziemską apostoł miłości i jedności, który prawie całe swe życie oddał na służbę Bogu i dobro dusz, i nie zawahał się nawet przed złożeniem ofiary z swego życia, tego dowodu najwyższego stopnia miłości Boga i bliźniego. Dwukrotne cięcie szablą w szyję, było ukoronowaniem tragedii janowskiej, której padł ofiarą dnia 16 maja 1657 r. Andrzej Bobola”.

Krytycznego opracowania dziejów Świętego dokonał ks. Jan Poplatek, jezuita. Jemu właśnie zawdzięczamy wartościową książkę, zatytułowaną: „Błogosławiony Andrzej Bobola Towarzystwa Jezusowego. Życie – Męczeństwo – kult” , wydaną w roku 1936 w Krakowie nakładem Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy. [6] [o. Mirosław Paciuszkiewicz SJ, Będę jej głównym patronem, Kraków 1995, s. 22-24]

W tej pięknej książce o życiu i dziele św. Andrzeja czytamy ponadto istotne fakty, tyczące się losów ludności kresowej: „Na Polesiu grasowały oddziały Zdanowicza. Jeden z nich zajął Pińsk. Prawosławni bardzo szybko połączyli się z tymi oddziałami. Unici i Polacy – zarówno świeccy jak i duchowni – w lasach i pobliskich miejscowościach szukali schronienia przed grożącymi napadami. W takich okolicznościach opuścili Pińsk najbardziej zagrożeni spośród jezuitów – księża Szymon Maffon i Andrzej Bobola. Maffon znalazł się w Horodcu, gdzie pracował w kościele parafialnym. Dnia 15 maja rano napadła na plebanie wataha kozaków, zdążająca z Brześcia do Pińska i okrutnie się z nim rozprawiła. Ci sami kozacy przybyli do Janowa dnia 16 maja po południu. Urządzili taką rzeź Żydów i katolików, że i prawosławni wpadli w trwogę. Zaraz im wytłumaczono, iż nie mają się czego obawiać, bo rządy przeszły teraz w ręce kozackie. Muszą jednak najpierw wyciąć w pień wszystkich katolików. Uspokoiło to ludność prawosławną, która stanęła po stronie kozaków i pomagała w ściganiu katolików.” [7] [Jak wyżej, s.22]

MĄŻ OPATRZNOŚCIOWY NA MIARĘ EPOKI I WYZWAŃ

W tak trudnej chwili dziejowej na Kresach, tylko „jeden człowiek” zdołał zachować zimną krew, a przez swoją odwagę i wojskowe talenty, ściągnął na siebie nienawiść Kozaków, splamionych niewinną krwią Polaków i Żydów. Książe Jeremi Wiśniowiecki (1612 – 1651), wojewoda ruski, postrach kozaków (Cosacorum terror), bożyszcze żołnierzy, szlachty i Żydów, doczekał się dwóch biografii, autorstwa Władysława Tomkiewicza (1933) oraz Jana Widackiego (1984).

Na potwierdzenie powyższych słów Paweł Jasienica w swoim dziele „Rzeczpospolita Obojga Narodów” , tak pisał o tej doniosłej roli księcia: „Imię Wiśniowieckiego rozsławiał w Rzeczpospolitej znaczny odłam szlachty, w Europie zaś całej z powodzeniem dokonywali tego Żydzi. W dziejach ich narodu zaczynał się tragiczny rozdział, o którego treści do dziś świadczy przejmujący ton pieśni chasydzkich. Poszczególni Izraelici służyli w wojsku kozackim, zamieszkałym na Ukrainie ich współbraciom groziła zagłada bardzo okrutna. Pomordowanych liczono w dziesiątki tysięcy. Setki rodzin uratowały się jednak dzięki lotnym zagonom księcia Wiśniowieckiego. Tabory zbiegów czepiały się jego podjazdów i doznawały od nich pomocy.” [8] [Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Warszawa 1986 r., s. 31]

A Jan Widacki o tamtej szczególnej chwili dziejowej, w swojej ze wszech miar ciekawej książce: „Kniaź Jarema” tak pisze: „W ogniu stało Zadnieprze, większość województwa kijowskiego, bracławskiego, ziemi czernihowskiej. Kronikarz ruski zapisze z zachwytem: „Gdziekolwiek znalazła się szlachta, sług zamkowych, Żydów, urzędników niedobrych, wszystkich zabijano, nie szczędząc ni niewiast ni dzieci; majętności rabowano, kościoły palono, księży zabijano, zamki, dwory szlacheckie, domy żydowskie niszczono, nie przepuszczając ani jednego.” A rzadki to kozak lub chłop, który wówczas „swych rąk w krwi nie umoczył i nie brał udziału w grabieniu dobra” a potem doda: „I tak na Ukrainie nie pozostał żaden Żyd a żony szlacheckie zostały żonami kozackimi.” [9] [Jan Widacki, Kniaź Jarema, Katowice 1984, s. 104]

Jak to „maczanie rąk we krwi” wyglądało i jak „żony szlacheckie zostawały żonami kozackimi” opisuje współczesny kronikarz żydowski, Natan Hannover: „Wielu [...] nie mogących uciec zostało wymordowanych [...] i poległo wśród mąk strasznych i gorzkich. Z jednych zdarto skórę a ciało rzucano psom na żer, innym obcięto ręce i nogi, a tułów rzucano na drogę; przez ich ciała przejeżdżały wozy i tratowały ich konie. Innym zadawano tyle ran, że byli bliscy śmierci i rzucano ich na ulicę; nie mogąc rychło umrzeć, tarzali się we krwi aż uszła ich dusza; innych grzebano żywcem. Dzieci zarzynano na łonach matek; wiele dzieci pocięto w kawały jak ryby. Kobietom ciężarnym rozpruwano brzuchy i wsadzano żywego kota do wnętrza i tak zostawiano przy życiu zaszywając brzuchy. Następnie obcinano im ręce żeby nie mogły wyjąć tego kota. I wieszali niemowlęta na piersiach matek, inne dzieci nabijano na rożen i tak pieczono na ogniu i przynoszono matkom aby jadły ich  mięso [...] I nie było żadnej możliwej męczarni której by Kozacy tutaj nie stosowali [...] Kobiety i dziewice bezcześcili, z kobietami spali w obecności ich mężów [...]. Wszystko to czynili gdziekolwiek dotarli, nie inaczej postępowali z Polakami, a szczególnie księżmi.” [10] [Jak wyżej, s. 104-105]

W WALCE OSAMOTNIONY W TALENTACH PRÓBOWANY

Jan Widacki w swojej znakomitej książce pt. „Książe Jarema” pisze dalej: „Siły książęce, jedyne zorganizowane na całym terenie siły polskie, powstrzymywały wybuch powstania. W miarę jak wycofywały się one na zachód, ogień powstania zalewał coraz to nowe tereny zachodniej Kijowszczyzny, Wołyń. W ślad za księciem postępował Krzywonos. Pod Chrycowem dotarło do Wiśniowieckiego poselstwo od szlachty zamkniętej w Połonnem prosząc, aby wobec nadchodzącego Krzywonosa śpieszył im z pomocą. Ponieważ siły książęce nie były wielkie, a w pobliżu na Wołyniu stała piechota królewska i oddział piechoty ordynackiej księcia Dominika Zasławskiego - Ostrogskiego, zwrócił się do nich z propozycją współdziałania. W wojsku książęcym dawał się szczególnie odczuć brak piechoty, bez której nie było co myśleć o zdobywaniu taborów czy miast. Dlatego też Jeremi liczył na to, że pozostawione samym sobie piechoty królewskie i ordynackie wzmocnią jego siły. Niestety – okazało się, że miały obie formalny zakaz regimentarza i nie wolno im połączyć się z Wiśniowieckim.

Odpowiedź odmowna dowódców tych oddziałów (Samuela Koryckiego i Krzysztofa Osińskiego) o mało nie załamała kniazia. Stalowy ten mąż od kilku tygodni był w ogniu. Walczył osamotniony, tymczasem nikt nie posyłał mu posiłków; regimentarzy powołano z pominięciem jego osoby. Rozkaz wydany Osińskiemu i Koryckiemu, nie pozwalający im łączyć się z nim, był kolejnym dowodem niechęci regimentarzy, a nadto ich bezmyślności. Nic też dziwnego, że Jeremi nagle poczuł, że ma wszystkiego dość. ‘Żałosny na to książę chciał zaraz wszystko porzucić i obmyśleć sobie także gdzie spokojny kącik’ . Ruszył więc dalej na zachód, nie mając stosownych sił do powstrzymania Krzywonosa i dania odsieczy Połonnemu. Połonne padło 22 lipca – setki szlachty i Żydów poszło pod nóż.” [11] [Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 111]

Jan Widacki potrafi wzbudzić zaufanie, gdy nie pomija także i tych faktów, które obnażają akcje odwetowe i przykłady także niestety polskiego okrucieństwa, pisze: „Przed przybyciem księcia pułkownik kozacki Maksym Krzywonos na czele dość znacznych sił, dzięki zdradzie mieszczan wziął szturmem Pohrebyszcze, Żydów i szlachtę wymordował, poniszczył Kościoły i uprowadzając znaczny łup, uszedł przed księciem. Zastawszy taki stan rzeczy w mieście i dowiedziawszy się o zdradzie, po krótkim śledztwie, próbując ustalić kto wszedł w porozumienie z Kozakami, kto wskazywał ukrywającą się szlachtę i Żydów, kto ukryte przez nich mienie, kazał książe wbić na pal wójta, kilku rajców i popów, po czym udał się pod Spiczyńce. Nie miało Pohrebyszcze szczęścia: w 5 lat później rzezi zgromadzonego tam chłopstwa dokonał na czele pacyfikacyjnego oddziału Stefan Czarniecki, mszcząc się za swoją niewolę, za śmierć brata zamordowanego wraz z setkami polskich jeńców pod Batohem, na okrucieństwa odpowiadając okrucieństwem.” [12] [Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 106]

Talent wojskowy, bystry umysł, wielka odwaga i prawdopodobnie wrodzona waleczność, to wszystko razem złożyło się na szereg zwycięstw wielkiego wodza i bohatera Narodu Polskiego, jakim bez wątpienia był i jest Książe Jeremi Wiśniowiecki. Znajdując się w skrajnie trudnych warunkach, właściwie od początku w okrążeniu, dokonuje ze swoimi ludźmi i wierną sobie armią, niemal nadludzkiego wysiłku, wyprowadzając z Zadnieprza tysiące ludzi i ich rodziny. Ci z Polaków i Żydów, którzy nie przyłączyli się do jego kolumny, praktycznie niemal wszyscy, pozostali tam na zawsze, doświadczywszy wcześniej kozackiego noża i nie tylko. Potem pomimo obecności wielokrotnie liczniejszego wroga spadł z północy na Ukrainę, w sam środek ukraińskiego morza, akcją swoją siejąc postrach i powstrzymując tu i ówdzie wybuch buntu. Nie trzeba się wcale dziwić Kozakom, że swoją działalnością zalazł im głęboko za skórę, wszak dotychczasowe zwycięstwa utwierdziły ich w przekonaniu, że to już nie te same Lachy co bywały kiedyś w polu. A tu masz ci los, znalazł się taki jeden co z kilkoma tysiącami hasa sobie po Ukrainie i niewiele robi sobie z tego, że w pobliżu stoi płk kozacki Krzywonos, który co tu dużo mówić, prowadzi, bagatelka, jedynie 50 tys. wojska. Mało tego kiedy tylko przyjdzie do rozprawy łupi Kozaków aż wióra lecą, a kurzy się za nimi na odległość. Dlatego z całą pewnością książę Jeremi pobić w polu się nie dał.

Naturalnie wojny też nie rozstrzygnął bowiem własnymi tylko siłami uczynić tego na pewno nie był, po ludzku rzecz biorąc w stanie. Wchodząc za Żytomierzem w kraj buntem zalany, liczył na posiłki i prosił o nie pokornie, kto wie jak by się losy wojny dalej potoczyły, gdyby rzeczywiście je otrzymał. Wszak wodzem był znakomitym, a i żołnierz polski dowiódł nie raz, że pod dobrą buławą jest praktycznie nie do pokonania. Niestety stało się inaczej i książę zmuszony był systematycznie cofać na zachód, tu i ówdzie ścierając się z oddziałami kozackimi, które szły za nim krok w krok. W takim razie czy prawdą jest, że książę akcją swą na Ukrainie środkowej „pokój uniemożliwił” ? Podobnież jak Jan Widacki mam bardzo poważne wątpliwości, dlaczego, otóż ówczesne uwarunkowania geopolityczne, historyczne społeczne i religijne niemal całkowicie wykluczały możliwość układów pokojowych i osiągnięcie jakiegoś trwałego porozumienia. Obdarzony trzeźwym umysłem książę i jak na młody wiek: dość dużym już doświadczeniem, w takie rozwiązania rzeczywiście nie wierzył. Żył tak, jak uczyli go zapewne czcigodni ojcowie Jezuici: działaj dzisiaj, tu i teraz. Nie znaczy to wcale, zamknij umysł i nie myśl, zamknij oczy i nie patrz w przyszłość. Ale grzechem przeciwko sobie i innym jest także karmienie się chorą, czy może naiwną nadzieją, mającą mało wspólnego z rozumowym poznaniem.

W Warszawie wielu jednak wierzyło w możliwość układów i rozmów pokojowych z Chmielnickim. Wobec Kozaków chciano nadal grać rolę panów ale tym razem już panów łaskawych, a smutna rzeczywistość była taka, że armia polska na wschodzie niemal nie istniała, gdy tymczasem wódź kozacki rósł w siłę. Miał więc książę moralne prawo pisać: „Jeżeli tedy Rzeczpospolita tak nadmierne rany od tych zbójów zadane [...] twardym snem pokryje, nic inszego  już sobie obiecywać nie może tylko ostateczną klęskę i zgubę [...] Remedium zatrzymania swawoleństwa tego, ukazać przynajmniej nieprzyjacielowi szablę....” [13] [Jan Widacki,  Kniaź Jarema, s. 117-118]

Książe Wiśniowiecki srogo miał zapłacić za swoją gorącą miłość do Rzeczpospolitej i do wojenki. Wskazują na to jego okoliczności śmierci oraz pogrzebu, zaginięcię ciała, brak ikonografii i jakichkolwiek po nim pamiątek. Wszystko to stoi w sprzeczności z uwielbieniem, jakim powszechnie darzyli go żołnierze, szlachta i najpoważniejsi mężowie stanu. Dla przykładu Stanisław Oświęcim pisał o śmierci księcia, że rozstał się ze światem z „wszystkiej Rzeczypospolitej żalem” . Książe zmarł nagle, licząc zaledwie 39 lat, było to 20 sierpnia 1651 r. , w obozie wojsk koronnych pod Pawłoczą na Ukrainie w wyniku wysokiej gorączki i uporczywej biegunki. Rozpatrywano trzy wersje: zatrucie pokarmowe, zakaźna choleropodobna biegunka, oraz zbrodnicze otrucie. Na udział osób innych wskazywałaby biegunka, wysoka gorączka, utrata sił i zachowana przytomność – typowe objawy zatrucia arsenem. [14] [Hanna Widacka, Zagadki w biografii kniazia Jaremy,  http://www.wilanow-palac.pl]

Nie miał książe spokoju za życia, nie oszczędono mu go i po śmierci. W testamencie, który zaginął i znamy jedynie odpis, Wiśniowiecki chciał być pochowany w ufundowanym przez siebie kościele w Wiśniczu. Z niejasnych przyczyn przewieziono ciało do Sokala, a w 1653 r. owdowiała księżna Gryzelda Zamoyska przewiozła trumnę na Święty Krzyż, by złożyć ją, bez oficjalnego pogrzebu w benedyktyńskim kościele. Należnego ceremonialnego pogrzebu nie sprawił ojcu nawet jego syn król Polski Michał Korybut Wiśniowiecki, ograniczając się jedynie do położenia tablicy z inskrypcją.

Wydawałoby się wszkaże, pisze Hanna Widacka: „....iż przechowywane do dziś w krypcie kościelnej zmumifikowane truchło jest rzeczywistymi szczątkami kniazia ruskiego ( i jako takie sa one pokazywane turystom). Nic podobnego. Jak wykazały specjalistyvzne badania, przeprowadzone w roku 1980 przez profesora Jana Widackiego, zwłoki te nie są autentyczne i należą do innej osoby. A wieć gdzie podziało się ciało Jeremiego? Racje miał cyba profesor Tomkiewicz, przypuszczając, że : ‘ gdy w końcu XVIII wieku pożar zniszczył opactwo świętokrzyskie, ślad po szczątkach Jeremiego zaginął’ . Tylko ogólnikowo wiemy, jak wyglądał książe: małego wzrostu, krępej postury, czarnowłosy. Jego zachowane wizerunki malarskie nie ułatwiają sprawy, ponieważ ani jeden z nich nie jest absolutnie pewny. Ponadto zadziwia brak jakiejkolwiek materialnej pamiątki po ubóstwianym wodzu – szabli, buławy, nawet fragmentu odzieży. Dlaczego? „ [15] [Hanna Widacka, Zagadki w biografii kniazia Jaremy, http://www.wilanow-palac.pl]

 

JAK CHMIELNICKI CHCIAŁ WSKOCZYĆ NA KONIA I ........

PRZESKOCZYŁ GO

Po zakończeniu kampanii polskiej w jesieni wrócił Chmielnicki z wojskami swymi spod Zamościa i drugiego stycznia 1649 r. odbył triumfalny wjazd do Kijowa, witany przez całą ludność, bez względu na różnice społeczne, jako zbawca ojczyzny, oswobodziciel z „lackiej” niewoli. Witały go w stolicy Ukrainy tysiączne tłumy, dzwony wszystkich cerkwi kijowskich, witało go najwyższe duchowieństwo prawosławne jako obrońcę Kościoła wschodniego. Cała Ukraina składała hołd swemu wodzowi, któremu bezgranicznie ufała. Olbrzymia popularność i ogromne sukcesy z wiosny i lata 1648 r., wszystko to wzmocniło niesłychanie autorytet i pozycję wodza ukraińskiego. Przy czym nawet dla niego samego było to dużym zaskoczeniem. Jeden z ukraińskich historyków trafnie ocenił tą sytuację mówiąc, że Chmielnicki znalazł się w położeniu człowieka, który chciał wskoczyć na konia i .... przeskoczył go. Autor tych słów w mojej opinii rzeczywiście trafił w dziesiątkę, niejako w sedno sprawy. Choć nie jest pewne, kto więcej zawinił, czy hetman okazał się człowiekiem za słabym, aby powstrzymać rozjuszoną czerń, czy może sam popełnił kardynalny błąd, wyruszając na kolejną wyprawę przeciw Polsce.  [16] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 184}

Niestety stało się zgoła inaczej, powodzenie 1648 r. usztywniło bardzo stanowisko hetmana zaporoskiego wobec Polski, który wybrał drogę konfrontacji dla zrealizowania w pełni jasnego programu wolności dla swojej ojczyzny. Wyraźnie oświadczył to Kisielowi i komisarzom polskim, którzy przybyli do Perejesławia, aby pertraktować i ofiarować warunki królewskie. A przewidywały one wyjęcie Kozaków spod władzy sejmu, przywrócenie im dawnych przywilejów i wolności, zaspokojenie wielu prywatnych żądań Chmielnickiego i ofiarowanie mu przez króla w pełnym majestacie hetmańskiej buławy zaporoskiej. [17] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s.184-185]

Na te propozycje nowo kreowany Hetman, według słów naocznego świadka tamtych rozmów, Wojciecha Miaskowskiego, podkomorzego lwowskiego rzekł: „Szkoda howoryty mnoho! Kiedy mnie Potoccy szukali za Dnieprem, był czas tarktowaty ze mną, po żółtowdzkiej i korsuńskiej igraszce, był czas, pod Piławcami i Konstatntynowem był, na ostatek pod Zamościem i kiedym od Zamościa 6 niedziel do Kijowa, był. Teper już czasu nie masz. Jużem dokazał o czem nie myślił zrazu, i dalej  com umyślił. Wybiję z lackiej niewoli naród ruski wszystek, a com pierwej o szkodę moją i krzywdę wojował, teraz wojować będę o wiarę prawosławną naszą. Pomoże mi tego czerń wszystka, po Lublin, po Kraków, której ja nie odstąpię, bo to prawa ręka nasza... będę miał 200 – 300 000 swoich, ordę wszystką przy tem. Tu-haj bej.... blisko mnie jest, mój brat, moja dusza, jedyny sokół na świecie, gotów wszystko uczynić zaraz, co ja zechcę. Wieczna z nim nasza kozacka przyjaźń, której świat nie rozerwie. Za granicę na wojnę nie pójdę, szabli na Turki i Tatary nie podniosę, dosyć mam na Ukrainie i Podolu, a Wołyniu teraz, dosyć wczasu, dostatku i pożytku w ziemi i księstwie mojem po Lwów, Chełm i Halicz. A stanowszy nad Wisłą powiem dalszym Lachom: „Sedijte i mołczijte Lachy” I duków i kniaziów tam zahonię, a będę z Zawiśla krzykać, znajdę ja ich tam pewnie. Nie postoi mi noga żadnego kniazia i szlachetki na Ukrainie...” [18] [Jakuba Michałowskiego, Księga Pamiętnicza, s. 375]

Bohdan Chmielnicki jawi się zatem jako człowiek odważny, zdecydowany, gotowy na wszystko, gdy chodzi o prawa dla kozaczyzny i Rusi. Kim był zatem ów hetman, który zmienił historię tej części świata? Urodził się prawdopodobnie i zmarł w Czehryniu, jako syn Michała, podstarościego czehryńskiego. Kwestia szlachectwa Bohdana jest dyskusyjna – chociaż pieczętował się herbem Abdank. Chmielnicki uczył się w kolegium jezuickim we Lwowie, założonym przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego w 1608 roku, gdzie ukończył klasy gramatyki, poetyki i retoryki. Pomimo pobytu w kolegium jezuickim zachował prawosławie. Około roku 1625 ożenił się z Anną, siostrą Jakyma Somki, bogatego Kozaka perejasławskiego, który dorobił się na handlu. Miał z nią liczne potomstwo, o czym mówi zapis w bezimiennym diariuszu: "Z obozu pod Białopolem d. 14 October r. 1651. Zjechała się była wszystka rodzina Chmielnickiego, żona z dziatkami, cztery córki już dorastające i synów dwóch młodszych, a trzeci ten Tymoszek starszy".

W 1637 został pisarzem wojska zaporoskiego (jako taki podpisywał 24 grudnia kapitulację powstania kozackiego Pawluka po klęsce pod Kumejkami i posłował do Warszawy jako członek delegacji kozackiej mającej prosić Sejm o łaskawe potraktowanie upokorzonych Kozaków), a po skasowaniu urzędu pisarza wojsk zaporoskich został setnikiem kurenia czehryńskiego. Zetknął się tam z mianowanym po śmierci hetmana Stanisława Koniecpolskiego podstarościm Danielem Czaplińskim, który w jakiś czas później dokonał zajazdu i zagrabił chutor Chmielnickiego Subotów – nadany ongiś Michałowi Chmielnickiemu przez Jana Daniłowicza. Czapliński podobno uwiódł także drugą, młodą żonę Chmielnickiego i próbował zabić syna, a na niego samego zorganizował zamach. Chmielnicki szukał bezskutecznie sprawiedliwości w polskich trybunałach, a nawet u króla. Podczas pobytu w Warszawie Chmielnicki uzyskał przywilej monarszy (wystawiony 22 lipca 1646), nadający mu oficjalnie majątek Subotów. Przywilej nie został wyegzekwowany wskutek intryg Czaplińskiego, który spreparował dokumenty, świadczące o tym, że majątek ten był wcześniej prywatną własnością hetmana Koniecpolskiego (a więc król nie miał prawa nią dysponować).

Wobec bezskutecznego szukania sprawiedliwości na drodze prawnej, czy nakazu królewskiego w sporze z Czaplińskim (osłanianym przed królem i sądami przez swego możnego protektora – Aleksandra Koniecpolskiego), wykradł osobiście przechowywane przez Barabasza kopie listów królewskich z zapowiedzią zorganizowania wyprawy na Turcję (i deklarujących w związku z tym zwielokrotnienie rejestru kozackiego) i zbiegł w grudniu 1647 roku na Sicz. Tam  szermując hasłami wyzwolenia spod władzy magnatów sprzeciwiających się woli królewskiej, przejął władzę i stanął na czele powstania, jako hetman kozacki (w korespondencji z organami państwowymi tytułował się jednak tylko jako starszy wojska zaporoskiego).

Po śmierci w roku 1648 Władysława IV Wazy poparł kandydaturę zabiegającego o ugodę z Kozakami brata zmarłego króla, Jana Kazimierza, w staraniach o elekcję na tron Rzeczypospolitej. Po szeregu klęsk zadanym wojskom polskim, a szczególnie po bitwie pod Piławcami, przekonany o słabości Rzeczypospolitej i o własnej potędze, w 1649 roku podjął ideę utworzenia państwa kozackiego. Zbudował jego zalążek (ze stolicą w Czehryniu, a potem w Białej Cerkwi), zawierając liczne i często sprzeczne ze sobą sojusze (z Wenecją, Francją, Austrią, Rosją, chanatem i Turcją) i opierając się na strukturach wojska zaporoskiego w sile ok. 80 tys. ludzi, na czele którego stał on sam i jego najbliższe otoczenie, kolejną pozycję zajmowała starszyzna kozacka, natomiast reżim karny spoczywał na pułkach kozackich pobierających od chłopów i mieszczan podatki oraz ściągających kontrybucje. Chmielnicki prowadził chwiejną i nie rokującą nadziei na trwałe efekty politykę, zarówno w stosunku do Rzeczypospolitej, jak i później: Rosji, Krymu czy Turcji, z którego to powodu jego dalekosiężne zamierzenia nigdy się nie ziściły. [19] [http://pl.m.wikipedia.org , Bohdan Chmielnicki]

W tych warunkach delegacja polska z Kisielem na czele mogła osiągnąć jedynie zwieszenie broni do wiosny 1649 r. Następne wypadki są nam doskonale znane, choćby z popularnej lektury Henryka Sienkiewicza „Ogniem i Mieczem”, dlatego nie ma potrzeby rozpisywania się na ten temat. Może poza dwoma mało znanymi szczegółami, ale jakże ważnymi z punktu widzenia niniejszego opracowania. Pierwszy dotyczy słynnej Obrony Zbaraża, innej znacznej twierdzy kresowej, położonej na styku Wołynia i Podola. Naprzeciwko potężnej armii kozacko – tatarskiej stały wtedy bitne, ale szczupłe siły polskie, nie jednemu rycerzowi Rzeczypospolitej i Najświętszej Marii Panny osobliwie, zadrżało serce.

Posłuchajmy Jana Widackiego: „W takich razach dowódcom przychodziły zwykle w pomoc niebiosa. Wykorzystywanie uczuć religijnych zabobonnych żołnierzy i szlachty dla zaszczepienia im chęci walki i wiary w zwycięstwo było – jak się zdaje stałą praktyką dowódców tego czasu. Ponieważ po ostatnich walkach szczególnie obawiano się Tatarów ‘ nad samym obozem pokazał się Święty Michał na powietrzu z Najświętszą Maryją Panną, który jakoby za chanem gonił, grożąc mu mieczem. ‘ . Wprawdzie nie bardzo wiadomo, kto to dziwowisko zobaczył, niemniej relację o nim przekazywano od chorągwi do chorągwi, od namiotu do namiotu i nikt nie wątpił w jej autentyczność. Słuchając opowieści o tym, jak nad obozem Święty Michał po niebie latał, grożąc mieczem chanowi (swoją drogą skąd wiadomo, że akurat chanowi?) ‘nasi niewypowiedzianie uweseleni niezwyciężonego prawie nabrali serca ‘ .” A o to chodziło.”  [20] [Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 236]

Jak widać autor dość jednoznacznie wydaje się, traktuje ów cud widziany na niebie, ja nie będę tak nierozważnie śmiały i pozostanę jedynie przy owym opisie, który znamy. Swoją drogą nie mam nic przeciwko temu, aby w ten znak uwierzyć z synowską ufnością bowiem ostatecznie patrzy się na owoce. A te były ze wszech miar dobre: „Nasi niewypowiedzenie uweseleni niezwyciężonego prawie nabrali serca.” Co się tyczy zaś samej bitwy beresteckiej: „Zwycięstwo odniesione na polach beresteckich było olbrzymie. 10 lipca król wraz z całym wojskiem śpiewali na pobojowisku Te Deum laudamus. [...] Było to jedno z największych zwycięstw oręża polskiego. Jak się jednak okazuje, nie wielkość bitwy, ani nawet nie wielkość odniesionego zwycięstwa ma decydujący wpływ na dzieje. Dla losów Polski o wiele większe znaczenie miały bitwy na Żółtymi Wodami czy pod Korsuniem, gdzie po obu stronach walczyło po parę do paręnastu tysięcy. Jednak wielkość beresteckiego zwycięstwa nie potrafiła zatrzeć skutków żółtowodzkiej czy korsuńskiej klęski. Jak widać decydujące znaczenie ma moment, w jakim zwycięstwo zostało odniesione. Małe zwycięstwo odniesione we właściwym czasie, znaczy więcej niż największe w czasie mniej właściwym. Nie wszystko więc zależy od siły. Na szczęście.” [21] [Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 241] Tak więc owoce owego „widziadła na niebie” były wielkie, a to z kolei jest dowodem na prawdziwość i świętość źródła z którego pochodziło (z synowską ufnością). Drugim znaczącym wydarzeniem, przy którym zatrzymamy się wyjątkowo, jeszcze przez chwilę będzie cud sokalski, o którym poniżej, wcześniej nie sposób pominąć sarmackiego Katynia.

 

LÓDOBÓJSTWO POD BATOHEM 1652

Klęska Bohdana Chmielnickiego i kozaków pod Beresteczkiem w 1651 r. była przeogromna. Dlatego każdy w Rzeczpospolitej, jak i na Ukrainie wiedział już dobrze, że kozaczyzna ostatecznie utraciła inicjatywę w tej wojnie. Jednak choć kozacy czuli się pokonani, nie byli bynajmniej ostatecznie rozbici, dlatego wciąż szukali swej szansy. Na domiar złego, rozbudzone a niespełnione nadzieje i oczekiwania, rozpaliły w nich najgorsze instynkty, które przysłoniły oczy, a serca zalały namiętność i żółć nienawiści. Na takiej właśnie fali doszło haniebnej zbrodni, do rzezi polskiego rycerstwa, do ludobójstwa i jak powiadają do pierwszego „sarmackiego Katynia” .

1 i 2 czerwca 1652 r. na uroczysku Batoh w pobliżu wsi Czetwertynówka, na dzisiejszej Ukrainie doszło do wielkiej bitwy pomiędzy wojskami polskimi a wojskami kozacko – tatarskimi. Bitwa zakończyła się klęską wojsk polskich, ale nie to okazało się ostatecznie najtragiczniejsze, otóż zaraz po bitwie, w ciągu dwóch kolejnych dni, wymordowano tam większość polskich jeńców. A byli to w dużym procencie żołnierze pochodzący z bogatej szlachty, a także starzy, zaprawieni w bojach, doborowi rycerze. Z tego też względu Batoh postrzegany jest i zupełnie słusznie uważam, jako drugi Katyń, taki „sarmacki Katyń” . Armia polska poniosła bardzo poważne szkody, zginęło wielu doświadczonych dowódców i weteranów wielu frontów, w tym tureckiego, moskiewskiego i szwedzkiego. Oto nieco praktycznych informacji na ten temat: hetman kozacki Bogdan Chmielnicki w 1652 roku zdecydował się na marsz do Mołdawii w celu oderwania od sojuszu z Polską tamtejszego hospodara Bazylego Lupu. Dodatkowo chciał ożenić swego syna Tymofieja z córką tego władcy Rozandą.

Ówczesny wódz armii koronnej, hetman polny Marcin Kalinowski postanowił udaremnić ten plan. W maju 1652 roku ogłosił koncentrację wojsk, aby zagrodzić drogę pochodowi Kozaków i towarzyszących im Tatarów krymskich. Na miejsce zgrupowania wyznaczono wały dawnego obozu na uroczysku Batoh nad rzeką Boh, koło wsi Czetwertynówki. Był to duży błąd polskiego dowództwa, gdyż w ten sposób wyeliminowano element zaskoczenia wroga. Sam obóz ulokowano w miejscu z natury obronnym i wydaje się, że miał służyć za bazę do dalszych działań, stało się jednak inaczej. Samuel Wieliczko pisał, że Polacy byli tak pewni siebie, że nie wzmocnili wałów, nie znali siły nieprzyjaciela i nie wierzyli w nadejście Tatarów. Trudno oszacować liczebność walczących stron po obu stronach ze względu na szczupłość przekazów źródłowych. Na domiar złego część chorągwi koronnych nie posłuchała rozkazu wodza i nie stawiła się w obozie. Wiązało się to z niepopularnością hetmana Kalinowskiego wśród podkomendnych i nie płaconym od miesięcy żołdem.

Fatalne dowodzenie i bierność wojsk koronnych w obozie, doprowadziły do tego, że nieprzyjaciel bez trudu przekroczył brodami Boh. Obóz został w ten sposób otoczony. 01 czerwca 1652 roku doszło do pierwszych walk Polaków z Tatarami. Ten dzień nie zapowiadał jeszcze dramatu. Jazda polska skutecznie odparła Tatarów, ale trzy chorągwie zapędziły się za daleko i najprawdopodobniej wpadły w zasadzkę. Przypuszcza się że wówczas Tatarzy mogli pojmać jeńców i "zaczerpnąć języka". Jednak już wówczas doszło do buntu części oddziałów polskiej jazdy w obozie. Powodów było kilka, m.in. nieopłacanie od dawna wojska, brak zaufania do hetmana Kalinowskiego. Po pierwszym dniu walk Kalinowski zdecydował się na naradę nocną ze starszyzną wojskową. Podczas narady Zygmunt Przyjemski proponował, aby hetman z jazdą wyrwał się z obozu i udał się (najprawdopodobniej) do Kamieńca, gdzie po przegrupowaniu miała być przygotowana odsiecz; zbuntowane chorągwie i tak nie mogły przydać się w walce. Przyjemski, doświadczony oficer radził zmniejszyć obóz i okopać się w nim z samą tylko piechotą i artylerią. Górę wzięła ambicja hetmana, który zdecydował się pozostać w obozie i walczyć, jednocześnie nie zmniejszając jego rozmiaru, co wywołało dodatkowe niezadowolenie wśród wojska. Nie wiadomo dokładnie, czy Polacy już się orientowali jakimi siłami dysponuje Chmielnicki i gdzie się znajduje. Najprawdopodobniej nie, bo hetman Kalinowski wcześniej popełnił kolejny błąd i nie zrobił rozpoznania.

02 czerwca 1652 r. rozpoczął się kolejny dzień walk. Sytuacja była następująca: tyłów obozu bronił Zygmunt Przyjemski z regimentami cudzoziemskimi, zaś czoła hetman Kalinowski z częścią piechoty i jazdą. W dalszym ciągu panowała niesubordynacja pozostałej części jazdy – trudno dokładnie określić ilość zbuntowanych chorągwi. Prawdopodobnie hetman Kalinowski liczył, że i te wojska przyłączą się do bitwy wobec ataku wroga. Ta część armii myślała jednak już tylko o ucieczce. Tyły obozu zostały zaatakowane przez Kozaków, czoło zaś przez Tatarów. Sytuacja musiała być na tyłach dramatyczna, bo Przyjemski wysłał prośbę do Kalinowskiego o pomoc, ten jednak nie mógł jej przysłać, bo sam był w trudnej sytuacji. W dodatku artyleria polska nie mogła prowadzić ognia, gdyż raziłaby własne oddziały jazdy. Prawdopodobnie wtedy hetman Kalinowski wydał tragiczną decyzję: nakazał piechocie cudzoziemskiej otwarcie ognia do zbuntowanych jednostek celem przywrócenia porządku. Istnieją przesłanki sugerujące, że buntownicy chcieli wydać Kalinowskiego Kozakom w zamian za wolność. Hetman schronił się w otoczeniu piechoty. Nie wiadomo dokładnie czy doszło do bratobójczych walk na dużą skalę. Z pewnością jednak z powstałego zamieszania skorzystali Kozacy, którzy przystąpili do generalnego szturmu. Hetman został w tej fazie bitwy ranny i zastąpił go Marek Sobieski.

Na ten czas sytuacja była już niemal dramatyczna. Dodatkowo w obozie wybuchł pożar (zapaliły się stogi siana). Zacięty opór stawiały regimenty cudzoziemskie pod dowództwem Przyjemskiego, ale znalazły się one zamknięte pomiędzy pożarem a Kozakami, którymi na tym odcinku prawdopodobnie dowodził Tymofiej Chmielnicki. Prawdopodobne jest, że wówczas hetman Kalinowski walczący na czele obozu przeciwko Tatarom próbował wyrwać się z obozu w otoczeniu części doborowej piechoty. Wtedy dotarła do niego wiadomość, że w lesie za obozem Tatarzy pojmali jego syna Samuela. Próba odbicia syna skończyła się śmiercią hetmana. Podobno zginął walcząc dzielnie jak podają nieliczne źródła. Niemniej jednak nie umniejsza to jego licznych błędów i winy za krwawą porażkę pod Batohem.

Po bitwie Chmielnicki, zapłaciwszy sowity okup Nuradinowi, kazał w dniach 3-4 czerwca wymordować polskich jeńców. Miał to być rzekomo odwet za porażkę Chmielnickiego pod Beresteczkiem w czerwcu 1651 roku, choć hetmanowi kozackiemu szło o coś więcej: odzyskanie prestiżu, nieco ostatnio nadszarpniętego, wśród kozaczyzny, a także powstrzymanie w armii Tatarów, którzy mając w ręku cennych jeńców udaliby się spiesznie na Krym. Niezależnie od przyczyn pod Batohem doszło do masakry bezbronnych, a w jej trakcie zginęło prawdopodobnie 3500 doborowych żołnierzy. Liczbę ocalałych z pogromu szacuje się na około 1500-2000. Wśród ofiar znaleźli się Samuel Kalinowski – syn hetmana, Zygmunt Przyjemski– generał artylerii koronnej i pisarz polny koronny, Jan Odrzywolski – kasztelan czernihowski, Marek Sobieski – brat Jana przyszłego króla, Niepokojczycki, Górka i wielu innych. Ciało starego hetmana odnaleziono po bitwie w lesie, a głowę jego, zatkniętą na włóczni, obnoszono po zwycięskim obozie. Ocaleli nieliczni, w tym Krzysztof Korycki, Krzysztof Grodzicki i Stanisław Druszkiewicz, których Tatarzy ukryli w swoich namiotach. [22] [http://pl.m.wikipedia.org Bitwa pod Batohem]

Hanna Widacka  w swoim opracowaniu p.t. : „Rzeź polskich jeńców pod Batohem”, pisze dość jednoznacznie: „Zwycięstwo wojsk Rzeczypospolitej nad połączonymi siłami kozacko – tatarskimi pod Beresteczkiem w 1651 r. nie tylko pozostało niewykorzystane, lecz także doczekało się wyjątkowo okrutnego odwetu ze strony Bohdana Chmielnickiego w rok później, w bitwie pod Batohem na Bracławszczyźnie, w czerwcu 1652 r. Ten rosnący w siłę hetman zaporoski w 1652 r. usiłował podporządkować sobie Mołdawię, żeniąc swego syna z córką tamtejszego hospodara, Rozandą. Rzeczpospolita starała się temu przeszkodzić, wysyłając na pomoc hospodarowi Bazylemu Lupu dziesięciotysięczną doborową armię pod dowództwem hetmana polnego koronnego Marcina Kalinowskiego, niestety znanego z pychy i braku odpowiedzialności. Wskutek błędów w dowodzeniu, w pierwszych dniach czerwca wojsko polskie zostało otoczone ogromną armią kozacko – tatarską. Do szeregów koronnych wkradły się rozprzężenie, a potem panika: na zbuntowanych i rwących się do ucieczki żołnierzy uderzyć miała własna piechota, a szpiedzy kozaccy podpalili wewnątrz wałów sterty siana. 2 czerwca 1652 r. po krwawej bitwie obóz polski został zdobyty. Poległo wielu wysokiej rangi dowódców, m. in. sam hetman Kalinowski i jego syn Samuel Jerzy oraz znakomity artylerzysta Zygmunt Przyjemski.

Prawdziwy dramat rozegrał się nazajutrz po bitwie, kiedy to pułkownicy kozaccy Iwan Zołotareńko i Wysoczanin wykupili złotem od Tatarów blisko osiem tysięcy jeńców polskich. ‘Chmielnicki dał zaraz Nuradyn Sołtanowi pięćdziesiąt tysięcy talerów – notował w swojej rękopiśmiennej Księdze Pamiętniczej wojski lubelski, a potem kasztelan biecki Jakub Michałowski – Kamieniec mu obiecał był poddać, żeby niewolnika wszystkiego ścinać pozwolił. Po rozgromieniu wojska w poniedziałek i wtorek wszystkich niewolników ścinano’ . Powiązanych i bezbronnych jeńców – wśród nich był starosta krasnostawski Marek Sobieski, brat późniejszego polskiego króla - wyprowadzono na majdan i zaczęła się egzekucja, a ściślej mówiąc rzeź. ‘Tak wylana niewinna krew wielu tysięcy woła o pomstę do Boga’ – rozpaczał w swoim Pamiętniku Albrycht Stanisław Radziwiłł.

Nawet murzowie krymscy w oczy wyrzucali swemu dowódcy, że dopuścił do podobnego barbarzyństwa; ocalało zeń zaledwie kilku szczęśliwców, m. in. Krzysztof Grodzicki (ukryty przez znajomego Tatara) i prawdopodobnie Stefan Czarniecki. Hekatomba batohańska nie mogła oczywiście pozostać niezauważona w ówczesnej historiografii europejskiej. Opis tej wyjątkowo ohydnej zbrodni, nasuwającej przejrzyste analogie z tragedią katyńską, znalazł się w trzecim tomie dzieła Hioba Ludolfa Allgemeine Schau = Bühne oder Welt (Franckfurt am Mayn 1713). Towarzyszyła mu miedziorytowa ilustracja anonimowego autorstwa, która tylko w minimalnym stopniu oddaje grozę tamtych zdarzeń: w nieokreślonej bliżej przestrzeni dzicy ordyńcy nohajscy mordują jeńców, pod bacznym okiem trzech dowódców kozackich, w tym zapewne Zołotareńki, zachęcającego swych ludzi okrzykiem ‘Zemsta za Berestecką!’ . W głębi stoi zwarty tłum powiązanych i czekających na swą kolej Polaków. ” [23] [Hanna Widacka, „Rzeź polskich jeńców pod Batohem” , http://www.wilanow-palac.pl]

Jak wielka musiała być nienawiść, skoro kozacy gotowi byli zapłacić Tatarom, bylebyby tylko dostać w swoje ręce „kwiat polskiego rycerstwa” , a następnie ścinać wszystkich bez pardonu. Jeśli nawet głównodowodzący Bohdan Chmielnicki, obawiał się odejścia części wojsk tatarskich z polskim jasyrem na Krym. To jednak doskonale wiedział, że masakra polskich jeńców, ściągnie na niego samego, jak i jego podwładnych niezatartą hańbę na dziś i na wieczność. A jednak zdecydował się, na ten tak haniebny krok, zatem jak wielka musiała być nienawiść, a zarazem determinacja, by tylko osiągnąć zamierzony cel, choćby po polskim trupie. Wszakże w tym przypadku darmo tłumaczyć, że zadziałała stara maksyma zwyrodnialców: „cel uświęcał środki” . Gdyż de facto po rozbiciu armii polskiej pod Batohem, nie było już siły, która mogłaby powstrzymać marsz kozaków do Mołdawii. Zatem pierwsze skrzypce grała nienawiść, czerowna aż do krwi.

 

LEGENDA O KOŃCU ZBRODNIARZA ZOŁOTAREŃKI

Ta sama Hanna Widacka w innym swoim opracowaniu: „Makabryczny pogrzeb atamana Zołotareńki” , przytacza ciekawe zapisy tyczące się „ostatniej drogi” zbrodniarza Zołotareńki, oto opis: „W roku 1655 w cerkwi w Czehryniu hetman kozacki Bohdan Chmielnicki wyprawił spóźniony pogrzeb swojemu szwagrowi i zarazem atamanowi nakaźnemu, Iwanowi Zołotareńce. Wszakże okoliczności, towarzyszące temu smutnemu obrzędowi, okazały się tak niezwykłe i makabryczne, że najpierw znalazły się w Klimakterach Wespazjana Kochowskiego, a potem – w niemieckim przekładzie – w dziele słynnego niemieckiego orientalisty, Joba (Hioba) Ludolfa Allgemeine Schau – Bühne oder Welt (w tomie 3, wyd. 1713), ilustrowanym miedziorytami. Odnośny tekst brzmiał następująco: „Wystawił [Chmielnicki] w Czehrynie nową drewnianą cerkiew, w której umyślił pogrzeb odprawić zabitemu pod Szkłowem [tzn. w roku 1654, z rąk oddziałów rosyjskich] w Litwie półkownikowi, Złotareńko nazwanemu; na pogrzeb przybyli duchowni Moskale i starszyzna kozacka od Chmielnickiego zaproszona. Gdy się zaczął pogrzeb, trup zaczął się ruszać, powstawać, jęczyć i straszyć (...); wielu temu nie wierzyło; lecz na katafalku leżący, podniósł ręce z trumny, krew się z nich lać poczęła, już się wszyscy poklękali, aliści począł wołać trup: utykajte, utykajte, wszyscy w nogi ruszyli się tłumem i od ołtarzy zakonnicy, siła ludzi zagnietli, a świecy zapalone lampy porzucili; zatem ogień wszczął się, którym cerkiew i z trupem i ze wszystkim splendorem zgorzała”. Kochowski miał tę relację usłyszeć w Warszawie w 1661 r., z ust naocznego świadka, Daniela Wyhowskiego, który utrzymywał, iż Chmielnicki wówczas rozchorował się na skutek doznanego wstrząsu.

Zamieszczony w dziele Ludolfa anonimowy miedzioryt jest wierną ilustracją opisanych wyżej zdarzeń: z ust zmarłego wychodzi napis fugite fugite fugite, a z obu rąk tryska krew. Obok z przewróconych świeczników rozprzestrzeniają się jęzory ognia, ogarniając kolumny i ołtarz, od którego ucieka przerażony kapłan. W otwartych drzwiach tratuje się spanikowany tłum. Nie można dziś zweryfikować przedstawionych przez Kochowskiego zdarzeń, nie można również odpowiedzieć na pytanie, co tu jest prawdą, a co nią nie jest. Sprawa wygląda zagadkowo, ale jej nie wyjaśnimy, podobnie jak wielu innych irracjonalnych zdarzeń. W tym miejscu wypada dodać, iż wspomniany Zołotareńko wyjątkowo nienawidził Polaków, zwłaszcza od bitwy beresteckiej. Podczas straszliwego pogromu pod Batohem (1652) nawet Tatarów przeraził swym okrucieństwem, skłaniając ich wszelkimi sposobami do rzezi ośmiu tysięcy żołnierzy polskich, wziętych do niewoli. Ów haniebny czyn skwitował słowami „zdechły pies nie kąsa”, potem niesłusznie przypisywanymi hetmanowi Chmielnickiemu.” [24] [Hanna Widacka, Makabryczny pogrzeb atamana Zołotareńki, http://www.wilanow-palac.pl]

Bitwa pod Batohem miała przełomowe znaczenie, zniszczenie najlepszych oddziałów armii koronnej pozwoliło Chmielnickiemu przejść do ofensywy i w rezultacie oderwania części Ukrainy od Rzeczpospolitej. Klęska Polaków przyczyniła się do wojny z Rosją i potopu szwedzkiego. Jak to się stało, że słynący z męstwa i wspaniałej sprawności bojowej polscy żołnierze okazali się tak łatwym łupem dla wrogów, słusznie pyta pastor Marian Biernacki w artykule p.t. : „Bądźmy mądrzy po tej szkodzie!” . I celnie punktuje nasze własne błędy i słabości: „ Otóż tragiczny los tysięcy polskich żołnierzy, owszem, poprzedzony został błędnymi i sprzecznymi decyzjami dowódców polskiej armii, lecz przede wszystkim, panującym w jej szeregach buntem i wewnętrznymi kłótniami. Brak zaufania do głównodowodzącego hetmana Kalinowskiego, poważne zaległości w wypłatach żołnierskiego żołdu, otwarty bunt części chorągwi, działania dowódców niższego szczebla pod wpływem urażonych ambicji, a nawet bratobójcze walki wewnętrzne – to wszystko uczyniło polskie wojsko mało skutecznym i możliwym do pokonania. Kozacy i Tatarzy skwapliwie to wykorzystali. ”

I pyta dalej słusznie: „Jakie to miało znaczenie, kto z polskich żołnierzy wcześniej miał rację, a kto jej nie miał, skoro wszystkich jednakowo, jednego po drugim, 03 czerwca zaczęto poddawać egzekucji? Wspominając dziś tragiczny i bardzo smutny finał  bitwy pod Batohem, warto przyjąć do serca płynącą z niego przestrogę. Kto staje oko w oko z nieprzyjacielem, ten powinien zadbać o jedność we włsnych szeregach. Brak zaufania, bunt, kłótnia, niesubordynacja – na tyle osłabiają każdą armię i każdą ludzką wspólnotę, że nie jest ona zdolna stawić czoła żadnemu wrogowi zewnętrznemu. [...] Sarmackiego Katynia mozna było uniknąć. Zgubił nas tam brak zgody. Bądźmy świadomi, że historia lubi się powtarzać. Chrońmy własną rodzinę i wspólnotę kościelną. Zadbajmy o to, by były silne i w każdej chwili zdolne do boju. A przeciwników jest wielu. [1 Ko 16,9] .” [25] [Marian Biernacki, Bądźmy mądrzy po tej szkodzie, http://dzisiajwswietlebiblii....]

 

JAK ŚWIĘTA PANIENKA ZBŁĄKANYM SYNOM RUSI OCZY OTWORZYŁA

Rozbudowa sokalskiego sanktuarium i jego sława spotęgowały się jeszcze bardziej w czasie wojen z Kozakami. Ponieważ czasy były straszne i krew lała się na potęgę w sokalskim klasztorze, znalazło schronienie wielu zakonników bernardyńskich ze wschodnich placówek Rzeczypospolitej, zamożna szlachta zaś, przerażona wieściami, nadchodzącymi ze wschodu, składała tutaj również swoje bogate depozyty. Mieszkańcy klasztoru przygotowywali się do obrony przed ewentualnym najazdem kozackim. Już wiedziano, że po tych rozjuszonych watahach żądnych Lackiej krwi i rabunku można spodziewać się najgorszego. Na szczęście dla sanktuarium wojska kozackie pod dowództwem Bogdana Chmielnickiego udały się wówczas inną drogą pod Zamość, gdzie jak wiadomo, dzielni Kozacy mogli sobie jedynie podziwiać, pośpiewać i może coś jeszcze.....

Niestety na tym przygoda Sanktuarium z dzikimi hordami kozackimi się nie zakończyła. Rok później, właśnie tam u stóp Matki Bożej Sokalskiej, na terenach pod klasztorem miała miejsce koncentracja wojsk królewskich, a w klasztorze odbyła się tajna narada wojenna przed wyruszeniem pod Zborów. To historyczne wydarzenie zapoczątkowało szczególne nabożeństwo króla Jana Kazimierza do Matki Bożej Sokalskiej. Jeszcze więcej pospolitego ruszenia zgromadziło się w Sokalu dwa lata później tj. w 1651 r., kiedy to bogobojna szlachta polska nisko i kornie chyliła głowę przed swoją hetmanką. Każdy z nich wiedział, że zbliżająca się, walna rozprawa z kozackim hetmanem i wspierającymi go Tatarami, będzie jedną z największych i najniebezpieczniejszych bitew, może w całym ich życiu. Tutaj właśnie, w tej słynnej Częstochowie na Rusi, upraszali potrzebne łaski, męstwo i końcowe zwycięstwo. [26] [Sanktuarium Matki Bożej Sokalskiej, Hrubieszów, s. 11]

Tymczasem podczas przedłużającej się zawieruchy na Rusi, jak rzeka płynęły kosztowności i wszelkiego rodzaju skarby do Sanktuarium i do jego skarbca. W tych latach, w pomieszczeniach klasztornych, jak czytamy w Informatorze o dziejach Sanktuarium, przygotowanym i wydanym przez ojców Bernardynów w Hrubieszowie, znajdował się prawie cały ruchomy majątek możnowładców południowych i wschodnich województw. Złożyli oni tutaj swoje oszczędności w złocie, srebrze i pieniądzach. Warto zaznaczyć, że nigdy wcześniej ani później nie zgromadziło się w Sokalu tylu ważnych ludzi Rzeczypospolitej, w tym: król, hetmani, urzędnicy, wojsko, szlachta. W samym zaś klasztorze odbywały się narady dowództwa. Najważniejsze jednak, że Duch w masach rósł i mężniał, wytworzyła się nawet atmosfera granicząca z mistyczną, odbywały się tu nabożeństwa, a świątynia była bez przerwy pełna. Obecność w sokalskim sanktuarium, tak wielu dostojnych gości i życzliwa gościnność gospodarzy sprawiły, że sanktuarium i wizerunek Matki Najświętszej z Sokala, stały się znane w całej Polsce. Ta gorąca atmosfera klasztoru zakończyła się, gdy wojsko po kilku tygodniach udało się pod Beresteczko.  [27] [Jak wyżej, s. 11-12)

Do roku 1655 utrzymywał się wokół sanktuarium względny spokój, dopóki nie przybył tu Chmielnicki ze swymi kozackimi i tatarskimi wojskami. Zapis w kronice klasztornej z tego czasu opowiada o cudownej interwencji Matki Bożej Sokalskiej. Mianowicie Bogdan Chmielnicki, który  miał zamiar zająć klasztor, spodziewając się bogatych łupów, został porażony ślepotą i dopiero po kilku godzinach jego głębokiej skruchy i na skutek modlitw zakonników oraz będących w sanktuarium wiernych odzyskał wzrok. Wówczas odstąpił od oblężenia, a nawet podarował srebrny, ozdobny puchar, jako wotum przebłagalne. A oto List Bogdana Chmielnickiego do kustosza sanktuarium sokalskiego:

„Wielebny Księże Gwardianie! Znając wielką szczerość ku nam, której oczywiście w klasztorze doznaliśmy i miłosierdzie otrzymali, żałuję tego ciężko, żem słuchał moich ludzi, aby klasztor pod pretekstem przyjaźni zająć, żołnierzom swoim zrabować i co tylko w nim znaleźć się mogło zabrać kazał. Jednak gdym to na zdradę chciał uczynić tak przed obrazem Bogarodzicy byłem przestraszony i tak mi się zdało, że już więcej do śmierci widzieć nie będę. Jednak wasza mi to miłość wraz z innymi księżmi uprosiła u Matki Boskiej, żem przejrzał i tak dotąd widzę jako i przedtem. Jestem waszym szczerym przyjacielem.” Bogdan Chmielnicki

Sanktuarium sokalskie od tych wydarzeń było uważane za miejsce bezpieczne, bo cieszące się szczególną opieką Matki Najświętszej. Potwierdzały to fakty bowiem nieszczęścia, które wyniszczały naszą ojczyznę, szczęśliwie omijały klasztor. Jan Kazimierz w 1655 r. w drodze ze Lwowa do Warszawy, po złożeniu swoich słynnych ślubów maryjnych, nawiedził sokalską świątynię, aby podziękować Matce Bożej Pocieszenia za odmianę swoich losów. Tu także polskie rycerstwo, czując się bardzo mocno związane z sanktuarium, złożyło w 1662 r. 8 zdobycznych chorągwi rosyjskich, które odtąd zdobiły prezbiterium kościoła. [28] [Jak wyżej, s. 11-13]

Tak to prawda, w służbie Bogu, Kościołowi i ojczyźnie naszej, potrafiliśmy wznosić się niekiedy na wyżyny człowieczeństwa, dając żywy przykład wiary i męstwa. Czy byliśmy doskonali, oczywiście nie bowiem naród to ludzie, a ci są ułomni, dlatego i u nas do dziś więzienia są pełne skazańców, słusznie pokutujących za swoje niecne uczynki. Czy tam i w tamtych czasach mogło być inaczej, naiwny i głupi byłby ten, kto uwierzyłby, że w tamtych czasach żyli sami święci, podobni aniołom. Gdyby tak było nie byłoby wojen, a kraj płynąłby mlekiem i miodem, tymczasem płynął krwią, solony ogniem i mieczem. Pamiętajmy o tym, ile razy przyjdzie nam oceniać uczynki naszych braci Rusinów, dzisiejszych Ukraińców, a już nie daj Boże, abyśmy poczęli się nad nich wynosić, nimi sami gardząc. Albowiem jak zapewnia nas sam Jezus Chrystus, ich idąca w grube miliony armia aniołów stróżów, nieustannie woła do Boga i prosi dobrego Ojca o zmiłowanie nad nimi samymi oraz ich w gruncie rzeczy, zbiedzonymi przodkami. Byśmy więc czasem z rozumu obrani nie popadli w pychę, warto na koniec tych rozważań, przytoczyć jeszcze jeden, przejmujący cytat bowiem nasze rodzime rycerstwo,  też nie było wolne od czynów haniebnych.

ZIEMIA KTÓRA SPŁYNĘŁA KRWIĄ

JEST W UKRAINIE  TAKI CZAS, TAKIE BÓLU ŁKANIE.....

........tu Polak głowę spuszcza i szepce: odpuść Boże Panie, miłosierdzia, Dziecino, Siostro, Bracie... Posłuchajmy raz jeszcze przez chwilę wielce czcigodnego Jana Widackiego: „Tymczasem na wiosnę 1654 r. ruszyli na Ukrainę hetmani Stanisław Potocki i Stanisław Lanckoroński wraz ze Stefanem Czarnieckim. Ich wyprawa pacyfikacyjna swym okrucieństwem przekraczała wszystko, co do tej pory w wojnach kozackich widziano. Od miecza ginęły całe dziesiątki tysięcy ludności wyrzynane przy okazji zdobywania kolejnych miast. Cała Bracławszczyzna dosłownie spłynęła krwią. Nie oszczędzano kobiet ni dzieci. Chmielnicki wspierany przez rosyjski korpus Buturlina próbował stawić opór pod Ochmatowem. Lanckoroński rozbił tam jednak siły kozacko-moskiewskie (29 stycznia – 2 lutego 1655 r.), lecz na skutek silnych mrozów musiał się cofnąć. Okrucieństwo Polaków było odwetem za okrucieństwo Kozaków, który był znowu odwetem.... nikt już nie pamiętał początku. Nienawiść i chęć odwetu wypełniały serca. Ku uciesze postronnych, wbrew własnym najoczywistszym interesom Polacy i Rusini zwalczali się, coraz zajadlej, licytując w okrucieństwie nie przynoszącym sławy żadnej ze stron.” [29] [Jan Widacki, Kniaź Jarema, s. 260-261]

I jeśli dodać, że kronikarz żydowski Samuel Fajwisz podaje nazwy ponad 200 miejscowości ukraińskich, w których Kozacy w podobny sposób mordowali Żydów, szlachtę, księży katolickich.  [30] [Jak wyżej, s. 105]  Dlaczego tak się działo, dlaczego powstanie hetmana Bohdana Chmielnickiego pociągnęło za sobą takie morze krwi i spaloną dosłownie ziemię i czy tak musiało naprawdę być ? A potem?! Odeszli na wieczną wartę tamci ludzie, przyszli nowi, upłynęły lata, znów mozolnie odbudowywano to, co tak niedawno z taką zaciętością niszczono.

 

PRAWDZIWYCH PRZYJACIÓŁ POZNAJE SIĘ.....

......w biedzie, wtedy bez wątpienia poznaje się kto jest dobrym, a kto tylko podszytym przyjacielem. Polska, Litwa i Ruś miały tyle okazji, aby wypróbować się nawzajem, że ohydnym kłamcą należałoby nazwać tego, kto by temu przeczył, a pysznym stałby się ten, kto by twierdził, że nie sposób tej rzeczywistości, choćby w przybliżonym stopniu ocenić. Nie wracając więc już do wieków pierwszych, skupmy się na tej epoce, w której dzieje naszych narodów splotły się mocniej niż dotychczas, tj. od wiekopomnego dzieła Unii Lubelskiej zawartej w pamiętnym roku 1569. Niezwykłe to wydarzenie, przypieczętowane Unią Brzeską w roku 1596, znoszące na tych ziemiach prawosławie, a powołujące do życia Cerkiew greko-katolicką, związało nasze ojczyzny na zawsze mocną i nierozerwalną więzią, pomimo wszystko miłości i jedności. Litwa w tych więzach wytrwała i choć na przestrzeni tak wielu wieków, pojawiały się różne zgrzyty, generalnie rzecz biorąc było i jest bardzo dobrze, oby było jeszcze lepiej. Skoro Litwa to i Białoruś, która tak naprawdę, jako wolne i niezależne państwo narodziła się dopiero po rozpadzie ZSRR. Przy czym, jak ta wolność i niezależność kwitnie za prezydentury pana Aleksandra Łukaszenki na co dzień, o tym nierzadko możemy usłyszeć w środkach masowego przekazu.

A umiłowana, piękna, ludna i zasobna Ruś, rozmodlona, cicha i spokojna, a zarazem tak kochająca śpiew i taniec, skoczna i frywolna, co z tym Bożym zaściankiem?! Czyż nie sam Książe całego Wojska Niebieskiego św. Michał Archanioł zapragnął zostać jej patronem, bo i czy jest coś pod słońcem, co nie stało się z woli samego Stwórcy. A jeśli tak, cóż to za wielki dar i skarb najprawdziwszy, perła najpiękniejsza na polskich herbach i sztandarach, nawiązujących do mimo wszystko wielkiej I Rzeczypospolitej. Wielkie były początki naszej wspólnej sprawy, bolesne kontynuacje, ale przed nam przyszłość, jaka będzie?! Odpowiedź wbrew pozorom jest dość łatwa do przewidzenia: taka jacy będą ludzie, którzy będą ją tworzyć. Jeśli będą mądrzy, ukształtowani w Bożej szkole życia, pełnej szacunku do tego co święte i nienaruszalne, jak choćby życie od poczęcia aż do naturalnej śmierci itd. Jeśli z szacunkiem będą się odnosić do tego wielkiego dziedzictwa naszych wspólnych przodków, pomnażając to, co było dobre, a pomijając to (w znaczeniu: nie naśladując, bynajmniej nie zapominając), co było złe i okrutne, wtedy bez wątpienia, na powrót rozraduje się Niebo nad naszymi narodami i wzejdzie jutrzenka rzeczywistej wolności i wielkości. Jaka była więc owa przeszłość do której trzeba nam wracać?! Była oczywiście różna i niełatwa, przedstawię ją na kilku przykładach bowiem nie sposób pisać w tym miejscu całej historii Polski i Ukrainy.

 

ZŁAPAŁ KOZAK TATARZYNA - A TATARZYN ZA ŁEB TRZYMA

Na przełomie XV i XVI stulecia na południowo-wschodnich kresach Wielkiego Księstwa Litewskiego, połączonego osobą monarchy z Polską, zaczęła się ostatecznie formować Kozaczyzna, jedno z niewątpliwie najciekawszych zjawisk w dziejach powszechnych, jedna z najciekawszych organizacji, jaką wytworzyło kiedykolwiek społeczeństwo ludzkie.

Dotychczasowe ustalenia nauki wskazują na to, że słowo „Kozak” jest pochodzenia turko-tatarskiego i zrodziło się na terytoriach położonych na północ od Morza Czarnego. Zawiera w swym znaczeniu elementy junactwa, zupełnej niezależności, a zarazem „rozbójnictwa”. W piśmiennictwie polskim spotykamy się z tym słowem po raz pierwszy, wertując wiekopomne dzieło naszego czcigodnego historiografa, wielebnego kanonika krakowskiego i wychowawcy dzieci królewskich, Jana Długosza. Pod datą 1469 roku znajdziemy następujący zapis: „Kiedy Kazimierz, Król Polski, wraz z Elżbietą królową przebywał na Litwie, liczne wojsko tatarskie złożone ze zbiegów, rozbójników i wygnańców, których oni w swej mowie Kozakami zowią, pod dowództwem cara Maniaka [...] wtargnęło [...] na ziemie Królestwa Polskiego.” [31] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s.7-9]

Kim więc byli właściwie Kozacy, odważnym, pracowitym ludem, nadto w szczególny sposób rozmiłowanym w zaporoskim stepie, czy groźnymi watahami zbiegów, rozbójników i wygnańców, jak podaje Jan Długosz. Otóż prawda na to interesujące i skądinąd nietrudne pytanie, jak zwykle znajduje się po środku bowiem  odwiecznemu prawu ewolucji, podlega nie tylko człowiek ale każda społeczność, dlaczego ludzie stepu mieli by być inni, niż każdy z nas?!! Już w XV wieku na  określenie tej właśnie koczowniczej ludności pojawia się termin „Kozacy”, czyli ci, którzy w jakikolwiek sposób żyją ze stepu. Mianem tym ochrzcili dobyczników sąsiedzi Zaporoża – Tatarzy. Na razie termin ten nie oznaczał jeszcze junaka, chwata czy rozbójnika. Od Gródka Czerkasy, skąd pochodziło najwięcej owych dobyczników – Kozaków, zwano ich także Czerkasami. [32] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 12]

Tatarzy nie tylko „ochrzcili” Kozaków, ale wpłynęli również decydująco na dalszy rozwój Kozaczyzny rodzącej się na Dzikich Polach. Oto bowiem buszujący stale po stepach ordyńcy poczęli zwracać uwagę na koczujących dobyczników, widząc w nich łatwy i ponętny łup. Był to pierwszorzędny jasyr, u którego można było jeszcze zabrać dużo jego własnej zdobyczy: zwierzyny, ryb, miodu i koni. Rozpoczyna się więc na Dzikich Polach stała i zacięta walka. Tatarzy polują na dobyczników, łapią ich, łupią i uwożą ze sobą na Krym. Oczywiście w pierwszym okresie niezorganizowani Kozacy ponoszą ogromne straty, stają nawet przed trudnym wyborem: być albo nie być. Coraz lepiej rozumieją, że warunkiem uprawiania dotychczasowego procederu, wolnego i niczym nieskrępowanego hasania po stepie jest wspólna obrona, gdyż w przeciwnym razie są skazani na zagładę. Tak właśnie rozpoczyna się historyczny proces łączenia się Kozaków w grupki, grupy, następnie zaś w całe oddziały, zwane watahami. Watahy te bronią się zaciekle przed licznymi oddziałami tatarskimi, opierając im się coraz skuteczniej. Biegły znawca problemu oraz człowiek rzeczywiście zafascynowany niezwykłym fenomenem powstania i rozwoju Kozaczyzny Zbigniew Wójcik, w swojej książce: „Dzikie pola w ogniu” tak ostatecznie podsumowuje ten proces: „Dzikie pola stają się terenem krwawych bitew. Mijają lata i oto spokojni ongi uchodnicy nie zadawalają się już tylko bierną obrona przed Tatarami, ale zasmakowawszy w rycersko-rozbójniczym rzemiośle, sami zaczynają atakować swych napastników. Można zaobserwować ogromnie ciekawe zjawisko historyczne: Kozaczyzna przekształca się w znakomitą, agresywną i bojową organizację wojskową, złożoną z ludzi szaleńczo wprost odważnych i świetnie znających rzemiosło wojenne, swego rodzaju piratów stepu.” [33] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 12-13]

 

KRÓL STEFAN PRZECIW MOSKWIE I LEGENDA BATORIAŃSKA

Następnym z  monarchów polskich, który próbował uregulować zagadnienie kozackie był król Stefan Batory, który prowadził otwartą wojnę przeciw państwu moskiewskiemu. Doceniając wartość bojową Kozaków, pragnął król pozyskać tych dzielnych i zaprawionych żołnierzy do walki na wschodzie. Kozacy wzięli udział w wojnie Batorego z Moskwą, wyróżniając się niejednokrotnie dzielnością i oddając Polsce duże usługi. Kiedy w późniejszym czasie, Kozacy prosili Króla o ukrócenie samowoli starostów królewskich na Ukrainie, łamiących wszelki przywileje kozackie, król nie zapomniał o ich zasługach i oddanej służbie. Nie tylko wziął ich w obronę ale wydał nadto polecenie organom państwowym na Ukrainie, aby przestrzegały obowiązujących praw w stosunkach z Kozakami.

Przywileje nadane przez Batorego, aczkolwiek niewątpliwie korzystne, nie stanowiły przecież kozackiej Magna Charta Libertatum. Niemniej jednak, na skutek niezbyt jasnej redakcji uniwersału królewskiego, Kozacy zaczęli się powoływać nań jako na swoją największą zdobycz w Rzeczypospolitej. Z biegiem czasu urosła więc legenda batoriańska, nie mniej jednak ani Zygmunt August, ani nawet Stefan Batory nie rozwiązali i nie uregulowali problemu kozackiego, choć poczynili, ku temu ważne kroki. Niestety, gdy czas uciekał, Moskwa podnosiła się z upadku, a rosnąca w siłę Kozaczyzna wymagała zdecydowanej i znaczącej regulacji państwowej, na tron polski wstąpił Król Zygmunt III Waza. Już w pierwszym okresie jego panowania, zaczęły się gromadzić nad Ukrainą chmury, a wkrótce wybuchły tam pierwsze groźne powstania kozackie. [34] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 21-24]

Ostatnie lata panowania Króla Stefana Batorego to stale rosnąca aktywność oddziałów zaporoskich na południowo-wschodnich kresach państwa, na Krymie i co gorsza na granicach Porty Ottomańskiej. Na takie „chadzki”, wyprawy lądowe i morskie, wyprawiali się Kozacy masowo i często. Szczególne nasilenie śmiałych wypraw kozackich przypada na lata 1583-1590, kiedy to pogranicze turecko-tatarskie stanęło, rzec można bez przesady, w ogniu. Narażało to stale Rzeczpospolitą na groźbę wojny z Turcją, którą coraz bardziej drażniły kozackie napady. W 1586 r. umiera Król Stefan Batory, rozpoczyna się burzliwy okres bezkrólewia, równocześnie wzrasta bezhołowie na Ukrainie. Watahy różnych opryszków grasują po kraju, podszywając się niemal zawsze pod szyld kozacki. Napady kozackie na posiadłości tureckie i krymskie w latach bezkrólewia i początków panowania Zygmunta III, ściągnęły na Polskę wściekły gniew turecki i tatarski. W roku 1589 zagony tatarskie, pustoszące straszliwie Ukrainę i Podole, zapuściły się na przedpola Lwowa. Jednocześnie sułtan turecki zapowiedział otwarcie, że jeśli Polacy sami nie rozwiążą problemu swoich poddanych, to sam zrobi porządek z Kozakami, raz a dobrze. [35] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 25-28

I tym razem zajęto się sprawą kozacką, uchwalając ustawę, która oddawała Kozaków pod nadzór hetmana koronnego. W jej myśl wszyscy Kozacy rejestrowi wraz ze swymi przełożonymi mieli złożyć przysięgę królowi i Rzeczpospolitej, że bez pozwolenia hetmana, lub jego zastępcy nigdy nie przekroczą granicy państwa. To tylko niektóre postanowienia tej ustawy, inne w tej pracy nie są konieczne. Warto natomiast zatrzymać się nad innymi niebagatelnie ważnymi uchwałami tegoż sejmu. Otóż król otrzymał upoważnienie do nadawania szlachcie polskiej i magnatom olbrzymich obszarów ziemi na Ukrainie. Był to właśnie niezwykle brzemienny w skutki początek powstawania na terenie tego kraju wielkich posiadłości ziemskich, zwanych latyfundiami. Na rezultaty nie trzeba było długo czekać bowiem niedługo po sejmie 1590 r. na Ukrainie rozpoczynają się bardzo poważne zamieszki, a wkrótce ich siła i rozmiary są tak duże, że przeradzają się w pierwsze powstanie kozackie. [36] [Zbigniew Wójcik, Dzikie pola w ogniu, s. 28-30]

 

HEROICZNA DOBA KOZACZYZNY NA KRESACH

Paweł Jasienica o tamtym czasie i kozackiej epopei tak pisze: „Dymitriady oraz wojny moskiewskie ogromnie wzmogły siły i samopoczucie Kozaczyzny ukraińskiej. Mołojcy, nawykli do szerokich lotów, bywali wszędzie, także pod Smoleńskiem, w Moskwie i jeszcze dalej. Rozpoczęła się dla nich heroiczna doba – zarówno na lądzie, jak i na morzu. Poczynając od roku 1606 ofiarami napadów kozackich stawały się kolejno: Warna, Perekop, Trapezunt, Synopa, aż wreszcie 80 czajek wylądowało na przedmieściach Stambułu-Konstantynopola. Archioka i Mizewna zostały doszczętnie złupione i spłonęły, a przebywający opodal sułtan Ahmed I musiał się temu bezsilnie przyglądać. Napad zaskoczył wszystkich. Wysłaną w pogoń flotę wojenną Kozacy pokonali w bitwie morskiej, kapudana-paszę – czyli admirała – wzięli do niewoli. Było to w roku 1615. Tylko front perski powstrzymywał wtedy Turcję od wojny. Dyplomaci królewscy przyrzekali powściągnąć Sicz, ustawy i umowy ograniczyły ilość Kozaków rejestrowych, to znaczy pozostających na żołdzie Rzeczpospolitej.

Lecz kiedy królewicz Władysław i Jan Karol Chodkiewicz po raz ostatni uderzyli na Moskwę, przyszedł im na pomoc Piotr Konaszewicz Sahajdaczny na czele dwudziestu tysięcy Zaporożców. W roku poprzednim on sam podpisał układ w Olszanicy, zgodził się na ograniczenie rejestru do tysiąca głów! Teraz otrzymał od Władysława oznaki władzy hetmańskiej – buławę, chorągiew i bębny. Nikt go oczywiście nie pytał, jakim prawem zwerbował tylu zbrojnych, ani nie wypominał dowództwa w niedawnej wyprawie czajek na Kaffę. Konaszewicz łupił w carstwie moskiewskim nieludzko, palił miasta, wyrzynał ludność – nie chciał w ogóle wracać na Ukrainę. Wyczyny Sahajdacznego znacznie przyśpieszyły rozejm dywiliński, zawarty w styczniu 1619 r. A w następnym – jak się już wspominało – hetman Piotr bawił wraz z poselstwem kozackim w Moskwie, rozmawiał z diakami na temat położenia prawosławia w Rzeczpospolitej, potem zaś odprowadzał do Buszy patriarchę Teofanesa, klęczał przed nim i otrzymywał rozgrzeszenie za niedawne dokonania w służbie króla.” [37] [Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, s. 318]

W tym wiekopomnym dziele czytamy dalej: „W czerwcu 1621 r. tłumna rada kozacka w Fastowie uchwaliła wesprzeć Rzeczpospolitą. Były to wielkie dni Siczy. Poseł królewski wstąpił na przykryte dywanem podium z beczek, przemawiał w imieniu monarchy, grzmiały salwy z dział, a upojony Jacek Borodawka krzyczał: ‘Przed wojskiem zaporoskim drży ziemia polska, turecka, świat cały!’ . Kto takie chwile przeżył, tego już żadna siła nie skłoni do zgody na rolę chłopa pańszczyźnianego. Stosunek Rzeczpospolitej do Kozaczyzny nacechowany był fałszem i bezmyślnością. W godzinach prób odwoływano się do niej, gdy tylko potrzeba się skończyła, zaczynano Zaporoże gnębić, a już co najmniej ograniczać. W naradzie fastowskiej uczestniczyły setki duchownych. Przez cały pierwszy dzień zebrani słuchali ich skarg, potem dopiero Piotr Konaszewicz Sahajdaczny sytuację opanował i przeciągnął Kozaków na swoją, to znaczy i Rzeczypospolitej stronę.” [38] [Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, s. 336]

Niezwykle istotny dla tematu tego opracowania jest fakt, że Hetman kozacki Piotr Konaszewicz Sahajdaczny, korzystając ze wsparcia Rzeczpospolitej, wpierw niemiłościwie, rzecz można bezkarnie, łupi obszary Rosji. Bogaci się na tym rzecz jasna, Rzeczpospolitej przymnażając śmartelnych wrogów, ale już rok później osobiście bawi z poselstwem w Moskwie, gdzie kaja się i niezmiernie kadzi prawosławnym bojarom. O czym może świadczyć taka postawa wodza kozackich zagonów, który przede wszystkim Rzeczpospolitej zawdzięczał swoją siłę nasampierw, ale i sukcesy w wielu zbrojnych, także bandyckich, jak na Turcję wypadach? W moim przekonaniu niestety, jest to jeszcze jeden przykład ruskiej, kozackiej, a dzisiaj ukraińskiej dwulicowości, brakuje mi tu spójnej linii politycznej, rozdartej pomiędzy: narodowym interesem, a silnym przywiązaniem do wiary prawosławnej, zawsze powracającej do swoich moskiewskich źródeł.

Nawet jeśli przyjąć, że wizyta miała być formą zadośćuczynienia, za bezmiar przelanych łez, to po pierwsze: kto kazał kozakom Sahajdacznego, czynić ów spustoszenie po ruskich wsiach? A jeżeli już nawet do tego doszło, wystarczyło zwykłe poselstwo, bez udziału samego hetmana, wszak straty były po obu stronach i to nie pierwszy raz. Niestety wizyta hetmana Sahajdacznego w Moskwie, przywodzi na myśl, niebezpieczną grę na dwa fronty. Motyw wydaje się być jasny i przjrzysty: nadmierne wzmocnienie roli Rzeczpospolitej na wschodzie, wobec ostatnich sukcesów w wojnach z Rosją. Niezwykle ważne okazało się także przywiązanie kozackiej czerni do prawosławnej Cerkwii i tu wyraźnie, (wydaje się) zabrakło zmysłu politycznego, co znakomicie przez całe wieki potrafiła zresztą, wygrywać prawosławna i imperialistyczna Rosja.

Wygłąda na to, że to co udało się Polakom: gdy przyjęli chrzest z rąk czeskiego Kościoła, zobywając tym samym niezależność od wpływów niemieckich. Zupełnie nie udało się kozakom, którzy walcząc o niepodległość Rusi, nieustannie zarazem chronili się pod skrzydła Kościoła Prawosławnego, od zawsze związanego różnymi układami i mocnymi więzami z Moskwą. Do tego zresztą nawiązuje późniejszy hetman Bohdan Chmielnicki, gdy przemawia do kozaków, przy okazji podpisywania Unii z carską Rosją w Perejesławiu w 1654 r. , tym samym zrywając więzy z Reczpospolitą. I tu także właśnie, ujawnia się ta wydawałoby się dwulicowość w postawie wodza Kozaków Bohdana Chmielnickiego, który najpierw wyrasta na politycznego przywódcę w ramach Rzeczpospolitej, by potem bez pardonu, niby to z musu i bez szans na inne rozwiązania, związać się z Moskwą.

Tu właśnie ujawnia się ten, tak tragiczny brak konsekwencji w polityce zagranicznej kozackich wodzów. Którzy, gdy tylko sprzyjały okoliczności ( i oczywiście na koszt Rzeczpospolitej), to „hulaj dusza, świat się rusza” i „po nas, choćby potop” . Ale już, gdy sytuacja stawała się poważna i trzeba było spijać piwo, którego się wcześniej nawarzyło, to szybko i niemal na kolanach do .....starszego brata Moskala. A wtedy gromko i najlepiej kupą bracia kozacy:......Boh pomiłuj, Boh pomiłuj! I że watpić „nie nada” , że sprawa rozwiązana, wszak starszy brat Rus, młodszego, przez Lacha gnębionego, ot tak zostawić na pastwę Polszu nie może i że bez pomocy nie zostawi.

 

UNIA W HADZIACZU

JAK JUTRZENKA WOLNOŚCI – WZESZŁA NAD RZECZPOSPOLITĄ I ZAGASŁA

Chocim, wielki a zarazem przejmujący do szpiku kości, kto mógł wtedy przypuszczać, że właśnie na tym ważnym zakręcie historii, kończy się właściwie czas przeznaczony dla wielkich zwycięstw polskich i kozackich pod jednym, wspólnym dowództwem, pod królewskim berłem. I choć do wybuchu przerażającego w swych rozmiarach powstania z 1648 r. było jeszcze ponad ćwierć wieku, to już od tej chwili Polska i Ruś znalazły się na równi pochyłej, stale pochylającej się ku punktowi krytycznemu. A jak było potem, na uwagę zasługuje słynna bitwa pod Konotopem, stoczona w obronie ze wszech miar mądrej Unii Hadziackiej.

W niezwykłej pracy prof. Edwarda Prusa „Hulajpole” czytamy: „Uroczyste zaprzysiężenie unii, jak już wiemy, przez króla, prymasa oraz dygnitarzy koronnych i litewskich z jednej strony, a delegatów ruskich z drugiej, odbyło się 22 maja 1659 r. w święto Wniebowstąpienia. Towarzyszyły temu saluty armatnie i Te Deum laudamus dziękczynienie w katedrze św. Jana. Optymizm, entuzjazm, a wojna ze Szwecją wciąż trwała, zaś na wieść o Hadziaczu ruszyła się Moskwa. 28 czerwca 1659 r. jej wojska zostały rozbite pod Konotopem. Zaporożcy zagrodzili rzekę Sosnówkę i spowodowali sztuczną powódź, zaskoczone tym półki kniazia Pożarskiego poniosły klęskę. Było to pierwsze wspólne zwycięstwo wojsk polsko-kozackich (przy wsparciu tatarskim) odniesione nad wojskami moskiewskimi, a ich wódź, kniaź Pożarski, wraz z tysiącami jeńców powędrował na Krym, resztę wycięto. Pod Konotopem, jak ongiś pod Chocimiem, doszło do prawdziwego braterstwa broni Polaków i Rusinów, późniejszych Ukraińców. Zwycięstwo odniesione nad nieprzyjacielem, który najechał Rzeczpospolitą.” [39] [Edward Prus, Hulajpole, Wrocław 2003 r., s. 135-136]

I dalej prof. Edward Prus tak konkluduje: „Wszyscy historycy polscy podkreślają, że Unia Hadziacka była dziełem wielkiego rozumu politycznego, choć o wiele lat (dziesięć albo dwadzieścia) spóźnionym. Ale cóż z tego, skoro spora część Rusinów koronnych przyjęła ją wrogo. Wyraził się w tym nie tylko brak wszelkiego krytycyzmu czy realizmu, ale wręcz jakiś pęd do samobójstwa. Ten właśnie pęd izolował Wyhowskiego od szerokich mas. Dostrzegli to polscy obserwatorzy i dlatego w grudniu 1658 r notowali: „Wyhowski najmniejszym powinienem się fortuny swej albo zdrowie swe, albo powagę hetmańską straci i dlatego bardziej albo szlachcie, albo Tatarom przy sobie będącym ufa aniżeli Kozakom [...]. Unia hadziacka bez szans dogorywała, a wraz z usunięciem Wyhowskiego upadła, samobójcze sympatie do bezwzględnego cara przemogły. Nienawiść zaćmiła rozum.” [40] [Edward Prus, Hulajpole, Wrocław 2003 r. s.135-136] By jeszcze dalej powiedzieć już z mocą: „[...] dzieje polsko-rusińskiej wspólnoty, które owocowały tyloma zwycięstwami wspólnymi, nie opierały się wyłącznie na nieporozumieniach – jak to głoszą pseudohistorycy typu B. Osadczuka – choć takich nie brakowało. Historia wzajemnych stosunków jest przebogata, obfituje także w wolty, które dostarczają argumentów tezom, z racjonalnego punktu widzenia wykluczającym się wzajemnie.” [41] [Edward Prus, Hulajpole, s. 187]

 

STRASZNY POSIEW HAJDAMAKÓW 1768

Wydawało się pewnie wielu, że tamte czasy czerwonych nocy na Rusi już nie powrócą, wielu zapewne obiecywało sobie lub przynajmniej żywiło taką nadzieję w obliczu moskiewskiego zagrożenia, że tym razem Polacy i Rusini zachowają więcej zimnej krwi i wykażą się większym rozumem politycznym. Czyż nie na to liczyli pobożni Konfederaci Barscy w 1768 r., a jednak znów się przeliczyli, bo czego można się spodziewać od nieuświadomionych mas ruskich chłopów ?

Paweł Jasienica tak opisuje tamte krwawe i tragiczne dni: „W Warszawie przypuszczano, że na Ukrainie wszczęła ruchawkę kawaleria, niezadowolona z projektu nowego regulaminu, ograniczającego samowolę „towarzystwa”. Nikt się nie orientował w tym co zaszło, sami przywódcy opozycji byli mocno niezadowoleni z przedwczesnego wybuchu. Wojska rosyjskie i koronne, którymi dowodził regimentarz, Ksawery Branicki, ruszyły przywracać spokój. Zamierzano zacząć od układów, lecz z obwałowań Baru, rozbrzmiewającego pieśniami i suplikacjami, zamiast parlamentariuszy wyszło „czterech księży z krucyfiksami i piąty ze statuą Najświętszej Panny, z którymi nie wiedzieć co było traktować”, jak zapisał naoczny świadek. Bar został łatwo zdobyty [...].” [42] [Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, Warszawa 1986, s. 329]

Powyższy, lakoniczny niemal zapis oddaje powagę sprawy na Ukrainie w początkach Konfederacji Barskiej 1768 r. , u samego jej niemal żródła. Tymczasem odpowiedź rozjuszonego chłopstwa ruskiego, podpuszczonego celowo przez Rosjan była szybka i wprost druzgocąca, żeby nie powiedzieć ludobójcza. Dość interesujący zapis tamtych wydarzeń uczynił w swojej pracy: „Hajdamacy” Władysław Serczyk: „Odprawiono uroczyste nabożeństwo połączone z poświęceniem broni i – jak wynikało z zeznań Żeleźniaka – siedemdziesięcioosobowy oddział dowodzony przez niego ruszył w kierunku Żabotynia [...] Były to ostatnie dni maja 1768 r....[...] Tak jak w czasie jego przejazdu do Motrenina dołączyło się do niego jeszcze kilku chłopów, również i obecnie, w miarę zbliżania się do Żabotynia, rosła siła powstańców. Oddział urósł do trzystu ludzi, chociaż przeszedł jedynie kilkadziesiąt kilometrów. Zasilali go chłopi, licho uzbrojeni, często zamiast pik kozackich niosący drewniane tyczki zaostrzone i opalone na końcu.

Pierwotnym zamierzeniem powstańców było tylko wywołanie strachu, wypędzenie znienawidzonych duchownych unickich, szlachty i Zydów, a przy okazji – jak zawsze – rabunek okolicznych dworów. Widok, jaki ukazał się im u rogatek żabotyńskich, trupy dwóch mieszczan powieszonych za hajdamactwo, wywołał natychmiastową reakcję. Oddział wpadł do Żabotynia. Po krótkiej walce zabito tamtejszego gubernatora, Stępowskiego. Zginęło także kilkunastu Żydów, a prawdopodobnie i cześć szlachty. Zabito miejscowego rabina, Abrama, i jego ciężarną żonę. Po Żabotyniu przyszła kolej na Śmiłę. Stale rosnąca liczba powstańców wymagała podjęcia decyzji co do dalszej linii postępowania. [...] Plan był niezwykle śmiały. Wprawdzie Naddnieprze, pozbawione oddziałów wojskowych, nie mogło skutecznie przeciwstawić się buntowi, jednak wytyczone cele wyraźnie przerastały doświadczenie i uzbrojenie powstańców. [...] Ruszono więc przez Isajki i Medwin na Lisiankę. Po drodze zrabowano Kamienny Bród, z którego do Białej Cerkwi uciekł właściciel Piasecki. [...]

Miasto zostało zajęte bez przeszkód, natomiast po oględzinach zamku zorientowano się, że jego zdobycie przerasta siły powstańców. Postanowiono więc użyć podstępu. Mieszkańcy Lisianki, którzy przyłączyli się do Żeleźniaka, wydelegowali do komisarza Kuczewskiego swych przedstawicieli, namawiając go, by poddał zamek. Obiecywano pozostawienie wszystkich przy życiu i majątku. Jednym z użytych argumentów było stwierdzenie, że ‘kraj ten będzie już odtąd Hetmańszczyzną’ . Kuczewski uległ perswazjom i rozkazał otworzyć bramę. Liczna, wielusetosobowa gromada wpadła do środka. Po raz pierwszy powstańcy zetknęli się oko w oko z tak wielka ilością szlachty. Podsycana od wielu miesięcy nienawiść znalazła swoje straszne ujście. Rozpoczęła się rzeź. Na komisarza Kuczewskiego wsadzono siodło, próbowano na nim jeździć, wreszcie – wyczerpanego – zakłuto pikami. Przerażone zaciekłością napastników ofiary szukały schronienia na dachach, ale i tam nie było im dane znaleźć ocalenia. Wzdłuż murów ustawiono pionowo piki i na nie zrzucano ludzi. Rzeź odbywała się we wszystkich pomieszczeniach zamkowych. Tylko niewiele osób zdołało ujść z życiem. Część z nich, przebrawszy się w chłopską odzież, ukryła się wśród więźniów wypuszczonych z aresztu zamkowego, inni udawali zabitych i w nocy, korzystając z chwilowego uspokojenia, opuścili zamek, udając się do Sydorówki, gdzie ukryli ich chłopi. Łupem powstańców padła kasa właściciela dóbr i ruchomości znajdujące się w zamku. W pobliskim kościele OO. Franciszkanów na jednej belce powieszono zakonnika, Żyda i psa, umieszczając na niej napis: „Lach Żyd i sobaka, wse wira odnaka!” [...]

Tymczasem główna wyprawa dowodzona przez Maksyma Żeleźniaka skręcała na południowy zachód. Liczebność ugrupowania przekroczyła już tysiąc osób. [...] Uwagę powstańców przyciągał obecnie Humań, w którym szukali schronienia szlachta i Żydzi z Kijowskiego oraz Bracławszczyzny. [...] Wkrótce mury miejskie nie mogły pomieścić wszystkich przybyszów. [...] W tym czasie w Humaniu stacjonował 60 – osobowy oddział żołnierzy dowodzonych przez porucznika Lenarta oraz pułk kozacki, na którego czele stał szlachcic Jan Obuch Woszczatyński. Kozacy ci pochodzili z okolicznych wsi. [...] Służbę pełniło wówczas około 700 kozaków. [...] Zaraz potem wszyscy obecni udali się do kościoła Św. Mikołaja, gdzie złożyli przysięgę na wierność. Niebawem cały pułk ruszył ku Zwinogródce, w której okolicach pojawiły się pierwsze podjazdy hajdamackie. [...] Po kilku dniach w Humaniu zaczęły się szerzyć pogłoski, że Gonta porozumiał się z Żeleźniakiem. Ogarnięci paniką mieszkańcy miasta i szlachta rozłożona obozem pod jego murami wymogli na Mładanowiczu powtórne ściągnięcie wszystkich setników do Humania, gdzie na rynku gubernator urządził publiczne przesłuchanie podejrzanego. Zakończyło się ono kolejną przysięgą na wierność. [...] Kontakty między Gontą i Żeleźniakiem musiały zostać nawiązane kilka dni przedtem, ale teraz rokowania dobiegały końca, niemal na oczach wszystkich. Gonta wkrótce powrócił, oświadczając, że: „Myślałem, że są to jakieś bałamuctwa, Ale teraz, gdy zobaczyłem carskie ukazy, musimy wszyscy pójść do Żeleźniaka, Lachów i Żydów znosić. Jeżeli tego nie uczynimy, sami poginiemy!”

Od tego momentu losy miasta i znajdujących się w nim osób były przesądzone. [...] Mieszkańcy Humania bezsilnie przypatrywali się z murów rozpoczętej rzezi rodzin szlacheckich rozlokowanych w taborach pod Grekowem. [...] Pierwszy atak oblegających nastąpił jeszcze w poniedziałek wieczorem. Chłopi z włości humańskiej próbowali siekierami rąbać palisadę, ale gęsty ogień prowadzony przez obrońców udaremnił te zamiary. [...] Wykorzystując ciemności, pozostali w Humaniu kozacy i żołnierze Lenarta przeszli do obozu Gonty. Następnego dnia rano, tj. we wtorek 21 czerwca, Gonta, widząc stosunkowo niewielką skuteczność powstańczych ataków, postanowił spróbował pertraktacji. [...] Mładanowicz skapitulował. Podobno w omawianych warunkach kapitulacji przewidziano odstąpienie od zamiaru zlikwidowania szlachty i pozostałej ludności katolickiej oraz zagwarantowano im zachowanie majątku; ludność żydowska zaś miała być oddana „dyskrecji”  Żeleźniaka i Gonty. Przeciwnikami kapitulacji byli Szafrański i Lenart. Po krótkim sporze z nimi otwarto bramy miasta. Na spotkanie zdobywców wyszli z chlebem i solą najczcigodniejsi mieszczanie w otoczeniu urzędników.

Tłumy powstańców wdarły się do środka. Natychmiast otoczono i postawiono straże przed najważniejszymi budynkami: kościołem farnym, dużą kaplicą oo. Bazylianów, synagogą i ratuszem. [...] Do przepełnionego kościoła farnego wszedł kozak, żądając okupu. Posypały się worki ze złotem, bransoletki, naszyjniki, drogocenne kamienie i inne kosztowności. Wkrótce zjawił się też sam Gonta, który postanowił załatwić osobiste porachunki z Rogaszewskim, gdyż ten właśnie protestował kiedyś przeciw oddawaniu wsi w dożywotnią dzierżawę setnikowi kozackiemu. Wyprowadzono go z kościoła i zabito. Wkrótce po  tych wydarzeniach, jakie tam miały miejsce, rozpoczęła się rzeź zainicjowana najprawdopodobniej przez żądnych zemsty chłopów. Według współczesnych, z pewnością przesadzonych świadectw w samej tylko synagodze poniosło śmierć około trzech tysięcy Żydów. Zabijano i męczono. Żydom obcinano ręce i uszy. Wyciągano ich poza tym z piwnic, domów, a nawet – rowów, gdzie daremnie szukali schronienia. Kolejnymi ofiarami nienawiści powstańczego tłumu stali się księża katoliccy i uniccy. Jeden z nich, Wadowski, został zabity przy ołtarzu. Z bazylianów pierwszy poniósł śmierć ks. Herakliusz Kostecki, rektor szkoły przyklasztornej. Ocalało tylko 6 zakonników, zbiegłych z miasta jeszcze przed rozpoczęciem oblężenia. Innych torturowano, żądając zdradzenia miejsca, gdzie zostały ukryte naczynia liturgiczne i depozyty szlacheckie. [...] Duchownych zbito i przeprowadziwszy ich w triumfalnym pochodzie wokół ratusza, zamknięto w piwnicy mieszczanina Ignacego Bohatego. Wkrótce potem zostali zabici na żądanie jednego z popów prawosławnych z Cerkwii św. Mikołaja, a trupy porzucono na drodze. Śmierć ponieśli również prawie wszyscy uczniowie szkoły bazyliańskiej. Ubierano się w ornaty, wygłaszano szydercze kazania, pito wino z kielichów kościelnych i niszczono pateny.

Nienawiść powstańców zwróciła się wreszcie przeciw szlachcie zgromadzonej w Humaniu. Okrucieństwo przekroczyły wszelkie granice. Celowali w nim, jak w poprzednich wypadkach, chłopi przybyli z włości humańskiej. Ofiary przywiązywano do pala, bito, kłuto spisami, by na koniec dobić nożem lub wystrzałem z broni palnej. Gwałcono kobiety, ciężarnym rozcinano brzuchy, a dzieci podnoszono na spisach do góry. [...] Rozgorączkowane i wzburzone tłumy zaczęły się uspokajać dopiero wieczorem. Sporej liczbie osób udało się ocalić życie czy to przez umiejętne ukrycie się, czy też wyproszenie łaski; a kobiety – przez wyrażenie zgody na małżeństwo z którymś z powstańców. Całą tę grupę, a znajdowały się w niej dzieci Mładanowicza: Weronika i Paweł – popędzono teraz do cerkwi Św. Mikołaja. Tam przechrzczono ich wszystkich na prawosławie. Trzy osoby, które sprzeciwiły się dokonaniu tej ceremonii, zabito na miejscu. Miasto zostało rozgrabione doszczętnie. Ocalały tylko sklepy kupców rosyjskich i tureckich. [...] Część trupów wrzucono do studni, w której uprzednio obrońcy miasta nie znaleźli upragnionej wody. Studnia, wielometrowej głębokości, została wypełniona po brzegi, a mimo to nie zdołano uprzątnąć wszystkich zabitych. [...] W tym samym dniu wieczorem rozpoczęły się zabawy połączone z pijaństwem, które z różnym nasileniem trwały aż do ostatecznego rozbicia oddziału przez wojsko rosyjskie. [...] W Humaniu i najbliższej okolicy zginęło kilka tysięcy osób, wiele z nich - po okrutnych męczarniach. [...].” [43] [Władysław Serczyk, Hajdamacy, Kraków 1972 r., s. 308-330]

„Rzeź w Humaniu wstrząsnęła opinia publiczną, bardziej ze względu na przejawione okrucieństwo i fakt, że dokonana została chłopskimi rękami, niż z powodu znacznej liczby ofiar. Nie sposób zaprzeczyć, że w Humaniu – jak zeznawali później uczestnicy koliwszczyzny – „Wszyscy zabijali: strzelbą, spisami, nożami, cepami i zastupami; chyba rąk nie miał, to ten tylko nie zabijał.”. Trudno jednak na tej podstawie i tylko na niej twierdzić, że leżało to w planach dowództwa powstania. Jego pierwotnym zamierzeniem była interwencja w obronie kościoła prawosławnego, wypędzenie oddziałów konfederackich z województw ukraińskich. [...] Dołączenie się chłopów do ruchu, a potem – zmajoryzowanie go przez nich, wprowadziło potężny ładunek klasowej nienawiści i – co właśnie odbiło się na wypadkach humańskich – trudnego do opanowania, zdecydowanego na wszystko żywiołu.” [44] [Władysław Serczyk, Hajdamacy, Kraków 1972 r., s.308-330]

Paweł Jasienica rzucił interesujące światło na konsekwencje okrutnych zbrodni kozackich, opisanych powyżej: „Konserwatywna szlachta polska podniosła więc katolicki sztandar wojny religijnej na Ukrainie. Osobliwe zjawisko opłacone zostało natychmiast ceną straszną, lecz raczej logiczną. Do Turcji, na pomoc której liczono było jednak z Baru dość daleko, za to do wsi pańszczyźnianej bardzo blisko. Pierwsza faza ruchu barzan utonęła we krwi, wytoczonej przez święcone po klasztorach prawosławnych noże chłopskie. Do przywódcy Maksyma Żeleźniaka, przyłączył się Iwan Gonta, setnik nadwornych Kozaków rodu Potockich. Nie wiadomo doprawdy, czyje okrucieństwo sprawia bardziej odstręczające wrażenie – hajdamaków, co wyrżnęli ludność Humania, czy też współdziałających z oddziałami carskimi wojsk koronnych, które zabrały się do tłumienia rozruchu strasznymi represjami. Tamci zaczęli pierwsi, to prawda. Lecz ostatecznie inaczej wyglądać powinna ocena działań ludzi prymitywnych i ciemnych, inaczej zaś takich, jak generał Piotr Kreczetnikow, Ksawery Branicki czy oboźny koronny, Stanisław Stempowski, którzy reprezentowali rządy państw bądź co bądź europejskich.” [45] [Paweł Jasienica, Rzeczpospolita Obojga Narodów, s. 329]

Rosja najpierw wsparła hajdamaczyznę, nieoficjalnie i po cichu, potem otwarcie i gromko, przyczyniła się do jej wytępienia: „murzyn zrobił swoje”, może więc zasiąść na palu. „Polacy – pisze Albert Sorel – wycinali w pień w imię wiary, Rosjanie w imię tolerancji”, cała zaś operacja razem wzięta – dodać należy od siebie – przyniosła niepowetowane szkody Polsce i Ukrainie, według recepty znanej już od połowy XVII wieku. [46] [Jak wyżej, s. 329-330]

Czy rzeczywiście Paweł Jasienica ma rację nazywając działania Konfederatów na Rusi wojną religijną, mam duże wątpliwości. A straszna rzeź Humańska ? Tu na pewno się nie myli, bo to wielka tragedia, a właściwie to rzeź Żydów i Polaków, żeby nie powiedzieć ludobójstwo dokonane przez Rusinów. A przecież od czasów Chmielnickiego minęło równo 120 lat, to długi przedział czasu i rany winny się zabliźnić, zatem dlaczego tak się właśnie nie stało?

 

ZA NASZĄ I WASZĄ WOLNOŚĆ 1792

Niestety, ten ponad stuleni przedział czasu, okazał się być za wąski, by zabliźniły się rany i wyrósł nowy naród, zdolny dzielnie i solidarnie przeciwstawić się niszczycielskiej, wciąż rosnącej, moskiewskiej potędze. Więcej, wydaje się, że na Kresach Rzeczpolspolitej niewiele, albo i nic się nie zmieniło, bowiem Prof. Edward Prus pisze: „Dopiero teraz nadszedł czas zadumy, refleksji – a było nad czym się zastanawiać – bo oto rozgorzało powstanie kościuszkowskie, które dawało możność walki sfrustrowanym kozakom o swoją Sicz pod protektoratem niezawisłej Rzeczypospolitej. Czy rozumiał to Tadeusz Kościuszko mający przecież w swoich żyłach krew białoruską, i o ile zamierzał wykorzystać bitny element kozacki przeciwko wspólnemu wrogowi? Powstanie kościuszkowskie poprzedziły walki polsko-rosyjskie o niezawisłość państwa. Właśnie owe walki ujawniły talent dowódczy Kościuszki – typowego przedstawiciela Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Nie bez racji Białorusini dziś wskazują na narodowość bohatera wsławionego walką o wolność także Stanów Zjednoczonych, Ukraińcy zaś nie omieszkają podnosić, że jego kuzyn o tym samym nazwisku był duchownym greckokatolickim.

Wojna polsko-rosyjska, w której Rusini walczyli już po obu stronach – polskiej i rosyjskiej – toczyła się także na obszarach kresowych. Jaki był udział „kozackiego rodu” w zwycięstwach i klęskach Rzeczpospolitej, tego dokładnie nie wiemy i prawdopodobnie nigdy się już nie dowiemy. Wiemy jednak, że po stronie polskiej stawało wielu dzielnych Rusinów – Kozaków lub osób z kozackim rodowodem. Właśnie ci ostatni chętnie garnęli się pod znaki Kościuszki. Kościuszko bowiem miał już sławę wodza zwycięskiego z Ameryki, a nadto był znany z nieobojętności na poddaństwo chłopów, które uznawał za jedną ze słabości ojczyzny, a przecież wśród tych uciskanych poważny odsetek stanowili włościanie ruscy.” [47] [Edward Rrus, Hulajpole, s. 187-188]

W sprawie ruskiej pisał Kościuszko w 1789 r. do niejakiego Zaleskiego – posła do Sejmu Czteroletniego: „Przeszły list śpiący pisałem i nie dziw, że z pamięci mi zeszło coś powiedzieć o Rusinach naszych. Fanatyzm pochodzący z niewierności zawsze najokropniejsze zwykł wydawać skutki, zapobiec niewiadamości długa jest droga. Trzeba wieków, aby oświecić ludzi, a trudniej u nas, gdzie ludzie oddychają niemal z woli swych panów, nie mając żadnego po sobie prawa, nawet odmienić miejsce zabroniono im. Uchylić się od okrucieństwa lub uciemiężenia, pomijam od niesprawiedliwości, bo tej zawsze doznają. Wiem, co nieludzkość odpowiedzieć może – mogą uciec. A gdzie? Pytam się, do Moskwy chyba? Bo wszędzie pozwala prawo ścigać poddanego. (Poddanego – słowo przeklęte być powinno w oświeconych narodach). To my zaludniać inne kraje naszym nierządem będziemy? Zmniejszyć fanatyzm jest krótszy sposób i nie widzę, jak jeden pewny i najłagodniejszy, łączyć święta wszystkich ich z naszymi, jeden niech będzie kalendarz, postarać się, aby popi mogli mszę mówić po polsku. Nieoświeconym ludziom powierzchowności potrzeba, widocznej różnicy, gdyż żadnej nie czynią między religią gracką nieunitów, to jest moskiewską, a swoją, jedną jest to dla nich. Przyzwyczajać ich trzeba do polskiego języka, niech w polskim języku wszystkie ich nabożeństwa będą. Z czasem duch polski w nich wejdzie. Za nieprzyjaciela sądzić będą tego, który by nie umiał języka narodowego, a już będzie znaczny oddział państwa naszego. Wzburzy się w nich krew na wspomnienie Moskala, Prusaka, Austriaka, tak jak w Angliku nadmieniwszy Francuza. Nienawiść narodu ku drugiemu jest zawsze z pożytkiem, jak i wielkie rozumienie o sobie. Oświeconym zostaje tylko ster do życia dobrego, to jest ku powszechnemu dobru.” [48] [Jak wyżej]

I GDZIE CI PUŁKOWNICY, GDZIE TE PUŁKI KOZACKIE

Jedną z najstraszniejszych i najczarniejszych kart historii Polski jest haniebne dzieło Konfederacji Targowickiej. Co ciekawe, że Targowica leży daleko na Ukrainie, czy może mieć to związek z tagedią tych ziem w wiekach poprzednich ? Tak czy inaczej znamienne są zapisy kozaka Wernyhory, który miłując Rzeczpospolitą, przepowiedział Jej zarówno upadek, wiekowe zmagania o wolność, czyli powstania narodowe, ale i zmartwychwstanie. Ja sam pamiętam z czasów studiowania historii na UW pewną i b. znamienną w swej wymowie historię: jeden z przywódców Targowicy hetman Potocki przybywa w 1793 r. (już po II rozbiorze Polski) na dwór carycy Katarzyny II do Petersburga i żali się: „...moja ojczyzna ginie – Imperatorowo, przecie nasze układy – miało być inaczej !” . Na to caryca (wg naocznych świadków) miała mu powiedzieć w twarz i bez ogródek: „Milcz psie teraz tutaj jest twoja ojczyzna!” Hmmm.... Mam pytanko: czy to jest może mutacja końcowa, owego pragmatyzmu po rosyjsku?

Prof. Edward Prus pisze: „Zaspokajając „prośbę” nikczemników, Moskale rozpoczęli niszczenie dzieła polskich reform 22 maja 1792 r. Wtedy to na froncie ukrainnym zapragnęli okrążyć i zniszczyć armię Rzeczypospolitej dowodzoną przez ks. Józefa Poniatowskiego. Pod Dubienką drogę wrogim zastępom zagrodził Kościuszko, mając do dyspozycji zaledwie pięć tysięcy ludzi; nieprzyjaciel dysponował dwudziestoma tysiącami – a nadto korzystał z terytorium już wówczas austriackiej Ziemi Czerwińskiej, nazwanej Galicją, przez którą przeprowadził wojsko, aby okrążyć szczupłe siły polskie. Bitwa pod Dubienką była najbardziej zaciekłą bitwą w całej kampanii polsko-rosyjskiej 1792 r. Niestety, działalność żołnierska nie została doceniona przez króla, który niespodziewanie przystąpił do konfederacji, otrzymawszy taki surowy nakaz z Petersburga. Kościuszko poprosił o dymisję i w połowie września 1792 r. udał się na emigrację. Jechał przez Lwów, gdzie ludność polska, ruska i żydowska zgotowała mu owacje. Opuścił kraj na krótko, dwa lata później był już z powrotem w ojczyźnie, stając na czele powstania narodowego” [49] [Edward Prus, Hulajpole, s.188]

Wielkie dzieło stronnictwa patriotycznego w Polsce legło w gruzach, wiekopomna, nowoczesna, rzeczywiście zdolna uzdrowić cały naród: Konstytucja 3 Maja, chluba polskiej myśli reformatorskiej została zniszczona. Prawdą jest, że także za przyczyną stronnictwa zdrajców, którzy nie mogli się pogodzić z końcem pewnej epoki w Rzeczypospolitej, która to epoka przyniosła nam tylko klęski, łzy i rozczarowania. Jakże jednak charakterystyczne jest, że owa nieszczęsna Konfederacja została zawiązana właśnie w Targowicy na dzisiejszej Ukrainie. Czy byłoby to w ogóle możliwe, gdyby stały tam wierne królowi pułki kozackie?! Znając zapalczywość Kozaków jest mało prawdopodobne ale ich tam wtedy po prostu nie było. Więc gdzie się podziali Ci dzielni żołnierze i sławni pułkownicy kozaccy. Czy aż do tego stopnia nie mogli się utulić w swoim żalu, że w ogóle przestali się interesować wielką sprawą polityki?!

Oczywiście, że nie tak się miały sprawy. I byli i trwali, a marzeń swoich wcale nie porzucili, choć pod ciężką ręką Moskwy przyszło im teraz służyć, a Ci którzy nie chcieli, musieli emigrować. A czerń, a prości chłopi ukraińscy, o tych na Ukrainie przecież nie brakowało. Rzeczywiście ale tym się wcale nie paliło, aby wyruszać na wojnę przeciwko Carowi. Jakoś nie słychać wcale, aby nagle Rusini, przerażeni upadkiem Rzeczypospolitej, w jej obronie jakiś rwetes wszczęli. Nie słychać także, aby jak grzyby po deszczu, rodziły się nowe pułki kozackie, co to pod wodzą swoich groźnych pułkowników, spieszą z pomącą Tadeuszowi Kościuszce. I wołało wtedy niejedno polskie, a zapewne i rusińskie serce: I gdzie te nasze pułki sławne, gdzie ci kozaccy atamani, gdy wróg w próg i sama Rzeczypospolita ginie? Ano zabrakło ich, nie czuli się na tyle mocni, na tyle mocno związani z naszą ojczyzną, aby stanąć zbrojnie w jej obronie, aby masowo chwycić za broń. Nie było takiego ruchu ani w pamiętnym roku 1792, kiedy toczyła się wojna w obronie Konstytucji 3 Maja, ani nawet podczas dramatycznego, w swoim przebiegu Powstania Kościuszkowskiego w Polsce w roku 1794.

 

PAMIĘTNY ROKU 1812 KTO CIĘ WIDZIAŁ KTO CIĘ KOCHAŁ

Wizerunek ten nie zmieni się ani o jotę, a nawet „wrogo zabarwi” , blisko dwadzieścia lat później, gdy Polacy, u boku cesarza Napoleona mszerowali na Moskwę. Bardzo wielu Rusinów ochoczo, wstępowało w szeregi Moskali, by walczyć także z znienawidzoną Rzeczpospolitą, obficie krwawiącą, ale jakże dzielnie walczącą na wielu frontach Europy, podnoszącą się z upadku. A oto fakty: Prof. Edward Prus: „Rok 1812 – Francuzi nad Niemnem. Na tę wieść władycy i misjonarze prawosławni, którzy panoszyli się na zniewolonej ziemi Rzeczypospolitej, uciekli razem ze swoimi protektorami. [...] Wraz z tą ucieczką znikło prawosławie, w ciągu dosłownie jednego tygodnia odrodziła się Unia. Duchowni, których przymuszono do zmiany rytu, teraz kajając się, powracali skruszeni do katolicyzmu. „Wszyscy obywatele przysięgając – czytamy w pamiętniku – głosowali za przywróceniem dawnego stanu rzeczy, za Rzeczypospolitą.” Wśród tych znalazł się władyka mohylewski T. Szyszacki. Ten był święcie przekonany, że Rzeczpospolita powstanie dźwignięta silnym ramieniem Napoleona. Skoro tak, to cała Ruś Czerwona i Biała znajda się w jej granicach. Zatęsknił za polskim prawem i swobodą, za zwierzchnictwem Carogrodu, a nie Moskwy. [...] Modlono się także za pomyślność oręża francusko – polskiego we wszystkich kościołach kresowych. Był to wtedy wspólny głos polsko – ruski, głos błagalny o odbudowę Rzeczypospolitej Obojga Narodów. [...]

Działania wojenne francusko – polsko – rosyjskie nie były prowadzone wyłącznie na północy, dotknęły one także bezpośrednio części Wołynia. Jednak wysiłek Ukrainy w walce z Napoleonem był pokaźny. Władze carskie zdołały zmobilizować na Lewobrzeżu około 60 tyś. Sołdatów, wśród których byli także ochotnicy – nie licząc formacji kozackich. Kozacy jednak, podkreślmy, bezpośrednio udziału w walce nie brali, byli wciąż w odwodzie. Wokół Kijowa znów wzniesiono fortyfikacje. W trakcie odwrotu wojsk napoleońskich ukraińskie formacje wojskowe, jak też watachy partyzanckie, szarpały pojedyncze oddziały Wielkiej Armii, głównie jednak na Białorusi. Było tam najprawdziwsze hulajpole.

Wymowny jest choćby jeden przykład zachowany w pisemnym przekazie familii książęcej Puchałów – Mystowskich. [...] „Tu ciemne lasy starodrzewu ciągnęły się na znacznych przestrzeniach zasłanych bagnami i trzęsawiskami Polesia. Ułani zwolnili tempo jazdy i bacznie śledząc okolice, wypatrywali pojawienia się Kozaków, którzy posuwali się bokiem, na równej linii z nimi, jednak ich nie atakując; dość dobrze znali sprawność ułanów w szarży [...] Spostrzeżono ich przy wyjeździe na polanę dość szeroką i długą, co powodowało, że wyglądali jak Tatarzy. Kozacy co jakiś czas ostrzeliwali tak Francuzów jak i ułanów polskich [...] Zdarzało się również, że w szeregach ruszali do ataku bądź kontrataku wśród rozdzierającego wrzasku urra, urra, jednak kiedy ułani z pochylonymi lancami ruszali do przodu, ci pierzchali w niesamowitym popłochu. Stada kruków i wron, unoszących się w powietrzu, znaczyły ślady ich panicznej ucieczki. [...]” [50] [Edward Prus, Hulajpole, s. 200-202]

 

POWSTANIE LISTOPADOWE 1830 NA RUSI

Niestety myli się grubo ten, kto wciąż żyje nadzieją, że w następnych dziesięcioleciach, Ruś odmieniła swoje serce, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Właściwie to trudno dziwić się mieszkańcom tych ziem, skoro na własne niemal życzenie wielu z nich, bliżej miało teraz do rózgi „dziadka moroza” niż do polskich pałaszy. A dzielni i bitni Polacy, rodziny polskie na Kresach?! Oczywiście chwycili za broń, przynajmniej w tej najbardziej, swojej patriotycznej części. I choć nadzór rosyjskiej policji i żandarmerii w roku 1831 był ostry, postępowały tu przygotowania do powstania. Tym bardziej, że powodzenie Powstania Listopadowego w Królestwie Polskim zależało w dużej mierze od przeniesienia walk na teren Litwy, Wołynia , Podola i Kijowszczyzny. Ten strategiczny manewr miał przeciąć drogi prowadzące do Królestwa i zdezorganizować zaplecze armii carskiej. Jego powodzenie dawało też szansę żądania od cara zwrotu prowincji graniczących z Królestwem. Zatem jasne jest, że w Warszawie oczekiwano, że powstanie zostanie poparte przez mieszkańców wschodnich ziem Rzeczypospolitej. Wcześniej trafiały tam odezwy roznoszone przez różnych emisariuszy, którzy zachęcali do walki przeciw Rosji.

Powstanie na Ukrainie trwało od kwietnia do maja 1831r. Zaczęło się dopiero po wejściu na Wołyń kilkutysięcznego oddziału kawalerii , dowodzonego przez gen. Józefa Dwernickiego. Początkowo jego wyprawa odniosła kilka zwycięstw w potyczkach i jedno w większej bitwie pod Boremlem, ale po przybyciu posiłków dla armii carskiej zakończyła się klęską. Osaczony przez przeważające siły rosyjskie przekroczył granicę austriacką. Jego dywizja liczyła tylko 4700 ludzi i 12 dział. Została ona poparta przez niewielkie powstańcze oddziały w powiatach: kowelskim, łuckim i rówieńskim. Okazały się one jednak zbyt słabe, by na Wołyniu powstanie osiągnęło niewielki chociaż sukces. Większość z nich postanowiły się rozpuścić.

Na Podolu powstańcy deklarowali, że mogą wystawić do walki 20 tys. ludzi. Mieli oni opanować Kamieniec Podolski, w którym się miał zainstalować ich Rząd Centralny dla Ukrainy. W praktyce się okazało, że powstańcy nie są w stanie zmobilizować tak wielkich sił, choć przy użyciu znacznie mniejszym mogliby odnieść sukces. Na Podolu siły rosyjskie były niewielkie i nawet niewyszkoleni powstańcy mogliby je pokonać. Powstańcom brakowało rozpoznania i szybkiej łączności z Królestwem. Po dziś dzień nie wyjaśniona została rola, jaką na Podolu odegrał emisariusz Rządu narodowego major Bazyli Chróściechowski. Niektórzy miejscowi powstańcy tacy jak Stempowski i Wodziński oskarżyli go o zdradę. Początkowo wybuch powstania postanowiono odłożyć.

Na terenie powiatów należących do województwa kijowskiego wystąpienie polskich powstańców było bardzo ograniczone. Na ich czele stanął generał kościuszkowski Benedykt Kołyszko. Z posiadanych sił udało mu się uformować 11 szwadronów kawalerii. Oddziały te jednak prezentowały niską zdolność bojową, zwłaszcza zaś w trakcie manewrów. Były znakomite w ataku, bardzo kiepskie w odwrotach. W starciu z regularnym żołnierzem rosyjskim nie miały wielkich szans. Brak wyszkolenia dał o sobie znać zwłaszcza po pierwszej bitwie powstańców z wojskami rosyjskimi pod Daszowem. Po brawurowej i zwycięskiej szarży przy pierwszej próbie przegrupowania , siły powstańcze wpadły w panikę i rzuciły się do ucieczki. W efekcie już w pierwszej bitwie armia powstańcza przestała de facto istnieć pomimo, że w jej trakcie utraciła tylko kilkunastu ludzi , a Rosjanie dwustu. Generałowi Kołyszce udało się wprawdzie zebrać jeszcze pięciuset kawalerzystów i stoczyć dwie zwycięskie potyczki, ale nie miały one wpływu na przebieg całej kampanii.

W podolskim powiecie latyczowskim usiłowano jeszcze reanimować powstanie pod wodzą Aleksandra Gołyńskiego. Jego oddział nie osiągnął jednak zaplanowanej wielkości i licząc dwustu ludzi cofał się przed rozbiciem do granic Galicji, gdzie skapitulował przed Austriakami. Generalnie rzecz biorąc powstanie na terenie Wołynia, Podola i Kijowszczyzny było raczej manifestacją niż realnym działaniem zbrojnym, uważa Marek A. Koprowski, któremu zawdzięczamy powyższy opis. I trudno się z nim nie zgodzić, skoro powstanie objęło tylko część powiatów . W większości nawet próba wywołania demonstracji zbrojnej nie wypaliła całkowicie. Spiskowcy za Bugiem spodziewali się przysłania silnego korpusu wojsk regularnych z Królestwa, a także doświadczonych instruktorów i broni, co jak wiadomo, nie nastąpiło. Uniemożliwiło to wykorzystanie szlachty z tych ziem do działań zbrojnych mimo, że stanowiła ona świetny materiał na żołnierzy. Powstanie na ziemiach ukraińskich unaoczniło po raz kolejny, że czasy pospolitego ruszenia minęły już dawno, a brawura nie może zastąpić znajomości podstawowych zasad sztuki wojennej. W odróżnieniu od Litwy powstanie na Ukrainie było przede wszystkim ruchem szlacheckim. To polskie dwory zapłaciły więc największą cenę. Większość jego uczestników musiała udać się na emigrację i nigdy już Ojczyzny nie zobaczyli. Jeden z nich hrabia Leon Stempowski przodek słynnego eseisty stał się inicjatorem utworzenia polskiej nekropolii na cmentarzu Montmartre w Paryżu. Ci powstańcy, którzy pozostali na miejscu, praktycznie w całości zostali zesłani na Sybir. Zdecydowana większość z nich utraciła też swoje majątki skonfiskowane przez władze carskie. [51] [Marek A. Koprowski, http://www.kresy.pl]

W podobnu duchu czytamy w Kronice Polskich Powstań Narodowych. Najaktywniejsza była szlachta podolska (rodziny Jełowickich, Sobańskich, synowie Jana Potockiego).W powstanie zaangażowało się na Podolu 2600 insurgentów, głównie drobnej i średniej szlachty. Iskrą zapalną dla spiskowców z tych ziem, miała być akcja gen. Dwernickiego, który na czele oddziału powstańców wkroczył na Wołyń. Zapewne niemało się rozczarował żołnierz polski, gdy ujrzał zapał do walki kresowego chłopstwa, a przyparty do austriackiej granicy już 01 maja 1831 r. musiał kapitulować.

Mimo tak niepomyślnych wieści, powstańcy podolscy nie myśleli rezygnować bez walki, choć ich szanse na zwycięstwo, były już właściwie żadne. Tym bardziej, że i szlachta polska w dużej swojej części, zniechęciła się do dalszego oporu. Pod dowództwem starego kościuszkowskiego gen. Benedykta Kołyszki, wyruszyli do boju ale już 14 maja 1831 r. zostali rozbici pod Daszowem, przez rosyjskiego generała Rotha. Ocaleni w liczbie około 700, schronili się w Galicji. Jeszcze mniejszy był wysiłek powstańczy na Rusi, stąd nie będzie w tym żadnej przesady, jeśli uznamy, że występowały tu raczej incydenty zbrojne, nie zaś powstanie zbrojne. Ostatecznie w trzech zabranych prowincjach uczestniczyło w powstaniu od 5300 do 6000 ludzi. I choć w liczbie tej nie brakowało chłopów, śmiało można zawyrokować, że Ruś w Powstaniu Listopadowym 1831 r., właściwie udziału nie wzięła. [52] [Kronika Polskich Powstań Narodowych, s.]

O czym może to świadczyć, tylko o tym, że w tragiczny i krwawy czas zaborów, kiedy Rzeczypospolita naprawdę potrzebowała przyjaciół, na Rusi w każdym razie ich nie znalazła. I jeszcze jedno pytanie: czy w tym czasie brakowało „panów” na dawnych Kresach, skąd było ich tyle samo, a może nawet więcej, teraz mówili jednak niemal wyłącznie po rosyjsku. Ale jakoś nie słychać, (poza lokalnymi wystąpieniami pomniejszych watażków, czy poszczególnych atamanów), o ruskim powstaniu, czy zrywie Narodu Ruskiego do walki o niezależność, jak dla przykładu za Chmielnickiego. Dlaczego?! Słyszymy raczej o dogorywającej z wolna Kozaczyźnie! A no wniosek nasuwa się sam. Nie po raz pierwszy: „ruskaja ruka” , to nie (nad wyraz, rozpasana niekiedy) „wolność polska” !

Dobrze rozumiał to światły hetman kozacki Iwan Wyhowski, niestety mniej przewidująca była czerń kozacka. Najbardziej interesujący i dodajmy zarazem niepokojący jest jednak fakt, że nawet perspektywa czasowa nie wiele nauczyła Rusinów i samych Kozaków.  Nie pomogła także „ciężka ręka” cara, nawet zsyłki, więzienia i ukazy carskie: takie i owakie, jakoś nie przysposobiły tego Narodu, tak nam przecież bliskiego geograficznie, historycznie, językowo, kulturowo i religijnie do garnięcia się pod wspólne sztandary. Dodajmy zarazem, że tym razem pisano na nich zwykle: „Za Naszą i Waszą wolność!” .

 

POWSTANIE STYCZNIOWE 1863 NA RUSI

Czy inaczej było 30 lat później skąd, ani nawet o dwa gramy! Dobrze to widać z perspektywy czasu, czy w tamtym gorącym czasie także zdawano sobie sprawę z powagi sytuacji? I tak i nie bowiem z jednej strony dostrzegano szeroko pojętą niechęć ludności ruskiej do akcji powstańczej na Kresach, ale z drugiej strony, żyła w polskim społeczeństwie „jakaś nadzieja” . Łudzono się, a nóż stanie się cud i Ruś poderwie się raz jeszcze do walki z Rosją, przecież także o własną wolność. W manifestacjach kładziono duży nacisk na znaczenie więzi łączących Królestwo z Ziemiami Zabranymi. I tak 12 sierpnia obchodzono rocznicę unii lubelskiej, a 10 października świętowano rocznicę unii horodelskiej. W tym celu zaprrojektowano masową manifestację przedstawicieli wszystkich dzielnic Polski, Litwy i Rusi. Na domiar złego nawet sami Polacy byli podzieleni, oto ziemiaństwo kresowe (żyjące w realiach kresowych) było przeciwne powstaniu i szukało sposobów jego zapobieżenia. Byli oni bardziej związani z „białymi” i tak jak oni proklamowali pracę organiczną i porozumienie z carem. Przeciwieństwem był oczywiście obóz „czerwonych” , który nawoływał do wspólnego powstania przeciwko ciemiężycielowi.

Na Rusi sytuacja powstania była o wiele trudniejsza niż nad Wisłą i na Litwie. Sam wybuch powstania został odłożony do maja, tymczasem policja raz po raz natrafiała na ogniwa organizacji tajnej. W styczniu 1863 r. została rozbita „agentura rewolucyjna” w Odessie, w kwietniu kółko rewolucyjne w Kijowie. W marcu nastąpiła wsypa polskiej organizacji czerwonej w pow. Skwirskim. W lutym odkryto w Kijowie tajną drukarnie.

Do pierwszych ataków doszło już 23 stycznia 1863 r. w obwodzie białostockim, a następnie 7 lutego na tym terenie doszło do bitwy pod Siemiatyczami, skąd ruszono na wschód, aby poruszyć ludność Litwy. Roman Rogiński ze 150 ludźmi dotarł na Polesie, które było idealną bazą na partyzantkę. Jednak jak się okazało niechęć chłopów do powstania była większa niż się początkowo wydawało. Rogiński nie znalazł oparcia wśród ludności, rozbity pod Borkami 26 lutego, został w kilka dni później schwytany przez chłopów i wydany w ręce armii carskiej. Ten incydent świadczy, jak bardzo władze powstania pomyliły się licząc na lud Ziem Zabranych, na ich przywiązanie do polskiej tradycji. [53] [http://pl.m.wikipedia.org  Powstanie styczniowe na Ziemiach Zabranych]

Aby przyciągnąć na swoją stronę masy ludu ukraińskiego wydano odezwę, tzw. Złotą hramotę. Główne jej założenie mówiło, że: „Ziemie orne, sianożęcią i sadyby pańskie i skarbowe, które za czynsz lub za odrobek, albo za wykup trzymali włościanie, będą od niniejszego dnia po wasze czasy własnością każdego gospodarza bez żadnej za nie zapłaty”. Chłopi przyjmowali ją w różny sposób. Czasami chętnie, były jednak miejsca, jak gubernia kijowska, gdzie chłopi ustosunkowali się do ogłoszenia wrogo, nie dając im wiary. Dochodziło nawet do napaści na powstańców, którzy rozdawali chłopom Hramoty. Należy jednak pamiętać, że chłop nienawidził dziedzica Polaka, więc wszelkie próby poderwania ich do walki za sprawę pana ciemiężyciela były nierealne. Bardzo trafnie określa to Paweł Jasienica: „Lud ukraiński zwalczał powstanie nie dlatego, że było ono polskie, lecz dlatego, iż uważał je za pańskie”. Osobną odezwę skierowano do Polaków na Rusi, która namawiała do pomocy dla Litwy i Korony. Różycki planował rozwinąć w guberni wołyńskiej (głównie w jej północnej części) partyzantkę i w tym kierunku wyruszyło z Kijowa kilka grup spiskowych, którym dowodził kpt. Władysław Rudnicki. W wielu jednak miejscach dochodziło do napaści na powstańców przez uzbrojonych chłopów. Liczne też były napady na dwory i przejezdną szlachtę. [54] [http://pl.m.wikipedia.org  Powstanie styczniowe na Ziemiach Zabranych]

Trochę lepiej przedstawiała się sytuacja na Wołyniu, gdzie chłopi odnosili się do powstańców bez niechęci, a nawet z życzliwością. Na początku maja Różycki na czele ok. 200 jazdy wkroczył do Lubaru, następnie zaś przeszedł do Połonnego, gdzie oczekiwał na ruch Wysockiego z Galicji, ale jak się okazało daremnie. 17 maja doszło do zwycięskiej bitwy pod Miropolem. Różycki pozostawił tam piechotę pod dowództwem Władysława Ciechońskiego, a sam z jazdą wyruszył na Podole. Lecz na Podolu nie było żadnych oznak powstańczych wystąpień. W tym czasie został rozbity oddział Cichońskiego, a za Różyckim wyruszył pościg. 26 maja doszło do bitwy pod Salichą, z której Różycki wyszedł zwycięsko i skierował swój oddział do Galicji. Kampania jego trwała zaledwie 3 tygodnie, był to początek końca powstania na Rusi. Co prawda z końcem maja 1863 roku powstał na Ukrainie Wydział Wykonawczy Rządu Narodowego, a jego komisarzem został Marian Sokołowski, który przybył tutaj z Galicji. Uciekł jednak, gdy policja natrafiła na jego ślad, jego następcą został Antoni Chamiec, zatem nie mogło to wiele zmienić. Jest jasne, że w tamtych warunkach powstanie na Kresach nie miało, prawie żadnych szans powodzenia.

[55] [http://pl.m.wikipedia.org  Powstanie styczniowe na Ziemiach Zabranych]

Ale oddajmy głos historykom i samym źródłom historycznym: Prof. Edward Prus: „Nie wiodło się słabym liczebnie i prawie bezbronnym oddziałom powstańczym. Pierwszy z nich opuścił Kijów 08 maja 1863 r., liczył 300 osób pod wodzą Władysława Borowskiego. Pod Kijowem połączył się on z grupą „Kozaka Sawy”, czyli Władysława Rudnickiego [...]. Liczono, że po drodze na Wołyń i Polesie do wymienionej grupy dołączą inne oddziały powstańcze, a śród nich także oddziały z austriackiej Galicji. Tak wzmocnieni powstańcy mieli powrócić w okolice Kijowa, aby się połączyć z powstałym do walki chłopstwem ukraińskim. Czujki carskie pilnie śledziły ruchy powstańców i już wieczorem 09 maja rozpoczęli z nimi walkę. Dwa szwadrony dragonów i sotnia kozaków zaatakowały najsłabszy oddział Olszańskiego. Powstańcy zostali rozbici [...]. Klęski powstańcze były wynikiem m.in. braku broni palnej, której nieco więcej znów znajdowało się na Wołyniu. Dlatego też działania na tej prastarej ziemi lechickiej rozwijały się pomyślniej niż w Kijowskiem. [...] Różycki rozpoczął swój szlak bojowy z Żytomierza przez Lubar, Połonne do Miropola. Tu powstańcy zostali powstrzymani przez siły rosyjskie, ale na krótko, na drugi dzień ruszył dalej i dość szybko, jednak powstańcy znajdowali czas, aby we wsiach na postojach zaznajomić chłopów z tekstem Złotej Hramoty. Tak idąc, oddział Różyckiego nawet w drugiej połowie maja znalazł się w guberni podolskiej, w powiecie lityńskim. Tu zawiódł się nie tyle na chłopach, ile na szlachcie, która nie okazywała chęci do walki zbrojnej. 60 – osobowy oddział braci Szyszkiewiczów (Edwarda, Oskara i Włodzimierza) w tej sytuacji nie znaczył prawie nic.

Różycki zawrócił na Wołyń, pod Salichą koło Starego Konstantyna Rosjanie przygotowali nań zasadzkę. Na Polaków czekały wyborowe roty strzelców pułku orłowskiego i kremieńczuckiego oraz sotnia kozaków dońskich – w sumie ponad 600 doskonale uzbrojonych sołdatów. Powstańcy, choć mieli niewielką przewagę liczebną, ani w połowie nie posiadali tej broni, jaką dysponowali Rosjanie. Rosjanie nadto liczyli na zasilenie, ale powstańcy zaskoczyć się nie dali i rozegrali z nimi regularną, trzydniową bitwę i w tej bitwie zwyciężyli, bijąc na łeb, na szyję pewnego siebie nieprzyjaciela. Uśmiercili 400 sołdatów, sami ponieśli straty dziewięciokrotnie mniejsze. W bitwie tej zabłysnął dowódczy talent płk Różyckiego, wkrótce awansowanego do stopnia generała. Bitwa ta była pierwszym i jedynym poważnym sukcesem powstania styczniowego na ziemiach ukrainnych. Wystraszyła ona poważnie administrację carską, która teraz do walki z powstańcami skierowała znaczniejsze siły, te tropiły Polaków, którzy aby nie ponieść ostatecznej klęski, rozczłonkowali się na mniejsze oddziały – i to dało im szanse na dłuższe przetrwanie. Od tego momentu nie było już na Ukrainie wielkich bitew i wielkich oddziałów, lecz szarpano wroga małymi oddziałami.” [56] [Edward Prus, Hulajpole, s. 295-296]

SOMOSIERRA POD SALICHĄ

08 maja 1863 r. Płk Edmund Różycki wyruszył z Żytomierza  w stronę Galicji. Na trasie pochodu „jazdy wołyńskiej” odczytywano manifest uwłaszczeniowy polskiego Rządu Narodowego. Jednak mimo wielu zabiegów, oddział Różyckiego nie powiekszał się liczebnie. Zatem wezwanie Tymczasowego Rządu Narodowego z 5 lutego 1863 r. „Do braci Rusinów” niewiele dało, chłopi nie poszli za jego głosem.” [57] [Edward Prus, Hulajpole, s. 297]  A czytamy w tym ważnym dokumencie tak: „Na ziemi waszej na waszych niwach krew rozlana przyniesie zwycięstwo powstania! Pod kurhanami waszych stepów carskie wojska znajdą dla siebie mogiłę, a kosy wasze i litewskie złączone z kosami polskimi wywalczą niepodległość Polsce, Litwie i Rusi. W jedności, w wytrwałości i w walce zaciętej, nieustraszonej i stanowczej znajdziemy rękojmię zwycięstwa. Do tej walki, Rusini, wzywamy was! Wasza opieszałość, ociąganie się może odroczyć chwilę odrodzenia wspólnej ojczyzny! Do broni, Bracia! Do broni wzywamy Was, a pierwszym aktem waszego powstania ma być natychmiastowe uwłaszczenie włościan.” [58] [Edward Prus, Hulajpole, s. 297]

Jeszcze gorzej wiodło się innym i sytuacja powstańców stawała się coraz bardziej dramatyczna. 26 maja płk Różycki stojąc niedaleko wsi Salicha w okolicach Starokonstantynowa, natknął się na znacznie liczniejszy oddział rosyjski, mając przy tym odciętą drogę odwrotu. Pan Przemysław Kmieciak w swoim opracowaniu: „Somosierra pod Salichą” podaje nieco inny rozkład sił, na korzyść Polaków. Naprzeciw siebie stanąć miało tylko 260 powstańców i aż 720 żołnierzy rosyjskich, w tym 120 kozaków. Wynik starcia wydawał się przesądzony, oto opis: „Zanim rosyjska piechota zdążyła zsiąść z wozów, Różycki wydał swoim szwadronom rozkaz ataku. Te, mimo iż musiały przebiec około kilometra pod ostrzałem, dosłownie wyrąbały sobie drogę lancami, rozbijając doszczętnie czworobok, w który ustawił się nieprzyjaciel. Dowódca jednej z kompanii rosyjskich ze strachu schronił się pod mostem znajdującym się we wsi. Po pewnym czasie nadeszły posiłki rosyjskie w sile 600 ludzi, jednakże widząc ogrom klęski, nie odważyły się atakować powstańców. Bitwę porównywano nawet do Somosierry.” [59] [Przemysław Kmieciak, Somosierra pod Salichą]

Kim był zatem ów dzielny i zdolny oficer polskiej jazdy płk Edmund Różycki, można by powiedzieć tak po staropolsku: któż zacz to? Syn powstańca listopadowego generała Karola Różyckiego, został w dzieciństwie siłą wcielony do armii rosyjskiej. Walczył na Kaukazie z powstaniami górali, a także podczas wojny krymskiej. Dosłużył się stopnia pułkownika. W 1861 r. z pobudek patriotycznych zwolnił się z wojska. W połowie 1862 r. włączył się w Kijowie w działania kospiracji „czerwonych” , radykalnych działaczy demokratycznych. Po wybuchu powstania generał Józef Wysocki, naczelny wódz ziem ruskich, wyznaczył Różyckiemu misję rozpoczęcia działań zbrojnych na Ukrainie. Świetne zwycięstwo pod Salichą nie mogło jednak przesądzić w żadnym razie o generalnym sukcesie powstania. Dlatego przyparci do granicy, powstańcy weszli na terytorium austriackie, gdzie Różycki zarządził rozwiązanie oddziału.

Niepokonany pułkownik został awansowany przez Rząd Narodowy do stopnia generała. Wysłano go następnie z misją dyplomatyczną do Stambułu. Po upadku powstania osiedlił się w Paryżu i działał w organizacjach niepodległościowych. W 1871 r. sąd wojenny w Kijowie skazał go na wieczne wygnanie z Rosji. W 1872 r. zamieszkał w austriackim Krakowie, gdzie mieszkał i pracował do końca życia. [60] [Przemysław Kmieciak, Somosierra pod Salichą]

 

NAGA PRAWDA: RUŚ NIE ŻYCZYŁA SOBIE TEGO POWSTANIA

Przywódcy powstania nie byli w stanie przygotować Rusi do zrywu, a wynikało to nie tylko z postawy chłopa, ale również szlachty i mieszczaństwa. W większej części Ukrainy chłopi zbroili się i napadali na powstańców „nie tylko z posłuszeństwa dla carskiej władzy, co w nadziei ostatecznej rozprawy z polskim panem”. Była to bolesna prawda o stosunkach chłopa do ziemianina, prawda, która zadecydowała o porażce, a jednocześnie uświadomiła powstańcom jak głęboko jest zakorzeniona ta nienawiść. W ich świadomości nie było miejsca na patriotyzm, na miłość do ojczyzny, bo tak naprawdę dawną Rzeczpospolitą nie utożsamiali z ojczyzną.

Prof. Edward Prus: „W nowej sytuacji szef sztabu Różyckiego, płk Jan Stella Sawicki postanowił z oddziałami powstańczymi, które tu się znajdowały, wkroczyć ponownie na Wołyń. Było to samobójstwo i chyba tak rzecz rozumiał Rząd Narodowy. Właśnie jego komisarz A. Chamiec dotarł do pułkownika z wiadomością, że „na Rusi już nie ma żadnej Organizacji Narodowej”. Od siebie już dodał: „Ruś nie życzy sobie tego wkoczenia”. A więc koniec, jedną z przyczyn powstańczej klęski W. Serczyk widzi następująco: „Rząd wykorzystał antyszlacheckie i antypolskie nastroje, powołując chłopskie oddziały wartownicze, które w trzech guberniach Prawobrzeża liczyły ponad 300 000 ludzi. Liczba zaś tych, którzy podnieśli broń przeciw carowi, nie przekracza 6000 (w tym zaledwie niespełna 10% chłopów).”

Każdy komentarz w tym przypadku jest zupełnie niepotrzebny, a może ktoś znów miał nadzieję:  tym razem, to obeszło się pewnie bez pogromów i ofiar. Niestety, jakże srodze się zawiedzie, gdy przytoczyć mu cytat z podręcznika historii dla szkół średnich i liceów ogólnokształcących. Andrzej Leszek Szcześniak pisze tam tak: „Na Żmudzi powstanie miało charakter prawdziwie ludowy. Na Wileńszczyźnie i w Grodzieńszczyźnie chłopi białoruscy licznie wstępowali do partii Ludwika Narbutta, Walerego Wróblewskiego, a na Polesiu – Romualda Traugutta. Natomiast na Białej Rusi, w Inflantach, na Ukrainie chłopi występowali przeważnie przeciwko powstańcom, posuwając się niekiedy nawet do rzezi szlachty (Krasławka w Mohylewszczyźnie, Sołowijówka w Kijowszczyźnie). [61] [Andrzej Leszek Szcześniak, Historia Dzieje nowożytne i najnowsze od połowy XIX wieku do roku 1918, Warszawa 1990 r., s. 39-40]

Nieco poszperałem i oto co znalazłem w pięknie, współcześnie wydanej Kronice Polskich Powstań Narodowych: tam na stronie 234 czytamy: „W nocy z 08 na 09 maja 1863 r. wyszła z Kijowa pod przewodnictwem Antoniego Jurewicza tzw. grupa agitacyjna, licząca 21 osób. Składała się z młodych ludzi pochodzenia szlacheckiego i inteligenckiego, mocno zaangażowanych w przygotowania powstańcze i wierzących, iż walkę narodowowyzwoleńczą Polaków poprze lud ukraiński. Przemieszczając się od wsi do wsi próbowano czytać chłopom „Złotą hramotę” (ogłaszającą wolność, równość, własność ziemi i powszechne prawo wyborcze) i tłumaczyć, że rozpoczynająca się walka prowadzona jest zarówno w interesie ludu polskiego, jak i ukraińskiego. Grupę Jurewicza wszędzie przyjmowano z nieufnością i wrogością. 09 maja wieczorem zmęczeni agitatorzy dotarli do wsi Sołowijówka, w której jednak uderzono w dzwony na alarm. W krótkim czasie okoliczni chłopi uzbrojeni w kosy, widły i cepy zjawili się przed cerkwią, aby natychmiast rozprawić się z „buntownikami”. Jurewicz i co mniej zastraszeni jego koledzy próbowali czytać „Złotą hramotę” i tłumaczyć cel przybycia. Wydawało się, że wrogie nastroje ustępują i że przybysze będą mogli spokojnie opuścić wieś. Wtedy niespodziewany, przypadkowy wystrzał z dubeltówki jednego z przestraszonych agitatorów rozwścieczył zebranych. Rzucili się oni na garstkę młodzieńców i poczęli ich bezlitośnie mordować. Szczególnym okrucieństwem odznaczały się kobiety. Dwunastu powstańców zabito na miejscu, a dziewięciu rannych i poturbowanych oddano w ręce żandarmerii carskiej. Wydarzenia te uświadomiły Rządowi Narodowemu, iż sprawa polska nie ma oparcia w ludzie ukraińskim.” [62] [Kronika Polskich Powstań Narodowych, s. 234]

A pewne jest, że Rusini i wtedy i wcześniej i także później, jak tylko chcieli zaraz mogli wystawić bitną armię chłopską, owszem, słabo bo słabo uzbrojoną, ale wojować gotową. Tylko z Polakami jakoś nie było im po drodze, może to i dobrze w końcu bowiem dokąd byśmy doszli, gdybyśmy w Rusinach położyli nasze nadzieje?!

 

SZCZYPTA GORZKIEJ ALE POTRZEBNEJ REFLEKSJI

W pierwszym zamierzeniu nawet nie myślałem o tym, aby ująć powyższe zagadnienia w niniejszym, szczególnym opracowaniu. Nie mogłem jednak przyznam szczerze, czytając ten rozdział, oprzeć się przykremu wrażeniu, że w naszych wzajemnych relacjach i odniesieniach to: niemal tylko krew i spalona ziemia, zdrada, wrogość i nieufność. To nieprawda i nawet więcej, to byłaby bardzo niebezpieczna i szkodliwa propaganda, na pewno płynąca od ducha kłamstwa, od ducha i króla tego świata. Ale zarazem, choćby na podstawie tylko tych niektórych, przytoczonych przykładów możemy obiektywnie stwierdzić, że ziemia ta, to prawdziwy padół łez, ziemiamorza łez. Pomijając w tym momencie wszystkie przykłady, które napawają nas nadzieją, bądź zgrozą, skupmy się tylko na tych ostatnich, które miały nam pozwolić znaleźć odpowiedź na ważne pytanie: jakimi sprzymierzeńcami byli Rusini na przestrzeni wieków. I cóż mogę dziś powiedzieć, chyba tylko gorzko przełknąć i z bólem serca wycedzić: „doprawdy marni to przyjaciele” .

Czy naprawdę czujecie się państwo zaskoczeni, wcale się Wam nie dziwię, bo nawet ja jestem, tą opinią mocno zasmucony, bardziej jednak umiłowałem prawdę i Boże Królestwo niż ludzkie pochlebstwa i ułudy tego, w gruncie rzeczy „marnego świata” . Tak bowiem podpowiada mi serce, rozumne poznanie naszych dziejów i nabyte, życiowe doświadczenie. Poza tym miłość współweseli się z prawdą, a ucieczka od tej ostatniej; jest pychą, czyli hańbą człowieka, a ja kocham życie i cenię sobie swój honor. Nie bądźmy jednak gołosłowni i spróbujmy jeszcze raz prześledzić pewne ważne wydarzenia z dziejów naszych narodów. Otóż nie rozwodząc się zbytnio, gdy Polska i Litwa tworzyły wspólnie w roku 1413 Unię Horodelską, pieczętując ją własną krwią na polach Grunwaldu i nie tylko, Ruś siedziało cicho. Ktoś układny złośliwy powie: „trwała albowiem wciąż nie miała siły, aby się podnieść do wyzwoleńczej walki” , wcale nie przeczę, ważne jest jednak to, że trwała. A na straży jej wolnego wzrastania stali synowie Polski i Litwy. Gdy polska gospodarka kwitła, jak za króla Kazimierza Wielkiego, a potem następnych władców, Ruś trwała i wcale nie narzekała, że szlak czarnomorski roił się od kupców, choćby dlatego Lwów był i jest jednym z najpotężniejszych i najpiękniejszych miast Europy Środkowo – Wschodniej, nie wspomnę o Kijowie. Gdy polska kultura zdobywała wciąż, coraz to poczytniejsze miejsce w dziedzictwie chrześcijańskiej Europy, nikt nie bronił ruskiej szlachcie wyjeżdżać na polskie uczelnie. Nikt nie bronił budować cerkwii i prawosławnych klasztorów, żeby nie wspomnieć w końcu, powstania w Kijowie znaczącej uczelni. A że chłopi cierpieli, to prawda, pańszczyzna to gorzki kawałek chleba, bardzo gorzki, ale chłopi w Polsce, na Litwie, w Rosji i w całej chyba ówczesnej Europie nie mili lepiej, takie były po prostu realia, bo i taki panował ustrój społeczny ogólnie wszędzie.

Więc gdy Rzeczypospolita była potężna, przeżywając swój złoty wiek kultury polskiej, wszystko było dobrze, nawet cacy, Ruś była, żyła, a jakże i trwała. Ba, korzystając z opieki potężnego wciąż patrona, z którym musiał się każdorazowo liczyć i sułtan i car, dojrzała i przystąpiła ochoczo do tworzenia własnych, niezależnych struktur wojskowych. Rzeczpospolita to duży kraj, więc na coraz bardziej swawolące „towarzystwo kozackie” spoglądała z przymrużeniem oka, żeby nie powiedzieć z pobłażaniem, a nawet zadowoleniem. To wolny i silny kraj to prawda, ale co za dużo to nie zdrowo, nawet i lew niekiedy ryknie, gdy mu już coś serdecznie zaszkodzi. I tym razem nie było inaczej. Kozacy byli jednak ze wszech miar potrzebni Polsce, wiedział to każdy, kto był i jest spełna rozumu. Zresztą, na dwóch najważniejszych frontach: moskiewskim i tureckim, rzeczywiście nie zawiedli. Ale na tamten czas Lachy to była potęga, to z klei wiedział nie tylko hetman Sahajdaczny, ale i prosty Kozak, gdzieś tam znad szeroko rozlanego Dniepru. Poza tym,  kiedy czytam o tamtych wyczynach kozackich, to właściwie zawsze odnoszę wrażenie, że Kozactwo nie tyle Lachom, co sobie wojowało i dla własnych korzyści „chadzało” to tu, to tam. Może poza tymi dwoma, pięknymi i godnymi pamięci kartami: chodzi oczywiście o słynną obronę Chocimia w 1621 r. i zwycięską bitwę w obroni Unii Hadziackiej pod Konotopem.

Raz nad wozem, raz pod wozem, przyszedł więc czas i na Polskę, wielka danina krwi począwszy od miłujących Boga i ojczyznę, tragicznych Konfederatów Barskich z 1768 r., aż po zwycięskich obrońców Warszawy w 1920 r. A gdzie była wtedy Ruś, gdzie byli owi waleczni kozacy, co to tak lubili i potrafili dokazywać. Okazuje się, że pod mocną i ciężką ręką cara moskiewskiego: „nie nada” !! Ano tak, Warszawa to nie Moskwa, a polski sejm i szlacheckie wolności, to nie „carska gramota” . Niestety na wiele rzeczy, było już za późno tylko że, czy to jest aby do końca prawdziwa teza? Przecież to sami kozacy, własnymi rękami, utopili wiekopomne dzieło Unii Hadziackiej w lackiej i własnej krwi. Więc do kogo pretensje? Skoro mieli wolny wybór, mogli wybrać i wybrali. Przecież zamiast wszczynać bunt, dzielni pułkownicy kozaccy i wierne im pułki, mogli społem stanąć w obronie Unii, ale oni przecież woleli Perejesław, no to dostali i mają do dziś. A chłopi, a czerń, nie inaczej, więcej, oni właśnie stanowili trzon promoskiewskiej opozycji względem propolskiego hetmana Wyhowskiego. Więc stało się.

Ubolewam także i nad tą smutną refleksją, że nawet powolne staczanie się wprost do otchłani, a nawet upadek I Rzeczpospolitej nie wywołał większych zmian w nastawieniu Rusinów do Lachów. Więcej, pogłębił tylko zależność Rusi od Rosji, wiążąc je razem w jeszcze ściślejszą, nierozerwalną jedność. A polskie zrywy i powstania narodowe? Zawsze cieszyły się bardzo małym zainteresowaniem i wsparciem ze strony ludności Rusi, w skali tego szerokiego kraju, to były proszę wybaczyć, właściwie jednostki! Oczywiście nie będziemy pomniejszać ich roli i znaczenia, choćby to były tylko i aż symbole, jak choćby ofiara z najcenniejszego życia Andrzeja Potiebni. Generalnie jednak rzecz biorąc, wszelkie takie ruchawki były odbierane przez ludność ruską bardzo źle i z wielką nieufnością. Więcej, w tamtych okolicznościach i przy tamtych krwawych tradycjach hajdamackich, każdy taki ruch mógł się zakończyć straszliwą rzezią tych rodzin polskich, które tam jeszcze od pokoleń trwały. I wiemy dobrze, że tak bywało i to wcale w niejednym przypadku. A pułki rosyjskie? Nigdy właściwie nie brakowało im rekruta, bowiem Rusini, taka jest rzeczywistość i prawda, garnęli się moskiewskich pułków. I nie zmieni tego fakt, że inna grupa kozaków, tam czy indziej, wszczęła właśnie bunt w jakiejś ziemi ukrainnej. Takie jest po prostu życie, co podoba się mi, nie musi podobać się tobie, dlatego nie zmienia to właściwie faktu, że kozactwo lgnęło właśnie do Moskwy, a nie do Warszawy. Dlatego panie dr Włodzimierzu Osadczy z KUL-u, może nieco zimnego prysznicu? A że kozactwo walczyło stale o swoje przywileje i swoją niezależność, cierpiąc carskie ukazy, to i pewnie, przecież nikt nie chce być od kogoś zależnym, a już na pewno jego niewolnikiem. Przecież także dla tych wartości: obrony wolności i wiary, kozacy powstali do walki z Rzeczpospolitą.

 

A HETMAN IWAN MAZEPA, PETLURA I WYPRAWA KIJOWSKA

Polacy przejawiają przedziwną skłonność do życia sentymentami: „hej hej sokoły” , marzeniami: „unia trzech narodów” , karmienia się wzlotnymi wizjami: „europa bez granic” . Z tego bierze się także fakt, że nieustannie snujemy „nowe plany” odbudowy polskich wpływów na wschód od polskiej granicy. Polska słonność do romantycznych uniesień oraz wręcz wrodzena chęć do ewangelizacji wschodu krzepi te nadzieje. Jakże często nadaje im miano niemal priorytetu, często nawet ponad rozumowymi racjami, stąd właśnie wyrasta nurt „strategicznego partnerstwa” z  dzisiejszą Ukrainą. Temu też zapewne miała służyć sesja pod hasłem "Hetman Ukrainy Iwan Mazepa: życie, czasy, tradycje" zorganizowana została przez Centrum Kultury Ukraińskiej Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego z okazji przypadającej w 2009 roku 300. rocznicy śmierci hetmana Mazepy. Jak powiedział dr Włodzimierz Osadczy z KUL, hetman Mazepa jest jedną z największych postaci ukraińskiej i europejskiej historii. O hetmanie powiedział wprost: „To postać ze wszech miar symboliczna. Zapisał się w dziejach swojej ojczyzny jako radykalny zwolennik niepodległości Ukrainy i jej odrębnego, w stosunku do Rosji, bytu politycznego” . Dodał także jednoznacznie: „Dawne przysłowie ukraińskie mówi, że od Bohdana do Iwana nie było hetmana. Dwaj wielcy przywódcy swych czasów Bohdan Chmielnicki i Iwan Mazepa wytyczyli dwa zupełnie odmienne kierunki rozwoju swego narodu” . Osadczy zaznaczył także, że problematyka dotycząca koncepcji politycznych hetmana Mazepy ma szczególne znaczenie w obecnym czasie, gdy Ukraina staje przed możliwością wejścia do Unii Europejskiej, co stanowi wielką szansę nie tylko dla przyszłych losów tego kraju, ale dla całej Europy, a nawet geopolityki światowej. [63] [http://pl.m.wikipedia.org  O buntowniczym hetmanie Mazepie] I tu właśnie, jak w soczewce, skupia się to wszystko, o czym pisałem już na wstępie.

Pragnę podkreślić, że choć ważne to przyczynki do całości naszej narodowej przeszłości, to mimo wszystko, nabyte i tam doświadczenia wcale nie napawają optymizmem. W mojej opinii, nie są bowiem w gruncie rzeczy, zmienić powyższego obrazu, ani wpłynąć na odmianę powyższych racji. Ofiara bowiem mieszkańców Baturyna, Siczy czy osobista hetmana Mazepy i jemu najbliższych, jego kalkulacje, co do współdziałania z królem Stanisławem Leszczyńskim i jego dworem, znów pozostały tylko cieniem w morzu wpływów moskiewskich, lub co gorsza obojętności większej części ludu. Nie bądźmy jednak gołosłowni, zatem kim był ów hetman kozacki Iwan Mazepa?

Jan Mazepa herbu Kołodyn, właściwie Jan Kołodyński szlachcic, dyplomata, hetman Ukrainy Lewobrzeżnej w latach 1687–1709. Urodził się w ruskiej rodzinie szlacheckiej 20 marca 1639 we wsi Mazepinka koło Białej Cerkwi na Kijowszczyźnie. Jego ojcem był prawdopodobnie Adam Mazepa, podczaszy czernihowski, w młodości pokojowy króla Jana Kazimierza, być może w dokumentach obrządku greckiego nazywany Stefanem. Jan kształcił się w Akademii Kijowsko-Mohylańskiej w Kijowie, kolegium jezuickim w Warszawie, a następnie na uniwersytetach Europy Zachodniej. W latach 1659–1663 w służbie dyplomatycznej Rzeczypospolitej. W 1663 powrócił na Ukrainę naddnieprzańską , w poselstwie wiozącym buławę hetmańską Pawłowi Teterze i objął po ojcu urząd podczaszego czernihowskiego, a także mocno podupadły na skutek napadów kozackich majątek Mazepińce. W czasie walki o urząd hetmański związał się z obozem późniejszego hetmana Prawobrzeża Piotra Doroszenki. Na jego dworze pełnił funkcję dowódcy gwardii przybocznej, a następnie pisarza generalnego Prawobrzeża. Podczas misji dyplomatycznej do Chanatu Krymskiego i Turcji został schwytany przez oddział kozacki z Lewobrzeża. Przekazany hetmanowi Iwanowi Samojłowyczowi, od 1682 pełnił funkcję generalnego osauła Lewobrzeża. W 1687, po usunięciu Samojłowicza z urzędu przez Rosję, pod jej naciskiem, został wybrany hetmanem.

Chcąc zyskać przychylność ówczesnego cara Rosji Piotra I, Mazepa zgodził się na udział oddziałów kozackich po stronie Rosji w wyprawach przeciwko Turcji i w III wojnie północnej. Nie protestował również przeciw wprowadzeniu wojsk rosyjskich na terytorium Hetmanatu po rozpoczęciu wojny ze Szwecją, mimo negatywnych reakcji społeczeństwa. W sierpniu 1704 i lipcu 1705 na polecenie cara Piotra I miał wspierać zbrojnie polskiego króla w walkach ze Szwedami, jednak jego pomoc ograniczyła się do grabienia i pustoszenia ziem polskich. W 1705, wobec planów Piotra I likwidacji Hetmanatu, Mazepa zmienił front i zaczął prowadzić tajne rozmowy z Rzecząpospolitą i Szwecją, które doprowadziły do zawarcia w 1708 r. umowy między Mazepą i królem Stanisławem Leszczyńskim, której gwarantem był Karol XII Gustaw. Po ujawnieniu porozumienia, wojska Piotra I spaliły stolicę Lewobrzeża – Baturyn i wymordowały jego mieszkańców, zaś Rosyjska Cerkiew Prawosławna obłożyła Mazepę klątwą.

Po przyłączeniu się do Szwedów, wojska kozackie wzięły udział w ofensywie na Moskwę, zostały jednak zatrzymane pod Połtawą, gdzie 8 lipca 1709 rozegrała się decydująca bitwa, zakończona wielką klęską wojsk szwedzkich. Mazepa wraz z Karolem XII schronił się na terytorium Turcji. Zatrzymał się pod Benderami (rum. Tighina, obecnie Mołdawia), gdzie zmarł 2 października 1709. Majątek Mazepińce, będący pod zarządem synowca Mazepy, Andrzeja Wojnarowskiego został skonfiskowany, a Andrzej zesłany do Jakucka. Sam Mazepa został pochowany w Gałaczu nad Dunajem (rum. Galaţi, obecnie Rumunia), skąd w 1999 jego prochy zostały sprowadzone do Baturyna.

Naturalnie w historiografii rosyjskiej Iwan Mazepa jest przedstawiany jako zdrajca Rusi i prawosławia. Natomiast na Ukrainie jako człowiek szerokich horyzontów, który swoje talenty dyplomatyczne starał się wykorzystać jak najlepiej w trudnej sytuacji Hetmanatu, podzielonego i wciśniętego między ówczesne europejskie potęgi – Rosję, Polskę, Szwecję i Turcję. Staraniem Mazepy powstało wiele budowli w stylu baroku kozackiego, m.in. nowa siedziba Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, dzwonnica soboru Sofijskiego, cerkiew Objawienia Pańskiego i nowe mury Ławry Pieczerskiej w Kijowie, a także sobór katedralny w Perejasławiu. Z inicjatywy Mazepy powołano do życia kolegium w Czernihowie, obok którego 21 sierpnia 2009 odsłonięto pomnik hetmana (z brązu i marmuru) autorstwa Giennadija Jerszowa. Mazepa jest również tytułowym bohaterem dramatu Mazepa Juliusza Słowackiego. [64] [http://pl.m.wikipedia.org  Iwan Mazepa]

Można z cała pewnością stwierdzić, że czasy hetmaństwa Iwana Mazepy na Rusi to realna i mocno okupiona krwią współpraca z Rzeczpospolitą, pod rządami króla Stanisława Leszczyńskiego. Potwierdza się zresztą fakt, że Rosjanie nie szczędzili sił i nie przebierali w środkach, by tę współpracę zniszczyć. Należy jednak z całą odpowiedzialnością stwierdzić, że ta podjęta przez Rusinów współpraca nastąpiła zdecydowanie po czasie i nie w czasie. Rzeczpospolita Obojga Narodów była wyniszczona przedłużającą się wojną północną, a na dodatek mocno skłócona politycznie. Przy tym Hetmanat i sam Iwan Mazepa, zbyt samodzielny, bliscy zniszczenia przez bezwzględną i twardo realizującą swoje cele Rosję. Poza tym najważniejsze w tym opracowaniu: nie słyszy się, by wielkie masy ruskiej czerni, poderwały się do walki z Moskwą z chwilą wkroczenia na te tereny armii Króla szwedzkiego Karola XII. Nie słychać, by dziesiątkami tysięcy zasilali szerego Szewdów idących na bój ze „znienawidziną” Moskwą. Owszem hetman Iwan Mazepa, owszem wierne mu pułki kozackie, ale gdzie ten wymarzony zryw narodowy przeciwko Moskalom? Wszak armia szwedzka uchodziła za bitną i niemal najlepiej wyszkoloną w Europie, sam Karol XII uchodził za znakomitego wodza i stratega. I jeśli przegrał, to także dlatego, że dniu bitwy pod Połtawą, był złożony ciężką chorobą i „dowodził” z łoża.

Jeszcze gorzej było w pamiętnym roku 1918, kiedy pomimo wspólnego wroga: bolszewickiej zarazy, społeczność Ukrainy Zachodniej podniosła orężne dzieło, przeciwko powstającej po 123 latach niewoli Polsce. Nieco rozumniej patrzył na wzajemne stosunki Szymon Petlura, który po różnych perypetiach, rzeczywiście zawarł sojusz z marszałkiem Polski Józefem Piłsudskim.

Prof. Edward Prus: „Fakt jednak pozostaje faktem, że 22 kwietnia  1920 r. podpisana została w Warszawie umowa sojusznicza między Polską a UNR, zaś 24 kwietnia – ważna dla Ukrainy konwencja wojskowa. Polska uznała niepodległość Ukrainy, a jej dyrektoriat z atamanem Petlurą za jedyny rząd godny reprezentować interesu tej niepodległości. Granica między Polską a Ukrainą miała przebiegać nurtem rzeki Zbrucz. Władze polskie przyznawały Ukrainie terytorium na wschód od linii granicznej Rzeczypospolitej z 1772 r. Obie strony zobowiązały się do niezawierania sojuszy skierowanych przeciwko sobie, zabezpieczenia praw mniejszości ukraińskiej w Polsce, a polskiej na Ukrainie. Zapowiadano zawarcie konwencji wojskowej i umowy ekonomiczno-handlowej. Umowę ze strony polskiej podpisał kierownik MSZ Jan Dębski, a ze strony ukraińskiej jego odpowiednik Andrij Łewycki.” [65] [Edward Prus, Hulajpole, s.403]

A potem była właśnie owa słynna ofensywa na Kijów, która zakończyła się prawdziwym sukcesem. Armia polska błyskawicznie zajęła stolicę Ukrainy, teraz należało jej bronić ale znowu: gdzie te pułki kozackie, gdzie ci heroje sprzed lat, co to tak ochoczo potrafili, nie raz jeden rezać także i Lachiw, owi pułkownicy kozaccy. Proszę mi wybaczyć naprawdę silę się na to, by nie być tu złośliwym, ale gwoli prawdy: gdzie oni się podziali, gdzie podział się ich zapał do wojaczki i do szabli, czyżby kozaczyzna to tylko rączo: „z nożem i na Lachiw” .....z takim zapałem pałała?!

I jeszcze jedna ciekawa dygresja: kiedy przed laty ogłądałem program w polskiej telewizji, zainteresowałem się dokumentem filmowym o „Wyprawie Kijowskiej” . Rzecz była właśnie o słynnej ofensywie polskiej na Kijów w roku 1920 i była tam cała masa cennych informacji, ale jedną zapamiętałem szczególnie. Ułani polscy parli nie zatrzymani na wschód, przemierzając ogromne przestrzenie Ukrainy. W jednej z ukraińskich wiosek, jak to często bywało, przyglądali się im bacznie, a może z ciekawością ruscy mieszkańcy. Przy drodze, (którą jechało dumnie polskie wojsko, w tym jeden z ułanów, który teraz osobiście to opowiadał), stała także grupa ukraińskich kobiet. Kiedy ów ułan przybliżył się do miejsca, w którym stały te wieśniaczki, jedna z nich obróciła się tyłkiem, podniosła spódnicę, a nie miała wcale bielizny i bardzo głośno „pierła w kierunku ułana” . Jak mówił ów żołnierz poczuł się bardzo nieswojo, a nawet źle, spodziewał się raczej wdzięczności ze strony mieszkańców Ukrainy, a tu taki „wzruszający do łez kwiatek” . Opisana wyżej przygoda na Ukrainie, nie wymaga chyba żadnego, specjalnego komentarza.

Oddajmy za to raz jeszcze głos profesorowi: „Armia UNR na początku historycznego „pochodu na Kijów” składała się z trzech dywizji i oddzielnej armii Omelianowicza – Pawłenki. Pochód, rozpoczęty 25 kwietnia, był iście imponujący, a jego cel został osiągnięty już 30 kwietnia; wtedy wojska ukraińskie wkroczyły do swojej stolicy. Piłsudski czekał na obiecany ogólnonarodowy zryw zbrojny Ukraińców. [...] Tymczasem nad polsko – ukraińskim aliansem zawisła katastrofa, zapoczątkowała ją 10 czerwca 1920 r. silna kontrofensywa sowiecka. Po zajęciu Kijowa oddziały polsko-ukraińskie znalazły się w szczególnej sytuacji. Zwycięskie, lecz nieliczne wojska musiały zabezpieczyć ogromnej długości front, którego liniowej obrony nie zapełniały cała polska armia i nieliczne siły zbrojne UNR. Tymczasem Ukraińcy nie garnęli się masowo do szeregów swojego wojska, a to było warunkiem powodzenia całej operacji. Front był więc słaby, a luki niebezpiecznie wielkie.” [66] [Edward Prus, Hulajpole, s. 403-405] Jak potoczyły się dalsze wypadki, znamy doskonale z historii powszechnej Polski. Polacy obronili Warszawę i niepodległość w słynnej: „Osiemnastej decydującej bitwie w dziejach świata”, aby potem z miejsca ruszyć do kolejnej kontrofensywy na wschód. Owszem dali sobie radę i po raz drugi, nad Niemnem, wyzwalając kolejne ziemie, ale dla Ukrainy, sił już nie starczyło, a może nawet – tym razem, już i ludzkich chęci....

 

HALICZANIE: PO TRUPIE POLSKI DO WOLNEJ UKRAINY

Prof. Edward Prus: „W tej tragicznej sytuacji znowu haniebnie zachowali się Haliczanie: agenci Petruszewicza zamierzali wzniecić w Galicji Wschodniej rabację zbrojną. Petruszewycz namawiał dowódcę armii ukraińskiej, walczącej na prawym skrzydle wojsk polskich, gen. Omelianowicza-Pawłenkę, aby wycofał swoje oddziały z walki przeciwbolszewickiej, przemieścił się na czeskie pogranicze, zostawiając Polaków i Petlurę własnemu losowi. Natomiast działacze galicyjskich USS zwolnieni z internowania w Łucku, m.in. pułkownicy Konowalec i Melnyk, do tego samego namawiali Petlurę. Przekonywali, że otwarcie frontu dla Armii Czerwonej otworzy jednocześnie bolszewikom drogę na Zachód. Po pobiciu Polaków, z którymi Zachód wiązał tyle nadziei, rządy ententy, wobec bolszewickiego zagrożenia Europy zostaną zmuszone łaskawiej spojrzeć na „problem ukraiński” i niechybnie dokonają rewizji dotychczasowych swoich decyzji. Petlura propozycję zdrady polskiego sojusznika odrzucił, ale przyjął ją gen. A. Krauss. Ten po raz czwarty zdradził, porzucił front i ze swoja 1,5 tys. brygadą udał się do Czechosłowacji.

Niezależnie od tego istniała realna groźba probolszewickiego i antypolskiego powstania zbrojnego. Groźba takiego zrywu, którą polski wywiad wojskowy odkrył bez większego trudu, sprawiła, że władze RP, aby zniweczyć próbę rozbicia sojuszu, dokonały czasowego prewencyjnego internowania rządu Petlury w Stanisławowie. [67] [Edward Prus, Hulajpole, s. 406] Dalej prof. Prus cytuje wypowiedź A. Serednickiego, który przekonuje: „Było to zbędne, gdyż oddziały ukraińskie walczyły z godnie z kartą kwietniowej umowy sojuszniczej. Szczególnie odznaczały się oddziały dywizji Bezruczki w obronie Zamościa i w samodzielnej już ofensywie, po pogromie wojsk bolszewickich pod Warszawą, na linii Dniestru 18 października 1920 r. wojska Petlury osiągnęły rzekę Murafę i Szarhorod.” [68] [Edward Prus, Hulajpole, s.406]

Tylko lektura powyższych tekstów, pozwala nam z czystym sumieniem stwierdzić, że idea wspólnej walki Polaków i Rusinów na przestrzeni wieków, przyniosła raczej marne owoce. Piękna i romantyczna jak polska, rycerska dusza rodziła i wciąż rodzi piękne marzenia ale okrutna rzeczywistość, okazywała się jak dotąd mocniejsza. Nie powiem byli Rusini, nawet było ich nie mało, którzy potrafili zapalić się do niej również i to całym swoim sercem, ale byli w mniejszości. Większość kozackiej czerni i prostego chłopstwa, Lachów po prostu nie chciała i raczej wolała Moskwę, nawet z jej „ciężką ręką” , bardziej niż Warszawę z panoszącą się po jej ziemiach „szlachtą polską”. To rzeczywiście smutne, ale taką mieli opinię „polscy panowie” . Na ile sami na nią zasłużyli, wiadomo dziś, że nie byli tu całkowicie bez winy. Najgorsze jednak pozostaje to, że Rusini w ekstremalnych przypadkach, potrafili urządzać Polakom, także tym „Bogu ducha winnym” , takie rzezie i pogromy, że głowa ludzka czasami pomieścić nie może. Wtedy o dziwo przejawiali szczególne chęci i możliwości mobilizacyjne, w innych okolicznościach jak wiemy, szło im bardzo opornie albo lepiej powiedzieć: nie szło wcale. Raz więc: po czemu taka nienawiść i po czemu takie zezwierzęcenie, drugi raz: dlaczego tyle opieszałości, a tak mało odpowiedzialnej miłości wobec ojczyzny swojej, wobec brata swego?!

 

A GDY REZAĆ LACHIW - GODNA PODZIWU MOBILIZACJA

Kogo Bóg miłuje temu krzyże daje, to prawda, czas rozbiorów i narodowych zrywów Polaków, Litwinów i co rozumniejszych Rusinów, był jednym wielkim oczyszczeniem. To wielki czas dany nam od Boga, aby jeszcze raz wszystko przemyśleć, aby jeszcze raz zacząć od nowa, a korzystając z tak bogatej spuścizny narodowej, nie popełnić starych błędów. Na pewno wielu to zrozumiało i to po jednej, jak i po drugiej stronie ale czy wszyscy, dziś wiadomo już że nie. Posłuchajmy ze wszech miar ciekawej relacji, znanej i lubianej w Polsce Zofii Kossak-Szczuckiej, która w swojej książce pt. „Pożoga” tak zapisała: „ [...] Te dwa napady, acz pozbawione tła politycznego, rozpoczęły dla naszej okolicy dni przełomu. Od owej chwili wypadki gnały już jak koń rozbiegany. W niecałe dwa tygodnie później, 23 listopada, chłopi z okolic Hrycowa podnieśli bunt i zaaresztowali wszystkich „panów” w promieniu kilkunastu wiorst. Uwięzionych przewieziono do Hrycowa i zamknięto w jednej wielkie sali, w obszernym pałacu hr. Grocholskich – a cztery tysiące z górą uzbrojonych chłopów stanęło pod bronią wokoło pałacu, czekając dalszych rozkazów. Liczb uwięzionych sięgała trzydziestu: sami przedstawiciele ustroju „obszarniczego”, od właścicieli i większych administratorów począwszy, aż do zwykłych ekonomów, a nawet polowych. Trzy długie doby przebyli w pustej sali rozbitego pałacu, z tępą rezygnacją oczekując strasznej śmierci. Stojący na warcie chłopi nie dawali im żadnego pożywienia, lecz za to nie szczędzili ciągłych wymysłów i obelg. Lżąc niemiłosiernie, z przyjemnością opisywali rozliczne tortury, mające być więźniom zadane przed śmiercią.

„Kiedyż się zacznie ta zabawa?” pytali ich mocniejsi nerwowo.

„Koły was wsich prywedut; - szcze nam bohaćko brakuje”.......

Straszliwa jednak hekatomba „pamieszczyków”, potworne igrzysko wylęgłe w okrutnej, zaprawionej Wschodem wyobraźni ruskiego tłumu, nie miała zostać spełniona. Czwartego dnia, przed południem, wokoło Hrycowa ryknęły armaty, i serca trzydziestu skazańców zatrzepotały się w ostrym skurczu, a potem zamarły w czekaniu. Niemcy szli na pomoc.... Chłopi stojący na straży chwycili za noże, krzycząc: „Persze wyreżem was wsich!”

Ale i więźniów opuściła rezygnacja: wzięli się z chłopstwem za bary. Pod oknami przelatywały w popłochu gromady: „Spasaj kto w Boha wiruje!”

Strażnicy rzucili noże i uciekli. Czterotysięczna banda, zaskoczona nagle, nie próbowała się bronić. Z dzikim wyciem, pod ogniem karabinów maszynowych rozpierzchła się na wszystkie strony; wielu potonęło w stawie. Więźniowie byli ocaleni. Nie wszyscy jednakże. W chwili, gdy Niemcy brali zbrojną ręką Hryców, poszczególne oddziały powstańcze z odleglejszych stron ciągnęły dopiero na punkt zborny, a huk armat ostrzegł je w porę o klęsce. Jeden z nich prowadził ze sobą pięciu więźniów. Byli to: Niklewicz i Kazański, zarządzający z Zabcza i Kosteńca; polowy z pobliskiego folwarku, oskarżony o to, że należał do legionów, jego żona i synek, 11 – letni chłopaczek. Na odgłos bitwy, oddział przezornie nie posunął się naprzód – lecz nie stracił okazji zamordowania swoich pięciu ofiar. Trzech mężczyzn, kobietę i dziecko torturowano kilka godzin w najstraszliwszy sposób, zdzierając z nich skórę kawałkami, krwawymi kikutami bez palców i pięt pędząc po śniegu, odrąbując po kolei wszystkie członki. Nieszczęsne zwłoki, podobne do bezkształtnych, okrwawionych pni, porzucono w lesie w pobliżu Szkafarki, gdzie przeleżały kilka dni, zanim je rodziny znalazły.” [69] [Zofia Kossak Szczucka, Pożoga, Rzeszów 1990 r. s.168-169]

 

JAK ZA STARYCH „DOBRYCH” KOZACKICH CZASÓW

To tylko jeden z bardzo wymownych przykładów cywilizacyjnego postępu chłopów na Rusi, jak widać w sprawie szczególnych skłonności do wyrafinowanego okrucieństwa, nie wiele zmieniło się na lepsze. Raczej trzeba tu odpowiedzialnie powiedzieć, że nic się nie zmieniło, przepraszam za to wyrażenie, ale chyba brakuje nam tu tylko słynnego już: „kota skazańca” z okrutnych czasów Bohdana Chmielnickiego. Czyżbym i tu się jednak pomylił, wszak to już rok 1918? Dalsza lektura Zofii Kossak – Szczuckiej rozwiewa niestety, resztę naszych wątpliwości, a zatem: „[...] 26 listopada pojechaliśmy do Starokonstantynowa dowiedzieć się czegoś o wyniku powstania w Hrycowie. Był to wtorek, dzień jarmarczny. Chłopi jechali tłumnie w tę samą co i my stronę. Wieś maskę swoją już zdjęła z oblicza, i z fur mijanych wybuchały na nasz widok zajadłe pogróżki i krzyki. Nie bacząc na to, ostrym kłusem wjechaliśmy na Zasłucze, gdzie nas zatrzymał istny zator wozów chłopskich, krów, ludzi konnych i pieszych. Z trudem przedarliśmy się pomiędzy nimi, przeprowadzani gadzinowym sykiem aż do mostu. [...] Po ulicach snuły się patrole milicji konnej i pieszej i samoobrony, później z uczniów przeważnie złożonej. Szybko dowiedzieliśmy się przyczyny tego stanu wyjątkowego. Władze nie chciały dopuścić do jarmarku, a z nim większego skupienia chłopów w mieście. Jarmark był zawsze naówczas wielkim „schodem” politycznym, miejscem porozumienia okolicznych gmin, punktem zbornym wszystkich agitatorów powiatu. [...] Zdecydowana postawa milicji, samoobrona, działo – wszystko to wpłynęło odpowiednio na chłopów, którzy koło południa, zrezygnowawszy z jarmarku, zaczęli się rozjeżdżać do domów.

Zasięgliśmy wiadomości, które nie były wesołe. Niemcy ruszyli wprawdzie na Hryców, ale zadowolili się tylko uwolnieniem więźniów. Chłopów nie ścigano, nie odbierano im broni. Powstańcy, ochłonowszy z paniki, zreorganizowali się natychmiast znowu. W innych miejscach Niemcy zachowywali już tylko ścisłą neutralność, nie przeszkadzając w niczym Petlurowcom. Coraz to nowe powiaty przechodziły na stronę powstania, wypędzając władze hetmańskie i mordując „panów”.

Jak przed rokiem i przed laty, straszliwe: Taraszcza, Skwira, Kaniów, Białocerkiew, mające hajdamaczyznę we krwi i tradycji, pierwsze kąpały się w rozkoszach pogromowych rzezi, oświetlonych łunami pożarów. Za nimi Podole, za Podolem Wołyń.” [70] [Jak wyżej, s. 169-170]

Rzeczywiście, że powyższe wspomnienia tej wielkiej Polki, mogą przyprawić o zawrót głowy ale może właśnie dzięki temu, wiele romantycznych dusz, co to marzy im się wciąż hulanie po szerokiej, zielonej, a spokojnej Ukrainie, przejrzy trochę bardziej na oczy. Może ta przejmująca lektura skapnie nieco na ich rozpalone głowy, tak potrzebnego, zdrowego oleju, aby skoro już tam jadą, pamiętali o różańcu oraz o tych, którzy owe dobre skądinąd marzenia, urzeczywistniali już daleko przed nimi. A którzy wielokrotnie gwoli prawdy, na Ołtarzu umiłowanej ziemi, ojczyzny swojej, złożyli dar najwyższy, dar ze swojego życia, jeśli nie w pierwszym to w następnych pokoleniach. I nie łudźmy się wcale, że temu wszystkiemu co się tam wydarzyło na przestrzeni wieków, winna jest tylko wieś ruska, zacofana i ciemna bowiem pułkownicy kozaccy i w ogóle cała elita kozacka na czele z ich wodzem Bohdanem Chmielnickim, taka nie była i do takiej nie należała. Podobnież było w Humaniu, żeby sobie przypomnieć setnika Gontę, przy polskim stole i na polskim wikcie ukształtowanego. Czy inaczej było owego roku 1918, a raczej czy mogło być inaczej, spróbujmy jeszcze poszukać odpowiedzi na to pytanie, we wspomnieniach pani Zofii: „Gdy chwile pierwszego zdumienia obopólnego minęły, Naruszewicz w krótkich słowach wyjaśnił swoje przybycie.

„Naznaczyli mnie – mówił – w październiku dowódcą samoobrony w Kamieńcu; szło to jeszcze jako tako. Trzymałem twardo w łapie agitatorów i Żydów, toteż byłby mnie każdy z tych drani utopił w łyżce wody. Niedawno Austriacy uciekli. W kraju jedna burza. Ostatni tydzień cały bronimy się od Petlurowców. Przedwczoraj władza wyjeżdża; - nie dają mi nic znać, w ostatniej chwili dowiaduję się o tym trafem – nikogo już nie ma – ja sam jak głupi zostałem. Cudem uciekłem, co tchu w kasztanach, do Jarmoliniec. Tam właśnie wypędzają Hetmańców. Nieszczęście w mieście, zabójstwa. Bandy chodzą i wyszukują swoich panów po domach. Nic podobnego jeszcze nie było! Zeszły rok? Śmiech, bracie, zabawka! Źle się wydawało, że cię wypędzili ze wsi i o dziesięć wiorst spokojnie sobie siedziałeś w miasteczku? Kpiny czyste! Teraz ze wsi nie wypędzają już, bo nie ma nikogo; jakby tam był jeszcze jaki wariat, to go pokrają od razu na kawałki i nasolą; ale do miasteczek idą i znajdą – znajdą, choćby pod ziemią. Nie mają spokoju, aż wynajdą i zamęczą. Nigdzie się nie schronisz. „Gdyby paniw ne  wyhnaw, zawżdy wernutsia - mówią - Jak wyriżemo wsich, Z tamtoho świta ne pryjdut.” . – Zabijają wszystkich; to jest nie; kobiet, jak dotąd, nie zaczepiają – co prawda, to prawda. Ale mężczyzn wszystkich, nie pytając jaki on: właściciel, dzierżawca, rządca, ekonom, dobry czy zły, wszystko jedno. Raz gospodarował na folwarku – tak mu śmierć. Obdzierają ze skóry takich, co grosza odszkodowania nie wzięli; tak samo jak tych, co kazali sobie zapłacić wszystkie straty. Prawie przy mnie oskalpowali żywcem dwóch Kostkiewiczów, braci naszego rotmistrza. Mnie ktoś poznał. Zaczęli gonić. Uciekłem do Płoskirowa: - większe miasto, można się schować. Po wsiach chłopi do mnie strzelali, a ja do nich. Dobijam do Płoskirowa, a tam już na mnie czekają. Telegrafowano z Kamieńca. Znajomi mówią: Ani pół godziny nie możesz tu być. Podpasłem tylko konie i jadę tu do was. Moje koniska biedne, już ledwie że ledwie... Dojeżdżając, myślę sobie: jeżeli tam zastanę to samo, to sobie w łeb strzelę, bo mi już obrzydło. Dosyć tego! Kto mnie zna, wie, że o śmierć ani o niebezpieczeństwo nie rozchodzi mi się...ale to, co się teraz dzieje...to podła bezsilność...to polowanie par force, w którym się jest zwierzyną...to chłopstwo wstrętne, to znęcanie się przed śmiercią...ten plugawy, marny koniec....a nie! Wolę sto razy samemu....

„No, ale, dzięki Bogu, lepiej, jest, niż mogłem marzyć...Czy ja się spodziewałem zastać ciebie, Felek....” [71] [Zofia Kossak - Szczucka, Pożoga, s.177-178]

 

ROK W KTÓRYM DO ŻYCIA POWSTAŁA POLSKA

I stało się, przyszedł niezapomniany rok 1918, kiedy wybuchła Polska, znów powstała, aby żyć dla Boga i dla dobra całej ludzkości. Owszem nie była tworem doskonałym i rodziła się w prawdziwych bólach, rodziła się tam gdzie biły polskie serca, te zaś mocno wołały ze Lwowa i Wilna, czy to się komuś podoba czy nie. Tak było, a stłumione powstanie Ukraińców w zawsze wiernym Lwowie w 1918 r., rękami jakże często dzieci i młodzieży, potwierdziło tylko moralne prawo Polaków do swojej rodzimej ziemi. Owszem, ojczyzna nasza nie zapomniała tego czynu Orląt i uczciła, wspaniałą perłą polskiego oręża, budując prawdziwy Panteon swoim młodocianym bohaterom, słynny już: Cmentarz Orląt Lwowskich.

A Ukraińcy, czuli się przegrani i pokrzywdzeni to prawda, ale przecież my na ich miejscu czulibyśmy tak samo! Czy jednak II Rzeczypospolita eksterminowała, głodziła na śmierć naród ukraiński ? Skądże! Pani Władysława Główka z d. Bedychaj ze Swojczowa do dziś pamięta te wielkie i ciężkie kosze pełne kiełbas i innych delicji, które zasobni ukraińscy gospodarze nieśli święcić do swojej ukraińskiej cerkwii w Swojczowie. Tymczasem na Ukrainie sowieckiej miliony ludzi umierały z głodu, a przypadki kanibalizmu nie były wcale odosobnione, i to był właśnie ten raj, którym hojnie obdarowywano z Moskwy. Pani Władzia Bedychaj tak wspomina: „Pewnego razu na terenie naszej szkoły rozpoczęłam rozmowę z taką nauczycielką, która była pochodzenia ukraińskiego. Nie wiem dlaczego ale zaczęła mi opowiadać co się działo na Ukrainie, daleko na wschodzie, mówiła z bólem tak: U nas tam panował straszny głód, przez las nie można było przejść, ponieważ grupy wygłodzonych ludzi napadały na przechodzących i zabijając, zjadali ciała ludzkie. Jak gdzieś chciałam iść sama, to zawsze szedł ze mną ojciec, ponieważ bał się poważnie o moje życie!” Była młoda i zwierzała mi się, że jest z okolic Połtawy. [72] [Sławomir Roch, Wspomnienia Władysławy Główka z d. Bedychaj ze Swojczowa na Wołyniu, Zamość 2004 r. s. 9]

 

ZAMYŚLENIA I WSPOMNIENIA

Czy ktoś bronił ukraińskim dzieciom modlić się po ukraińsku do Ducha, nie tylko że nie broniono, ale cały nasz narodowy system szkolny, tak był przygotowany, że w czasach współczesnych, podobno nowoczesnych, ale na opak, idzie niekiedy tylko zapłakać. Co zaś działo się za Zbruczem, tego już chyba nie muszę przypominać, skoro do dziś ten biedny naród, podnosi się po ciężkiej lekcji sowieckiego dobrobytu, do dziś leczy rany po leninowskiej i stalinowskiej wersji humanizmu. Tego typu rozważania można by jeszcze snuć dość długo, choćby życie społeczne i polityczne. Nas jednak interesuje tragiczny i mimo wszystko, jakże znów zaskakujący finał polsko-ukraińskiego współistnienia, ponownie przecież w ramach jednego organizmu państwowego. Oto samobójcza w gruncie rzeczy ideologia, przyjęta przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN), znów jak przed wiekami, była w stanie pchnąć szerokie masy prostych chłopów ukraińskich, na drogę jakże haniebnej zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. Doskonale już znane w Polsce „czerwone noce” na Wołyniu i Podolu podczas II wojny światowej, niestety znów urastają do miana symbolu, wschodniego, niepohamowanego okrucieństwa, a może nawet, już jakoś podświadomie uwarunkowanej nienawiści do Lachów.

Kiedy czyta się wspomnienia, relację naocznych świadków tamtych wydarzeń, doprawdy trudno znaleźć niekiedy, jakiekolwiek racjonalne wytłumaczenie dla tego typu zachowań, czynów i zbrodni. I to pytanie, od którego właściwie zaczęliśmy te rozważania, przywołując tak mądre i natchnione słowa Koheleta. Czy rzeczywiście można budować własne szczęście na krzywdzie drugiego człowieka, przecież każdy rozumny człowiek czuje i wie, że wcześniej czy później dzieło to, obróci się i to z mocą, przeciwko samemu sprawcy. Czy wylewając niewinną krew człowiek znajdzie kiedykolwiek usprawiedliwienie, a jeśli nie, to czy warto nakładać to piętno na siebie, swoje Bogu ducha winne dzieci, następne pokolenia. I w imię jakich wartości i korzyści człowiek ma prawo sprowadzać trwałą hańbę na siebie, jakąś większą społeczność, a nawet Naród. Czy taka ojczyzna potem jest rzeczywiście wolna i czy będzie dumna z takich działań i dokonań swoich córek i synów. I w końcu czy żołnierze UPA i ich dowódcy, którym dziś na Zachodniej Ukrainie stawia się liczne pomniki, sypie kopce, a coraz więcej ulic i miast nosi ich „nieśmiertelne i nieskalane imiona” , rzeczywiście zasługują na miano bohaterów, a jeśli tak, to pytam się: w imię czego i w imię jakich wartości?

Zarazem zapytuję: kto przeprosi, rzeczywistych bohaterów, którzy na Ołtarzu wolności i honoru własnej Ojczyzny złożyli dar najcenniejszy, dar ze swojego życia. Kto przeprosi ich za tę hańbę, która spada na głowy tych, którzy dzisiaj ośmielają się katów, wprost barbarzyńców nazywać bohaterami Ukrainy. To wprost nie do uwierzenia, wybaczcie państwo, ale nie w tym czasie, nigdy, a szczególnie kiedy łodzi Piotrowej przewodził sam umiłowany bł. Ojciec Święty Jan Paweł II, a obecnie papież Benedeykt XVI, jego wierny i godny następca. Kto w końcu przeprosi tych, którzy jeszcze żyją, a którzy na swoim ciele noszą ślady „bohaterskich cięć ukraińskich siekierników” ?! Kto przeprosi setki i tysiące sierot polskich, które niekiedy nie pamiętają nawet swoich rodziców, więcej nawet teraz nie pojadą, na ich domniemane zresztą groby bowiem po sześćdziesięciu latach, potrafią jeszcze szczerze zapytać: „A czy oni nas tam nie ....” ? O zgrozo! I to dzieje się na naszych oczach. Pytam się w duchu miłości odpowiedzialnej, tym razem: gdzie są Polacy, gdzie młodzi polscy patrioci?

Przepraszam, nikogo nie osądzam, ale czyżbyśmy całkowicie oślepli od blasku monety, a może pod wpływem głośnej muzyki metalowej i właściwie ryku, a nie śpiewu ogłuchli? No więc, gdzie są w końcu, te wierne zastępy wnuków i prawnuków już nawet, także naszych rodzin wołyńskich, gdzie ta młoda „armia kresowa” ? Póki co, razem spróbujmy jeszcze raz wczytać się w osobiste przeżycia naszych pradziadków, dziadków, ojców, naszych Męczenników Wołynia i Kresów (których na stronie www.wolyn.btx.pl nie brakuje): niech Ich krew będzie dla nas światłem, ale i zarazem sądem. Aby już nikt więcej nie mówił: nie wiedziałem, a..... bo ja myślałem, że......

Poważna część powyższego opracowania, została opracowana już w roku 2004,  aby rok później stanowić, ważny rozdział książki: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia” , której drugą wersję ukończyłem w maju 2005 r. w Zamościu. Egzemplarze książki przesłałem do kilku ważnych archiwów w Polsce, w tym na Jasną Górę w Częstochowie oraz na Katolicki Uniwersytet Lubelski w Lublinie (na KUL w 2009 r. , jako mój protest przeciwko nadaniu prezydentowi Ukrainy Wiktorowi Juszczenko tytułu doktora h. c.). Całość w powyższym wymiarze, zostaje poprawiona siedem lat później: 26. 08. 2011 r. w Glasgow w Szkocji, w Uroczystość Matki Bożej Częstochowskiej.

Pozostaje w kontakcie z wieloma osobami z Polski, które wciąż nadsyłają swoje relacje i uzupełniają ważne informacje o losach swoich najbliższych, na których wspomnienia natrafili w Internecie. Osoby te mając dostęp do nowych, nieznanych mi jeszcze faktów, nasyłają bardzo cenne meteriały, które ja uważnie zamieszczam w książce. I tak, z Bożą pomocą, wciąż rozrasta się, bezcenna praca: „Prowadź Mario Prowadź Nas Męczenników Wołynia” , o losach mieszkańców katolickiej parafii Narodzenia Najświętszej Marii Panny w Swojczowie, podczas ostatniej II wojny światowej.

Zdaję sobie sprawę, że i to opracowanie nie jest jeszcze w pełni profesjonalne, ale na pewno bardziej dostępne dla potencjalnego czytelnika, a przez to, więcej użyteczne. I tak jak na wstępie, mocno akcentowałem, że celem niniejszego opracowania jest przybliżenie czytelnikowi, kresowych realiów, na przestrzeni wieków. Tak i teraz ufam, że nieco bardziej przejrzyste stały się i są teraz dla wszystkich, owe ważne, bo przecież historyczne zaszłości, dwóch słowiańskich i bratnich narodów.

Pragnę w ten sposób także, gorąco zachęcić wszystkich, żyjących jeszcze parafian ze Swojczowa i okolic, ale nie tylko, także z całego Wołynia i Kresów do spisania swoich wspomnień, przeżyć i doświadczeń z tamtych jakże pięknych, a potem jakże dramatycznych lat. Raz dlatego, by dziedzictwo i ciężka praca naszych przodków, nigdy nie była puszczona w niepamięć, a dwa by Ci wszyscy, którzy pozostali tam, już na zawsze, w końcu doczekali się choćby, prostego Krzyża katolickiego na swojej, jakże często zapomnianej już dziś mogile.

Dziś i w tym opracowaniu o pamięć wołają do Nieba, a szczególnie do Narodu polskiego: tysiące polskich rycerzy, kwiat polskiego rycerstwa kresowego, haniebnie pomordowani przez kozaków Chmielnickiego 03.06.1652 r. pod Batohem na Ukrainie. Tysiące najlepszych synów naszej ojczyzny, którzy po dziś dzień, jak sądzę na swojej mogile nie mają nawet Krzyża, nie mówiąc o godnym, państwowym upamiętnieniu tego, tak szczególnego miejsca. Miejsce (ze zrozumiałych powodów b. skromne) i napis na jednym z filarów Grobu Nieznanego Żołnierza w Warszawie to na pewno za mało. Batoh, to miejsce zbrodni o znamionach ludobójstwa, domaga się państwowego upamiętnienia i naprawdę niepodobna wierzyć, że po dziś dzień tego nie uczyniono! Tam polska, jakże szlachetna, niewinna krew polskich rycerzy w służbie Ojczyzny, wciąż głośno woła do Nieba o pamięć, o uszanowanie o należną cześć i spawiedliwość. I nie będzie pokoju w ludzkich sercach, póki i ta zbrodnia, ten „sarmacki Katyń” , nie znajdzie się w należnym sobie Panteonie Pamięci Narodu.

 

Mgr historii

Sławomir Tomasz Roch


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 350 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8112978