W domu moich rodziców na Janówce, tej koło Zasmyk, była "Placówka" samoobrony, a to poniekąd z tego powodu, że dom był za wsią. W marcu 1944 r. kiedy 27 WDP AK odeszła do walk frontowych z Niemcami, zabierając z sobą cały oddział ( pluton) samoobrony Janówki, wioska została praktycznie bez żadnej obrony ze strony band ukraińskich. Ojciec odchodząc z dywizją pozostawił Mamie na wszelki wypadek pistolet z amunicją i dwa granaty obronne. W okresie gdy front przechodził mieszkańcy tej wioski i okolicznych zostali zmuszeni do opuszczenia swoich domów na okres działań wojennych. Po kilkudniowych tułaczkach jednak wrócili na swoje gospodarstwa, które znalazły się w strefie "wyzwolonej". Początkowo było nawet w miarę spokojnie, bo oddziały UPA realizowały politykę przyczajenia się i przeczekania. Z czasem jednak zaczęły dochodzić niepokojące wieści o wznowieniu ataków na ludność polską, przez różne bandy. Pewnej nocy ktoś zaczął głośno łomotać w drzwi naszego domu, pełnego dzieci z rodziny i sierot, gdzie była tylko moja Mama i Babcia. Słychać było wezwanie do otwarcia drzwi po rosyjsku: "odkrywaj dwieri". Decyzja zapadła bardzo szybko, otworzyć wszystkie okna od strony pola i dzieci z Babcią uciekają przed siebie, Mama weszła na strych uzbrojona w pistolet i granaty. Gdyby intruzi zaczęli strzelać do uciekających, miała prze uchylone dachówki rzucić granaty na ich głowy i ewentualnie ostrzelać. Dzieci wyskoczyły przez okna i rozbiegły się w różne strony, w tym również Babcia krzycząca "Bulbowcy, Bulbowcy...". Mama obserwowała stojącą grupę osób pod drzwiami i zauważyła, że zaczęli strzelać ale w górę, dlatego czekała na dalszy rozwój sytuacji. Po chwili ustała strzelanina, a dowodzący grupą nakazał odejście z gospodarstwa. Czy to byli Ukraińcy, czy patrol NKWD, nigdy nie udało się ustalić. Była to jednak ostatnia noc jaką moja Mama razem z Babcią i gromadką dzieci spędziła w swoim domu.

Dobrze, że w środku wsi mieszkali inni członkowie rodziny, którzy mimo tłoku, to jednak pozwolili zamieszkać do czasu wyjazdów całej grupy, 6 wozów konnych, za Bug. Jednym z tych wozów powoziła moja Mama wioząc z sobą wspomniane wcześnie uzbrojenie. Przekraczając rzekę Bug, cały konwój był szczegółowo rewidowany przez sowietów i zapewne nieciekawie by się zrobiło, gdyby znaleźli owe zabezpieczenia, ale udało się, nic nie odkryli. A warto w tym miejscu wspomnieć, że takie konwoje złożone głównie z kobiet, dzieci i starców, często stawały się łupem różnych band. Moja Mama należała jednak do bardzo odważnych kobiet i nie tak łatwo dała się wystraszyć. Nie żyje już od wielu, wielu lat, ale często przypominam sobie różne zdarzenia z jej życia, dzięki którym nie tylko rodzina ale i obcy czuli się bezpieczniej. Miała na imię Janina, ale częściej słyszałem "Jania", ciocia Jania.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 1083 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8109593