Antonówka, duża wieś położona między Łuckiem a Torczynem, zamieszkała niemal wyłącznie przez ludność polską, już od kwietnia 1943 roku rozpoczęła samorzutnie sposobić się do obrony. Wydobywano broń i amunicję zakopaną we wrześniu 1939 roku oraz w czerwcu 1941 roku, kupowano broń palną ze wszystkich możliwych źródeł. W pierwszych dniach maja przybył do Antonówki porucznik "Kra" (Wacław Kopisto), szef Kedywu w sztabie Inspektoratu AK w Łucku, jeden ze sławnej czwórki cichociemnych*, która dokonała brawurowego ataku na więzienie w Pińsku 18 stycznia 1943 roku, uwalniając więzionych tam Polaków. Rozpoczął on szkolenie ochotników do samoobrony, tworząc z nich drużyny strzeleckie i plutony. Uczył posługiwania się bronią, materiałami wybuchowymi i prowadzenia wszelkiego rodzaju dywersji. Do Antonówki zaczęli napływać podoficerowie i żołnierze konspiracji łuckiej, między innymi plutonowy "Skrzypek" (Bronisław Omański) i kapral  "Trzpień" (Franciszek Stefanowicz). Żołnierze zostali zaprzysiężeni, a komendantem placówki został mianowany sierżant "Huragan" (Józef Biernacki). Stąd w połowie sierpnia porucznik "Drzazga" (Jan Rerutko) wyprowadził grupę żołnierzy, która stała się zaczątkiem późniejszego batalionu "Łuna". Stąd również 23 stycznia 1944 roku wyruszył "Remus" (Romuald Górnicki) ze swoją kompanią złożoną z dwóch plutonów, by dołączyć do "Łuny", kwaterującej w Jezierzanach. Ale zanim to nastąpiło, żołnierze "Remusa" wspólnie z załogą placówki wzięli udział w akcji uwolnienia kilkudziesięciu Polaków oblężonych od dwóch tygodni przez banderowców w nieświeckim kościele. W ciągu dnia Ukraińcy usiłowali atakować kościół różnymi sposobami, lecz murowane ściany i wysoko umieszczone okna udaremniały te próby. Metalowe ciężkie drzwi nie dały się wyważyć ani podpalić. Obrońcy skutecznie razili napastników ogniem z broni palnej, prowadzonym z wieży kościelnej. W nocy jedni i drudzy odpoczywali. Oblegający w pobliskich chatach, oblężeni na posadce kościoła, na przygotowanych wcześniej siennikach. Mieszkańcy Nieświcza już od lipca spędzali dnie w swoich domostwach, wykonując normalne prace gospodarcze, a na noc schodzili się do kościoła, gdzie zgromadzili spore zapasy żywności i wody. W pierwszych dniach stycznia oblężeni uchylili cichaczem w nocy drzwi i wypuścili gońca - ochotnika, z zadaniem ściągnięcia odsieczy. Poprzez ośrodki konspiracyjne wiadomość dotarła do Antonówki. "Huragan" zarządził alarm i po naradzie ze "Skrzypkiem" oraz "Remusem" postanowili wyruszyć trzema plutonami na dwudziestu saniach do Nieświcza.

Odległość wynosiła około dwudziestu kilometrów, ale trzeba było jechać bocznymi drogami, leśnymi duktami i omijać położone na trasie wioski ukraińskie. W połowie drogi szpica zauważyła zbliżające się z naprzeciwka sanie z uzbrojonymi ludzmi. Nikt nie mógł się w tym miejscu i o tej porze znajdować, jak tylko ukraińscy "herosi". Żądni walki żołnierze zaczęli strzelać zamiast dopuścić przeciwnika bliżej i obezwładnić. Ostrzelani gwałtownie zawrócili sanie, podjęli w pośpiechu zabitego czy tylko rannego towarzysza i galopem pomknęli z powrotem. Na śniegu pozostały jedynie ślady krwi i porzucony karabin. Zbiżamy się do Nieświcza - wspomina "Grys" (Henryk Zawilski) - schodzimy z sań i dalej idziemy pieszo. Przed nami drewniany mostek, a na nim dwuosobowy posterunek wartowniczy. Spokojnie, niezatrzymywani żadnym okrzykiem ani rozkazem, dochodzimy do nich. Potem bagnet w brzuch... i po wszystkim". Była widna księżycowa noc, we wsi panowała cisza. Kiedy żołnierze zbliżali się do kościoła, rozległ się z wieży okrzyk: - "Stój! Kto idzie?" Zbigniew Petelicki, pochodzący z Nieświcza, wyszedł do przodu i głośno podał swoje imię i nazwisko, zapytał o ojca i wyjaśnił z kim i dlaczego przychodzi. Potem długo przekonywał ojca, że nie jest nasłany przez bandę, zanim otwarły się drzwi kościoła. Zebrani tam ludzie przedstawiali okropny widok. Brudni, obszarpani, zapłakani, pytali z niedowierzaniem, czy naprawdę mogą wyjść, inni modlili się, a jeszcze inni zupełnie otępiali nie reagowali na nic. Uwolnienie przyszło w samą porę, bo już kończyła się amunicja, żywność i woda. Na rozkaz "Skrzypka" dwa plutony rozeszły się po wsi, aby z okolicznych chat skutecznie wypłoszyć pomykających już chyłkiem "ryzunów". Pozostali pomogli uwolnionym załadować resztki dobytku na sanie, aby kolumna mogła możliwie szybko wyruszyć w drogę powrotną. Swego rodzaju premią dla żołnierzy było pięć skrzynek z amunicją karabinową, ukrytą na cmentarzu w jednym z grobowców w 1939 roku, który to schowek ujawnił "Skrzypkowi" jeden z uwolnionych.

Fragment wspomnień Romana Kucharskiego ps. "Wrzos" opublikowana w "Krwawej łunie". Wyszukał i wstawił B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 270 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7429661