Tego wieczoru dzieci do późna bawiły się w chowanego. Wszyscy rozbiegli się po znanych sobie zakamarkach i przycupnęli na podwórzu pośród zabudowań lub w sadzie, w miejscach, które wydawały się nie do odkrycia.  Władek  niepostrzeżenie wspiął się zwinnie jak kot na dąb stojący na pograniczu sadu i lasu u podnóża góry dziadka Ado.

Lubił wspinać się na wysokie drzewa. Jakaś niewyraźna i nieodparta siła od pewnego czasu ciągnęła go do tajemniczego i jakby beztroskiego błękitu nieba.

Gdy wszedł najwyżej, jak tylko potrafił, miał wtedy wrażenie, że chociaż na chwilę uciekał  od pełnej trudu codzienności, nieustannego i męczącego mozołu ciężkiej pracy, który nie omijał również wiejskich dzieci. Chwilami wydawało mu się, jakby nieustannie musieli odganiać od siebie rój pszczół.

- Odgonisz jedne zajęcia czy troski, zaraz opadają cię inne i tak wkoło, dopiero noc przynosi trochę spokoju – myślał nieraz.

Ujrzał po chwili w oknie chaty twarz siadającej na stołeczku ciotki Michaliny z dzieckiem w ręku, jego młodszym kuzynem Franusiem. Po chwili widział, jak dziecko ssie pierś matki. Gdy Franuś o tej porze był głodny i domagał się karmienia, był to zazwyczaj sygnał do podania kolacji.

- No to za chwilę koniec zabawy i babcia wyjdzie zawołać nas na wieczerzę – pomyślał.

Dziś i tak zabawa trwała nawet dłużej, niż to bywało zazwyczaj. Toteż nie zdziwił się, gdy w pewnej chwili ujrzał, jak na ganek chaty  wyszła babcia Jadwiga. Najczęściej oznaczało to koniec zabawy na dworze. Już wyobrażał sobie, że jak zwykle usłyszy jej wypowiadane z przyganą w głosie słowa:

- Tobie, Władku, jak zwykle tylko zbytki w głowie!

Zamarł wystraszony i utkwił w jakimś bezruchu, gdy ujrzał skradające się w jej kierunku cienie. Chciał ją ostrzec, ale przez moment nie był w stanie wydobyć z siebie głosu.

-Dzieeeeciii, – kolaaaa - Babcia nie dokończyła wołania ich na kolację,  gdyż dwie postaci czające się przez moment po bokach ganku chaty nagle ożyły, podskoczyły do niej, i jeden ze zbirów zatkał jej usta. Potem doszli do nich jeszcze czterej. Babcia szarpała się i bezskutecznie próbowała wyrwać się z uścisku. Dwóch mężczyzn stanęło na czatach przed domem, reszta wciągnęła babcię do wnętrza chaty.

Widział z góry wychodzące z lasu i skradające się dokoła z wszystkich stron grupki jakichś nieznanych ludzi. Jakby wkoło pojawiło się niespodziewanie dotąd nieznane, dzikie i groźne plemię.  Wiedział z książek i opowiadań, że kiedyś tak niepostrzeżenie napadali Tatarzy, ale to było setki lat temu. Potem ze zdziwieniem i przerażeniem stwierdził, że znaleźli się wśród nich znani mu dobrze mężczyźni, którzy byli ich sąsiadami. Niektórzy nawet jeszcze nie tak dawno przychodzili do ich domu, bawili się z nim, opowiadali różne dawne i nowsze historie, dowcipkowali i przekomarzali się. Jednego z przybyłych teraz wraz z tamtą groźną kompanią widoczną u dołu, Hryhoryja, nazywał nawet wujkiem.

Przybywało ich coraz więcej i grupkami otaczali zagrodę dziadka Mariana i sąsiednie zagrody, kryjąc się po opłotkach. Mieli w rękach siekiery, widły i ustawione na sztorc kosy, a za cholewami ich długich butów sterczały rękojeści noży. Czuł, że za chwilę zacznie dziać się coś strasznego i bał się zejść z drzewa.

Z domu dochodziły odgłosy szarpaniny, wyzwisk, głośne okrzyki, w których odróżniał glos perswadującego coś dziadka Mariana i błagania o litość babci.

Nagle zauważył przez okno chaty, jak jeden z mężczyzn, którzy byli w środku domu, uderzył ciotkę karmiąca dziecko siekierą w głowę, rozcinając ją na pół jak kloc drzewa. Ciotka z trzymanym na rękach małym Franusiem osunęli się na podłogę.

Rozległ się odgłos pojedynczego wystrzału. Wtedy przed kilkoma najbliższymi chatami, jakie miał w zasięgu swego wzroku, pojawili  się wyskakujący z ukrycia ludzie. Gdzieniegdzie rozlegał się rumor dobijania się do drzwi.

Przed dom dziadka Mariana wyskoczył jeden z tych strasznych ludzi, którzy przed kilkoma chwilami wtargnęli do chaty. W wielkim łapsku trzymał obydwie nogi małego Franusia. Chłopczyk szarpał się i skręcał w jego rękach jak kurczak i rozpaczliwie płakał.

-  Praklatyje lackie nasienie! – krzyknął z twarzą wykrzywioną jakby mściwą    lubieżnością mężczyzna. Jego ręka wykonała potężny zamach i Franuś porwany został w górę, po czym jego główka uderzyła o ścianę domu, zostawiając na niej krwawą plamę i krwawoszare odpryski. Morderca dziecka otworzył drzwi chaty i wrzucił jego ciało do sieni.    Z chaty wybiegli pozostali rezuni i podpalili strzechę domu.

Po jakimś czasie wkoło słychać było jęki i krzyki ludzi, ryk bydła, cienkie kwiki świń i groźne odgłosy kwiczenia oraz stukot kopyt wierzgających koni.

Straszni ludzie biegali wkoło z jakimiś dzikimi okrzykami i wiązkami płonącej słomy podpalali budynki, jeden po drugim.

Wszystkie budynki w całej ich zagrodzie szybko zaczęły płonąć.

- Pozabijani lub ranni, oni spalą się wszyscy! I tylko ja jeden zostanę? Czy tak może wyglądają rozbłyski i łuny świateł piekielnych? - pomyślał ze zgrozą. Nagle ze stodoły wybiegł kilkunastoletni chłopiec. Władek rozpoznał w nim swego starszego kuzyna, Staszka. Tym razem to on miał wszystkich szukać.

Ostatniej jesieni i zimy Staszek, bawiąc się z nim, najchętniej rysował. Najczęściej spod jego  czarodziejskich rąk wychodziły na kartki papieru jak żywe postaci koni i rycerzy, a także zamki i księżniczki, a nawet dziwne zwierzęta z dalekich krajów. Czasem malował morze i okręty niczym pływające domy. Wszyscy nauczyciele i znajomi mówili, że ma talent. Ksiądz  Janowski  podczas wizyty duszpasterskiej po kolędzie podziwiał zwłaszcza namalowany przez niego obraz, na którym było widać, jak Arka Noego pełna rozmaitych zwierząt  przybija do góry Ararat, a nad nią ukazują się unoszące się w chmurach  anioły.

- Trzeba go kształcić, bo szkoda, żeby zmarnował talent - powtarzali wszyscy.

- Niedługo pójdę do szkoły w Krzemieńcu - chwalił się czasami Staszek.- Będę kiedyś malarzem.

Władek, widząc uciekającego przed prześladowcami Staszka, przypomniał sobie, jak wracał pewnego dnia z Majdanu z zakupów i spotkał kilku ukraińskich sąsiadów. Widząc groźne błyski w ich oczach i słuchając ich niewyraźnych pomruków, w których wyczuwał jakąś dzikość, uświadomił sobie ze zgrozą, że chcą  mu zrobić coś strasznego. Od czasu, gdy przestała istnieć Polska, bardzo się zmienili, jakby runęła jakaś przeszkoda hamująca ich skrywana dotąd nienawiść. Już w pierwszych tygodniach po tragicznym wrześniu  doświadczył, że teraz  zaczęła się już inna zabawa z ukraińskimi sąsiadami z Majdanu. To już nie były dawne chłopięce zawody w rzucaniu kamieniami. Jedni rzucali za nim kamieniami z taką nienawiścią, jakby tym razem nie była to zabawa w dawnym stylu, lecz jakby naprawdę chcieli go zabić, a drudzy, gdy w lesie go spotkali i widząc samego, zepchnęli z urwistego nasypu drogi głęboko w dół, tak, że mógł się zabić, uderzając w liczne wystające kamienie. Ci sami koledzy, z którymi kiedyś się bawił normalnie, teraz jakby prowokowane przez nich bójki nie były w żartach, na wesoło, lecz na bij, zabij. Tym razem groza była jeszcze bardziej śmiertelna.

Staszek był szybki, toteż udało mu się już prawie dobiec do skraju lasu, gdy go zauważyli.

- Lach ucieka! Nie strzelać! Brać go żywcem! - rozległ się głos starszego z nich, którego nazywali prowidnykiem.

- To na pewno muszą być banderowcy – pomyślał, przypominając sobie, jaką zgrozą zdjął go sam dźwięk  tego słowa, gdy po raz pierwszy usłyszał od dziadka, co banderowcy zrobili w Hucie Majdańskiej polskim mieszkańcom, którzy w tej wsi stanowili mniejszość.

Najbardziej z relacji dziadka zapamiętał to, że podpalali domy i na oczach matek, które powiązali wszystkie do kupy wokół jednego grubego drzewa,   nabijali na widły ich dzieci i wrzucali w płomienie! A gdy dzieci, jęcząc, ginęły w ogniu, oni z wyzwiskami na ustach gwałcili ich matki, po czym wbijali kobietom w przyrodzenie grube drewniane kliny, którymi rozrywali ich ciała na dwie połowy.

-Banderowcy! Teraz ich widzę na własne oczy! Obym ich lepiej nigdy nie zobaczył.

Kilku oprawców z okropnym krzykiem natychmiast pobiegło za uciekinierem. Władek w napięciu obserwował, jak wszyscy razem ze Staszkiem znikli w ciemnościach. Im dłużej nie wracali, tym większa wstępowała we Władka nadzieja, że mu się udało.  Nagle poczuł, jakby jego nadzieja rozbijała się o twardą skałę rzeczywistego obrazu, który wynurzył się z ciemności. Dwóch banderowców po jego bokach ciągnęło Staszka za ręce, a trzeci z tyłu popychał go przed sobą.

To, co rozegrało się potem, przypominało sceny z piekła. Ludzie bowiem nie byliby w stanie zrobić tego, co się po chwili zaczęło dziać na jego oczach.

Obserwował, jak całą grupą obstąpili przyprowadzonego, o coś się sprzeczając. Niektórzy obrzucali go wyzwiskami i opluwali. Przez chwilę naradzali się, po czym   kilku banderowców nabiło jego ciało na widły, niczym na pal. Rzemykami uprzęży odpiętymi od koni przymocowali go pionowo do grubej wierzby. Ten, który im przewodził, wyznaczył kilkoma kamieniami miejsce w odległości kilkunastu metrów od wierzby.

- No to chłopci, teraz świetnie się zabawimy!

Prowidnyk, którego nazywali Kazimir, nożem wyjętym zza cholewy jako pierwszy rzucił do skrępowanego  jak do tarczy.  Nóż utkwił w piersi ofiary. Głuchy jęk wyrwał się z jego ust. Staszek zagryzł wargi i wpatrywał się w swoich oprawców, jakby chciał każdego zapamiętać już na zawsze. Wielu z nich pamiętał z sąsiedzkich wspólnych zabaw. Oni udawali, jakby widzieli go po raz pierwszy i jakby widzieli w nim odwiecznego, śmiertelnego wroga, którego trzeba zabić. Najpierw jednak trzeba napaść się swoją przewagą i skrywaną przez lata bezsilną nienawiścią.

- Zapraszam na zawody!  Kto najwięcej razy trafi, dostanie butyłku horyłki! (butelkę gorzałki). Rozległ się radosny rechot rozbawionych rezunów.      Kilkunastu z nich ochoczo stanęło przed celem w gotowości do rzutów.

- Nie patrz tak, bo mnie zamoroczysz – krzyknął ten, na którego rzut przyszła teraz kolejka. Jego nóż utkwił w pniaku, w odległości kilku centymetrów od głowy.

- Trzeba zawiązać mu oczy, żeby nie zapeszał swoim wzrokiem.

- Nie trzeba!  Kto nie ma odwagi patrzeć w oczy męczonego Lacha, niech stąd idzie. To nie jest zajęcie dla miękkich bab.

- Jeszcze jest co we wsi rabować i tam jest, jak widać, Hryhoryj twoje miejsce.

Ci, którzy nie wzięli udziału w tych strasznych zawodach, nadal biegali po płonącej, lackiejczęści wsi. Tak od pewnego czasu, z pogardą i nienawiścią w głosie, wyrażali się  o kilkunastu zagrodach zamieszkałych przez sąsiadów, którzy uważali siebie za Polaków.    Poszukiwali niedobitych ofiar lub rzeczy, które można by jeszcze zabrać i załadować na zrabowane przed chwilą wozy zaprzężone w zrabowane konie. Do rabusi dołączyło także kilka kobiet.

- Ja wam pokażę, jak się rzuca!

Nóż wyrzucony przez krępego Danyła poszybował z szybkością strzały i utkwił w oku Staszka. Po jego policzku polała się krew.

Przyszła teraz kolej na rzuty kilku następnych. Noże utkwiły w policzku, szyi, brzuchu ofiary. Po ubraniu Staszka spływały strużki krwi. Danyła w pewnej chwili zawołał:

- No, a teraz kto trafi w drugie oko?

- Ty trafiaj sam, za tamtym razem tylko ci się tak udało!

- Kto założy się o butelkę horyłki, że teraz za jednym razem trafię w drugie oko!

- Nie chwal się i nie zakładaj, bo stracisz majątek!

- Albo zarobię beczkę horyłki!

Ze zbioru opowiadań " Krew i ogień" Soczyńskiego Alfa

Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło za: https://www.publixo.com/text/0/t/12841/title/Zywa_tarcza


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud7.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 314 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8156705