3 maja1943 r. był dniem ostatnim dla mieszkańców wsi Kąty

Urodziłem się w 1939 r. we wsi Kąty, pow. Krzemieniec. Na początku 1943 r. do mieszkańców wsi zaczęły dochodzić wieści o masowych mordach gwałtach, grabieżach i pożarach w okolicznych miejscowościach dokonywanych przez banderowców i bandy UPA. Miejscowy ksiądz i kilku mężczyzn – mieszkańców Kątów – postanowili zorganizować samoobronę wykorzystując do tego celu budynek kościoła i szkoły dla ochrony kobiet i dzieci całej parafii przed ukraińską rzezią. W wielkiej tajemnicy z trudem zdobyto kilka sztuk broni i amunicji. W w/w budynkach zamurowano okna, zabezpieczono drzwi, wyklejono gliną łatwopalne części budynków. Ponieważ napady na polskie wsie odbywały się głównie nocą, dlatego już na początku kwietnia 1943 r. postanowiono, że każdą noc kobiety z dziećmi będą spędzać w chronionych budynkach. W dzień wszyscy wracali do swoich gospodarstw. Dzień 3 maja1943 r. był dniem ostatnim dla mieszkańców wsi Kąty. W nocy nastąpił atak band ukraińskich. Rozpoczęto najpierw grabić, potem palić wszystkie budynki polskich rodzin, a w końcu napadli na budynki, w których schronili się mieszkańcy kilku wsi. Dzięki wielkiemu męstwu obrońców, Ukraińcom nie udało się do rana przełamać oporu Polaków. Tak uratowało się około dwóch tysięcy mieszkańców, w tym wiele dzieci. Nie było jednak już do czego wracać, zamiast budynków, dobytku i inwentarza zostały tylko dymiące pogorzeliska. Zniszczenia budynków, w których chronili się mieszkańcy i brak amunicji nie dawały szansy na dalszą skuteczną obronę. Żeby ratować życie mieszkańców i nie dać szansy Ukraińcom dokończyć rzezi następnej nocy (bo tak zawsze robili wracając), wszyscy wyrazili zgodę na pieszą wędrówkę zorganizowaną kolumną do Krzemieńca. Nie wiem, jak to wytłumaczyć, byłem czteroletnim dzieckiem, że Niemcy dali nam swoją ochronę i wyposażyli polskich mężczyzn w broń dla obrony maszerujących przed ewentualnymi atakami band ukraińskich. Po dwóch dniach z przerwą nocną w Szumsku dotarliśmy do Krzemieńca. Rozmieszczono nas w różnych budynkach, dużo było wolnych po wcześniej wymordowanych Żydach. Uratowaliśmy życie, nie mieliśmy jednak środków do życia: jedzenia, pieniędzy, odzieży, rodzice pracy, żadnych dokumentów tożsamości ani dokumentów posiadania gospodarstwa itp. (...) Konsekwencją życia w głodzie w brudzie była epidemia tyfusu, na który jedna z moich sióstr zmarła. Ponieważ Mordy na Wołyniu szerzyły się coraz bardziej i coraz więcej ludzi przybywało do Krzemieńca potrzebujących pomocy, postanowiono znowu przy pomocy Niemców zorganizować transport dzieci do Krakowa. Do pierwszego transportu samochodowego zabrano dzieci wymagające szybkiej pomocy. W ten sposób już w pierwszym transporcie dotarłem z mamą i rodzeństwem do Krakowa. Mimo okupacji w Krakowie działała Rada Główna Opiekuńcza, która zleciła pani Klimaszewskiej nauczycielce Uniwersytetu jagiellońskiego zorganizowanie Domu Dziecka w Piaskowej Skale. Tam przebywaliśmy aż do wyzwolenia.

Czytaj więcej...

Ukraińcy zaatakowali Gurów 11 lipca

Regina, najmłodsza córka Bolesława i Stanisławy Barszczów, wyszła za mąż za Stefana Stankiewicza, który pochodził z Witoldówki, położonej niedaleko Gurowa. Po paru latach pobudowali się w sąsiedztwie rodziców w Gurowie. Ich spokojne życie zakłócił wybuch wojny. Halina Adamowicz opowiada, że jak „zaczynała się wojna i zbliżał się front, przywiózł dziadek [do siebie] znajomą aptekarkę [Żydówkę] z Włodzimierza. […] Mieszkała u dziadka. Spała w kuchni z córką. Dziewczynka miała na imię Giza, a chłopiec [syn aptekarki] Aleksander. Aluś. Chłopiec był w moim wieku, a dziewczynka była młodsza”. Bolesław Barszcz sprowadził do siebie również syna – Zygmunta. „W drugim pokoju mieszkali mój wujek i wujenka. Wujenka była nauczycielką. Mieli dwóch synów. […] Wujek pracował we Włodzimierzu. Był kierownikiem tartaku. A wujenka uczyła. A że zbliżała się wojna, wszyscy uciekali, gdzie kto mógł. Więc dziadek zabrał ich z Włodzimierza”. W 1943 roku do Gurowa docierały niepokojące sygnały o ukraińskich atakach na polskie wioski. Halina Adamowicz wspomina: „Ukraińcy zamordowali [organistę] Łupkowskiego. Przyszli w nocy. Zabrali go. Zaprowadzili do lasu. Strasznie skatowali i drutem powiązali nogi i ręce. […] Po pogrzebie [organisty] za niecały tydzień przyszli i zabili kowala i dwóch [jego] synów [ze wsi Nowiny]. [...] Działo się to przed żniwami. Zboża były wysokie, urodzajne. Mężczyźni chowali się po zbożach. Tatuś nie nocował w domu, tylko nocował w zbożu. A do nas przychodziła mama mamusi i nocowała z nami, bo mamusia bardzo się bała [zostawać] sama z nami dziećmi. […] Spaliśmy w kuchni”. Ukraińcy zaatakowali Gurów 11 lipca. Starsza z sióstr wspomina, że atak nastąpił „koło drugiej w nocy. Na podwórko wjechał wóz. Nasz pies zaczął ujadać. Zastrzelili psa. Było słychać strzał. Zaczęli hałasować, walić w drzwi. Mamusia się strasznie przestraszyła. No, i babcia mówi: »Otwórz«. Mamusia otworzyła drzwi. Pierwsze słowa, które usłyszała od nich: »Gdzie jest twój mąż?«. Mamusia mówi, że poszedł do brata, bo tak się umawiali z tatusiem. W domu wtedy była mamusia, babcia, siostra Natalia i najmłodsza moja siostra Jadwiga w kołysce. Ukraińcy weszli. Jeden miał karabin, a drugi miał naszą siekierę. Najpierw strzelił do tej malutkiej, co w kołysce leżała. Zastrzelił ją. Później strzelił do mnie i do Natalii. Mnie przestrzelił kciuk, a siostrze lewe przedramię. Myśmy się nic nie odzywały. Oni myśleli, że my już nie żyjemy, i wyszli”. Natalia Oręziak dopowiada: „Jak się obudziłam, to siostra [Halina] siedziała nade mną. Całe łóżko [było] we krwi. Siostra siedzi nade mną, płacze i mówi: »Chodź, pójdziemy do dziadków«. To było bliziutko. [Była] taka wydeptana ścieżka przez ogrody, przez zboże do dziadka […] może 100–150 metrów. Wychodzimy [z domu]. Płaczemy”. Halina Adamowicz przypomina sobie, że wychodząc z mieszkania, usłyszały tętent koni. Dziewczynki ukryły się wówczas w grzędzie maku w pobliżu stodoły. Gdy tętent ucichł, przez zboża ruszyły w kierunku zabudowań dziadka. Kiedy dotarły do domu dziadków i weszły do kuchni, zobaczyły na łóżku zabitą aptekarkę i jej córkę, a obok w pokoju znalazły martwą ciocię z synami. Nie było jednak pozostałych domowników.

Czytaj więcej...

Polacy żyli w nieustannym strachu

Stanisław Lasek: W krótkim zarysie przedstawimy tragedię naszej rodziny, jak i wielu innych, osiedlonych na Kresach Wschodnich. Mieszkaliśmy w kolonii Terpin, położonej nad rzeką Berezówką. Po drugiej stronie tejże rzeki znajdowała się druga kolonia – Dębina – z czternastoma rodzinami kolonistów. W centrum położona była wieś Dmytrów, w której mieszkało 1100 rodzin, przeważnie ukraińskich, a także mieszanych. Po drugiej stronie Dmytrowa były dwie kolonie czysto polskie – Bełzów i Strachów, kolonie te powstały w latach 1919- 1920 z parcelacji dworu ziemianina – Ślężaka. Z początku gmina mieściła się w Dmytrowie, lecz w roku 1930 przeniesiono ją do Chołojowa, małego miasta na trasie Radziechów – Kamionka Strumiłowa. Okolice to piękny płaskowzgórz żyznej ziemi podolskiej. Gospodarstwa kolonistów obejmowały powierzchnię od 5 do 12 hektarów. Rolnicy uprawiali pszenicę, buraki, lucernę i żyto. Każdy gospodarz posiadał mały sad owocowy. Kolonia Terpin była zamieszkana przez dziewięć rodzin: Leon Walski – siedmioro dzieci, Wojciech Lasek – dziewięcioro dzieci, Jan Kozioł – dwoje dzieci, Felek Zbyrał – jedno dziecko, Henryk Łopuszański – bezdzietny, Jan Krawczyk – dziesięcioro dzieci, Michał Dziewa – dwoje dzieci, Jan Piekarz – troje dzieci, Franek Gawełko – troje dzieci. Kościół parafialny, w Chołojowie, oddalony był o 4 km, dlatego Polacy (koloniści) rozpoczęli budowę kościoła w Dmytrowie. Budowy niestety nie ukończono, gdyż wybuchła wojna w 1939 roku. We wsi Dmytrów mieliśmy 7-klasową szkołę III stopnia, Dom Ludowy, dużą cerkiew, karczmę „Jośka”, kooperatywę (spółdzielnię), elektrownię, która dostarczała prąd do miasta powiatowego Radziechów. We wsi Dmytrów nie było światła elektrycznego, za wyjątkiem młyna i dworu Ślęzaka. Władze powiatowe nie zezwoliły na zaciągnięcie kabli i elektryfikację wsi Dmytrów, pomimo że sieć słupów i przewodów była przygotowana przez całą wieś. Wieś i jej budynki – to drewniane domy, skupione przy sobie, kryte tak, że strzechy dotykały jedna drugiej. Przy każdym domu był sad z jabłoniami, gruszami, śliwami itp. oraz ogródki warzywno-kwiatowe. Gdy przyszła wiosna, to cała wieś była potężną doniczką różnokolorowych kwiatów. Jesień natomiast swymi kolorami i odcieniami przypominała ogromną barwną tęczę. Nad rzeką Berezówka rosły dziesiątki wierzb płaczących, a obok wiła się dróżka do pieszych spacerów. Od wschodniej strony aż do naszej kolonii przez mniej więcej trzy kilometry ciągnęły się rozległe łąki i torfowiska, na których pasły się stada bydła, czy też stały stogi siana oraz kopce suszącego się torfu, służącego na opał. Piękno naszej okolicy, z jej różnorodnością – to żywy obraz dla malarza. Harmonia życia wsi Dmytrów i naszych kolonii nigdy nie była zakłócana. Razem chodziliśmy do jednej szkoły, religii uczyli katoliccy księża i prawosławni popi, a jeśli któryś nie mógł być na lekcji, to połączone dzieci z klas uczyły się religii pod opieką księdza albo popa. Zdawało się, że wszyscy dbają o to, aby dobrze gospodarować i zbierać plony pracy rąk. Pomagano sobie wzajemnie przy pracach w polu w czasie żniw, sianokosów czy wykopków ziemniaków.

Czytaj więcej...

Do Kowla i z powrotem, wrzesień 1939 r.

Awansowany do stopnia kaprala zostałem przydzielony do 54 Plutonu Żandarmerii Konnej. Do 9 września mój pluton stał w Ogrodzie Saskim w Lublinie. Konie przywiązane były do drzew, zaś żołnierze kwaterowali w budynku Straży Pożarnej, która miała tam swoje koszary. Stan osobowy plutonu liczył ok. 70-ciu osób a także dwa tabory. W tej liczbie ok. 5O-ciu żandarmów, plus rezerwiści-szeregowcy z kawalerii lub artylerii lekkiej, odpowiednio dobranych. Dopiero 9 września pluton wyruszył w kierunku Kowla, do formującej się tam zapasowej Wołyńskiej Brygady Kawalerii pod dowództwem pułkownika Pokornego (d-cą plutonu był por. rez. żand. Brzozowski, szefem plutonu wachm. Nocko). Przemarsz odbywał cię nocą, gdyż lotnictwo niemieckie atakowało zarówno obiekty wojskowe, jak i kolumny cywilne cofające się przed frontem na wschód. 14-go września w miejscowości Zielona 5 km od Kowla pluton zajął kwatery, zaś dowódca pojechał do Kowla meldować się u płk Pokornego. Czekaliśmy na rozkazy. 17-go września nasze tabory udały się do Kowla po żywność i furaż dla koni. Na niebie zaś pojawiły się dziwne samoloty zrzucające ulotki. Były to samoloty sowieckie nawołujące w ulotkach do niestawienia oporu i "skierowania karabinów przeciwko oficerom i burżujskim władzom". Po powrocie taborów dowiedzieliśmy się, że Sowieci są już w Sarnach i lada chwila wejdą do Kowla. Dowiedzieliśmy się także, że dowództwo wojskowe Kowla otworzyło magazyny wojskowe z żywnością dla ludności, aby nie zajęły ich oddziały sowieckie. Wówczas dowódca plutonu zwołał odprawę, informując o wkroczeniu wojsk sowieckich. Nie wiadomy był charakter wkroczenia, jako agresor czy jako sojusznicy. Na wszelki wypadek należało zniszczyć wszystkie przedmioty i dowody świadczące o tym, że jesteśmy żandarmerią. W przeciwnym wypadku wziętych do niewoli żandarmów Sowieci rozstrzeliwali natychmiast. Musieliśmy więc od tej pory udawać zwykły zwiad konny. Zniszczono legitymacje, sznury, dystynkcje, książeczki służby itp. przedmioty. D-ca plutonu otrzymał rozkaz skierowania się oddziału w stronę granicy rumuńskiej. Taki też był rozkaz Naczelnego Wodza, aby wojsko nie stawiając oporu uchodziło do Rumunii. Natychmiast skierowaliśmy się w kierunku Włodzimierza Wołyńskiego, a było to 19 września. Dopóki jechaliśmy drogami polnymi nic się nie wydarzyło. Wprawdzie jechaliśmy przez jakieś pobojowisko (spalone samochody, pobite konie) - domniemano, że są to skutki nalotów niemieckich. Kiedy pluton dojechał do szosy Kowel - Włodzimierz do miejscowości Werba (9 km przed Włodzimierzem), patrol zameldował, że przy mostku stoi jakiś trudny do rozpoznania pojazd. Należy zaznaczyć, że nas szkolono tylko przeciwko czołgom niemieckim, a okazało się że była to tankietka sowiecka, zresztą wyglądało to raczej na wrak niż na pojazd bojowy. Nic nie podejrzewając ruszyliśmy w tym kierunku. Wówczas z odległości około 80 m z tego pojazdu posypała się seria z broni maszynowej. Wtedy wszyscy, bez komendy zeskoczyliśmy z koni, kryjąc się w fosach przydrożnych. Konie nie przyzwyczajone do strzałów (były z mobilizacji) uciekły za wzgórze. My wycofaliśmy się za dom, który stał pojedynczo (była to kolonia). Wtedy z wioski (ok. 500 m) zaczęto do nas strzelać z pojedynczych karabinów.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 319 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8152716