Tragiczna Wigilia 1944 r. w Ihrowicy

12. 12. 24
posted by: KRESOWY SERWIS INFORMACYJNY
Odsłony: 1360

– Był wtedy lekki mróz, sporo śniegu. Mama przygotowała wigilię. Właśnie mieliśmy się dzielić opłatkiem, gdy usłyszeliśmy strzały. Wiedzieliśmy, co to znaczy. Natychmiast rzuciliśmy się do okien i uciekliśmy z domu – opowiada Jan Białowąs, jeden z Polaków, którzy przeżyli wigilijną pacyfikację wsi Ihrowica (Podole, dzisiejsza Ukraina). Zginęło w niej 65 osób. Pan Białowąs, wówczas 17-latek, z dwoma braćmi, mamą, siostrą i jej czteroletnią córeczką schowali się w stodole ukraińskiego sąsiada, którego nie było w obejściu. Leżąc w słomie, słyszeli odgłosy rzezi. – Strzały, uderzenia, krzyki i błagania – opowiada. – Potem poczuliśmy swąd spalenizny. To paliła się nasza chałupa i inne polskie domy. Cały nasz dobytek poszedł z dymem. Rodzina Białowąsów odważyła się wyjść z ukrycia dopiero nad ranem, gdy po sotni ukraińskich nacjonalistów nie było już śladu. Natychmiast pobiegli na plebanię, gdzie mieszkał ksiądz Stanisław Szczepankiewicz. Ten energiczny kapłan przewodził miejscowej polskiej społeczności, a tragicznego dnia, gdy zaczęła się napaść, zaczął bić w dzwon, ostrzegając i ratując w ten sposób wielu parafian. – Przed budynkiem zgromadzili się już przerażeni ludzie. Nie byłem w stanie wejść do środka i na to patrzeć. Wszyscy domownicy: ksiądz, jego matka, siostra i brat zostali zarąbani siekierami – wspomina Jan Białowąs. Pochowano ich wraz z innymi ofiarami masakry na miejscowym cmentarzu. 64 osoby w masowym grobie. Księdza osobno w trumnie zrobionej naprędce z bydlęcego żłobu. – Po tym, co się stało, wyjechaliśmy na zachód – wspomina Białowąs, który mieszka obecnie w Końskowoli pod Puławami.

Helena Ciszak w 1944 r. miała siedem lat. Ale dokładnie pamięta przebieg Wigilii. – Takich rzeczy się nie zapomina. Jedliśmy już wigilijną kolację, gdy za oknem pojawiła się łuna. Mama powiedziała, że pewnie gdzieś się pali. Nagle wpadła do nas ukraińska sąsiadka. „Paulina, uciekajcie! Mordują Polaków!”, krzyknęła. Mama zaczęła płakać – opowiada pani Ciszak. Ukrainka nie straciła jednak głowy. Natychmiast przeprowadziła polską rodzinę: panią Paulinę, małą Helenkę i jej dwuletniego braciszka (ojciec został siłą wcielony do Armii Czerwonej) do siebie do domu. – Mamę ukryła za piecem, a nas ułożyła między własnymi dziećmi. W taki sposób przetrwaliśmy – pani Ciszak przywołuje wydarzenia sprzed lat.

Fragment z  art. „Jedni Ukraińcy spalili dom, drudzy uratowali życie” -Piotr Zychowicz

Więcej na http://www.rp.pl/artykul/777365.html