Moc Bożego Narodzenia jeszcze raz zatriumfowała nad złem

12. 12. 24
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1232

Pod koniec 1945 roku ludność wsi powiatu prudnickiego składała się z trzech zasadniczych grup: - ludności śląskiej, która zadeklarowała się jako Polacy, przeszła lub oczekiwała na weryfikację narodowościową i otrzymała lub oczekiwała na otrzymanie obywatelstwa polskiego. - ludności śląskiej narodowości niemieckiej, która oczekiwała na przesiedlenie do Niemiec. - osadników, którzy mieli objąć gospodarstwa po wysiedlonych Niemcach. Ludzie ci często mówili o sobie, że pochodzą z "centrali", to znaczy z terenów między Wisłą, a Bugiem lub też ze "wschodu" to jest z dawnych kresów wschodnich, które przyznał sobie Związek Radziecki.

Teoretycznie osadnicy mieli zajmować gospodarstwa po wysiedleniu Niemców. W rzeczywistości często dochodziło do sytuacji, gdy obejmowali je jeszcze przed opuszczeniem przez dotychczasowych właścicieli. Co więcej: nierzadko dawni i nowi gospodarze mieszkali pod jednym dachem przez kilka miesięcy. Biorąc pod uwagę świeże rany, różnice kulturowe, cywilizacyjne oraz mentalność, łatwo można wyobrazić sobie do jakich konfliktów taka sytuacja mogła doprowadzić. Tymczasem wspomnienie zarówno polskie jak i niemieckie przedstawiają inny obraz: to wymuszone wspólne życie układało się nierzadko względnie znośnie, zwłaszcza, gdy przybysze pochodzili z Galicji Wschodniej, która przez prawie 150 lat znajdowała się pod rządami Habsburgów. Nie małe znaczenie miała też wspólnota doświadczeń ludzi wypędzonych ze stron rodzinnych. Łatwiej przychodziło wtedy zrozumienie innych, dotkniętych przez podobny los, a ludzkie odruchy brały górę nad tragicznymi wspomnieniami wojennymi.

 

Martha Fuchs, mieszkanka Racławic znalazła się właśnie w takiej sytuacji. Oto, co pisze we wspomnieniach zamieszczonych w Neustädter Heimatbrief nr 12/1967.

"Nie wyobrażaliśmy sobie, że są to ostatnie święta Bożego Narodzenia, które spędzimy u siebie. Zostaliśmy zaproszeni przez Polaków, aby obchodzić z nimi Wigilię. Nigdy nie zapomnę tego, co zostało podane na stół. Gospodyni stanęła na środku pokoju i wzięła ze stołu talerz z opłatkiem. My musieliśmy się ustawić w kręgu. Potem połamała opłatek na sześć części, po jednej dla każdego. Później wręczyła nam kieliszek wina, z którego wszyscy musieliśmy wypić po łyku. Powiedziała coś w swoim języku czego niestety nie mogliśmy zrozumieć. W tłumaczeniu jej syna brzmiało to mniej więcej tak: To, że jedliśmy wszyscy z jednego talerza jest znakiem pokoju i miłości. Później wszyscy usiedliśmy przy stole i wniesiono pierwsze danie. Były to tłuczone ziarna pszenicy gotowane na mleku z odrobiną soli. Czy smaczne? Gdy człowiek jest głodny... Następnie podano chleb, mięso i kiełbasę. Naturalnie nie brakowało mocnej, pędzonej przez gospodarzy wódki. Dalej na stole znalazły się suszone owoce z rodzynkami i ziemniaki. Tego chętnie zjedlibyśmy więcej, ale na każdego przypadło tylko kilka łyżek. Pozostałych dań nie potrafię opisać. Dostaliśmy ich do skosztowania w sumie trzynaście. Wielką radością było dla nas, gdy kilka dni wcześniej dowiedzieliśmy się, że w pierwszy dzień świąt możemy odprawić Pasterkę. Zezwoliła na to milicja i mogliśmy nawet zapalić światło elektryczne. Nigdy nie zapomnimy naszemu proboszczowi, że tę godzinę, która mogłaby trwać wieczność, uczynił najpiękniejszym przeżyciem. Mogliśmy nawet użyć organów i odmówić po niemiecku "Ojcze Nasz". We Mszy, która zaczęła się o piątej rano prócz 1400 mieszkańców Racławic (to jest Niemców) uczestniczyło również wielu Polaków. Było to prawdziwe święto pokoju. Na życzenie Polaków miesiliśmy jeszcze raz odśpiewać "Cicha noc".

Moc Bożego Narodzenia jeszcze raz zatriumfowała nad złem".

Autor tekstu: Adam Lutogniewski którego tytuł w oryginale : Wigilijna historia - Boże Narodzenie w Racławicach Śląskich w 1945 roku

Publikacja tekstu w dzienniku Raclawice.Net: Czwartek, 24 - Grudzień 2009r.

Wpisany przez Bogusława Szatwiło