Przyjechali po mnie 1 sierpnia 1950

12. 10. 15
posted by: KRESOWY SERWIS INFORMACYJNY
Odsłony: 1489

Przyjechali po mnie. Zabrali razem z córeczką Janiną, która miała 8 miesięcy. Było to 1 sierpnia 1950 roku. Przewieźli do Ostryny i wrzucili do lochu. Tam był straszny brud. Na całe życie zapamiętałam ogromne karaluchy, które tam biegały. Po tym areszcie zniknęło mleko w piersiach i nie miałam czym karmić dziecka. Córeczka płakała. Aby ją uspokoić, dawałam pierś. Ale mleka nie było, więc mnie gryzła. Bolało, ale cierpiałam. Przedstawiamy wstrząsające wspomnienia Heleny Kuleszy, żołnierza Armii Krajowej. Urodziłam się w 1922 roku we wsi Starodworce, która znajduje się 6 kilometrów od Wasiliszek. Mój ojciec był sołtysem w Starodworcach, a potem wzięli go na sekretarza do gminy w Wasiliszkach. Ojciec był bardzo oczytanym i wykształconym człowiekiem. Miałam trzech braci i siostrę. Byłam najstarszym dzieckiem w rodzinie. Od dziecka rosłam w patriotycznej atmosferze. Wychowywano nas w miłości do Ojczyzny. W naszej wsi nie było ludzi biednych, wszyscy ciężko pracowali, ale żyli w dostatku. Mieliśmy 25 hektarów ornej ziemi i 13 hektarów lasu. Rodzina była dosyć bogata. Do szkoły chodziłam w Starodworcach. Była to wtedy duża wieś i dlatego mieliśmy szkołę, dobrą polską szkołę – wszystkie wiersze i piosenki, które śpiewaliśmy, wszystko pamiętam nawet dziś. Kiedy w 1939 roku Polskę zagarnęli Sowieci ojciec musiał się ukrywać. Zresztą dużo ludzi ukrywało się, bojąc się wywózek.

W oddziale u „Cygana”

Do oddziału AK dołączyłam w 1943 roku. Pomagałam im wcześniej, ale dopiero wtedy poszłam do oddziału. Dowódcą u nas był Witold Maleńczyk, pseudonim „Cygan”, a jego zastępcą Paweł Klukiewicz, pseudonim „Irena”. Klukiewicza zabili w 1947 roku obok Rusanowców, gdzie mieszkałam po wyjściu za mąż. Szkoda mi go było. Dzielny człowiek. Witold Maleńczyk pochodził ze wsi Leluki. Był to wykształcony człowiek i odważny dowódca. Dla bolszewików nie miał litości. W grupie „Cygana” zajmowałam się zaopatrzeniem – dowoziłam mięso i inne jedzenie. Potem byłam w oddziale. Wtedy staliśmy w lesie koło Dubicz, potem razem szliśmy na Wilno. Znałam też „Olecha” – Anatola Radziwonika. Za Sowietów było tak, że „chodziła” polska partyzantka, ale „chodziło” też NKWD. Często trudno było zrozumieć kto kim jest. NKWD podszywało się pod polskie oddziały, aby dowiedzieć się kto w danej wsi popiera partyzantkę. Oczywiście jak przychodzili nasi, to znałam ich twarze, ale gorzej było, gdy był ktoś nieznajomy…

Śmierć była tuż obok

W Starodworcach zginął mój brat Adam. NKWD urządziło łapankę. A u niego w mieszkaniu byli chłopcy z lasu. Zaczęli uciekać, on razem z nimi. Wtedy go enkawudziści postrzelili. Był ciężko ranny. Enkawudziści polecieli łapać tych, co uciekali. Pewnie myśleli, że zabili mego brata, ale jego rannego podebrał nasz ojciec. Schowaliśmy go u pewnego gospodarza w stodole. Był przy pamięci, jednak stracił bardzo dużo krwi. Zawieźliśmy go do lekarza w Sobakińcach. Jednak było za późno. Zmarł. Drugi mój brat, Bolesław, został skazany na 25 lat za to, że pomagał AK. W naszym domu w Starodworcach zatrzymał się na postój oddział AK. Potem, kiedy ich złapali, jeden z żołnierzy okazał się słaby – nie wytrzymał tortur i wydał mojego brata. „Cygan” zginął w 1949 roku we wsi Krońki. NKWD okrążyło tę wieś. Ludzie opowiadali mi, że „Cygan” wyskoczył z mieszkania, gdzie przebywał i próbował uciec. Czołgał się, ukrywając się przed NKWD. Jednak kiedy zrozumiał, że jest osaczony to się zastrzelił. Nie chciał żywym trafć w ręce bolszewików. Mój sąsiad Aleksander Berdowski też należał do naszej grupy. Nie wiem jaki los go spotkał po aresztowaniu. Może tu, w Grodnie, w więzieniu zatłukli, może w łagrach zmarł… Do domu nie powrócił. Dużo, bardzo dużo ludzi zginęło… W ostatnim okresie byłam w grupie Apanowicza, pseudonim „Kulis”. Był synem osadnika. Zostałam aresztowana w 1950 roku. Na początku zabrali mego męża – Jana Kuleszę. Został aresztowany w 1949 roku, już po rozbiciu oddziału „Olecha”. W naszej wsi aresztowano 7 rodzin za pomoc jakiej udzielali AK. Mnie wtedy zostawili. NKWD myślało, że ktoś z partyzantów, którzy zostali na wolności, skontaktuje się ze mną. Jednak wiedziałam, że mnie śledzą, dlatego byłam ostrożna i to ich wyczekiwanie nic nie dało. W końcu przyjechali po mnie. Zabrali razem z córeczką Janiną, która miała 8 miesięcy. Był 1 sierpnia 1950 roku. Przewieźli do Ostryny i rzucili do lochu. Tam był straszny brud. Na całe życie zapamiętałam ogromne karaluchy, które tam biegały. Po tym areszcie zniknęło mleko w piersiach i nie miałam czym karmić dziecka. Córeczka płakała. Aby ją uspokoić, dawałam pierś. Ale mleka nie było, więc mnie gryzła. Bolało, ale cierpiałam… Później przewieziono mnie do Grodna. Na początku wrzucili do jakiegoś lochu, dziś domyślam się, że był to budynek obecnego KGB. Rozpoczęło się okrutne śledztwo. Prowadził go śledczy o nazwisku Gorbacewicz. Po jakimś czasie zostałam razem z córeczką przewieziona do grodzieńskiego więzienia.

Kat Gorbacewicz

Początkowo siedziałam w celi sama z dzieckiem. Na przesłuchania wzywano nocą. Jak tylko wybije 24 czy 1 godzina w nocy, to wzywają na przesłuchania. Kiedy pierwszy raz prowadzili na badanie to chcieli mi zabrać córkę. Ja jej nie oddawałam. Enkawudzista mocno mnie uderzył. Powiedziałam im: - Możecie mnie zabić, ale dziecka nie oddam. Tak więc na przesłuchania chodziłam z córeczką. Były okrutne. Bito mnie strasznie. Przede wszystkim bili po głowie. Ja się do niczego nie przyznawałam. Śledczy Gorbacewicz do mnie mówi: – Tu twój mąż przyznał się i o tobie opowiedział, że pomagałaś bandytom. Ja mu odpowiadam: – Oczywiście, że powiedział. Jak wy jego katowaliście i mu mózg odbiliście, to on nie to wam jeszcze opowiedzieć może… Jedną z tortur było wkładanie „kaftana bezpieczeństwa” (nazywali to „smiritelnoj rubaszkoj”). Zaciągali go bardzo mocno. Ludziom krew z nosa szła… Straszna to była tortura. Nadzorował ją lekarz, który miał dać znać ile człowiek wytrzyma. Zazwyczaj trwało to 15-20 minut. Chcieli zrobić to ze mną. Jednak lekarka, która była Litwinką, sprzeciwiła się. – Ja wam aktu nie podpiszę. To jest matka karmiąca dziecko. Nie mam prawa na to się zgodzić – oświadczyła. No i enkawudziści musieli zabrać ten kaftan. Na przesłuchaniach śledczy Gorbacewicz do mnie krzyczał: – Jesteś zdrajcą ojczyzny! A ja jemu odpowiadałam: – No to proszę mi opowiedzieć, co to jest ta ojczyzna, którą miałam zdradzić? Stalin mnie nie wychowywał i nie kształcił! Ja się urodziłam „przy Piłsudskim” i chcę umrzeć „przy Piłsudskim”! On do mnie: – Wyślę cię na białe niedźwiedzie! – Jeżeli wy tam wytrzymaliście, to i ja wytrzymam. Zresztą tam, gdzie Polak przeszedł, tam Ruskiemu nie ma co robić – powiedziałam. Za to mnie mocno uderzył. Ogłosiłam strajk głodowy. Przyjechał prokurator. Wchodzi do celi i pyta się: – Kto mnie wzywał? – Ja wzywałam – odpowiadam. – Czego chcesz?  – Pewnie duże pieniądze płacicie tym, którzy śledztwo prowadzą bo tu strasznie biją i torturują – powiedziałam. Po wizycie prokuratora zmieniono mi śledczego. Nowy już mnie tak nie torturował.

Więzienne msze

Zostałam skazana na 10 lat pozbawienia wolności oraz 5 lat zsyłki. Na sądzie dostałam krwotoku. Płakałam, nie mogąc się powstrzymać. Zabrali mnie do więziennego szpitala. Tam udało się zatamować krwotok. Nadal płakałam. Myślałam o tym, co będzie z moim dzieckiem. Zgodnie z decyzją sądu nasze mienie miało być skonfiskowane. Jednak mój ojciec pojechał do komornika i się z nim umówił, że część zabierze. Ten się zgodził więc ojciec w nocy co nieco zdołał wywieźć. Pozostałe rzeczy zostały skonfiskowane. Po wyroku byłam przetrzymywana na oddziale razem z innymi kobietami, które miały dzieci. Było nas 12. W celi, w której siedziałyśmy, dobrze było słychać msze odprawiane w Farze. Podczas mszy zawsze w celi klękałyśmy i się modliłyśmy. Dziś, kiedy byłam na mszy w kościele Farnym, nie mogłam powstrzymać łez. Bo to wszystko znowu stanęło mi przed oczami… Ja razem z maleńką córeczką w więziennej celi… modlę się… Naczelnik więzienia zaproponował mi do wyboru: albo mnie wywiozą za Mińsk do tak zwanego „mamskiego łagru” (więźniarki z dzieckiem nazywano „mamkami”), albo muszę oddać dziecko komuś z krewnych. – Ale dziecko będziesz widziała raz w tygodniu – obiecał. Moja siostra miała wtedy dopiero 16 lat. Kiedy przywiozła dla mnie paczkę to pozwolono na widzenie i oddałam jej córeczkę.

Na nieludzkiej ziemi

Po jakimś czasie był etap i powieziono nas na Sybir. Kiedy jechaliśmy w wagonach było bardzo zimno. Włosy przymarzały do podłogi… Brakowało jedzenia, nie było co pić… Ludzie pili własny mocz. Straszna męka była. Początkowo wywieziono nas do łagru w Krasnojarskim Kraju. Był to duży łagier, gdzie więziono ludzi różnych narodowości. Od czasu do czasu zdarzały się między nimi bójki. Pewnego razu z obozu wywieziono 50 trupów mężczyzn, którzy zginęli w wyniku porachunków. Później powieziono mnie aż za Władywostok, do portu w Nachodce. Stamtąd mieli nas przewieźć na Kołymę. Jednak rozpoczęła się epidemia szkorbutu. Ludzie zaczęli umierać. Krew sączyła im się z dziąseł, z języków… Straszny widok! Wtedy nasz „etap” zawrócono. W łagrze miałam koleżankę Łotyszkę. Spałyśmy obok na pryczy. Był straszny głód. Ona umarła. Ja jeszcze kilka dni o tym nie meldowałam, żeby otrzymywać podwójną rację żywności – na siebie i na nią. Po tym, jak zdechł Stalin, stworzono nam w łagrach lepsze warunki. Myślę, że gdyby on jeszcze sobie pożył, to byśmy wszyscy w tych łagrach powymierali. A tak pojawiła się szansa na przeżycie tego piekła. Pamiętam jak zarządzili, abyśmy na numery, które mieliśmy na ubraniach, naszyli łatki. Podchodzi do nas jeden taki i mówi: – Dziewczyny, naszyjcie łatki na swoje numery. A ja mu odpowiadam: – Nie ja ten numer sobie nakładałam, więc i łatkę niech nakłada ten, co mi numer nałożył. Zaczęły przyjeżdżać różne komisje, zaczęły się zwolnienia. Zostałam skierowana na zsyłkę do Kazachstanu.

Powrót do domu

Zostałam zwolniona w 1955 roku. W łagrach przesiedziałam 5 lat i trzy miesiące. Mąż wrócił wcześniej. Zobaczył, że żadnego życia tu na miejscu nie ma, więc zaciągnął się na wyjazd do pracy w Kazachstanie. Wziął „pieriesielenczeskij bilet” (dokument przesiedleńczy) i wyjechał do pracy w kołchozie. Wiedziałam o tym bo pisał do mnie. Po zwolnieniu pojechałam do niego. Żyli w ziemiankach. Weszłam i co zobaczyłam, że warunki są straszne. – I czegoś ty tutaj jechał? – pytam męża. – Tam bardzo trudno rozpoczynać życie na nowo – odpowiada.  Przenocowałam i rano poszłam do przewodniczącego kołchozu. – Wy – jak bogaty kupiec – przyjechaliście, nabraliście niewolników i tu ich do ziemianek wtrąciliście. Czy w „pieresielenczeskom bilecie” jest tak napisane? – zapytałam. On mi odpowiada:- Dam wam trochę na początek, byście gospodarstwo mogli założyć.  Ja stoję na swoim: - Nic mi nie potrzeba. Razem z mężem do Ojczyzny pojadę. Mąż nie wierzył, że go puszczą. Jednak udało się i razem wróciliśmy do Rusanowców. Kiedy wróciłam do naszej wsi to zobaczyłam, że nasz dom rozebrano. Oprócz tego nie mieliśmy żadnej gospodarki bo wszystko nam pozabierano. Ludzie ze wsi dali nam trochę zboża i kartofli, abyśmy mogli jakoś zacząć gospodarzyć. Poszłam do sielsowietu i dano mi pracę – woziłam mleko. W 1958 roku mogliśmy wyjechać do Polski, jednak mąż chciał zostać. Bardzo żałuję tej decyzji… Mój mąż był chory. Podczas tortur w więzieniu jego mocno bito. Jeszcze podczas pobytu w więzieniu zrobiono mu operację. Dużo chorował i wkrótce zmarł. Zmarł też mój brat Bolesław… Nie mogę im wybaczyć Dużo przeżyłam. Dużo złego widziałam. Bolszewików nienawidzę. Wszystko nam zabrali, torturowali, zabijali… Taki paskudny ustrój oni nam przynieśli. Wszystko, co złe, to od nich poszło, bo wcześniej tak się ludzie jeden wobec drugiego nie zachowywali. Nauczyli się tego od bolszewików. Być może już długo nie pożyję. Chora jestem, stara, ale zapomnieć i wybaczyć tego wszystkiego, co z nami zrobili, nie mogę. Po raz pierwszy jesienią ubiegłego roku byłam w Polsce. Niesamowite wrażenia! To nie to, co tu na Białorusi. Tam jest zupełnie inny kraj, życzliwi ludzie. Byłam w sanatorium. Był tam wspaniały lekarz, który mnie zbadał. Jestem mu bardzo wdzięczna. Personel bardzo dobrze mnie traktował. Chciałabym jeszcze pożyć, chciałabym zobaczyć co dalej będzie na świecie…

„W łapach NKWD – wspomnienia z walk AK z sowietami i represji na Grodzieńszczyźnie”

Zanotował  Andrzej Poczobut / „Magazyn Polski na Uchodźstwie”

http://kresy24.pl/15689/w-lapach-nkwd-wspomnienia-o-walkach-ak-z-sowietami-i-represjach-na-grodzienszczyznie/