Naszego Polesia już w Polsce nie było

12. 10. 26
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1394

Moi rodzice i dziadkowie, oraz ja jako małe wówczas dziecko u schyłku lata 1945 jechaliśmy do nowej ojczyzny. Przyszło nam opuścić rodzinne Polesie by odnaleźć nowe życie na Ziemiach Odzyskanych jak je wtedy nazwano. Razem z nami w jednym wagonie towarowym podróżował z córką brat mojego dziadka Ksawery Jaworski. W sąsiednim wagonie więźliśmy swój dobytek, jak na wieśniaków przystało były to; konie, krowy, owce i świnie. Dziadek Ksawery był człowiekiem bardzo energicznym nie podobnym w usposobieniu do mego dziadka Bronisława. Na samym początku wojny nacjonaliści ukraińscy zamordowali jednego z synów Ksawerego - Romualda. Romuald był rezerwistą, marynarki wojennej. Gdy wybuchła wojna to czekał on na powołanie do służby w marynarce, ubierał się nawet w mundur marynarski który trzymał w domu. Gdy Sowieci napadli na Polskę, to nacjonaliści ukraińscy ze demonstracyjne noszenie polskiego mundury zamordowali Romualda. Drugi syn Ksawerego- Stanisław ukrywał się, żeby także nie zginąć, potem udało mu się wstąpić do wojska, walczył na froncie w 1 Armii im Tadeusza Kościuszki, przeżył wojnę. Niedawno w całej Polsce, a nawet poza naszymi granicami uroczyście uczczono kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego. Mój stryjek, Zygmunt Jaworski przeszedł długą drogę przez mękę, zanim doszedł do Warszawy i wziął udział w Powstaniu Warszawskim. W 1939 roku Armia Radziecka wkroczyła na naszą ziemię, zaczęły się sowieckie rządy na Polesiu. Nowe władze zorganizowały zawodową szkołę z internatem w Porzeczu odległym od naszej wsi o kilka kilometrów. Szkołę tę ulokowano w zabudowaniach pałacowych arystokraty, senatora i dyplomaty Romana Skirmunta. Kilka tygodni wcześniej Skirmunta zamordowano w okrutny sposób, przed śmiercią sam sobie musiał wykopać grób w przypałacowym parku. Zygmunt Jaworski, mój stryj miał wtedy 14 lat i rozpoczął naukę z innymi dziećmi w tej sowieckiej szkole, chłopcy uczyli się ciesielstwa i stolarstwa. Na kilka miesięcy przed napadem hitlerowców na ZSRR szkołę tę ewakuowano. Przewieziono uczniów, bez nauczycieli do Baszkirii. Oczywiście rodziców nie pytano o zgodę, gdy ich dzieci wywożono w tak odległe miejsce. Umieszczono uczniów w wagonach osobowych i wywieziono do Baszkirskiej Republiki Autonomicznej w Uralu Południowym, jest to ponad dziewięć tysięcy kilometrów od miejsca zamieszkania. Zakwaterowano ich tam w wiejskiej szkole. Podróż ta trwała niecałe trzy tygodnie. Uczniom nakazano produkować drewniane skrzynie na amunicje. Wyżywienie było tam bardzo marne, praca ciężka a uczniowie, a może już robotnicy nie mieli żadnych praw, najgorsza była jednak tęsknota za rodzinnym domem. Mój stryj Zygmunt, wraz ze swoim kolegą z Porzecza Romanem Kowalem postanowili uciec do domu. Chłopcy pomyśleli naiwnie, że uda im się niepostrzeżenie zakraść do towarowego wagonu jadącego na zachód i dojechać do Pińska a stamtąd wrócić do domu. Zaplanowali ucieczkę. Przeszli pieszo około 20 kilometrów do torów kolejowych. Znaleźli się w jakimś małym miasteczku, bez trudu odnaleźli tam stacyjkę kolejową. Przysiedli niepewnie na ławeczce koło torów. Ale wkrótce zjawił się tam milicjant i zapytał ich o dokumenty i co tu robią. Kiedy okazało się, że nie mają żadnych dokumentów, doprowadził chłopców na komisariat i zamknął w areszcie. Tam dopiero powiedzieli kim są i że chcą przedostać się do swego domu. Na drugi dzień milicjant zaprowadził ich do naczelnika gminy. Naczelnik wysłuchał tłumaczeń uciekinierów, że chcą do mamy i taty i wymierzył im bez sądu karę; pół roku więzienia za ucieczkę ze szkoły. Zabrano obu chłopców do więzienia w powiatowym mieście i umieszczono w zakładzie karnym z dorosłymi skazanymi. Praca była podobna jak w tamtej szkole, ale tym razem przypadło im budować duży domu z drewna. Więźniowie, kryminalni i polityczni, wielu z nich bardzo zdemoralizowanych kryminalistów, mieli budować duży obiekt z drewnianych bali. Nastała zima, mrozy ponad 45 stopni, także więcej drewna zużywano chyba na palenie ognisk niż na wznoszenie drewnach konstrukcji. Tymczasem w środku zimy skończył się czas kary i trzeba było opuścić mury więzienia. W więzieniu chłopcy poznali Tatara który namówił ich żeby po odbyciu kary udali się do jego rodzinnej wsi, odwiedzili jego rodzinę i powiadomili ich o jego losie, oraz podjęli pracę w miejscowym sowchozie. Była to wieś oddalona około 200 kilometrów od miasta w którym odbywali karę. W czasie kiedy chłopcy przebywali za kratami naszą rodzinną poleską zimie opanowali już Niemcy, także o powrocie do domów nie było co marzyć. Naczelnik więzienia zapytał gdzie chłopcy zamierzają się udać, a oni podali nazwę wioski Tatara. Wyruszyli w drogę pociągiem pośród śnieżycy i w mrozie. Dojechali do stacji oddalonej około 80 kilometrów od celu podróży. Wysiedli na małej stacyjce i rozglądali się tam z rozterką. Zobaczyli sanie zaprzężone w parę koni, woźnica powiedział im, że jedzie w tym właśnie kierunku, zgodził się zabrać ich na sanie. Przejechali około 60 kilometrów. Na szczęście powożący miał zapasowe dwa kożuchy bo odwoził dwie osoby do pociągu którym przyjechali chłopcy. Podróż dobiegła końca i chłopcy postanowili zostać w tej wsi do której dojechali saniami. Do wsi Tatara było jeszcze ponad 20 kilometrów drogi. Zatrudnili się w zakładzie hodującym owce. Owiec tam było bardzo dużo, pomieszczenia były zbyt małe żeby je wszystkie pomieścić. Owieczki kociły się a stado tratowało nowo narodzone jagnięta. Okropny smród wydobywał się z tych owczarni. Praca chłopaków polegała na wywożeniu obornika i zakopywaniu podłych sztuk. Zarabiali tyle żeby pokryć koszty wyżywienia. Wyżywienie było tragiczne, za mało chleba i zupa w której często pływały końskie kopyta czy bydlęce racice. Udało się im potem przenieść do sąsiedniej wsi, ale i tam praca była podobna i warunki takie same. Przez ponad trzy lata nie widzieli oni kawałka mydła, także bród i brak higieny doprowadził od wszawicy i choroby skóry, obaj chłopcy byli wychudzeni i zawsze głodni, anemiczni. A tu przyszedł nakaz do stawienia się w sowieckim wojsku. Naczelnik sowchozu zawiózł obu chłopców do komendy wojskowej w mieście i poprosił aby zwolniono ich od służby wojskowej, bo brakuje mu ludzi do pracy. Wojskowi uwzględnili jego prośbę i chłopcy wrócili do swoich zajęć. Ale po dwóch miesiącach przyszło kolejne wezwanie, tym razem tylko dla Zygmunta Jaworskiego. Okazało się, że kolega jego niedoli, Roman był Białorusinem i jego nie wzywali na front. W tym czasie tworzyła się Pierwsza Dywizja Piechoty im. Tadeusza Kościuszki, potrzebni byli żołnierze - Polacy. Wanda Wasilewska i Zygmunt Brerling w porozumieniu ze Stalinem organizowali Wojsko Polskie. Zygmunt Jaworski, mój stryjek trafił do wsi Siedlce nad Oką gdzie został polskim żołnierzem. Ojczysta mowa była tak miła dla jego uszu. Okazało się, że przez te lata poniewierki zapomniał on już jak mówi się po polsku. Odwszawianie, kąpiel, mundury co prawda sowieckie, ale to było polskie wojsko, po pewnym czasie dopiero wydano polskie mundury. Zygmunta wyznaczono do moździerzy jako celowniczego. Po krótkim szkoleniu skierowano młodych nie doświadczonych jeszcze i nie w pełni wyszkolonych żołnierzy na pierwszą linie frontu pod wieś Lenino, na Białorusi. W czasie walk pod Leniono 1 Dywizja Piechoty wraz z jednostkami wsparcia poniosła bardzo ciężkie straty; 510 zabitych, 1776 rannych, a 776 dostało się do niewoli niemieckiej lub zostało uznanych za zaginionych bez wieści, tj. ok. 25% całego stanu osobowego. Tyle statystyczne fakty. Stryj Zygmunt wspomniana, że najgorsze były niemieckie samoloty które atakowały nacierających Polaków bezkarnie. Natomiast z sentymentem przypomina radzieckie katiusze, bo one rzeczywiście czyniły spustoszenie w szeregach wroga. Udało się stryjowi przeżyć i tylko Bogu trzeba zawdzięczać, że został przy życiu i nie był nawet ranny. Na wojnie jest tak, że zabijasz i boisz się żeby nie być zabitym. Czasami dziwisz się, że jeszcze żyjesz – wspomina stryjek. Po pierwszej niezbyt udanej bitwie, straty były ogromne, ale stryjkowi udało się przeżyć. Następnie stryjek zostaje skierowany do szkoły podoficerskiej, szkółkę to ukończył jako prymus, awansowano go do stopnia plutonowego. Rozpoczął swój szlak bojowy już w 2 Arami Wojska Polskiego, w dziewiątym pułku piechoty. Dużo było pieszych marszów w tej części wojowania. Pieszym marszem do Równego, z stamtąd pociągiem do Kiwerców, dalej pieszo do Chełmna, z Chełmna do Lublina z Lublina do Puław. Z Puław do Góry Kalwarii, a z stamtąd już na Pragę do Warszawy. W stolicy trwało powstanie, a wojsko przyglądało się konającej stolicy ze wschodniego brzegu Wisły. Teraz już wiemy, że takie były rozkazy Stalina. Z całego pułku wybrano jednak 18 żołnierzy i wysłano desant w celu pomocy powstańcom. Miło to miejsce w nocy z 16 na 17 września 1944 roku. Wśród wybranych znalazł się stryj Zygmunt. Przeznaczono do walki trzy moździerze, po dwie skrzynki amunicji na moździerz, to jest po 18 pocisków. Na dwóch małych barkach po cichu, pod osłoną nocy żołnierze przepłynęli Wisłę i znaleźli się na Czerniakowie, tam nawiązali kontakt z powstańcami. Wkrótce doszło do walki, żołnierze, oraz powstańcy bronili się przez pięć dni, zostali pokonani z powodu barku amunicji. Z osiemnastu żołnierzy którzy ze stryjem przybyli do powstańców zginęło 16, wśród dwóch ocalałych znalazł się stryj Zygmunt. Tym razem także Bóg okazał się dla niego łaskawy. Razem z ocalałymi powstańcami trafił do niewoli niemieckiej. Stryjek wspomina, że Niemcy traktowi ich jeńców - żołnierzy znacznie lepiej jak jeńców powstańców. Alianci zrzucali na niemieckie miasta bomby z opóźnionym systemem wybuchu, bywało, że bomby takie wybuchały w kilka godzin po nalocie. Niemcy wykorzystywali jeńców-powstańców do rozbrajana tychże bomb. Wielu ginęło przy tej czynności, nie byli oni przecież wyszkolonymi do takich zadań saperami. Pierwszy obóz jeniecki był w Bremen, ale kiedy wojska aliantów zbliżyły się do tego miasta, to jeńców przewieziono do Markt Pangen. Im bliższy był koniec wojny tym nadzorcy, esesmani byli dla jeńców bardziej przyjaźni, ustalili nawet, że więźniowie i nadzorcy będą wspólnie spożywali posiłki. Twierdzili, że jeńcom należy się szacunek, a esesmani to tacy sami żołnierze jak jeńcy. Ale odwagi nie mili żeby spotkać się z wyzwolicielami obozu, zatrudnili takich jakby ochroniarzy do przekazania jeńców aliantom. Wyzwoliły ich obóz wojska amerykańskie. Naszego Polesia już w Polsce nie było, a gdzie miałaby być nasza nowa lokalna ojczyzna tego w tym czasie stryjek nie wiedział. Przez Czechy wrócił do Polski. Próbował szukać naszej rodziny, przyglądał się transportom wiozącym repatriantów ze wschodu na zachód, wypytywał o powracających z okolic Pińska. Było to trudne zadanie znaleźć akurat ten transport z rodziną. Kolejowym transportem z wojskowym i wojskowym sprzętem do którego się przyłączył dojechał stryj do Białej Podlaski. Wypytywał o swoich i doczekał się w drugim transporcie z Polesia jechaliśmy my, rodzina Jaworskich. W jednym wagonie jechała cała nasza rodzina w tym ojciec stryja Zygmunta, Ksawery i jego siostra Paulina. Tam właśnie na dworcu w Białej Podlaskiej nastąpiło historyczne spotkanie. Powitanie było bardzo wylewne, nikt nie wstydził się łez i wzruszenia. Od wywiezienia do Baszkirii minęło ponad pięć lat i teraz przyszło nam powitać żołnierza, podoficera bohatera minionej już wojny, wszyscy mieli go jeszcze w pamięci jako chłopca który w sowieckiej szkole uczył się stolarstwa. Dojechaliśmy do Szczecinka który miał nam być teraz naszym powiatowym miastem, jak wcześniej Pińsk. Przyjechaliśmy w towarowych wagonach, przewożąc ze sobą krowy, konie i inne zwierzęta hodowlane. Stryjek Zygmunt zamieszkał we wsie Parsęcko nieopodal Szczecinka, wkrótce potem ożenił się. Stryjowie mają czworo dzieci, dwie dziewczynki i dwóch chłopców, doczekali się też siedmiorga wnucząt i czworga prawnuków. Można powiedzieć, że są to szczęśliwi pogodni ludzie. Dziś oboje są już emerytami, stryjek uprawia przydomowy ogródek, natomiast stryjenka hoduje kwiaty w domu i przed domem. Wojenne przeżycia to już tylko wyblakłe w pamięci wspomnienia. Chociaż daty i nazwy miejscowości ulatują z pamięci, to cierpienie i jakiś ból tkwią w duszy stryja jak chwast.

Wydarzenie opisał Leonard Jaworski  w swoich wspomnieniach „Naszego Polesia już w Polsce nie było ”. http://historie-wojenne.blog.onet.pl/Naszego-Polesia-juz-w-Polsce-n,2,ID434878725,DA2011-08-31,n