CZARNY CZORT

12. 10. 19
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1382

Zgodnie z porozumieniem pomiędzy Rosją sowiecka, a hitlerowskimi Niemcami znanym pod nazwą Pakt Ribbentrop-Mołotow 17 września Związek Radziecki napad na Polskę jako sojusznik Niemiec. I tak wioska Lipniki na Polesiu w której mieszkał mój dziadek z rodziną znalazła się pod panowaniem władzy sowieckiej. Nowa władza od pierwszych dni swoich rządów na Polesiu prowadziła ostrą antypolską kampanie. Już na drugi dzień po wkroczeniu sowietów do wsi nakazano całej miejscowej młodzieży zebranie się na wiejskiej drodze niedaleko szkoły. Moja mama wówczas dwudziestojednoletnia kobieta też tam poszła. Wieśniacy pochodzenia białoruskiego szaleli ze szczęścia. Tańczyli, śpiewali, wznosili antypolskie hasła, cała wieś na to święto została udekorowana czerwonymi sztandarami i stosownymi plakatami. Mama wspomina, że ogarnęła ją wielka żałość na tym wiecu i łzy same polały się z jej oczu. Niby płacz nie był zabroniony, wydawało się, że nikt nie zwracał uwagi na płaczącą dziewczynę. Jednak nowa władza była czujna i widziała wszystko... Już następnego dnia przyszło wezwanie do urzędu gminy który to urząd nazwała się teraz „sielsowiet”. Surowy urzędnik po rosyjsku zapytał się mojej mamy dlaczego płakała gdy wszyscy „uczciwi” ludzie cieszyli się z tego, że nie ma już „pańskiej” Polski. Mama powiedziała, że tak jej jakoś smutno jej się zrobiło, a urzędnik na to, że radziecka władza ma sposoby żeby wszystkim było wesoło. Za kilka dni przyszło wezwanie do stawienia się wieczorem w miejscowej szkole. Okazało się, że przyjechali działacze kulturalni z powiatu i będą uczyli radzieckich piosenek wszystkich młodych mieszkańców wioski. Przywieźli ze sobą „harmoszkę” i nauczali ludowych rosyjskich; „czastuszek”, oraz piosenek, które znane są do dziś, takich jakie jak „Wołga, Wołga”, „Oczy czarnyje” i inne. Mama mówi, że uczyła się piosenek tych z przymusu, a młody umysł zapamiętał je do dziś. Mój dziadek Paweł Domanowski, ojciec mamy uchodził w okolicy za zamożnego człowieka. Dziadek kupił od państwa w latach dwudziestych minionego wieku 28 hektarów ziemi, wybudował dom na swojej już ziemi, zasadził sad, miał dużą pasiekę pszczół, hodował krowy, posiadał liczny inwentarz. Mieszkał z rodziną na kolonii nieopodal wsi Lipniki w powiecie Pińskim. Kiedy to wkroczyli tam sowieccy żołnierze, a za nią przyszła komunistyczna władza to białoruscy sąsiedzi odwiedzili dziadka i zabrali mu dwie świnie, odzież, zapasy żywności. Odbywało się to przy wyzwiskach, obelgach i biciu i poniżaniu. Oprawcy krzyczeli, że świnie zabierają dla tego, że są to świnie leśniczego, tego leśniczego którego wcześniej sami zamordowali. Dziadek rzeczywiście kupił dwa prosiaki od leśniczego krótką przed wojną. Dziwne, że nie zabrali żadnej krowy z licznego stada. Była to zaplanowana akcja „rozkułacznia” i prześladowania Polaków. Sytuacja zmieniła się kiedy na tamte ziemie w wyniku działań wojennych wkroczyli Niemcy. Przez nikogo nie nakłaniani ci sami sąsiedzi, dobrowolnie, ze swojej inicjatywy zwrócili wszystko dziadkowi. Na wiejskim zebraniu w szkole sołtys nakazał aby dziadka przeproszono, za tamtą grabież. I tak rzeczywiście się stało. Wszystko zostało zwrócone, chociaż niektórą odzież przerobiono na miarę i gust nowych posiadaczy, świnie urosły i utuczyły się w międzyczasie. Mój dziadek był człowiekiem bardzo dobrym, kochającym ludzi, nawet takich niegodziwych sąsiadów. Powiedział, ze wybacza tym którzy go ograbili, tym bardziej że wszystko zwrócili. Nieopatrznie powiedział przy tej okazji kilka słów za dużo. W szkolnej klasie gdzie było to zebranie pod ścianą stał zdjęty ze ścianą portret Stalina, na ścianie wisiał już nowy idol – Hitler. Dziadek wskazał na portret Stalina i powiedział: „Wiem sąsiedni, ze wy jesteście dobrymi ludźmi, ale ten czarny diabeł na was tak zadziałał, że mnie wtedy okradliście i pobiliście”. Wydawało się, ze to już koniec tej sprawy. Jednak w 1944 roku Armia Czerwona ponownie wkroczyła na naszą ziemie i ponownie białoruscy sąsiedzi przypomnieli sobie o moim dziadku, powtórnie odwiedzili dom mojego dziadka. Tym razem byli już uzbrojeni i nazwali siebie radzieckimi partyzantami. Zażądali informacje gdzie dziadek zakopał swoje „dobro”. Postawili mojego dziadka pod jabłonką i wymierzyli w niego karabin maszynowy. Dziadek szedł w zaparte i twierdził, że nie ma niczego zakopanego. Odwoływał się do sumień bandytów, do ich prawosławnej wiary, do Boga. A miał zakopany w ziemi kożuch i trochę sukna. Oprawcy uznali chyba, że mówi prawdę i zabrali co tylko się dało i odeszli. Ale to nie koniec... Krótko po tym odwiedziła dziadków dom milicja, czy może było to sowieckie Urząd Bezpieczeństwa. Aresztowano mojego dziadka i konwojowano konno na pieszo pod ostrzem sowieckich bagnetów do odległego o 50 kilometrów Pińska. Kiedy dziadka prowadzono do Pińska, to z przeciwnej strony jechała furmanką dziadka kuzyna i zapytała: „Paweł co z tobą, czemu cię prowadzą”? Na co dziadek odpowiedział: „Uznano mnie chyba za kułaka i prowadzą mnie jak widać do więzienia.” Tak też się stało, wkrótce odbył się proces. W sądzie wyszło na jaw, że ci sami sąsiedzi którzy dwa razy dziadka ograbili, zeznali, że dziadek powadził na tamtym wiejskim zebraniu na Stalina; „czarny diabeł”, dosłownie: „czarnyj czort”. Rzeczywiście tak powadził, słyszeli to ci wszyscy co byli na tamtym zebraniu, gdzie dziadka przepraszano. Okazało się, że teraz byli świadkami oskarżenia ci co wcześniej przepraszali. Wyrok brzmiał; 10 lat więzienia na Syberii. Z tego wyroku odsiedział dziadek 9 lat i 9 miesięcy i wrócił do swego domu. Warunki w więzieniu były okropne, nie było łóżek więźniowie, spali na ziemi, bardzo ciężka praca, głodowanie i poniżanie na każdym kroku. Ale przyszedł wreszcie czas na powrót do domu. Po kilkutygodniowej podróży pociągiem dojechał dziadek do Pińska, następnie pociągiem do miasteczka Pohostu i jeszcze 20 kilometrów pieszo do własnej wsi. Jak musiał czuć się pięćdziesięcioczteroletni człowiek, który po takiej wielkiej tułaczce i poniewierce wraca pod swój własny dach? Wrócił do swojej poleskiej ojczyzny która już nie była w Polsce. Wszedł do domu i zastał żonę, dzieci, przedstawił, się jako domokrążca skupujący róże rzeczy, pytał co mogą mu sprzedać... Kiedy zaproszono gościa do pokoju i wspólnie zasiedli za stołem przybysz wydał się domownikom jakiś znajomy i wtedy okazało się, że to mąż i ojciec. Podziwiałem dziadka, za jego szczególne poczucie humoru, żeby w takiej sytuacji jeszcze żartować. Teraz wiem po kim i ja mam takie umiłowanie do żartów. Do Polski nigdy już dziadek nie przyjechał, umarł na swojej Poleskiej ziemi i tam spoczywają jego prochy. W kilka lat po dziadku umarła jego żona, a moja babcia Zofia. Moja mama całe życie tęskniła za rodzicami i rodzeństwem którzy nigdy do Polski nie wrócili.

Wydarzenie opisał Leonard Jaworski  w swoich wspomnieniach „Naszego Polesia już w Polsce nie było ”. http://historie-wojenne.blog.onet.pl/Naszego-Polesia-juz-w-Polsce-n,2,ID434878725,DA2011-08-31,n