Jego kości leżą tam do dzisiaj

12. 10. 12
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1450

Mój dziadek ojciec mojej mamy przed wojną jakiś czas pracował jako gajowy. Podlegał on służbowo leśniczemu który nazwał się Stefan Zamułko. Dziadek zaprzyjaźnił się z leśniczym i dlatego tragiczna, męczeństwa śmierć leśniczego budzi w naszej rodzinie do dziś wielkie emocje. Kiedy byłem jeszcze dzieckiem to mama często opowiadała tę historie, dlatego zapisała się ona do dziś w moim sercu i w mojej pamięci. Miało to miejsce we wsi Lipniki, gmina Dobrosławka, powiat Pińsk. Stefan Zamułko był sierotą, jednak dzięki pomocy starszego brata zdobył wykształcenie, studiował w Białowieży, po otrzymaniu wykształcenia został leśniczym we wsi w której mieszkała nasza rodzina. Młody leśniczy był surowym urzędnikiem, dobrze wypełniał powierzane mu zadania, nie był lubiany przez tych którzy kradli drzewo, czy kłusowali w lesie. Kiedy we wrześniu 1939 roku wkroczyły na te ziemie wojska sowieckie, to miejscowa ludność pochodzenia białoruskiego gotowa była za przyzwoleniem komunistycznych władz rozliczać się z Polakami. Na pierwszy plan poszedł leśniczy Stefan Zamułko. Przyszła do niego w nocy grupa wieśniaków, mieszkańców wioski, byli to miejscowi chłopi prawosławni białoruskiego pochodzenia. Tworzyły się wówczas takie bojówki antypolskie, których zadaniem było grabienie i mordowanie Polaków. Wiele osób doznało krzywdy od władzy radzieckiej, wywózki, więzienia, ale pierwszymi oprawcami byli właśnie białoruscy sąsiedzi Polaków. Tak było i w tym wypadku: Oprawcy przyszli w nocy i zabierali wszystko co stanowiło jakąkolwiek wartość użytkową. Leśniczemu zabrano dosłownie wszystko co miał, meble, odzież, pościel, buty, sprzęty gospodarskie, inwentarz. Pozostały tylko zdjęcia dokumenty, książki, rzeczy które nie stanowiły wartości dla grabieżców. Nie obeszło się bez wyzwisk, pobicia i obelg. Przestraszony człowiek ucieka w nocy, pieszo na boso, w piżamie do odległej o 10 kilometrów wsi Wólki Ławskiej, do swojej narzeczonej. Utracił cały dobytek, ale ocalił życie. Nie na długo jak się wkrótce miało okazać. Dręczyciele żałowali potem, że potraktowali go tak łagodnie. Po kilku dniach rabusie wysłali swego przedstawiciela do leśniczego z informacją, że jakoby chcą leśniczego przeprosić i zwrócić mu wszystko co wcześniej zabrali . Naiwnie uwierzył on, że tak się stanie i przyjechał do leśniczówki. Wieśniacy złapali go, związali mu ręce drutem kolczastym i wyśmiewali, bili, szydzili i poniżali. Ubliżali nie tylko człowiekowi, ale i jego Ojczyźnie - Polsce. Kiedy zapadł zmrok, to w jednym z domów związanego wrzucili pod ławę i tak doczekał ranka. Gdy nastał poranek, to podnieśli nieszczęsnego człowieka i związanego prowadzali go po całej wiosce, szydząc z niego i wyśmiewając, bijąc go na oczach całej wsi, nawet małe dzieci widziały to wszystko i uczyły się od starszych stosunku do Polaków. Kiedy wreszcie ugasili swoją rządzę poniżania i katowania niewinnego związanego człowieka, to postanowili go zabić. Śmierć wybrali okrutna i perfidną: zaprowadzali go na pobliską łąkę i wrzucili do studni melioracyjnej. Żywego, związanego i pobitego człowieka wrzucili do głębokiej studni. Moja mama twierdzi, że jego kości leżą tam do dzisiaj. Żaden z oprawców nie poniósł kary za swoją zbrodnię. Znane były wszystkim nazwiska tych, którzy brali udział w tym morderstwie.

Wydarzenie opisał Leonard Jaworski  w swoich wspomnieniach „Naszego Polesia już w Polsce nie było ”. http://historie-wojenne.blog.onet.pl/Naszego-Polesia-juz-w-Polsce-n,2,ID434878725,DA2011-08-31,n