Kresy

11. 05. 27
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 2274

29 grudnia 2010 r. minęło  sto lat od śmierci mojego dziadka po mieczu Ludwika Stommy (1859–1910). Całe życie spędził w swoim majątku w Szacunach na Laudzie, skąd wyjeżdżał niechętnie i najczęściej tylko w odwiedziny do sąsiednich dworków. Do Kognowickich w Łączynowie, Medekszów w Orstwinowie, Zabiełłów w Opitołokach, Komorowskich w Syrutyszkach, Kossakowskich w Żejmach… Mówiono o nim, że był typowym Kresowiakiem.

 

Co to właściwie znaczy? Te wizyty między dworkowe  mają tu wiele na rzeczy. Były przecież podróżami z jednej wysepki otoczonej obcym, a w każdym razie obcojęzycznym i innego obyczaju żywiołem, do drugiej. Wyspy te więzami wspólnoty kulturalnej, ale także pokrewieństw i powinowactw łączyły się w archipelagi, znakomitości i wzory. W świecie, w którym wszyscy się znali i hierarchie były ustalone, życie toczyło się wolniej, ułatwiając refleksyjne i intymne związki z małą ojczyzną.  Nie inaczej rzecz się miała w wielonarodowościowych kresowych miastach i miasteczkach. Charakterystyczne, że w tych wspólnotach, połączonych tradycją i kulturą dużo bardziej niż doraźną polityką, pierwszoplanowymi osobistościami stawali się: wzięty lekarz, umiejący poruszyć uczniów profesor gimnazjalny, wybitny kaznodzieja, solidny kupiec etc. Gdzie indziej byliby anonimowi, tutaj otaczał ich społeczny mir i znajdowali swoje miejsce w pejzażu. Innymi słowy, Kresy to, owszem, geografia i historia, ale przede wszystkim tutejszość i trudno uchwytna dla przybyszów z zewnątrz atmosfera. Tak, atmosfera przede wszystkim.

Dlatego też książki nie-Kresowiaków o Kresach, acz często erudycyjne, udokumentowane i warsztatowo nienaganne, czytam z jakąś zgagą niedosytu. Brak w nich czegoś, co przebrzmiewało i stanowiło o ich oryginalności, w opowieściach rodziców lub ich najstarszych znajomych z dawnych lat i ziem.

Co innego, gdy przemówi Kresowiak. Świetnie uchwycił to Henryk Sienkiewicz opisując, jak miecznik Tomasz Billewicz (notabene matka Józefa Piłsudskiego była z domu Billewiczówna) dowiaduje się o przewagach wojennych niejakiego Babinicza. „– Toż ja znam całą Litwę

– mówił. – Są tu wprawdzie domy podobnie się nazywające, jak: Babonaubków, Babiłłów, Babinowskich, Babińskich i Babskich, ale o Babiniczach nie słyszałem…”. Oczywiście, że pan miecznik zna „całą Litwę”, a zapewne jest z nią bez wyjątku spowinowacony, jak nie przymierzając Stommowie przez Gintowtów z Radziwiłłami. To jest przecież „rodzinna” istota Kresów.

Tadeusz Olszański zna z kolei cały Stanisławów. Wywodzimy się wprawdzie, patrząc na bezduszną mapę, z dwóch ogromnie odległych zakątków dawnej Rzeczpospolitej, a jednak ukłucie serca to samo. I duch, i wspomnienie, i żal, i nastrój. Dwie, wydane w Iskrach, książki Olszańskiego „Kresy Kresów. Stanisławów” i „Stanisławów jednak żyje” przesączone są tym czymś, co przebrzmiewało i w laudańskich tęsknotach. Wspominając zaczyna od topografii – ulice, jakie były, kto na nich mieszkał. Na ulicy Pełesza, „po lewej stronie, idąc od ulicy Kamińskiego, ciągnął się wzdłuż chodnika rząd parterowych domków, starannie wybielonych z firaneczkami i zasłonkami w oknach, żeby nikt nie zaglądał, bo były bardzo nisko położone.

(…) Po prawej stronie ulicy Pełesza ciągnęły się natomiast piętrowe kamieniczki. Piękne, z balkonami, zbudowane w secesyjnym stylu kiedyś przed I wojną światową. Na ich tyłach były zaś nie ogródki, lecz podwórka”. Na bramie piętrowej kamieniczki numer 15 wisiała tabliczka:

 

„dr wszech nauk lekarskich

TADEUSZ OLSZAŃSKI

Ordynuje w chorobach wewnętrznych,

od 3 do 6 po poł.”

.

Chodzi o ojca, ale nie tylko, gdyż w tej właśnie kamienicy Tadeusz dr wszech nauk lekarskich spłodził Tadeusza – autora. Niezły był to punkt obserwacyjny. Po lewej życie proletariatu, po prawej miejscowej burżuazji. Ale Tadeusze Olszańscy nie zadowolili się tym jednym punktem odniesienia. „Tę tabliczkę, ilekroć tylko przeprowadzaliśmy się, odkręcano i umieszczano w nowym miejscu”. Nowe zaułki i nowe spotkania. I tak defilują we wspomnieniach Tadeusza juniora stanisławowskie ulice, wszystkie bliskie. Tam mieszkał, tam chodził do szkoły, tam do sklepu kolonialnego…

Kresową sielankę przerywa dopiero wojna. Ulice nikną, pojawiają się dramatyczne miejsca: plac Mickiewicza, gdzie rozstrzeliwało NKWD, getto, Czarny Las, gdzie rozstrzeliwali tym razem Niemcy, rampa na Majzlach… Walec straszliwej historii rozjeżdża Stanisławów. Jakby na przekór tytuł drugiej książki „Stanisławów jednak żyje”. Bo przecież pamięć zostaje. Nie ma już ulic, więc poznajemy teraz tych, których na tych ulicach przeważnie jużeśmy przelotnie spotkali. Wspaniała galeria portretów. Doktor Jan Gutt, góral z Poronina, właściciel jedynej prywatnej kliniki w Stanisławowie, raz w tygodniu otwartej darmowo dla ubogich, który w młodości dorabiał jako zapaśnik „czarna maska”, walczył w Anglii, Hiszpanii, Francji… i o mały włos nie został olimpijczykiem.

Inny doktor Stefan Hoszowski, tak popularny wśród wszystkich mieszkańców Stanisławowa, bez względu na narodowość, iż strażnicy ukraińscy wynieśli go w worku z katowni gestapo. Kazimierz Tatara, pracownik garbarni, który wykradł i uratował wyrzucony przez Niemców na złom wielotonowy pomnik Mickiewicza. Anna Csillag, o której Piwnica pod Baranami śpiewała frywolną piosenkę, a która istniała naprawdę i wynalazła miksturę na porost włosów. Niezrównani piłkarze: bramkarz Stanisław Kantor i Kazimierz Trampisz, dzięki którym baciarska Górka odniosła w 1938 r. historyczne zwycięstwo nad inteligencko-garnizonową Rewerą…

Do kogo adresowane są książki Olszańskiego? – Do Kresowiaków – na pewno. Do tych, co chcieliby Kresy poczuć i poznać – niewątpliwie. Ale także i tych po prostu, którzy spragnieni są pasjonującej lektury z odrobiną rzewności i mgły. Do mnie ze wszystkich tych trzech powodów.

Ludwik Stomma

Polityka - nr 50 (2786) z dnia 2010-12-11; s. 97

http://archiwum.polityka.pl/art/kresy,383588.html