W MOIM SERCU WCIĄŻ TLI SIE BÓL...

12. 06. 11
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1772

Czas leczy rany przeszłości, dojdzie chyba do pojednania obu narodów, ale oby się to stało bez półprawd, przemilczeń i fałszu. Kiedy od kilku lat polskie media w okolicach 14 lutego lansują obchody tzw. Walentynek, przyznam, że gorzkie łzy i bolesne wspomnienia nie dają mi spokoju. Dla mnie 74-letniej już kobiety, na pozór szczęśliwej, ustabilizowanej, 14 lutego kojarzy się z wygnaniem z kraju lat dzieciństwa. Pisał A. Mickiewicz, że „on zawsze zostanie wierny i piękny, jak pierwsze kochanie”. Przytaczam te słowa młodym, którzy nie mają przykrych przeżyć, którzy zachłyśnięci współczesnością krytykują starsze pokolenie Polaków za powroty do martyrologii. Minęło właśnie 60 lat od „wygnania” całej mojej rodziny z Wybranówki, miasteczka na Kresach (40 km od Lwowa), jesienią minie również 60 lat od zamordowania mojego ojca przez NKWD. W moim sercu wciąż tli się ból, a wydarzenia tamtych lat ciągle stoją mi przed oczyma.

Kraj lat dziecinnych

W Wybranówce mieszkałam z całą moją rodziną od 1931 r., mimo że rodzice pochodzili z Dąbrowy w powiecie rzeszowskim. Ojciec mój na początku lat dwudziestych ub. wieku pracował tam na kolei żelaznej i mieszkał. Wyjechał tam do pracy, zresztą jak wielu innych młodych ludzi z naszych terenów. Mieliśmy obszerną budkę kolejową nr 37 za mieszkanie, mama wychowywała nas, dzieci (Władysława, Stefanię, Józefę, w 1941 r. urodził się Wiktor), prowadziła gospodarstwo domowe, przepiękny ogród kwiatowy i warzywny, ojciec oprócz pracy na kolei uprawiał nowoczesne warzywa, np. kalafiokalafiory, które także w zimie rosły w piwnicy, hodował różne rasy kur, kaczek, zajmował się sadownictwem i miał pasiekę z 32 ulami pszczelarskimi. Mieliśmy krowę – „Łysą” i psa „Figla”, przywiezionego z Dąbrowy. Niczego nam nie brakowało. Chodziliśmy do szkoły, w której uczyli się i Ukraińcy i Rusini i Żydzi, a nawet Niemcy, po południu zaś baraszkowaliśmy, gdzie się dało. Potok Suchodolski płynął przez bagniste łąki doliny, w niewielkim stawie, do którego nie można się było dostać latem kwitły piękne nenufary i lilie wodne. W stawie tym brat Władek łowił ikrę żabią, przynosił do ogródka kwiatowego mamy, hodował żaby w małych korytkach, a największa rozpacz była wtedy, gdy dorosłe już żaby uciekały z ogrodu, nawet je przywiązywał do płotu, ale bezskutecznie. Północno-wschodnie tereny porastały olbrzymie lasy liściaste. Rosły tam maliny, poziomki, grzyby, piękne leśne kwiaty, krzewinki borówek i wrzosów. Do Wybranówki przyjeżdżali na wypoczynek letnicy. W 1937 r. ojciec po ukończeniu szkoły powszechnej (wieczorowej dla dorosłych) awansował i otrzymał pracę w Służbie Ochrony Kolei we Lwowie. Polaków w Wybranówce było mało. Mieli za to ogromne gospodarstwa rolne zakupione po parcelacji majątku dworskiego w latach 20 ub.w. Taki majątek posiadał Józef Lachcik z Bratkowic, ogromną cegielnię prowadził jej właściciel Nijander. Wiele hektarów pola miał też Żyd Gietraj.

Potem wybuchła wojna 1939 r.

„Wszystko się zawaliło”. Naszym torem kolejowym przejeżdżało wojsko na front i ranni z frontu. Na stacji kolejowej stały zbombardowane pociągi. Ogromne tłumy uciekinierów, cywili i żołnierzy przechodziło drogami w kierunku Czerniowiec i Lwowa. Niemcy „wjechali” do Wybranówki na motocyklach w wygodnych samochodach, elegancko ubrani, mieli mapy i jechali najczęściej w kierunku Lwowa. To Armia „Południe” 36 dywizji generała Gerda von Rundstaedta. Wciąż oczekiwaliśmy na Polskie Wojsko, że zatrzyma dumnych Niemców, że utworzy front, że nie dopuści do zagarnięcia Lwowa. Starsi mówili, że nadejdzie pomoc od Anglii i Francji, ale Lwów upadł.

17 września, gdy kampania wojenna z Niemcami była już faktycznie przez Polskę przegrana, granice wschodnie Polski przekroczyła Armia Czerwona, zajęła tereny wschodnich województw i zaczęła nas „oswabadzać”. Nikt niczego nie wiedział, totalne „bezhołowie”.

„Chmara” ludzi ubranych byle jak z karabinami przewieszonymi przez ramię na sznurku i parcianym workiem na plecach również umocowanym na sznurku, weszła w nasze granice. Byli brudni, obdarci, gdzież im do polskiego czy niemieckiego wojska? Ukraińcy pozwalniali z pracy wszystkich Polaków. Najgorzej było na kolei. Nie umieli obsługiwać urządzeń kolejowych, było dużo wypadków. Po szoku klęski wrześniowej, życie powoli, na pozór, zaczęło wracać do normy.

Bez półprawd, przemilczeń i fałszu

Ojciec zwolniony z pracy na kolei, podjął się pracy gajowego w pobliskich lasach. Sowieci często robili we wsi jakieś „zbory”, „selerady” (wiece). Przychodzili na nie sami Ukraińcy, radzili nad czymś. Wkrótce zaczęły pojawiać się pogłoski o aresztowaniach Polaków, głównie inteligencji, pojawiły się antypolskie napisy, plakaty, ulotki, a potem każdy Polak był im wrogiem. Zaczęły się aresztowania i zsyłki na Sybir. Rozpoczynano od bogatych rolników, bo wg Rosjan oni byli przyczyną biedy w ZSRR. Zwykle w nocy wkraczało do domu sowieckie NKWD, w ciągu 15 minut rodzina musiała się spakować. Wcześniej splądrowano cały dom, niby w poszukiwaniu broni, odczytywano „wyrok” na ojca rodziny i z zabranymi naprędce rzeczami furmankami transportowano na stację kolejową, stamtąd w tzw. bydlęcych wagonach, stłoczeni, bez podstawowych warunków higieniczno-sanitarnych jechali w nieznane. Tak zesłano naszych sąsiadów i przyjaciół: Józefa Lachcika z żoną, dwiema córkami Heleną i Józefą, mężem Heleny i dzieckiem – niemowlęciem. Dziecko zmarło w drodze na Sybir, zmarł także mąż Heleny, inni po wojnie wrócili do Polski. Osiedli na tzw. Ziemiach Odzyskanych. Po „obszarnikach” wywożono i innych Polaków. My byliśmy przygotowani na to. Mama miała w workach suchy chleb. Każde z rodzeństwa miało pod płaszczem przyszytą dużą kieszeń, by zmieścić tam bochenek chleba. Prześcieradła i koce również były przygotowane, żeby w każdej chwili zawiązać w nie nasz dobytek. Każda noc to koszmar oczekiwania na walenie do drzwi i ewentualną zsyłkę. Rano trzeba było dzieciom iść do szkoły ukraińskiej. Mówiło się w niej tylko po ukraińsku, męczyły się dzieci, nauczyciele także. Nasza mama w żaden sposób nie mogła nauczyć się ukraińskiego. Od 1943 r. najstarszy brat dojeżdżał do pobliskiej szkoły w Chodorowie, gdzie kierownikiem był prof. Jawornicki (po wojnie osiadł w Rzeszowie).

Nasze – dzieci, życie skupiało się zawsze wokół kolei.

Pamiętam do dziś pociąg z zesłanymi na Sybir. Płacz, krzyki, śpiewy pieśni kościelnych, jęki chorych słychać było daleko. Poprzez uchylane drzwi wagonów albo zakratowane okna usiłowali oni błagać o pomoc. Pamiętam młodą kobietę, która siedziała koło drzwi, krzyczała i przywoływała imiona dzieci, i mdlała z rozpaczy. Podawano jej amoniak trzeźwiący, ale ona znów mdlała. Widocznie rozdzielili ją z dziećmi...

Okres głodu– 1940/41

Pozostawione przez zesłanych Polaków majątki były rabowane a o uprawy rolne nikt się nie starał. Zboża nie zostały zebrane, ziemniaki jesienią nie wykopano. Na wiosnę nastał głód. Wówczas wygrzebywano spod ziemi przemarznięte gnijące ziemniaki i jedzono. Kilka ziaren zbóż znalezionych przypadkowo na polu mielono w młynkach do kawy na kaszę dla niemowląt. Ludzie puchli z głodu i umierali. My nie zaznaliśmy głodu, ale tylko dzięki zapobiegliwości rodziców. Ojciec przynosił z lasu „załatwione” rzeczy, wymieniał je za miód, zbieraliśmy wszyscy owoce leśne, więc było co jeść. Zbieraliśmy nasiona buka, z nich wytłaczano olej. Dołączając do tego terror i niepewność oraz zagrożenie życia ze strony band UPA – nie było łatwo żyć. W 1941 r. urodził się mój najmłodszy brat Wiktor. Imię otrzymał takie dlatego, że właśnie został zastrzelony z Wybranówki Ukrainiec Wiktor Hrabal. Mama więc uznała, że patriotyzm i nienawiść do banderowców okaże tym, że za zmarłego, nowy Wiktor wyrośnie, i... będzie zwycięstwo – Wiktoria. Tymczasem w dniu 22 czerwca 1941 r. Niemcy wypowiedzieli wojnę Związkowi Sowieckiemu. Niemcy zajęli się Żydami. Pomagali im Ukraińcy. Po wkroczeniu do Wybranówki rozpoczęli wpierw akcję ośmieszająco-kompromitującą Żydów. Pamiętam jak ubranych w uroczyste szaty żydów pędzili, bili i popychali w czasie „uroczystego pochodu” przez wieś. Musieli śpiewać, a na taczkach na przedzie kolumny wieziono przełożonego gminy żydowskiej, trzymającego chorągiew żydowską. Później zaczęły się mordy, wywózki do obozów, zamykanie do gett. Żydzi uciekali, kryli się w lesie, w pobliżu torów kolejowych i nad rzeką widziałam często trupy zamordowanych Żydów, nocą grzebali ich Polacy. Mieszkali w lesie – w ziemiankach, nocą przychodzili do domów z prośbą o żywność. Mama zawsze miała przygotowane paczki z pokarmem, dawała im. W ziemiance leśnej mieszkał zięć znajomego rabina Gietraja z żoną i niemowlęciem tam urodzonym. Pomagała im. Nocne zamieszanie w domu słyszałam, ale rodzice skrzętnie skrywali wszystko przed dziećmi.

Od jesieni 1943 r. eksterminacja Polaków

Szczególnie tragiczny okazał się los polskiej ludności na Kresach w latach 1943/44. Niemcy od 1943 r. wywozili młodych Polaków na przymusowe roboty do Rzeszy. Najstarszy brat bardzo się tego bał. Ojciec już był w AK, dnie i noce spędzał w lesie. Mama gotowała zawsze dużo jedzenia i nosiliśmy je do lasu „dla taty”. Bardzo bałam się chodzić do lasu. Było tam mnóstwo mogił, w krzakach i zaroślach można było natknąć się na zwłoki ludzkie, chodziło w lesie dużo uzbrojonych ludzi, wypytywali, gdzie idziemy. Moja młodsza siostra, Józefa czyniła to chętnie, może nie rozumiała powagi sytuacji, a może była bardziej odważna. Chodził do „leśnych” najstarszy brat i często cały dzień przesiadywał w lesie na drzewach w obawie przed zarekwirowaniem go na przymusowe roboty do Niemiec. Musieliśmy wyprowadzić się z naszego budynku kolejowego, zajął go Ukrainiec, a my tułaliśmy się po domach różnych znajomych. Mieszkaliśmy w domu Michała Fusa, Jana Hornyka, Jana Lachcika. Ukraińcy współpracujący z Niemcami mówili do Polaków: „Żydami rozczyniamy ciasto na chleb, Polakami będziemy mieszać”. Tak też było. Ukraińcy w dzień byli miłymi sąsiadami, nocą przychodzili i odcinali głowy. W dzień w miarę normalnie się żyło, noce spędzały kobiety z dziećmi w kryjówkach, mężczyźni w nocy dyżurowali, strzegli wieś przed banderowcami. Pewnej nocy obudziły nas dzwony z pobliskiego kościółka. To wartownicy spostrzegli pod lasem coś niepokojącego, zadzwonili na alarm, zbiegło się dużo ludzi i oddział z lasu zniknął. Polacy wyjeżdżali stamtąd, kto został, musiał więcej czasu spędzać w kryjówkach niż żyć normalnie. Całą jesień i zimę 1943/44 spędziłam z dwuletnim bratem w piwnicy, nie można było nawet dawać Ukraińcom przypuszczać, że gdzieś jeszcze są Polacy. Gdy w domu czasem w konspiracji zbierali się Akowcy, sąsiedzi nie wiedząc o tym ostrzegali, że za długo się świeci. Już wtenczas czytałam kolorowe broszury o zamordowanych oficerach polskich w Katyniu, wiedzieliśmy o Oświęcimiu.

Było bardzo niebezpiecznie.

W lutym 1944 r., ktoś ostrzegł ojca, że musi się już koniecznie przenieść gdzie indziej. 2 walizki i kilka małych tobołków – tyle zabraliśmy ze sobą wyjeżdżając w nocy z Wybranówki do Dąbrowy. Wszystko zostało, nie zdążyliśmy nawet zamknąć drzwi domu. Niewiele rozumieliśmy z tego, cieszyliśmy się, że jedziemy do babci, ale ojciec w pociągu zmierzającym do Lwowa stał przy oknie i oglądał się za siebie, jakby czując, że żegna tę ziemię na zawsze. We Lwowie zastraszeni, kryliśmy się po kątach i zakamarkach stacji, żeby nikt znajomy z Ukraińców nas nie spotkał.

Droga ze Lwowa do Przemyśla dłużyła się niesamowicie. Pociąg został zatrzymany na przestrzeni, to Ukraińcy napadli na niego. Znów strach, płacz, modlitwy, ale po kilku godzinach znów pociąg ruszył i dojechaliśmy do Przemyśla. Całą noc spędziliśmy na stacji, na brudnej posadzce, w jakimś ciemnym korytarzu, brudni, zziębnięci, głodni. Po wojnie ilekroć byłam w Przemyślu, szłam w ów kącik – rozpoznany przeze mnie i znów wracały wspomnienia. Nad ranem z Przemyśla przyjechaliśmy do Rzeszowa, a później do Trzciany. Tu byliśmy już „jak u siebie w domu”. Przed południem 14 lutego 1944 r. dotarliśmy do babci w Dąbrowie. Byłby już najwyższy czas oderwać się od bolesnej przeszłości. Na wspomnianym we wstępie pomniku odsłoniętym w Warszawie w 60 rocznicę zbrodni wołyńskiej napisano: „Biegliśmy, lecz śmierć miewała bliżej, gdy szła od współziomków”. Daleko – też śmierć znalazła mego ojca. Poszukiwany przez NKWD jako żołnierz Armii Krajowej został bestialsko zamordowany w Dąbrowie, kilka miesięcy po powrocie z Kresów.

Stefania Bassara

Fragment wspomnień autorki opublikowany na: http://www.swilcza.com.pl/swilczaold/t034.htm