Hela powtórnie ochrzczona

11. 05. 22
posted by: Władysław Białowąs
Odsłony: 2499

Władysław Białowąs posiłkując się własną pamięcią, wspomnieniami ojca, starszej siostry, dalszych krewnych i znajomych pisze o tragicznych losach polskich mieszkańców Ihrowicy – wsi na Kresach Wschodnich. W lutym 1940 roku polskich ihrowiczan wywieziono na Sybir.

Po namyśle udałem się do nieznajomego gospodarza, tak na chybił trafił o nazwisku Szuber. Opowiedziałem mu moją sytuację, poprosiłem aby mnie zawiózł do wsi Dobrowody około 12 km. On się wczuł w moje położenie i bez żadnych warunków się zgodził. Zaprzągł konie do sań i zawiózł mnie do ojca. Był już wieczór. Na drugi dzień, w poniedziałek rano udaliśmy się z ojcem do sołtysa, Ukraińca - Mikołaja Hołowatego w celu wydania mi zaświadczenia, że jestem urodzony w Dobrowodach, które otrzymałem bez zastrzeżeń. W domu ojca naszykowaliśmy litr spirytusu gorzelnianego, bańkę miodu i parę kilogramów słoniny. Pojechaliśmy sami do Ihrowicy, do mojego szwagra Stanisława Białowąsa, z którym udaliśmy się do sołtysa Ukraińca Doupoły, aby wydał zaświadczenie, że moja żona Maria, z domu Szczęch, jest zamieszkała w Ihrowicy. Takiego zaświadczenia nie otrzymałem, szkoda było trudu, że jej nie wypuszczą z wagonu. Ze szwagrem udaliśmy się saniami w godzinach popołudniowych na stację do Hłuboczka Wielkiego, gdzie stały wagony z ludźmi, gotowe do odjazdu na Sybir. W wagonach okna i drzwi zadrutowane, wkoło pełno śniegu, mróz - 30 stopni, na peronach sowieccy żołnierze. Szwagier ulokował sanie z końmi w zacisznym, niewidocznym miejscu obok stacji. Ja udałem się do naczelnika NKWD na stację. Ten spytał jaką mam sprawę. Wyjąłem podanie i wręczyłem mu je. Przeczytał i zaczęła się rozmowa na ten temat. Przeciągała się. Ja w międzyczasie wtrąciłem że jest bardzo zimno, z rozwagą powiedziałem, że mam się czym rozgrzać i wyjąłem z torby spirytus. Spojrzał na mnie, widać było, że tym trafiłem. Podał aluminiowy garnek, kazał wlać spirytus i rzekł abym ja pierwszy wypił. Wypiłem nieznaczną ilość i podałem mu garnek. On kilkakrotnie łyknął dosyć ostrożnie i po kilku sekundach rzekł że nie ma u niego zakąski. Ja nie namyślając się długo, wyjąłem z torby kawałek słoniny i podałem mu. Obejrzał kilkakrotnie obracając i zwracając się do mnie, że jest bardzo gruba. Ukroił sobie dość szeroki kawałek i począł jeść. Po kilku minutach rzekł, że jest bardzo smaczna. Po kolejnych minutach rozmowy już sam sobie nalał spirytus do garnka i znów dosyć ostrożnie łykał. Po około 20 minutach poszliśmy na stację kolejową, wywołał naczelnika stacji, że ja mam zgodę na uwolnienie z wagonu żony z dzieckiem. Obaj weszli do biura naczelnika stacji, a mnie powiedział abym poczekał na korytarzu.

Ich rozmowa w biurze trwała dość długo, około pół godziny. Potem stojącemu przed biurem wartownikowi rozkazał, żeby ze mną poszedł do pociągu z ludźmi i poszukał żonę z dzieckiem. Podeszliśmy do pociągu, strażnik zwrócił się do mnie abym sam szukał. On zmarznięty stanął w odpowiednim miejscu obok pierwszego wagonu, chroniąc się od wiatru. Zacząłem szukać, chodząc od wagonu do wagonu, stukając w każdy i głośno pytając czy jest w tym wagonie Maria Jagielicz. Obstukałem wszystkie wagony i nikt się nie odzywał. Przy wejściu na stację stał szwagier Stanisław, czekając zniecierpliwiony na rezultat moich starań. Podszedłem do niego, mówiąc że nie mogę odszukać Marii. Dopiero on wskazał w którym mniej więcej wagonie ona może być. On się dobrze orientował, ponieważ parę razy dostarczał tam żywność. I faktycznie we wskazanym wagonie po silnym stukaniu i wołaniu odezwał się jeden ze szwagrów, mówiąc że oni tu są. Odkręciłem druty z drzwi, otworzyłem je i wlazłem, W wagonie było pełno ludzi, czuć było smród, powstał krzyk, niemalże wszyscy zaczęli prosić abym ich ratował, aby uczynić wszystko by wyszli z tego wagonu. Teściowie zaczęli płakać i prosić - Wojtek, Wojtek ratuj nas, ratuj bo zginiemy, ratuj bo zamarzniemy. Zwróciłem się do nich że na razie udało mi się uwolnić z wagonu żonę z dzieckiem, a teraz będę próbował uwolnić was. Wiedząc doskonale, że nie byłem w stanie im pomóc musiałem ich pocieszać. Żona z dzieckiem zostali umieszczeni na pryczy przy ścianie wagonu. Była tak zmarznięta i zaskoczona moją obecnością, że niewiele mówiła. Wagon był nieszczelny, były dziury w ścianach. Wlazłem na pryczę, chcą zabrać dziecko otulone w jakieś łachmany i coś się stało. Nie mogłem podnieść dziecka. Okazało się, że okrycie dziecka było przymarznięte do ściany wagonu. Jednak oderwałem je od ściany i zniosłem na rękach na dół.

Pożegnałem się z teściami i szwagrami. Wyszliśmy z żoną na zewnątrz do sań przy których stał szwagier i wartownik, który miał ze mną szukać. Wartownik co chwilę wychodził zza wagonu i spoglądał, gdzie jestem. Usiedliśmy na sanie i szybko ruszyliśmy w kierunku Ihrowicy, do państwa Chabinów, którzy mieszkali w Hłuboczku Wielkim. Wspomnę, że w obawie przed niechybną śmiercią dziecka, w wagonie postanowiono ochrzcić je wodą.

Chrzestną Heli (tak jej dali na imię) została Maria Tracz, sąsiadka Szczęchów z Korczunku, a chrzestnym brat Marii, a mój szwagier Jan. Oboje chrzestni przeżyli Sybir. Maria Tracz po wojnie osiedliła się w Anglii. Chabinowie byli nauczycielami w Ihrowicy, dobrze znali szwagra Stanisława, więc śmiało zajechaliśmy do nich. Chabinowa zaopiekowała się małą Helą. Zagrzała wodę i wykąpała niemowlę, wyprała pieluszki i inne łaszki, a swoimi ją owinęła. Rano dobrze ubrani otuleni od zimna i wiatru, powróciliśmy do Ihrowicy, do domu szwagra.

Te i inne wspomnienia przekazał mi wujek Wojciech Jagielicz w latach 90.

Kiedy Ciocia Maria z dzieckiem przebywali u nas, w marcu lub kwietniu 1940 r. postanowiono po raz drugi ochrzcić małą Helenę w kościele. Tu chrzestną została Stefania Białowąs, córka Sylwestra, a chrzestnym został szwagier, mąż siostry Stanisławy.

Zabrani na Sybir w lutym 1940 r., jeśli przeżyli podróż, to na drugą zimę lżej znosili mrozy od tych, których zabrano w innych terminach, ponieważ byli lepiej przygotowani i uodpornieni. Przy tych mrozach w miarę możności więcej zabierali odzienia zimowego. Pociąg wyjechał z Hłobuczka Wielkiego po pólnocy 12 lutego. Gdyby Wujek Wojciech z moim ojcem nie zjawili się przed północą to nie zdążyłby zabrać żonę z dzieckiem z wagonu.

Po umowie Sikorski - Majski

Los moich dziadków i wujków - Jana i Franciszka po wywózce był ciężki i tragiczny. Osiedlono ich na dalekim Sybirze w Komi ASSR. Pracowali ciężko, biedowali. Z początku wysyłano dla nich paczki żywnościowe. Wysyłać można było tylko z jednej poczty w województwie. Każda paczka musiała być obszyta płótnem.

Po rozpoczęciu wojny sowiecko - niemieckiej w czerwcu 1941 r. ogłoszono „amnestię” dla Polaków. Według umowy Sikorski - Majski wszyscy zesłani powinni być wolni, przebaczono im „zbrodnie”. Można było jechać na odległe azjatyckie tereny, gdzie tworzyła się Armia Polska. Chociaż ogłoszono dla nich wolność, to w wielu posiołkach oddalonych daleko od większych miejscowości, traktów utrudniano im wyjazd na południe. W różnych punktach Kazachstanu, Kirgizji, Uzbekistanu, ludzie – widma zgłaszali się do oddziałów polskich. Przyjmowano młodych mężczyzn i kobiety. Tam gdzie formowano oddziały, tam masowo Sybiracy starali się dostać, aby polepszyć swój byt. Dziadkowie i wujkowie postanowili dostać się do Uzbekistanu, gdzie również tworzono Armię Polską. Wyjechali saniami, kilka dni spędzili podróżując pociągiem. W drodze zmarł nasz dziadek Michał Szczęch. Jego ciało zostawiono na najbliższym postoju. Na czyjej ziemi, w jakim kraju zmarł? Tego nie wiemy. Jadąc dalej na jednej z większych stacji zatrzymał się pociąg. Kierownictwo pociągu oznajmiło, że będzie dłuższy postój i pasażerowie będą mogli wyjść, kupić chleb i zaopatrzyć się w wodę. Wielu pasażerów (Polaków) wysiadło, wysiadł też mój wujek Franciszek Szczęch. Wysiedli przeważnie młodzi, wszyscy podążali do punktu sprzedaży poza stacją. Kiedy pasażerowie byli oddaleni od pociągu na sporą odległość, pociąg bez zapowiedzi odjechał. Pozostawieni pozostali rozłączeni z rodziną. Nie mieli co jeść i pić. Wykończeni długą podróżą przez kilka dni umierali. Okazało się że w punktach sprzedaży nie było nic, nawet chleba. Po paru dniach przejechał następny pociąg z Polakami w kierunku Uzbekistanu. Pociągiem tym jechała pierwsza chrzestna Heli, Maria Tracz. Pełniła w pociągu obowiązki pielęgniarki. Wiedziała że poprzedni pociąg zostawił wielu pasażerów, i wiedziała że jechali nim Szczęchowie i mama oraz dwóch synów Franciszek i Jan. Wiedziała też, że Franciszek wyszedł i pozostał na stacji i mógł też umrzeć. Do jej obowiązków należało, między innymi zbieranie trupów leżących w publicznych miejscach. Poczęła go szukać między trupami, które leżały warstwami rozebrane do naga. Znalazła go. Jan z mamą jechali nadal w kierunku Uzbekistanu. W czasie podroży uzgodnił, że odłączy się od pociągu i pojedzie innym aby szybciej dotrzeć do punktu formowania się Armii Polskiej. Rzeczywiście Jan przybył tam wcześniej. Kiedy mama dojechała na miejsce on był już w wojskowym mundurze. Żołnierze polscy swoją dzienną porcją głodową dzielili się z ludnością cywilną. Mama wujka Jana - Aniela, będąc już w podeszłym wieku po wycieńczeniu ciężką pracą na Sybirze, a teraz długotrwałą i głodową podróżą, zjadła normalną porcję posiłku, zachorowała i zmarła.

Pochowana została na ziemi uzbekistańskiej. Syn Jan zorganizował pogrzeb. Zmarłą chował polski ksiądz. Jan Szczęch, po przeszkoleniu z wojskiem udał się do Persji, a stamtąd do Włoch, będąc w Armii Andersa walczył pod Monte Cassino. Po wojnie poznał Włoszkę Irenę, ożenił się i wyemigrował do Argentyny.

Ze wszystkich wymienionych tu osób – "bohaterów" tego artykułu, żyją: "niemowlę" - niedoszła sybiraczka Hela, mieszka w Nysie. Rodzina Wojciecha Jagielicza została przesiedlona w 1945 r. do miejscowości Parypse koło Chełma. Stamtąd, po półtorarocznym pobycie, wyjechali do wsi Wielkie Łąki koło Nysy.

Ucieczka z wagonu

Jak już wspominałem podczas wywózki na Sybir 10 lutego 1940 r. w pociągu stojącym na stacji kolejowej w Hłuboczku Wielkim w jednym z wagonów znajdowała się rodzina Adamarczuków - Piotr, jego żona Weronika oraz ich dzieci: Jan, Helena, Janina, Władysław, Tadeusz oraz Kazimierz. 12 lutego po północy wyjechali na Sybir. W jednym wagonie byli z Szubrami, Bielawskimi i innymi rodzinami. Razem około 40 osób. Po wyruszeniu pociągu Adamarczukowie naradzili się, aby najstarsze rodzeństwo: Jan (rocznik 1919) i Helena (rocznik 1921), próbowali uciec, wyskakując z wagonu. W tym celu oddrutowano okienko, przyszykowano tobołki i na stacji kolejowej Maksymówka, kiedy pociąg zwolnił bieg, wyskoczyli przez okienko. Była noc, sporo śniegu, co im bardzo sprzyjało. Po przejechaniu pociągu, podnieśli się ze śniegu, pozbierali tobołki i udali się do swojego stryja Adamarczuka, który mieszkach w Czanarach koło Zbaraża. Stryjenka zdziwiła się, pytając dlaczego opuścili rodziców i młodsze rodzeństwo. Według niej niepotrzebnie uciekli z wagonu. Tego samego zdania był stryjek. Jednym słowem byli przeciwni temu co uczynili. Dano im posiłek i przenocowano. Na drugi dzień stryjek wyszedł z domu i po jakimś czasie wrócił w towarzystwie NKWD. Po aresztowaniu znaleźli się w areszcie w Zbarażu. Jak się okazało, stryjek był zwolennikiem komunistycznej ideologii i pracował w gminie jako sekretarz.

 

Wojciech Jagielicz po załatwieniu spraw żony i dziecka, nadal pracował w Zbarażu w MTS-ie, stołując się w jadłodajni u Rudnika. Aresztowani Helena i Jan przebywali parę dni w areszcie. Byli wyprowadzani pod strażą na posiłki do wspomnianej jadalni. Pewnego razu Wojciech Jagielicz spożywając posiłek zauważył ich. Po rozmowie ze strażnikiem, pozwolono mu na krótką rozmowę z nimi. Oni opowiedzieli, jak to się stało że zdradził ich stryjek. Po tym spotkaniu po paru dniach, aresztowanych odesłano do Tarnopola, do pociągu zbiorowego, który miał wyruszyć na Sybir. Kiedy oboje znaleźli się w zimnym wagonie, Helena ciężko zachorowała. Straciła przytomność i miała wysoką temperaturę. Kierownictwo pociągu postanowiło odwieźć ją do szpitala w Tarnopolu, pod eskortą żołnierza. Pociąg z ludźmi stał na stacji towarowej gotowy do odjazdu na Sybir. Na stacji tej był skład węgla. Mieszkaniec Ihrowicy, nasz sąsiad, Ukrainiec Petro Bojko, kupował w tym czasie węgiel, który składowany był blisko pociągu. Jan Adamarczuk widząc z wagonu znajomego z Ihrowicy, prosił aby powiadomił Stanisława Białowąsa, że jest w wagonie pociągu na stacji towarowej, a jego siostra Helena została zabrana do szpitala. Petro Bojko niezwłocznie powiadomił ojca, a ten zaprzągł konie do sań i natychmiast pojechał na stację towarową. Niestety okazało się, że pociąg już odjechał na Sybir.

WŁADYSŁAW BIAŁOWĄS

http://www.tygodnikprudnicki.pl/1,7062,0,0.html