Moje dzieciństwo we wsi Jamiczno na Kresach

12. 03. 02
posted by: Witold Majewski
Odsłony: 1825

W Jamicznie, jak przystało na wieś gminną była poczta, posterunek policji, cztery sklepy prywatne i oczywiście gmina. Była także szkoła jednoklasowa, która mieściła się w domu prywatnym wynajętym od gospodarza Amieljana. Mimo tej wspaniałości gminnej wsi, była tu cisza i przepiękne łono natury. Cisza niczym nie zmącona.

Najbliższe miasteczko Byteń było w odległości 17 kilometrów. Do powiatowego miasta Baranowicze było 40 kilometrów.

Wieś moją zamieszkiwali Polacy i Białorusini. Posługiwano się dwoma językami – polskim i białoruskim. Były także dwie religie „ruska i polska”. Kościół był w Łańcew-łogu odległym 3 kilometry. Cerkiew w Miłowidach 7 km od Jamiczna.

Rodzina moja, w której się wychowałem, była wspaniała! Brakowało czasem na stole smakołyków, chodziliśmy biednie ubrani, było jednak w domu zawsze pogodnie i przyjemnie. Wyczuwało się miłą, ciepłą atmosferę życzliwości, dobroci i wzajemnego szacunku. Byliśmy ogrzewani gorącym uczuciem bezgranicznej miłości Kochanej Mamusi. Matka wprost promieniowała dobrocią i miłością do nas.

Swego czasu napisałem do Niej te słowa ku pamięci.

Dobroć, miłość, uczciwość i praca!

Twoje to wartości Kochana Mamo!

U Ciebie rozum i serce były razem Tak jak słowa i czyny!

Dawałaś przykłady, byłaś drogowskazem

Ty Kochana Mamo, a nie kto inny!

Ojciec był wobec nas trochę oschły, wymagającym od nas przede wszystkim pracy i nauki. Pracy, której w gospodarstwie rolnym nie brakowało dla każdego, w zależności od wieku i siły. Ojciec dodatkowo woził pocztę do stacji i ze stacji kolejowej Lesnaja odległej od Jamiczna 12 kilometrów. Ja pracowałem ciężko. Młocka w stodole cepem przez całą jesień. W zimie zwózka saniami i przygotowanie drewna opałowego na cały rok. Latem pasienie krów, praca w polu i na łące. Rodzina moja była bardzo liczna, czterech braci i cztery siostry. Wszystkie urodzone w domu, urodzone szczęśliwie. Porody odbierała wiejska babka Felimena.

Ja w bociany nie wierzyłem. Obudził mnie pewnej nocy krzyk mamusi. Ojciec uspokajał ją. „Cicho, dzieci pobudzisz”. Ja się obudziłem. Przy świetle lampy naftowej widziałem spod pościeli poród. Powiedziałem rano wszystkim siostrom i braciom. Wkrótce spadnie na nas obowiązek kołysania dziecka do snu, a kiedy zaśnie, musimy bawić się cicho. A to już nie należało do przyjemności.

Przyjemności oczekiwaliśmy z innych powodów. Za parę tygodni będą chrzciny. Będą goście i stół obficie zastawiony różnymi smakołykami. My z tego stołu także dużo skorzystamy.

Niezależnie od wyżej wymienionych okoliczności, każdego roku przeżywaliśmy jeszcze bardziej wspaniałe chwile. Były to okresy święta Bożego Narodzenia, Święta Wielkanocne i Zielone Świątki. Czekaliśmy tych uroczystości z wielką przyjemnością. Liczyliśmy tygodnie, dni, a nawet godziny.

Przygotowania do wszystkich wymienionych wyżej świąt stanowiły generalne sprzątania całego gospodarstwa. Porządek robiono nie tylko w mieszkaniu ale także na podwórku i w budynkach gospodarczych. Kupowano z reguły nowe ubranka, buciki, czapki lub berety itp. Do konsumpcji kupowano pszenną mąkę na ciastka. Mięso, słonina, tłuszcze pochodziły z własnej hodowli. Przyszedł jednak czas, że skończyło się dla nas to życie wiejskie – anielskie. Wojna.

Dzień pierwszego września 1939 roku wstrząsnął całą naszą rodziną. Cała wieś żyła w napięciu i strachu, niepewności dnia jutrzejszego. Przeżywaliśmy okropności wojny i okupacji, terroru i strachu. Ile ucierpieli nasi rodzice trudno wprost sobie wyobrazić. Przytoczę z tego okresu wspomnienia strasznych przeżyć.

Są rany, których czas nie goi. Nie można zapomnieć tak bolesnych przeżyć. Rok 1941 20 czerwca. Po dwóch dniach paniki, widoku masy wojsk radzieckich idących „na giermańca”, chaosu, wycia samolotów nad nami, wybuchów bomb, są już Niemcy. Ich czołgi nie przerwaną lawiną prują szosą brzeską na wschód, na ruskich.

Wiele osób nawet się cieszyło... Zniknie zmora kołchozów... Nie będą jak przed kilkoma tygodniami, w nocy wywozili na Sybir niewinnych ludzi.

Po kilku dniach koniec „uciechy”. Pierwsze objawy ludobójstwa, bandytyzmu w cichej wsi Jamiczno, pow. Baranowicze.

Mieszkaliśmy w sąsiedztwie z liczną rodziną biednych Bylińskich. Rodzina jakich wiele, tylko, że oni bardziej cieszyli się siedemnastego września 1939 roku z wyzwolenia od „kapitalistycznego jarzma”. Ta uciecha trwała niedługo.

Tragedia rozegrała się na początku lipca 1941 roku. W nocy bandyci hitlerowcy wywlekli z domu pana Bylińskiego, jego synów – Pawła, Kolę i Lońkę. Lońka najmłodszy miał 14 lat. Zaraz za wsią, na skraju lasu przy drodze w bestialski sposób wymordowali wszystkich. Ja z Lońką często pasłem razem konie na noclegach. Słuchaliśmy w przepiękne letnie noce śpiewu ptaków...

Rano wracając z noclegu do domu sami śpiewaliśmy aż echo rozchodziło się po lesie. Lońka miał piękny silny głos...

Tej nocy w podobny sposób zamordowano trzy osoby ze wsi Podosowce.

Pani Bylińska została z trojgiem dzieci – Sierożą, dwa lata młodszym ode mnie i małymi bliźniakami. Jej ból, płacz, całowanie zakrwawionej ziemi krwią najbliższych jej osób nie sposób opisać.

Czterech niewinnych ludzi z jednej rodziny Bylińskich zamordowanych. Panią Bylińską pozostawiono z małymi dziećmi w strasznym cierpieniu i bez środków do życia.