Wspomnienie o por. Józefie Jarockim, żolnierzu AK

12. 01. 14
posted by: Wojciech Jarząb
Odsłony: 1697

(GRYFICE) 17 maja 2011 roku zmarł w Gryficach por. Józef Jarocki. Był Prezesem Zarządu Koła Gryfice Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, jednym z ostatnich żołnierzy AK na terenie powiatu gryfickiego. Został pochowany uroczyście na cmentarzu komunalnym w dniu 20 maja. Pożegnali go licznie przybyli mieszkańcy. Poniżej prezentujemy wspomnienie o śp. Józefie Jarockim skreślone przez Wojciecha Jarząba.

Chrzest i komunia w królewskiej kaplicy

„Urodziłem się 26 VII 1925 r. z ojca Edwarda Jarockiego i matki Bronisławy z domu Fiłon w Joduciach parafii rzymskokatolickiej Gieraniony, gdzie zostałem ochrzczony, gmina Lipniszki, powiat Lida, województwo nowogródzkie. Do I komunii św. przystąpiłem w 1933 r. w Gieranionach. Cztery klasy Szkoły Powszechnej ukończyłem w Surażu, sąsiedniej wsi. Całość Szkoły Powszechnej, o zakresie 7 klas, ukończyłem we wsi Kładniki w tej samej gminie.”

Wieś Joducie liczyła 30 zagród, w większości niewielkich gospodarstw. Tylko czterech gospodarzy miało więcej niż 10 hektarów ziemi, w tym rodzina Jarockich. Gdy przyjdą bolszewicy zaliczą ich do kułaków - wrogów socjalistycznego państwa.

Dzisiejsze Joducie to Białoruś, wówczas żyły tu, obok siebie, nacje: polska, białoruska, litewska i żydowska. Okolica, z piękną historyczną kartą, nastrajała patriotycznie. Dość powiedzieć, że kościół pw. Św. Mikołaja w Gieranionach, gdzie Józef Jarocki dostąpił chrztu i komunii św., był ongiś kaplicą zamkową możnego rodu Gasztołdów, gdzie mszy św. wysłuchiwał król Polski Zygmunt II August, który w Gieranionach uderzał w konkury do Barbary Radziwiłłówny, wówczas wdowy po Stanisławie Gasztołdzie.

Lipniskie ślady Marszałka

Oddalone o kilka kilometrów od Joduć miasteczko Lipniszki, siedziba gminy, szczyciło się miejscem pamięci Marszałka Józefa Piłsudskiego. W „domu Piaseckiego”, w 1894 r. działała nielegalna drukarnia, gdzie Józef Piłsudski, błądząc jeszcze w grzechu Polskiej Partii Socjalistycznej, redagował pismo „Robotnik”. Miasteczko wystawiło później Marszałkowi stosowną tablicę na budynku redakcji, a Marszałek, pamiętając o lipniskich czasach, ufundował w Lipniszkach nowoczesną Szkołę Powszechną.

Jak wspominał Józef Jarocki: „Postać Józefa Piłsudskiego była tu bardzo wysoko ceniona, wprost uwielbiana. Może posłużyć taki fakt za przykład. Podczas lekcji 13 V 1935 r., w szkole we wsi Suraż przybył uczeń - goniec z gminy Lipniszki (w Surażu nie było telefonu) i wręczył nauczycielce kopertę, nauczycielka otworzyła kopertę i z jej oczu popłynęły łzy. Krztusząc się powiedziała: - Dzieci wstać! Marszałek Polski Józef Piłsudski nie żyje, wczoraj zmarł. W klasie nastąpiła grobowa cisza (40. dzieci - dwie klasy), słychać było tylko brzęk much, a następnie, jak na rozkaz, ogólny szloch.”

Do „drukarni Marszałka” Józef Jarocki, już jako szeregowiec Armii Krajowej, wyruszył, w 1944 r., na jedną ze swoich akcji: „otrzymuję polecenie udania się swoim wozem i koniem do miasteczka Lipniszki, odległego o 7 km, do domu Piaseckiego (tego gdzie w latach dwudziestych J. Piłsudski wydawał gazetę „Robotnik”). Tam miałem otrzymać karabiny i amunicję i przewieźć do swojej placówki w Joduciach. Załadowanie wozu i odjechanie musiało się odbyć przed godziną policyjną. Niestety, czas się opóźniał, gdyż broń ta nie znajdowała się na miejscu i oczekiwaliśmy na jej dostawę. Jak się później okazało były problemy na trasie, musieli okrążać nieprzewidziane przeszkody. W końcu dostawa dotarła. Załadowano do wozu amunicję, granaty, karabiny. Przykryliśmy słomą, trochę siana i jazda. Oczywiście z duszą na ramieniu, gdyż musiałem przejeżdżać obok niemieckiego posterunku, ze względu na późną porę dnia, godzina policyjna, została wystawiona warta. Nie mam wyjścia. Jadę. Podjeżdżam obok posterunku. Niemiec, wartownik, wolnym krokiem przechadza się chodnikiem. Nurtuje mnie jedna myśl, aby jak najprędzej przejechać, a tu jak na złość koń zatrzymuje się, rozkracza i szczy. Wartownik staje przed wozem, zagląda do wozu, mnie serce łomocze, żeby tylko nie rozgarniał słomy, bo to byłby mój koniec. Koń pomału rusza sam, wolno oddalamy się. Nie oglądamy się do tyłu. Dzięki Bogu udało się, żyję! Przyjeżdżam na miejsce uradowany i dumny z wykonania kolejnego zadania.”

Gdy, sześćdziesiąt cztery lata później, gryficzanie wystawili Józefowi Piłsudskiemu pomnik ze stosowną tablicą, por. w st. sp. Józef Jarocki, pojawiał się pod Głazem Marszałka przy okazji kolejnych rocznic, związanych z Komendantem, częściej niż miejscowe władze.

Wilki

Nowogródzka prowincja, w I połowie XX w., wyglądała niczym z kart Henryka Sienkiewicza. Na lipniskich drogach zdarzały się i spotkania ze stadami wilków, niebezpiecznych szczególnie zimą.

„Również [po napaści Sowietów w 1939 r.] nałożono normę na pracę przy budowie lotnisk. Na taką pracę ja, jako chłopak 14-15 letni, jeździłem z koniem. Pewnego razu, w nocy, wracając wozem z pracy przez las, przeżyłem spotkanie z wilkami. Koń wyczuł watahę i pędził jak szalony, zginając głowę. Myślałem, że wóz się rozsypie. Udało się dobić do przyleśnej wioski i skończyło się na strachu.”

I nie było to ostatnie takie spotkanie.

„W tym okresie [1943 r.] nie było wolno mieć kompletnej broni z amunicją u siebie. Z tego okresu pozostała w pamięci następująca przygoda. Późny wieczór zimą, śniegu sporo, idę na zbiórkę do wyznaczonego punktu – odległość 3 km. Idę na przełaj przez pola i krzaki. Mam granat bez zapalnika i karabin bez amunicji, co miałem otrzymać dopiero na zbiórce. Jestem w jednej trzeciej drogi - nagle słyszę warczenie wzajemne. Wataha wilków. Bronić się nie mam czym, drzew nie ma, tylko krzaki. Uciekać z powrotem i nie stawić się na zbiórkę to nie dla partyzanta. Nakrywam głowę kołnierzem kożucha, żeby nie widzieć, co się stanie. Przeżegnałem się i dalej w drogę. Dzięki Bogu, udało się. Dotarłem zziajany na zbiórkę. Zdarzenie opowiedziałem dowódcy, ten wydał rozkaz udania się saniami we wskazane przeze mnie miejsce. Okazało się, że wilki obrabiały zdechłą krowę. Została tylko poszarpana skóra i rogi z częścią nóg. Dowódca pogratulował odwagi. Od tej pory miałem broń z amunicją zawsze u siebie.”

Przysięga samotrzeć

„Początek listopada 1943 r. W pokoju Pana Majko - agronoma placówki w Joduciach, pseudonim „Światło”, w asyście jego i jeszcze jednego żołnierza AK, Stanisława Jarockiego pseudonim „Gron” (nie krewny), na stole krzyż. Składam przysięgę jako żołnierz AK, przyjmując pseudonim „Ryś”: W obliczu Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny, Królowej Korony Polskiej, kładę te ręce na ten Święty Krzyż, znak męki i zbawienia, i przysięgam być wiernym Ojczyźnie mej Rzeczypospolitej Polskiej, stać nieugięcie na straży Jej honoru i o wyzwolenie Jej z niewoli walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary mego życia. Prezydentowi Rzeczypospolitej Polskiej i rozkazom Naczelnego Wodza oraz wyznaczonemu przezeń dowódcy Armii Krajowej będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało.”

Pierwsze zadanie

W Joduciach żołnierzy AK było trzech. Na zgrupowania udawali się nocami do sąsiednich miejscowości. Poznawali broń, sytuację polityczną kraju, działalność AK. Początkowo wykonywali proste zadania wywiadowcze i kwatermistrzowskie: pozyskiwanie od mieszkańców broni, amunicji i żywności, meldunki o nieprzyjacielu. Formalnie żołnierze z Joduć należeli do ośrodka dywersyjno-partyzanckiego „Iwje” Okręgu Nowogródzkiego Armii Krajowej, dowodzonego przez kpt. Stanisława Dedelisa ps. „Pal”. Pierwsze poważne zadanie szeregowiec AK Józef Jarocki otrzymał w początkach 1944 r.

„Na przedwiośniu dowódca placówki wręczył mnie pusty plecak, podał hasło i odzew, i kazał udać się do miasteczka Sobotniki, oddalone o 12 km, na skróty. Podał nazwę ulicy i nr domu 15 i na tym koniec. Stawiłem się na tę ulicę, idę, jest nr 15 i osłupiałem! Jest to posterunek policji. Poszedłem dalej w nadziei, że znajdę jeszcze inną 15-tkę. Nic z tego! Czyżby dowódca pomylił numer? Przeszedłem obok tego domu dwa razy. Idę trzeci raz. W drzwiach stoi bez czapki policjant. Co mam robić? Wrócić pusto - znaczy to nie wykonać rozkazu. Iść w paszczę zwierza, mogą być tortury i śmierć. Trudno. Natychmiastowa decyzja, skręcam z ulicy, walę wprost do drzwi i wypowiadam hasło do policjanta. Ten bez podania odzewu wskazuje mi otwarte drzwi do posterunku i każe siadać na taboret. No myślę - chyba koniec. Lecz on bierze ode mnie plecak, udaje się do przyległego pomieszczenia i wraca z wypełnionym, wręcza mnie, podaje rękę na pożegnanie, bez słowa otwiera drzwi, wychodzę jak nowo narodzony - żyję, rozkaz wykonałem! I choć zadowolony, to jestem wściekły na swego dowódcę, że mnie nie uprzedził. Wróciłem i, wręczając plecak z amunicją, wygarnąłem swoją pretensję do dowódcy. Ten uśmiechnął się i stwierdził: - Teraz wiem, że jesteś godzien miana Akowca. I że tego rodzaju niespodzianki mnie jeszcze czekają.”

Akcja „Burza”

W lipcu 1944 r. Okręgi Wilno i Nowogródek Armii Krajowej rozpoczynają akcję wojskową przeciwko Niemcom, a właściwie powstanie zbrojne na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie, w ramach akcji „Burza”.

Z racji talentu do koni, szeregowiec AK Józef Jarocki, dostaje zaszczytne i niebezpieczne zadanie: rozesłać wici o powstaniu.

„Dostaję od dowódcy placówki do dyspozycji jego konia (wspaniałego ogiera), objeżdżam konno przyległe placówki z tajną informacją o „Akcji Burza”, u nas „Ostra Brama”. To znaczy zgrupowanie wszystkich sił pod Wilnem. Następnego dnia następuje pożegnanie z rodzicami. Matka płacze i mówi do ojca, żeby się nie zgodził na moje odejście do oddziału lotnego. Czas bardzo niebezpieczny. Front niemiecko-bolszewicki zbliża się. Matka mówi: - Mamy jednego syna i ten idzie w wir strasznej wojny. Na to ojciec: - Trudno. Bóg, Honor, Ojczyzna. Tak Bóg chce. Po tych słowach rozpłakał się. Mnie również oczy zwilgotniały, lecz ta akceptacja ojca dodała mi odwagi i jakby obowiązku wykonania patriotycznego i historycznego zadania. Chociażby przyszło przypłacić życiem.”

Operacja „Ostra Brama”

Do akcji „Burza” Armia Krajowa odtwarzała jednostki wojskowe II Rzeczypospolitej, bataliony i pułki. I tak Okręg Nowogródek AK stał się podstawą odtworzenia 77 pułku piechoty, w sile ośmiu batalionów. Dawny ośrodek „Iwje” tworzył teraz 6 batalion 77 pułku piechoty AK, w sile trzech kompanii. Czwartą kompanię tworzono ad hoc, w marszu, z mniejszych jednostek lokalnych. Oddział z Joduć, jako że samotrzeć, tworzył właśnie tę czwartą kompanię.

„Ja ze zorganizowaną grupą partyzantów ruszyliśmy w kierunku Wilna. Po drodze grupa ta powiększała się, w sumie liczyła około 200-tu ludzi. Była to IV-ta kompania, dowodzona przez porucznika, pseudonim „Orkan”, wchodząca w skład VI-go batalionu „Pala” (77 pułk piechoty).

Kompania nasza była niedozbrojona. Całkowite dozbrojenie miało nastąpić pod Wilnem. Dlatego marsz odbywał się okrężnymi drogami, pomijając większe skupiska niemieckie, gdyż stanowiliśmy słabą siłę bojową, ze względu na niedozbrojenie. Pogoda była upalna. Marsz uciążliwy. Przy krótkich postojach padało się na ziemię jak niewładny. To właśnie spowodowało, że złapałem tzw. „wilka” (odparzenie między udami). Szło się pokracznie i było to bardzo bolesne. W takiej sytuacji w pewnym punkcie spotkaliśmy się z I-szą kompanią naszego batalionu, dowodzoną przez porucznika, pseudonim „Zdrój” [ppor. Zdzisław Bułak-Bałachowicz]. Tenże dowódca zarządził zbiórkę w jednym szeregu celem, jak się okazało, wyłonienia zwiadowców do pobliskiej wsi, w celu rozeznania. Przechodząc przed oddziałem, zatrzymał się przede mną i zapytał: - Umiecie jeździć na rowerze? Odpowiedziałem: - Nie. Chociaż umiałem, lecz za względu na odparzenia nie byłem w stanie jechać. Jak się później okazało, to słowo „nie” uratowało mi życie, gdyż wysłani dwaj zwiadowcy zostali zamordowani przez stacjonujących tam Niemców. Skierowano nas do tej wsi do boju, lecz Niemcy zdążyli uciec. Mimo zmęczenia upałem i forsownymi marszami, zaczął nam dokuczać głód. Dostarczono dwie jałówki, które trafiły do kotłów. Nadeszła noc, ogień zaczął podgrzewać kotły, ale również ujawniać nasze miejsce postoju dla samolotów. Słysząc warkot zbliżających się samolotów, natychmiast gasiliśmy ogień. Po ich odlocie znowu podpalanie pod kotłami. Mimo kilkakrotnej takiej zabawy nie udało nam się ugotować posiłku. Głód zmuszał do spożywania na pół surowej wołowiny. Ledwo świt, dalszy marsz cały dzień. Późnym wieczorem zakwaterowaliśmy się w okolicach Wilna. Strzały, bomby, łuny ognia, samoloty.

Nasz dowódca oświadczył, że do szturmu pójdziemy wczesnym rankiem. Ledwo świt, pojawili się żołnierze z naszego batalionu, którzy brali udział w walce z Niemcami. Przepoceni, brudni, obszarpani, dużo rannych. Mówili, że to było piekło, a najgorsze tworzył pociąg pancerny niemiecki. Oddziały są wycofywane, gdyż do miasta wkroczyli czerwoni bolszewicy. Między żołnierzami obu stron nie ma utarczek. Panują dobre stosunki, lecz dowództwo jest bardzo niepewne. Sporządzono zbiórkę kompanii i wyprowadzono nas do pobliskiego lasku. Po drodze samoloty bolszewickie kukuruźniki kołowały nisko, z których machano rękami, wskazując jakby „z powrotem”. W lasku dowódca ochrypłym głosem ogłosił straszną wiadomość. Główny nasz dowódca gen. Krzyżanowski ps. „Wilk”, został zaproszony przez dowództwo bolszewickie na rokowania. Tam został aresztowany i zaczęło się rozbrajanie naszych oddziałów. W tej sytuacji, kto czuje się na siłach, musi przedzierać się w małych grupkach w kierunku Puszczy Rudnickiej. Reszta, kto ma niedaleko do swoich domów, przedostać się, zakonspirować i czekać na dalsze rozkazy. Ci, co nie zdołali się schronić, zostali rozbrojeni w Miednikach i, jak się okazało, po odmówieniu złożenia przysięgi na wierność armii Berlinga, zostali wywiezieni na teren ZSRR, do Kaługi, do katorżnych robót w lesie.”

W lesie

Szeregowiec Józef Jarocki spod Wilna przedostał się do domu, do Joduć, przechodząc kilkakrotnie linię frontu. Natykał się przy tym na patrole niemieckie i sowieckie, nieraz będąc bliskim śmierci. W domu też nie było bezpiecznie, początkowo częste najścia i „kontrole” sowieckich oddziałów frontowych, szukających jedzenia i fantów, później regularne wizyty NKWD, w poszukiwaniu „bandit - Piłsudczyk”. Tak szeregowiec AK Józef Jarocki trafił do oddziału leśnego i zamieszkał w ziemnym schronie.

„Jest styczeń l946 r. NKWD-ści nałapali sporo młodych ludzi i umieścili ich we wsi Ślusary. Szybkie nawiązanie kontaktu z placówką w Machałach, a ci z kolei z oddziałem „Wiatra”, celem odbicia więźniów. Ustalono noc, godzinę spotkania w Machałach. Stawiliśmy się tam, lecz niestety oddział „Wiatra” nie przybył. Mróz 250 C, co robić? Nas pięciu i dziesięciu konspiratorów miejscowych. Nasz dowódca postanawia atakować. Więźniowie wiedzą, że będzie próba odbicia, w razie sygnału mają rozbrajać bolszewików. Według rozeznania bolszewików jest około 70-ciu. Plan jest następujący: cztery osoby na wskazanym miejscu mają robić dużo hałasu i krzyczeć „hurra” i robić wrażenie, że jest ich spora siła, strzelać i kierować uciekinierów w kierunku koni z saniami ukrytymi w lesie. Nasz dowódca, Kępka i ja, mamy na znak (pierwsze strzały) grupy głównej zaatakować dowództwo i rozbroić. Pozostała grupa 8. ludzi ma po cichu zdjąć posterunki, wrzucić granat, gdzie śpi wojsko i kropić z automatów oraz pomóc w wydostaniu się więźniów, przy których pomocy rozprawić się z obstawą i wycofać się. Nas dwóch i dowódca jesteśmy przy stodole gospodarstwa, w którym mieści się sztab. Czekamy na serie i wybuchy grupy głównej. Niestety, trochę pojedynczych strzałów, granat i rakieta wycofania się. Ja, będąc za rogiem stodoły, próbuję strzelać z dziesięcionabojowego półautomatu, gdyż słyszę czołganie się w naszym kierunku sztabowców. Broń, niestety, odmówiła posłuszeństwa. Mróz zrobił swoje. Kępka i dowódca strzelają z broni pojedynczej, Kępka z karabinu, a dowódca z nagana. Melduję dowódcy, będącego obok mnie na około 10 m, że moja broń nie działa, a sztabowcy zbliżają się do nas. Choć są jeszcze niewidoczni, ale ich wyraźnie słyszę - co mam robić? Bierz za lufę i wal kolbą. Za moment daje rozkaz: - Cofamy się. Był to słuszny rozkaz, gdyż w tej sytuacji nie mieliśmy szans. Przy cofaniu się, dowódca, oddając strzał do tyłu, o mało mnie nie zakropił, gdyż ja biegłem blisko niego. Zdążyliśmy odskoczyć od stodół około 20 m i zaczęły się kule z pepeszek, gwizdać wokół nas, a sypać śniegiem po nogach. Myśmy rwali ile sił w nogach przed siebie, do lasu. Na nasze szczęście ich ckm zaczął grać, gdy myśmy już wbiegli do lasu. Reszta grup i kilkunastu więźniów dołączali do nas. Zabitych nie mieliśmy. Ranna była łączniczka (panna Ciechanowicz), kilku z grupy głównej i paru więźniów. Bolszewicy na razie nie zdecydowali się nas atakować, ale mogło to nastąpić lada chwila. Dowódca wydał rozkaz: - Rozproszyć się i ukryć. My sankami dojechaliśmy do Zakrzewszczyzny. Tu zostawiliśmy konia z saniami i już pieszo, kryjąc się, gdyż zaczęło świtać, dostaliśmy się do swego schronu. Jak później dowiedzieliśmy się, to niewiele brakowało, żeby akcja udała się całkowicie. Bolszewicy byli kompletnie zaskoczeni i gdyby nasza broń automatyczna nie nawaliła z powodu mrozu, to mimo, że nie przybył do akcji oddział „Wiatra” (był osaczony przez NKWD, nie mógł się przebić), udałoby się nawiać wszystkim więźniom. Właściwie uciekło, dzięki tej akcji, 25% aresztowanych. Walka AK-ców i konspiracja stawały się coraz trudniejsze i wręcz niemożliwe.”

Do końca moich dni

Na fałszywych dokumentach, przekupiwszy strażnika Białorusina, szeregowiec AK Józef Jarocki, transportem kolejowym z przesiedleńcami „zza Buga”, wyruszył do okrojonej przez Sowietów Polski, by przeczekać. W rodzinne strony, jak wielu innych, już nie wrócił.

„Miałem aż nadto dowodów, że Bóg czuwał nade mną. Byłem też świadkiem naocznym w czasie działań partyzanckich, jak człowiek (Polak), zdrajca i rabuś, nie wierzący w Boga, gdy stanął przed plutonem egzekucyjnym nad wykopanym grobem, wołał donośnym głosem: - Matko Boska Częstochowska, broń mnie, ocal! Ja w Boga wierzyłem, wierzę i wierzyć będę do końca moich dni. Nigdy Go się nie wyrzekłem.”

Wojciech Jarząb

Por. w st. sp. Józef Jarocki, ps. „Ryś”, żołnierz Ośrodka „Iwje” Okręgu Nowogródek AK, później 4. kompanii 6. batalionu 77 Pułku Piechoty AK. Był Prezesem Zarządu Koła Gryfice Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, jednym z ostatnich żołnierzy AK na terenie powiatu gryfickiego. Odznaczony Krzyżem Armii Krajowej, Krzyżem Partyzanckim, Odznaką Pamiątkową „Akcji Burza” i Odznaką „Weterana walk o Niepodległość 1939-1945”. Zmarł 17 V 2011 r

Wstawił : Bogusław Szarwiło  Źródło :Gazeta Gryficka

http://www.wppp.vel.pl/artykul.php?id=1306531445&gaz=gg