Podróż z Kresów do Złocieńca - wspomnienie

11. 05. 16
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 2449

Mieszkaliśmy w gminie Różana powiat Kossów Poleski (dziś Białoruś). Mieliśmy 25-hektarowe gospodarstwo, dom, zabudowania gospodarcze, sad, ogród i podwórze zajmowały ponad hektar. Miałem wówczas 15 lat. Jechałem ze starszym bratem i rodzicami. Do wyjazdu do Polski nikt nas nie zmuszał. Przeciwnie - zarówno władza, jak i ludność białoruska namawiała nas do pozostania. Z Białorusinami żyliśmy w zgodzie i obopólnym poszanowaniu. Wypędził nas ustrój bolszewicki i organizowane kołchozy. Na wyjazd do Polski zapisaliśmy się dopiero w styczniu 1946 r., gdy było wiadomo, że ziemie wschodnie zostały "sprzedane" przez naszych sprzymierzeńców ZSRR.       Rankiem 27 marca 1946 r. opuściliśmy swoje gospodarstwo zabierając bagaż oraz konia, dwie krowy, kilka kur, sprzęt rolniczy i sprasowane w bloczki siano. Łącznie załadowano osiem wozów konnych. Do Słonima dotarliśmy wieczorem po przebyciu 35 km. Rano 28 marca wozy rozładowano na rampie kolejowej. Po południu podstawiono wagony. Łącznie w naszym wagonie jechało 13 osób. Koń i krowy jechały w innym, a wóz, sprzęt rolniczy i siano na platformie na końcu składu. Po kolacji przy ognisku ruszyliśmy na wschód, tj. do Baranowicz, skąd po spędzonej tam nocy pojechaliśmy do Brześcia nad Bugiem. Tam przeładowaliśmy się do polskich wagonów    Z Brześcia do Poznania przez zburzoną Warszawę jechaliśmy trzy dni. Przez stolicę przejechaliśmy bez zatrzymywania się. W Poznaniu staliśmy cztery dni. Był tu PUR, który kierował transporty do konkretnych miejscowości. Tu dostawaliśmy ciepłe posiłki. Pierwszy raz w życiu zobaczyłem wielkie miasto i tramwaje. Usłyszałem też czystą polską mowę. Tutaj też czekał już na nas mój najstarszy brat Jan. Był on zdemobilizowanym żołnierzem II armii WP. Od kilku miesięcy mieszkał on w Złocieńcu na Pomorzu Zachodnim. Zajął tam dla nas małe siedmiohektarowe gospodarstwo rolne z zabudowaniami. Postanowiliśmy więc, jechać do Złocieńca, gdzie dotarliśmy nad ranem 13 kwietnia 1946 roku. Z Kresów jechaliśmy łącznie 16 dni.

W Złocieńcu zostało jeszcze trochę ludności niemieckiej. Głównie byli to starsi ludzie i dzieci. Prosili nas o żywność. Czy to nie paradoks? Rdzenni mieszkańcy proszą nas przybyszów o pomoc? Mama pomagała, jak mogła. Początkowo rozdawała żywność, a później wymieniała ją na ubrania, naczynia stołowe i meble. Tak było do grudnia, tj. do odjazdu ludności niemieckiej za Odrę. Pozwolono im tylko na zabranie podręcznego bagażu. Tu w Złocieńcu staliśmy się mieszczuchami. W domu był prąd, woda i gaz. Na gospodarstwie pracowali tylko rodzice. W porównaniu z ciężką pracą na Kresach ułatwieniem była znaczna mechanizacja. Stosowano żniwiarki, snopowiązałki, młocarnie napędzane silnikiem elektrycznym, siewniki, sieczkarnie, maszyny do kopania ziemniaków itp. Bracia poszli do pracy biurowej, a ja do szkoły. Pierwotnie zajęte gospodarstwo nie podobało się rodzicom z powodu braku ogrodu, sadu i dużego, zielonego podwórka. Przenieśliśmy się do innego gospodarstwa na obrzeżach miasta. Rodzice utrzymywali je tylko do 1950 roku, tj. do czasu przemian ustrojowych. Nie chcieli zapisać się do Kołchozu, więc zabrano im ziemię w pobliżu domu, a przydzielono z drugiej strony miasta w odległości pięciu kilometrów od domu, żeby utrudnić im dojazd. Rodzice zrzekli się tej ziemi i zostali na naszym utrzymaniu. Ja rozpocząłem pracę w banku w 1950 roku. Tak to ze starej włościańskiej rodziny powstało nowe pokolenie urzędników. W szkole średniej należałem do ZHP, które jednak szybko rozwiązano, bo nie podobało się władzom PRL. Zakazano nam nosić chusty, sznury i krzyże. Ja nadal z dumą nosiłem mundurek z przykręcanym krzyżem. Któregoś dnia zostałem zatrzymany na ulicy przez milicjanta i zaprowadzony na posterunek MO. Za biurkiem siedział ubowiec, który ostrym głosem zwrócił się do mnie: "Dlaczego nosicie krzyż harcerski?". "Jak go zdejmę, to w bluzie zostanie dziura" - odpowiedziałem. "To ja wam zrobię większą dziurę!" - wykrzyknął, wyszarpnął krzyż i wrzucił go do kosza na śmieci. W taki sposób straciłem cenna pamiątkę. W 1948 roku większość byłych harcerzy przymusowo wcielono do Służby Polsce (SP). Pracowałem bez zapłaty i wyżywienia przy naprawie szosy i w Państwowych Gospodarstwach Rolnych. W roku 1959 założyłem rodzinę. W banku przepracowałem 40 lat. Tu wychowały się moje córki i wnuczęta.

Podróż z Kresów do Polski wspominam jako ciekawą i wielką przygodę. Nie żałuję pozostawionego na Polesiu gospodarstwa. Tu żyje się łatwiej. Dawniej do szkoły miałem trzy km, do szosy 10 km, najbliższego miasta i kościoła 12 km, do stacji kolejowej 35 km. W Złocieńcu wszystko było na miejscu.

Dla moich rodziców to nie była jednak przygoda. Jechali w nieznane, na obcą ziemię. Pochodzili ze starych, polskich rodów żyjących na Kresach od kilkuset lat. Nie wyobrażali sobie życia gdzie indziej. W rodzinnym folwarku Owsiszcze zostawili nowy dom i dobrze utrzymane gospodarstwo. Tam była ich Ojczyzna, którą wspominali do końca życia.

Ja miejsce mojego urodzenia odwiedziłem osiem lat temu. Byłem rozczarowany. Po naszym folwarku nie zostało ani śladu. Sąsiednia wieś została opustoszała.

Autor: Tadeusz Bosiacki

Źródło: Gazeta Wyborcza Szczecin http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,8854082,Podroz_z_Kresow_do_Zlocienca___wspomnienie.html