Polska Wigilia to siła tradycji

11. 12. 23
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 2693

Polska Wigilia to siła tradycji, dzięki której naród bez państwa przetrwał i doczekał się wolności.

Maria Jankowska swoje dziecinne i dziewczęce lata spędziła na Wschodzie, we wiosce w byłym województwie wołyńskim, obecnie mieszka w Korfantowie. We wsi większość stanowili Ukraińcy, było tam tylko 11 rodzin polskich.

- Przed świętami Bożego Narodzenia, na dwa, trzy dni wcześniej - wspomina pani Maria, - mama piekła ciasta drożdżowe, strucle z makiem. rogaliki, ciasta u suszonymi jabłkami, śliwkami, serem i makiem. W domu mieliśmy piec do pieczenia chleba. Do dziś czuję jego aromatyczny zapach. W wigilię tato szedł do stodoły, robił z nie wymłóconej pszenicy i żyta snopek, wiązał go powrósłem, a następnie wołał nas i wspólnie nieśliśmy go do domu. Podobny rytuał był ze świąteczną choinką. Snopek ojciec stawiał w rogu pokoju. Wokół snopka kładziono siano. My dzieci ubierałyśmy choinkę. Na choince wieszało się jabłka, bombki, cukierki, orzechy włoskie, choinkowe łańcuszki ze słomy i papieru oraz świeczki. Dzieci przed wigilią na choinkę wykonywały z kolorowych papierów aniołki.

Z rozpoczęciem wieczerzy wigilijnej czekało się do ukazania pierwszej gwiazdki. Ja i rodzeństwo czekaliśmy na nią niecierpliwie, ponieważ w dniu wigilii od rana obowiązywał ścisły post. Młode dziewczęta nadsłuchiwały szczekania psa. Z tej strony, z której zaszczekał miał przybyć przyszły narzeczony.

Mama na wigilię przygotowywała kutię. Sporządzało się ją z mielonego maku, gotowanej pszenicy, dodawało do tego bakalie - orzechy, i wszystko mieszało z miodem. To stara tradycja praktykowana przez wielu do dziś. Przed świętami biło się prosiaka z przeznaczeniem na kiełbasy, szynki i boczki, peklowało się w specjalnej marynacie, a następnie były one wędzone.

Wigilia rozpoczynała się modlitwą. Na wigilijnym stole nie mogło zabraknąć tradycyjnego czerwonego barszczu z uszkami faszerowanymi mielonymi grzybami. Były również pierogi z kapustą, z suszonymi jabłkami i gruszkami oraz z makiem. Były ryby smażone złowione przez ojca w pobliskiej rzece. Była więc ryba smażona na oleju, śledzie marynowane w śmietanie, grzybki. Nie mogło zabraknąć na stole pustego talerza dla osoby samotnej lub spóźnionego wędrowca bo w tym dniu uroczystej kolacji dla ewentualnego przybysza nie mogło zabraknąć. Po kolacji tato wyganiał nas abyśmy się umyli, a sam w tym czasie kładł pod choinkę prezenty. Kiedy je spostrzegliśmy radości było co niemiara. W paczkach znajdowaliśmy jabłka, cukierki, figi, czasem jakąś bluzeczkę lub przybory do szkoły. A trzeba wiedzieć, że w tamtych latach cukierek był prawdziwym rarytasem, który dzieci otrzymywały bardzo rzadko. Były to biedne czasy. Było wspólne śpiewanie kolęd. Potem ojciec z nami szedł do stajni, gdzie dzielił się z bydłem chlebem i opłatkiem. A my bardzo chcieliśmy usłyszeć jak zwierzęta mówią ludzkim głosem. Ale jakoś nigdy nam się udało usłyszeć tych rozmów. Przed północą udawaliśmy się do kościoła, a było do niego kilka kilometrów.

W pierwszym dniu świąt mama nie gotowała obiadu, zjadaliśmy to co pozostało z wigilijnej wieczerzy. Na drugi świąteczny dzień mama piekła kurczaka, podgrzewała przygotowany wcześniej bigos. Były również wyroby zrobione przez masarza z chowanej na święta świni.

Po południu w pierwszy dzień świąt po wsi wędrowali kolędnicy z gwiazdą własnoręcznie wykonaną. Pytaliśmy gospodarzy czy możemy kolędować. Dostawaliśmy od domowników tam gdzie przyszliśmy z kolędą ciastka, cukierki i drobne pieniądze.

Również po południu z kolędą chodził organista z członkami chóru. Dla nich był przygotowany poczęstunek. Dostawali też pieniądze, które następnie oddawali na potrzeby cerkwi, ponieważ we wsi nie było katolickiego kościoła. Zapraszaliśmy również na świąteczny poczęstunek naszych ukraińskich sąsiadów, oni nas na prawosławne Boże Narodzenie. Żyliśmy ze sobą w zgodzie, były u nas małżeństwa mieszane. Na drugi świąteczny dzień na obiad mama przygotowywała wieprzowe pieczenie, do tego ziemniaki i tarte buraczki ćwikłowe z chrzanem. Jako dodatek podawano ogórki i grzybki. Była również galareta z wieprzowiny. [1]

Pani Janina Kołodenna urodziła się i jako dziecko mieszkała w Tłumaczu. Miejscowość znajduje się teraz na terytorium Ukrainy. Postanowiłam dowiedzieć się, jak wyglądały tam, przed laty, święta Bożego Narodzenia.

W dzisiejszych czasach w czasie świąt ludzie zwalniają tempo życia. Stają się bardziej rodzinni i oddają się refleksjom nad swoim życiem. Czy kiedyś było tak samo?

- Było podobnie. Życie było wolniejsze, ludzie mniej zestresowani, ale święta zawsze mieliśmy rodzinne. O przygotowaniach można powiedzieć wszystko, ale nie to, że były spokojne.

Od czego zaczynały się przygotowania do świąt Bożego Narodzenia w Pani domu?

- Jakieś trzy tygodnie przed Wigilią mama piekła pierniki, bo musiały zmięknąć. Pamiętam, że było ich dużo, i że miały bardzo różne kształty. Moja mama nie umiała niczego zrobić w małych ilościach, zawsze mieliśmy góry ciastek.

A im bliżej świąt to...?

- Tato szedł z braćmi do lasu po drzewko. Nikt wtedy nie ścigał ludzi za to, że sami wycinali choinki z lasu. Nie było straży leśnej, a poza tym, nikt choinkami nie handlował, tak jak obecnie.

W dzisiejszych czasach choinki uginają się pod chińskimi ozdobami. W co była przystrajana Pani choinka?

- Choinka zawsze była pstrokata, bo taka tradycja. My ubieraliśmy nasze drzewko w ciastka i pierniki, małe czerwone jabłuszka, długie cukierki w złotkach. Mieliśmy też bombki, ale zawsze miały one przeróżne kształty - nigdy nie były okrągłe. Sami też robiliśmy łańcuchy z bibuły i słomy.

W jaki sposób robiło się takie łańcuchy?

- Gufrowało się cieką bibułkę, przykładało do niej słomkę i wszystko nawlekało się na nitkę. Powstawał taki przetykaniec z bibuły i słomy. Bardzo ładnie to wyglądało.

Czas teraz porozmawiać o kulinariach.

- Smak świątecznych potraw jest czymś, czego się nie zapomina. Nigdy.

W takim razie, jakie potrawy gościły w Pani domu na świątecznym stole?

- Zawsze musiała być zupa z suszonych grzybów, barszcz czerwony z uszkami i pierogi z kapustą i grzybami. Nie mogło zabraknąć też śledzia w occie i oleju, łamańców z makiem, kutii, makówek domowego chleba, kompotu z suszonych jabłek i śliwek i oczywiście słodkości. Mama robiła zawsze góry postnych pączków - nie miały w środku marmolady i trzeba było je smażyć na oleju. Zawsze ja byłam odpowiedzialna za smażenie tych wszystkich pączków. Bardzo nie lubiłam tego robić.

Nie wspomniała Pani nic o karpiu.

Bo nie zawsze był u nas karp. Kiedy była bieda, to nie mogliśmy sobie na niego pozwolić. Poza tym, nikt za bardzo za tą rybą nie przepadał, więc nie było tragedii, gdy karp nie pojawiał się podczas Wigilii.

Pamięta Pani jakieś szczególne świąteczne tradycje?

Zawsze podczas świąt pod obrusem i na obrusie znajdowało się siano, które zawsze przynosił mój tato, składając całej rodzinie życzenia. Miał stałą formułkę, ale w tej chwili nie pamiętam jakie to były słowa. Po wieczerzy wigilijnej zawsze śpiewaliśmy kolędy i o północy braliśmy udział w pasterce. Potem mój tato - jako gospodarz, szedł do obory ze specjalnym różowym opłatkiem i dawał po kawałku wszystkim naszym zwierzętom. Był to bardzo miły zwyczaj.

Odwiedzali Was kolędnicy?

O, i to jak często. W pierwszy i drugi dzień świąt drzwi się prawie nie zamykały. Moi rodzice często dawali kolędnikom poczęstunek i jak mieli to drobne pieniądze. Też bardzo miło wspominam zwyczaj kolędowania. szkoda, że w dużych miastach ten zwyczaj zaginął.

Może na koniec opowie Pani ciekawą anegdotę dotyczącą tradycji świątecznych?

Pewnie, że opowiem. W moich stronach mak na makowce, łamańce i kutię był ucierany ręcznie aż do białości w makutrze. Nie można było oblizać tego tłuczka, którym ugniatało się mak. Jakby jakaś panna to zrobiła, to miałaby łysego męża. Dlatego, dziewczyny, nigdy tego nie róbcie! [2]

Jan Wójcik : Wigilia - ten jedyny dzień w roku ma w sobie coś szczególnego i jak żaden inny zapada nieodmiennie w pamięć. Dzieje się tak za sprawą wielowiekowej tradycji, która nadała mu określony kształt duchowych przeżyć. Stał się też ten dzień symbolem pokoju, pojednania, miłości i niezwykłej wspólnoty wszystkich zasiadających przy wigilijnym stole. Dniem spędzonym w gronie najbliższej rodziny i przyjaciół w sposób radosny, ale z domieszką zadumy, refleksyjnego spokoju spływającego nagle w głąb duszy. I nie ma chyba człowieka w naszym Kraju, który bez względu na religijne przekonania nie przeżywał na swуj - ale w podobnej atmosferze - sposób.

Zawsze z radością oczekiwałem Świąt Bożego Narodzenia, z którymi nierozłącznie związana była wigilia przy stole zastawionym licznymi, tradycyjnymi potrawami i zielona choinka pachnąca lasem, pod którą leżały różne prezenty.

Wigilia, ileż wspomnień ogarnia człowieka na dźwięk tego słowa. Ileż dziecinnie radosnych chwil przychodzi na myśl. Ileż wreszcie radości wlewa w nas ten dzień, gdy możemy go spędzać w gronie osуb najbliższych i najdroższych.

Chyba na trwałe zapisały się w mej pamięci dwie wigilie. Jedna w roku 1938, a druga 10 lat później - w 1948. Tę pierwszą spędzałem w moim rodzinnym mieście - Brześciu nad Bugiem. Tamtego roku pierwszy śnieg spadł na tydzień przed wigilią. Mój ojciec wybrał się na tradycyjne, krótkie polowanie ze swoim nierozłącznym towarzyszem łowów - Bałtykiem, z którego wkrótce wrócił, obdarowując moją mamę dwoma pięknymi lisami.

Od samego rana z małym braciszkiem i naszą nianią zajęliśmy się ubieraniem choinki. Co tam na niej nie było. Masa kolorowych, własnej roboty łańcuchów, wiele białych gwiazdek, cukierków w kolorowych papierkach, jabłka i pierniki. A wśród nich mieniące się bombki. Mama przygotowywała w kuchni potrawy wigilijne.

U nas Święta Bożego Narodzenia przed wojną na Kresach Wschodnich obchodzono bardzo tradycyjnie i uroczyście. W dużym pokoju jadalnym (mieliśmy swój własny dom), oświetlonym świeczkami bielił się długi stół nakryty obrusem, pod którym na środku leżało sianko. W rogu pokoju stały snopki zboża, przywiezione przez ojca z jednej z polskich wsi Polesia. Przy stole dwanaście miejsc dla rodziców, nas - dwojga dzieci, dla pięcioosobowej rodziny Pietraszków, nierozłącznych przyjaciół domu, dwojga domowników i niespodziewanego gościa jak każe tradycja. Gdy pierwsza gwiazdka błysnęła na firmamencie, siadaliśmy do wieczerzy łamiąc się przedtem opłatkiem, składając życzenia i spożywając różne wigilijne potrawy, począwszy od barszczu z uszkami, karpia w sosie pomidorowym, śledzi, kapusty z grzybami, a skończywszy na kompocie z suszonych gruszek, jabłek i śliwek oraz babauszkach (racuchach) z makiem. A ileż potem mieliśmy radości podczas rozpakowywania prezentów, złożonych wcześniej pod jarzącą się kolorowymi świeczkami choinką. Śpiewaliśmy znane nam kolędy z kantyczki dziadków. W cieple, rodzinnej atmosferze tajały wszelkie nieporozumienia i znikały smutki. Było miło, serdecznie i wesoło, a na dworze niebo migotało tysiącami gwiazd, wśród których najbardziej okazale wyglądała Wielka Niedźwiedzica. W powietrzu była cisza, spokój. Z dala dochodził tylko głos polskiej, tak miłej dla ucha kolędy - „Wśród nocnej ciszy"... [3]

Wybrał i zaprezentował ,ku pamięci , wspomnienia :Bogusław Szarwiło

Źródła:

[1]Boże Narodzenie na Śląsku i na Kresach-RYSZARD NOWAK-

http://www.tygodnikprudnicki.pl/1,4064,0,0.html

[2]Jak obchodziło się święta na Kresach - Hanna Spinalska  http://www.wiadomosci24.pl/artykul/jak_obchodzilo_sie_swieta_na_kresach_120476.html

[3]PAMIĘTNE WIGILIE - Jan Wójcik, Boston, USA

To były ostatnie moje beztroskie święta Bożego Narodzenia.

Wiesław Falkowski, http://echapolesia.pl/index.php?mact=Echa,cntnt01,showarticle,0&cntnt01issue_id=10&cntnt01article_id=216&cntnt01returnid=15