Jana Czekana kresy, Syberia, Gryfice

11. 12. 09
posted by: Maria Jakubowska
Odsłony: 1749

Dzień 17 września 1939 r. pamiętam doskonale – mówi Jan Czekan, jeden z członków gryfickiego Koła Sybiraków. Mieszkaliśmy na Kresach Wschodnich w woj. wileńskim w leśniczówce Zwirynka (dzisiejsza Białoruś).

- Dnia 17 września idę do szkoły. Patrzę a tu na trakcie z Kwaterowa do miasta Koziany (trakt przecinał drogę do wioski Jakszty), do miasta z tego miejsca było jakieś 12 km. Ojciec woził nas tam bryczką. Stoję na drodze z leśniczówki, a głównym traktem przemieszcza się cała orda Ruskich i na pieszo i na takim ciągniku gąsienicowym. Stanąłem za drzewem, bo już kojarzyłem sobie, że jest źle. Jak zobaczyłem tę ordę, to sobie pomyślałem – no kurcze, jak mnie drapną, to rodzice nie będą wiedzieli gdzie jestem. Przyczaiłem się za drzewem. Oni przeszli i przejechali. A ja dalej do szkoły. Nauczycielem był Ostapko. Wchodzę do szkoły, nauczyciel siedzi na poczekalni i czeka na uczniów. To była nowa szkoła. Ładną szkołę wybudowali. Na ścianie wisiało radio. Ja wchodzę, on siedzi, a w radiu słyszę: „Mówi Moskwa, nasze wojska oswobodziły Białoruś”. Dobre. Nauczyciel do mnie - „A ty co? Do szkoły przyszedł?”. - „No.” – odpowiadam. - Ado jakiej ty szkoły przyszedł? Do polskiej czy do białoruskiej? - Do tej, która jest - odpowiedziałem. No i chodziłem do tej szkoły. Matka powiedziała: „Idź. Co zrobisz... Uczyć się trzeba”.

Później nastał 10 luty 1940 r. Godzina 4.00 rano. Walą do drzwi. Krzyczą: „Wstawaj! Otwieraj!” Ojciec otworzył drzwi. Wszedł enkawudzista i żołnierz. Po wyglądzie Tatar jakiś. Ojca i matkę posadzili na krzesłach w pokoju gościnnym. Ja ze starszym bratem staliśmy obok rodziców. Tatar z gwintówką wycelowaną prosto w ojca. A jeszcze tu trzeba wspomnieć, że tam na Kresach Wschodnich było dużo szpicli. Z nimi przyszedł taki jeden znajomy ojca, co u ojca często pożyczał pieniądze. Ojciec był gajowym, w lesie pracował 15 lat. Znał las jak własną kieszeń. Lepiej niż leśniczy. Ojciec, jak brat poszedł do szkoły (rok starszy), to od razu kupił nam dwa nowe tornistry. I ten znajomy, jak zobaczył te tornistry, to odstawił je na bok, bo im się spodobały, to już tego nie można było zabrać ze sobą. Podobnie było z instrumentami muzycznymi. Ojciec był muzykalny, grał na harmonii i instrumentach strunowych. Nam też takie kupił i nas uczył gry. Wszystko odłożyli na bok. Dalej robili rewizję, przewrócili wszystko do góry nogami. Enkawudzista w końcu zwolnił tego żołnierza – Tatara i po rusku do ojca powiedział: „Wasz czas się skończył. Czas na drugie miejsce”. Moja matka powiedziała, że wie o tym i wie gdzie to nowe miejsce – na Syberii. Zaczęliśmy się pakować: trochę odzieży, jedzenia i takie tam inne rzeczy. Enkawudzista poganiał: „Szybciej. Szybciej!” Konie były zaprzężone do dwóch furmanek. To na tych furmankach znalazł się nasz dobytek, który pozwolono nam zabrać, ale dla nas nie było już miejsca. Matka mówi, że jest jeszcze koń wyjazdowy i sanie wyjazdowe, taki zaprzęg na specjalne okazje. Kazali ojcu zaprzęgać. Ojciec usiadł na saniach, enkawudzista i my. Ruszyliśmy. Za nami reszta. To było już rano, gdzieś ósma godzina. I wieźli nas do stacji Paost około 40 kilometrów od naszej leśniczówki. Na miejsce dotarliśmy po południu. Tam, na Kresach, były zimy ostrzejsze niż tu i pamiętam jak dziś, dzień był piękny, słoneczny, bez chmurki na niebie. Na stacji podstawili wagony towarowe i załadowali nas do wagonów. Tak. Słońce świeciło jaskrawo, piękna była pogoda, żadnej śnieżnej zawieruchy. Jak nas załadowali do wagonów, to pojechaliśmy przez Baranowicze, to jest takie powiatowe miasteczko. Ładne miasto. I tam oni zatrzymali cały ten transport. Wyglądało na to, że chcieli dołączyć więcej wagonów. Pamiętam, to jak dziś, ludzi, obywateli Baranowicz, którzy przez okna wagonówwrzucali nam żywność. Tak. Wrzucali nam żywność. No, ale Ruski zaraz kazali nam zamknąć okna. Z Baranowicz ruszylismy do Moskwy.

Jaki był posiłek w wagonie? Marny. Chciałbym tu wspomnieć, że z nami jechała rodzina Siemczuków. Ja miałem osiem lat, a w marcu kończyłem dziewięć. Brat był ode mnie starszy. W rodzinie Siemczuków było malutkie dziecko, dla którego z części metalowych wagonu skrobaliśmy szron, żeby miało co pić. Moja matka miała cukier w kostkach, który został w całości przeznaczony dla tego dziecka.

Z Kresów do Moskwy było jakieś 800 kilometrów. Zatrzymali nas w Moskwie. Transport stanął. Dali nam zupę, chleb. Zupa była bardzo bardzo smaczna. Tyle, że gdyby ktoś dziś zechciał mnie taką poczęstować, to może przełknąłbym jedną łyżkę. Ale wtedy była bardzo smaczna. Strasznie smakowała ta zupa, chleb też.

Z Moskwy pojechaliśmy na Ural. Jechaliśmy przez Świerdłowsk, żebym tu miał mapę, to bym wykreślił całą trasę. Zatrzymywaliśmy się na większych stacjach. Dawali posiłki. A sprawy fizjologiczne? Jak transport stanął to pod wagony. A Ruski z karabinem stał i krzyczał: „Szybciej! Szybciej!” Tak. Tak nas właśnie traktowali. No i później zajechaliśmy już za Ural. To był właśnie Sybir.

Dowieźli nas do miasta Ciemień. Tam nas wysadzili z wagonów i z tobołami przewieźli i osiedlili w takiej ruskiej cerkwi. No tak. To był ruski kościół. To był już marzec. Zaczynały się roztopy. Z tej cerkwi zawieźli nas do tajgi. Nas wywieźli do osady Bojaryk w tajdze, gdzie były trzy baraki.

Ojciec i inni chodzili do wycinki lasu. Las nieprzebyty ta tajga. Jak zrobiło się cieplej, to zaczęli budować domy z drewna. Tam byli ludzie wielu zawodów, od cieśli poczynając. Budowano domy czterorodzinne, nawet ładne, a wszystko ręcznie robione np. cięcie desek. Ciężka była praca. Wyżywienie wspólne na stołówce było słabe, ale było. Cały Bojaryk był otoczony z jednej strony tajgą, z drugiej rzeką i bagnami. Droga do niego ułożona była z drewnianych tratw. Uciec nie było jak i nikt nawet nie próbował. Przez tajgę nie przejdziesz, przez bagna także, a drogą z tratw też nie. To przedsiębiorstwo, w którym ojciec pracował, nazywano - „wycinka drzew”. Jak Niemcy napadli na Ruskich, to pogorszyło się żywienie, bo wszystko wysyłali na front. Później z tej miejscowości przenieśliśmy się do Bugry, a tam było przedsiębiorstwo trudniące się ściąganiem żywicy z drzew. Wtedy to już i ja chodziłem do pracy. Jaka tam była żywica, kurczę, jak się nacięło sosnę, to żywica płynęła prawie strumykiem. Zbierano ją do beczek i wywożono. Skarb niesamowity. Wyżywienie takie samo jak wcześniej. Stołówka, chleb przywozili, żadnych pieniędzy. Tak. Trzeba powiedzieć - człowiek pracował tylko za wyżywienie i nic więcej. Ale zbierało się grzyby, jagody – wszystko co sezonowe. Pamiętam smak barszczu, który matka gotowała z pokrzywy. Dziś bym wiele dał, żeby ktoś ugotował taki barszcz. Pokrzywa. Młoda pokrzywa jest bardzo zdrowa. Jedliśmy też lebiodę, właściwie wszystko, co rodziła ziemia, a było jadalne.

Na początku jak się przeprowadziliśmy do Bugry, to dyrektorem był Polak Kuźmiński, który jeszcze za cara został zesłany na Sybir. Dobry człowiek był. Na jego miejsce przyszedł taki bydlak o nazwisku Uściużanin – to prawdziwie ruskie nazwisko i za niego już enkawudziści zaczęli ojcu pistolet przykładać do głowy i takie tam. Z tego wszystkiego wyprowadziliśmy się do innej miejscowości nad rzekę Taboł. Duża rzeka, po której pływały statki. I tam ojciec dostał pracę w domu dziecka. Ja tam chodziłem do szkoły. No musiałem chodzić, kurczę, do ruskiej szkoły, ale matka mówiła, że wiedza jest wiedzą, nieważne w jakim języku. Ale wielu było takich, którzy mówili, że do kacapskiej szkoły chodzić nie będą i nie chodzili. Ojciec i brat pracowali w tym domu dziecka. Dyrektorem był Ukrainiec o nazwisku Pastuch, ale to był dusza człowiek. Bardzo cenił i szanował mojego ojca i brata.

I jeszcze jedna rzecz. Jak już były słuchy, że już opuścimy Syberię, to przyszedł taki politruk i zaczął ojca namawiać, żeby został. To co on powiedział, to mogę zacytować: „To jest wielka sprawa być obywatelem radzieckim”. Ojciec powiedział – nie. No i zaczęły się kłopoty. Ledwo się wykaraskaliśmy stamtąd. Z Artanowa do Pokrowki (30 km) dyrektor dał nam konie, żebyśmy mogli wyjechać. W szkole przerwano wtedy lekcje i wszyscy nas odprowadzali, ludzie płakali, że my wyjeżdżamy. Pamiętam, jak mówili: „Powiedz tam w Polsce, że my tu jesteśmy”. Tam są wspaniali ludzie, wspaniali. W Polsce jeszcze teraz są takie rejony, że kubka wody nie dostaniesz, a tam są wspaniali. Równi w doli i niedoli. Jak chodziłem do szkoły, to pomagałem słabszym uczniom, bo byłem bystry chłopak. Tak. Dziś, kiedy wracam wspomnieniami do tamtych lat, to widzę wszystko, jakby to było wczoraj. Mam 78 lat a pamiętam ludzi dobrych i ludzi oprawców. Nic się nie zapomina.

Jak przywieźli nas tu na Zachód, do Gryfic, 18 kwietnia 1946 roku, to skład pociągu był tak długi, że musieli go rozłączyć na dwa tory. Był Urząd Repatriacyjny, ale trzymali nas na stacji długo. I co z tego wynikło? Że tu przyjechaliśmy, że tu wróciliśmy do Polski? To mogę śmiało powiedzieć. Nami się zajęło UB. Tak – UB. Do Kołomącia kurcze, do PGR-u wysiedlili. Nadleśniczy przyjechał z Gryfic i mówi do ojca: „Panie Czekan, niech pan obejmie leśnictwo w Świeszewie”. No dobra i wlazło UB. Mówią, że nie. Nadleśniczy tłumaczy tym baranom, że ojciec to gajowy z 15-letnim stażem pracy w lesie. Na Kresach Wschodnich, to dopiero były lasy, a tu co? Taki las w Świeszewie!? Człowiek z wieloletnim stażem potrzebny w lesie - przekonywał nadleśniczy. Ubowiec mówił: „Tak? Z wieloletnim doświadczeniem? A ty wiesz, że przed wojną to on miał pistolet, a ty wiesz, że przed wojną to on miał i sztucer?”. „Miał i co z tego?” – pytał leśniczy. „A jak teraz nawiąże kontakt z AK? No i co? A chcesz, żeby nas tu wszystkich powybijał? On w Świeszewie nie będzie!” – powiedział ubowiec. I tak zostało. Powoli zaczęliśmy pracować i się dorabiać, bo nie było nic. Ważne było, że za pracę otrzymywaliśmy jakieś pieniądze i sami mogliśmy decydować na co je wydać. To ważna rzecz – za pracę otrzymać wynagrodzenie, a nie tylko lichą zupkę i chleb.

Długo nie mogliśmy mówić o naszej zsyłce. Dziś mówimy głośno, ale też unikamy ciemnej strony tamtych dni. Bo zawsze dobro zwycięża i łatwiej jest mówić o tym, co w tamtych dniach było dobre, niż o ludziach - oprawcach. Do Polski wróciliśmy wszyscy tj. rodzice, brat i ja. W porównaniu do innych rodzin mogę powiedzieć, że nam udało się przeżyć.

Opowiadał Sybirak pan Jan Czekan z Gryfic.

 

Wysłuchała go Maria Jakubowska

2008.10.08  Gazeta Gryficka Materiał wstawił Bogusław Szarwiło za http://www.wppp.vel.pl/artykul.php?id=1223421127&gaz=gg