W S P O M N I E N I A

11. 06. 30
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1811

Zaczynam od epizodu, który rozegrał się we wrześniu 1959 roku. Liczyłem sobie wtedy 21 lat życia. Toteż na wiosnę tegoż roku wojskowa komisja poborowa urzędująca w Gródku Jagiellońskim, małym na zachód od Lwowa położonym m miasteczku, uznała mnie za, zdolnego do odbycia obowiązującej służby wojskowej z przydziałem do szkół, podchorążych artylerii lekkiej stacjonującej w którejś miejscowości na Wołyniu nazwy której pamiętam, chodziło chyba o Włodzimierz Wołyński

.Wybuch wojny niemiecko-polskiej i ogłoszenie w związku z tym powszechnej mobilizacji oznaczały dla mnie i jednego z moich kolegów obowiązek natychmiastowego stawienia się w owej miejscowości. udaliśmy się więc na rowerach w drogę w kierunku północno-wschodnim

 

W Żółkwi jednak przygodnie zagadnięty przeze mnie .Kapitan kazał nam zmienić, kierunek jazdy na Stanisławów gdzie miała się dokonać koncentracja zdolnych jeszcze do walki oddziałów armii polskiej. Po drodze zatrzymaliśmy się jednak na nocleg w Stratynie koło Rohatyna u znajomej, owszem zaprzyjaźnionej mamą rodziny ukraińskiej z czasów, kiedy w tej miejscowości urzędował mój ojciec jako komendant policji państwowej, gdzie umarł i tam też został pogrzebany. Następnego wszakże dnia dotarła do nas drogą radiową hiobowa wiadomość o wkroczeniu na teren Polski armii sowieckiej. przekreśliło to celowość dalszej podroży na południe i konieczność powrotu do rodzinnego domu. Ponieważ nie orientowałem się w terenie, a droga powrotna prowadziła przez zalesione wzgórza, przewodnikiem na pierwszym etapie tej drogi był Iwaś, brat gospodyni, u której znaleźliśmy chwilową gościnę.

Pierwszy odcinek tej drogi przebiegał doliną niewielkiego strumienia Po przebyciu jednego, może dwu kilometrów w miejscu, gdzie -dolina ulegała znacznemu zwężeniu, nagle z pobocznych krzaków wyskoczyła grupa mężczyzn nie umundurowanych, ale uzbrojonych.

Jak się okazało, była to jednostka UPA, która z miejsca nas otoczyła i zatrzymała. Iwaś nie sprawiał jednak wrażenia człowieka zaskoczonego tym obrotem sprawy, ale od razu zaczął dyskusję z dowódcą tego oddziału, która jakoś dziwnie przeciągała się w czasie. Toteż w pewnym momencie podniosłem głowę i objąłem wzrokiem grzbiet owego wzgórza i czarną wstęgę rosnącego na nim lasu. Po kilku chwilach dostrzegłem kobietę wybiegającą z chaty znajdującą się na skraju tego lasu, która niemal biegiem zmierzała polnych ścieżkach wyraźnie w naszą stronę. Kiedy w końcu dotarła do celu. rozsunęła pierścień gapiów z pobliskich chat, którzy zdążyli już się koło nas zebrać, przystąpiła do mnie, wzięła za rękę i powiedziała -po ukraińsku "chody zi mnoju", czyli "chodź ze mną". Ja z kolei wziąłem za rękę mojego kolegę i już razem szliśmy w ślad za ową niewiastą. Nikt nie protestował, nikt nie próbował ani jej, ani nam przeszkadzać w wyjściu z owej matni. Kiedy w końcu doprowadziła nas do swej chaty, wprowadziła do wnętrza i poprosiła, abyśmy zajęli miejsca przy stole. Sama zaczęła się też zaraz krzątać, przyniosła chleb, masło i mleko, poczem poprosiła, abyśmy się częstowali, usiadła też obok i rozpoczęła swoją opowieść

Otóż wyszła za mąż tuż przed rozpoczęciem I-szej wojny światowej. Mieli z mężem to gospodarstwo, ale było ono obarczone sporym długiem. Tymczasem doszło do wybuchu wojny, mąż jej poszedł na front a wiadomo, że wojna trwała cztery długie lata. W tym czas przyszedł termin spłacenia długu, czego ona oczywiście dokonać nie mogła.. Ponieważ front walczących armii przesunął się znaczni na wschód, do Stratyna wróciła austriacka administracja a więc i mój ojciec podjął normalne funkcje komendanta miejscowej policji.Owej wszakże kobiecie nie mającej żadnych funduszy na spłacenie długu zagroziła licytacja tego, co posiadała. Oznaczało to dla niej ruinę materialną, ponieważ wierzyciel, a był nim właściciel restauracji w Stratynie od swoich roszczeń nie odstępował W tej trudnej sytuacji przyszła ona do mojego ojca z prośbą o pomoc. Ojciec po wysłuchaniu jej prośby zapewnił ją, że nie pozwoli wyrządzić jej krzywdy. Łatwo się domyśleć, jakim sposobem to zrobił. I oto w opisywanej przeze mnie chwili dowiaduje się ona nie wiem od kogo w, tak krótkim czasie, że z UPA chcą nas rozstrzelać jako "Lachów", a nie wiadomo, czy Iwaś zdoła nas wybronić. Toteż co rychlej-wybiegła z domu, aby na czas zdążyć, zanim UPA nie doprowadza- do skutku zamachu na nasze życie.

Dowódc UPA’owskiego oddziału uszanował jej interwencję, owszem, kiedy owa kobieta kończyła swą opowieść, wszedł on także do izby i już przyjaźnie z nami rozmawiał. Mało tego, kiedy nadszedł czas, .abyśmy z kolegą udali się w dalszą drogę, wypisał na karcie papieru swego rodzaju glejt bezpieczeństwa, który też okazał się nam wielce przydatny, kiedy w dalszym ciągu naszej drogi po .raz drugi natknęliśmy się na inny oddział UPA. Posiadane pismo wystarczyło, abyśmy już bez dodatkowych przygód dobrnęli do kresu'" naszej powrotnej wędrówki."

Z kolei przystępuję do opisu drugiego zapowiedzianego przeze mnie epizodu. Otóż wydarzył się on w tym samym Stratynie, ale znacznie wcześniej, gdyż w roku 1920, kiedy miałem około trzech lat życia, w dziejach zaś narodu toczyła się rozstrzygająca o jego dalszych losach wojna polsko-rosyjska. Regularnych, na większą skalę zakrojonych działań wojennych w tym zakątku świata nie było. Niemniej jednak zapędził się tam jakiś oddział kawalerii rosyjskiej i opanował Stratyn bez żadnych trudności i rozlokował się w nim na kilkodniowy wypoczynek, oficerowie tego oddziału obrali sobie na kwatery budynek komendy policji, w którym znajdowało się także mieszkanie komendanta miejscowej policji, a był nim mój ojciec. W tym czasie służąc w armii polskiej przebywał gdzieś daleko na wojennym froncie. .Nowi gospodarze zachowywali się jednak spokojnie

Mamie ze służącą kazali przenieść się do pokoju w bocznej części tego. domu, poza tym żadnych utrudnień życia nie stwarzali, owszem pozwolili. jej korzystać z kuchni. Otóż wydarzyło się .pewnego dnia że wymknąłem się spod dozoru mamy i wędrując korytarzem dotarłem do drzwi wyjściowych. Przy tych zaś drzwiach stał trębacz tego oddziału. Kiedy mnie zauważył, chwycił mnie dał mi do rąk swoją trąbkę. Razem też z nią trzymając mnie oczywiście na rękach wsiadł na konia i obwiózł mnie raz i drugi wokoło po tym niewielkim zresztą podwórzu. Wywołało to powszechny śmiech wśród żołnierzy, natomiast moja mama, która poszukuję mnie stanęła na progu domu' pełna trwożnego lęku czekała na koniec tej zabawy. Zakończyła się ona jednak zgoła spokojnie...... gdyż ów trębacki wesołek po prostu oddał mnie mojej mamie. Mimo to jednak mama w obawie, by się tego rodzaju niespodzianki nie powtarzały, ograniczyła radykalnie swobodę moich ruchów do chwili, kiedy Stratyn odzyskał znowu spokój cichego podolskiego zakątka.

 

ks. prof Tadeusz Ślipko

Źródło: Głos Podola, http://ua.glos-podola.com/page.php?24