WRÓG LUDU

11. 06. 26
posted by: Bogusław Szarwiło
Odsłony: 1455

Od kilku dni w naszym domu panował niepokój, smutek i żal. Zabierali do kołchozu naszą kochaną krowę Krasulę. Rekwirowali naszą krowę ze względów politycznych, iż zgodnie z teorią marksistowsko-leninowską, w sytuacji gdy wszystko się upaństwowi; fabryki i domy, lasy i pola, bydło i ludzi, naród radziecki osiągnie pełne szczęście. Nie rozumiałem wtedy tego. Były to lata pięćdziesiąte, do władzy przyszedł Mikita Chruszczow obdarzając nas swobodą i demokracją, chociaż tego słowa wtedy nie rozumiano. Pozwolił krytykować nie tylko kapitalistów, burżujów i polskich panów, można było również mówić źle, o jeszcze do niedawna, „ojcu wszystkich czasów i narodów" — Józefie Stalinie. Pisały nawet o tym gazety i to obszernie, podawały, że: to podły zdrajca, że szpieg angielski. Ale ludzie milczeli — bali się. Nasza dobra sąsiadka, zaufana sprzed wojny nauczycielka. Pani Julia Duciak, przychodziła wieczorami do nas na pogadanki i szeptem dzieliła się z ojcem ostatnimi wiadomościami, które udało się jej zdobyć z nasłuchu radiowego radia „Wolna Europa” lub „Głos Ameryki”. Ojciec też wyłapywał docierające z eteru zakłócane słowa. Przestrzegali nas, że będzie gorzej, że idzie nieurodzaj, że pogorszyły się stosunki sowiecko-amerykańskie. W szkole zaś słyszałem piękne słowa: „dzieło Lenina owocuje, nowowybrany syn ludu sowieckiego Mikita Chruszczow doprowadzi dzieło wielkiego wodza do końca". Powtarzałem to wszystko ojcu. On, chowając uśmiech, mówił, że to prawda i tylko nie wie dokładnie kiedy? Ale to, że doprowadzi do końca to pewne. Na zebraniach polityczno-informacyjnych przekonywano nas, iż partia i osobiście, Mikita Siergiejewicz zbudują do końca lat osiemdziesiątych komunizm. Wszyscy wówczas będą szczęśliwi, syci i radośni. Obywatelom, najbardziej wolnego w świecie państwa sowieckiego, wydadzą paszporty i uzyskają oni prawo poruszać się po całym... naszym kraju. A w ogóle to będzie bardzo fajnie. Starałem się to wytłumaczyć ojcu. Ale on milczał. Jedynie babcia, nasza kochana babcia, mówiła: „pamiętaj to banda, stalinowska banda. Już dość nas obrabowali, a teraz zabierają naszą ostatnią krowę". Krasula była wyjątkowej urody i dobrego charakteru. I trudno się temu dziwić, w linii prostej pochodziła od znanej odmiany krów, które zamieszkiwać zwykły jedynie w stajniach szlacheckich. Przyszła na świat w naszej stajni jako nieporadne łaciate cielątko (czarno-białe). Z czasem gdy stała się już dorosłą krową jej czarne plamy na grzbiecie stały się jakby bardziej granatowe. Mimo, iż higienę krowie raczej trudno zachować, ta była wyjątkowa wyczulona na czystość. Jej wysiłki w kierunku zachowania czystości w powiązaniu ze zgrzebłem i szczotką w ręku babci przynosiły piękne rezultaty. Jej instynkt macierzyński rozciągał się nie tylko na cztery cielątka, które wydala na świat, ale i na ludzi, którzy się nią opiekowali. Nawet język, który u krów jest zwykle dosyć szorstki miała wyjątkowo „jedwabny", odczuwaliśmy to na swoich rękach. Dzięki wychowawczemu wpływowi naszej babci. Krasula nabyła dobrych manier. Na każdym kroku odwdzięczała się członkom naszej rodziny miłością i przywiązaniem na swój krowi sposób. Mleka dawała nam ponad 20 litrów dziennie. Cóż tu dużo mówić; była karmicielką rodziny. W tym okresie rozwijającego się socjalizmu białe pieczywo dawali na kartki dzieciom do lat dziesięciu i to tylko w szkole. W sklepie można było czasem kupić czarny chleb z kukurydzy, a mąkę dawano dwa razy do roku. Nasza babcia wprost nienawidziła "wyzwolicieli" — sowietów. W pierwszej fazie wielkiej komunistycznej budowy (podczas naszego wyzwolenia w roku 1939) wywieźli na Syberię połowę naszej rodziny. Okazało się, że jest to za mało. Uwięzili później i zamordowali Adama (pierwszego męża mojej mamy), żołnierza ZWZ, tradycyjnie wroga ludu i podłego polskiego pana. Po wojnie wzięli się za resztę polskich panów, właścicieli ziemskich oraz robotników, którzy nosili zegarki kieszonkowe i co gorsze chodzili w kapeluszach. Teraz zabrali się za inwentarz domowy. Po zmasowanej propagandzie do akcji zostali włączeni najbardziej dostojni członkowie partii, komsomolcy i „świadoma” część nauczycieli. Chodzili oni do domów i spisywali cały inwentarz. My, dobrze rozumiejąc skutki takich wizyt, przezornie ukryliśmy na strychu dwa małe prosiątka i kilka kur. I pomyśleć, że komunizm mógł się potknąć o nasze dwa śnieżno białe prostaczki, które Bogu ducha winne z zawiązanymi ryjkami ukryliśmy w sianie pod bontem. Niestety Krasulę wpisali na listę. W rubryce „uwagi” znalazł się zapis: „balszaja", „charoszaja”. Zauważyłem tę uwagę i pocieszałem później rodziców: „chyba otrzymamy więcej za nią?!”. Chyba tak, odpowiedział ojciec, bo jak krowa wielka i dobra to znaczy, że rodzina kułacka, czyli od pięciu do dziesięciu. Tysięcy rubli spytałem ? Nie, synku, — lat — odpowiedział ojciec. Nie dosłyszałem dobrze, zrozumiałem, że „łat", mówię więc: „u nas są ruble, łaty na Łotwie". Babcia, którą trudno było wyprowadzić z równowagi powiedziała twardo: „u nas i na Łotwie i wszędzie płacą teraz latami — kołymskimi, magdańskimi, a w najlepszym wypadku syberyjskimi. Są również dodatki za pochodzenie i wykształcenie - też w latach". Żyliśmy w oczekiwaniu, jedynie babcia suszyła suchary i ułożyła listę rzeczy niezbędnych na drogę. Zawiadomienie przyszło szybko. Były w nim dwie nowiny. Pierwsza dobra; nie będą nas wywozić, druga też dobra; zostaliśmy zwolnieni od opłat podatkowych za krowę. Kierując się jednak partyjnym humanizmem, ponieważ nie będziemy płacić podatku za krowę to musimy ją dobrowolnie. nieodpłatnie, w trybie pilnym, oddać do kołchozu. Nie pamiętam dobrze pouczenia, które dołączono, sprowadzało się ono do tego, że nasza krowa stanęła na drodze wielkiego dzieła Włodzimierza Ilicza Nieszczęsnego. Trzeba było wybierać-: krowa lub szczęście całego, ludu sowieckiego. Przez całą noc nikt z nas nawet nic zmrużył oka. Płakali starsi i my czwórka dzieciaków. Pierwsi, że zostaniemy bez mleka i środków do życia i my, że pozbędziemy się przyjaciela. Krasula przeżywała widocznie to samo. Niepokoiła się nie chciała iść. Sąsiedzi wychodzili z domów i żegnali się z nią. Przecież od lat pili jej mleko — a było smaczne. Odprowadzaliśmy ostatnią krowę z naszej ulicy. Jak dowiedzieliśmy się później po trzech miesiącach pobytu w kołchozie w Rychcicach Krasula zmarła śmiercią głodową. Władza nie zapomniała krowy od nas zabrać, nie pomyśleli, że krowa potrzebuje jednak jeść. Cóż, dialektyka komunizmu bywa niepojęta. Tak naprawdę do dziś dnia nie rozumiem, dlaczego naszą Krasulę uznano za wroga ludu. Czy dlatego, że była tak zadbana i czysta?, a może dlatego, że była tak dojna? Minęły lata od tego wydarzenia. Szczątki krowy spoczywają gdzieś głęboko na wysypisku śmieci w Rychcicach, dokładnie w tym samym miejscu gdzie od kilku lat butwieją wyrzucone dzieła Lenina. Z całą pewnością można stwierdzić, iż marksiści-leniniści sprawę wielkiego Lenina doprowadzili do końca. Szkoda tylko, że u nas Krasul takich już nie ma.

ś.p. MARYI SZANDROWSKIEJ - ukochanej babci poświęcam...

ś.p. EUGENIUSZ DĄBROWSKI m. Truskawiec

 

Za: Głosem Podola, http://ua.glos-podola.com/page.php?17