Pod Ossowem i pod Tarnopolem Wspomnienia z wojny 1920r.

11. 06. 26
posted by: Józef Drążkiewicz
Odsłony: 1350

Kiedy w 1920 roku bolszewicy uderzyli na Polskę i chcieli zdobyć Warszawę, ja miałem 16 lat i byłem uczniem IV klasy gimnazjum w Sierpcu, mieszczącego się wówczas przy ulicy Piastowskiej w domu Juliana Trębińskiego. Dyrektorem gimnazjum był pan Władyka, starszy człowiek.

Ówczesny, Naczelnik Państwa, Józef Piłsudski wydał odezwę do Narodu, ażeby młodzież ochotniczo wstępowała do wojska. W związku z tą Odezwą i na podstawie zalecenia pana dyrektora Władyki podpowiadającego, ażeby uczniowie od IV klasy wstępowali do wojska, zaczęły się tworzyć grupy i najpierw do wojska poszli uczniowie z klas starszych, a nastepnie z klas młodszych.

Moja grupa, do której należeli: Henryk Rudowski, Aleksander Kubiński, Teofil Kozłowski, Bronisław Lipczyk, Wacław Kiełczyński i Henryk Wiśniewski, 24 lipca 1920 roku wyjechała pociągiem do Warszawy, żeby zaciągnąć się do ochotniczego harcerskiego pułku. Od stacji przy cmentarzu w Sierpcu kursowała wówczas wąskotorowa kolejka do Nasielska, a w Nasielsku już szerokotorową koleją szybko przyjechaliśmy do Warszawy.

W Warszawie długo nie moglismy znaleźć punktu werbunkowego. Po pewnym czasie dowiedzieliśmy się, że najbliższy znajduje się w Cytadeli. Udaliśmy się tam i zastaliśmy gromadę mężczyzn w różnym wieku, siedzących na trawie, którzy tak jak my przyszli do Cytadeli żeby zgłosić się do wojska. Sądząc po czapkach, niektórzy z nich byli studentami politechniki i uniwersytetu. Trwała przerwa w werbunku, więc i my porozkładaliśmy się na trawie. Niebawem przyszedł do mnie nieznany kolejarz. Mówił dziwnie. Nas ochotników nazywał głupcami. Zrozumiałem, że był to albo szpieg albo codzoziemiec, dla którego obrona Polski nie miała żadnego znaczenia. Może to był agent przebrany w mundur polskiego kolejarza?

Werbunek zaczął się po południu, kiedy przybyła komisja. Podszedłem do stołu, przy którym siedział lekarz wojskowy. Lekarz spojrzawszy na mnie zapytał, czy chcę służyć w wojsku. Odpowiedziałem, że tak. W tym celu przecież przyjechałem do Warszawy. Lekarz nie badając mnie, umoczył w szklance wody ołówek chemiczny i na moich piersiach napisał literę A, niektórym pisał literę B. Wszyscy, którzy byli oznaczeni literą A, przechodzili do innego stołu i urzędujący tam wojskowy pisarz wypełniał arkusz ewidencyjny, zawierający dane personalne żołnierza. W jakiś czas później przyszedł podoficer w stopniu plutonowego i wszystkich nas z kategorią A zaprowadził do koszar, które znajdowały się niedaleko X Pawilonu. Po drodze dowiedzieliśmy się, że należymy do 221 ochotniczego pułku "Dzieci Warszawy". W moim plutonie znaleźli się koledzy z Sierpca: H.Rudowski, A.Kubiński i H.Wiśniewski.

Do koszar zaczęło napływać coraz więcej ochotników. Byli wśród nich weterani z siwym włosem na głowie, ale byli i młodzi. Pamiętam 15-letniego chłopaka z Warszawy o nazwisku Niewczas. Po trzech dniach wydano nam czapki - furażerki z orzełkiem i oznaki ochotnicze w formie kokardy biało-czerwonej, które przypinaliśmy u boku furażerki. Takie furażerki z kokardami nosili wszyscy ochotnicy. Dla żołnierzy, szczególnie ochotników, organizowane były kuchnie. Na każdej stacji kolejowej w Warszawie żołnierz mógł zjeść obiad bezpłatnie, lub otrzymać posiłek złożony z dwóch bułek i wędliny. Ludność Warszawy traktowała nas z ogromną sympatią. Jeśli żołnierz -ochotnik pojawił się na ulicy, obdarowywany bywał różnymi prezentami w formie paczek, które zawierały słodycze, wędliny, papierosy i przybory do szycia. Jednym słowem, nastał wtedy taki czas, że każdy żołnierz był mile widziany przez społeczeństwo, które rozumiało jak wielkie zagrożenie nadchodzi.

Po dwóch tygodniach postoju w Cytadeli nasz oddział 221 pp przeniesiono do Warszawy na ulicę Nowowiejską, stamtąd chodziliśmy na ćwiczenia, aż na Pole Mokotowskie, w cywilnych ubraniach. Idąc do wojska zabrałem najlepsze ubranie, żeby ktoś nie pomyślał, że do wojska przygnała mnie bieda.

Codziennie rano, o godzinie 6-tej, była pobudka, później śniadanie. Do godziny 11-tej przebywaliśmy na ćwiczeniach. Po obiedzie odbywały się często zbiórki, na których wygłaszano pogadanki na temat służby frontowej. Brakowało czasu nawet na napisanie listu.

4 sierpnia wydano nam wojskowy rynsztunek. Każdy żołnierz otrzymał skórzane kamasze, owijacze, spodnie, bluzę wełnianą koloru zielonego, dwie pary bielizny, plecak, chlebak, pas, dwie ładownice do nabojów, łopatkę, długi bagnet z pochwą, menażkę i manierkę. Teraz byliśmy prawdziwymi żołnierzami. Nie wyglądaliśmy już jak wędrowni Cyganie. Intensywane ćwiczenia i często organizowane zbiórki oraz pogadanki na temat zachowania żołnierza na froncie sygnalizowały, że nadchodzi coraz groźniejsza sytuacja. Z ulicy Nowowiejskiej w Warszawie 7 sierpnia znów powróciliśmy do dawnych koszar w Cytadeli. W nocy z 8 na 9 sierpnia zbudził nas alarm. Kazano nam zebrać się w pełnym rynsztunku. Wyszliśmy z koszar na plac ćwiczeń, a stamtąd nieznaną ulicą zaprowadzono nas do magazynu wojskowego. Każdy żołnierz otrzymał za pokwitowanie karabin i 120 sztuk naboi. Były to karabiny pięciostrzałowe, francuskie z długimi lufami. Nazywały się "Bertreje". Do ładownic mieściło się zaledwie kilka magazynków amunicji. Resztę trzeba było schować do chlebaka. Kiedy wróciliśmy do koszar, przyszedł rozkaz czyszczenia otrzymanej broni, która była mocno nawazelinowana. Na tej czynności upłynęła prawie cała noc. Nastąpił świt, dowódca dokonał przeglądu i kto nie wyczyścił dobrze karabinu i bagnetu musiał czyścić ponownie jeszcze raz, a z nim wszyscy. Taki to był wojskowy rozkaz, jeden za wszystkich, a wszyscy za jednego. Wydaje mi się, że chodziło raczej, aby tamtej nocy żołnierze nie spali i byli w pogotowiu. I znów zaczęły się intensywne szkolenia z bronią.

11 sierpnia w nocy, ledwie zdążliśmy zasnąć, zaświeciło się światło w koszarach i wartownik zarządził pobudkę. W tym momencie wszedł do sali nasz starszy sierżant Maleszko. Powiedział, że przyszedł się pożegnać, ponieważ odchodzi na front. Lubiliśmy go, ponieważ był inteligentny, sympatyczny i dobry dla nas. Zaczęliśmy wtedy wołać, że my chcemy też pójść na front. Uspokajał nas mówiąc, że jeszcze dla nas nie nadszedł czas. W nocy z 13 na 14 sierpnia zarządzono znowu alarm. Rozkaz brzmiał: "ubierać się i w pełnym rynsztunku wychodzić przed koszary". Stanęliśmy w dwuszeregu. Nastąpił ogólny przegląd, wydano nam suchy prowiant na dwa dni. Były to suchary i puszki konserw mięsnych. Kolejny rozkaz nakazywał pójść przed X Pawilon, gdzie rosły kasztany. Kazano nam zrywać liście z kasztanów i dekorować się nimi. Już bez żadnych domysłów widać było, że idziemy na front. Maszerowaliśmy przez Warszawę żegnani kwiatami przez ludność cywilną. Kobiety z nami szły i płakały. Starzy i młodzi mężczyźni odprowadzali nas aż za Warszawę.

Sierpień 1920 roku był pogodny i gorący, a drogi, którymi maszerowaliśmy były piaszczyste. Kiedy następował odpoczynek, zawsze był organizowany gdzieś przed wsią albo za nią. Miejscowa ludność ustawiała przy drodze beczki z wodą i garnuszki do picia. Mimo trudnego, męczącego marszu, humory nam dopisywały. Nie brak było żartów, dowcipów i wygłupów, jak to w wojsku. Jeden z żołnierzy rysował zwykłym ołówkiem portrety kolegów, były tak podobne jak na fotografii. Niektórzy umieli ładnie deklamować i śpiewać, a byli i tacy, co bez końca opowiadali dowcipy.

Nasze dwie marszowe kompanie liczyły 650 żołnierzy. Było w nich dwóch oficerów; major i porucznik. Po kilku godzinach przyłączył się do nas jakiś młody ksiądz. Jak się później dowiedziałem, był to ksiądz kapelan - Ignacy Skorupka. Przed zachodem słońca doszliśmy do wsi Ossów. Kompanie nasze zakwaterowane zostały w stodołach w zachodniej części wsi. Powiedziano nam, że pod żadnym pozorem nie można opuszczać wyznaczonej kwatery. My z Sierpca trzymalismy się razem. Ponieważ wszyscy nie mogliśmy pomieścić się w stodole napełnionej zbożem, zrobiliśmy sobie posłanie na podwórzu przy stodole. Zaproponowałem Aleksandrowi Kubińskiemu żeby przypilnował moich rzeczy, to pójdę na wieś może przyniosę mleka do napicia. Wchodzę do pierwszego domu, drzwi otwarte, ale nikogo nie ma. Idę do następnego domu i zastaję taką samą sytuację. Ogarnął mnie niesamowity lęk, gdyż nie widziałem dlaczego w mieszkaniach pełnych sprzętu nie ma żyjących ludzi. Po jakimś czasie zobaczyłem, że starszy mężczyzna wchodzi na drabinę i na szczycie domu zawiesza jakiś obraz. Doszedłem do niego i zapytałem, dlaczego tu jest taka pustka, jakby wszyscy poumierali. Staruszek odpowiedział, że mieszkańcy uciekli bo do Ossowa zbliża się front. On też ucieknie, jak zawiesi obraz świętej Agaty, chroniącej od ognia. Po usłyszeniu takiej wiadomości odechciało mi się mleka. Czym prędzej powróciłem do swych kolegów i o wszystkim im powiedziałem. Noc z 13 na 14 sierpnia była niespokojna. Widać było dalekie pożary oraz żołnierzy rozwijających przewody telefoniczne, tabory wojskowe jadące w kierunku Warszawy.

14 sierpnia o świcie rozległy się pojedyńcze strzały z karabinu. U nas ogłoszono alarm. Kazano natychmiast powstać, znaki ochotnicze pozrywać i swoje dokumenty zniszczyć. Strzelanina wzmogła się. Lecące w naszym kierunku kule brzęczały jak roje pszczół. Czegoś podobnego w życiu swoim nigdy dotychczas nie spotkałem i nie przeżywałem. Rozpoczął się prawdziwy bój. W tym czasie nasza kompania wychodząc na równe pola za stodołami Ossowa, rozwinęła się w linię tyralierską i została silnie ostrzelana z karabinów maszynowych. Przy mnie kula dosięgnęła pierwszego żołnierza - Śliwkę ze Skarżyska.

Posuwając się naprzód wśród gradu brzęczących kul, pojedynczymi skokami, zobaczyliśmy przed sobą szybko biegnących do nas żołnierzy. Sądząc, że to bolszewicy, zaczęliśmy do nich strzelać. Usłyszeliśmy głosy: "nie strzelać, nie strzelać!". Jak się okazało, byli to żołnierze z 13 pułku piechoty, których bolszewicy wyparli z okopów. Żołnierze ci włączyli się do naszej tyraliery. O dziwo, wśród tych cofających się żołnierzy rozpoznałem Jana Nagiewicza z Sierpca, zamieszkałego na Budkach przy dzisiejszych ulicy Traugutta. Wyglądał jak najgorszy żebrak, był bosy. Inni cofający się żołnierze wyglądali podobnie. Nagiewicz prosił mnie o bieliznę, dałem mu ją. Powiedział mi, że należy do 13 pp, który cofa się aż znad Berezyny. Na dłuższe rozmowy nie było czasu.

Gdy doszliśmy czołgając się do wschodniego krańca wsi Ossów, przez kilkanaście godzin pozostawaliśmy przykuci do ziemi ostrzeliwując się wzajemnie. Co pewien czas jeden drugiemu podawał rozkaz posunięcia się naprzód,. O swobodnym powstaniu na nogi nie było mowy. Gdy ktoś się wychylił, trafiała go bolszewicka kula. Silny, nieustający ogień nieprzyjaciela z karabinów maszynowych, wyrządził u nas duże straty. W linii tyralierskiej było dużo zabitych. Dały się słyszeć przerażliwe jęki żołnierzy i wołanie o pomoc. Trudno jest opowiedzieć o okropnych, dramatycznych wrażeniach, jakie każdy z nas żołnierzy wtedy przeżywał. Nam Sierpczakom ten pierwszy chrzest bojowy udało się przeżyć.

Prowadził nas do boju, starszy wiekiem, siwowłosy major Dobrowolski. Tego pierwszego piekła wojny nigdy nie zapomnę. Utrwaliłem go w swoim pamiętniku. Kto nie był na wojnie i nie brał w niej udziału, nigdy nie będzie wiedział czym ona jest, choćby nie wiem ile książek przeczytał.

Po bitwie i odrzuceniu bolszewików, zmienił nas 44 (czy też 41) pułk piechoty, dokładnie nie pamiętam, a nam, ochotnikom 221 pułku piechoty, rozkazano wycofać się do wsi Ossów. Patrzyliśmy na siebie wstrząśnięci strasznym przeżyciem po wielkim boju, oczekując na dalsze rozkazy. Tego dnia w Ossowie zarządzono zbiórkę wszystkich ochotników. Po ustaleniu liczebnego stanu doszedł do nas jakiś pułkownik i wygłosił przemówienie. Mówił do nas, że w dniu dzisiejszym odnieśliśmy wielkie zwycięstwo. Wróg bolszewicki został od naszej Warszawy odparty. Nieubłagana śmierć dokonała swego żniwa. W bitwie pod Ossowem padł bohaterski ksiądz kapelan Ignacy Skorupka i wielu walecznych żołnierzy, którzy młode swoje życie oddali w ofierze Ojczyźnie. Historia i wdzięczna Ojczyzna nigdy o nich i o nas nie zapomni. W zakończeniu przemówienia pułkownik poinformował nas, że żołnierze-ochotnicy 221 pułku z dniem dzisiejszym zostali przydzieleni do 33-go łomżyńskiego pułku piechoty. Tak się dobrze złożyło, że wszyscy z Sierpca przydzieleni zostaliśmy do 8 kompanii 3 batalionu tego pułku. Dowódcą kompanii był porucznik Zatryb, dowódcą 3 batalionu kapitan Kolbusz, a dowódcą pułku pułkownik Jerzy Sawicki, to jest ten, który do nas wygłosił przemówienie. Około godziny 1700 zaczęto znosić z pobojowiska poległych i rannych żołnierzy. Widok był przerażający, dużo naszych poległych i rannych, błagających o pomoc żołnierzy.

Kto z nas ochotników znał poległego żołnierza, przy którym nie było żadnego dokumentu, takiemu żołnierzowi przypinano kartę z jego nazwiskiem, a jeśli poległego trudno było zindentyfikować, przypinano na nim kartkę z napisem "Obrońca Warszawy". W tym czasie idąc po pobojowisku, zobaczyłem poległego księdza-kapelana Ignacego Skorupkę, leżącego przy drodze w końcu wsi Ossów od strony wschodniej, gdzie teraz stoi pomnik. Ksiądz położony był na żołnierskim płaszczu, przykryty białą komżą, a na twarzy miał gałązki sosny. Dane historyczne podają, że w bitwie pod Ossowem zginęło około 600 żołnierzy. Kiedy zaczęło się ściemniać 14 sierpnia, wymaszerowaliśmy z Ossowa do niedalekich okopów. Na drugi dzień o świcie otrzymaliśmy rozkaz - maszerować naprzód, w szyku bojowym. Po drodze napotykaliśmy dużo naszych poległych żołnierzy. Marsz utrudniały drogi zawalone wozami bez koni. Nie zapomnę widoku trzech porzuconych bolszewickich stanowisk bojowych. Były przy nich góry łusek-gilz od wystrzelonych z karabinów maszynowych kul, podobne do dużych styg ze zbożem. Stąd przez około dziesięć godzin ostrzeliwali nas bolszewicy.

Dalsze działania wojenne nie były dla nas już tak bardzo niebezpieczne. Wróg pobity przy obronie Warszawy, zaczął w popłochu uciekać. A my goniliśmy go szybko, by nie zdążył zatrzymać się i umocnić. A dużo bolszewików spotykaliśmy w lasach, na różnych drogach. Maszerowaliśmy polnymi drogami dzień i noc, mijając Serock, Wyszków i inne miejscowości. Nie napotykaliśmy na żaden opór. Dopiero w Śniadowie rozpoczęła się gwałtowna, trwająca około 3 godziny, strzelanina. W tej wsi zobaczyliśmy tragiczny widok. Bolszewicy w sposób okrutny zamordowali trzydziestu mężczyzn w różnym wieku. Wśród nich były małe dzieci i starcy. W całej wsi rozlegał się płacz kobiet. Po trzech nieprzespanych nocach ogarnęło nas wielkie zmęczenie, dokuczał niesamowity głód. Człowiek bez snu traci rozum. Nie wie co mówi. Wreszcie po kilku dniach otrzymalismy pierwszy raz ciepły obiad. Na drodze we wsi, obok drewnianego domu, ustawiliśmy broń w kozły. Żołnierze pozdejmowali obuwie, żeby nogi odpoczęły. Niektórzy natychmiast zasnęli. Gospodyni domu, przy którym nastąpił odpoczynek, otworzywszy okno w mieszkaniu, nastawiła gramofon z płytą "Jeszcze Polska nie zginęła, póki my żyjemy". Była to bardzo radosna chwila. Ze wzruszenia żołnierzom popłynęły łzy. W tym samym momencie zobaczyliśmy, że od wschodu nadlatuje nisko samolot z okrągłymi polskimi znakami na skrzydłach. Kiedy znalazł się nad nami, padły dwie nieduże bomby, raniąc kilku żołnierzy. Czy był to samolot sowiecki z polskimi znakami, czy polski, pomyłkowo bombardujący nas, tego nikt nie wiedział. Później podobny samolot zrzucał ulotki drukowane w języku polskim z podpisem Dzierżyńskiego i innych, nawołujące żołnierzy polskich do rzucenia broni i zaprzestania walki za hrabiów Potockich i innych obszarników.

Po kilkugodzinnym odpoczynku, rozkaz do wymarszu i znów męczący marsz, nie wiadomo dokąd. Nigdy nie myślałem, że można iść i spać. Czasem bywało, że jak się na przedzie jeden śpiący żołnierz przewrócił, to na niego później padali wszyscy. Najgorzej dokuczały nam długotrwałe męczące marsze i nieprzespane noce.

Za Kolnem, maszerując w kierunku granicy Wschodnich Prus, spotykaliśmy dużo bolszewików bez broni. Na nasz widok unosili ręcę do góry mówiąc, że są "plenni", tylko nie wiedzą dokąd mają iść. Zaczęliśmy ich rozpytywać skąd "ubieżają". Powiedzieli, że chcieli zdobyć Warszawę od strony zachodniej idąc przez Bieżuń, Sierpc i Płock. Dopiero stąd dowiedziałem się, że bolszewicy byli i w Sierpcu. Maszerując na północny wschód doszliśmy do miejscowości Okurowo i tu nastąpił upragniony, długo oczekiwany odpoczynek. Batalion III-ci pozostał we wsi, a nasza 8 kompania, pomaszerowała dalej i wystawiła placówki i wedety. Dokuczał nam głód. Przed nami migało światełko jakiegoś domu. Mój plutonowy wyraził zgodę, bym udał się tam, żeby załatwić coś do jedzenia. Gdy wszedłem do mieszkania zastałem kilka osób jedzących kolację na długiej ławie. Gospodarz bardzo zdziwił się, gdyż przed chwilą u niego było dwóch bolszewików na koniach, a tu nagle zjawiam się ja, żołnierz polski. Powiedziałem gospodarzowi, że jestem głodny i jest nas więcej. Gospodyni natychmiast zlała do jednego naczynia przygotowane już na miskach kartofle z zacierkami i mlekiem i kazała mi je zabrać. Idąc z powrotem do swojej placówki, ucieszony ze zdobycia jedzenia, a było już ciemno, nagle zobaczyłem bolszewika na koniu. Włosy mi dęba stanęły. Postawiłem naczynie na ziemi i wziąłem karabin do ręki, przygotowując się do strzału. Ani koń, ani postać się nie ruszały. Okazało się, że była to tylko kopka siana, przykryta gałęziami. Przez drogę jedzenie wystygło, ale koledzy i tak chwalili mnie bardzo. Nazajutrz otrzymaliśmy rozkaz, by nie oddalać się z miejsc wyznaczonych placówek. Zabroniono nam kontaktowania się z ludnością cywilną i prowadzenia rozmów o sprawach wojskowych. Byliśmy tam przez dwa dni, spotykając dużo uciekających bolszewików. Nie wiem, co robiły nasze władze z jeńcami. Prawdopodobnie umożliwiano im ucieczkę, bo któż wyżywiłby taką ludzką szarańczę? Przychodziło ich tylu, że mogliby nas nakryć czapkami. 28 sierpnia nasza 8 kompania stanęła w szyku bojowym. Zaczął się marsz. Duch, wśród nas ochotników, był dobry. Żaden z nas nie biadolił. Natomiast niektórzy starzy żołnierze, którym tułaczka wojenna dała się dobrze we znaki, narzekali na swój los. Jeden ze starych żołnierzy puścił "kaczkę", że wkrótce zostaniemy zwolnieni z wojska. Nasz dowódca kompanii, porucznik Żatryb, wydał rozkaz do śpiewu. Mieliśmy śpiewać tak głośno, żeby słyszała Warszawa. To nas utwierdziło w przekonaniu, że koniec wojny jest blisko. Śpiewaliśmy więc "Cywilem być to jest szczęśliwy los, bo cywil ma pieniędzy pełen trzos" oraz inne piosenki, jak "Zielony mosteczek" i "Hej sokoły". Radosna atmosfera wyraźnie wskazywała, że drogę powrotu do domu mamy pewną.

Rankiem, na małej stacji kolejowej, załadowaliśmy się do wagonów towarowych. Cały nasz III batalion 33 pp po kilku dniach i nocach przejechał przez Warszawę, Radom, Ostrowiec Świętokrzyski, Jarosław, Przemyśl i Lwów. W szczerym polu, gdzieś za małą stacją Bukaczówką, nastąpił rozładunek. Stamtąd, w szyku bojowym, nastąpił wymarsz, lecz dokąd i gdzie nikt z nas, żołnierzy, nie wiedział. Zrozumiałem, że znów zaczyna się nowa żołnierska tułaczka. Tej nocy stałem na wedecie przy głównej drodze. Po jakimś czasie słyszę głośne wołanie: "8 kompania, 8 kompania". Nie wiedziałem co robić. Uczono nas, że na froncie, szczególnie w nocy, należy zachować ciszę. Wołanie 8 kompanii powtarzało się coraz bardziej rozpaczliwie. Po namyśle głośno odpowiedziałem: "8 kompania tu jest". Z ciemności nadjechał łącznik batalionowy na koniu i powiedział, że z rozkazu dowódcy batalionu pięciu łączników wyjechało na zwiady i natrafili na duże zgrupowanie bolszewików, znajdujących się około pół kilometra stąd. Tylko jemu udało się wydostać z zasadzki. Łącznik ten prosił mnie o wskazanie miejsca kwatery naszego dowódcy. Dowódca wydał rozkaz likwidowania placówek. O wschodzie słońca nastąpił wymarsz, który był w zasadzie szybkim biegiem na przełaj. Bieglismy przez pola, jak stado dzikich zwierząt, do niedalekiego lasu.. Za nami w tumanach kurzu pędziła bolszewicka kawaleria Budionnego. W lesie poczuliśmy się bezpiecznie. Po kilku salwach bolszewicy cofnęli się. Dwa dni i dwie noce, idąc różnymi lasami i drogami, odnaleźlismy swój 3 batalion. To nie była wojna pozycyjna, ale partyzancka. Po odpoczynku i uzupełnieniu amunicji rozpoczął się znów marsz w nieznanym kierunku. Tym razem czuliśmy się pewni i bezpieczni. Był z nami cały pułk. Po jakimś czasie znów się rozdzieliliśmy, każda kompania miała swoje zadanie i szła innymi drogami. Nasz dowódca kompanii, porucznik Żatryb jechał na przedzie, na dereszowatym koniu, z tyłu maszerowali wyznaczeni podoficerowie. Po całonocnym marszu zobaczyliśmy duże miasto. Gdy zbliżaliśmy się do niego, bolszewicy przywitali nas najpierw pojedyńczyni strzałami, a następnie ogniem z karabinów maszynowych. Nasza kompania rozsypała się w tyralierę i szła naprzód pod gradem kul. W bitwie o Tarnopol poległo kilku naszych żołnierzy. Było wielu rannych. Z 8-mej kompanii poległ plutonowy Karczewski, Zygmunt Wróbel i kapral Jan Szenk. Zabity został dowódca 6 kompanii porucznik Piotrowski i jego siedemnastu żołnierzy.

Wkroczyliśmy do Tarnopola. Szerokie brukowane ulice, duże murowane domy. Niektóre domy nie miały dachów, okien ani drzwi. Stały tylko mury i kominy. Ludność przyjęła nas bardzo serdecznie. Z braku chleba kobiety piekły placki kartoflane i nas częstowały. Dla oficerów znalazła się wódka.

Gdy przechodziliśmy przez ukraińskie wioski, słyszało się wciąż narzekanie na wojnę. Ludzie nie mieli soli. Pieniądze były różne: czerwieńce, kierenki i inne, ale za nie nie można było nic kupić. Najbardziej wartościowym towarem była zwykła sól kuchenna. Za trochę soli można było zdobyć chleb, kurę lub inny towar. Ludzie byli bardzo biedni. Sądząc po ubiorze, wyglądali jak żebracy.

Im dalej posuwaliśmy się na wschód, każdy nasz krok stawał się coraz bardziej niebezpieczny. W końcu października dotarła do nas wiadomość, że nasz dowódca, porucznik Żatryb ma być odkomenderowany do innej jednostki, a nas przejmie poprzedni dowódca, porucznik Węgliński.

Niektórzy starzy żołnierze mocno się bali tego oficera. Mówili, że jest okropnym służbistą, bardzo wymagającym. Jeśli zastanie na widecie śpiącego żołnierza, surowo karze. Taki delikwent nie ma chwili odpoczynku, musi w pełnym rynsztunku stać z karabinem w pozycji na baczność. Surowo karane były także kradzieże. Zdarzył się taki wypadek, że jedn z naszych ukradł koledze paczkę papeterii. Żołnierz, który dopuścił się tego przestępstwa, przez dwie godziny w ciągu trzech tygodni musiał stać z karabinem na baczność a na jego piersiach i plecach widniał na papierze napis "złodziej". Tego rodzaju przewinienia były sporadyczne. Kary, jakie stosowano, wpływały wychowawczo, na żołnierzy.

Porucznik Węgliński często organizował wypady nocne. Podczas mojej służby brałem udział w czterech takich wypadach. Nie zawsze udawały się, były straty i po naszej stronie. Po każdym udanym wypadzie por. Węgliński kazał żołnierzom robić rewizje w zbobytych taborach i uzupełnić braki, jakie występowały w naszym zaopatrzeniu.

Jesień 1920 roku była ciepła i długa. Na całym froncie trwała wojna. Posuwając się na wschód, zdobywaliśmy różne miejscowości bez żadnego strzału. Ale były i takie miejscowości, przy zdobyciu których ponosiliśmy duże straty. Prawdziwe piekło rozpętało się nad rzeką Zbrucz. Mieliśmy ją sforsować, ale na górze okopani byli bolszewicy, którzy podpuściwszy nas, przywitali niespodziewanie ogniem z karabinów maszynowych. Który z nas zdążył się cofnąć i wpaść do rzeki, miał szczęście przeżyć tę potyczkę. W naszej kompanii powstały duże straty. Porucznik Węgliński został ranny w nogę. Poległo kilku podoficerów i szeregowych żołnierzy. Po tej potyczce szeregowiec, który umiał podawać komendę, otrzymał awans na kaprala.

Naszą 8 kompanię, o mocno przerzedzonym składzie, przydzielono do 7 kompanii. Braliśmy udział w zdobywaniu miast: Zasławia, Sławuty, Szepietówki. W końcu listopada 3 batalion został zluzowany i zakwaterowany na wschodnim skraju miasta Szepietówka.

Mój pluton zakwaterowany został w jakimś dużym, drewnianym domu, w którym znajdowała się prywatna, zniszczona polska biblioteka Brokla. Wokół tego domu widać było wiele zniszczonych, porozrzucanych książek. Skórzane oprawy wskazywały, że niektóre były bardzo wartościowe. Ponieważ mróz zaczął nam coraz bardziej dokuczać, paliliśmy w piecach tymi książkami...

29 listopada pod naszą kwaterę zaczęły przyjeżdżac różne podwody. Cichaczem dowiedzieliśmy się, że mamy gdzieś wyjeżdżać. Zaczęli przybywać żołnierze z innych kompanii 33 pp. Po jakimś czasie przybył z dowództwa pułku starszy sierżant, który wyczytał nazwiska 70 żołnierzy-ochotników i powiedział, żeby zdać posiadaną broń i pobrać prowiant na dwa dni. Domyślaliśmy się, że nadszedł koniec naszej wojaczki i będziemy wracać do domu. Kapitan Kolbusz w serdecznych słowach podziękował nam za wzorową, dobrą służbę wojskową i pożegnał się z nami. Powiedziano nam, że udajemy się do 33 pp w Łomży, skąd na podstawie rozkazu naczelnego dowództwa, zostaniemy zwolnieni z wojska. Z Szepietówki wyjechaliśmy po obiedzie około godziny 1400. Jechaliśmy na wyznaczonych podwodach całą noc. Pewnego razu, gdy jechaliśmy z góry, podwodczykowi rozprzęgnął się wóz i zmarznięci pospadaliśmy z niego. Ukrainiec, który nas wiózł, z przodem wozu i końmi, skręciwszy w boczną drogę, zbiegł. Na nasze wołanie inna podwoda stanęła i nas zabrała. Ledwie się pomieściliśmy. Nad ranem dojechaliśmy do małej stacji kolejowej i zauważyłem, że w moim chlebaku nie ma chleba, ani dwóch porcji konserw. Musiałem je zgubić, gdy spadaliśmy z wozu, albo też podwodczyk mi ukradł. Na tej samotnej stacji w oknach nie było ani jednej szyby a wewnątrz żadnych urządzeń. W ogłoszeniu wywieszonym na stacji, napisanym ręcznie, informowano, że pociąg do tej stacji dochodzi ze Lwowa i odjeżdża co trzeci dzień. Tak nieszczęśliwie wypadło, że według zasięgniętej informacji , w dniu dzisiejszym był pociąg i my zmuszeni byliśmy na następny czekać dwa dni i dwie noce w nieopalanym budynku, przy dokuczliwym chłodzie. Każdy dzień i noc wydawały się bardzo długie, trudne do przetrwania. Wreszcie po dwóch dniach i zimnych, nieprzespanych nocach, nadjechał oczekiwany pociąg, składający się z lokomotywy parowej i trzech wagonów osobowych. Jakaż to była wielka radość. Pociągiem tym dojechaliśmy do Lwowa, gdzie nastąpiła przesiadka do podstawionego już pociągu w kierunku Warszawy.

We Lwowie, na odjazd pociągu do Warszawy, trzeba było czekać około półtorej godziny. Na stacji nie było ani taniej kuchni dla żołnierzy, ani możliwości kupna czegoś do zjedzenia. Dopiero kiedy pociąg ruszył, przygodni pasażerowie cywilni, słysząc nasze narzekania na dokuczliwy głód, wyjmowali swoje wiktuały i częstowali nas. Cały dzień i noc jechaliśmy do Łomży przez Warszawę. W Łomży zakwaterowano nas w koszarach 33 pułku piechoty, które nie były opalane, a w oknach były powybijane szyby. Temperatura była tylko nieco wyższa niż na mroźnym powietrzu. Kładlismy się do spania na wyziębionych siennikach, mając do przykrycia tylko swój płaszcz. Dopiero, gdy zaczęlismy mocno interweniować, przydzielono nas do kompanii uzdrowieńców, w której przybywali ranni żołnierze po wyjściu ze szpitala, czekający na zwolnienie. Warunki trochę poprawiły się, ale głód nadal panował. Wieczorem otrzymaliśmy jeden chleb na 10 żołnierzy, do tego pół litra czarnej kawy. Było bardzo biednie. Wreszcie po kilku dniach przyszedł rozkaz wyjazdu do warszawskiej Cytadeli, ponieważ w kadrze 33 pułku nie było naszej ewidencji.

Tu, w Cytadeli, gdzie rozpoczynałem swoją służbę wojskową, zaznaliśmy biedy, jakiej w najkrytyczniejszych warunkach żaden z nas żołnierzy, na froncie nie doznał. I wreszcie w dniu 12 grudnia 1920 roku, po 4 miesiącach i 20 dniach, w tym 3 miesiącach na froncie, zostałem zwolniony z wojska.

Z rękopisu udostępnionego przez Autora