18 lipca w Rogozińcu, odbyło się spotkanie byłych mieszkańców i ich potomków, kresowej parafii Milna i Gontowy (tarnopolskie), upamiętniające 70 rocznicę osiedlenia na tych ziemiach. Jak co roku rozpoczęło się mszą świętą z wystawieniem przywiezionych kościelnych pamiątek. Tym razem mszą polową. Ksiądz proboszcz w homilii omówił krótko spalenie wiosek, zamordowanych przez banderowców mieszkańców oraz bolesne rozstanie ocalałych z ojczystą ziemią i wyjazd w nieznane. A także przyjazd pierwszego transportu w połowie kwietnia 1945 roku do Zbąszynka i osadnictwo w okolicznych miejscowościach. Upamiętnia to wmurowana w tym roku tablica na budynku dworca. Przypomniał również, że Parlament Ukraiński tym, którzy mordowali Polaków, nadał prawa kombatanckie.

Maria Zaleska z Wrocławia omówiła historię odnalezionego, odnowionego i prezentowanego po raz pierwszy metalowego krzyża, który stał na tabernakulum mileńskiego kościoła. Dodałem, że te pamiątki są mi bardzo bliskie, bo byłem tam ministrantem. A ta płyta to również symbol przełomu. Tu na tej, jak i na wielu innych stacjach, zakończył się wielowiekowy kresowy i rozpoczął nowy rozdział życia naszej społeczności.

Na początku 1944 roku z nadzieją i lękiem oczekiwaliśmy na zbliżający się front. Z nadzieją, że Rosjanie zlikwidują barbarzyństwo ukraińskie, a z lękiem przed reżimem sowieckim, poznanym w latach 1939-41. Nikt jednak nawet w najczarniejszych snach nie przewidział, że to nasze ostatnie dni na ojczystej ziemi. Przeważała jednak nadzieja. Po wkroczeniu wojsk, banda zapadła się pod ziemię. Mogliśmy nareszcie spokojnie spać. Jakież było nasze zdziwienie, gdy po przesunięciu frontu na zachód, znowu zapłonęły polskie sioła. Banderowcy wyleźli z nor i przystąpili do kontynuowania krwawego dzieła. Po spaleniu wiosek, trwaliśmy w ciągłym zagrożeniu życia. Nie mogliśmy pojąć, że ta bezwzględna władza nie może sobie z tym poradzić. Rosjanie nie tylko nas nie chronili, ale oświadczyli, że mamy się przygotowywać do wyjazdu za Bug, bo tam teraz jest wschodnia granica Polski. W grudniu wszyscy przenieśliśmy się do gminnego miasteczka Załoźce, gdzie działał już Urząd Ewakuacyjny. Do każdego domu dokwaterowano po dwie, trzy rodziny. Posiłki gotowano na zmiany. Spaliśmy pokotem na rozkładanej słomie. Rozprzestrzeniła się wszawica. Ludzie ustawili się w kolejce przed Urzędem, po dokumenty wyjazdowe i przydział do transportu. Wcześniej przeszkolona została obsada, przygotowano pieczęcie i druki kart ewakuacyjnych.

Nie wiedzieliśmy wówczas, że Roosevelt i Churchill, sprzedali Stalinowi pół Polski, a nas wydali na łup barbarzyńcom i skazali na wygnanie. Ci obrońcy Praw Człowieka, pozbawili nas nie tylko praw, ale i złudzeń, że to określenie ma jakikolwiek sens. Naszymi ziemiami zapłacili Stalinowi za główne ponoszenie ciężarów walk z Niemcami. Stalin z kolei dał swobodę bandom, aby przyspieszyć usuwanie Polaków. Formalne decyzje w sprawie wschodniej granicy Polski zapadły dopiero w lutym 1945 w Jałcie, ale nasz pierwszy transport odszedł do Przemyśla już 20 stycznia. Drugi 30 skierowano do Tomaszowa Lub. Trzeci dotarł tam w połowie lutego. Stalin z wyprzedzeniem zaprowadzał nowy ład, bo miał na to zgodę sojuszników. Resztę ludzi przewieziono na stację w Zborowie i pozostawiono na rampie. Tam ponad miesiąc, pod gołym niebem, na mrozie, oczekiwali na wagony. Trawiły ich wszy i choroby. Z wycieńczenia, zimna i głodu zmarła matka z dwiema córkami i jedna staruszka. Zmarło też sporo osób z innych wiosek. Przy stacji powstał pokaźny cmentarzyk wygnańców. Czwarty transport w ostatnich dniach marca skierowano bezpośrednio na tereny poniemieckie do Zbąszynka, a kolejne do Kluczborka, Byczyny, Brzegu, Gliwic i Kłodzka. Milno liczyło 2800 mieszkańców, z czego połowę stanowili Polacy. W Gontowie mieszkało wyłącznie 420 Polaków. Te zżyte od wieków społeczności przestały istnieć. Nie tylko oderwano je od korzeni, ale pozrywano różne więzi i rozproszono po całym zachodzie i kraju. Trudno opisać jak bolesne było opuszczenie rodzinnego domu, ale nie mieliśmy wyboru - tylko tak mogliśmy ratować życie. Sytuację pogarszał fakt, że nie wiedzieliśmy jaki nas czeka los.

Najlepiej trafili skierowani bezpośrednio na Zachód, bo osiedli na gospodarstwach z tym, co Niemcy zostawili. Nas koło Tomaszowa osiedlono pojedynczo i po dwie rodziny, na gospodarstwach poukraińskich. Ich w tym czasie przesiedlono na nasze tereny. Mały w większości areał, zapewniał jedynie skromną wegetację. Wiosną spora grupa przeniosła się w rejon Przemyśla, gdzie otrzymali większe samodzielne gospodarstwa. Znaleźli się jednak znowu w strefie działalności UPA. Co prawda wojsko przystąpiło do likwidacji band, ale nasi ludzie gorzko doświadczeni, nie czekali aż padnie ostatni bandyta i do końca roku prawie wszyscy wyjechali na tereny zachodnie.

Po zakończeniu wojny władze zaczęły zachęcać do wyjazdu na Ziemie Odzyskane. Nie były to już masowe przesiedlenia. Wyjeżdżał, kto chciał. My na początku lipca grupą 16 rodzin załadowaliśmy się na wagony w Bełżcu i oczekiwali na podłączenie do jakiegoś transportu. Tam przeżyłem rzadką radość. Ktoś krzyknął „Piotr Idzie!” Jaki Piotr? - myślę. Ale poleciałem z innymi w kierunku nadchodzącego z walizkami mężczyzny. Patrzę i oczom nie wierzę. Przecież to mój tato. Nieświadomy niczego wracał z niewoli niemieckiej do domu. W Lublinie trafił na naszych żołnierzy, którzy mu wyjaśnili sytuację za Bugiem i że jego rodzina jest koło Tomaszowa. Tak w ostatniej chwili, po sześciu latach rozłąki, dołączył do nas. W zupełnie innych nastrojach wyruszyliśmy na drugi etap naszej tułaczki. Znowu w nieznane, ale z nadzieją na poprawę bytu. Podróż okazała się długa i męcząca, z wielodniowymi postojami - trwała ponad sześć tygodni.

Wszystkie stacje były zatłoczone transportami z wojskiem, powracającymi z robót w Rzeszy i z wygnańcami kresowymi. Tych na bocznicach stało najwięcej. Jechało też sporo różnej maści szabrowników na rabunek niemieckiego mienia. Inni wracali obładowani łupem. Wielu siedziało na dachach. Już nigdy później kolej nie była tak przeciążona, jak w czasie tej wielkiej wędrówki ludów. Pierwszeństwo przejazdu miały transporty wojskowe i z mieniem zdobycznym wywożonym do Rosji. Wszędzie grasowali złodzieje. Rosjanie też prowadzili rozbój w biały dzień. Na noc wagony ryglowaliśmy od środka, a przy zwierzętach zawsze ktoś czuwał. Mężczyźni, którzy wrócili z wojny, chodzili w mundurach. To trochę odstraszało napastników. Po tygodniu skończyły się zapasy paszy i spiętrzyły trudności żywieniowe. Na postojach ludzie rozbiegali się z sierpami, aby ściąć trochę trawy dla zwierząt. Krowy nas żywiły. Coś ciepłego można było upichcić jedynie na ogniskach przed wagonami. Niejednokrotnie zwykłą kartoflankę gotowano na kilku postojach. Na gwizd lokomotywy gorące garnki wstawiano do wagonów i jechaliśmy dalej. Teoretycznie wyżywienie zabezpieczały punkty Państwowych Urzędów Repatriacyjnych. Rozmieszczono je jednak tylko na większych stacjach i rzadko trafiał się tam postój.

Tereny zachodnie okazały się atrakcyjne. Wszędzie budynki były murowane, osiedla okazałe i zadbane, a wysokie kominy wskazywały na uprzemysłowienie. Krajobraz psuły dość liczne zniszczenia wojenne. Nasz transport zatrzymał się w Pyrzycach. Śródmieście zalegały ruiny. Tylko w bocznych ulicach trochę budynków ocalało. Zarówno one jak i domki na obrzeżach ogołocono już z wartościowego wyposażenia, ale były  umeblowane i nadawały do zamieszkania. Przykre wrażenie robił ogólny bałagan, powybijane szyby i porozrzucane pierze. Miastem chyba jeszcze rządzili Rosjanie, bo dość dużo się ich kręciło.

Sądziliśmy, że nas wyładują i osiedlą w jednej z pustawych wiosek. Po kilkudniowym postoju powlekli jednak dalej. 20 sierpnia pociąg zatrzymał się w Chwarstnicy. Przed nami było już tylko Gryfino i Odra - nowa zachodnia granica Polski. Wichry wojny zagnały nas z Kresów Wschodnich na Zachodnie. Stąd przewiezieni zostaliśmy do odległej, położonej nad Odrą Ognicy. Tuż za zabudowaniami płynęła rzeka. Władzom zależało na wypełnieniu jednego z ostatnich pustostanów. Po rozpoznaniu wszyscy zgodnie orzekli, że za mało tu gruntów rolnych, daleko do stacji kolejowej i miasta. Nie brakowało natomiast komarów. Nad łąkami unosiły się chmary tych krwiopijców. Mężczyźni natychmiast wyruszyli na poszukiwanie innej wioski.

Ostatecznie końcową naszą przystanią, stały się Pacholęta. Mieszkało już tu kilka rodzin kresowych i sporo powracających z robót w Rzeszy. Niemców przesiedlono wcześniej. Wojsko dawało im 24 godziny na przygotowanie, formowało w kolumny i doprowadzało do Odry. W drodze często napadali je czerwono-armiejcy, ale płoszyli ich silną strzelaniną w górę. Dalej kolumnę przejmowali Rosjanie i tam mieli już pełną swobodę działania. To żołdactwo napadało też na Polaków. Pacholęta żyły w ciągłym zagrożeniu napadów jednostki z Czarnowa. Uspokoiło się dopiero, gdy przydzielono wiosce ochronny oddział żołnierzy polskich.

Usuwanie z tych terenów Niemców, było następstwem naszego wygnania. Mocarze musieli gdzieś ulokować milionowe rzesze wypędzonych Polaków, choć zrobili to z dużymi zastrzeżeniami. Churchil obawiał się nawet, aby polska gęś nie udławiła się tak dużym niemieckim kęsem. Zachodnią granicę Polski wymusił Stalin.

Nasza grupa osiadła w Pacholętach ostatnia. Zajęliśmy niechciane resztki. Wszystkiego nam brakowało. Muszę przyznać, że władze zrobiły wiele, aby pomóc osadnikom przetrwać kryzysowy rok. Wojsko i pierwsi osadnicy skosili poniemieckie żyto oraz posadzili trochę ziemniaków. Jesienią wymłócone zboże i zebrane ziemniaki podzielono na rodziny. Nie zmarnował się też żaden owoc. Wszystko suszono i robiono zapasy na zimę. Mimo małej liczby koni udało się też zasiać trochę oziminy, by uniknąć głodu w następnym roku. W 1946 osadnicy wojskowi otrzymali konie nieodpłatnie, natomiast pozostali za 30 kwintali zboża z rozłożeniem spłaty na 10 lat. Na podobnych warunkach przydzielono też krowy. Grupa wyjechała do Centralnej Polski i kupiła prosięta oraz drób. W czasie udoju w oborze czekał na swoją porcję mleka kot poniemiecki. Życie wyraźnie się normowało. Ludzie po znacznym głodzie ziemi, z furią ruszyli w pole. Każdy orał gdzie chciał i ile chciał. Szare hektary ugorów zmieniły się w czarną rolę i niedostatek szybko został przepędzony.

Mimo to zapuszczanie korzeni w nową ziemię okazało się długotrwałym procesem, ze względu na poczucie tymczasowości. Większość była przekonana, że wrócą tu Niemcy a my pojedziemy na swoje. Bo jak można komuś zabrać jego własność? Byli też tacy, którzy mimo przykrych doświadczeń łudzili się, że Zachód zaatakuje Rosję i przywróci stary ład. W kolejnych latach ograniczono gospodarstwa do 10 ha i na krótko stłamszono kolektywizacją. A po tym długo niszczono kontyngentami.

Nikogo niema już z tych, którzy te ziemie zagospodarowywali, ożywiali i tchnęli w nie polskiego ducha. Wszyscy spoczywają na cmentarzach rozsianych po całym Zachodzie i kraju. Do końca w koszmarach sennych wracały im obrazy płonącej wioski, pokrytych zakrzepłą krwią bliskich i susiedów oraz spalone zwierzęta. Do końca nie mogli pojąć jak chrześcijanie mogli dokonać takich rzezi, popi święcić narzędzia zbrodni i rozgrzeszać morderców. A także, dlaczego ci ludobójcy nie są karani. Niemcy potępili zbrodnie hitlerowskie, Rosjanie stalinowskie, a Ukraińcy wciąż trwają na ponurych szańcach banderowskiej przeszłości. Główni zbrodniarze hitlerowscy zostali powieszeni, a żadnemu ukraińskiemu włos nie spadł z głowy. Zachodni obrońcy Praw Człowieka, przywódców serbskich za dużo mniejsze przestępstwa, stawiają przed Międzynarodowym Trybunałem Stanu, a przeoczyli 200 tysięcy zamordowanych kresowych Polaków. Przeoczyli ludobójstwo dokonane przez UPA. Ta polityka i tolerancja władz polskich, przyczyniły się do odrodzenia banderowskiego nacjonalizmu Ukrainy. Tam w każdej większej miejscowości stoją pomniki morderców naszego narodu.

W ubiegłym roku na Gontowieckiej Górze, zgromadziły się władze, duchowieństwo i ludność  na uroczystości ustawienia olbrzymiej narodowej flagi. Widać ją okolicznych miejscowości trzech powiatów. Dołem na maszcie umieszczono tablicę z napisem: BORCAM ZA WOLIU UKRAINY. Choć napis jest ogólnikowy, nie ulega wątpliwości, że przypomina głównie o heroizmie, sławnych czynach i zasługach UPA. A są one nie byle jakie, jak pisze ich korespondent. Na miejscu po tętniącej życiem wiosce, tylko nazwa góry została. Od wschodu widać skrwawioną Berezowicę, a od zachodu okaleczone Milno z ruiną kościoła. W obrębie widnokręgu tej góry nie ma wioski bez grobów lub rozrzuconych kości ich ofiar. Przytoczę tylko te z największą liczbą zamordowanych: Berezowica 130, Kołodno 500, Ihrowica 90, Wyszogródek 150, Podkamień 250, Palikowy 300, Huta Pieniacka ponad 1000. Po tej ostatniej, podobnie jak po Gontowie, ślad nie został. Większość z nich została w okrutny sposób zamordowana.

I nad tym dorobkiem, powiewa teraz dumnie ukraińska flaga. Za naszej bytności stał na niej żelazny krzyż – symbol odkupienia, przebaczenia, pojednania i miłości bliźniego. Teraz nienawiści, mordu i pożogi.

Zbrodniarze stalinowscy mordowali oficerów polskich strzałem w tył głowy i zamęczali ofiary w obozach zagłady. Podobnie czynili też oprawcy hitlerowcy. Ale nie obcinali rąk i nóg, nie zdzierali pasów skóry, nie przerzynali ofiar piłą, nie rozrywali końmi i nie rżnęli dzieci w sieczkarniach. A ci zwyrodnialcy za to, zostali wynagrodzeni prawami kombatanckimi. Oficjalnie za walkę z Niemcami i Rosjanami. Ten bezprzykładny akt antypolskości i kłamstwa, nie spotkał się niestety z żadną reakcją naszych władz. A powinien zostać potępiony i ostro oprotestowany. Prezydent Komorowski powiedział, że każde państwo ma prawo do swojej oceny. To prawda. Ale ma też obowiązek bronić swoich obywateli i chronić pamięć tych, którzy oddali za nie życie. Za tę inicjatywę Poruszenko powinien otrzymać dożywotni zakaz wstępu do Polski. A stał na Westerplatte z czarnoczerwoną banderowską rozetką, drwił z naszego narodu i profanował pamięć przez UPA pomordowanych.

Panie Poruszenko, to nie są bohaterowie lecz zbrodniarze. UPA została powołana do mordowania Polaków, a nie walki z okupantami. Pierwsza w dziejach Europy wydała wojnę bezbronnej cywilnej ludności. To kłamstwo, że walczyła z Niemcami i Rosjanami. Ukraińska dywizja SS Galizien licząca 90 tysięcy (9 normalnych), wspierała Niemców na froncie wschodnim. Jak więc w tej sytuacji UPA mogła występować przeciwko nim. Z Rosjanami nawet nie próbowała podejmować walki, bo nie miała szans. Jedynie wykryte grupy broniły się, bo czekała ich śmierć lub wieloletnia katorga. Kłamiecie, że UPA wywalczyła Samostijną. Zapisała jedynie czarną kartę w historii Ukrainy i wsparła Rosjan przy wcielaniu tych ziem do Rosji. To polski ruch Solidarność przyczynił się do powstania Ukrainy. Kłamiecie, że UPA walczyła z Polakami. To nie była walka, lecz rzeź. Kłamstwem jest również, że AK tak samo postępowała z Ukraińcami. Było to niestety tylko kilka odwetowych akcji (bez rzezi) lokalnych oddziałów. Prawdą natomiast jest, że UPA zamordowała wielu Ukraińców, którzy chronili Polaków, lub byli przeciwni zbrodni.

Ukraina już bez żenady wkroczyła na drogę antypolskiego banderyzmu i w tym duchu wychowuje młodzież. Ich historycy głoszą, że część ukraińskiej ziemi, wciąż pozostaje pod okupacją polską. Ta postawa nie pozostawia złudzeń dotyczących losów „strategicznego partnerstwa”. Dlatego tak ważne są te nasze spotkania i przypominanie tragicznej przeszłości, aby już nigdy się to nie powtórzyło. A zagrożenie jest realne.

Po części oficjalnej wszyscy zasiedli do obiadu, a po nim nastąpiły długie rodaków rozmowy. Najstarszym wręczono upominki i odśpiewano tradycyjne „Sto lat …”. Spotkanie pod wieczór zakończyło się chóralnym: „Do widzenia, do widzenia, do miłego zobaczenia…”

Do spotkania w przyszłym roku w Pacholętach. W drodze powrotnej wstąpiliśmy do Zbąszynka, zobaczyć pamiątkową tablicę oraz obelisk i wystawę na dwóch dużych tablicach przed budynkiem dworca, poświęconą rzeziom wołyńskim i mordom na południowo-wschodnich Kresach. Stare dokumenty, zdjęcia i artykuły oprawione w folię tak eksponowane, przykuwają uwagę wielu przechodniów. Wystawione w budynku, rzadko, kto by obejrzał.

 

 


enfrdeitptrues

75. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2583142

Odwiedza nas 278 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online