Każde miasto kresowe błyszczy jakąś oryginalnością. W przypadku Kałusza są to dzwony. Tam była kolebka polskiego ludwisarstwa, firmy Felczyńskich, w której odlano tysiące dzwonów.

Dzwon towarzyszy nam przez całe życie. Od urodzenia do śmierci. Przy wszystkich ważniejszych uroczystościach, a czasem też przy nie­szczęściach i pożogach. Pięknie śpiewała o tym niegdyś we wzruszającej pieśni "Les Trois Cloches” (Trzy dzwony) Edith Piaf. A Ernest Hemingway w powieści "Komu bije dzwon” jako motto przywołał wiersz metafizycznego angielskiego poety Johna Donne'a, w którym zawarta jest przejmująca sentencja:   Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą, każdy stanowi ułamek kontynentu (...) Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj Komu Bije Dzwon. Bije on tobie.

Bicie dzwonu zrosło się z kulturą chrześcijańską od wczesnego średniowiecza. Najstarszy znany dzwon w Europie, datowany na rok 1106, znajduje się we Włoszech w Pizie. Ale do obrzędów kościelnych wprowadził dzwon już papież Sabinian (604-606). Miały wzywać lud boży do nabożeństwa. Papież Grzegorz XIII skodyfikował rytuał bicia dzwonów, określając sposób ich używania na różne okazje. Dzwoniono nie tylko, wzywając do modlitwy czy zawiadamiając o ślubie lub pogrzebie, ale też nawołując do gaszenia pożarów, ratowania w powodzi, w czasie napadów nieprzyjacielskich, a nawet dla rozpędzenia chmur gradowych. Temu służyły głównie dzwony ratuszowe.

Ludwisarstwo to zawód rzadki i tajemniczy. Tylko pozornie dzwon może odlać rzemieślnik, bo jego piękno oceniane jest przez dźwięk, który wydaje, i kształt, który mu nadano. Aby osiągnąć melodyjną barwę brzmienia, trzeba znać sekrety i proporcje: miedzi, cynku, cyny, ołowiu – tworzyw, z których dzwon powstaje. Może też niespodziewanie przy odlewaniu ni stąd, ni zowąd pęknąć. Zawiera więc wiele tajemnic, których rodziny ludwisarzy strzegą jak źrenicy oka przez całe pokolenia.

Dynastia Felczyńskich

Felczyńscy z Kałusza byli i pozostali mistrzami. Mimo że mieli za­wsze konkurentów, ich odlewnie błyszczały jaskrawym blaskiem. Są dziś najstarszą, liczącą ponad 200 lat, polską rodzinną firmą ludwisarską – osiem pokoleń. Ojcem-założycielem ludwisarni kałuskiej był Michał Felczyński (?-1866). Nie znamy jego daty urodzin. Z przekazów rodzinnych wynika, że pochodził z Wielkopolski i sztukę odlewania dzwonów mógł poznać u Niemców. Do Kałusza przyjechał do pracy w kopalni soli potasowej. Jak to się stało, że założył tam w 1808 r. firmę zajmującą się odlewaniem dzwonów, nie wiemy. W każdym razie stał się pierwszym ludwisarzem w tej części Europy. Początkowo nie miał stałego warsztatu. Wędrował od parafii do parafii i na miejscu odlewał dzwony. Nie bardzo też wiemy, jakim sposobem osiągał wielką temperaturę potrzebną do odlewu dzwonu (1200 st. C), jak urządzał paleniska i jak przewoził formy. Stałą ludwisarnię w Kałuszu założył w 1854 r. dopiero jego syn, również Michał.

Świetność firmy zaczęła się od Franciszka Felczyńskiego (1844-1924) i jego czterech synów – Ludwika (1873-1957), Michała (1878-1938), Jana (1884-1947) i Kajetana (1896-1954). Wówczas Odlewnia Dzwonów Braci Felczyń­skich, która poza Kałuszem miała filię w Przemyślu, stała się potentatem. Poza Polską dzwony te trafiały do całej Europy oraz do Afryki, obu Ameryk, Azji, a nawet Australii. Felczyńscy pracowali tradycyjnymi metodami, a tajniki przekazywali z pokolenia na pokolenie i odnosili wielkie, spektakularne sukcesy międzynarodowe. W 1927 r. na wystawie światowej w Paryżu zdobyli Grand Prix, dwa lata później w Poznaniu – złoty medal. W 1939 r. na wystawie światowej w Nowym Jorku prezentowali cztery dzwony pokryte ornamentyką o tematyce historycznej. Wybuch wojny spowodował, że nie wróciły one już do Polski. Jeden z nich znajduje się obecnie w Stamford (Connecticut). Tuż przed wybuchem wojny odlewnia Ludwika Felczyń­skiego wykonała dzwon ważący 6,5 tony dla katedry lubelskiej. Miał być tam powieszony 17 września 1939 r. Zarekwirowali go Niemcy.

Nestorka rodu, Waleria Felczyńska (rocznik 1918), absolwentka Uniwersytetu Lwowskiego, wspomina, że najświetniejsze lata dla firmy to okres międzywojenny. Felczyńscy w Kałuszu stanowili elitę, byli najbogatsi. Wszyscy czterej bracia mieli tam okazałe wille oraz wielką kamienicę, którą wynajmowali na sklepy i mieszkania. Na pogrzeb w 1938 r. jednego z braci, Michała Felczyńskiego, przybyły nieprzebrane tłumy. Orszak pogrzebowy, w którym uczestniczyli idący obok siebie ksiądz katolicki, pop prawosławny i rabin, ciągnął się przez całe miasto. Na zaniedbanym cmentarzu w Kałuszu zachował się do dziś grobowiec Felczyńskich. Najcięższe natomiast lata były po zajęciu Kałusza przez Sowietów, kiedy odlewnię im zarekwirowano, a część rodziny wywieziono na Sybir, i później za czasów Bieruta, gdy utrudniano w Polsce budowę nowych kościołów. Obecnie, po 200 latach od założenia, firma ma siedzibę w Przemyślu, gdzie osiedli po wy­gnaniu ich przez Sowietów z Kałusza. Kierują nią Janusz Felczyński z 30-letnim synem Maciejem. Nie odstępują od tradycji. Do produkcji dzwonów wykorzystują glinę, stopy metali i łajno końskie. Według obliczeń Marty Trojanowskiej firma ta wykonała kilka tysięcy dzwonów, m.in. w 1973 r. na fregatę "Dar Pomorza”, w 1975 r. do kościoła na wiedeńskim Kahlenbergu, w którym czczona jest pamięć o zwycięstwie Jana III Sobieskiego pod Wiedniem, w 1987 r. dzwon "Ks. Jerzy Popiełuszko” do kościoła na warszawskim Żoliborzu, a w 2003 r. wielki, ponad 10-tonowy dzwon do nowej bazyliki Maryjnej w Licheniu pod Koninem. W 1979 r. powstała w Taciszowie koło Gliwic jeszcze jedna firma odlewnicza drugiej linii Felczyńskich. Powołali ją Wacław i Jerzy Felczyńscy – synowie Jana, kierującego przed wojną odlewnią w Kałuszu. Po kilku latach bracia podzielili się. W Taciszowie pozostał Tadeusz z synem Zbigniewem i wnuczką Agatą, natomiast Wacław z córką Anną założyli nową Odlewnię Dzwonów i Pomników – już w samych Gliwicach. Wszyscy mają kresowe, kałuskie korzenie. Z podgliwickiej wytwórni pochodzą m.in. słynne dzwony "Jan Paweł II” i "Salwador” w warszawskich kościołach oraz "Dzwon Generalski” dla marynarki wojennej.

Zakopane dzwony

Dzwony były zawsze łakomym kąskiem w trakcie różnych inwazji i napadów. Masowo rabowano je z wież kościelnych i ratuszowych, a później przetapiano najczęściej na armaty. Tak czynili Turcy, Szwedzi w czasie potopu, a później Moskale, Austriacy, Prusacy w czasie wojny północnej i po rozbiorach. Gdy w 1921 r. kończyła się wojna polsko-bolszewicka traktatem zawartym w Rydze, jednym z jego postanowień było, że Polacy mają odzyskać około 10 tysięcy dzwonów. To obrazuje skalę zjawiska kradzieży dzwonów. Pamiętajmy, że na niektórych przykościelnych dzwonnicach wisiało ich często kilka, a w takich miastach jak Łuck – zwanym "Rzymem Polesia” – było kilkanaście świątyń. Jeszcze w 1940 r. Herman Goering, druga osoba w Niemczech po Hitlerze, wydał zarządzenie o rekwizycji wszystkich dzwonów w okupowanej Polsce. Podobnie uczynił Wiaczesław Mołotow, premier ZSRR, na terenach okupowanych przez bolszewików. Polacy na Kresach, chcąc ocalić dzwony swoich świątyń, poczęli potajemnie, ryzykując życiem, pod osłoną nocy ściągać je z wież i zakopywać w zamaskowanych miejscach: po jarach i wąwozach, w lasach i zagajnikach. Łudzono się, że po wojnie zostaną wydobyte z kryjówek i wrócą do świątyń i na wieże ratuszowe. Tymczasem ci, którzy brali udział w ich ukrywaniu, najczęściej nie przeżyli wojny albo musieli uciekać na zachód bez szans powrotu do rodzinnych wsi i miasteczek, i tajemnicę zabierali ze sobą do grobu. Zakopane, często wielkiej wartości artystycznej i historycznej dzwony z Polesia, Wołynia, Podola i Pokucia przepadły na wieki. Czasem ktoś przypadkowo na nie natrafi. W latach 60. i 70. XX wieku w czasie wzmożonej ateizacji Kresów za rządów Chruszczowa i Breżniewa ze świątyń zamienionych na kołchozowe magazyny, świetlice, sklepy z meblami czy sale kinowe bądź sportowe zaczęto zwozić niedobitki dzwonów, które jakimś cudem przetrwały, do zamku Lubarta w Łucku. W latach 80. XX wieku z inicjatywy miejscowych władz stworzono tam pierwsze na świecie Muzeum Dzwonów. Jest ich tam kilkaset. Niektóre pęknięte, a więc głuche, inne bez serc. Są też same serca oraz kolekcja małych dzwonów – sygnaturkowych. W Polsce podobne muzeum stworzono w 2001 r. w wieży zegarowej w Przemyślu. W obu muzeach znajdują się dzwony odlane przez Felczyńskich w Kałuszu.

Jazz Band Ta Joj z Opola. Trzech członków tego kwintetu to bracia Grocholscy: Czesław i Bolesław (grają na akordeonach) i Roman, gra na saksofonie.

TESP

Drugim wyróżnikiem Kałusza, obok słynnej odlewni dzwonów Felczyń­skich, były zakłady TESP. Skrót pochodził od pierwszych liter nazwy Towarzystwo Eksploatacji Soli Potasowej. Kałusz bowiem miał szczęście być położony na dużych złożach wyjątkowo bogatej w minerały soli potasowej, a przełom XIX i XX wieku to czas, gdy nawozy sztuczne powodują wręcz rewolucyjne przemiany w rolnictwie, podnoszą plony do nie znanych dotychczas rozmiarów. Kałuski TESP to legendarna firma, która w dziejach polskiego przemysłu zapisała piękną, niestety zapomnianą kartę. Rozwinę ten temat w wydaniu książkowym, bo tu limituje mnie roz­miar artykułu. Warto jednak pamiętać, że TESP tworzyli wybitni polscy patrioci, menedżerowie i inżynierowie, m.in. hr. Alfred Potocki, gen. Tadeusz Rozwadowski, Stanisław Miziewicz. Stanisław Herman i prof. Politechniki Lwowskiej Tadeusz Kuczyński. Wznieśli oni kompleks kopalń i budynków fabrycznych do produkcji nawozów, który – jak ustalił dr Mariusz Patelski z mojej katedry uniwersyteckiej – w 1939 r. pracowało 23 tys. osób i produkowano ponad pół miliona różnych wyrobów służących polskiemu rolnictwu. Było to jedno z największych przedsiębiorstw w II Rzeczypospolitej. Z okazji jubileuszu TESP-u w 1927 r. ukazał się album przedstawiający architekturę i rozmiar przedsiębiorstwa z oryginalnymi rysunkami wybitnego malarza Feliksa Wygrzywalskiego, opatrzony błyskotliwą impresją literacką jednego z najświetniejszych polskich stylistów, Stanisława Wasylewskiego (pamiętajmy, że mieszkał i zmarł w Opolu).

Stanisław Wasylewski pisał tam, że złoża kałuskie to "talizmany samowystarczalności. Różowe, szafirowe i amarantowe soczewki kainitu. Sole potasowe dają dziś potęgę europejskiemu rolnictwu. Olbrzymie ich złoża mamy w Polsce wzdłuż Podgórza Karpackiego, ale dwoma tylko oknami wyzierają na świat. Kałusz i Stebnik to dwie bliźnie stolice królestwa soli potasowych. Zaiste czarodziejskie i cudowne to królestwo. Otwiera przed nami skarby Sezamu i czyni cuda w rolnictwie (...) Za sprawą soli potasowych podwaja się produkcja zbóż. Potęguje się urodzaj buraków i kartofli.  Kałusz to wspaniały warsztat pracy kopalnianej i fabrycznej. Tajemne dla laika, błogosławione dla rolnika sekrety techniki. W gigantycznych młynach, sortowniach, turbogeneratorach przetwarza się urobek kopalniany na najdogodniejszą dla rolnictwa sól potasową. (...) Kopalnie Kałusza i Stebnika to kuźnie, w których wykuwa się i hartuje niezależność gospodarcza Polski i można by na ich frontonach napisać hasło, jakie umieszczano na sztandarach kosynierów Kościuszki: »Żywią i bronią«”. Tak o kolorowych salinach kałuskich pisał przed niespełna 100 laty Wasylewski.

Legenda Stefana Śliwy

Przy kopalniach soli istniał prężnie działający klub piłkarski TESP Kałusz, którym kierował Stefan Augustyn Śliwa (1898-1964) – zawodnik, a jednocześnie trener. Był wychowankiem Wisły Kraków i przez pewien czas zawodnikiem Pogoni Wilno. W Kałuszu jego postać obrosła legendą, gdyż nie miał prawej ręki do wysokości nadgarstka. Nosił protezę, w której grał, nie zdejmując jej nawet w czasie meczu. Mówiono dość powszechnie, że rękę stracił, gdy był bramkarzem – podczas obrony karnego. Strzał był tak mocny, że zmiażdżył mu kości palców i dłoni na słupku bramki. Po wyzdrowieniu wrócił na boisko. Zmienił tylko pozycję – z bramkarza na napastnika. Nigdy nie żalił się i nie mówił, gdzie stracił rękę. Niedowiarki twierdzili, że stało się to na froncie pod Lwowem.

Opolscy kałuszanie

Jest w Kałuszu stary, zaniedbany cmentarz, na którym w sierpniu 2010 r. natrafiłem w zaroślach na przewrócony krzyż z tabliczką: Władysław Grocholski (1868-1931). Pomyślałem wówczas, czy to może przodek opolskich Grocholskich, z których jeden przed laty był moim magistrantem? Nie pomyliłem się. Po kilku spotkaniach, rozmowach telefonicznych i listach e-mailowych poznałem niezwykłą biografię tej kałuskiej rodziny. Władysław Grocholski był ojcem Józefa – legionisty Piłsudskiego, który po wojnie polsko-bolszewickiej pracował w taborze kolejowym kopalni należącej do TESP. Był aktywnym działaczem PPS, zaprzyjaźnionym z drem Stanisławem Siarkiewiczem (1882-1926), adwokatem, przywódcą PPS w Kałuszu, partii, która – podobnie jak w Drohobyczu i Borysławiu – miała bardzo mocne wpływy w środowiskach robotniczych. Do dziś na cmentarzu w Kałuszu zachował się okazały pomnik nagrobny Siarkiewicza, z różowego granitu, z płaskorzeźbą rąk trzymających młot i napisem: "Bojownikowi o sprawiedliwość społeczną. Proletariat Kałusza”. Pomnik ten, noszący datę 1926, przypomina o czasach wielkich strajków, które miały miejsce w kopalniach TESP-u. Józef Grocholski był w TESP-ie głównym maszynistą i należał do elity robotniczej, bo zarabiał miesięcznie ok. 500 złotych, co było wówczas wysoką pensją. Za udział w walce z bolszewikami i wyprawę na Kijów w 1920 r. otrzymał od rządu polskiego koncesję na prowadzenie sklepu kolonialnego w Kałuszu, którym kierowała jego żona Helena, z domu Trockowska, córka właściciela restauracji i sklepu z konfekcją w Petersburgu, która po rewolucji trafiła do Kałusza. Grocholscy mieli 4 synów: Romana (1921), Czesława (1923), Bolesława (1925) i Mieczysława (1936). Starsi pracowali w TESP-ie. Wojna zniszczyła ich uporządkowane życie. Ojciec trafił na roboty przymusowe do Niemiec, gdzieś do Bawarii, i ślad po nim zaginął. Jego żonę Helenę po wielu dramatycznych przejściach los rzucił z czwórką dzieci do Opola. Starsi synowie, Roman i Czesław, którzy w Kałuszu grali w orkiestrze kopalnianej i mieli wykształcenie muzyczne, stworzyli w Opolu tuż po wojnie pierwsze polskie zespoły bigbandowe, noszące kolejno nazwy: "Jazz Band – Ta Joj”, "Jenny 5 Rytmików” oraz "Jackie Jam”. Wspomagał ich na perkusji młodszy, Bolesław, na co dzień pracujący jako kierowca zawodowy. Skład zespołów zmieniał się, ale bracia Grocholscy stanowili zawsze ich trzon. Grali głównie w Sali Bankietowej Hotelu Bristol – na rogu ulicy Sempołowskiej i Ozimskiej (dziś stoi tam gmach PZU). Często grywali też w znanych wówczas opolskich restauracjach: "Gdynia” (mieści się tam dziś Muzeum Cybisa), "Albatros” (w miejscu tym stoi dziś Instytut Śląski), "Europa” i "Pająk”. Pionierzy polskich powojennych początków w Opolu pamiętają te zespoły dobrze.

Szczególnie popularny był Czesław Grocholski (1923-1983), multiinstru­mentalista (saksofon, akordeon, fagot, klarnet, trąbka, pianino, kontrabas, gitara, a nawet harfa). Po uzupełnieniu wykształcenia został zawodowym muzykiem i przez wiele lat uczył w opolskiej szkole muzycznej i ognisku muzycznym. Jego synowie, Adam i Andrzej Grocholscy, są malarzami. Synowa Czesława, Elżbieta Wijas-Grocholska, jest wybitnym opolskim etnografem, autorką książek i interesujących artykułów o architekturze opolskiej publikowanych na łamach warszawskiego pisma "Spotkania z Zabytkami” i krakowskiego "Renowacje i Zabytki”. Córka Romana Gro­chol­skiego, absolwentka krakowskiej ASP, Maria Grocholska-Malczewska jest dziś uznaną malarką w Niemczech. Natomiast wnuk Bolesława Gro­cholskiego, Michał, jest fotoreporterem "Gazety Wyborczej” w Opolu. Słowem – rodzina artystyczna. A z braku miejsca nie wymieniłem wszyst­kich.

Autor: Stanisław S. Nicieja

Źródło: http://www.nto.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20110222/REPORTAZ/809353148