Witanie "wyzwolicieli" przez społeczność ukraińską. Na skrzyżowaniu Szulhanówki i drogi głównej (Czortków- Borszczów), Ukraińcy wybudowali bramę powitalną. Umaili zielonymi brzózkami. Po środku umieścili swoje barwy– żółty i niebieski i herb – tryzub, czyli trójząb Neptuna. Obok bramy ustawili stoły z białymi obrusami. Na stołach pojawiły się kołacze, ciasta i różne napoje. Drogę od bramy, aż do Kozaczyzny (około 2 km) pokryli kwiatami i zielem. Spodziewali się, że Niemcy wkroczą wieczorem i dlatego wyznaczony komitet powitalny, odświętnie ubrany ćwiczył mowy powitalne. Okazało się, że Niemcy zjawili się dopiero na drugi dzień rano. Kto żyw biegł do bramy, aby powitać właściwych wyzwolicieli. Polaków tam nie było. Najwyżej ciekawskie dzieci. Byłem i ja i postaram się opowiedzieć wiernie co widziałem. Pierwszym samochodem osobowym odkrytym, takim, jakie były na wyposażeniu armii niemieckiej ( produkowanym w Szczecinie w fabryce, w której los mi wskazał pracę po wojnie!) podjechało kilku oficerów. Wtedy po raz pierwszy widziałem niemieckiego oficera, w charakterystycznej czapce z jakimś dziwnie rozdeptanym ptakiem jak mówiliśmy. Taki sam był też na mundurze. Oficer kazał zatrzymać samochód przed samą bramą. Powstał z siedzenia. Tymczasem podbiegł do niego szef komitetu powitalnego –wąsaty Ukrainiec. Znałem go dobrze. Był ojcem krawca, do którego chodziłem z rodzicami. Uniżenie zaczął zapraszać panów oficerów do stołów na poczęstunek. Oficer nie zwracał na niego uwagi. Wskazując na bramę i wywieszone godła zapytał po polsku:

–Co, to jest?

Widziałem, że witający zawahał się. Nie spodziewał się języka polskiego. Oficer zapytał po raz drugi, ale znacznie głośniej:

– Co znaczą te kolory i ten znak?!

Po chwili z lękiem w głosie tenże, odważny kozak z sumiastym wąsem, zaczął tłumaczyć, że:

–To nasze, to są ukraińskie znaki.

Oficer kazał mu milczeć i powiedział głośno, tak aby słyszeli wszyscy:

–Mówicie, że to wasze znaki? I słyszę coś o Ukrainie? A Ukraina będzie „tu”, i wskazał podnosząc kciukiem brodę.

Rozkazał jechać dalej.

Kozak zbladł i coś powiedział do najbliżej stojących.

Zrobił się tumult. Słyszałem, że nie takich oczekiwali przyjaciół. -Zabierajmy wszystko do domów - powtarzali i w pośpiechu uprzątnięto ze stołów. Zabierano i odnoszono nawet stoły. Ludzie grupami opuszczali skrzyżowanie. Wojsko niemieckie w dalszym ciągu jechało przez bramę, której gospodarze nie mogli rozebrać. Dzieci, w tym i ja, nadal tkwiły przy bramie. Oglądaliśmy nowoczesny sprzęt i zdyscyplinowane, roześmiane wojsko. Było inne niż nasze– polskie, ale jakże różne od wojska radzieckiego. Żołnierze czasem rzucali nam– dzieciom słodycze. Jakimi rzeczywiście mieli być Niemcy, doświadczyliśmy już w niedługim czasie. Nowe władze wprowadzały nowy porządek. Powstała administracja niemiecka natychmiast nałożyła na mieszkańców wsi odpowiednie podatki i obowiązkowe kontyngenty. Były one nie lżejsze od poprzednich– sowieckich. Obowiązkowe dostawy były oparte na zapisach majątkowych przedwojennych. Z tego powodu powstawały spory wynikłe z różnicy pomiędzy tym co gospodarze posiadali, a zapisem. Sowiecki system naruszył wiele własności. Za czasów radzieckich sporą część ogrodu i sadu dziadka przywłaszczył sobie sąsiad, który przywłaszczył także dom i zabudowania gospodarcze wujka Władysława. Od władz niemieckich otrzymał nakaz zwrotu. Ponieważ było to w połowie roku, nakazano mu odstawić znaczną część zboża i mięsa. Pamiętam, że przyszedł do dziadka i prosił, aby dziadek ujął się za nim. On bihme (przysięgał)–mówił będzie pomagał w żniwach jedynie za wyżywienie. Dziadek z oferty nie skorzystał. Podróż do Stanisławowa. Pod koniec sierpnia 1941 roku pojechałem z tatą do stryjka Stefana do Stanisławowa. Dojechaliśmy pociągiem za most na rzece Strypie i tam kazali nam wysiadać. Pociąg dalej nie pojedzie oznajmili konduktorzy. Rosjanie, którzy się wycofywali zniszczyli tunel. Do stacji musieliśmy iść z walizkami przez górę. Było to w nocy i widziałem mało. Do Stanisławowa przyjechaliśmy raniutko. Powitał nas stryjek Stefan i zawiózł dorożką do ludzi, u których wynajmował pokój. W drodze mówił tacie, że u nich jest mu dobrze i traktuje gospodarzy jak drugą rodzinę. Odpoczywaliśmy po trudach podróży, a stryjek poszedł do pracy. Chłopak gospodarzy Staszek powiedział mi, że jeżeli chcę to zaprowadzi mnie tam gdzie stryjek pracuje. Tata wyraził zgodę. Staszek był dużo starszy ode mnie.  Pobiegliśmy przez miasto i doszliśmy do dworca. Powiedziałem, że tu już byłem. Staszek na to: –Właśnie tutaj twój stryjek pracuje, ale na poczcie.   Po chwili byliśmy w kolejowym urzędzie pocztowym. Stefan zdziwił się, zobaczywszy tylko mnie. Staszek się schował. Nie był zadowolony i nazwał mnie tak jak kiedyś, kiedy droczył się ze mną: –Co ty Mykieto tu robisz? Byłem oburzony i chciałem uciec. Stryj złapał mnie za rękę i zaraz pokazał się Staszek. Skończyło się na przeprosinach. Od Stefana otrzymaliśmy po sporej paczuszce rodzynek. Do domu wracaliśmy powoli jedząc słodkie owoce. Staszek pełnił rolę przewodnika po Stanisławowie. Wróciliśmy akurat w porze obiadowej. Wtedy z żywnością w mieście było kiepsko. Gospodarze cieszyli się z przyjazdu taty. Przywiózł to, czego oni nie mieli. Obiad był jednak bardziej niż skromny. Zupa, ziemniaki z sosem i buraczki pokrojone w paseczki z cebulką i octem. W życiu czegoś takiego nie jadłem. Jadłem jedynie buraki tarte z chrzanem, tak zwaną ćwikłę. Podobno skrzywiłem się tak niemiłosiernie, jakbym miał jeść coś bardzo ohydnego. Wszyscy wybuchli gromkim śmiechem, a pan domu skwitował: –Jedz chłopcze, bo to dobre. Zobaczysz, że w życiu tego specjału zjesz sporo. Pomyślałem, że kpi albo zwariował. Ja tego nigdy nie będę jadł. Niech to je krowa, albo świnka. Powrót do domu był za dnia. Zobaczyłem nie tylko Stanisławów z okna wagonu, ale i Buczacz. Znowu szliśmy przez górę do czekającego na torze pociągu. Widziałem zakole Strypy i wielki most i kolejne stacje. Do Teresina dojechaliśmy po południu. Cały czas oglądałem zmieniające się krajobrazy i marzyłem o podróżach. Tych, o których wcześniej czytał mi tata albo stryjek. Jako dziecko byłem wdzięcznym słuchaczem i pochłaniałem wszystko jak gąbka. Prosiłem często tatę, rzadziej mamę, aby czytali Serce Amicisa. Za każdym razem byłem dzielny jak Precossi lub wesoły jak Coretti. Podziwiałem olbrzyma Garonne. Kiedy umiałem sam czytać, czytałem wszystko co mi wpadło w ręce. Później w Borszczowie próbowałem czytać Platona w gabinecie pana Budrewicza. Nic z tego nie rozumiałem. Albo bardzo, bardzo mało! Wracając do stryjka Stefana to muszę wyznać, że byłem jego utrapieniem. Stryjek, jeszcze przed pójściem do wojska, zajmował się ogrodnictwem i koniecznie chciał razem z moim tatą  założyć nowoczesny ogród pod Lwowem. Zaczął zagłębiać się w najnowszą, na ten czas, literaturę. Kupował lub prenumerował kolorowe wydawnictwa ogrodnicze. Te najbardziej sobie upodobałem i oczywiście dokładnie przeglądałem. Nie darłem, bo od dziecka czułem szacunek do słowa pisanego. Ale książki i katalogi musiały być przy mnie. Nawet wtedy kiedy spałem. Kiedy ich nie było lub brakowało choćby jednej robiłem niezłą awanturę. Stryjek miał tylko jedyny sposób na obronę, przed moją okupacją jego własności. Śpiewał mi piosenkę przedrzeźniającą moje imię. Oczywiście po ukraińsku, co mnie jeszcze bardziej gniewało:  – Mykieto, czy ty to? Ne ja to, mij tato! (Mykieto, czy to ty jesteś? Nie, to mój tata). Wtedy potrafiłem pogniewać się na niego na cały dzień. Literatura wówczas była wolna i można było z niej korzystać. Szkoły. Podczas okupacji niemieckiej posłano mnie do szkoły ukraińskiej. Innej nie było. W klasie było nas– polskich dzieci– kilkanaścioro. Na lekcje religii przychodził pop Huniowśkij. Teraz tak się nazywał, z ukraińska. Przed wojną nazywał się– Huniowski i podobno pochodził z polskiej rodziny(?). Dzieci polskie stały się jego oczkiem w głowie. Postanowił nauczyć nas Polaczków, jak się wyrażał o nas, modlić się po ukraińsku. Oczywiście nie szczędził nam razów giętką rózgą za każdą popełnioną pomyłkę. Pastwienie się popa nad nami bawiło dzieci ukraińskie. Podobnie było na lekcjach języka ukraińskiego. Wykładano wyłącznie w języku ukraińskim. Do domu przychodziliśmy obici i zapłakani. Często byliśmy umorusani, bo dzieci ukraińskie nie dawały nam spokoju na przerwach i przy powrocie do domu. Wtedy nauczyłem się bić, chociaż tego nie lubiłem. Musiałem się bronić. Nad niedolą polskich dzieci ubolewał Władysław Rogowski, Człowiek wykształcony, mądry i majętny, znający doskonale język niemiecki. Podobno na początku państwowości II RP był nauczycielem. Z nieznanych mi przyczyn zakupił duże połacie ziemi na ternie Starej Wsi w Łanowcach, pobudował okazały dworek i założył wzorcową hodowlę pszczół. Prowadził badania nad ich doborem na terenach południowego Podola. Miał pasiekę składającą się z wielkiej ilości uli, które wykonywał własnoręcznie i wypróbowywał najlepsze rozwiązania. Prócz tego, był kierownikiem, inspicjentem, dekoratorem i reżyserem w jednej osobie, teatru amatorskiego w Łanowcach. Teatr działał w Polskim Domu na Szlachcie. Moja mama i jej rodzeństwo brali w tej działalności żywy udział. Pamiętam, że nieomal od urodzenia byłem w teatrze. Nie tylko podczas prób, ale i w czasie przedstawień. I jak opowiadano, żywo reagowałem, czasem bardzo zabawnie kiedy odkrywałem, że pod strojem scenicznym kryje się moja mama. Teatr Rogowskiego wystawiał różne sztuki. Nawet takie, które były grane przez teatry zawodowe. Dlatego teatr amatorski z Łanowców był znany aż po Lwów (tak twierdzono). Wracając do niedoli polskich dzieci w ukraińskiej szkole, to muszę powiedzieć, że czyn tego Pana zasługuje na zapisanie Go złotymi zgłoskami w dziejach małej Ojczyzny. Po kilku miesiącach udręki, wszystkie polskie dzieci zostały oficjalnym zarządzeniem władz General Guovernement, przeniesione do Szkoły Polskiej, w budynku po starej Gminie. Jedynym nauczycielem był Pan Rogowski. Chodziłem wówczas do klasy trzeciej. Szkoła miała specjalny program. Obejmował on jedynie przedmioty potrzebne przyszłemu robotnikowi Rzeszy: arytmetykę, naukę o przyrodzie, rysunek, śpiew i język polski. Wykłady były w języku polskim. Mimo tak skromnego programu, pan Rogowski przemycał wiele wiadomości z geografii i historii. Religii nie mieliśmy. Szkoła była zobowiązana zbierać, suszyć i odstawiać specjalnie wyznaczone zioła lecznicze. Mieliśmy przy tej okazji lekcje z przyrody w plenerze. Były to najciekawsze lekcje. Wtedy pan Rogowski opowiadał nam o historii naszej Ojczyzny i cudownie wędrował razem z nami po kontynentach i krajach świata. W ten sposób uczył nas geografii. Jedynym mankamentem tej szkoły było to, że wszystkie roczniki miały lekcje w tym samym czasie. Nie pamiętam, ale wydaje mi się, że starsi byli w drugim pomieszczeniu. Pewnego dnia, a było to przed wakacjami i otrzymaniem cenzurki, ze zwykłej ciekawości wszedłem na strych gdzie były suszone zioła. Schodów na strych nie było. Drabiny też nie. Po prostu przysunąłem stół i postawiłem dwa krzesła i hajda do góry. Byłem sprawny i przy niewielkim wysiłku byłem na strychu. Strych byłby zupełnie pusty, gdyby nie wysuszone na wiór liście podbiału, krwawniki, piołuny i inne zioła. W tym samym czasie, kiedy penetrowałem wzrokiem strych, nadszedł pan Rogowski. Zauważył, że na środku korytarza stoi piramida sprzętów. Od razu wiedział, że jakiś nicpoń jest na górze, a właśnie dzisiaj on, kierownik szkoły, ma odstawić zioła do Jezierzan. Zaczął krzyczeć, że tego, i tu wymienił największego łobuza wyrzuci ze szkoły. I nie wyda mu świadectwa. Przeraziłem się i chciałem skoczyć z tej wysokości na ogród, ale nie mogłem otworzyć okienka. Było zabite gwoździem. Zrezygnowany czekałem na nauczyciela. Był człowiekiem dobrym, ale bardzo zasadniczym i wymagającym. Znałem go dużo lepiej niż inni. Często bywałem w jego domu. Byliśmy z mamą zapraszani przez starszą panią- matkę p. Rogowskiego. Były u niej kanarki. Cudownie śpiewały. Mnie p. Rogowski zadawał więcej zadań niż innym. Wiedział, że lubię rysować i majsterkować. Musiałem wykonywać różne pomoce naukowe. Mogłem liczyć na taryfę ulgową, ale tym razem miałem podwójnego pietra. Wiedziałem, że kara mnie nie minie, a do tego pan Rogowski powie mamie. Świadectwa nie otrzymam, bo słyszałem czym groził temu baciarowi na strychu. Wiedziałem, że jest konsekwentny. Wyobrażam sobie, że musiałem być potwornie przestraszony, bo kiedy stanął na stół i krzesło był prawie na strychu i zobaczył przestraszonego dzieciaka. Do tego takiego, którego nigdy by nie posądził o samowolne naruszenie zakazanego terytorium.  Powiedział tylko: A, to ty? Po co ty tu wszedłeś? Mogłeś spaść i musiałbym się tłumaczyć twojej mamie. Złaź. I pomógł mi zejść. –Poczekaj na mnie, zaraz zrobię porządek. Wszedł na górę załadował worki i postawił na stole. Cierpliwie czekałem. Inni też czekali, bo byli ciekawi, co zrobi pan Rogowski ze mną. Pan kazał wszystkim iść do domu. Zrobiłem ruch jakbym i ja chciał odejść. –Nie, ty pozostań, powiedział. Z tobą jeszcze nie skończyłem. Bura była spokojna, ale bardzo pouczająca. Na zakończenie powiedział, abym przyznał się tylko mamie i powtórzył: –Masz powiedzieć tylko mamie, że świadectwa nie wydam dopóki nie przyjdzie do mnie na rozmowę. Pan Rogowski wiedział, że nie mogę mówić tacie. Tata był zbyt surowy. Świadectwo otrzymałem, ale musiałem na niego zapracować. Przez cały miesiąc zbierałem różne zioła i byłem zmuszony opisywać, gdzie je zbierałem i obok jakich roślin rosły. Śmierć Mateusza. Miło jest mieć wakacje. Nawet w takim okresie jak okupacja. Nie można jednak zapomnieć traumy przeżytej wcześniej. Pod koniec lutego 1942 przyjechała siostra wujka Dominika z Głęboczka, z tragiczną wiadomością. Brat Mateusz (Kwiczak) został zastrzelony przez kolegę Ukraińca. Mateusza znałem i bardzo lubiłem. Miał dopiero około 20 lat. Był młodzieńcem wysokim, muskularnym o miłej aparycji. Często bywał w naszym domu. Odwiedzał brata, bratową i malutką bratanicę Zdzisię, którą uwielbiał. Był mężczyzną silnym i odważnym i miał wielkie powodzenie u dziewczyn. Serce oddał tylko jednej, najpiękniejszej, która nie zwracała uwagi na konkurentów. Zabójca tłumaczył się później, że zabił Mateusza z zazdrości. Oddał strzał z broni myśliwskiej w porze południowej na oczach wielu ludzi. Opowiadano, że Mateusz mimo postrzału w serce, przebiegł kilkadziesiąt kroków i padł na progu domu swojego przyjaciela. Zdążył jeszcze wymienić nazwisko zabójcy. Pogrzeb, na którym byłem odbył się w Głęboczku, wsi, która słynęła z tego, że w niej nie było wyraźnych podziałów narodowościowych. Liczył się zawsze dobry gospodarz i przyjazny człowiek. Tej zasady trzymali się Polacy. Po tym ohydnym zabójstwie, coś się jednak zmieniło. Ukraińcy dość wyraźnie zaczęli mówić, że jest to dopiero początek czystki Ukrainy z niechcianych elementów. Najważniejszymi byli Polacy. Rzeź Polaków w Głęboczku przez Banderowców powtórzona była dwukrotnie. W październiku 1944 i styczniu 1945 roku. Żarna Dominika. Jak już nadmieniałem Niemcy zabierali wszystko, co miało dla nich wartość strategiczną. Ludność zarówno w mieście jak i na wsiach zaczęła głodować. Rolnicy mieli wielkie trudności w zasiewie pól. W latach 1942 i 1943, wioski zostały pozbawione wszelkiego ziarna. Administracja niemiecka brutalnie zabierała wszystkie zapasy zboża.  Jeżeli ktoś zdołał ukryć chociażby garść zboża, musiał je zemleć. Mielono ukradkiem w żarnach. Chłopi robili je własnoręcznie. Żarna były zakazane przez władze niemieckie. Przy każdej kontroli (odbywały się często) w najlepszym przypadku żarna rozbijano. Bywało, że oprócz niszczenia żaren karano znacznie srożej np. wybijano zęby. Albo poważnie okaleczano. Ludność ukraińska na tę okoliczność układała różne piosenki. Niestety, zapamiętałem tylko jedną: –Taj nadjichaw Lanwerh hrubyj, taj za żorna wybiw zuby (nie jestem pewien, czy zachowałem ukraiński język literacki). Wiele było takich piosenek. Wszystkie ośmieszały Niemców– przyjaciół samostijnej Ukrainy.

Na przednówku roku 1943 głodowaliśmy i my. Mama zrobiła nam placki z niedojrzałego zboża. Jeden jedyny raz, ale smak tego placka pamiętałem długo. Był ohydny. Jadłem go, bo byłem głodny. Nie radziłbym próbować. Pamiętam, że jakimś tylko sobie znanym sposobem, zdobyła kilka garści kaszki kukurydzianej i ugotowała kuleszę (mamałygę), była pyszniejsza niż wszystkie przysmaki świata. W tamtym czasie nawet małe dzieci wiedziały, co to jest głód. Moja kuzynka mająca trzy i pół roku Zdzisia modliła się w kościele słowami: Boziu daj nam chleba, bo wszystko nam zabrali Niemcy. Ciocia Franciszka- mama Zdzisi rozpłakała się. Podszedł do niej ówczesny proboszcz ks. Michalski i zapytał o powód płaczu.  A kiedy się dowiedział, obiecał mszę do św. Antoniego w intencji prośby dziecka. Po niedługim czasie Dominik, tata Zdzisi zaczął coś rysować. Na ciągłe pytania żony– co rysujesz? Odpowiadał –powiem jak skończę. Na podstawie tych rysunków Dominik przy pomocy mojego taty i kowala Adamowskiego wykonali mały młyn do mielenia mąki. Napęd tego urządzenia był ręczny i musiały przy nim pracować dwie osoby. Wydajność mielenia była znacznie większa od najlepszych żaren jednoręcznych, a jakość mielonej mąki była zbliżona do mąki z młyna. Żarna Dominika posiadały różne sita, które sortowały zmieloną mąkę. Byliśmy pewni, że z chwilą, kiedy odkryją to Niemcy, będą wielkie kłopoty, a Dominikowi grozić będą surowe konsekwencje. Pierwsze mielenie mąki, czyli pierwsze próby młyna, mogły być przeprowadzone dopiero po żniwach. W niedługim czasie, po wprowadzeniu kilku poprawek uruchomiono powszechne mielenie zboża. Prawdziwy młyn rzeczny na Szlachcie nadal był zamknięty przez Niemców. Widocznie wieści o pracujących żarnach Dominika rozeszły się szybko, bo w niedługim czasie na podwórko wjechały dwa samochody Niemców. Przewidywaliśmy najgorsze, bo właśnie w tym czasie w warsztacie dziadka odbywał się przemiał. Niemcy weszli, stanęli i przyglądali się jak pracowały żarna. Mielący dopiero po dłuższej chwili zorientowali się, że zostali złapani na gorącym uczynku. Pracę przerwali i oczekiwali na konsekwencje. Niemcy natomiast okazali duże zainteresowanie urządzeniem. Szczególnie interesował się rozwiązaniem urządzenia Niemiec(grubas) pełniący funkcje starosty powiatu. Oglądał dotykał, interesował się szczegółami rozwiązań technicznych, badał palcami miałkość mąki i stale powtarzał: –Oh, gut. Sehr gut. Na zakończenie tej wizyty orzekł– Od dzisiaj urządzenie jest własnością niemiecką. Skonfiskował wszystko, co zostało zmielone i Niemcy odjechali, a mały młyn pracował nadal. Na jakiej zasadzie trwał proces mielenia tego nie wiem. Przez kilkanaście dni przyjeżdżali różni Niemcy: wojskowi i cywilni. Robili pomiary i szkice, a także fotografowali. Potem kazali urządzenie rozebrać i przetransportować do Borszczowa. Dominikowi wymierzyli dotkliwy "sztraf" za łamanie prawa. Widocznie Niemcy nie mogli wyjść z podziwu, że oto jakiś podolski wieśniak okazał się tak zdolnym konstruktorem. Ukończył tylko wiejską szkołę i nie miał wykształcenia zawodowego. Takiego, jeśli nie podziwiać, to przynajmniej należy zachować. Jak było naprawdę nie mam pojęcia. Przez jakiś czas młyn Dominika pracował dzień i noc. Może dlatego później nie brakowało nam mąki z kukurydzy. Pierwsze wiadomości o Katyniu. Rok 1943 odsłonił wielką tragedię dla rodzin czekających na wiadomość o bliskich, którzy poszli na wojnę. Byłem z mamą w mieście (Borszczowie) i jakaś znajoma mamy powiedziała, że w dzisiejszym Kurierze ukazał się ogromny artykuł o masowym morderstwie polskich oficerów na terenach rosyjskich. Niemcy odkryli ogromne groby pomordowanych przez Rosjan Polaków w lesie pod Katyniem. Drukują listy pomordowanych. Wymieniła nazwisko znajomej, która powiedziała, że to właśnie jej brat jest na tej liście. Od tego dnia codziennie Kurier opisywał zbrodnię katyńską. Z drukowanych list rodzice wyczytali wiele znajomych nazwisk ludzi z Borszczowa, Jezierzan i Czortkowa.  Nie wierzyliśmy Niemcom, ale w tym przypadku byliśmy pewni, że zbrodni dopuścili się Rosjanie. Mieliśmy doświadczenie z poprzedniego okresu. I znaliśmy system sowiecki. Żydzi  i ich los. Okres okupacji był okrutny dla Żydów. Wszystkie żydowskie rodziny ze wsi zostały przeniesione do getta w Borszczowie. W Łanowcach mieszkało wiele Żydów, którzy zajmowali się handlem lub usługami. Niektórzy żyli w skrajnej nędzy.  Znałem taką rodzinę. Byłem u nich z babcią tuż przed wojną. Mieszkali nędznie, a dzieci były tak brudne, że babcia nalała wody do cebrzyka i myła je po kolei i wycierała jakąś szmatką, która tylko trochę przypominała ręcznik. Ich mama leżała w barłogu i karmiła piersią nowo narodzone kolejne dziecko. Był to widok, który na mnie zrobił  wówczas ogromnie przykre wrażenie. Ojciec tej licznej rodziny naprawiał garnki. W dobie dzisiejszej, naprawa garnków jest nie do pomyślenia. W tamtym okresie była na porządku dziennym. Stalowe garnki, emaliowane często przeciekały ze starości. Powodem tego mogło być obicie polewy i przepalenie. Naprawa polegała na nitowaniu otworu. Naczynia gliniane wypalane składano i oplatano siatką drucianą, czyli drutowano. Taka naprawa była powszechna, a wynikała z oszczędności. Naprawa była tańsza od kupna nowego naczynia. Bywało, że Żyd, który zajmował się skupem odpadków wtórnych chętnie zatrzymywał przed naszą bramą swój wózek i krzyczał najgłośniej jak tylko potrafił:

– Szmaty kupuję, stare garnki kupuję.

Słowo kupuję było na wyrost. On najczęściej prowadził handel wymienny. Wymieniał na towary. Za jakiś fant np. starą miednicę otrzymywałem glinianego kogucika lub okarynę. Ten handlarz chętnie zabierał pęknięte garnki gliniane. Rodzin żydowskich w Łanowcach i Kozaczyźnie musiało być dużo, skoro mieli swoją synagogę. Dzieci żydowskie chodziły do szkoły razem z nami. W mojej klasie-w szkole ukraińskiej (za okupacji radzieckiej) było dwóch chłopców. Wyróżniali się tym, że należeli do Pionierów i pilnie się uczyli. Wracając do getta, w którym władze niemieckie zgromadziły Żydów z całego powiatu, był niesamowity tłok. Ludzie w getcie żyli w opłakanych warunkach. Widziałem to na własne oczy. Bywałem tam z mamą. Nosiliśmy żywność dla ojca Zosi, który okazał się być Żydem. Było to możliwe do czasu pogromu. Zosia, po śmierci mamy ( zmarła nagle na początku okupacji niemieckiej) została zabrana przez ciotkę, siostrę mamy (katoliczkę) i wywieziona do innego miasta. Podobno gdzieś pod Lublin. Potem już nigdy nie widziałem Zosi. Latem 1943r. mama i ja byliśmy świadkami pierwszego oczyszczania lub przerzedzania getta. Po naszym wyjściu z getta poszliśmy do małego sklepiku znajomej po drugiej stronie ulicy i wtedy nadjechały samochody z wojskiem. Otoczyli getto. Usłyszeliśmy krzyki i strzały. Widzieliśmy jak do stojących samochodów ładowano ludzi. Mężczyzn, kobiety, młodych i starszych. Wszystkich, którzy samodzielnie wspinali się na skrzynie samochodów. Niedołężnych brutalnie odrzucano i brutalnie przepędzano. Po załadowaniu ludzi samochody natychmiast ruszały w kierunku szpitala. Ludzie z targowiska zaczęli uciekać na dolną część miasta. My też uciekliśmy do znajomych mieszkających przy cerkwi. Z okien na poddaszu mogłem obserwować, co dzieje się w getcie. Niemcy do samochodów ładowali kolejne grupy ludzi i wywozili. Widocznie gromadzono ich w jakimś miejscu niezbyt odległym od miasta, bo powracały dość szybko. W getcie panował lament i rozpaczliwy płacz kobiet i dzieci. Niemcy (jak później mówiono Ukraińcy w niemieckich mundurach -SS Galizien) wprost szaleli. Zabijali bez pardonu wszystkich, którzy im przeszkadzali w akcji. Najczęściej zabijano starców i dzieci. Akcja trwała kilka godzin. Dopiero późnym popołudniem mogliśmy wracać do Łanowców. Musieliśmy przechodzić obok getta i iść w kierunku szpitala. Wiało zgrozą, a w getcie słychać było płacz i lamentowanie. Nikt nie wiedział co działo się z ludźmi wiezionymi samochodami? Do domu zabrał nas znajomy. Przez całą drogę nie wypowiedziałem ani jednego słowa. Cały czas myślałem o tym, co widziałem i co przeżyłem. Byłem przerażony i było mi bardzo smutno. W nocy nie mogłem spać. Powracały tragiczne obrazy dnia. Wtedy byłem już zahartowany. Jawnie nie płakałem albo bardzo rzadko. A jeżeli już płakałem to najczęściej z bezradności. Jak się później okazało, Żydów z getta wożono na kirkut. Świadkowie mówili, że ofiary same sobie kopały wspólny, głęboki grób. Po przerzedzeniu getta nadal do niego ściągano Żydów. Widziałem jak w okresie żniw jeden niemiecki żołnierz prowadził do miasta tłumek ludzi( Żydów) z rabinem na czele. Pytałem rodziców: Jak to się dzieje, że jeden człowiek z karabinem prowadzi tylu, a oni nie uciekają? Mogliby go nawet zabić zanim by on zabił wszystkich.  Słyszałem odpowiedź.

– Gdzie mogą się ukryć ci ludzie, skoro na nich tylu poluje?

Po żniwach tata pracował w lesie. Ścinał z innymi drzewa do tartaku. Mama niosła posiłek dla taty, a ja prowadziłem małego Zbyszka. Droga była daleka przez pola. Szliśmy powoli. Było gorąco i maluch marudził. Przechodząc obok byłego gospodarstwa kolonisty, usiedliśmy w cieniu jakiegoś krzewu. Na miejscu dawnych zabudowań rosły burzany, pokrzywy i krzewy. Kolonistów zabrano na Sybir, a zabudowania spalił nowy radziecki właściciel uciekający przed Niemcami.  Już mieliśmy iść dalej kiedy nadeszły znajome Ukrainki. Szły od lasu. – Marijko–zwróciły się do mamy po ukraińsku. Tam za tymi krzakami siedzi goły Żyd, strasznie klnie i śpiewa piosenkę.

Biut’ biut’ Żidiw

Po tom budut Polakiw

A na końcu ukraińskich bajstrukiw ( zabijają, zabijają Żydów. Po tym będą Polaków, a na końcu ukraińskich bastardów).-Idziemy do wsi i zaraz zameldujemy tam gdzie trzeba. Nie będzie parcha obrażał Ukraińców–oświadczyły. Mama zaczęła ich prosić, aby tego nie robiły. Ten człowiek z pewnością jest chory na umyśle. One tylko się roześmiały i poszły. Myśmy tego nieszczęśliwego człowieka nie spotkali. Później słyszeliśmy, że w tym obszarze policja ukraińska organizowała obławę. Po pierwszym pogromie Żydów, getto zostało zamknięte. Ludziom z zewnątrz można było wejść wyłącznie za okazaniem przepustki. W getcie porządku pilnowała policja żydowska, która według samych Żydów uchodziła za brutalną i nazbyt gorliwą. Tata Zosi przeżył to brutalne rozgęszczanie getta. Po przyjściu Rosjan mama mówiła, że wielu ludzi było zaangażowanych w uwolnienie taty Zosi, ale się nie udało. W 1943 roku getto opustoszało. Wywieziono wszystkich do obozów. Getto zrównano z ziemią. Uroczystość i obuwie. Nie sposób pominąć faktu, że mimo terroru okupanta, życie w miarę możliwości toczyło się wg ustalonych reguł. Po miesięcznym uczęszczaniu na nauki (chodziłem z wieloma dziećmi z Łanowców do Borszczowa) w lipcu przystępowałem do Pierwszej Komunii Świętej. Rodziców nie było stać na odświętne garniturki czy sukienki. Byliśmy ubrani różnie. Niektóre dzieci były bose, ale uroczystość była podniosła. Mój strój pamiętam doskonale. Protestowałem. Nie chciałem go wkładać. Mówiłem mamie, że tylko dziewczyny mogą w takim występować. Wprawdzie był uszyty dla chłopca, ale jak mi się wydawało, był z materiału dla dziewczyn, ze sztucznego jedwabiu. Najzabawniejsze były moje sandały. Trzewiki wg mnie absolutnie nie pasowały do bluzy i krótkich spodenek. Szewc nie podejmował się wykonania sandałów. Postanowiłem, że ja sam sobie wykonam sandały. Wyciąłem elementy podeszew z grubej sklejki.  Pamiętając o tym, że podeszwa musi się zginać, przeciąłem każdą. W tym miejscu, małymi gwoździkami przybiłem kawałki skórki. Górną powierzchnię podeszwy okryłem grubszą skórą, do której przedtem przyszyłem odpowiednie paski i rzemyki. Aby drewno nie stukało o posadzkę kościoła, przybiłem grubsze kawałki skóry. Sandały wyglądały jak z fabryki. Byłem dumny z takiej roboty i prezentowałem się w nich elegancko. Tata chwalił pomysł, ale nie był pewny czy sandały wytrzymają. Poprawiał tam gdzie krzywo wbijałem gwoździe. Zakładałem, że sandały miały służyć wyłącznie w kościele. Włożyłem je dopiero przed wejściem. Szedłem miękko. Byłem zadowolony, bo wydawało mi się, że wszyscy je podziwiają. Podczas podniesienia musieliśmy podejść do ołtarza. Do ołtarza doszedłem bez przeszkód. Od ołtarza do ławki również bez awarii. Ale, kiedy miałem przystąpić do Sakramentu, zamarłem. Jeden sandał dawał znać, że idę. Najpierw stukałem lekko, a później coraz głośniej. Byłem załamany i było mi wstyd. W ławce nawet chciałem zdjąć sandały i zostawić je pod ławką, ale nie wypadało. Postanowiłem stąpać tak, aby nie stukać głośno. Było to prawie nie możliwe. Droga wyjścia z kościoła była dla mnie najdłuższą w życiu. Pan Warga, nasz organista, tak pięknie grał utwór J. S. Bacha, a ja mu przeszkadzałem przeklętym sandałem.  Cały urok uroczystości prysł jak bańka mydlana. Humor odzyskałem dopiero w lodziarni. Tylko, że lody już nie były takie jak przed wojną. Takie sandały robiłem i później. Były coraz lepsze i wytrzymalsze. Nieudolny szewc, o którym pisałem, podpatrzył moje rozwiązania i później szył podobne sandały na podeszwie z opon samochodowych. Z tego wynika, że byłem wynalazcą –bez patentu. Po zlikwidowaniu getta i wyburzeniu wielu domów, centrum miasteczka wyglądało jak po jakimś kataklizmie. Sterczały tylko te domy, które były solidniejsze i nie uległy zagładzie. Stały samotnie na dość znacznym pustym obszarze.