Antonina Tomaszewska urodziła się w Kulikowie, w powiecie żółkiewskim, województwie lwowskim. Jej rodzice – Katarzyna i Jan Bednarscy, utrzymywali się z pracy na roli. „Mama zawsze powtarzała tylko pole, pole i pole, od świtu do zmierzchu”. Podobnie, jak inne rodziny kresowe gospodarowali na niewielkim areale ziemi. Wśród zabudowań gospodarczych była stajnia i stodoła, w których trzymano sprzęt rolniczy oraz konie, krowy, świnie i drób. Bednarscy mieli dwójkę dzieci Antoninę i Józefa. Ich sąsiadami były rodziny: Czerwińskich, Wagnerów i Malinowskich. „Jak coś zbroiłam w domu, zaraz uciekałam do sąsiadów na koniec wsi. Tam mogłam się schronić przed gniewem rodziców”.

Bardzo ciekawa jest historia utajnienia roku urodzenia pani Antoniny, która w rzeczywistości urodziła się w 1929, natomiast w dokumentach sowieckich ma wpisany rok 1931. „Jak rozpoczęto wywózki Polaków na Syberię ludzie bali się o swoje życie. NKWD zabierało na front kobiety i mężczyzn z rocznika 1929. W Jenisejsku był duży szpital, do którego transportowano rannych żołnierzy. Do obsługi potrzebne były sanitariuszki oraz personel pomocniczy. Powołane kobiety musiały się opiekować chorymi i rannymi czerwonoarmistami. Po paru miesiącach młode dziewczyny zachodziły w ciążę. Rosjanie gwałcili je bezkarnie. Mama chcąc mnie chronić przed powołaniem do służb sanitarnych, wpadła na pomysł, żeby w moich dokumentach jako rok urodzenia podać 1931. Po amnestii delegat ambasady robiący spis obywateli narodowości polskiej wpisał fikcyjną datę i tak już zostało”.

Miejscowość, w której mieszkała pani Antonina posiada bogatą historię sięgającą XIV wieku, kiedy to wieś nazywano jeszcze Boszczem. Nazwa Kulikowa pochodzi od ruskiego słowa kułuk oznaczającego brodźca (ptaka żyjącego na podmokłym terenie), który widnieje w herbie miasteczka. W 1399 roku Mikołaj Herbut z Felsztyna ufundował kościół katolicki, który przez wiele wieków odgrywał ważną rolę w życiu miejscowej społeczności. W 1469 r. za sprawą stolnika przemyskiego osadzie nadano prawa miejskie, dzięki czemu stała się ważnym ośrodkiem handlowym, położonym na trakcie z Lwowa do Rawy Ruskiej. W 1431 r. Władysław Jagiełło podarował Kulików Janowi z Koniecpola. Kolejnymi właścicielami byli Kulikowscy, Herburtowie i Żurawińscy. W XVI wieku w kronice miejskiej odnotowano, że Kulików był już ważnym ośrodkiem handlowym. Dla zachowania bezpieczeństwa przed najeźdźcami oraz dla nadania mu większego prestiżu otoczono go wałami z częstokołem oraz wieżami, a pośrodku usytuowano drewniany dwór. W XVII wieku Rzeczypospolita była uwikłana w wiele konfliktów zbrojnych m.in. z Turcją, Szwecją i Rosją. W 1657 roku Stefan Czarniecki rozbił pod Kulikowem część oddziałów księcia siedmiogrodzkiego Jerzego II Rakoczego. W drugiej połowie XVII wieku król Jan Sobieski został kolejnym właścicielem miejscowości. Osiedlił w niej jeńców tureckich i tatarskich, którzy zajęli się wyrobem burek i koców. Na przełomie XVII i XVIII wieku miasto słynęło z ich wyrobu oraz doskonałego miodu kulikowskiego. Rozwój rzemiosła i handlu doprowadził do rozkwitu ośrodka. Wśród mieszkańców popularny stał się zawód szewski (słynne buty kulikowskie). Innym zajęciem przynoszącym znaczne dochody, było sadownictwo. W XVIII wieku ośrodek wszedł w skład dóbr Radziwiłłów. Po okresie rozbiorów Kulików wystawiono na licytację, a jej właścicielem stał się ród Batowskich. W 1920 r., w czasie wojny polsko-bolszewickiej w okolicach Kulikowa przebijały się oddziały polskiej grupy „Bug” idąc na odsiecz Lwowa. Wówczas to miasteczko zostało częściowo zniszczone przez czerwonoarmistów. Po traktacie ryskim miejscowość nie odgrywał już tak ważnej roli jak w poprzednich stuleciach.

W okresie międzywojennym w Kulikowie dominowali przede wszystkim Polacy i Ukraińcy. Wśród mniejszości narodowych było także kilku Żydów, którzy tradycyjnie zajmowali się handlem. Wszystkie grupy narodowościowe utrzymywały ze sobą przyjazne stosunki. Rodziny pomagały sobie w pracach polowych oraz odwiedzały się co jakiś czas. Szanowały nawzajem swoje religie i brały udział w uroczystościach kościelnych.

Przed wybuchem II wojny światowej w Kulikowie funkcjonowała bardzo ubogo wyposażona szkoła podstawowa, do której pani Antonina chodziła m.in. z kolegą Bronisławem Wagnerem. „Było tylko kilka pustych klas. Pomieszczenia były małe, z niewielkimi otworami okiennymi”.

W centralnej części miasteczka stał gotycki kościół rzymsko-katolicki pw. św. Mikołaja. Nabożeństwa odprawiał ksiądz włoskiego pochodzenia nazwiskiem Montalbeki. Był niezwykle wymagający i zasadniczy. „W trakcie przygotowań do bierzmowania dużo się uczyłam. Ksiądz był surowy, ale za to sprawiedliwy”. Ponieważ rodzina Bednarskich mieszkała na obrzeżach Kulikowa, Antonina musiała codziennie chodzić pieszo do szkoły i kościoła ponad 2 km.

1 września 1939 r. wybuchła wojna i w Kulikowie coraz częściej było słychać odgłosy zbliżającego się frontu. Pani Antonina wspomina: „Nasz dom był pięknie położony. Dookoła zabudowań były krzewy ozdobne, rozłożyste orzechy, kwiaty i drzewka owocowe. W tym dniu była piękna pogoda, więc wyszliśmy przed ganek na odpoczynek. Naraz nad naszym domem pojawił się samolot, który przeleciał bardzo nisko. Ciotka wychodząc powiedziała od niechcenia, czy on przypadkiem nie chce zrzucić na nas bomby. Ja odpowiedziałam, że skąd on będzie wiedział, że w tych krzakach żyją jacyś ludzie. Po chwili samolot nawrócił, ominął nasz dom i parę metrów dalej zrzucił bombę. Od wybuchu zrobiła się wielka wyrwa. Ludzie w przerażeniu zaczęli uciekać i krzyczeć. W miejscowości zapanował wielki chaos i słychać było tylko jedno słowo – wojna. W dniu, w którym Rosjanie wchodzili do Kulikowa bawiłam się z koleżankami. Nie zdając sobie sprawy z sytuacji i nie mówiąc nic rodzicom pobiegłam zobaczyć idących żołnierzy. Byli brudni i zaniedbani. W domu długo mnie nie było, więc mama z ojcem bardzo się denerwowali, nawet mnie szukali. Po powrocie do domu za swoją głupotę mocno oberwałam”.

Po pierwszych nalotach i przejęciu władzy przez Rosjan polskie rodziny bały się, że będą masowo wywożone na roboty i na Syberię. „Siedzieliśmy w domach jak trusie. Większość przeczuwała, że nastaną trudne czasy, bo bolszewicy chodzili po domach i nakazywali zabijać krowy i świnie”.

Dni spędzone w Kulikowie pod okupacją radziecką nie były łatwe. Po wkroczeniu czerwonoarmistów nastąpiły zmiany. Zaczęło brakować żywności, a Polacy czuli się ciągle inwigilowani. Aż w końcu nadszedł dzień, który zapamiętali wszyscy przesiedleńcy. „10 lutego 1940 r. przyszli nad ranem do naszego domu Ruscy. Było ich 3-4 z czerwonymi gwiazdami na spiczastych czapkach. Wszystkim domownikom kazali natychmiast się ubierać i spakować do wyjazdu. Zaczęliśmy się pytać z jakiego powodu i jakim prawem nas wypędzają z własnego domu. W odpowiedzi usłyszeliśmy tylko, że władze na tych terenach planują jakąś budowę, a zmiana terenu zamieszkania będzie dla nas korzystniejsza. Nasza rodzina stanęła więc przed wielkim problemem, co spakować i zabrać w nieznane. Mieliśmy na to mało czasu. Grożąc nam bronią zmusili nas do pozostawienia domu, bydła, sprzętu i wielu podręcznych rzeczy. Intruzi nas ciągle poganiali. Strażnicy z przygotowanymi saniami czekali na nas w kilkudziesięciostopniowym mrozie. Jeden z enkawudzistów chciał, żebyśmy zabili kury i schowali je do worka, ale mama zaczęła krzyczeć, że nie zrobi tego, bo się dobrze niosą, co żandarmi skwitowali śmiechem. W końcu zabraliśmy pościel, pierzynę, poduszki, kilka garnków, 2-3 talerze. Reszta została. W tej sytuacji i tych warunkach nie było mowy o prawdziwym pakowaniu. Przed opuszczeniem rodzinnego domu, gdy wszystko było przeniesione na telegi, do ojca podszedł Rusek i powiedział: Iwan, zabij świnie. Tato zdziwiony odrzekł, że przecież zabitej świni nie będzie brał ze sobą do worka. Trzymaliśmy też w domu małego pieska, Bimbusia, który ze mną spał i jadł. Bardzo się do niego przywiązałam. Na krok mnie nie odstępował. Tato mówił, żebym zostawiła go, bo będzie jakieś nieszczęście. Ale ja się uparłam, że jak on zostaje, to ja też. Po chwili wsiedliśmy na sanie (bez psa), które zawiozły nas na stację kolejową w Kulikowie”.

W tym samym czasie, rano przed wyjazdem grupa operacyjna NKWD zabrała stryjka pani Antoniny – Stanisława Bednarskiego. Mężczyzna, podobnie jak inni Kresowianie utrzymywał się z pracy na roli. Miał w swoim gospodarstwie konie i sanie, więc NKWD zmusiło go do wożenia wysiedleńców na stację. Po zakończeniu akcji aresztowania i transportu Polaków do punków zbiorczych stryjek opowiadał: „Przyjeżdżam do domu brata, patrzę, a tu pełen dom Ukraińców, siedzą przy stole, bawią się, piją i ucztują przy zabitej świni. Byli to sąsiedzi, którzy mieli swoje gospodarstwo za łąką oraz ludzie z pobliskiej miejscowości Nadycze. Zdębiałem i zaniemówiłem z wrażenia. Tak nas Ukraińcy i Rosjanie potraktowali”.

Na stacji w Kulikowie Bednarskich przeładowano do bydlęcych wagonów. „Wagony były przepełnione, z zadrutowanymi oknami i zamykane od zewnątrz tak, aby nikt nie mógł uciec. Po obu stronach znajdowały się piętrowe nary. Ludzie koczowali na nich całymi rodzinami. Smród i fetor fekaliów był nie do zniesienia, nie można było oddychać. Staruszki modliły się, a dzieci płakały trzymając się kurczowo swoich opiekunów. Jeżeli na postojowych stacjach byli jacyś normalni ludzie, to pozwalano brać wodę do wiader. Natomiast, jak się trafił jakiś drań obsługujący parowóz i widział, że wiadra są pełne, to specjalnie szarpał składem, żeby się woda wylewała. I czekaj tu człowieku, w której miejscowości pociąg stanie, aby się chociaż troszeczkę wody napić. Nary były tak oblepione ludźmi, że w nocy, jak spaliśmy, gdy jedna z osób obracała się na drugi bok, to pozostali musieli robić to samo”.

Z Kulikowa pociąg jechał przez ponad dwa tygodnie, mijając po drodze stacje: Lwów, Charków, Saratów, Samarę, Ufę, Czelabińsk, Omsk, Nowosybirsk, Krasnojarsk, aż do Jenisejska, położonego ok. 300 km na północ od głównej siedziby Kraju Krasnojarskiego. W Jenisejsku deportowanych przewieziono do ogromnego baraku, gdzie zesłańcy mieli czasowo być zakwaterowani. „Zimno jak licho, śnieg ciągle padał, a barak był tak długi, że nie było widać jego końca. Dobrze, że mama wzięła poduszki i pierzynę z domu, gdyż można było się pod nią schować i ogrzać. W olbrzymim pomieszczeniu, wśród wysiedleńców swoje legowisko miała m.in. żona polskiego pułkownika z dwójką dzieci i siostrą. Mamę prosiła na kolanach, żeby pozwoliła jej dzieciom schować pod pierzynę chociaż nogi. Mama oczywiście się zgodziła. Warunki w baraku były niezwykle surowe. Nie wszyscy również wytrzymywali trudy podróży. Po nieprzespanej nocy, nad ranem traktorem z przyczepą przyjechała ekipa i szukała umarłych. Wśród zmarłych najwięcej było tych, którzy wcześniej chorowali. Byli też starcy, którzy konali z wycieńczenia. Personel obsługujący barak chwytał nieżywych za ręce i nogi i wrzucał na przyczepę lub na wozy. Dokąd ich wozili, tego nikt do dzisiaj nie wie”.

W Jenisejsku mama pani Antoniny pracowała w stołówce. Codziennie pomagała przy gotowaniu oraz sprzątaniu pomieszczeń kuchennych i jadalni. Prace jej nadzorował Tatar, który był niezwykle skrupulatny. „Chodził z białą szmatką i sprawdzał, czy jest czysto. Ciągle powtarzał – Katia smatri, smatri – i mama musiała myć wszystko od nowa. Ileż można sprzątać, myć stoły i taborety. W końcu ktoś z obozu poradził nam, że obok naszych zabudowań jest pusty, spalony młyn. Rano kobiety pojechały sprawdzić, czy zostały jakieś ziarna zbóż na terenie młyna. Rzeczywiście mama przyniosła woreczek spalonych ziaren pszenicy, którą zaraz ugotowała. Wszyscy cieszyliśmy się, że nie będziemy głodni. Na Syberii był tak straszny głód, że człowiek nie miał siły chodzić, a co dopiero pracować”.

Po dłuższym pobycie w przejściowym obozie na peryferiach Jenisejska, konwój ruszył w dalszą drogę, w głąb Syberii, pomiędzy dopływy Jeniseju – Angary i Podkamiennej Tunguzkiej. „Prikaz mówił wyraźnie – pakować się na telegi, bo ruszamy dalej”. Traktory ciągnęły sanie z ludzkim dobytkiem. Ci, którzy mogli iść – maszerowali. Chorym, starcom i małym dzieciom pozwolono siedzieć na saniach. W końcu dotarliśmy do miejsca, gdzie diabeł mówi dobranoc. Był to posiołek Jeruda oddalony o 500 km na północ od Krasnojarska. Przed nami pojawiło się na polanie kilka baraków. Ludzie byli załamani. Jak tu mieszkać w takich warunkach. Najgorszy był silny mróz (–40oC) i uczucie potwornego głodu. Po wyładowaniu naszego dobytku weszliśmy do baraku. Rozlokowano nas tak, aby w każdym z nich, było zakwaterowanych po kilka rodzin. Nasza rodzina miała do spania dwie prycze. Najgorsze były pluskwy, które kąsały nasze ciało i nie dawały spać w nocy. Mama wpadła więc na pomysł, żeby z naszych worków zrobić osłonę dla mnie i mojego brata. Po wysypaniu rzeczy zabranych z domu wskoczyłam do worka, a mama wycięła w nim niewielki otwór na twarz, żebym mogła swobodnie oddychać. Na rogach zawiązała supełki dla lepszej szczelności. Rano, gdy wstaliśmy okazało się, że w miejscu zrobionego otworu zrobił się wianuszek pluskiew. Twarz miałam pogryzioną i spuchniętą, podobnie jak i mój brat. Dopiero po kilku dniach mycia wrzątkiem całej pryczy, wydawało nam się, że sytuacja się troszeczkę poprawiła”.

Deportowani Polacy byli zmuszani do ciężkiej pracy przy wycince drzew w tajdze. Pierwszego dnia brygadzista pokazywał miejsce wycinki oraz uświadamiał pracowników, że w posiołku najważniejsza jest norma i dyscyplina. „Zanim ci nieszczęśnicy dotarli na wyrębiska, musieli przejść czasami kilka kilometrów przez zaspy śniegu. Następnie ścięte drzewa pociąć na sągi. Ich praca trwała tak długo, dopóki nie wykonali normy. Wieczorem przychodził barłag (brygadzista), żeby rozliczyć się z pracownikami. Jeżeli wszystko przebiegało według ustalonego planu, to pracownik dostawał 30 dag chleba, a jak nie, to ludzie musieli głodować”.

Wiosną 1941 r. część rodziny Bednarskich (ojciec, ciotka i stryjek) została przeniesiona przez nadzorujących do niewielkiej miejscowości Wangasz oddalonej ok. 30 km od baraków. Ta część Syberii jest zamieszkała przez Tunguzów, którzy mają swoje osiedla w tajdze. Wśród nich są m.in.: Lamuci, Goldowie, Negidalowie, Orocy, Oraczanie, Orokowie, Udehejczycy i Uliczowie. Mają skośne oczy, charakterystyczne okrycia zrobione z futer upolowanych zwierząt oraz zaprzęgi reniferów. „Jednego razu przyjechali skośnoocy do Wangasz i koniecznie chcieli sobie zrobić ze mną zdjęcie, ale mama się nie zgodziła. Do dzisiaj zastanawiam się, skąd ci prymitywni ludzie żyjący w tajdze, w środku Syberii mieli aparat fotograficzny”.

Większość Tunguzów mieszkała w jurtach ze względu na prowadzony koczowniczy tryb życia. Podstawowym ich zajęciem było hodowla reniferów, myślistwo i rybołówstwo. Obecnie zamieszkują przede wszystkim tereny Jakucji, Kraju Krasnojarskiego, Kraju Chabarowskiego oraz Ewenkijskiego Okręgu Autonomicznego. Tunguzi są w swoich rodzinach dominatorami, co oznacza, że decydują o wszelkich sprawach związanych z życiem codziennym ich najbliższych. Relacje mężczyzn z kobietami są niezwykle powściągliwe i sprowadzają się do przekazywanie niezbędnych informacji związanych z pracami w gospodarstwie. Tunguzi są niezwykle pracowici. Wierzą w nadprzyrodzone moce. Ich religia ma charakter animistyczny.

Ojciec, ciotka i stryjek pracowali w Wangasz na polu. „Ciotkę nawet posadzili na traktor i kazali jej pomagać na polu”. Nim jednak ojciec Antoniny wyjechał z Jerudy, zrobił w tajdze z kory brzozowej i gałęzi drzew szałas dla swojej żony i dzieci. Rodzina chciała się w ten sposób uchronić przed natrętnymi pluskwami. W tajdze poznali myśliwego polującego na wiewiórki, lisy, norki i gronostaje. Traper miał ogromne doświadczenie i wiedział, jak przeżyć w tajdze i zapewnić sobie pożywienie. Znał niebezpieczeństwa na jakie mógł być narażony człowiek w tej szerokości geograficznej. Podczas spotkania z kobietą i dziećmi powiedział: „pani sama z dziećmi w środku tajgi!? Ma pani szczęście, bo gdyby wywąchał was niedźwiedź, to by was swoimi łapami rozszarpał na strzępy. Po tym spotkaniu mama postanowiła, że wrócimy do baraków, tyle tylko, ze częściej będziemy musieli oblewać karaluchy wrzątkiem”.

Mama pani Antoniny bardzo chorowała. Pracowała, jak większość deportowanych pomagając m.in. w pracach polowych. „Latem podczas żniw i omłotów mama bardzo się spociła. Owiał ją wiatr i zachorowała na zapalenie płuc. Pojechaliśmy wraz z ciotką do miejscowości oddalonej o 15 km od naszego miejsca zakwaterowania. Tam lekarz nie mogąc pomóc mamie zabrał ją na wóz i zawiózł do następnego lekarza. Ten zabrał ją do ciemnej piwnicy, przykrył kożuchem i pierzyną zabraną przez mamę i kazał leżeć cały dzień. Ponieważ kuracja nic nie pomogła, na drugi dzień wszyscy pojechali z powrotem do domu. Chodziłam z butelką od domu do domu, żeby zebrać trochę mleka dla chorej matki. Na drugi dzień pojawiła się brygadzistka ze spółdzielni. Poganiała mamę do pracy i mówiła – u nas bez pracy nie da się żyć. Ale mama nie mogła nawet wstać. Brygadzistka zaproponowała, żebym ja zastąpiła mamę i podawała snopki na polu. Dopóki mama nie wyzdrowiała, ja chodziłam do spółdzielni na pole”.

Po ogłoszeniu amnestii, z baraków Jerudy i Wangasz wielu deportowanych NKWD zabierało prosto na front. „Na wojnę poszedł mój ojciec, stryjek i ciotka. Już więcej nie spotkaliśmy się na Syberii z naszymi bliskimi”.

Po kilku miesiącach pobytu w posiołku matka z dziećmi kolejny raz się przeniosła (pani Antonina nie pamięta nazwy tej miejscowości, ale był to prawdopodobnie Jenisejsk), ze względu na powszechny nakaz nauki. „Pod koniec pobytu na Syberii mówiłam już tylko po rosyjsku. W klasie radziłam sobie bardzo dobrze, co doceniali na lekcjach nauczyciele. Brakowało zeszytów, książek, a nawet papieru i ołówków do pisania. Nocami uczyłam się matematyki pisząc kredą na piecu. Jak mama wchodziła do mieszkania, to szybko ścierałam mokrą szmatką zapisane słupki. Nauczycielka stawiała mnie przed innymi dziećmi za wzór do naśladowania, mówiła – proszę bardzo inostraniec (obcokrajowiec), a tak dobrze potrafi uczyć się i jeszcze wam tumany pokazać. Po lekcjach bałam się, że rówieśnicy z klasy wleją mi. Wraz z bratem uczyliśmy się całymi dniami. Za bardzo dobre wyniki w nauce dostaliśmy na koniec roku szkolnego statuetki – ja Lenina, a mój brat Stalina. Jak wróciliśmy do domu to nasza mama była załamana – czego ja dożyłam, schowajcie te statuetki pod podłogę, żeby nikt tego na oczy nie widział. Na co dzień Ruskich mamy dosyć, a tu jeszcze to”.

Po kilkumiesięcznym pobycie wśród Tunguzów i zmobilizowaniu ojca, stryjka i ciotki do Polskiej Armii gen. Andersa, Antoninę wraz z matką i bratem wysiedlono do obwodu stalińskiego w południowo-wschodniej części Ukrainy. Mieszkali u bogatej gospodyni, której syna zabrano na front i wcielono do Armii Czerwonej. NKWD wszystko jej pozabierało. Wraz z innymi głodowała myśląc tylko o przetrwaniu. „Gdy rano poprosiła mego brata, żeby poszedł do rzeki po wodę, to okazało się, że jest tak wycieńczony z głodu, że aż słaniał się na nogach. Ze mną było podobnie. Rzeka od domu była dosyć daleko, więc wzięliśmy ze sobą koromysło (nosidła drewniane) i w końcu przynieśliśmy trzecią część wiaderka. Podobna sytuacja była z rozpaleniem w piecu. Nikt z nas nie miał siły zrobić tak prostej czynności. Doszliśmy więc wszyscy do wniosku, że nie będziemy grzać zupy na ogniu, tylko ostatki czarnych, namoczonych w wodzie ziaren pszenicy spod jenisejskiego młyna, przełożyliśmy do miski i podgrzaliśmy na słońcu. Podobna sytuacja była zimą, jak Jenisej zamarzał. Nieraz kry się rozsuwały i myśleliśmy, że to już koniec. Sił nie mieliśmy po nich skakać, ale jakoś trzeba było żyć. Głód na Ukrainie był potworny”.

W kwietniu 1947 r. Zofia Bednarska wraz z dziećmi została przesiedlona do Baborowa na Ziemiach Odzyskanych. W transporcie jechała z rodziną Czerwińskich, która osiedliła się w Suchej Psinie oraz z Wagnerami, którzy zamieszkali w okolicach Wrocławia. W Baborowie na matkę z dziećmi czekali już pozostali członkowie rodziny Bednarskich – ojciec Jan, stryjek Stanisław i ciotka Helena. „Ojciec załatwił w Państwowym Urzędzie Repatriacyjnym mieszkanie na rynku. Samo miasto było po wojnie bardzo zaniedbane. Większość domów miała zabudowania gospodarcze i wyglądała jak wiejskie gospodarstwa”.

Po wojnie pani Antonina ukończyła gimnazjum, a następnie technikum ekonomiczne w Raciborzu. Wyszła za mąż za Tadeusza Tomaszewskiego, który przez wiele lat pracował na stanowisku dyrektora w cukrowni w Baborowie. Dobre wykształcenie pozwoliło jej objąć posadę w Gminnej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” na stanowisku księgowej, gdzie pracowała przez wiele lat.

Obecnie pani Antonina mieszka wraz ze swoją wnuczką Ewą Kroczak i jej mężem w Baborowie. Pomimo słabego zdrowia chętnie opowiada o swoim zesłańczym losie i życiu wśród Tunguzów. Nigdy więcej nie była na wschodzie. „Przyrzekłam sobie, że więcej tam nie pojadę. Gdy wspomnę chwile jak nas wypędzono z domu, to do tej pory łza się w oku kręci. Rodzice tyle włożyli pracy i pieniędzy w nasz dom i pole. Dorobek całego życia zmuszeni byliśmy zostawić w ciągu jednej godziny. Wywieźli nas na poniewierkę, mróz i głód. Do Rosjan żalu nie mam, to biedny, nieszczęśliwy, zapracowany i otumaniony naród. Żyją bez Boga. Poza pracą na oczy nic nie widzieli”.

 

Wywiad przeprowadzono w Baborowie 14 maja 2013 r.


enfrdeitptrues

75. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2660285

Odwiedza nas 73 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online