Ojczyzno nie mogę cię obronić,

to chociaż cię uwiecznię”   (Izabella Czartoryska)

Zygmunta Kosowskiego[1] znają prawie wszyscy głubczyccy Kresowianie. Jest emerytowanym lekarzem medycyny, który bierze udział w spotkaniach i uroczystościach związanych z historią Kresów Wschodnich II RP. Jego wspomnienia i opowiadania wzruszają słuchaczy, a spotkania z młodzieżą stanowią żywą lekcję historii. Pan Zygmunt jest potomkiem dwóch szlacheckich rodów, których członkowie brali udział w powstaniach i zrywach narodowych. Jego ojciec uczestniczył w walkach w szeregach Legionów Polskich, a on kontynuował tradycje niepodległościowe w harcerstwie wzorowanym na idei Andrzeja Małkowskiego. Pan doktor jest także miłośnikiem poezji kresowej. Swoje wiersze recytuje m.in. na spotkaniach głubczyckiego Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich.

 

Urodził się w 28 grudniu 1931 r. w Podwołoczyskach w powiecie skałackim, jednak z dokumentów, którymi posługiwał się na Kresach wynika, że był to rok 1934. „Rodzice odjęli mi trzy lata ze względu na masowe deportacje organizowane przez Niemców. Żandarmi zabierali młodych chłopców z mojego rocznika na roboty do Rzeszy, więc dla bezpieczeństwa odjęto mi parę lat” – wspomina Zygmunt Kosowski.

Jego przodkowie ze strony ojca pochodzili z powiatu kosowskiego, gdzie mieli duży majątek ziemski. Tę najdalej wysuniętą część południowo-wschodnich ziem II Rzeczypospolitej opisał w XIX wieku Oskar Kolberg – znany polski etnograf, folklorysta i kompozytor, który rozsławił Pokucie organizując wystawę etnograficzną w Kołomyi, którą zaszczycił swoją obecnością cesarz Austro-Węgier Franciszek Józef.

Pradziadek Zygmunta, pułkownik Józef Kossowski służył w armii austriackiej. Był bardzo zdolnym oficerem. Wraz z garstką poddanych brał udział w powstaniu listopadowym. Po jego upadku zabezpieczał tyły oddziałów gen. Józefa Dwernickiego, który forsował Zbrucz w okolicach Satanowa, w powiecie skałackim. Prawdopodobnie pułkownik otrzymał rozkaz zatrzymania przeprawiających się wojsk rosyjskich, skazując tym samym swoich żołnierzy na pewną śmierć. Dopiero w Klebanówce generał dowiedział się, że oddział zabezpieczający przeprawę rzeczną wpadł w zasadzkę, tuż przy granicy austriacko-rosyjskiej. Ranny Józef Kossowski został wzięty do rosyjskiej niewoli. Stanowił dla Moskali „cenną zdobycz”, więc darowali mu życie i zaproponowali służbę w armii carskiej.

W latach 1853-1856 pułkownik Józef Kossowski brał udział w wojnie krymskiej, w której jedną ze stron walczących było imperium rosyjskie, a drugą imperium osmańskie w koalicji z Wielką Brytanią, Francją i Sardynią. Oficer został kolejny raz ranny i dostał się tym razem do niewoli francuskiej, a następnie przekazany Austriakom. Sąd cesarski skazał go na karę

śmierci za wcześniejszą zdradę oraz na konfiskatę rodzinnego majątku w okolicach Kosowa. Rannemu pułkownikowi udało się jednak uciec i dołączyć do carskich oddziałów. W szpitalu przeszedł długi okras rekonwalescencji. Po dołączeniu do jednostki awansował na stopień generała. Nie utrzymywał już jednak kontaktów z rodziną pozostawioną na Pokuciu (prawdopodobnie ożenił się powtórnie). Zmarł w 1910 r.

Po nakazie sądowym, na mocy którego rodzina Kossowskich utraciła majątek, syn pradziadka też Józef, został zmuszony wraz z rodziną do opuszczenia powiatu kosowskiego i przeniesienia się na ziemię skałacką, w okolice Rosochowaćca. Nie była to jedyna przyczyna ich migracji, gdyż na terenach Pokucia grasowały bandy Hucułów, które atakowały polskie gospodarstwa i rabowały pańskie dwory.

Nowe miejsce osiedlenia okazało się niezwykle trafnym wyborem. Rosochowaciec otaczały żyzne gleby, na których okoliczni gospodarze uprawiali zboża oraz rośliny oleiste. Rodzina mogła swobodnie powiększać swój majątek poprzez zakup pola, a po kilku latach dzięki szczęśliwym okolicznościom weszła w posiadanie miejscowego młyna. „Dziadek będąc w sile wieku wygrał go w zakładzie z Żydem. Założył się z nim w karczmie, że wniesie po schodach dwa korce zboża. Żyd robił wszystko, żeby wygrać zakład (próbował nawet podpiłować schody). Byli jednak świadkowie, którzy potwierdzili legalność zawartego zakładu. W ten sposób młyn stał się częściowo rodzinną własnością”.

W wieku 50 lat dziadek Józef Kossowski (był ponoć niezwykle przystojny i mierzył około 2 m wzrostu) ożenił się z bogatą Rusinką Marią Kostecką (po kilku latach uległa spolonizowaniu), z którą miał kilkoro dzieci. Najstarsza siostra Marii, Helena, która była piękną kobietą, wyszła za mąż za hrabiego Wolańskiego z Grzymałowa. Niestety panna młoda zmarła podczas ślubu. Prawdopodobnie przyczyną jej śmierci był tzw. śluzak, który jest rodzajem nowotworu łagodnego rozwijającego się w tkankach miękkich ciała. Rodzina hrabiego nie chcąc po śmierci Heleny dopuścić do podziału majątku przekonała miejscowego księdza, żeby zeznawał w sądzie, iż zawarte małżeństwo było „non consumatum”. Było to sprzeczne z panującym prawem magdeburskim, które mówiło, że w tych kwestiach decydujący głos ma lekarz, a nie ksiądz. Po ślubie rodzina Wolańskich przeszła na grekokatolicyzm i całkowicie odcięła się od pozostałych krewnych.

Kolejne siostry Marii wyszły za mąż również za majętnych mężów, jedna za Polaka nazwiskiem Wróblewski, a druga za Ukraińca Nastroha.

Maria i Józef Kossowscy mieli dwie córki i syna. Starsza Domicela zrzekła się swojej części majątku na rzecz młodszego brata i przed wybuchem I wojny światowej wyjechała do Ameryki. Natomiast Michalina pracowała z rodzicami na gospodarstwie i po jakimś czasie wyszła za mąż za Węgra Bakuna, z którym miała dwie córki.

W 60. roku życia Józefowi Kossowskiemu urodził się syn Józef (imię przejęte po pradziadku i dziadku), ojciec Zygmunta Kosowskiego. „Dziadek w wieku 108 lat spadł z drabiny i w wyniku odniesionych obrażeń zmarł, natomiast babka Maria zmarła w 1935 r. na zakrzepicę żył”.

Przodkowie Zygmunta Kosowskiego ze strony matki brali natomiast udział w powstaniu styczniowym.

Stryj Zygmunta, Stanisław Zajączkowski, po upadku powstania studiował inżynierię na Politechnice Lwowskiej, a po ukończeniu nauki znalazł zatrudnienie przy budowie linii kolejowych na Kresach Wschodnich. Zmarł w 1912 r. i został pochowany na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie.

Kolejny stryj Władysław ukończył teologię, jednak po jakimś czasie przeszedł na grekokatolicyzm. Pracował na parafii w Bogdanówce. „Rodzina się go wyparła po tym, jak zakochał się w Żydówce, którą wychrzcił. Miał z nią kilkoro dzieci. Jeden z jego synów został popem i udzielał mi chrztu w cerkwi”.

Natomiast dziadek Zygmunta, Jan Zajączkowski, wrócił z powstania z przebitym płucem. Prawdopodobnie został pchnięty szablą lub piką. „W wyniku odniesionej rany rozwinęła się gruźlica. Po powstaniu studiował prawo, którego nie ukończył ze względu na zły stan zdrowia. Ożenił się z wdową Anastazją Górtatowską”.

Po powrocie do domu w Sieniawce koło Zbaraża bracia Zajączkowscy dowiedzieli się, że rodzice nie żyją. Przyczyną ich śmierci było zaczadzenie. „Niejaki  Małachowski[2] z okolic Zbaraża, któremu podobał się ich majątek namówił parobka, żeby pozatykał kominy. W ten sposób pradziadkowie potruli się tlenkiem węgla”.

Historia ich śmierci nigdy nie ujrzałaby światła dziennego, gdyby nie złamana przysięga tajemnicy spowiedzi popa Władysława, który dowiedział się, że winnym zajścia był parobek Zajączkowskich. Sprawa trafiła do władz dochodzeniowych, które potwierdziły słowa duchownego.

Trzech braci nie wiedząc wcześniej o podstępie sąsiada sprzedało Małachowskiemu majątek, a pieniądze ze sprzedaży przeznaczyło na leczenie Jana, najmłodszego z nich i rannego w powstaniu. Po rozstrzygnięciu sprawy w skałackim sądzie nabywcy nakazano zwrócić podstępnie kupione gospodarstwo, a bracia powtórnie sprzedali majątek innej osobie po korzystniejszej cenie.

Bardzo ciekawa jest historia życia babki Zygmunta Kosowskiego, Anastazji z rodu Kłosowskich, która wyszła za mąż za bogatego ziemianina, ordynata hrabiego Michała Górtatowskiego. Mężczyzna bywał na dworze wiedeńskim i na salonach arystokratycznych rodów Europy. Cieszył się także wielkim autorytetem u Polaków mieszkających w okolicach Lwowa, Tarnopola i Stanisławowa. Był politykiem, być może nawet posłem na sejm. „Historia małżeństwa babki z ordynatem jest podobna do tej, jaką przedstawił Tadeusz Dołęga-Mostowicz w powieści „Trędowata”. Ordynat mimo sprzeciwu rodziny ożenił się z Anastazją Kłosowską, która pochodziła z ubogiej szlachty i pracowała jako guwernantka. Urodziła im się córeczka, która w wieku kilku lat utonęła wraz z ratującym ją ojcem podczas powodzi, jaka nawiedziła Stryj. Po tragedii rodzina ordynata pozbyła się niewygodnej synowej i odsunęła ją od majątku oraz dóbr, które mogła dziedziczyć, włącznie z tytułem hrabiowskim (małżeństwo miało tylko jedno potomstwo). Babcia się tak przez to zdenerwowała, że dostała wylewu i miała częściowy niedowład kończyn. Ponieważ była młoda, jej organizm szybko zwalczył chorobę. Aby się utrzymać nadal musiała pracowała jako guwernantka. Przeniosła się z województwa lwowskiego do powiatu zbaraskiego, do Klebanówki i Jacowiec. Pracę pomagali jej znaleźć sąsiedzi oraz przyjaciele. Zatrudniła się we dworze u rodziny Fedorowiczów”.

W Jacowcach Anastazja poznała się z najmłodszym synem Zajączkowskich Janem, z którym wzięła ślub. „W 1896 r. w wieku 19 lat zmarł im na zapalenie opon mózgowych syn Michał, uczeń gimnazjum tarnopolskiego, a kilka lat po jego śmierci zmarł na gruźlicę jego ojciec Jan. Babcia Anastazja została sama z córkami. Przeżyła kolejne załamanie nerwowe i dostała drugiego wylewu, który całkowicie wyłączył ją z życia zawodowego.

Jej starsza córka Józefa podczas nauki chodzenia zwichnęła staw biodrowy i do końca życia miała problemy z poruszaniem się. Wyszła za mąż za kolejarza Franciszka Grabowskiego. Małżeństwo opiekowało się wspólnie schorowaną matką do końca jej dni (zmarła w 1929 r.). Po II wojnie światowej Józefa wraz z mężem osiedliła się w Lwówku Śląskim, gdzie dożyła prawie 100 lat”.

Natomiast młodsza z córek Anastazji, Maria (matka Zygmunta) urodziła się 1897 r. „Przez całe życie ciężko pracowała na gospodarstwie. Jej praktyczna wiedza rolnicza przydała się później, gdy wyszła za mąż za mojego ojca. Potrafiła dobrze zarządzać naszym dużym gospodarstwem. Hodowała bydło, które następnie z zyskiem sprzedawała”.

Największym nieszczęściem obu córek Marii było to, że nie chodziły do szkoły. „Prawdopodobnie, gdyby nie choroba babci i jej niesprawność z powodu dwóch wylewów, obie nauczyłyby się pisać i czytać, gdyż babcia była bardzo zdolną guwernantką”.

28 czerwca 1914 r. w Sarajewie został zabity arcyksiążę austriacki Franciszek Ferdynand. Jego śmierć stała się pretekstem wybuchu I wojny światowej. Na fali ruchów narodowo-wyzwoleńczych jakie ogarnęły Europę, również wśród Polaków odżyły dążenia niepodległościowe.

Pod koniec sierpnia 1914 r. rozpoczęto nabór mężczyzn do Legionów Polskich, które skupiały w swoich szeregach polskie organizacje paramilitarne, m.in. oddziały Związku Strzeleckiego „Strzelec’, Armię Polską i Polskie Drużyny Strzeleckie. W ten sposób utworzono Legion Wschodni z siedzibą we Lwowie oraz Legion Zachodni ze sztabem w Krakowie. W ciągu czterech miesięcy oddziały polskie walczące u boku wojsk austriackich wzięły udział w wielu bitwach. Pod koniec roku z części walczącego pułku utworzono I Brygadę Legionów Polskich.

W wieku 18-19 lat Józef Kossowski oświadczył rodzicom, że zaciągnie się do wojska austriackiego wraz z kolegami. Do podjęcia takiej decyzji zainspirował go Polak nazwiskiem Jaruzelski służący w wojsku cesarskim, którego majątek znajdował się w Kniażu koło Śniatyna na Pokuciu. „Gdy wjechał na nasze podwórko ojciec zobaczył postawnego mężczyznę na pięknym koniu. Ubrany był w mundur galowy, a z boku błyszczała przypięta szabla”.

Entuzjazm, jaki żołnierz wniósł między młodocianych z okolic Rosochowaćca i Podwołoczysk, sprawił, że coraz więcej chłopców zaczęło myśleć o nauce w szkole wojskowej. „Ojciec początkowo mógł podjąć naukę na kursie podoficerskim, gdyż nie miał pełnego wykształcenia średniego. Był zdrowym i sprawnym mężczyzną. Znał dokładnie historię oręża polskiego. Należał do młodzieży, która rozczytywała się w trylogii drukowanej w lwowskich gazetach. Często rozmawiał ze swoimi rówieśnikami na temat powstań narodowych. Uważał, że przyczyną ich klęski były braki związane z wyszkoleniem bojowym żołnierzy”.

W maju 1915 roku 2 i 3 Pułk Piechoty Legionów oraz oddział kawalerii i dywizjon artylerii przeformowano w II Brygadę Legionów Polskich zwaną Karpacką. Natomiast 4 i 6 Pułk Piechoty Legionów w III Brygadę Legionów Polskich.

W październiku 1915 r. wszystkie trzy brygady liczące łącznie ok. 16,5 tys. żołnierzy dyslokowano na front wołyński, gdzie wzięły udział w walkach nad Styrem i Stochodem.

Po ukończeniu szkoły podoficerskiej i awansie na stopnień ogniomistrza Józef Kossowski został przydzielony do batalionu dowodzonego przez majora Jaruzelskiego. Pełnił u niego funkcję wachmistrza. W tym samym roku obydwaj zostali oddelegowani w charakterze oficerów łącznikowych do dywizji niemieckiej. Ich zadaniem było utrzymanie stałej łączności między dowództwem niemieckim i austriackim. Następnie żołnierzy skierowano na front włoski, co nie spodobało się majorowi Jaruzelskiemu oraz Polakom służącym w austriackim wojsku. Świadomi konsekwencji wspólnie dokonali dezercji z armii austriackiej. W przebraniu uciekli z koszar i wstąpili do brygady Piłsudskiego. Nie był to odosobniony przypadek, gdyż grupy dezerterów z Podola i Małopolski Wschodniej zaczęły masowo zgłaszać się do polskiej brygady. Żołnierze przychodzili do jednostki pod przybranym nazwiskiem i nie przyznawali się, że uciekli z austriackiego wojska. Formowanie Legionów Polskich było możliwe dzięki podpisanej zgodzie pomiędzy władzami austriackimi, a Józefem Piłsudskim stojącym na czele nowoutworzonej formacji. Po jakimś czasie Józef Kossowski zdobył kwalifikacje oficerskie i został dowódcą baterii.

20 września 1916 r. Legiony Polskie zostały przemianowane na Polski Korpus Posiłkowy. W lipcu 1917 r. doszło do tzw. kryzysu przysięgowego. Żołnierze służący w Polskich Siłach Zbrojnych zbuntowali się na wieść o wcieleniu ich do „Polnische Wehrmacht” i złożeniu przysięgi na wierność cesarzowi Niemiec. Za odmowę posłuszeństwa podoficerowie zostali internowani w obozie w Szczypiornie, a oficerowie w Beniaminowie. Natomiast Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego osadzono w twierdzy Magdeburg.

Wśród osób internowanych znalazł się także Józef Kossowski, który służył w I Brygadzie Legionów Polskich. Część jej żołnierzy złożyła przysięgę cesarzowi. Ze względu na braki kadrowe w szeregach armii austriackiej dowództwo miało prawo zwolnić ich z więzienia i wcielić z powrotem w szeregi armii.

Na początku 1918 r. II Brygada Legionów Polskich stacjonująca w Czerniowcach wymówiła posłuszeństwo cesarzowi po otrzymaniu informacji, że Austro-Węgry oraz Cesarstwo Niemieckie oddają Ukraińskiej Republice Ludowej ziemie historycznie i etnicznie przynależne Polsce. Brygada pułkownika Józefa Hallera przebiła się przez front austriacko-rosyjski pod Rarańczą i połączyła się z polskimi formacjami w Rosji. W konsekwencji wojsko austriackie dokonało licznych egzekucji na legionistach polskich. „Przez wiele dni nie pozwalano na pochówek pomordowanych żołnierzy, a dzieci huculskie bawiąc się kopały głowy zabitych legionistów jako piłki do gry”.

W drugiej połowie 1918 r. Józef Kossowski zachorował na tyfus i grypę zwaną hiszpanką[3]. Z tego powodu otrzymał urlop zdrowotny i miał prawo wrócić do jednostki we Lwowie dopiero w marcu 1919 r. „Ojciec opowiadał, że na płotach i domach służby sanitarne rozwieszały tabliczki informacyjne o zagrożeniu epidemiologicznym. W tym czasie coraz częściej dochodziło również do prowokacji ukraińskich. Chłopi napadali na polskie dwory, które plądrowali wywożąc z nich cenne rzeczy oraz żywność. Pandemia „hiszpanki” częściowo ten proceder powstrzymała, jednak po opanowaniu sytuacji przez lekarzy, gospodarstwa nadal były rabowane i palone przez Ukraińców”.

Po zakończeniu I wojny światowej w okolicach Lwowa oraz na terenach południowo-wschodniej Galicji grasowały bandy siczowców, które mordowały bezbronnych Polaków. Werbowano w ich szeregi mężczyzn pochodzących z Huculszczyzny. Masowe mordy były dokonywane m.in. w okolicach Zbaraża, Trembowli i Złoczowa[4], gdzie paryska komisja śledcza dokonała ekshumacji zwłok młodocianych Polaków. Dzięki dyplomacji polskiej oraz w następstwie zaistniałych faktów komisje międzynarodowe przychylnie rozpatrzyły późniejszy wniosek o przyłączenie wschodnich terenów zamieszkałych przez ludność narodowości polskiej do II RP.

W pierwszych dniach listopada 1918 r. Józef Kossowski będąc świadomy zagrożenia ze strony grasujących band, postanowił wrócić do swojej jednostki we Lwowie i włączyć się do walki w obronie miasta. Z Podwołoczysk, przez Rosochowaciec i Tarnopol przyjechał pociągiem do koszar we Lwowie. Tam okazało się, że nie ma polskiego wojska, ale za to stacjonują Legiony Ukraińskich Strzelców Siczowych. „Żołnierze tak ojca pobili, że pół roku leczył się w szpitalach, a babcia Maria chcąc zamanifestować sprzeciw wobec poczynaniom ukraińskich siczowców przeszła na katolicyzm i nie chodziła już do cerkwi”.

W klinikach lwowskich (początkowo szpital zorganizowany był w pomieszczeniach Politechniki Lwowskiej) Józef Kossowski spędził kilka miesięcy. Ze względu na zły stan zdrowia (do końca życia miał problemy z nerkami) został zdemobilizowany i nie brał udziału w wojnie polsko-bolszewickiej. Wrócił do domu dopiero w maju 1919 r. Po rekonwalescencji dowództwo austriackie nadało mu stopień kapitana w stanie spoczynku. Natomiast Polacy uznali mu go dopiero w latach trzydziestych.

Obrona Lwowa była heroicznym zrywem mieszkańców miasta, którzy chcieli bronić starego piastowskiego grodu i polskiej kultury. Do walki w jego obronie włączyła się także młodzież szkolna oraz harcerze.

„Bo przyśniła się harcerzom Polska czekana od tylu, tylu lat,

o którą modlili się ojciec i matka, za którą umierał niejeden dziad.

Przyśniła się harcerzom Polska w purpurze żołnierskiej krwi,

która szła z pola bitew gościńcem i pukała do okien i drzwi.

Wybiegli harcerze ze swoich komnat przypadli Polsce do nóg i patrzą,

a w mrokach przyziemnych, złowieszczych czai się wróg.

Dobywa ostrze, żelazo, zbójecką unosi dłoń,

więc obudziły się wszystkie lwowskie dzieci i pochwyciły za broń.

Poniosły groźny ostry wir walki, sztandar swych snów

i osłoniły własnymi piersiami swój ukochany Lwów”

 

Wśród obrońców Lwowa byli m.in. 14-letni Adaś Michalewski, 14-letni Jurek Bitschan, który poległ na Łyczakowie, 16-letni Ludwik Pyzik, który zginął pod Cytadelą, 15-letni Wilhelm Haluza, który poległ pod Kulparkowem, 14-letni Tadzik Jabłoński, który poległ podczas ataku na Szkołę Kadecką, 13-letni Antoś Petrykiewicz, który przeszedł do historii jako najmłodszy w całym Wojsku Polskim kawaler Orderu Virtuti Militari i wielu, wielu innych. Dzieci, które brały udział w obronie miasta nazwano później Orlętami Lwowskimi.

Najpiękniejszy hołd poległym Orlętom złożył Kornel Makuszyński[5], pisząc:

 

„Na te groby powinni z daleka przychodzić pielgrzymi, by się uczyć miłości do Ojczyzny. Powinni tu przychodzić ludzie małej wiary, aby się napełnić wiarą niezłomną, ludzie miałkiego ducha, aby się nadyszyć bohaterstwa. A że tu leżą uczniowie w mundurach, przeto ten cmentarz jest jak szkoła, najdziwniejsza szkoła, w której dzieci jasnowłose i błękitnookie nauczają siwych o tym, że ze śmierci ofiarnej najbujniejsze wyrasta życie”.

 

3 marca 1920 r. został podpisany traktat brzeski kończący działania wojenne na froncie wschodnim. „Dopiero po przejściu frontu rodzice opowiadali mi, jak wiele nasi rodacy wycierpieli. Przez Rosochowaciec, Podwołoczyska przechodziła 6 Dywizja Konna armii Siemiona Budionnego, która później 17 sierpnia 1920 r. walczyła z Orlętami Lwowskimi w bitwie pod Zadwórzem. Rosjanie rabowali i zabijali bezbronnych Polaków. Jednemu z uczestników bitwy, który walczył w batalionie harcerskim kapitana Bolesława Zajączkowskiego udało się przeżyć. Gdy przyszedł do domu we Lwowie ojciec go nie poznał. Opowiadał, że widział, jak siczowcy po bitwie pozwolili szwadronom kobiecym pastwić się nad zwłokami młodych chłopców do tego stopnia, że nie można było ich rozpoznać. Szwadrony tworzone były z kryminalistek skazanych na śmierć przez cara, ale władza ludowa w ramach rehabilitacji pozwoliła im brać udział w walce po stronie bolszewików. Poległych młodych Polaków, których rozpoznano na polu bitwy grzebano na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Pozostałych w kurhanie-mogile pod Zadwórzem”.

Kwiaty Zadwórza, czy pamiętacie tamtą letnią ciepłą noc,

jak młody harcerz stał na warcie dbając o swych przyjaciół los.

Wyszło ich ze Lwowa ponad trzystu, powstrzymać konnej armii trzon,

obronić Polskę od bolszewizmu z męstwa zbudować ofiarny tron.

O Termopile, polskie Termopile tam ofiara z młodej polskiej krwi,

pod kurhanem we wspólnej mogile wolna Polska harcerzom się śni.

 

Lasy, Lasy Zagórza, czy pamiętacie, jak pod osłoną waszych drzew,

biegł do ataku młody harcerz i od kul wroga na mchu padł.

Legło ich tam ponad trzystu, ofiara męstwa dała plon,

gdyż dzikie hordy bolszewizmu potknęły się o polski dąb

 

W latach dwudziestych Ukraińcy i Żydzi utrzymywali nielegalny kontakt z bolszewikami. Zdarzało się dosyć często, że na Kresach płonęły polskie zagrody i pola ze zbożem. Ten proceder zahamowało dopiero powstanie jednostek wojsk Korpusu Ochrony Pogranicza w 1924 roku[6]. „Nawet po żniwach Ukraińcy podpalali stogi zboża. Bogaci polscy ziemianie nie zwozili ich do gospodarstw, tylko młócili bezpośrednio na polach. Woły lub konie ciągnęły na pola specjalne maszyny parowe oraz młocarnie. Pamiętam, jak te łany zbóż falowały przed zbiorami. To był piękny widok, który do dzisiaj mi się śni. Obecnie w okolicach Podwołoczysk nie ma już takich pól. Gdy byłem na wycieczce i odwiedziłem po latach rodzinną miejscowość, nie zauważyłem łanów żyta i pszenicy. Nasz ogród i sad był przed wojną pielęgnowany. Obecnie wszystko jest zarośnięte chaszczami, a drzewa dziczeją bez opieki ogrodnika. Gdy przyjechałem z wycieczki ułożyłem wiersz:

Przed snem modlitwę zmów, choć bez słów.

Za cmentarz Orląt, za Zbaraż, Wołyń, Tarnopol, kochany Lwów.

Niech wskrzesi Bóg, niech da nam Bóg, niech wróci Polska znów za Bug.

Tam przodków groby, przelana krew niewinnych dzieci.

Wiemy czyja to zbrodnia, czyj to był gniew.

Tam nasze ziemie, tam był nasz ród.

Powrócić tam, tak nam dopomóż Bóg.

Tam  nasze pola porastają teraz chwastami.

Kiedy wrócimy zamienią się znów w łany szumiące kłosami.

Zapachnie znów gryka, zakwitnie znów len.

O Boże, czy to znowu musi być ten mój sen”

 

Kilka lat po powrocie z kliniki we Lwowie do Podwołoczysk Józef Kossowski ożenił się z Marią, z domu Zajączkowską i zaczęli wspólnie gospodarować. „Przejął część gruntów po swojej siostrze Domiceli, która wyjechała jeszcze przed wybuchem I wojny światowej do Ameryki. Z rozparcelowanego folwarku Żyda Mordko Turyna dokupił kilka hektarów ziemi. Dodatkowo miał duże pole, które matka wniosła w wianie”.

Siostra z Ameryki przesyłała Józefowi pieniądze na budowę domu i kupno ziemi m.in. w Kamionkach i Podwołoczyskach. Była przekonana, że wróci do Polski i osiedli się w okolicach Rosochowaćca. Józef wysyłał Domiceli niezbędne dokumenty oraz fotografie zakupionej parceli. „Kiedy jednak ciotka owdowiała i wyszła za mąż za innego mężczyznę, zrezygnowała z przyjazdu na Podole i kazała ojcu sprzedać swoją część. Nie było to jednak takie proste, gdyż tato był związany słowem kupna z Żydem Mordkiem Turynem. Ciotka więc zaproponowała, żeby na mnie przepisać gospodarstwo ojca, natomiast część ciotki, mojemu bratu Janowi. Równowartość objętego gospodarstwa ojciec miał spłacać w ratach przez wiele lat”.

Józef Kossowski miał wielki autorytet u swoich sąsiadów. Należał do osób, które posiadały duży areał ziemi. „Większe pola mieli Wróblewscy, którzy byli przesiedleńcami z Mazur, potem my i Bieniowscy. O wiele mniej miała wielodzietna rodzina Czyrskich. Na Podolu ziemie były żyzne i urodzajne. Latem podczas żniw, na lekko pofałdowanej powierzchni rozciągały się łany zbóż. Pamiętam, jak ojciec zabierał mnie na pola i mówił: to wszystko będzie twoje synu”. Przez wiele lat Zygmunt miał nawet żal do niego za to, że ten na uwagi swoich sąsiadów, że pracuje więcej niż zatrudnieni u niego parobkowie odpowiedział: „bo ja kocham swoją ziemię, może nawet bardziej niż żonę i dzieci”.

W 1921 r. Rosochowaciec liczył 145 zagród i 760 mieszkańców, w tym: 416 Polaków, 287 Rusinów i 56 Żydów. W latach trzydziestych  w miejscowości dominowali Polacy (54%) i Ukraińcy (36%), natomiast Żydzi stanowili 8% ogółu mieszkańców. Pozostałe nacje stanowiły ok. 2 %. Wieś sołecka należała do parafii i gminy Podwołoczyska.

Przed I wojną światową przechodziła przez miejscowość linia kolejowa łącząca duże miasta. Można było stamtąd dojechać bezpośrednio m.in. do Moskwy, Władywostoku, nad Morze Czarne do Odessy i Sewastopola.

Natomiast pobliskie Podwołoczyska w latach trzydziestych liczyły 461 zagród i 3945 mieszkańców, w tym Żydzi stanowili 60%, Polacy 30%, a Ukraińcy 10%. Miejscowość były kiedyś bogata w ujęcia wody pitnej, ale jak to opowiadają obecnie jej starsi ukraińscy mieszkańcy „przeklęci Polacy zabrali ze sobą rzekę i źródełka”. W miasteczku znajdowała się siedziba gminy i parafii.

Zygmunt Kosowski jako mały chłopiec jeździł często z ojcem i dziadkiem do krewnych na Podolu i Pokuciu. Piękno tych ziem wspomina obecnie z rozrzewnieniem. Wśród nich był wspaniały kurort w Jaremcze nad Prutem, który w okresie międzywojennym dorównywał takim ośrodkom jak Zakopane, czy też Krynica, Przełęcz Legionów (nazywaną także Pantyrską), gdzie II Brygada Legionów Polskich po jej sforsowaniu wzniosła krzyż z napisem:

 

„Młodzieży Polska, patrz na ten krzyż,

Legiony Polskie dźwignęły go wzwyż,

Przechodząc góry, lasy i wały,

Dla Ciebie: Polsko! i dla twej chwały”,

 

a także Śniatyń nad Prutem, który za czasów króla Jana III Sobieskiego był warowną twierdzą. Pamięta również Kniaże nad Czeremoszem, w których urodził się 1927 r. znany, nieżyjący już aktor Zbigniew Cybulski[7], spędzający swoje dziecięce lata w majątku Józefa i Izabeli Jaruzelskich (kuzynów gen. Wojciecha Jaruzelskiego), a także Supranówkę położoną pomiędzy Rosochowaćcem a Podwołoczyskami, gdzie swoją siedzibę miał ród Zawistowskich. Jeden z jego męskich potomków ożenił się z Kazimierą Jasińską[8] znaną poetką i tłumaczką Młodej Polski.

W wieku 7 lat Zygmunt wraz ze swoim ojcem oraz dziadkiem chodził na wędrówki wzdłuż jaru rzeki Dupa, która wpada do Seremetu. Na wyższych partiach zboczy pomiędzy Kasperowcami a Bedrykowcami uformowane są tzw. gzymsy skalne ciągnące się na odcinku około 2 km. Wyizolowana forma terenu tworzy w tym miejscu ostańce, fantastycznie ukształtowane zgrupowania skalne, w których trójka Kossowskich dopatrywała się różnych postaci. „Dziadek pokazywał mi skały i nadawał im nazwy znanych postaci z literatury polskiej. Wśród nich doszukiwał się postaci Wołodyjowskiego z szablą, Muszalskiego z napiętym łukiem wypuszczającego strzałę z jednego brzegu Dniepru na drugi, czy też Juranda ze Spychowa”.

W latach trzydziestych Józef Kossowski nadal utrzymywał stały kontakt z byłymi legionistami. „W Kaczanówce mieszkała rodzina pułkownika Jaruzelskiego pochodzącego z Kniaża-Załucza pod Śniatynem, który brał udział w wojnie polsko-bolszewickiej i był oficerem łącznikowym pomiędzy Naczelnikiem Józefem Piłsudskim a atamanem Semenem Petlurą. Latem każdego roku w domu Jaruzelskich spotykali się na uroczystościach rocznicowych wszyscy legioniści mieszkający w tej części Pokucia. Ze względu na napięte stosunki ludności polskiej z Ukraińcami, którzy chcieli utworzyć swoje państwo, legioniści musieli zachować szczególne bezpieczeństwo. Grasujące po wsiach nacjonalistyczne bandy napadały na Polaków i ich gospodarstwa. Odczuwalny był silny separatyzm ukraiński. Popi w cerkwiach jawnie namawiali miejscową ludność do nienawiści wobec Polaków. „Najpierw na nasze podwórko przyjeżdżali podkomendni, których ojciec serdecznie witał. Następnie zabierał z domu sakwę oraz mundur i wraz z kolegami wyjeżdżał bryczką do Kaczanówki. Kilka kilometrów przed dworem Jaruzelskich ojciec przebierał się w szopie (wiacie) w galowy mundur, gdyż było to umówione miejsce spotkania byłych legionistów. Po przyjeździe na miejsce robił zbiórkę i meldował pułkownikowi gotowość bojową”.

Zygmunta  już od dziecka interesowały konie. W stajni trzymali kilka par do pracy w gospodarstwie oraz w celach hodowlanych z myślą o sprzedaży dla wojska. „W wyznaczonym dniu przyjeżdżała specjalna komisja wojskowa z weterynarzem, który sprawdzał stan zdrowia koni i szacował ich wartość”.

W 1937 roku Zygmunt Kosowski miał możliwość poznania dowódcy poleskiej brygady Korpusu Ochrony Pogranicza pułkownika Stefana Roweckiego[9], późniejszego komendanta Armii Krajowej ps. „Grot”, który wraz ze swoimi oficerami wjechał na dziedziniec ich domu. Ponieważ ojca w tym czasie nie było, Zygmunt czynił honory gospodarza i zameldował dowódcy: „witam w naszych progach niewysokich dla pana pułkownika dyplomowanego”. Rowecki zdumiony zapytał chłopca skąd zna stopnie oficerskie i wie, że jest pułkownikiem dyplomowanym, na co Zygmunt odpowiedział: „bo pułkownik ma na patkach orzełka, którego mogą mieć tylko oficerowie dyplomowani”. Po takiej odpowiedzi Stefan Rowecki przeegzaminował Zygmunta z wszystkich stopni wojskowych od szeregowego, do generała.

W roku 1938 ojciec Zygmunta otrzymał zaproszenie od swojego kolegi na uroczystość związaną z awansem na stopień generała. Do Wiśniowiec Józef zabrał ze sobą syna, matkę chrzestną, oraz jej 15-letniego syna Gustawa, który był harcerzem. Po drodze zatrzymali się w Maksymówce u ciotki, która wyprasowała Józefowi mundur galowy. Jechali bryczką tzw. baworką[10] zaprzęgniętą w dwa konie – podolaki (konie były używane w wojsku do ciągnięcia ciężkich dział). 10 km przed Wiśniowcem w okolicach rzeki Horyń podróżnych dogoniła kareta zaprzęgniętą w parę pięknych koni. W karecie siedziały kobiety ubrane w fikuśne kapelusze oraz kolega z wojska, którego Józef nazywał Dziunio. „Po przywitaniu się ciotka uszczypliwie zapytała mnie, czy te pięknie wyglądające i pachnące perfumami panie potrafią robić tak pyszne masło jak twoja matka?”.

Po dotarciu do dworu w Wiśniowcu Józef wziął udział w uroczystej gali, a następnie zdegustowany arystokratycznymi manierami i wielkopańską atmosferą postanowił wrócić do domu. „Ojciec był bardzo niezadowolony z wyjazdu. Nie należał do osób, które lubiły bawić się i trwonić pieniądze. Jego życie codzienne wypełniała praca w gospodarstwie od świtu do nocy oraz wychowanie dzieci w duchu patriotycznym. Był szczęśliwy, kiedy przebywał w otoczeniu swoich kolegów, z którymi walczył w legionach o wolną Polskę”.

Podczas kolejnego spotkania legionistów 14 sierpnia 1939 r. Zygmunt jako kilkuletni chłopiec przyjechał ze swoim ojcem do Kaczanówki. W tym samym czasie na wakacje do swojego wuja przyjechał spod Lublina gimnazjalista Wojciech Jaruzelski, późniejszy generał, Minister Obrony Narodowej i prezydent RP. Zygmunt uprosił ojca, żeby dał mu popilnować koni, które tak bardzo lubił. „Co ty tu robisz” – zapytał mnie Jaruzelski, na co odpowiedziałem – „pilnuję koni panom legionistom”. „Tej swołoczy?!” – usłyszałem w odpowiedzi. Zygmunt nie wiedział, co znaczy to słowo i zapytał o jego znaczenie ojca. Józefowi zrobiło się przykro i wsiadł smutny do bryczki. Jego dowódca zaczął go wypytywać, co się stało, czy może się źle czuje? W końcu pułkownik nie wytrzymał i powiedział: „daję ci kapitanie wyraźny rozkaz opowiedzenia całej historii”. Po chwili Józef wyjaśnił, co się stało. Zdenerwowany dowódca oświadczył, że Jaruzelski odpowie za zniewagę legionistów i rozkazał mu przeprosić zebranych gości.

Latem 1939 r. Józef Kossowski wynajął 3 chłopców do pilnowania pola, dwóch Polaków i Ukraińca. „Ojciec za pracę dobrze im płacił. Zorganizował szałas do spania i dowoził jedzenie słoninę, kiełbasę i szynkę. Obok naszej posiadłości było jezioro oraz źródełko, z którego biła zimna i czysta woda. Chłopcy stawiali przy źródełku półmetrowe gliniane garnki, w których chłodziło się mleko. Któregoś dnia sąsiad poinformował ojca, że jego parobkowie palą ognisko między stogami zboża. Ten wskoczył na bryczkę i pojechał sprawdzić. Na miejscu zobaczył ich przy ognisku, grających w karty i palących jeszcze nie zmłócone zboże. Tak się zdenerwował, że natychmiast zwolnił ich z pracy. Na drugi dzień po przyjeździe na pole ujrzeliśmy spalone w odwecie stogi. Po zgłoszeniu zajścia i wszczęciu dochodzenia przez policję ujawniono, że podpalenia dokonał ukraiński chłopiec w ramach zemsty za zwolnienie go z pracy i rzekome pobicie. Sprawa trafiła nawet do sądu w Skałacie, ale po złożeniu wyjaśnień okazało się, że to jego ojciec go pobił za to, że źle pilnował pańskiego pola”.

W drugiej połowie lat trzydziestych ludność ukraińska współpracująca z nacjonalistami, dokonywała licznych prowokacji wobec Polaków. Byli to ci sami, którzy później w latach 1941-1944 brali udział w mordach na ludności polskiej i wznosili hasła: „Smert Lacham, komunistom i Żydam. My Polaki wybijem, a Żydum wydusem. Takich Ukraine panowaty datym musem, krof Lachiw po kolina, a bude Ukraina”.

Matka Zygmunta Kosowskiego, Maria pochodziła z Jacowiec, gdzie większość narodową stanowili Polacy. Wieś sąsiadowała z Klebanówką, którą zamieszkiwali przede wszystkim Ukraińcy. Z tej miejscowości pochodził m.in. ks. Tadeusz Fedorowicz[11], który w kwietniu 1940 r. został aresztowany przez NKWD i osadzony w lwowskim więzieniu na Zamarstynowie, gdzie przebywał do czerwca tego samego roku. W Tarnopolu dobrowolnie dołączył do transportu lwowiaków deportowanych w głąb ZSRR. Został zesłany wraz z innymi w lasy tajgi, a następnie do Kazachstanu. „Był wielkim Polakiem i patriotą. Ojciec Święty Jan Paweł II nazwał go swym kierownikiem duchowym, któremu wiele zawdzięcza. Stryj księdza Tadeusza pochodzący z Kamionek koło Rosochowaćca był w konflikcie z polskimi duchownymi. Był bardzo bogaty, w domu miał na ścianach wspaniałą polichromię przedstawiającą m.in. panoramę bitwy racławickiej i ułanów na koniach[12]. Jego własnością było kilka hektarów stawów rybnych. Pamiętam jak latem 1939 r. kłusowałem na stawach wraz ze swoimi rówieśnikami. Wśród nich byli m.in.: Edward Wróblewski i jego siostra Jadwiga, ich kuzyni Edward, Marian i Zbyszek Wróblewscy oraz Jan Bazyliński. Podczas łowienia ryb podszedł do nas Fedorowicz i strasznie nas zrugał. Z tej historii zapamiętałem natomiast to, że niósł na rękach 2-letnie dziecko, Jacka Fedorowicza[13], który po latach został popularnym polskim aktorem i satyrykiem” – wspomina Zygmunt.

Wybuch wojny był dla wielu polskich rodzin ogromnym ciosem. Zaczęły się liczne aresztowania i represje. Jesienią 1939 r. Podole oraz Pokucie weszły w skład proklamowanej Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej. Ludowych Komisarz Spraw Wewnętrznych USRR Iwan Sierowa został wyznaczony przez władze Kremla na bezpośredniego nadzorcę akcji deportacyjnej. Do jego obowiązków należała także kontrola procesu depolonizacji obywateli zamieszkujących województwa: wołyńskie, stanisławowskie, lwowskie i tarnopolskie.

Informacja o wybuchu wojny zmartwiła zwłaszcza mieszkańców przygranicznych miejscowości. „W czteroklasowej szkole w Rosochowaćcu pracowały dwie Polki, pani Berlińska i Wojnarowska. Uczyły języka polskiego, rysunków, prac ręcznych, matematyki. Martwiły się i nie wiedziały, co zrobić z grupą 15-20 uczniów. Chodziły ciągle smutne i zamyślone. Płakały po katach, bo ich mężów, oficerów rezerwy zmobilizowano do wojska. Mąż Wojnarowskiej był w stopniu majora i znał bardzo dobrze mojego ojca z czasów, gdy wspólnie walczyli w Legionach Polskich u Piłsudskiego. W okresie międzywojennym znany był z tego, że przeciwstawiał się ciągłym prowokacjom ukraińskich nacjonalistów. Był przeciwnikiem wprowadzania w polskich szkołach nauki w języku ukraińskim”.

Zygmunt Kosowski dobrze pamięta dzień, w którym Rosjanie zaatakowali Podwołoczyska. „W sobotę 16 września zwieźliśmy z pola siano, które ojciec składał w stogi na strychu nad oborami. Siano tak pięknie pachniało, że prosiliśmy z bratem naszych rodziców, żeby pozwolili nam na nim spać. Zgodzili się i wspólnie z ojcem poszliśmy na strych. W nocy zaczął padać deszcz i słychać było grzmoty, które budziły nas co jakiś czas. Wczesnym rankiem około godziny 4.00 usłyszeliśmy kolejny huk. Ojciec powiedział do nas: chłopcy to nie burza, to artyleria strzela. Po chwili doszedł do nas odgłos serii z karabinów maszynowych.

Rano na naszym podwórku zjawiło się kilku mężczyzn, którzy zaczęli rozmawiać z ojcem. Usłyszałem tylko słowa: to co wolicie bryczkę, czy furmankę – weźmiemy wóz, żeby się nie rzucać w oczy. Mężczyźni byli ubrani po cywilnemu, ale domyślałem się, że są to wojskowi, gdyż nosili oficerki, a spod płaszczy wystawały mundury. W końcu ojciec wraz z nieznajomymi wsiadł na furmankę i razem pojechali w kierunku Bogdanówki i Kamionek. Ponieważ długo nie wracał zaczęliśmy się martwić i postanowiliśmy go poszukać.

Na dworcu w Bogdanówce byli już czerwonoarmiści, od których aż roiło się. Byli brudni, śmierdzący i panoszyli się wszędzie. Wraz z matką i bratem staraliśmy się wypatrzyć naszego ojca. W ostatniej chwili zobaczyłem go, jak jechał wozem. Nie rzucał się w oczy Rosjanom Był ubrany w łachmany i bardzo zamyślony. Gdy jechaliśmy już razem w kierunku Podwołoczysk powiedział: to już koniec, koniec, przegraliśmy.

Po przyjeździe do domu okazało się, że nasza kucharka, którą matka wynajmowała na czas żniw pichciła Sowietom jakieś jedzenie, zupełnie nie pytając nas o zdanie.

W tym dniu podczas walk w obronie miasta zginął nasz sąsiad Władysław Wawrzynów, który był sierżantem i dowódcą placówki KOP w Podwołoczyskach”.

Przegrana kampania wrześniowa oraz atak ZSRR na Polskę odebrały wielu Polakom nadzieję na odzyskanie wolności. Aresztowani żołnierze prowadzeni byli w długich kolumnach do obozów jenieckich rozlokowanych na terytorium ZSRR. Ludność cywilna z przygnębieniem patrzyła na tych, którzy tak dzielnie bronili polskich granic przez pierwsze tygodnie wojny. Maszerującym do niewoli żołnierzom przekazywano ukradkiem żywność oraz ciepłe ubranie.

Pomimo młodego wieku Zygmunt Kosowski również pomagał deportowanym Polakom. Pamięta, że półtora kilometra od Podwołoczysk, Sowieci prowadzili kolumnę polskich jeńców. Wśród nich był oficer, któremu Zygmunt podał tobołek z jedzeniem. Za udzielenie mu pomocy dzieci ukraińskie i żydowskie pobiły go.

Po wojnie, w latach 70. Zygmunt odnalazł tego oficera. Okazało się, że żołnierzowi udało się uciec z sowieckiego transportu, a był nim późniejszy ordynator oddziału wewnętrznego szpitala w Jaśle doktor Zbigniew Paczosa.

W 1940 roku na Syberię i do Kazachstanu zostało wywiezionych setki tysięcy Polaków. Wśród nich byli także mieszkańcy powiatu skałackiego. „W Podwołoczyskach niedaleko naszego domu znajdowała się stacja kolejowa, z której transportowano Polaków w głąb ZSRR. Zapełnione pociągi jechały najczęściej z kierunku Lwowa. Bolszewicy pilnowali transportów, w których były m.in. płaczące dzieci proszące bezskutecznie o chleb i wodę. Wiele z nich umierało z zimna i głodu. Rodziny siłą przeciskały zamarznięte niemowlęta przez zakratowane okna wagonów prosząc przechodniów o chrześcijański pochówek. Zebrane przed rampą kolejową zamarznięte zwłoki niemowląt, rodziny zbierały i grzebały na cmentarzu”.

Pewnego razu do domu Kossowskich przybiegła służąca Jaruzelskiego z Kaczanówki, którą nazywano Wołena. Poinformowała go, że wywożą ludzi na Syberię. Wśród nich był m.in. jej pan. „Ojciec był zobowiązany pomóc swojemu dowódcy. Chciał się z nim pożegnać. Zabrał z domu wódkę, szynkę, kiełbasę i poszedł na dworzec w Podwołoczyskach. Podszedł do czekistów i pyta: czy w transporcie znajduje się jego znajomy, któremu chce dać w mordę, a następnie poczęstował żołnierzy zabranym jedzeniem oraz wódką. Czekiści z uśmiecham na twarzy zabrali prowiant i pozwolili mu poszukać znajomego. Po dłuższych poszukiwaniach ojciec znalazł na rampie kolejowej Jaruzelskiego oraz jego rodzinę. Zameldował się i powiedział, że mu pomoże. Dał mu zabraną z domu żywność, wódkę i szubę. Jaruzelski powiedział: Józek wiedziałem, że ty o mnie nie zapomnisz. Dwukrotnie ratowałeś życie naszej rodzinie. I tym razem ci dziękuję. Wkrótce transport odjechał w głąb ZSRR”.

Po 2-3 dniach do domu Kossowskich przyszła Żydówka Nusia Akselrad, która mieszkała w przybudówce na ich posesji i pracowała w sowieckim urzędzie. Płacząc poinformowała rodzinę Kossowskich, że została zmuszona zapisać ich na listę osób przewidzianych do deportacji na Syberię. Przez długi okres czasu odwlekała to, ale na rodzinę Kossowskich doniósł parobek ukraiński, który kilka lat wcześniej był wynajmowany przez Józefa do żniw. „Do rana rodzina nie spała. Ojciec ciągle powtarzał, że musi nas uratować od zesłania. Rano poszedł na posterunek NKWD i nie było go przez parę godzin. Wszyscy martwiliśmy się, co się z nim stało. Gdy wrócił powiedział, że prawdopodobnie jesteśmy uratowani, ponieważ zaproponował Sowietom utworzenie na naszym gospodarstwie kołchozu”.

Do czasu masowych wysiedleń nikt z mieszkańców okolicznych miejscowości nie chciał się zgodzić na oddanie ziemi do spółdzielni. Po zorganizowaniu przez miejscowy aktyw partyjny zebrania, na które przybyli mieszkańcy wsi, Kossowski jako pierwszy złożył podanie o przystąpieniu do kołchozu. „Ludzie pytali ojca: Józek, co ty robisz, zgłupiałeś. Ale jeden Węgier nazwiskiem Bakun wstał i powiedział do wszystkich: zapisujcie się, Józek wie, co robi, a poza tym długo to nie będzie trwać. Po założeniu spółdzielni ojciec pracował tam jako starszy koniuszy”.

Jesienią 1940 r. ukraiński milicjant nazwiskiem Popow otrzymał rozkaz od władz Sowieckich rozprowadzenia na nocleg enkawudzistów do bogatszych polskich rodzin. Kilku z nich trafiło do domu Kossowskich. „Rosjanie żądali za każdym razem wódy i dobrego jedzenia. Po alkoholu chętnie opowiadali o swoich wrażeniach z egzekucji przeprowadzanych na polskich oficerach wiosną 1940 r. Opowiadali swoje przeżycia w tak ordynarny, prymitywny i drażliwy dla każdego Polaka sposób, że nie mogliśmy tego słuchać. Nie chcieliśmy wierzyć, że człowiekowi może sprawić przyjemność znęcanie się i zabijanie ludzi. Na drugi dzień, gdy już wytrzeźwieli pytali mnie, co słyszałem. Odpowiedziałem, że nic nie rozumiem. Rozwścieczony enkawudzista wyciągnął naganta i straszył rozstrzelaniem. Matka zaczęła im tłumaczyć, że jestem tylko dzieckiem i prosiła, żeby mnie nie krzywdzić. W końcu bolszewik wyciągnął broń i powiedział, że nas wszystkich zastrzeli. Jednak widząc strach i usilne błagania matki zostawił nas w spokoju”.

Niewielkie grupy funkcjonariuszy NKWD nocowały w polskich domach jedynie po 2-3 dni, po czym milicjant przyprowadzał następną grupę. „W końcu zabrakło nam jedzenia i wódki. Ojciec musiał chodzić do sąsiadów pożyczać alkohol. Rodzice zastanawiali się, ile razy jeszcze Sowieci do nas przyjdą”.

Pod koniec sierpnia 1941 roku do Podwołoczysk weszli Niemcy i aresztowali tych, którzy współpracowali z Sowietami. Józef Kossowski był również aresztowany wraz z innymi za przystąpienie do kołchozu. Doraźny wojskowy sąd polowy skazał ich na karę śmierci. „Mężczyzn ustawiono pod murem na boso. W plutonie egzekucyjnym znajdował się milicjant ukraiński, który służył u ojca za parobka (ten, co podpalił stogi zboża). Tak kombinował, tak się przesuwał w lewo i prawo, żeby tylko stanąć naprzeciwko niego. Tato pomyślał, że musi się jakoś ratować i zaczął wołać dowódcę plutonu egzekucyjnego. Mówił po niemiecku, że protestuje przeciw takiemu traktowaniu, ponieważ jest byłym oficerem niemieckim. Mimo że porucznik kazał opuścić broń, Ukrainiec wystrzelił w kierunku skazanych. Kula trafiła w kamień w murze, którego odprysk trafił w ucho ojca raniąc go mocno. Porucznik zabrał broń Ukraińcowi, dał mu kopniaka i wygonił. Milicjant tak szybko uciekał, że po drodze zgubił buta, co wszystkich zebranych na placu rozbawiło. Gdy porucznik plutonu zbliżył się, ojciec zażądał rozmowy z oficerem z wyższym od niego stopniem. Wspólnie podeszli do komisji tworzącej protokoły polowe, której stolik stał 50 m dalej i zameldował się po niemiecku. Okazało się, że przewodniczącym komisji był major, z którym ojciec wspólnie walczył podczas I wojny światowej. Poznali się, kiedy ojciec był oficerem łącznikowym, a Niemiec kadetem na przeszkoleniu w tej samej jednostce. Po wyjaśnieniu całego zajścia pluton egzekucyjny już nikogo nie rozstrzelał”.

Podczas wojny o swoje życie musieli się obawiać przede wszystkim Żydzi, którzy byli traktowani przez Niemców i nacjonalistów ukraińskich jak podludzie. Jednego z nich rodzice Zygmunta Kosowskiego ukrywali bezinteresownie podczas wojny w swoim domu. Nazywał się Salo Twiaschor. Trafił do nich jesienią 1941 r., gdy Kresy Wschodnie II Rzeczypospolitej były już pod okupację niemiecką. Jego żona oraz dzieci chciały schronić się u rodziny Krasuli, ale byli u nich zakwaterowani ukraińscy policjanci. Ostatecznie trafili do innej rodziny z Podwołoczysk.

Na przełomie lata i jesieni 1942 r. w Kamionkach Niemcy zorganizowali obóz pracy dla Żydów, którzy pracowali przy torach kolejowych. Była to grupa około 50 osób. Podczas wykonywanych robót śpiewali piosnkę i w jej rytm tłukli kilofami grunt między podkładami. Śpiewali: „Nas Śmigły-Rydz nie nauczył nic, a nasz Hitler złoty nauczył roboty”. Zygmunt idąc na ryby i przechodząc obok ogrodzenia lagru został zaczepiony przez jednego z więźniów, który kopał głęboki dół. Żyd prosił, żeby mu przynieść chleba, a w zamian odda swój zegarek. Zygmunt nie chciał zegarka, ale zgodził się dostarczyć żywność. Wrócił jednak dopiero pod wieczór, gdyż z obozu dochodziły strzały. Gdy przybiegł na miejsce spotkania zobaczył zasypany dół i „bulgotającą” ziemię, która się jeszcze ruszała. Pobiegł szybko do domu i opowiedział całą historię rodzicom oraz ukrywanemu Żydowi Salo Twiaschorowi. Na drugi dzień, gdy poszedł w to samo miejsce zobaczył na powierzchni ziemi zakrzepniętą krew. Prawdopodobnie Niemcy rozstrzelali wszystkich pracujących Żydów, a ciała wrzucili do dołu i zasypali ziemią.

Relację Zygmunta Kosowskiego potwierdza jego były pacjent Stefaniuk osiedlony w Dzierżkowicach pod Branicami, który przed wojną mieszkał w Chmieliskach koło Kamionek. O mordzie dużej grupy Żydów rok wcześniej wspomina także Józef Adamiuk pochodzący z tej samej miejscowości.

Jesienią 1942 roku Zygmunt Kosowski widział wraz z innymi dziećmi z Rosochowaćca, Korszyłówki i Klebanówki, jak Niemcy prowadzili tzw. traktem tatarskim (droga w kierunku Zbaraża) grupę 50-60 Żydów niosących na plecach swoje tobołki. Dzieci pasły krowy i ze wzgórza obserwowały, jak konwojowali ich uzbrojeni niemieccy żandarmi na rowerach. Do pomocy mieli policję żydowską, która swoich rodaków traktowała w sposób nieludzki i poniżający. „Wojskowi szli za kolumną pędzonych Żydów i zachowywali się jakby byli pijani. Bawiło ich to, że jeden z żydowskich starców upadł na ziemię i nie miał sił dalej maszerować. Gdy kolumna oddaliła się o 100 m, podeszło do niego dwóch żydowskich policjantów i pałkami zaczęło go bić. Starzec się już nie podniósł, został zabity. Po chwili, jeden z Żydów z kolumny marszowej podbiegł do nieżyjącego starca i zabrał jego tobołek. Na drugi dzień przyjechała grupa ludzi oddelegowana przez sołtysa z Korszyłówki lub Klebanówki i pochowała Żyda zabitego przy drodze”.

W latach 1941-1943 ludność żydowska mieszkająca w Podwołoczyskach została wymordowana przez Niemców. Zginęło ponad 2 tys. wyznawców judaizmu. Natomiast z rąk policji ukraińskiej oraz szowinistycznych band ukraińskich śmierć poniosło ok. 20 osób, głównie poza terenem miasteczka, na drogach i we wsiach, do których mieszkańcy jeździli przede wszystkim po żywność.

Wymordowaną ludność żydowską pracującą na nasypach kolejowych Niemcy zastępowali młodzieżą polska oraz nieliczną grupą Ukraińców. Nazywano ich potocznie bałdystami, a czasami junakami. Ich praca polegała na układaniu torów kolejowych, naprawie mostów i wzmacnianiu nasypów. Za pracę otrzymywali skromne wynagrodzenie. Zygmunt przypomina sobie, jak grupy pracujących chłopców śpiewały podczas pracy: „u bałdystów dobra zupa, litr wody jedna krupa”. Po wkroczeniu na Podole Armii Czerwonej mężczyźni byli siłą wcielani do wojska oraz wysyłani do pracy w Donieckim Zagłębiu Węglowym. Wielu także zostało rozstrzelanych za kolaborację z Niemcami.

Jesienią 1943 r. mieszkańcy jednej z kolonii położonej w północno-wschodniej części powiatu włodzimierskiego w obawie przed pacyfikacją postanowili opuścić miejscowość i wyjechać na teren Generalnego Gubernatorstwa. Byli to osadnicy polscy, którzy po wojnie polsko-bolszewickiej otrzymali w ramach rekompensaty ziemie na Wołyniu za walkę w obronie ojczyzny. Tabor eskortowany był przez żołnierzy niemieckich, którzy zostali opłaceni przez uciekających Polaków. Wśród uchodźców była rodzina Tarskich, która miała dwóch 14-letnich synów bliźniaków, Adama i Bartka. W trakcie podróży obaj bracia zachorowali, więc matka z ojcem postanowili odwieźć chorych synów do krewnych, do Szczurowic oraz Łopatynia w powiecie radziechowskim. „Chłopcami zaopiekowała się ich ciotka nazwiskiem Hałuszczyńska. Rodzice chcąc jak najszybciej dołączyć do kolumny uciekinierów przedzierali się przez las, w którym napotkali oddział banderowców mordujących ich sąsiadów z kolonii oraz niemiecką ochronę taboru. Tych, którzy próbowali uciec i wydostać się z pułapki bandyci dożynali nożami lub dobijali siekierami. Tarscy zostali zauważeni przez upowców. Ojciec bliźniaków krzyknął w ostatniej chwili do żony, żeby uciekała i ratowała chłopców, po czym został zabity. Natomiast kobieta w trakcie ucieczki została postrzelona. Ranna przedostała się do Szczurowic, gdzie zajęła się nią jej siostra. Niestety po kilku dniach matka Adama i Bartka zmarła z powodu utraty krwi w szpitalu w Radziechowie. Przed śmiercią opowiedziała jednak swoim synom o napadzie na tabor i mordzie polskich kolonistów”.

Informacja o mordzie bezbronnych polskich cywilów wyszła na jaw dopiero w 1957 r., kiedy to Zygmunt Kosowski został oddelegowany do służby w kontrwywiadzie i prowadził szkolenia w Kamienniku koło Nysy.

W grudniu 1943 r. banderowcy zamordowali w Rosochowaćcu dwie stryjenki Zygmunta, Bronisławę i Eugenię Kossowskie. „Stryjowie zapoznali je w trakcie służby wojskowej we Lwowie jako młode pielęgniarki w klinice położniczej. Potem obie osiedliły się na terenach Rosochowaćca i pracowały jako akuszerki. Ukraińcy podstępnie wezwali Bronkę do porodu. Niosła pomoc rodzącej kobiecie. Gdy upomniała się o zapłatę Ukrainiec powiedział: my ci inaczej zapłacimy i zabili ją. W tej sprawie zeznawali banderowcy złapani przez Sowietów. Następnie NKWD przekazało wiadomości rodzinie o popełnionej zbrodni.

Syn Bronki, Heniek służył z polecenia AK policji niemieckiej. Akowcy wiedzieli w ten sposób o wielu planowanych akcjach na polskie rodziny. Heniek dostarczał broń i amunicję.

W Podwołoczyskach Zygmunt też działał w samoobronie. Był najmłodszy. Miał kilku nieco starszych od siebie kolegów. Wśród nich byli m.in. Edward Wróblewski, u którego znajdowała się strażnica oraz kuzyni Marian i Zbigniew Wróblewscy mieszkający na końcu wsi. W wolnych chwilach przed zaplanowaną służbą organizowane były dla młodzieży zajęcia polityczno-wychowawcze, które prowadził oficer i komendant z Kaczanówki Jan Korman.

Pod koniec stycznia 1944 r. do Rosochowaćca przyjechał tabor Niemców uciekających przed frontem. Uchodźcy od wieków mieszkali na terenie Powołża i Doniecka. Ponieważ szosa przechodząca pomiędzy polami Kossowskich była obstawiona żołnierzami Wehrmachtu, tabory z kilkunastoma rodzinami musiały poruszać się bocznymi drogami. Wśród nich było bezdzietne małżeństwo Dawid i Tereska, którzy wraz z jej siostrą Eryką nocowali u Kossowskich. „Eryka była esesmanką i nosiła ze sobą dwie parabelki, którymi zastraszała innych. Podczas zakwaterowania zażądała od nas osobnego pokoju z ogrzewaniem. Ponieważ matka nie chciała jej słuchać (lub nie zrozumiała co mówi), Niemka tak się zdenerwowała, że wyciągnęła broń i wymierzyła w jej stronę. Po chwili wypaliła, ale trafiła w obraz Matki Boskiej na ścianie. Przerażeni domownicy zbiegli się w izbie, w której wywiązała się sprzeczka. Esesmanka uważała, że w naszym domu uprawiany jest sabotaż i poszła na skargę do komendanta taboru, którym był lekko utykający niemiecki porucznik”.

W tym samym czasie do wsi wjechali Węgrzy z wojskowym transportem sanitarnym. Na dachach wozów mieli wyraźnie namalowane czerwone krzyże. Komendantem taboru był chudy i wysoki major Laszlo Ferenc. „Madziar palił fajkę, która sięgała mu do piersi i nosił za pasem dwa mauzery. Gdy wszedł do mieszkania okazał się, że jest serdecznym przyjacielem ojca z czasów I wojny światowej”.

W trakcie powitania w pokoju zjawiła się esesmanka z pistoletem, a za nią niemiecki porucznik. „Major wytrącił jej z ręki pistolet, który złapał jego adiutant. Następnie powiedział do esesmanki – ty grozisz oficerowi. Komendant niemieckiego taboru wycofał się i stwierdził, że nie będzie się mieszał w rodzinne sprawy, a Madziar postraszył Niemkę sądem polowym”.

Na drugi dzień tabor z Niemcami odjechał, a Węgrzy zostali zakwaterowani w domach Ukraińców. Było ich ok. 150 osób wraz z rannymi. „W wozach trzymali specjalne naczynia, w których rozgrzewano kamienie do ogrzewania pomieszczeń dla chorych. Po kilku dniach tabor wyjechał w kierunku Stanisławowa, a stamtąd na Węgry. Ojciec na odjezdne dostał od przyjaciela skrzynkę z granatami F1, pistolet esesmanki i karabin ręczny z amunicją. Doradził majorowi, żeby jechali krótszą drogą na Zaleszczyki. Jednak za Trembowlą w okolicach Mogielnicy tabor został napadnięty przez ukraińską bandę, która wszystkich wymordowała. Ojciec bardzo płakał i miał wyrzuty sumienia, że doradził im tę trasę”.

13 lutego 1944 r. w Germakówce w powiecie borszczowskim została zamordowana przez nacjonalistów ukraińskich teściowa Zygmunta Kosowskiego, Bronisława Konopska z domu Derenowska. W tym dniu bandyci dokonali napadu na dom weselny u rodziny Szczerbów i wymordowali łącznie 28 osób. Natomiast 8 grudnia 1944 r. na terenie wsi Krzywcze Górne banderowcy zabili kuzyna Bronisławy, Władysława.

W okresie od lipca 1943 r. do stycznia 1945 r. w Germakówce szowinistyczne bojówki ukraińskie wymordowały ponad 100 osób narodowości polskiej. Rannych, okaleczonych i poparzonych podczas ataków na gospodarstwa zostało co najmniej 14 Polaków.

W sierpniu 1944 r. w Poczapach w powiecie złoczowskim został zamordowany Józef Kilarski, serdeczny przyjaciel i kolega z czasów legionowych Józefa Kossowskiego. Zabił go 22-letni syn Władysław na rozkaz miejscowego dowódcy UPA. „Oficer służył w baterii ojca i był dowódcą zwiadu. Jego żoną była Ukrainka, z którą miał czwórkę dzieci ochrzczonych w cerkwi prawosławnej. Ostatni raz ojciec widział Józefa Kilarskiego na zjeździe pułku w 1938 lub1939 r. Był bardzo przygnębiony i załamany tym, w jaki sposób traktują go żona i dzieci”.

W tym samym roku w Podwołoczyskach została zamordowana przez Ukraińca Myhala należącego do nacjonalistów z OUN-UPA rodzina Zarwańskich, która sąsiadowała z Kossowskimi. „Zabito małżeństwo oraz ich młodszego syna. Jedynie Bronek przeżył, gdyż w 1942 lub 1943 został wywieziony na roboty do Rzeszy”[14].

Na dom Kossowskich w Podwołoczyskach nacjonalistyczne bandy z OUN-UPA napadały trzy razy. Pierwszy raz jesienią 1944 r. „Banderowcy zaatakowali nas nocą. Rodzice wiedząc o napadach na inne polskie gospodarstwa postanowili częściowo zamurować okna w domu. Uciekliśmy na poddasze chowając drabinę prowadzącą na górę, żeby nikt nie mógł wejść. Kiedy banderowcy wjechali na koniach na ogródek, to ojciec zaczął rzucać granaty przez okienko w dachu, które zostawił nam węgierski major. Zaskoczeni silną obroną nacjonaliści przestali dobijać się do drzwi i zaczęli strzelać w poddasze domu. Kule z wielkim hukiem odbijały się od blaszanego dachu. Dla bezpieczeństwa położyliśmy się na podłodze, aby pociski nas nie trafiły. Banderowcy nie palili naszego gospodarstwa, bo stajnia, wozownia, stodoła i dom były murowane i pokryte blachą. Podczas prowadzonego ostrzału upowcy stracili konia, którego ojciec zaciągnął do sadu, żeby się psy mogły żywić ścierwem. Nacjonaliści ukraińscy mieli także pewne zasady, nigdy nie zostawiali swoich rannych i zabitych, żeby uniknąć rozpoznania. Nad ranem przyjechali Rosjanie, którzy obejrzeli miejsce strzelaniny i zebrali zeznania świadków. Rodzice obawiali się, czy nie będzie następnych napadów, więc matka odwiozła mnie do Lwowa do krewnych, którzy mieli kilka mieszkań w kamienicy przy ul. Kadetów”.

Jesienią 1944 r. przebywając we Lwowie Zygmunt poznał druha Jerzego Michotka[15] w stopniu „harcerza orlego”, który namówił go do wstąpienia do harcerstwa. Jednak komendant chorągwi (był legionistą w stopniu majora i z zawodu prawnikiem) dał mu do zrozumienia, że powinien w obecnej sytuacji być w domu i zabezpieczać rodzinę przed banderowcami. Postanowił więc pojechać do Podwołoczysk. W dniu jego przyjazdu do domu wrócił także z wojska brat Jan, który był oddelegowany do oddziałów samoobrony pilnujących bezpieczeństwa rodzin walczących żołnierzy.

Drugi raz atak nastąpił w styczniu 1945 r. kiedy to grupa banderowców zaatakowała gospodarstwo Kosowskich od strony pól. Rodzinę uratowały dziesiątki psów, które w tym czasie żywiły się padliną końską w sadzie. Obstąpiły bandę na koniach i saniach, która w obawie, że zostanie zauważona, wycofała się.

Trzeci raz nacjonaliści zaatakowali ich podczas żniw w 1945 r. „W tym okresie codziennie jakaś rodzina nie wracała z pola. Banderowcy ukrywali się w łanach i stogach atakując bezbronną ludność. Pewnego dnia dzieci sąsiadów z Kamionek przybiegły do naszego domu. Starsza dziewczynka miała 13 lat, a jej rodzeństwo było o 2-3 lata młodsze. Martwiły się, bo ich rodzice nie wrócili z pola. Moi rodzice zabrali je do domu na nocleg. Rano, gdy pojechaliśmy razem na pole sprawdzić, co się stało, zobaczyliśmy, że ich matka leżała na ziemi zmasakrowana. Była pokłuta i pocięta, natomiast jej męża nie znaleziono”.

Dla bezpieczeństwa Kosowscy na pole zabierali ze sobą karabiny, które nosili brat i ojciec. Zanim zaczęto prace polowe rodzina objeżdżała łany dookoła i sprawdzała, czy nikt z banderowców się nie czai. Zadanie było utrudnione ze względu na brak parobków, którzy uciekali do band lub byli werbowani do wojska. „Pewnego razu, kiedy ojciec kosił zboże nakazał mi pilnowania żniwiarzy. Usiadłem na dzikiej gruszy na przeciwległym wzgórzu z karabinem na ramieniu i lornetką. Obserwowałem, czy jakieś podejrzane osoby nie kręcą się koło naszego pola. Nagle ktoś w moją stronę oddał kilka strzałów. Spadłem z drzewa i pokaleczyłem się o gałęzie dzikiej gruszy. Zacząłem krzyczeć, że strzelają do mnie. Zrobiło się zamieszanie i ludzie z pól się zbiegli, a banderowcy w popłochu uciekli. Na polu były widoczne miejsca, gdzie upowcy się czołgali i czaili. Latem żniwiarze wracali z pól szybko, bo nocami napadały ukraińskie bandy”.

Banderowcy robili obławy na osoby, które chroniły polską ludność i jej pomagały. Taką osobą był m.in. ks. Józef Anczarski, który pracował jako wikariusz w parafii w Skałacie i był duszpasterzem w Podwołoczyskach. W listopadzie 1944 r., gdy nocował w Rosochowaćcu w domu swojego kuzyna zaatakowali ich banderowcy, którzy dobijali się do drzwi. Jeden z nich strzelił w kierunku drzwi, za którymi stał Wojciech Pastuch. Zginął na miejscu. Miał 75 lat. Księdza nie pojmano, gdyż banderowcy uciekli w popłochu przed ludźmi z samoobrony.

Od listopada 1945 r. zaczęto przesiedlać do Podwołoczysk Łemków mieszkających w Birczy w powiecie przemyskim. Ponieważ Kossowscy nie wyjechali z pierwszą grupą repatriantów, więc jedna z takich rodzin została dokwaterowana i zameldowana w ich domu. „Łemkowie byli bardzo niezadowoleni z faktu, że muszą razem z nami mieszkać. My natomiast musieliśmy być bardzo ostrożni, gdyż wiedzieliśmy, że współpracują z nimi nacjonaliści z OUN-UPA”. Początkowo Ukraińcy traktowali Łemków nieufnie, gdyż umieli bardzo dobrze rozmawiać po polsku. Jednak po kilku tygodniach, gdy okazało się, że chętnie współpracują z nacjonalistami Rosjanie wywieźli na Syberię dwie rodziny. Jeden z młodocianych Łemków, którego rodzina opowiadała wszystkim, że pojechał na roboty do Rzeszy, wstąpił do 14 Dywizji SS-Galizien („Hałyczyna”), a po wojnie wyjechał do Australii.

W miasteczku była zorganizowana samoobrona, która chroniła bezbronną ludność przed napadami nacjonalistycznych band ukraińskich. Początkowo strażnicę zorganizowano w oborze Kossowskich, jednak po dokwaterowaniu Łemków w ich domu podwołoczanie musieli przenieść kryjówkę w inne miejsce ze względów bezpieczeństwa. Nowy punkt strażnicy zorganizowano w domu Leona Wróblewskiego. „Pod koniec lutego 1946 r. banderowcy zorganizowali w naszej miejscowości obławę na ks. Józefa Anczarskiego. W tym pełniłem wartę. Około godziny 2.00 wyszedłem na patrol. Byłem wyposażony w pistolet maszynowy, gruby kij oraz sztylety zrobione z dębowego drewna tzw. drzazgi. Na ubranie założyłem białą maskownicę, która chroniła mnie przed rozpoznaniem. Do pomocy zabrałem ze sobą dwa psy. Szedłem w kierunku domu Miśków przechodząc po podwórkach pomiędzy budynkami. Było to możliwe dzięki temu, że przy domach nie było płotów, bo drewniane sztachety polskie rodziny używały do palenia w piecu. Gdy doszedłem do zagrody usłyszałem podejrzany hałas. Zauważyłem, że przed drzwiami wejściowymi domu stoi grupa ludzi domagająca się wpuszczenia do domu. Krzyczeli po ukraińsku, żeby wydać im duchownego. Grozili rodzinie Miśków, że jeżeli nie otworzą drzwi, to spalą cały dom i zabudowania gospodarcze. Stojąc za rogiem budynku zauważyłem, że bardzo blisko mnie pod ścianą kuca ktoś i trzyma się pnia drzewa. Obok niego leżał pistolet maszynowy MP 40. Był to zapewne Ukrainiec stojący na czatach i zabezpieczający grupę dobijającą się do drzwi. Ponieważ miałem na nogach walonki, które nazywaliśmy cichołazami, podszedłem do niego i uderzyłem w głowę drewnianym kijem. Chwyciłem jego broń i oddałem serię do stojącej przed domem grupy Ukraińców. Strzelałem po nogach, aby nie trafić pociskami w pobliski dom, gdzie mieszkali Polacy. Po wystrzeleniu całej amunicji, rzuciłem obok leżącego pistolet i uciekłem na strażnicę, gdzie czekali już obudzeni wystrzałami ludzie z samoobrony. Początkowo nie przyznawałem się, że to ja strzelałem. Dla bezpieczeństwa nas wszystkich utrzymywałem tę informację w tajemnicy. Dopiero po kilku dniach przyznałem się ojcu i bratu.

Na drugi dzień, po przyjeździe wojska, milicji i NKWD na miejsce strzelaniny zobaczyliśmy pod domem ślady krwi i banderowców ciągniętych po śniegu (prawdopodobnie zranionych moją serią), a także sań. Natomiast pod drzewem leżał Ukrainiec z przestrzeloną z lewej strony klatką piersiową. Domyślaliśmy się, że to prawdopodobnie Ukraińcy go zabili, bo myśleli, że do nich strzelał. Wskazywał na to jego pusty magazynek pistoletu maszynowego. Moja samotna akcja prawdopodobnie uratowała życie rodzinie Miśków i ks. Józefowi Anczarskiemu, który u nich nocował”.

Bandyckie napady szowinistycznie nastawionej do Polaków ludności ukraińskiej zmusiły wiele rodzin do wyjazdu na zachód. Pierwszy duży transport repatriantów, którzy czuli się zagrożeni wyjechał z Podwołoczysk w listopadzie 1945 r. Natomiast Kossowscy wyjechali 1 maja 1946 r. z powodu trudności z załatwieniu dwóch wagonów potrzebnych do transportu bydła i sprzętu.

Zabrali ze sobą duży inwentarz, w skład którego wchodziło kilka par koni, krowy, świnie, kury, gęsi, kaczki, indyki. „Dużo nas to kosztowało, ale rodziców było na to stać. Wynajmowaliśmy ubogich i samotnych Polaków, na których ojciec z matką przepisywali część mienia (tzw. „martwe dusze”). Podczas pakowania pomagali nam ukraińscy sąsiedzi. Sprzęt i rzeczy zabrane z domu układaliśmy na podstawione furmanki. Później okazało się, że jedna z nich, w której były ubrania, cenne pamiątkami, zdjęcia, dokumenty i rzeczy osobiste nie dotarła na stację. Ukraińcy prawdopodobnie ją nam ukradli”.

Z Podwołoczysk Kossowscy jechali prawie trzy tygodnie w kierunku Stargardu Szczecińskiego. „Na przystankach rodzice wychodzili z wagonów i ścinali zieleninę do karmienia bydła. Wodę dźwigali wiadrami ze studni kolejowych dla parowozów. Po dotarciu do Dolic okazało się, że stacjonuje tam duża grupa  Rosjan, więc postanowiliśmy jechać dalej. Nasi sąsiedzi w okolicznych wiosek osiedlili się w Wołowie, Mrozowie i Miękini oraz Środzie Śląskiej. Dzięki pomocy PUR dostaliśmy dwa wagony i dojechaliśmy do Bolesławca, gdzie mieszkała już ciotka Józefa Grabowska z Maksymówki. Natomiast mój brat Jan wstąpił do milicji w obawie przed zemstą nacjonalistów ukraińskich, którzy grozili mu, że złapią go nawet na terytorium Polski.

Z Bolesławca pojechaliśmy przez Żeliszów do Lwówka Śląskiego, gdzie zamieszkaliśmy na końcu ul. Chrobrego (tam zaczynała się wieś Rakowice Wielkie). W tym czasie w naszym nazwisku została skreślona jedna literka „s” (zamiast Kossowscy nazwisko brzmiało Kosowscy), bo władze źle na to patrzyły i doszukiwały się niemieckiego pochodzenia”.

W Lwówku Śląskim Zygmunt chodził do liceum. Jako instruktor prowadził z entuzjazmem drużynę harcerską. Zdobywał z nią kolejne stopnie harcerskie biorąc udział w kursach i egzaminach z wiedzy praktycznej i teoretycznej (m.in. uzyskał dyplom pielęgniarza, odbywał staż w tartaku, pracował w ogrodnictwie) osiągając najwyższy stopień młodzieżowy – harcerza Rzeczypospolitej. Niestety ze względów politycznych drużyny były likwidowane i wcielane w struktury Związku Młodzieży Polskiej. Nie chcąc się poddać temu procesowi przysporzył sobie wielu kłopotów, (m.in w latach 1949-1950 w klasie maturalnej miał ogromne problemy z ukończeniem szkoły). Koledzy, którzy zrywali z mundurów krzyże harcerskie i przypinali sobie znaczki ZMP traktowali go jak największego wroga. Uważali, że jest reakcjonistą. Jego znajomy Leszek Żuchowski był forowany przez organizację do tego stopnia, że dostał się bez problemu na Politechnikę we Wrocławiu. Po jakimś czasie został profesorem i objął katedrę mechaniki, która stała się najlepiej wyposażonym wydziałem na całej uczelni.

W Lwówku Śląskim było gospodarstwo milicyjne, które z przydziału otrzymał brat Zygmunta, Janek. Jego administratorem został mianowany ojciec Józefa Oleksego. W przejętym majątku pracowali Niemcy, którzy dostarczali mleko i masło do konsumów. Milicjanci po zaniżonych cenach mogli kupować tam produkty żywnościowe. Po przeprowadzonej akcji weryfikacji narodowościowej i wysiedleniu Niemców, stary Oleksy zaproponował Józefowi Kosowskiemu przejęcie gospodarstwa, co ten uczynił. „Ojciec pracował na nim, aż do 1950 r., czyli do momentu utworzenia przez miejscowych komunistów kołchozu. Był bardzo załamany, bo dobrze sobie na nim radził. Po wyjeździe rodziny Oleksego do Nowego Sącza ojciec w 1966 r. sprzedał ostatecznie część gospodarstwa, które zostało później doprowadzone do zupełnej ruiny”.

W 1951 r. pod Zgorzelcem Zygmunt Kosowski poznał swoją przyszłą małżonkę Danutę z domu Derenowską. Ślub wzięli we wrześniu 1958 roku. Jej ojciec był oficerem żandarmerii polowej i podczas wojny dostał się do niewoli niemieckiej. Przetrzymywano go w jednym z wielu oflagów. Wrócił na Ziemie Odzyskane dopiero po zakończeniu wojny.

W 1953 roku Zygmunt dostał się na Wojskową Akademię Techniczna w Łodzi, ale władze doszukały się w jego podaniu nieścisłości. Dodatkowo przysporzył rodzinie wiele kłopotów ocalony podczas wojny Żyd Salo Twiaschor, który nie zdając sobie sprawy z tego pisał listy z podziękowaniami za uratowanie życia. Wielokrotnie w nich używał stwierdzenia „nie żałujcie tego majątku”, co zostało potraktowane przez komisję rekrutacyjną za dowód kłamstwa, jakiego się Zygmunt dopuścił podczas zapisów na studia. Został potraktowany jak syn majętnego obszarnika i wyrzucony ze studiów.

Ukrywany przez Kossowskich Salo Twiaschor ożenił się drugi raz z kobietą nazwiskiem Wallach. W 1947 r. wyjechał wraz z nią oraz pasierbem do Palestyny.

W sprawie utajnienia w życiorysie swojego pochodzenia oraz przynależności ojca do Legionów Polskich przesłuchiwała go prokuratura wojskowa w Łodzi. „Pytali mnie dlaczego nie napisałem prawdy, z kim współpracowałem. Wśród przesłuchujących był młodych kursant uczący się na prokuratora, przyrodni brat Adama Michnika – Stefan”. Za zatajenie swojego pochodzenia Zygmunt stanął przed sądem i w pierwszym werdykcie został skierowany do jednostki o zaostrzonym regulaminie wewnętrznym (obóz karny) w Ełku, a następnie w latach 1954-1957 do jednostki w Krośnie Odrzańskim. Tam przesłuchiwał go m.in. oficer informacyjny major Marian Cimoszewicz – ojciec Włodzimierza Cimoszewicza.

Po dojściu do władzy Władysława Gomułki jednostkę karną, w której służył Zygmunt Kosowski rozwiązano, a jego skierowano na Kurs Dokształcania Oficerów ze specjalnością artyleryjską w Krośnie Odrzańskim, na którym awansowano go na stopień porucznika.

W 1957 r. Zygmunt Kosowski trafił do jednostki wojskowej na Dolnym Śląsku związanej z wywiadem i kontrwywiadem. Prowadząc zajęcia poznał dwóch braci służących w stopniu kapitana, którzy opowiedzieli mu swoją historię. Byli to dwaj bracia Tarscy, którzy jesienią 1943 r. ukrywali się u swojej ciotki w Szczurowicach. Po śmierci rodziców przybrali nazwisko Hałuszczyńscy i po wojnie osiedlili się w Kamienniku niedaleko Nysy. Następnie po ukończeniu szkoły średniej dostali się do szkoły oficerskiej. Tam dowiedzieli się, że w kompanii starszego rocznika służbę pełni dwóch braci bliźniaków, Adam i Bartek Tarscy. Byli to synowie Ukraińców, którzy zamordowali ich rodziców oraz sąsiadów z włodzimierskiej kolonii i okradli zabitych z cennych rzeczy oraz dokumentów. Pod przybranym nazwiskiem przedostali się po wojnie na teren Dolnego Śląska i prowadzili zadania dywersyjne w jednostkach wojska polskiego. Takich spraw wywiad i kontrwywiad polski miał po wojnie bardzo dużo, a liczba ukrywających się na Ziemiach Odzyskanych lub uciekających na zachód nacjonalistów ukraińskich z banderowskich sotni była duża.

Sprawa braci Tarskich została przedstawiona dowództwu i utrzymywana w ścisłej tajemnicy. Po pewnym czasie obaj bracia dostali anonimowe listy od podszywających się pod ich nazwiskiem Ukraińców, żeby stawili się na spotkanie. Adam poszedł jako pierwszy w umówione miejsce i spotkał człowieka przebranego w wojskowy mundur z kominiarką na głowie. Nieznajomy zapytał go o to, czy zna swoje prawdziwe nazwisko. W obawie o życie utrzymywał, że nazywa się Hałuszczyński. Po chwili do rozmawiających podszedł drugi z ukrywających się Ukraińców i postawił Adamowi warunek, że jeżeli będzie z nimi współpracował, to przeżyje, a jeżeli nie, to zginie. W tym momencie trzej rozmówcy zostali otoczeni i obezwładnieni przez specjalny oddział wojskowy, który zastawił pułapkę na fałszywych braci Tarskich. Po doprowadzeniu ich do aresztu i przesłuchaniu zamknięto w więzieniu. Adamowi i Bartkowi Tarskim po kilku latach umożliwiono powrót do swojego prawdziwego nazwiska.

Po przejściu do rezerwy Zygmunt Kosowski ukończył ostatni rok szkoły felczerskiej, a następnie Akademię Medyczną we Wrocławiu. Będąc już lekarzem w stopniu porucznika brał udział w manewrach na zielonogórskim poligonie w Wędrzynie, które obserwował Minister Obrony Narodowej gen. Wojciech Jaruzelski. Tak spodobał mu się sposób przeprowadzenia manewrów, że awansował Zygmunta do stopnia kapitana.

Kolejny awans z kapitana na majora otrzymał za opracowanie innowacji dotyczących szkolenia wojsk i kadry, które zostały zaakceptowane przez sztab. Informacja o awansie otrzymał dopiero w Bieczu.

Zygmunt Kosowski pracował jako lekarz w Lubaniu Śląskim, Bieczu koło Gorlic i Jasła, gdzie zastał go stan wojenny. „Z Jasła zabrała mnie żandarmeria wojskowa do sztabu Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego przy Komitecie Wojewódzkim PZPR w Krośnie po trzydobowym dyżurze. Miałem się zgodzić zostać komendantem obozu internowanych w Łupkowie. Prezes Rady Ministrów Henryk Jabłoński podpisał nawet nominację in blanco, że po wykonaniu zadania zostanę awansowany z majora na pułkownika, bo w stanie wojennym lata służby liczą się potrójnie. Nie zgodziłem się jednak, za co byłem straszony degradacją”.

Po zakończeniu stanu wojennego Zygmunt pracował także w Białowieży koło Hajnówki, w Walimiu koło Wałbrzycha i w Pilszczu. Jego specjalnością były choroby zakaźne oraz ogólne. Jesienią 1999 r. przeszedł na emeryturę i przeniósł się do Głubczyc. Zamieszkał wraz z małżonką Danutą na Osiedlu Konstytucji 3 Maja. Ich syn Aleksander poszedł w ślady ojca. Jest internistą kardiologiem, z którego rodzice są bardzo dumni.

W 2007 r. Zygmunt brał udział w wycieczce na Kresy i odwiedził rodzinną miejscowość. „Wziąłem taksówkę z Tarnopola do Podwołoczysk, ale jak poprosiłem obecnych właścicieli mojego rodzinnego domu, czy mógłbym wejść i go zobaczyć, to odmówiono mi, bo myśleli, że jestem z jakiejś sekty. Dopiero po rozdaniu kilku prezentów zaczęto ze mną rozmawiać, ale i tak nie wpuszczono do środka”.

Często wspomina swoich rodziców (obydwoje zmarli w Bolesławcu, ojciec w 1979 r., a matka w 1985 r.), którzy nauczyli go ciężkiej pracy, szacunku dla innych i przekazali wartości patriotyczne.

Obecnie Zygmunt Kosowski bierze udział w licznie organizowanych spotkaniach kresowych oraz uroczystościach upamiętniających śmierć Polaków na Kresach II RP.

Podczas obchodów mordów w Hucie Pieniackiej zorganizowanych w 2008 r. w Babicach w powiecie głubczyckim recytował swoje piękne wiersze o tematyce kresowej. Spotkał się ze Szczepanem Siekierką, prezesem Stowarzyszenia Upamiętnienia Ofiar Zbrodni Ukraińskich Nacjonalistów, z którym rozmawiał o ludobójstwie na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.

W 2010 r. na jednym ze spotkań Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo - Wschodnich został uhonorowany dyplomem za walkę w samoobronie.

15 września 2013 r. podczas obchodów IV Dni Kultury Kresowej w Bogdanowicach został odznaczony Krzyżem Kresowym, który wręczył mu prezes Edward Bień ze Stowarzyszenia Kresowian z Dzierżoniowa oraz Witold Listowski prezes Stowarzyszenia Kresowego z Kędzierzyna - Koźla.

Pan doktor Zygmunt Kosowski będąc na emeryturze potrafi z niezwykłą łatwością i elegancją opowiadać o kulturze i pięknie Podola. Swoje wspomnienia przeplata wierszami, które wzruszają i oddają atmosferę jego ukochanej krainy z lat dzieciństwa. Cieszy się dobrym zdrowiem i chętnie opowiada młodszym o Polsce, za którą przelewali krew jego przodkowie.

1) Pisownia nazwiska Kossowski została zamieniona po zakończeniu II wojny światowej na Kosowski. Wyjaśnienie znajduje się na końcu artykułu.

2) Zygmunt Kosowski zastanawiał się często nad powiązaniami rodzinnymi pomiędzy Małachowskim, który kupił majątek Zajączkowskich a Aleksandrem Małachowskim Marszałkiem Sejmu. Mogli to być krewni, gdyż Aleksander urodził się we Lwowie. Jako dziecko jeździł do krewnych na Podolu do miejscowości Medyń w powiecie zbaraskim. Natomiast nabywca majątku Zajączkowskich pochodził spod Zbaraża, a następnie przeniósł się na tereny północno-wschodniej Polski w okolice Toków, Skoryny i Koszlaków. Brak jest jednak dowodów na ich powiązanie.

3) W latach 1918-1919 pandemia pochłonęła do 50 do 100 mln osób na całym świecie.

4) Największym wrogiem sprawy polskiej w Paryżu okazał się premier brytyjski David Lloyd George. Uległ namowom licznych środowisk politycznych na Ukrainie, które obarczały winą Polaków za mordowanie Żydów na Podolu i Pokuciu. Ukraińcy przeprowadzali liczne aresztowania miejscowych Polaków pod zarzutem organizowanego spisku. 5 marca 1919 r. zdemoralizowane oddziały siczowców przypuściły szturm na żydowskie sklepy w Złoczowie. Dowództwo garnizonu znalazło winnych wśród Polaków, których „podszepty” miały spowodować falę rabunków. Według polityków nagie Żydówki miały być przepędzane przez żołnierzy polskich z garnizonu do garnizonu. Oficjalny komunikat głosił: „Wielka część złoczowskiego garnizonu, podburzona przez naszych narodowych wrogów, Polaków, samowolnie wyszła na miasto i dopuściła się tutaj rabunków na ludności żydowskiej”. Wkrótce zdecydowano się zaostrzyć terror. Komendant garnizonu, ataman Łyśniak zapowiedział, że za zranienie 1 żołnierza ukraińskiego będzie rozstrzelanych 5 Polaków bez względu na wiek i płeć, a za zabójstwo 1 żołnierza – 10 Polaków. W wypadku zamieszek cała polska populacja zostanie zdziesiątkowana”.

5) Kornel Makuszyński urodził się w 1884 r. w Stryju. Młodość spędził we Lwowie, gdzie kształcił się w gimnazjum i studiował na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza na Wydziale Filozoficznym. Przed I wojną światową pracował jako kierownik literacki Teatru Miejskiego we Lwowie. Podczas wojny Makuszyński został wywieziony w głąb Rosji. Zwolniony z zesłania za poręką przyjaciół powrócił do Lwowa. Do roku 1918 Makuszyński mieszkał w Kijowie i pracował jako kierownik literacki Teatru Polskiego Stanisławy Wysockiej oraz pełnił funkcję prezesa miejscowego Towarzystwa Literatów i Dziennikarzy. W 1918 r. Makuszyński osiadł w Warszawie. Pisywał humoreski i felietony, najpopularniejsze stały się  jednak jego utwory dla dzieci i młodzieży. Napisał m.in. „O dwóch takich, co ukradli księżyc” (1928), „Przyjaciel wesołego diabła” (1930), „Panna z mokrą głową” (1933), „120 przygód Koziołka Matołka” (1933), „Awantura o Basię” (1937), „Szatan z siódmej klasy” (1937). Okupację niemiecką i Powstanie Warszawskie Makuszyński przeżył w stolicy. Po przebyciu obozu w Pruszkowie został wywieziony do Opoczna, skąd przedostał się do Zakopanego, gdzie mieszkał od 1945 r. Zmarł 31 lipca 1953 r. Pochowany został w Zakopanem, gdzie znajduje się też jego muzeum.

6) Po wojnie polsko-bolszewickiej na wschodnich terenach II RP miały miejsce liczne bandyckie napady ze strony Białorusinów i Ukraińców. Narastającą falę przestępczości granicznej nie powstrzymało przejęcie ochrony granic przez Policję Państwową. W 1924 w strefie granicy polsko-sowieckiej miało miejsce ponad 200 większych napadów i aktów dywersji, w których wzięło udział ok. 1000 bandytów. W atakach zginęły co najmniej 54 osoby. Dopiero w 1924 r. po stworzeniu Korpus Ochrony Pogranicza nastąpiło złagodzenie fali przemocy.

7) Zbigniew Cybulski urodził się w Kniaże koło Śniatyna. Uczęszczał do gimnazjum w Dzierżoniowie, maturę zdał w wieku 20 lat. W 1953 r. ukończył krakowską PWST. Po zakończeniu edukacji wyjechał z grupą przyjaciół na Wybrzeże. Tam wraz z Bogumiłem Kobielą założył gdański teatrzyk studencki Bim-Bom. Związany był także z Teatrem Wybrzeże. Był inicjatorem Teatru Rozmów w Sopocie. W Warszawie współpracował z Kabaretem Wagabunda i Teatrem Ateneum. W 1954 r. zadebiutował na dużym ekranie. Zagrał wówczas w „Pokoleniu” Andrzeja Wajdy. Sławę przyniosła mu jednak rola Maćka Chełmickiego w „Popiele i diamencie” (1958). Cybulski miał na swoim koncie wiele kreacji filmowych, zagrał m.in. w „Niewinnych czarodziejach” (1960), „Miłości dwudziestolatków” (1962), „Rękopisie znalezionym w Saragossie” (1964), „Morderca zostawia ślad” (1967). Zginął tragicznie na wrocławskim dworcu, gdy próbował wskoczyć do warszawskiego ekspresu.

8) Kazimiera Zawistowska z domu Jasińska, pseudonim Ira, urodziła się w 1870 r. w Rasztwocach na Podolu. Była córką ziemianina dr. Henryka Jasieńskiego, uczestnika powstania styczniowego, więźnia Kufsteinu, a później publicysty „Dziennika Lwowskiego” i „Gazety Narodowej”. Po odebraniu gruntownego domowego wykształcenia podróżowała m.in. do Szwajcarii i Włoch. Po powrocie wyszła za mąż za ziemianina Stanisława Jastrzębca-Zawistowskiego i zamieszkała z nim w Supranówce w powiecie skałackim. Publikowała w literackich czasopismach krakowskich i warszawskich („Życie”, „Krytyka” i „Chimera”), erotyki i pejzażowe wiersze z życia wsi podolskiej. Wydała m.in. tomik „Poezje”, sonet „Lato”, „Mniszki” i „Zmierzch”. W 1902 r. popełniła samobójstwo w Krakowie.

9) Stefan Rowecki Paweł, pseudonimy Grot, Grabica, Rakoń, Kalina (1895-1944), generał dywizji Wojska Polskiego, w latach 1940-1943 komendant główny ZWZ-AK. Przed I wojną światową członek konspiracyjnego harcerstwa. Od 1913 należał do Polskich Drużyn Strzeleckich. W czasie I wojny światowej oficer i dowódca 5 pułku piechoty I Brygady Legionów Polskich. Po kryzysie przysięgowym internowany w Beniaminowie. 1919-1920 walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, m.in. jako szef Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej generała E. Rydza-Śmigłego. 1930-1935 dowódca 55 pułku piechoty w Lesznie. 1935-1938 dowódca brygady Korpusu Ochrony Pogranicza Podole w Czortkowie. 1938-1939 dowódca piechoty dywizyjnej w 2 dywizji piechoty Legionów w Kielcach. W czerwcu 1939 otrzymał polecenie zorganizowania Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej, którą dowodził we wrześniu 1939. W październiku 1939 mianowany zastępcą komendanta głównego i szefem sztabu Służby Zwycięstwu Polski. Od czerwca 1940 mianowany komendantem głównym ZWZ. 1940 wystąpił do generała W. Sikorskiego z propozycją powołania Delegata Rządu RP na Kraj. Doprowadził do scalenia większości wojskowych organizacji konspiracyjnych. W lipcu 1942 otrzymał zgodę na prowadzenie ograniczonej walki zbrojnej. Zdekonspirowany i aresztowany przez Niemców 30 VI 1943. Przewieziony do centrali gestapo w Berlinie, później prawdopodobnie umieszczony w Sachsenhausen, gdzie został zamordowany z rozkazu H. Himmlera w sierpniu 1944.

10) Bryczka była robiona w zakładzie hrabiego Baworskiego.

11) Ks. Tadeusz Fedorowicz urodził się w 1907 r. w Klebanówce. Był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a następnie został kadetem Szkoły Podchorążych Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Święcenia kapłańskie przyjął w 1936 r. W 1940 r. wraz z innymi Polakami został wywieziony za zgodą abp Bolesława Twardowskiego do obozu pracy w Republice Maryjskiej, a następnie do Kazachstanu. W 1943 r. został aresztowany i spędził cztery miesiące w więzieniu w Semipałatyńsku. Od kwietnia do listopada 1944 r. był kapelanem IV Dywizji I Armii Polskiej w ZSRR. Pod koniec 1944 r. został zwolniony z wojska z powodów politycznych, pracował jako duszpasterz najpierw w Zakładzie dla Ociemniałych w Żułowie na Lubelszczyźnie, a od 1947 r. w Laskach, gdzie przebywał aż do śmierci. Pełnił funkcję ojca duchownego najpierw w seminarium lwowskim, później w klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej oraz seminarium warszawskim.

12) Zygmunt Kosowski zapamiętał wnętrze domu Fedorowicza, gdyż w okresie okupacji sowieckiej w jego domu zorganizowano gabinet dentystyczny, do którego chodził wraz z matką.

13) Jacek Fedorowicz urodził się w Gdyni w 1937 r. Jako dziecko przebywał bardzo często u swojego wuja w Kamionce koło Rosochowaćca. Ukończył Wydział Malarstwa w gdańskiej PWSSP. Był jednym z założycieli (m.in ze Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą) gdańskiego, studenckiego teatru Bim-Bom. W 1960 zadebiutował w filmie „Do widzenia, do jutra”. Był współtwórcą cyklicznych programów rozrywkowych w Telewizji Polskiej: „Poznajmy się”, „Runda”, „Małżeństwo doskonałe”, „Kariera” oraz w latach 1974-1981 współautor audycji radiowej „60 minut na godzinę”. Zagrał w takich filmach jak: „Sufferrosa”, „Orkiestra niewidzialnych instrumentów”, „Nie ma róży bez ognia”, „Motodrama”, „Milion za Laurę”, „Abel, twój brat”, „Polowanie na muchy”, „Jowita”, „Kochajmy syrenki”, „Lekarstwo na miłość”, „Ściana czarownic”, „Piekło i niebo”, „Zawsze w niedzielę”, „Święta wojna”, „Walkower”, „Do widzenia, do jutra...” oraz serialach „Alternatywy 4” oraz „Wojna domowa”. Laureat nagrody „Złotego Ekranu”, „Złotego Mikrofonu”, „Solidarności”, „Wiktora”, statuetki „Gwiazdy Telewizji Polskiej”.

14) Sprawa Zarwańskich wyszła na jaw po latach, gdy Zygmunt pracował jako felczer w Leśnej pod Lubaniem. „Na oddziale poznałem zupełnie przypadkiem syna Myhala, który był także felczerem i pochodził z Podwołoczysk. W trakcie krótkiej rozmowy, zacząłem wymieniać moich sąsiadów, aż do momentu kiedy padło nazwisko Zarwańskich. Powiedziałem mu, że znałem ich bardzo dobrze, bo między nami jest nawet dalekie pokrewieństwo. Myhal zmieszał się i zapytał, czy wiem kto ich zabił, na co odparłem – my wiemy. Po dwóch dniach słuch po ukraińskim felczerze zaginął. Wyjechał wraz z inną ukraińską felczerką nazwiskiem Hulak, która pochodziła również z okolic Podwołoczysk. Była ponoć wredną kobietą, której nikt nie lubił”.

15) Jerzy Michotek po latach stał się popularnym aktorem i piosenkarzem. Pomimo tego, że urodził się w 1921 r. w Częstochowie, swoje życie związał ze Lwowem. Jego ojciec Feliks był właścicielem cukierni mieszczącej się w starej kamienicy nr 24 w Rynku. Uczęszczał do elitarnego VIII Gimnazjum i Liceum im. Kazimierza Wielkiego we Lwowie. Okres II wojny światowej spędził w sowieckich łagrach. Po wojnie osiedlił się we Wrocławiu. W 1950 r. ukończył wydział humanistyczny Uniwersytetu Wrocławskiego ze specjalnością historyk literatury polskiej. W latach pięćdziesiątych złożył eksternistyczny egzamin aktorski w Warszawie. Po latach został popularnym aktorem, grającym najczęściej rolę lwowiaka np. w filmie „Dom” Jana Łomnickiego kulawego Tolka grającego na harmonii, w filmie „CK Dezerterzy” Janusza Majewskiego kucharza w koszarach, w „Polskich drogach’ Janusza Morgensterna Adaśka rikszarza Leona Kurasia.

 

[6] Po wojnie polsko-bolszewickiej na wschodnich terenach II RP miały miejsce liczne bandyckie napady ze strony Białorusinów i Ukraińców. Narastającą falę przestępczości granicznej nie powstrzymało przejęcie ochrony granic przez Policję Państwową. W 1924 w strefie granicy polsko-sowieckiej miało miejsce ponad 200 większych napadów i aktów dywersji, w których wzięło udział ok. 1000 bandytów. W atakach zginęły co najmniej 54 osoby. Dopiero w 1924 r. po stworzeniu Korpus Ochrony Pogranicza nastąpiło złagodzenie fali przemocy.

[7] Zbigniew Cybulski urodził się w Kniaże koło Śniatyna. Uczęszczał do gimnazjum w Dzierżoniowie, maturę zdał w wieku 20 lat. W 1953 r. ukończył krakowską PWST. Po zakończeniu edukacji wyjechał z grupą przyjaciół na Wybrzeże. Tam wraz z Bogumiłem Kobielą założył gdański teatrzyk studencki Bim-Bom. Związany był także z Teatrem Wybrzeże. Był inicjatorem Teatru Rozmów w Sopocie. W Warszawie współpracował z Kabaretem Wagabunda i Teatrem Ateneum. W 1954 r. zadebiutował na dużym ekranie. Zagrał wówczas w „Pokoleniu” Andrzeja Wajdy. Sławę przyniosła mu jednak rola Maćka Chełmickiego w „Popiele i diamencie” (1958). Cybulski miał na swoim koncie wiele kreacji filmowych, zagrał m.in. w „Niewinnych czarodziejach” (1960), „Miłości dwudziestolatków” (1962), „Rękopisie znalezionym w Saragossie” (1964), „Morderca zostawia ślad” (1967). Zginął tragicznie na wrocławskim dworcu, gdy próbował wskoczyć do warszawskiego ekspresu.

[8] Kazimiera Zawistowska z domu Jasińska, pseudonim Ira, urodziła się w 1870 r. w Rasztwocach na Podolu. Była córką ziemianina dr. Henryka Jasieńskiego, uczestnika powstania styczniowego, więźnia Kufsteinu, a później publicysty „Dziennika Lwowskiego” i „Gazety Narodowej”. Po odebraniu gruntownego domowego wykształcenia podróżowała m.in. do Szwajcarii i Włoch. Po powrocie wyszła za mąż za ziemianina Stanisława Jastrzębca-Zawistowskiego i zamieszkała z nim w Supranówce w powiecie skałackim. Publikowała w literackich czasopismach krakowskich i warszawskich („Życie”, „Krytyka” i „Chimera”), erotyki i pejzażowe wiersze z życia wsi podolskiej. Wydała m.in. tomik „Poezje”, sonet „Lato”, „Mniszki” i „Zmierzch”. W 1902 r. popełniła samobójstwo w Krakowie.

[9] Stefan Rowecki Paweł, pseudonimy Grot, Grabica, Rakoń, Kalina (1895-1944), generał dywizji Wojska Polskiego, w latach 1940-1943 komendant główny ZWZ-AK. Przed I wojną światową członek konspiracyjnego harcerstwa. Od 1913 należał do Polskich Drużyn Strzeleckich. W czasie I wojny światowej oficer i dowódca 5 pułku piechoty I Brygady Legionów Polskich. Po kryzysie przysięgowym internowany w Beniaminowie. 1919-1920 walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, m.in. jako szef Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej generała E. Rydza-Śmigłego. 1930-1935 dowódca 55 pułku piechoty w Lesznie. 1935-1938 dowódca brygady Korpusu Ochrony Pogranicza Podole w Czortkowie. 1938-1939 dowódca piechoty dywizyjnej w 2 dywizji piechoty Legionów w Kielcach. W czerwcu 1939 otrzymał polecenie zorganizowania Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej, którą dowodził we wrześniu 1939. W październiku 1939 mianowany zastępcą komendanta głównego i szefem sztabu Służby Zwycięstwu Polski. Od czerwca 1940 mianowany komendantem głównym ZWZ. 1940 wystąpił do generała W. Sikorskiego z propozycją powołania Delegata Rządu RP na Kraj. Doprowadził do scalenia większości wojskowych organizacji konspiracyjnych. W lipcu 1942 otrzymał zgodę na prowadzenie ograniczonej walki zbrojnej. Zdekonspirowany i aresztowany przez Niemców 30 VI 1943. Przewieziony do centrali gestapo w Berlinie, później prawdopodobnie umieszczony w Sachsenhausen, gdzie został zamordowany z rozkazu H. Himmlera w sierpniu 1944.

[10] Bryczka była robiona w zakładzie hrabiego Baworskiego.

[11] Ks. Tadeusz Fedorowicz urodził się w 1907 r. w Klebanówce. Był absolwentem prawa na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, a następnie został kadetem Szkoły Podchorążych Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Święcenia kapłańskie przyjął w 1936 r. W 1940 r. wraz z innymi Polakami został wywieziony za zgodą abp Bolesława Twardowskiego do obozu pracy w Republice Maryjskiej, a następnie do Kazachstanu. W 1943 r. został aresztowany i spędził cztery miesiące w więzieniu w Semipałatyńsku. Od kwietnia do listopada 1944 r. był kapelanem IV Dywizji I Armii Polskiej w ZSRR. Pod koniec 1944 r. został zwolniony z wojska z powodów politycznych, pracował jako duszpasterz najpierw w Zakładzie dla Ociemniałych w Żułowie na Lubelszczyźnie, a od 1947 r. w Laskach, gdzie przebywał aż do śmierci. Pełnił funkcję ojca duchownego najpierw w seminarium lwowskim, później w klasztorze bernardynów w Kalwarii Zebrzydowskiej oraz seminarium warszawskim.

[12] Zygmunt Kosowski zapamiętał wnętrze domu Fedorowicza, gdyż w okresie okupacji sowieckiej w jego domu zorganizowano gabinet dentystyczny, do którego chodził wraz z matką.

[13] Jacek Fedorowicz urodził się w Gdyni w 1937 r. Jako dziecko przebywał bardzo często u swojego wuja w Kamionce koło Rosochowaćca. Ukończył Wydział Malarstwa w gdańskiej PWSSP. Był jednym z założycieli (m.in ze Zbigniewem Cybulskim i Bogumiłem Kobielą) gdańskiego, studenckiego teatru Bim-Bom. W 1960 zadebiutował w filmie „Do widzenia, do jutra”. Był współtwórcą cyklicznych programów rozrywkowych w Telewizji Polskiej: „Poznajmy się”, „Runda”, „Małżeństwo doskonałe”, „Kariera” oraz w latach 1974-1981 współautor audycji radiowej „60 minut na godzinę”. Zagrał w takich filmach jak: „Sufferrosa”, „Orkiestra niewidzialnych instrumentów”, „Nie ma róży bez ognia”, „Motodrama”, „Milion za Laurę”, „Abel, twój brat”, „Polowanie na muchy”, „Jowita”, „Kochajmy syrenki”, „Lekarstwo na miłość”, „Ściana czarownic”, „Piekło i niebo”, „Zawsze w niedzielę”, „Święta wojna”, „Walkower”, „Do widzenia, do jutra...” oraz serialach „Alternatywy 4” oraz „Wojna domowa”. Laureat nagrody „Złotego Ekranu”, „Złotego Mikrofonu”, „Solidarności”, „Wiktora”, statuetki „Gwiazdy Telewizji Polskiej”.

[14] Sprawa Zarwańskich wyszła na jaw po latach, gdy Zygmunt pracował jako felczer w Leśnej pod Lubaniem. „Na oddziale poznałem zupełnie przypadkiem syna Myhala, który był także felczerem i pochodził z Podwołoczysk. W trakcie krótkiej rozmowy, zacząłem wymieniać moich sąsiadów, aż do momentu kiedy padło nazwisko Zarwańskich. Powiedziałem mu, że znałem ich bardzo dobrze, bo między nami jest nawet dalekie pokrewieństwo. Myhal zmieszał się i zapytał, czy wiem kto ich zabił, na co odparłem – my wiemy. Po dwóch dniach słuch po ukraińskim felczerze zaginął. Wyjechał wraz z inną ukraińską felczerką nazwiskiem Hulak, która pochodziła również z okolic Podwołoczysk. Była ponoć wredną kobietą, której nikt nie lubił”.

[15] Jerzy Michotek po latach stał się popularnym aktorem i piosenkarzem. Pomimo tego, że urodził się w 1921 r. w Częstochowie, swoje życie związał ze Lwowem. Jego ojciec Feliks był właścicielem cukierni mieszczącej się w starej kamienicy nr 24 w Rynku. Uczęszczał do elitarnego VIII Gimnazjum i Liceum im. Kazimierza Wielkiego we Lwowie. Okres II wojny światowej spędził w sowieckich łagrach. Po wojnie osiedlił się we Wrocławiu. W 1950 r. ukończył wydział humanistyczny Uniwersytetu Wrocławskiego ze specjalnością historyk literatury polskiej. W latach pięćdziesiątych złożył eksternistyczny egzamin aktorski w Warszawie. Po latach został popularnym aktorem, grającym najczęściej rolę lwowiaka np. w filmie „Dom” Jana Łomnickiego kulawego Tolka grającego na harmonii, w filmie „CK Dezerterzy” Janusza Majewskiego kucharza w koszarach, w „Polskich drogach’ Janusza Morgensterna Adaśka rikszarza Leona Kurasia.