Maria Jaworska, z domu Łobos urodziła 3 maja 1933 r. się w Samborze, w województwie lwowskim. Losy jej bliskich są związane z podziemiem konspiracyjnym i walką niepodległościową Polaków na Kresach II Rzeczypospolitej. Przez wiele lat członkowie jej rodziny ukrywali się, byli śledzeni i prześladowani przez sowiecki reżim. Za działalność konspiracyjną i antykomunistyczną w strukturach Armii Krajowej byli przetrzymywani i torturowani w więzieniach, a po wojnie ukarano ich zsyłką na Sybir.

Ojciec pani Marii, Kazimierz Łobos, pracował przed wojną na kolei, jako maszynista pociągu, „zarabiał bardzo dobrze, co pozwoliło naszej rodzinie prowadzić dostatnie życie. W okresie międzywojennym zawód kolejarza, był bardzo szanowany. Tato jeździł na trasach międzynarodowych m.in. na Słowację, Węgry i do Rumunii. Był lubiany przez swoich kolegów, którzy zazdrościli mu, że w tak ciężkich czasach potrafi utrzymać liczną rodzinę”. Po śmierci pierwszej żony, z którą miał czterech synów, ożenił się z Reginą Rak, kobietą o łagodnym usposobieniu i dobrym sercu. Małżeństwo miało sześcioro dzieci. Najstarsza była Jadwiga, a następnie Helena, Ludwik, Janina i Stanisława. Maria była najmłodszą córką państwa Łobosów.

Tydzień przed wybuchem wojny siostra pani Marii, Helena Łobos wyszła za mąż za Stanisława Cykowskiego, który był wojskowym. „Szwagier był prawdziwym patriotą i świetnym organizatorem. Potrafił słuchać ludzi, za co go wszyscy szanowali. Służył w 6 Pułku Strzelców Podhalańskich. Jednostka podporządkowana była dowództwu nowo powstałej 2 Dywizji Górskiej. Drugi jego batalion dyslokowany został do Drohobycza, a część pułku przeniesiona do garnizonu w Samborze. We wrześniu 1939 r. pułk wchodził w skład 22 Dywizji Piechoty Górskiej, walczącej w ramach Armii Kraków, a następnie Armii Małopolska”.

Wybuch wojny był dla wielu Polaków wielkim wstrząsem. W ciągu kilku tygodni Niemcy i Rosjanie zajęli terytorium Polski i dokonali podziału ziem zgodnie z obowiązującym tajnym protokołem paktu Ribbentrop-Mołotow z 23 sierpnia 1939 r. „Informacje o wojnie były przerażające. Mieliśmy w domu radio na kryształki, z którego dowiedzieliśmy się, że Niemcy napadli na Polskę bez wypowiedzenia wojny. Po dotarciu frontu do Sambora słychać było strzały i wybuchy bomb zrzucanych przez Junkersy Luftwaffe. Gdy wyszliśmy na ogród, nad nami krążyły już samoloty. Leciały tak nisko, że można było zobaczyć pilota w kabinie. Warkot silników i ich podmuch był ogromny. Około 500 m od naszego domu Niemcy zbombardowali stację kolejową, uszkodzili także tory kolejowe oraz zabudowania przydworcowe, a zdezorientowani polscy żołnierze uciekali w popłochu”.

Po klęsce wrześniowej Stanisław Cykowski uciekł wraz z wojskiem na Węgry. Wrócił do domu w listopadzie 1939 r., po dwóch miesiącach tułaczki. Jego żona wspominała, że wędrował szlakami górskimi i nocował w lasach. Bał się powrotu do domu, gdyż w rejonie Sambora grasowały ukraińskie bandy, które rabowały i mordowały powracających z frontu polskich żołnierzy. „Rozbierali ich do naga, a następnie torturowali i zarzynali”.

Po zajęciu przez Niemców Sambora w domu Łobosów został zorganizowany sztab wojskowy. „Zajęli nam największe i najlepsze pomieszczenia w domu. W salonie został zawieszony portret Adolfa Hitlera od podłogi, aż po sufit. Na podwórku rozlokowali się żołnierze Wehrmachtu, a grupa zaopatrzeniowa zainstalowała prowizoryczną kuchnię polową”.

W drugiej połowie września 1939 r. sytuacja na froncie uległa zmianie. Armia Czerwona weszła do Sambora i rozpoczęły się represje wobec Polaków. Więzienia NKWD zapełniły się polskimi jeńcami wojennymi. Ofiarą sowieckiej propagandy padli także aktywiści społeczni, inteligenci oraz kułacy”.

W tym samym miesiącu rozkaz mobilizacyjny otrzymał policjant Stanisław Łobos, który po ukończeniu Normalnej Szkoły Fachowej dla Szeregowych Policji Państwowej w Mostach Wielkich w powiecie żółkiewskim, został przydzielony do służby w woj. kieleckim i skierowany do Pierwszego Komisariatu w Radomiu. Następnie otrzymał rozkaz przeniesienia na Posterunek Policji Państwowej w Racławicach w powiecie miechowskim, gdzie służył do czasu aresztowania. „Po nadejściu frontu brat wpadł w pułapkę zastawioną przez Sowietów. O miejscu pobytu Staszka dowiedzieliśmy się po kilku miesiącach z kartki pocztowej przesłanej z ZSRR. Pisał: „mamo jeżeli chcesz wiedzieć gdzie jestem, to zobacz Kalinin (Twer) – Ostaszków”. To była ostatnia wiadomość od mojego brata. Został rozstrzelany i pochowany wraz z innymi w zbiorowej mogile w Miednoje”.

Pierwsze wojenne święta Bożego Narodzenia były dla Łobosów bardzo smutą uroczystością. „Ojciec podczas jednej z podróży pociągiem uległ wypadkowi. Długo chorował i już się nie pozbierał. Zmarł w wigilię Bożego Narodzenia 1939 roku”.

Wojenny chaos doprowadził do rozłąki rodziny z Jadwigą Łobos, która została „uwięziona” w Radomiu. „Po utworzeniu Generalnego Gubernatorstwa siostra nie mogła powrócić do Sambora, który znalazł się poza linią demarkacyjną. Zamieszkała u narzeczonej brata – Leny Jung i musiała tam pozostać, aż do 1942 roku”. Tam, dzięki wspólnym znajomym Jadwiga poznała swojego przyszłego męża Stefana Józefowicza.

Jesienią 1939 r. rozpoczęto tworzenie struktur podziemia konspiracyjnego na terenach okupowanej Polski. Zadaniem powstałej organizacji, miały być działania propagandowe, wywiadowcze i sabotażowo-dywersyjne przywracające wolności Polakom mieszkającym w granicach przedwojennej II Rzeczypospolitej.

Powstanie Obwodu Sambor Związku Walki Zbrojnej wiąże się z osobą mieszkańca Sambora, Aleksandra Sztejna, który pod koniec stycznia 1940 r. nawiązał kontakt z komendantem prowincji mjr. Piotrem Marciniakiem, ps. „Emil”. Pozytywnie zaopiniowany przez organizację Aleksander Sztejn został zaprzysiężony i otrzymał polecenie znalezienie osoby, która mogłaby objąć dowództwo nad przyszłym obwodem oraz podjąć współpracę z komendantem ZWZ Okręgu Borysław. Poszukiwania nie trwały długo, gdyż zgodę na objęcie proponowanej funkcji wyraził jego przyjaciel Leopold Alter, lekarz z polikliniki w Samborze.

Leopold Alter wraz ze Aleksandrem Sztejnem przystąpili niezwłocznie do rozbudowy struktur ZWZ. Miasto zostało podzielone na trzy rejony i zrzeszało w marcu 1940 roku około 40 konspiratorów. Członkowie siatki, podobnie jak w innych obwodach, gromadzili broń niezbędną do przeprowadzenia powstania, prowadzili obserwację sowieckich garnizonów oraz werbowali kolejnych członków spośród tych, którzy byli godni zaufania.

W 1941 r. do ZWZ wstąpił Stefan Józefowicz przyjmując pseudonim „Grot II”. Z czasem został mianowany komendantem Obwodu Sambor-Średnia. Na swojego zastępcę mianował Stanisława Cykowskiego, ps. „Ćma”. W tym samym roku do struktur konspiracyjnych ZWZ zostały włączone Jadwiga, ps. „Ada” oraz Helena, ps. „Tola”, które zostały łączniczkami.

Początkowo ich wspólna działalność konspiracyjna polegała na roznoszeniu ulotek o charakterze antykomunistycznym, zrywaniu plakatów, malowaniu symboli narodowych na płotach i murach budynków oraz krzewieniu w podziemiu polskiej kultury. Grupa założyła teatrzyk, który wystawiał przedstawienia, organizował wieczory poetyckie, na których czytano wiersze znanych poetów oraz fragmenty polskiej literatury. Prowadzone były także tajne komplety.

W domu Łobosów przez cały okres okupacji odczuwalna była atmosfera konspiracji. „Przychodzili do nas jacyś ludzie, którzy ciągle planowali i dyskutowali między sobą. Informacje stanowiły ścisłą tajemnicę. W naszej rodzinie mówiliśmy, że nawet jakby kogoś ogniem przypalali, to nie można było jej zdradzić. Zostało to w nas zakodowane do końca wojny”.

Z czasem ZWZ Obwodu Sambor zaczął przeprowadzić wzmożone akcje sabotażowo-dywersyjne. Żołnierze podziemia wysadzali tory kolejowe oraz puste wagony stojące na bocznicach kolejowych przygotowane do deportacji Polaków na Syberię.

W czerwcu 1941 roku Niemcy hitlerowskie napadły na ZSRR. Armia Wehrmachtu  szybko zajęła tereny II RP okupowane od 17 września przez Rosjan. Kolejny raz Niemcy weszli do Sambora. Pani Maria wspomina: „Pewnego razu na nasze podwórko przyjechali ciężarówkami Niemcy i rozpoczęli rewizję w domu. Sąsiedzi Tadek Filc i Tadek Skraba, którzy należeli do organizacji, niepostrzeżenie przenieśli mnie na rękach pod plandekę na tył samochodu. Miałam zobaczyć, co jest schowane w samochodzie. Szybko zorientowałam się, że na podłodze poukładane są granaty, które zaczęłam podawać chłopakom. Kolega naszych sąsiadów stał na czatach. Jego gwizdanie miało zakończyć naszą akcję kradzieży broni. Po chwili chłopcy zabrali mnie z ciężarówki, ponieważ dalsze działania stawały się bardzo ryzykowne. Jako mała dziewczynka nie zdawałam sobie sprawy z grożącego mi niebezpieczeństwa. Postrzegałam naszą akcję jako formę zabawy i cieszyłam się, że nam się udało”.

Po przejściu frontu w Samborze została utworzona niemiecka administracja, z którą chętnie współpracowali nacjonaliści ukraińscy. Banderowcy masowo łapali Polaków i bezkarnie przetrzymywali w lochach. Helena Cykowska wspomina: „zaganiali młodych i tam ich żywcem zamurowywali. Innych głodzili i torturowali. Czasami więźniowie dostawali zupę gotowaną na ludzkim mięsie. Najczęściej były to piersi kobiet, nad którymi się wcześniej znęcali. Pomordowanych i półżywych mężczyzn wywozili na „Górkę” i zakopywali w zbiorowej mogile. Widok ruszającego się kopca był straszny. Rodziny bały się tam chodzić, bo bandy UPA organizowały łapanki na Polaków”.

W 1942 roku do Sambora wróciła Jadwiga, już jako narzeczona Stefana Józefowicza. Oboje ze względów bezpieczeństwa wzięli „cichy” ślub w kościele parafialnym. Zamieszkali w domu na Zawidówce pod numerem ósmym. Po kilku miesiącach urodził się syn Apoloniusz, który niestety po 6 miesiącach zmarł na skutek ciężkiej choroby. „Przed wojną, gdy ktoś z nas ciężko zachorował, to lekarz przyjeżdżał na podwórko bryczką. Miał ze sobą niezbędne narzędzia i medykamenty. Natomiast podczas okupacji już nie było takich możliwości, bo brakowało lekarstw i należytej opieki medycznej”.

W lutym 1942 roku Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysław Sikorski wydał rozkaz przemianowania Związku Walki Zbrojnej, Polskiego Związku Powstańczego oraz innych mniejszych organizacji w Armię Krajową – zakonspirowaną organizację zbrojnego polskiego podziemia. Dla sprawniejszego funkcjonowania poszczególnych komórek Zarząd Główny AK utworzył na obszarze kraju inspektoraty. Wśród powołanych jednostek terytorialnych powstał m.in. Inspektorat Południowo-Zachodni, w skład którego wchodziły obwody: drohobycko-borysławski, stryjsko-skolski oraz samborski.

Wiosną 1942 roku Sambor nawiedziła duża powódź. Trzy rzeki: Dniestr, Strwiąż i Młynówka zalały pola i łąki niszcząc cenne uprawy. Ludność miasta musiała sobie radzić sama ze zdobyciem pożywienia. „Siostra i szwagier zabierali z domu najcenniejsze rzeczy i wyjeżdżali za San do Generalnego Gubernatorstwa wymieniać ubrania na żywność. Nie było to proste, gdyż Niemcy pilnowali handlarzy, którzy oprócz żywności przemycali dodatkowo broń, nielegalne dokumenty i ulotki konspiracyjne. Na dworcach robiono kontrole i obławy. Żołnierze sprawdzali torby, plecaki i walizki. Nasi chcąc ominąć partole doszli do wniosku, że będą pod Biskowicami wyrzucać pakunki przez okno pociągu. W tym samym czasie pozostali członkowie rodziny mieli za zadanie przejść drogami polnymi z Sambora w umówione miejsce, a następnie zebrać na wózek porozrzucane przy torach tobołki. W ten sposób szwagier z siostrą mogli spokojnie dojechać do Sambora, gdzie bez trudu przechodzili kontrolę”.

Latem 1942 roku Stanisław Cykowski i Stefan Józefowicz zostali zatrudnieni przy budowie mostu (tzw. „Baudienst” – służba budowlana). Mieli specjalne przepustki i dowody tożsamości wystawione przez władze niemieckie  (Ausweis). Praca na budowie nie była jednak dobrze płatna, więc obaj wpadli na pomysł zorganizowania w Samborze olejarni. W tym celu wynajęli od sąsiada duże pomieszczenie, w którym zainstalowali maszynę tłoczącą. „Był to wspaniały pomysł z tego względu, że okoliczni chłopi zarabiali pieniądze na sprzedaży lnu i dodatkowo pozyskiwali cenny tłuszcz, którego podczas wojny brakowało. Szwagrowie jeździli po okolicznych wsiach i skupowali ziarna lnu, który mielili w młynkach. Następnie miał był transportowany korytkami na patelnie, które go prażyły. Wysuszony len wsypywano do woreczków filcowych i umieszczano pod prasą. Pokręcając korbą machiny, śruba ściskała prasę, spod której wyciekał złocisty olej. Podczas procesu fulowania nic się nie marnowało. Wytłoczki (makówki) kupowali chłopi na targu. Wykorzystywali je do karmienia bydła”.

W 1943 r. sytuacja Polaków mieszkających na Kresach Wschodnich II RP znacznie się pogorszyła. Do łapanek i prześladowań niemieckich doszły napady nacjonalistycznych band ukraińskich z OUN-UPA, które masowo mordowały bezbronną ludność cywilną, grabiły i paliły zabudowania gospodarcze. Zorganizowane oddziały polskiej samoobrony próbowały stawiać opór, jednak nie mając wsparcia technicznego nie mogły liczyć na poprawę sytuacji. Skargi ludności kierowane do władz niemieckich były ignorowane. Dlatego też Polacy zostali zmuszeni do obrony swoich rodzin i domów wszelkimi dostępnymi sposobami. „Chłopcy chowali się w konarach drzew, na których były zawieszone fragmenty szyn. Jak zbliżali się banderowcy, to bili w nie na alarm metalowymi prętami”.

W 1943 roku nastąpił gwałtowny zwrot sytuacji na froncie wschodnim. W lutym Armia Czerwona zwyciężyła w bitwie pod Stalingradem, w której poległo 364 tys. żołnierzy niemieckich, a 108 tys. zostało wziętych do niewoli. Natomiast w lipcu i sierpniu miała miejsce największa w historii wojen bitwa pancerna na Łuku Kurskim, w której zginęło 245 tys. Niemców. Po tych zwycięstwach, wojska radzieckie rozpoczęły kontrofensywę i 6 stycznia 1944 r. przekroczyły dawną granice Polski.

Na przełomie 1943/1944 r. okręg lwowski AK liczył ok. 15,3 tys. osób zmobilizowanych w sztabach i jednostkach liniowych. Zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza oraz dowódcy Armii Krajowej gen. Tadeusza Komorowskiego, żołnierze podziemia przygotowywali się do przejęcia inicjatywy w ramach akcji „Burza”, której celem miała być zbrojna operacja wojskowa skierowana przeciwko oddziałom niemieckim, bezpośrednio przed wkroczeniem Armii Czerwonej na ziemie polskie.

W czerwcu 1944 r. Józefowiczom urodziła się córka Halina (obecnie Klityńska, mieszkanka Równego). „Ojciec bardzo ją kochał, zawsze jej śpiewał – O Halino, o dziewczyno, Halino moja”. W tym samym roku Helenie i Stanisławowi Cykowskim urodził się także syn Zbigniew i w domu Łobosów zrobiło się ciasno i gwarno. „Na naszym podwórku stał ogromny spichlerz. Mężczyźni postanowili wyremontować go, a pomieszczenia przeznaczyć na pokoje. W ten sposób w nowym domu mogli zamieszkać Jadwiga ze Stefanem”.

W lipcu 1944 r. Stefan Józefowicz wraz z Stanisławem Cykowskim brali udział w akcji sabotażowo-dywersyjnej w szeregach utworzonego oddziału leśnego 1. kompani samborskiej pod dowództwem chorążego Adama Ekierta, ps. „Pogarda”, a następnie ppor. Jana Jędrachowicza, ps. „Promień”. Ich oddział stacjonujący w lasach wsi Sąsiadowice w dniu 27 lipca 1944 r. zajął Sambor. „W trakcie obrony miasta na naszym podwórku chłopcy zrobili zbiórkę. Moja siostra Jadwiga szyła biało-czerwone opaski, które następnie akowcy zakładali na rękawy”.

Walki o Sambor przypominały obronę Warszawy w czasie powstania. Sowieci stali na przedpolach miasta i przyglądali się jaki będzie dalszy przebieg wypadków. Nikt nie reagował i nie pomagał oddziałom leśnym oraz polskiej samoobronie. Natomiast oddziały niemieckie wycofały się z Sambora pozostawiając na ulicach zmotoryzowane patrole.

Kontrofensywa niemiecka i brak wsparcia Armii Czerwonej zmusił oddział leśny do wycofania się z zajmowanych pozycji już następnego dnia (28 lipca). „Niemcy strasznie się mścili. Palili domy na przedmieściach Sambora. Helenka z dzieckiem ukryła się w piwnicy. Część mieszkańców miasta, której nie udało się uciec, faszyści wygonili z domów i zaczęli jak bydło pędzić za miasto. Ponieważ most na Dniestrzu był zaminowany musieliśmy rzekę przejść w bród. Po dotarciu grupy do wsi Czukiew mężczyzn oddzielono od kobiet i dzieci. Siostra w ostatniej chwili cudem wybłagała, żeby nie zabierali naszego 17-letniego brata. Pozostałych mężczyzn zabrano pod strażą i wywieziono w nieznanym kierunku. Nikt do dzisiejszego dnia nie wie, co się z nimi stało. Prawdopodobnie Niemcy ich rozstrzelali.

Natomiast kobiety i dzieci były siłą kwaterowane w domach wskazanych przez Niemców. Wraz z moją siostrą Jadwigą oraz płaczącą dwumiesięczną Halinką, trafiłyśmy do bogatej Polki nazwiskiem Nadybska. Miała duży folwark, który miejscowi nazywali pałacem państwa Nadybskich. Była bardzo elegancką kobietą i serdecznie się do nas odnosiła. Opiekowała się nami przez kilka tygodni”.

Z początkiem sierpnia 1944 r. oddziały sowieckie zbliżyły się do Sambora, a Niemcy w popłochu zarządzili ewakuację ludności cywilnej. „Z folwarku Nadybskich esesmani ciągle coś wynosili. Rabowali dzieła sztuki i cenne przedmioty. Kradli drób, bydło oraz zgromadzone w schowkach zapasy żywności. Przeprowadzali też w domach samborzan szczegółowe rewizje i sprawdzali, czy nie ma w nich ukrywających się dywersantów i sabotażystów z AK. Pamiętam jak podczas przeszukania skryliśmy się w jakiejś szopie, pod którą była zrobiona ogromna ziemianka dla koni. Parobcy wprowadzali je tam specjalnie zamaskowanym wejściem od strony ogrodu i ukrywali przed niemiecką konfiskatą. Po przejściu frontu konie chowano przed radzieckim ostrzałem katiusz”.

Atak żołnierzy 1 Frontu Ukraińskiego oraz 11 Karpackiej Dywizji Piechoty AK uchronił ukrywających się w folwarku Samborzan przed deportacją do Rzeszy. Rozproszona po okolicy rodzina Łobosów mogła nareszcie wrócić na Zawidówkę. „Dom nasz był uszkodzony. Szrapnel zniszczył fragment dachu, który mężczyźni załatali. Pomieszczenia były doszczętnie splądrowane, za to dom nie był spalony”.

Po zajęciu Sambora przez Rosjan w dniu 7 sierpnia 1944 r. żołnierze zrobili sobie w pokojach Łobosów punkt komendantury wojennej. „Praktycznie w każdym polskim mieszkaniu czerwonoarmiści byli dokwaterowywani. Lejtnant chodził od domu do domu i pytał rodziny – skolko u was ludiej na kwartire. Wojskowych nie było całymi dniami i przychodzili tylko na nocleg. Jeden z nich opowiadał, jak bardzo ucierpiała jego rodzina po represjach stalinowskich”.

Jesienią 1944 r. niebezpieczeństwo aresztowania żołnierzy polskiego podziemia z dnia na dzień było coraz większe. Czternastoosobowy oddział leśny „Grota II” i „Ćmy” ukrywał się w lasach, a swoją działalność ograniczał do prowadzenia akcji zwiadowczych. Natomiast ich koledzy z oddziału „Promienia” podjęli decyzję przebicia się do Generalnej Guberni, aby pomóc powstańcom warszawskim. Jednak w miejscowości Sarzyna pod Leżajskiem zostali otoczeni i rozbrojeni przez NKWD.

Po licznych aresztowaniach i przesłuchaniach Stefan Józefowicz został wezwany na rozmowę do komendantury w Samborze. Zaproponowano mu stworzenie oddziału policji do walki z bandami Ukraińskiej Powstańczej Armii, tzw. ,,Istriebitielnego batalionu”. „Grot II” zaakceptował przedstawioną propozycję jedynie ze względu na możliwość bezpośredniej obserwacji sowieckich operacji w okolicach Sambora i Lwowa oraz ochrony swoich ludzi przed aresztowaniem lub przymusowym poborem do wojska (do armii gen. Berlinga wcielono m.in. Ludwika Łobosa).

11 listopada 1944 r. batalion utworzony z polskich żołnierzy samoobrony urządził coś w rodzaju przeglądu wojska i w sposób demonstracyjny przemaszerował ulicą Lwowską przed siedzibą NKWD. 180-osobowy oddział był uzbrojony, a Polacy na rękawach mieli naszyte biało-czerwone opaskami.

Akcja zorganizowana przez oddział „Grota II” nie spodobała się Sowietom, którzy zażądali złożenia broni. W ten sposób Józefowicz zmuszony był rozformować grupę, a swoich żołnierzy wysłać do Drohobycza, Borysławia i Stryja. Sam natomiast ukrył się i czekał na łączność z dowództwem.

Akowcy, aby nie narażać swoich rodzin na represje odwiedzali je bardzo rzadko, zachowując surowe zasady bezpieczeństwa konspiracyjnego. W wigilię świąt Bożego Narodzenia 1944 r. Stefan Józefowicz i Stanisław Cykowski postanowili spotkać się przy wspólnym stole ze swoimi bliskim w domu Heleny na ulicy Średniej. „Po skończonej kolacji Stefan, który był zawsze w stosunku do kobiet bardzo szarmancki, uparł się, że odprowadzi dziewczyny do domu. Szliśmy nocą ulicą Średnią przez most na Młynówce, gdy nagle przed nami pojawił się patrol NKWD. Szwagier jakby nic się nie stało odwrócił się i zaczął się od nas oddalać. My natomiast szłyśmy dalej omijając patrol. Widząc podejrzanego mężczyznę dwóch żandarmów skierowało się w kierunku „Grota II”. Zatrzymali go, a następnie z wycelowanymi w jego stronę karabinami zaprowadzili do lejtnanta stojącego na skrzyżowaniu. Enkawudzista zażądał od Józefowicza pokazania dokumentów. Stefan sięgając do kieszeni szybko wyciągnął broń i strzelił w kierunku żołnierza. Przy moście wywiązała się strzelanina, więc nie namyślając się długo uciekłyśmy w kierunku domu. Potem okazało się, że ciężko postrzelony lejtnant zmarł na podwórku u sąsiadów”.

Rano do domu Łobosów przyszedł patrol NKWD. Zrobili rewizję i rozpoczęli przesłuchania wszystkich domowników. „Nie wiem jak to możliwe, ale każdy z nas opowiadał, że nigdy wcześniej nie widział człowieka spotkanego na moście. Jako małej dziewczynce przypomniały mi się słowa moich szwagrów, że to co się mówi i dzieje w domu ma pozostać tajemnicą. Oficer NKWD widząc, że niczego się nie dowie, wygonił wszystkich z pokoju na podwórze i kazał mi usiąść na krześle. Powiedział, że jeżeli powiem prawdę, to da mi czekoladkę. Uparcie powtarzałam tę samą wersję zdarzeń, więc żołnierz położył na mojej małej nóżce automat i nadal pytał o człowieka napotkanego na moście. Po kilkukrotnej próbie namowy, oficer zrezygnował z dalszego przesłuchania. Ostatecznie Jadwigę zabrali na posterunek NKWD wraz z dzieckiem. Bardzo się bała, gdyż w kieszeni miała karteczkę dla męża. Siostra nie wiedziała, co ma zrobić, w jaki sposób pozbyć się niewygodnego dowodu, za który mogłaby pójść do więzienia lub zostać zesłana na Sybir. W końcu poprosiła strażnika o pozwolenie zapalenia papierosa. Podeszła do pieca, odpaliła papierosa i niepostrzeżenie wrzuciła karteczkę do ognia. Od tego momentu mogła „spokojnie oddychać”. Na drugi dzień Janka uprosiła lejtnanta, żeby zgodził się zabrać dziecko do domu. Wkrótce Jadwigę również wypuścili, ale doczepili jej ogon. Chodzili za nią wszędzie, śledzili każdy jej krok”. Rodzina doszła więc do wniosku, że Jadwiga musi uciekać z Sambora. „Chłopcy z AK pomogli jej przedostać się do Rzeszowa, gdzie przez wiele miesięcy pracowała za kawałek chleba. Chodziła od domu, do domu szyjąc, haftując i opiekując się dziećmi. Następnie przeniosła się do Albigowa, jednej z podłańcuckich wsi, gdzie mogła nadal kontynuować naukę w szkole tak brutalnie przerwaną przez działania wojenne. Stamtąd wyjechała do Radomia.

Na przełomie 1944 i 1945 r. w Samborze miały miejsce masowe aresztowania Polaków. Rosjanie zatrzymali m.in. członków samborskiej AK na czele z komendantem Zygmuntem Barszczem, ps. „Stach”. Wraz z upływem czasu sytuacja oddziału leśnego pogarszała się. Dlatego też Stefan Józefowicz wydał rozkaz ukrycia się w Borysławiu i ograniczenia działalności do akcji propagandowych i sabotażowo-dywersyjnych. W ramach podjętych działań kolportowano Biuletyn Informacyjny „Podhalanin”, natomiast w marcu i kwietniu 1945 r. grupa dywersyjna pod dowództwem Mirosława Hentosza, ps. „Mimi” wysadziła trzy puste wagony przygotowane do deportacji ludności polskiej, uszkodziła na dworcu rampę kolejową oraz wysadziła mostek ograniczając w ten sposób możliwości transportowe wojsk radzieckich.

Wiosną 1945 r., w związku z dużym niebezpieczeństwem wykrycia kryjówek akowskich, „Grot II” postanowił wraz z oddziałem leśnym zbrojnie przejść za San. W tym celu zarządził koncentrację grupy na pierwsze dni maja.

W międzyczasie zaszły nieprzewidziane wypadki. Aresztowany został Edward Buca, dowódca grupy likwidacyjnej, a za nim następni żołnierze, przy których znaleziono fałszywe dokumenty. Efektem brutalnych przesłuchań były kolejne aresztowania, które zarządzał funkcjonariusz posterunku kolejowego NKGB z siedzibą przy ul. Kopernika w Samborze. Podczas jednej z łapanek w kryjówce przy ul. Średniej, w stodole Henryka Prętkiewicza znaleziono kilku mężczyzn, m.in. „Grota II” oraz „Ćmę”. „Pamiętam, był to dzień Wniebowstąpienia Pańskiego (10 maja 1945 r.). Gdy wyszłyśmy na ogród w oddali słychać było strzelaninę. Ludzie krzyczeli, że Polacy złapali jednego z banderowców na przedmieściach Sambora. Podbiegłyśmy na miejsce zdarzenia i zobaczyłyśmy, że strażnicy NKWD prowadzą Stefana. Wpadł w ich ręce, gdyż go nie znali. Gdy przechodził obok ludzi z oddziału, którzy byli gotowi go odbić, mrugnął tylko okiem dając do zrozumienia, że za dużo jest dookoła cywilów. Okazało się później, że szwagier był w stodole Prętkiewicza, gdzie wybuchł pożar. Potem wywiązała się strzelanina. Nie mając już sił wszedł do rzeki Strwiąż i ukrył się w zaroślach, ale Ukraińcy go wypatrzyli. Aresztowanego przekazali strażnikom NKWD. Stefan miał przy sobie sporo dokumentów wskazujących na aktywną działalność sabotażowo-dywersyjną samborskiego oddziału AK”.

Śledztwo w sprawie działalności antykomunistycznej oddziału leśnego prowadziło kolejowe NKGB w Samborze i połączone było z torturami. W pierwszych dniach czerwca 1945 r. aresztowani zostali przewiezieni do więzienia we Lwowie, gdzie w dniach 20-23 sierpnia 1945 r. toczyła się dalsza rozprawa. Przesłuchania prowadzono przez 4 dni, ze względu na dużą liczbę oskarżonych (36 osób, w tym głównie kobiety). Ponieważ nie było miejsca w celach więziennych, część oskarżonych była umieszczana w piwnicach i w pralni wilii przy ul. Krasickiego.

Trybunałowi Wojennemu Lwowskiej Kolei Żelaznej we Lwowie, który się zebrał na niejawnym posiedzeniu w gmachu NKGB przy ul. Sądowej przewodniczył major Didkowski, członkami byli: kapitan Jumaszejew i Pietrakowa, protokolantką Mojsiejewa. Oskarżonym przydzielono z urzędu sześciu adwokatów. Mirosław Hentosz w swojej relacji z procesu pisze: „mój adwokat bronił mnie, a sypał kolegę. Adwokat kolegi bronił jego, a sypał mnie. To był śmiech, a nie obrona. To było jakby dodatkowe śledztwo”.

Z informacji zawartych w wyroku wydanym na Józefę Bródkową, ps. „Jot-Be”, u której w mieszkaniu był punkt kontaktowy AK, wynika, że członkowie oddziału leśnego byli oskarżeni o działalność konspiracyjną i sabotażowo-dywersyjną skierowaną przeciwko jednostkom Armii Czerwonej. Nielegalnie werbowali w szeregi AK nowych członków i przysposabiali ich do zbrojnej walki przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Organizowali napady z bronią w ręku, magazynowali broń i amunicję oraz środki łączności.

Wyrokiem sądu „Grot II” oraz jego najbliżsi współpracownicy otrzymali kary śmierci. W sierpniu 1945 r. Stefan Józefowicz wraz z Edwardem Bucą, dowódcą komórki likwidacyjnej i Mirosławem Hentoszem, dowódcą komórki dywersyjnej zostali przewiezieni do kolejnego więzienia. Tam napisali wspólnie prośbę o ułaskawienie do Przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej ZSRR Michaiła Kalinina. Po 55 dniach oczekiwania w więziennej celi przyszła wiadomość o zamianie kary śmierci na 20 lat katorgi. W więzieniu akowcy siedzieli jeszcze ponad dwa tygodnie. Następnie zostali przewiezieni na punkt przesyłkowy, który mieścił się we Lwowie przy ul. Pełtewnej, gdzie przetrzymywani byli kolejne dwa miesiące. Stamtąd zostali przetransportowani na Syberię.

Po aresztowaniu i deportacji Stefana Józefowicza na Syberię NKWD rozpoczęło intensywne śledztwo i przeszukania w domach osób spokrewnionych z „Grotem II”. „Podczas szczegółowej rewizji u mojej siostry Heleny Sowieci znaleźli w skrytce maszynę do pisania, ulotki, egzemplarze biuletynu „Podhalanin” oraz powielane rozkazy polskiego podziemia”. Helenę Cykowską wraz z 5-miesięcznym synkiem Zbyszkiem zabrano do więzienia śledczego NKWD w Samborze przy ul. Trybunalskiej, gdzie przebywała od 5 stycznia do 8 lutego 1945 r. Przetrzymywali ją w piwnicy. Helena Cykowska wspomina: „Pewna kobieta o imieniu Maria powiedziała strażnikom, że to jej dziecko. Uratowała je, bo umarłoby z głodu albo wycieńczenia. Mnie wzięli na przesłuchanie, kazali się rozebrać i bili pięcioramiennym harapem. Bił mnie bardzo zły, rudy enkawudzista. Przecinali mi piersi, aż mleko z krwią wypływało”.

Helenę Cykowską zabrano z Sambora do więzienia śledczego NKWD w Drohobyczu przy ul. Stryjskiej, gdzie przebywała od 8 lutego do 20 lipca 1945 r. Wyrokiem Wojennego Trybunału Wojskowego NKWD została skazana w procesie 10 akowców (18-19 lipca) na 6 lat pozbawienia wolności i pracę w obozach poprawczych. W okresie od 20 lipca do 23 sierpnia przebywała w więzieniu NKWD w Drohobyczu „na Górce”, a następnie do listopada w punkcie przesyłkowym NKWD we Lwowie przy ul. Pełtewnej. Stamtąd przewieziono ją wraz z innymi kobietami na Syberię.

W tym samym okresie Stanisław Cykowski musiał ukrywać się w podziemiu. „Pewnego razu postanowił odwiedzić swoje dzieci. Wracając nocą natknął się na sowiecki patrol i zaczął uciekać. Na ulicy wywiązała się strzelanina, podczas której „Ćma’ został ranny w ramię. Resztkami sił szwagier przyczołgał się do naszego domu. Mama nie widząc innego wyjścia zaleciła, żeby Staszka jak najszybciej zawieść do szpitala. Pobiegła do sąsiadów pożyczyć konie, a następnie wraz z Janką, przenieśli rannego na bryczkę. Siostra ze szwagrem oraz Tadkiem Filcem i Tadkiem Skrabą nie zważając na niebezpieczeństwo jechali w czwórkę głównymi ulicami miasta. Rannego Staszka lekarz opatrzył i zatrzymał szpitalu.

W międzyczasie do naszego domu przyjechało wojsko, które rozpoczęło przesłuchania.  Mama tłumaczyła im, że rannego zięcia odesłała do szpitala. NKWD po znalezieniu Staszka na izbie przyjęć pozostawiło przed drzwiami Sali, w której leżał dwóch strażników do ochrony. Nic to jednak nie dało, gdyż w nocy akowcy go odbili. Spuścili „Ćmę” przez okno na noszach i uciekli. Podejrzenia o współpracę padły na lekarza dyżurnego i pielęgniarkę Franciszkę Wolanin”.

15 czerwca 1945 r. NKWD dokonało aresztowania wielu samborzan. Na Syberię zostali wywiezieni m.in. Janina Łobos (miała 18 lat), Tadeusz Filc, Tadeusz Skraba, pielęgniarka Franciszka Wolanin i lekarz z samborskiego szpitala.

Wśród zatrzymanych znalazła się także Regina Łobos, która trafiła do aresztu przy ul. Kopernika. „W chwili aresztowania mojej rodziny byłam w szkole. Informacje o jej zatrzymaniu przyniosła mi mała dziewczynka. Po ironicznych uwagach nauczycieli na temat Polaków pobiegłam do domu. Był zaplombowany, więc wybiegłam na ulicę i zobaczyłam moją mamę. Chciałam się do niej przytulić, ale strażnik odepchną mnie kolbą karabinu tak mocno, że wylądowałam na siatce sąsiadów. Płakałam i szłam za mamą, aż do bram więzienia. Po powrocie do domu zerwałam plomby na drzwiach, usiadłam w pokoju na parapecie i do rana płakałam i wrzeszczałam z nerwów. Nikt z sąsiadów nie przyszedł mi pomóc. Bali się aresztowania. Następnego dnia nalepiłam pierogów i zaniosłam je mamie do więzienia. Strażnik zapisał karteczkę dla kogo przekazać pakunek i poszedł go zanieść, zapominając zamknąć drzwi. Po cichutku wkradłam się do środka. Zdjęłam buciki i zaczęłam szukać mamy, ale w labiryncie korytarzy zgubiłam się. W końcu przez drzwi usłyszałam jej głos. Prosiła, żeby ktoś jej przyniósł zerkalec i griebień (lusterko i grzebień). Zaczęłam głośno krzyczeć mamo, mamo, aż w końcu przyszedł strażnik i wygonił mnie za bramę więzienia. Wypuścili ją dopiero po 3 tygodniach”. W tym samym okresie aresztowano także Stanisławę Łobos i Katarzynę Cykowską, które zwolniono po 4 tygodniach.

Liczne aresztowania aktywnych członków polskiego podziemia w obwodzie samborskim doprowadziły do osłabienia struktur AK na tym terenie, co bezwzględnie wykorzystywali nacjonaliści ukraińscy, którzy mordowali ludność cywilną i palili polskie gospodarstwa. Sowieci natomiast chcąc pozbyć się Polaków wywozili ich na Sybir do poprawczych obozów pracy i łagrów rozsianych poza kołem polarnym i na Dalekim Wschodzie.

22 listopada 1945 r. Helena Cykowska wraz z innymi kobietami została przetransportowana z Lwowa na Ural. Trafiła do obozu w miejscowości Połowinka położonej nieopodal Permu nad rzeką Kamą, gdzie pracowała przy wyrębie lasu. Następnie została przewieziona do łagru w swierdłowskiej obłasti. Tam wraz z innymi więźniarkami pracowała w kamieniołomach.

Warunki w kobiecych obozach na Uralu były bardzo trudne. Zesłańcy mieszkali w 70-osobowych barakach, w których były zamontowane podwójne kojki (drewniane łóżka). Kobiety pracowały przy wyrębie lasu od godziny 6.00 do 18.00 w czterdziestostopniowym mrozie. „Musiałyśmy cały czas pracować, bo jak tylko przestawałyśmy to koszula, która była mokra od potu zamarzała i wyglądała jak zbroja z lodu”. Więźniarki chodziły na wycinkę lasu wiele kilometrów za rzekę. Za ciężką pracę dostawały niewystarczające racje żywnościowe, dlatego w tajdze zbierały dodatkowo jodłę, lipę i lebiodę, z których przygotowywały dodatkowy posiłek. Raz na jakiś czas do obozu przychodziły paczki i listy od siostry, która pozostała wraz z matką w Samborze. „Większość paczek nigdy do mnie nie trafiła. NKWD okradało wszystkich skazańców, a listy były otwierane i czytane przez strażników”. Z listów dowiedziała się również, że jej mąż już wyjechał na Ziemie Odzyskane i osiedlił się w powiecie głubczyckim.

We wrześniu 1948 r. Helena Cykowska otrzymała zgodę na wyjazd i wraz z 70 innymi kobietami przyjechała do Polski. 2 października 1948 r. przeszła przez punkt etapowy w Białej Podlaskiej. Do rodzinnego Sambora nie wróciła, gdyż Polaków władze radzieckie wysiedliły, a domy i mieszkania zajęte były już przez Ukraińców. Podróżowała pociągiem osobowym przez Częstochowę, w której się zatrzymała, aby podziękować Matce Boskiej za opiekę i szczęśliwy powrót do domu, a stamtąd trafiła do Głubczyc.

Stefana Józefowicza los potraktował również okrutnie. 10 grudnia 1945 r. został wywieziony z Lwowa na Syberię. 6 stycznia 1946 r. „Grot II” przybył do spec-obozu w Workucie, gdzie nadano mu numer „Ł-671”, co potwierdza zachowana w archiwum obozowym fotografia. „Szwagier pracował bardzo ciężko pod ziemią w kopalni węgla. Potem został zatrudniony przez obozową lekarkę jako tłumacz i pomocnik. Znał bardzo dobrze język rosyjski, bo się urodził w Nikolsku Ussuryjskim, w okręgu władywostockim”.

W 1950 roku Workutłag liczył ponad 72 tys. więźniów, którzy w nieludzkich warunkach przy 50 stopniowym mrozie zmuszani byli do budowy ponad dwóch tysięcy kilometrów torów i pracy w kopalniach. Z czasem łagierników zaczęto zatrudniać przy budowie dróg i mieszkań, remoncie budynków, w cegielni, tartaku i zakładach mechanicznych. Wśród więźniów największy odsetek stanowili Polacy pochodzący z Kresów Wschodnich.

W kompleksie obozowym Workutłag, w każdym baraku mieszkało od 40 do 300 więźniów. Pracowali po dwanaście godzin dziennie. Ich wynagrodzeniem była bałanda (wodnista zupa gotowana z pastewnej rzepy) oraz porcja czarnego chleba. Łagierników zmuszano do pracy nawet podczas ostrych mrozów i szalejących co pewien czas syberyjskich burz śnieżnych – purg.

Warunki bytowe  skazańców poprawiły się nieco po śmierci Stalina. W 1953 r. wybuchł w Workutłagu strajk. Górnicy, domagając się poprawy warunków życia i pracy, odmówili rano wyjścia z baraków. Jeden z workuckich łagierników Mieczysław Zabierowski, który zamieszkał po wojnie w Głubczycach wspomina: „w lipcu 1953 roku wybuchł na wielu kopalniach strajk, między innymi na szachcie nr 29. Znałem tam wielu ludzi, którzy go organizowali. Byli to m.in.: Edek Buca, Edmund Greczanik, Stefan Józefowicz, Mirek Hentosz z trzeciej szychty. Widziałem na wagonach z węglem, wywożonym wówczas z kopalń, napisy białą farbą: „Ugol rodinie, nam swaboda!”.

Władze obozu nie osiągnąwszy porozumienia, postanowiły siłą zgasić bunt. Z Moskwy ściągnięto zastępcę ministra spraw wewnętrznych gen. Iwana Maslennikowa, który kazał żołnierzom otoczyć obóz przy kopalni nr 29. Oświadczył strajkującym więźniom, że jeżeli w ciągu pół godziny nie zaczną wychodzić z baraku, rozkaże strzelać. Po naradzie więźniowie postanowili wyjść, lecz gdy to uczynili NKWD otworzyło ogień z karabinów maszynowych. Zginęło 66 osób. Wielu strajkujących zostało rannych. Po akcji strażnicy utworzyli szpaler, przez który buntownicy musieli przejść. Wybrano najaktywniejszych działaczy komitetu strajkowego, rozebrano ich do naga, a następnie na oczach wszystkich załadowano do przygotowanych ciężarówek i wywieziono w nieznanym kierunku. Członków komitetu strajkowego oskarżono o sabotaż i dywersję, za co otrzymali wyroki śmierci. Po kilku dniach zamieniono je na czyn chuligaństwa. Edward Buca do swojej kary 20 lat pobytu w łagrach, miał zasądzone dodatkowo jeszcze 10 lat.

Trzy lata później, na podstawie amnestii z dnia 22 maja 1955 r. i dekretu Rady Najwyższej ZSRR „o repatriacji obywateli krajów demokracji ludowej, znajdującej się w miejscach zesłaniach” Stefan Józefowicz powrócił do kraju (w styczniu 1956 r.). „Przyjechał do swojej rodziny w Radomiu. Jego siostra Zofia przez wiele lat starała się mu pomóc. Miała bardzo dobre kontakty z akowcami w Londynie i Paryżu, ale nic nie wskórała. Swojego brata zobaczyła dopiero po 11 latach”.

Podobny los jak „Grota II” spotkał Janinę Łobos, która we wrześniu 1945 r. została wywieziona do Workuty. Trafiła do łagru „Predszachna”. „Z Drohobycza na Sybir jechaliśmy pociągiem cały miesiąc. W jednym wagonie podróżowało ok. 50 osób. Stłoczeni nie mieliśmy nawet jak usiąść na podłodze. Raz dziennie dostawaliśmy wodę i kromkę chleba. Ratowały nas suchary, które podała mi przed odjazdem moja mama”.

W roku 1947 Janina Łobos była sądzona w obozie jako więzień polityczny i została skazana na 6 lat pracy poprawczej w łagrach. Po wyroku przetransportowano ją z Workuty do Komi ASRR, w kajgorodzki rejon, „Mech-Baza” stacja Narsadin. „Dni spędzone w łagrze niczym się od siebie nie różniły. O 6.00 Sowieci zarządzali pobudkę. Następnie było śniadanie, podczas którego dostawaliśmy 10 dag chleba i kipiatok. Po posiłku NKWD robiło zbiórkę przy bramie i sprawdzało obecność łagierników. Zanim doszliśmy do miejsca pracy w lesie, musieliśmy przejść 9 km w śniegu. W tajdze wycinaliśmy drzewa, które następnie były sortowane i cięte na odpowiednią długość. Potem bale przewoziliśmy nad brzeg Sysowy, gdzie drzewo były spławiane. W naszym posiołku ludzie umierali z głodu i zimna. Na porannych zbiórkach trudno było się doliczyć ilu zesłańców zginęło przy spławianiu drzewa, a ilu przydusiły pnie. Nikt nie dbał o nasze bezpieczeństwo. Nikomu też nie udało się stamtąd uciec”.

Na Syberii Janina Łobos poznała Białorusina Gienadija Bialika, za którego wyszła za mąż. W 1954 r. pozwolono jej opuścić obóz. Zgodnie z prawem mogła wrócić do miejsca, gdzie była aresztowana, a więc do Sambora. Płynęła statkiem z Workuty, a następnie jechała pociągiem do Moskwy. W ambasadzie chciała załatwić potrzebne dokumenty, ale za „wichrzycielską przeszłość” odmówiono jej pomocy. Z Moskwy udało się jej dostać do rodzinnego Sambora, który był już zasiedlony przez Ukraińców. Zatrzymała się na krótko u kuzynki Marii Beresteckiej. Do Równego w powiecie głubczyckim przyjechała 24 maja 1954 r., gdzie spotkała matkę wraz z rodziną. „Po powrocie z Sybiru ostrzegano mnie, że w Polsce też nie mogę być całkiem bezpieczna, bo akowców prześladują. Chciałam jak najszybciej wymazać z pamięci pobyt na Sybirze i wszystko co się z nim łączyło. Dlatego też zniszczyłam dokumenty potwierdzające moją przynależność do AK”.

Pozostali członkowie rodziny (Regina, Stanisława i Maria) wyjechali z Sambora w maju 1946 r. jako jedna z ostatnich rodzin na „Zawidówce” i „Średniej”. „Mama nie chciała wyjeżdżać, bo bała się, że jak nasi powrócą z Syberii, to nie będą mieli gdzie zamieszkać”. W końcu pod naciskiem sąsiadów rodzina postanowiła, że wyjedzie na Ziemie Odzyskane. Wraz z Łobosami transportowani byli rodzice Stanisława Cykowskiego oraz jego dzieci. „Jechaliśmy 7 tygodni w kierunku Lwówka Śląskiego. Staszek był już osiedlony w Równem. Dowiedział się od nas listownie, którym transportem będziemy wracać. Załatwił na punkcie etapowym odczepienie wagonu i przetoczenie go na inny tor. Potem dołączona nas do innego składu i w ten sposób dotarliśmy szczęśliwie do Głubczyc. W wagonie jechał z nami m.in. Adamem Skraba, który osiedlił się w Kluczborku oraz Władek Dołhan, który zajął posesję w Równem”.

Ponieważ w Równem nie było już wolnych domów lub były bardzo zniszczone, Regina Łobos poszła do Rady Narodowej w Głubczycach z kartą majątkową i repatriacyjną w celu załatwienia domu. Od urzędników usłyszała, że „nie kazali jej tu przyjeżdżać, a dom niech da jej ten, kto ją tutaj sprowadził”. Dopiero dzięki pomocy pana Ryka z Równego, który miał więcej miejsca i wymienił się pomieszczeniami z autochtonem, mogli zamieszkać w swoim domu. „Rodzina lamentowała, że to koniec świata, a domy są oddalone od miasta podobnie jak Równe do Babin (miejscowość spod Sambora)”. Z czasem Regina Łobos otrzymała rentę kolejową po mężu. Przydzielono jej także 7 ha pola oraz narowistego konia z UNRA (zabranego od sąsiada).

Sytuacja materialna wypędzonych zza Buga Polaków nie była najlepsza. Łobosom udzielili pomocy krewni z USA. Regina miała w Ameryce dwie siostry i brata (wyjechali jeszcze przed I wojną światową), do których wysłała rozpaczliwy list. Pisała w nich o biedzie, przymusowej deportacji i dzieciach przebywających w sowieckich łagrach. „Po jej liście paczki przychodziły dwa razy w miesiącu. Zawierały żywność, ubrania, kawę, herbatę i słodycze”.

Łobosowie i Cykowscy byli przekonani, że w małej wiosce przy czechosłowackiej granicy będą mogli spokojnie przeczekać trudny okres, uniknąć „zainteresowania” Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa i z czasem wrócić do rodzinnego Sambora. Jednak po kliku latach spędzonych w Równem powrót na Kresy Wschodnie okazał się niemożliwy. Zaraz po przyjeździe Janinie Łobos funkcjonariusze PUB w Głubczycach założyli grubą teczkę. „Starałam się wiele razy zapisać do ZBOWiD-u z racji mojej działalności w AK, ale jak do tej pory nikt mi w tym nie pomógł. Serce mnie boli, że ja, która tak wiele zrobiłam i tak wiele się nacierpiałam, jestem bez żadnego uznania i przynależności. Chciałabym choć na stare lata, być za moje cierpienie usatysfakcjonowana”. Maria po wojnie pisała listy do Kijowa i Lwowa w sprawie swojej siostry. Była przekonana, że uda się jej odtworzyć jakąkolwiek dokumentację z czasów przynależności Janiny Łobos do AK. Niestety, żadnych pozytywnych odpowiedzi nie otrzymała. Dopiero w okresie pieriestrojki przyszły dokumenty z Kijowa, które stanowią dowód, że Janina była zesłana na Syberię jako „osoba polityczna”.

Po wojnie większość z opisanych osób osiedliła się w miejscowości Równe, w powiecie głubczyckim.

Stanisław Cykowski przyjechał z Sambora wraz z innymi Zabużanami na Ziemie Odzyskane. Podróżował nielegalnie, gdyż nie miał ze sobą karty repatriacyjnej. Długo ukrywał się przed UB. Z czasem podjął pracę w punkcie nasiennym, a następnie w Spółdzielni Produkcyjnej w Równem, gdzie pełnił funkcję prezesa.

Jadwiga Józefowicz, która mieszkała u teściów w Radomiu, przyjechała do rodziny w Równem. Podjęła pracę w Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Głubczycach, a następnie przez krótki okres czasu pracowała w zakładzie krawieckim.

Maria Łobos (Jaworska) po przyjeździe z Sambora do Równego kontynuowała naukę w szkole siedmioklasowej, a następnie w głubczyckim LO. Po ukończeniu szkoły pracowała w służbie zdrowia. W międzyczasie ukończyła także Studium Pomocy Psychologicznej.

Halina Józefowicz (Klityńska) osiedliła się wraz z rodziną w Równem. Ukończyła Technikum Ekonomiczne w Raciborzu. Do emerytury pracowała w Wojewódzkim Biurze Geodezji i Terenów Rolnych Oddział w Głubczycach.

Ludwik Łobos po demobilizacji zamieszkał z rodziną w Równem. Następnie wyjechał do Tomaszowa Mazowieckiego, gdzie się ożenił i osiadł na stałe.

Stefan Józefowicz, po przyjeździe z Workuty do Radomia, przechodził długą kwarantannę. Następnie podjął prace w fabryce obuwia. Zmarł w czerwcu 1963 r. Pani Maria wspomina: „Grot II” to był gość, to był ktoś, jego wszyscy szanowali i się z nim liczyli”.

Historia życia członów rodziny Łobos, Cykowskich i Józefowicz wydaje się obecnie wręcz nieprawdopodobna. Bohaterowie samborskiej AK i oddziału leśnego stają się po wielu latach wzorem do naśladowania dla przyszłych pokoleń. Obronę ojczyzny traktowali jako swój święty obowiązek. Ich walka w konspiracji i bezinteresowne oddania sprawie polskiej nie może ulec zapomnieniu, aby pamięć o tych, którzy walczyli za polskie Kresy była przekazywana z pokolenia na pokolenie.

Wywiad z Marią Jaworską (z domu Łobos) oraz Haliną Klityńską (z domu Józefowicz) przeprowadzono w Głubczycach 28 sierpnia 2013 r. Wywiad z Heleną Cykowską przeprowadzono w Równem 27 lipca 2010 r. Ponadto wykorzystano: relację Janiny Łobos (po mężu Kalita) spisaną przez Marię Jaworską w dniu 13 grudnia 2013 r., życiorys Janiny Łobos spisany w dniu 5 września 2013 r., a także relacje: Jadwigi Łobos (po mężu Józefowicz), ps. „Ada”, Teofila Zdzisława Krakowskiego, ps. „Dziobak”, Mirosława Hentosza, ps. „Mimi”, Bolesława Then-Szydłowskiego, ps. „Len” zebrane i spisane przez Janinę Wysoczańską-Klawińszową, ps. „Wanda” w dniu 8 lipca 1988 r. Wśród publikacji wykorzystano wspomnienia Mieczysława Zabierowskiego, „W łagrach Uchty i Workuty”, Kraków 1999 r. oraz wspomnienia Bernarda Grzywacza, „Krąg Workuty”, Warszawa 2004 r

Arkadiusz Szymczyna

 


enfrdeitptrues

75. rocznica ludobójstwa

Reklama

 

Szukaj w serwisie

Statystyki

Odsłon artykułów:
2672195

Odwiedza nas 222 gości oraz 0 użytkowników.

cpr certification online
cpr certification onlinecpr certification onlinecpr certification online