FOTOGRAFIE POLSKIE

foto1
Kraków - Sukiennice
foto1
Lwów - Wzgórza Wuleckie
foto1
Kraków - widok Wawelu od strony Wisły
foto1
Lwów - widok z Kopca Unii Lubelskiej
foto1
Lwów - panorama
Aleksander Szumański, rocznik 1931. Urodzony we Lwowie. Ojciec docent medycyny zamordowany przez hitlerowców w akcji Nachtigall we Lwowie, matka filolog polski. Debiut wierszem w 1941 roku w Radiu Lwów. Ukończony Wydział Budownictwa Lądowego Politechniki Krakowskiej. Dyplom mgr inż. budownictwa lądowego. Dziennikarz, publicysta światowej prasy polonijnej, zatrudniony w chicagowskim "Kurierze Codziennym". Czytaj więcej

Aleksander Szumanski

Lwowianin czasowo mieszkający w Krakowie

 Image result for fotografie polskie poemat

OD AUTORA

W 100-LETNIĄ ROCZNICĘ ODZYSKANIA PRZEZ POLSKĘ NIEPODLEGŁOŚCI.

Poemat martyrologiczno - niepodległościowy "Fotografie polskie" został wydany w 2000 roku. Obecnie w roku 2018 z okazji 100 - letniej rocznicy odzyskania przez Polską niepodległości ukazuje się  drugie wydanie poematu poszerzone o cztery części:

- Wiersze nie tylko lwowskie,

- Maluję wiersze i piszę kwiaty,

- Spotkania teatralne.

 - Moja Muza.

Natomiast nie powtarzam w obecnym drugim wydaniu części zatytułowanej "Dokumentalia", w której zawarty był KOMUNIKAT Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania przez niemieckich najeźdźców faszystowskich w Lesie Katyńskim jeńców wojennych – oficerów polskich.

Ów tekst ("Kłamstwo katyńskie 1940") został w 2017 roku udostępniony w Internecie przez stowarzyszenie Rodzin Katyńskich. http://kalendarium.federacja-katyn.org.pl/komunikat-komisji-burdenki/

1944 styczeń 24, Moskwa.– Komunikat Komisji Specjalnej.

Poemat "Fotografie polskie" uzyskał pewną rangę w historii literatury pięknej. Wielokrotnie były prezentowane fragmenty poematu, jak również w formie monodramu przez wybitnych aktorów scen polskich, lwowskich i amerykańskich. na scenach narodowych - Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Teatru Groteska w Krakowie,  Filharmonii Krakowskiej, we Lwowie, Wrocławiu, Warszawie, Tarnowie, Zakopanem, Dąbrowie Górniczej, w Stanach Zjednoczonych w Chicago i w Los Angeles w czasie mojego tourne' w 2001 roku. Szczególnie istotne edukacyjnie były moje wieloletnie spotkania z poematem "Fotografie polskie" z młodzieżą szkolną w Filharmonii Krakowskiej, jak i w Żydowskim  Muzeum Galicja w Krakowie i w Stowarzyszeniu Dzieci Holokaustu. organizowane przez Towarzystwo Opieki nad Majdankiem oraz przez Polski Związek Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych,  jako konieczna edukacja, prowadzona również w wymienionym muzeum przez Józefa Rosołowskiego prezesa Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych. prezentującego na tych spotkaniach trzy moje książki "Fotografie polskie" poemat, oraz prozę historyczną "Mord polskich dzieci w łódzkim getcie" i Adam Macedoński i Aleksander Szumański z siedmiu pagórków fiesolskich.

Poza mną poemat "Fotografie polskie" był prezentowany na spotkaniach autorskich przez  - Tadeusza Szybowskiego, Ryszarda Krzyżanowskiego, Barbarę Denys, Danutę Michałowską, Łucję Karelus - Malską, Halinę Kuźniakówną, Andrzeja Rosiewicza ,Jana Güntnera, Jana Adamskiego, Piotra Skrzyneckiego, Janinę Węglińską - Flis, prezes Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo Wschodnich we Wrocławiu, Grażynę Potoczek - klub dziennikarzy polskich w Krakowie "Pod Gruszką", Romana Hnatowicza, Marię Przybylską, , Juliana Jabczyńskiego, Halinę Cieślińską - Brzeską, Mieczysława Święcickiego, Wojciecha Habelę, Franciszka Makucha, Tadeusza Kwiatkowskiego, Jana Poprawę, Zbigniewa Ringera,  Zdzislawa Dudzika, Adama Macedońskiego, Jerzego Feinera, Barbarę Brzezińską, Zbigniewa Zapasiewicza, Józefa Komarewicza, Jerzego Michała Czarneckiego, Wiesława Michnikowskiego,  Ninę Repetowską, Tadeusza Zygmunta Bednarskiego, Ryszarda Rodzika, Henryka Bąka, Marię Klejdysz, , Olgierda Jędrzejczyka., Danutę Rinn (Danutę Smyklę),  Ewę Stolzman -Kotlarczyk, Iwę Korsak Sabudę, Krystynę Jezierską, Konrada Strzelewicza, Jana Majdę, Barbarę Urbańską, Elżbietę Lesiak - prezes Krakowskiego Stowarzyszenia Dzieci Holokaustu.

Istotne dla prezentacji poematu było Muzeum Historyczne Miasta Krakowa, które organizowało spotkania  edukacyjne z tym poematem w Zwierzynieckim Kole Przyjaciół Sztuk Wszelkich, w Bronowickim Kole Przyjaciół Sztuk Wszelkich, wydając "Śpiewnik patriotyczny" oraz liczne biuletyny  "Spotkania teatralne". Kustoszem Muzeum Historycznego był mój Ojczym dr Tadeusz Nowak. a po jego śmierci

dr Henryk Świątek - organizator naszych spotkań z poezją.

Poemat "Fotografie polskie" napisałem z myślą o martyrologii narodu polskiego w czasie trwania II Wojny Światowej, ze szczególną myślą o Katyniu 1940, niemieckich obozach koncentracyjnych w okupowanej Polsce, zbrodniach NKWD i Gestapo oraz OUN - UPA na terenach Kresów Południowo Wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej.

Poemat nie jest wolny od koligacji rodzinnych, zważywszy, iż większość członków mojej rodziny zginęła w czasie okupacji niemieckiej i sowieckiej.

Z pożogi wojennej ocalała jedynie moja Matka i ja, dzięki "Żegocie" Zofii Kossak - Szczuckiej i bezpośrednio  licznym Polakom we Lwowie, Przemyślu i w Krakowie,

w tym majorze Policji Polskiej, członkowi AK, Franciszkowi Erhardtowi, przyjacielowi naszego lwowskiego domu. 

Najboleśniejszą stratą dla nas była zbrodnia  dokonana w tzw. "Akcji Nachtigall" na moim śp. Ojcu docencie medycyny Maurycym Marianie Szumańskim ginekologu - położniku, asystencie profesora Adama Sołowija w jego katedrze na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza we Lwowie. Profesor Adam Sołowij, najstarszy polski, lwowski uczony zginął 4 lipca 1941 r. na Wzgórzach Wuleckich we Lwowie.

Lwów to miasto mojego dzieciństwa i urodzenia 12 listopada 1931 roku, który opuściliśmy z Matką po zamordowaniu mojego śp. Ojca 4 listopada 1941 roku, przenosząc się do Krakowa.

Moja Matka, filolog polski, nauczała historii i języka polskiego w lwowskich szkołach powszechnych i średnich. Była miłośniczką poezji klasycznej, szczególnie epok literackich Romantyzmu i Młodej Polski. Czołowymi poetami dla niej byli Juliusz Słowacki, Kornel Ujejski i Skamandryci. Już od mojego wczesnego dzieciństwa mówiła z pamięci obszerne fragmenty twórczości tych poetów, wielokrotnie, tak, iż znam np. całego "Ojca zadżumionych" na pamięć i obszerne fragmenty "Kwiatów polskich" Juliana Tuwima.

Spotkania poetyckie z moją Matką zapewne zaowocowały własną miłością do poezji, czego dowodem jest krytyka literacka "Fotografii polskich" autorstwa Jerzego Michała Czarneckiego b. prezesa Krakowskiego Oddziału Związku Literatów Polskich (KOZLP), znajdująca się w części "Krytyka literacka i recenzje" - dramatopisarza i poety, który podkreślił paralele "Fotografii polskich" do twórczości Juliusza Słowackiego, jak i prezentacja mojej twórczości w Radiu Lwów w maju 1941 roku, gdy miałem 10 lat.

Obecne poszerzone wydanie "Fotografii polskich" jest drugim wydaniem poświęconym 100-letniej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości.

Poszerzenie drugiego wydania polega na wprowadzeniu czterech  dodatkowych  części. Pragnąc wprowadzić dodatkowe tytuły korespondujące ze Lwowem uzupełniam poemat częściami  wymienionymi powyżej, Wydanie pierwsze ukazało się  w 2000 roku nakładem wydawnictwa "Paweł Kubowicz" dedykowane Rodzicom. Drugie wydanie dedykuję mojej Muzie - małżonce - lwowiance Alinie de Croncos Borkowskiej - Szumańskiej, której dedykowana jest część poematu "Moja Muza".

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego12 września 2005 r. uhonorowało mnie za poemat "Fotografie polskie" Medalem Komisji Edukacji Narodowej.

W dniu 19 stycznia 2006 r. otrzymałem podziękowanie za opatrzony dedykacją poemat "Fotografie polskie" od Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Lecha Kaczyńskiego.

Podziękowania otrzymałem również od Prezydenta Miasta Krakowa Józefa Lassoty, Towarzystwa Opieki nad Majdankiem oraz od Towarzystwa Społeczno - Kulturalnego Żydów w Polsce Oddział w Krakowie, którzy m.in. napisali:

"(...) zaprezentowana przez Pana własna twórczość poetycka wysłuchana została przez nas z dużym zainteresowaniem i wywarła na zgromadzonych wielkie wrażenie(...)".

Podziękowania jako kopie druków znajdują sie w książce. Fotografie "Cmentarz Obrońców Lwowa" są mojego autorstwa.

W słowie autorskim do wydania pierwszego napisałem -" (...)Poemat "Fotografie polskie" nie stanowi autobiografii, choć tak może być odczytany. Jego fragmenty dokumentują bowiem gehennę narodu polskiego postrzeganą poprzez wymiar osobisty (...)".

Innego zdania był krytyk literacki, Jerzy Michał Czarnecki, który m.in. napisał: "(...)Ów „wymiar osobisty” jest tutaj jednak niczym innym, jak autobiografią wewnętrznych przeżyć, doznań i przemyśleń twórcy . Tym bardziej autentycznych, że wydarzenia tamtych dni dotknęły poetę  bezpośrednio. Jego  ojciec , Maurycy Marian  Szumański doc. med. ginekolog – położnik na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza, w katedrze prof. Adama Sołowija, został rozstrzelany przez hitlerowców wraz z grupą polskich intelektualistów(...)".

W obecnym wydaniu "Epilog" był już opisany w słowie "Od autora" do wydania pierwszego, podanego poniżej.

 

OTRZYMALEM HONORIS GRATIA

 

Oto pismo, które otrzymałem w lutym 2018 roku:

 

"Uprzejmie informuję, że Prezydent Miasta Krakowa rozpatrzył pozytywnie wniosek o odznakę Honoris Gratia dla Pana Aleksandra Szumańskiego.

W najbliższym czasie w Biuletynie Informacji Publicznej Miasta Krakowa ukaże się zarządzenie Prezydenta Miasta Krakowa w niniejszej sprawie.

Nawiązując do poprzedniego mojego e - maila  proponujemy, aby Pan Szumański został odznaczony podczas uroczystości wręczenia odznak z okazji święta miasta. Taka uroczystość jest planowana 4 czerwca 2018 roku w Sali Obrad Magistratu".

 

 Z wyrazami szacunku

Mariusz Kisiel

Główny Specjalista

 KANCELARIA PREZYDENTA

Biuro Współpracy Krajowej

 tel. 12 616 17 59; tel. kom. 519 545 538

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

 Słowo wstępne "Od Autora" do wydania pierwszego w 2000 roku:

 

Poemat "Fotografie polskie" nie stanowi autobiografii, choć tak może być odczytany. Jego fragmenty dokumentują bowiem gehennę narodu polskiego postrzeganą poprzez wymiar osobisty.

Przedrukowany w części dokumentacyjnej  "Komunikat Komisji Specjalnej do ustalenia i zbadania okoliczności rozstrzelania przez najeźdźców faszystowskich w lesie katyńskim jeńców wojennych - oficerów polskich"  został zamieszczony w krakowskim "Dzienniku Polskim" z dnia 5 marca 1955 roku. Przekazuję w całości ów komunikat bez komentarza, jako, że "Kłamstwo katyńskie 1940" w Polsce znane jest ogólnie.

Numer tej gazety odnalazłem w archiwum mojego śp. Ojczyma historyka dr Tadeusza Nowaka. Był on przede wszystkim wybitnym badaczem okresu historycznego Polski lat 1655 - 1660 potopu szwedzkiego.

Potop szwedzki – najazd Szwecji na Rzeczpospolitą Polskę w 1655 w czasie II Wojny Północnej (1655–1660).

Był on m.in. badaczem zbrodni niemieckich i sowieckich okupantów Polski popełnionych na narodzie polskim, jak również okresem tzw. Polski Ludowej. Pełnił funkcję kustosza Muzeum Historycznego Miasta Krakowa.

Tekst w języku japońskim pochodzi z fragmentów książek "Fotografie polskie", "Przeżycie" i "Kraków i Żydzi" mojego autorstwa w wolnym przekładzie Japonki Kazuko Tamura, absolwentki filologii polskiej na UJ.

Książki "Przeżycie" oraz "Kraków i Żydzi" ukazały sie tylko w języku  japońskim. Kazuko Tamura jest wydawcą i tłumaczką współczesnej literatury polskiej na język japoński w oficynie wydawniczej Kazuko Tamura - Nagasawa Kannegasaki - cho. W przytoczonych w "Dokumentaliach" fragmentach tych publikacji w języku japońskim wydrukowano mój życiorys, fragmenty wierszy z tomu "Odlatujące ptaki" i fragmenty podanych tytułów.

Epilog "Fotografii polskich" poświęciłem Abrahamowi Suckewerowi  polskiemu poecie, żyjącemu w Izraelu, a tworzącemu w języku literackim jidysz.

Abraham Suckewer urodzony w Smorgoniu niedaleko Wilna przeżył w Polsce dramat Holokaustu.

W "Dekadzie Literackiej"  z 31 sierpnia 1999 roku ukazał się w tłumaczeniu z jidysz przez Jana Goślickiego  utwór Abrahama Suckewera:

 

1981

 

"Ta ręka należy do mnie, czyjaś odrąbana ręka.,

Lata temu znalazłem ją w jakimś ogrodzie, w grządce pomidorów.

Ręka mężczyzny, właściciel nieznany. Stąd mam do niej prawo.

To moja trzecia ręka i tylko nią piszę.

 

Ciekawym czytelnikom - uzbiera się ich tuzin - wyznaję,

że nie ja ich karmię zaklęciami i nie ja w uszy papieru

szepcę wspomnienia, niekoniecznie własne. Wszystko

jest dziełem tej trzeciej ręki, która leżała pomiędzy pomidorami.

 

Jidysz to jeszcze za mało, żeby móc czytać jej pismo.

Muszę się uczyć jej mowy. Nocami błądzę samotnie

po jej ścieżkach, po kamieniach, przez ciernie,

a rankiem widzę ją we wschodzie słońca pomiędzy pomidorami.

 

I mam tę odrąbaną rękę. Może, kiedy go szatkowano,

jej właściciel czule głaskał nią swoją kobietę,

a ja ją znalazłem, po tym jak ów mężczyzna ją stracił,

we wrześniu 1941, pomiędzy pomidorami".

 

Za Janem Goślickim podaję:

"Nacechowana wybitnie "treściowo" poezja Abrahama Suckewera obywa się bez komentarza i to świadczy o jego miejscu w hierarchii poetów tego wieku wysokim(...). Jest to poezja tajemnicy, wbrew znanej diagnozie Adorno okazuje sie, że poezja "po Oświęcimiu" jest możliwa pod warunkiem, iż dzieło pisania zastępuje dzieło żałoby (Tauerarbeit).

 

Za poemat "Fotografie polskie" otrzymałem podziękowanie m.in. od prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego z dnia 19 stycznia 2006 roku.

Jako autor poematu "Fotografie polskie" za ten utwór zostałem uhonorowany przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego medalem "Komisji Edukacji Narodowej".

Poemat "Fotografie polskie" w wolnym przekładzie Japonki Kazuko Tamura miał duże powodzenie w Japonii i w wielotysięcznych nakładach posiadał trzy wydania.

Byłem zainteresowany tak dużą popularnością tego utworu w Japonii.

Zapytałem o to wydawcę. Usłyszałem, iż martyrologia narodu polskiego jest bliska Japończykom i ich martyrologii.

Jako państwo Osi Japonia przeżyła dramat narodowy w czasie trwania II Wojny Światowej, związany m.in. ze zniszczeniem Hiroszimy i Nagasaki przez amerykańskie bomby atomowe, jako odwet za japoński napad na Pearl Harbour..

                                              

Opracował Aleksander Szumański , świadek historii - dziennikarz niezależny, korespondent światowej prasy polonijnej, akredytowany (USA) w Polsce w latach 2005 - 2012, ścigany i skazany na śmierć przez okupantów niemieckich.

Kombatant - Osoba Represjonowana - zaświadczenie o uprawnieniach Kombatantów i Osób Represjonowanych nr B 18668/KT3621.

 

PROLOG - PREAMBUŁA

 

"Chmury nad nami rozpal w łunę..."

 

MATCE BOŻEJ MARYI FATIMSKIEJ

W SETNĄ ROCZNICĘ OBJAWIEŃ

 

Nie wiem jak mam rozpocząć

To moje wyznanie miłości,

Królowej Polskę zawdzięczam

Ma nad Nią pieczę wieczności.

 

Nie tylko Jan Kazimierz

I szlachta w katedrze zebrana,

Nie tylko chłopcy dziewczęta,

Pastuszków świętych Kochana.

 

Nie tylko ziemi i morzu,

Górom i rzekom przesłanie,

Twoje fatimskie spojrzenie,

Twojej miłości wezbranie.

 

Matko Królowo Wybranko,

Dla Syna Twego zrodzenia,

I tajemnicy przetrwania

Boskiego Zmartwychwstania.

 

Sto lat minęło od trwania

Maryji Królowej Boskości.

Twoim poddanym na ziemi

I Świętym na Wysokości.

 

ANTEMURALE CHRISTIANITATIS

 

Dumny jestem z Ojczyzny łona,

Dumny jestem stworzenia,

Polska mnie urodziła,

Odejdę z jej imieniem.

 

Dumny jestem z historii,

Z katedry lwowskiej imienia,

Tu się zrodziła Królowa

Po sens naszego istnienia.

 

Nie tylko na Jasnej Górze,

Lecz w naszej lwowskiej stanicy,

Czuwa nad nami Ikona

I Matki Najświętszej źrenice.

 

Z niebios nam błogosławi,

Nie tylko Trzeciego Maja,

I cały naród Ją sławi

Z Jej Synem Bożego Ciała.

 

To jest Najświętsze Ciało,

Z Jej krwi i duszy spowite,

Ona pod Krzyżem cierpiała,

To tylko Jej tajemnice.

 

Najświętszej Pannie zwiastował

Archanioł Gabriel zrodzenia

Jej Syna Chrystusa Króla,

Dla Polski sensu istnienia.

 

I trwać będzie przez wieki

Polski Ojczyzny Królowa,

Warszawy polskiej stolicy,

I Jej Królewskiego Lwowa.

 

                        Aleksander Szumański we Lwowie 3 maja 2017 rok w Jej Święto

 

 

PASTERZU BIAŁY

Pielgrzymie wszechczasów,

I znów ucałowałeś swój czarnoziem złoty,

I znów się wsłuchiwałeś w poszum rodnych lasów,

Ustami rozdawałeś swe słowa klejnoty.

 

A wzrosłeś w swą ziemię tylko miłowaniem,

Wszak ukochałeś co nam było dane,

Krakowem wzrosłeś w swoje miłowanie,

I oddałeś Kraków Ojczyzny wezwaniem.

 

Stanąłeś w zadumie przed jubilera sklepem,

Przekazałeś spragnionym to co najważniejsze,

Sprawiedliwą mądrość wielokrotnym echem,

I stało się wielkie, pozorem najmniejsze.

 

Maluczkim przecie wystawiłeś trony,

Ubrałeś najskromniejszych w serc szaty królewskie,

I schyliły w pokorze swej kłosów zagony,

A lazurem jaśniały sklepienia niebieskie.

 

Ty słońce przecie wstrzymałeś w swym złocie,

A polską glebą poruszyłeś ziemię,

Orłu koronę ubrałeś w swym locie,

Bo Polską wzrosłeś w swego ludu plemię.

A imię twoje dwunastu przy Tobie,

A Imię Twoje Łaską Pańską dane,

Pasterzu Biały, w swej tiary ozdobie,

Tak nam błogosławisz jak Ci było brane.

 

W 12 ROCZNICĘ ŚMIERCI ŚW. JANA PAWŁA II

 

CIOS

 

Coś nagle się stało

I nikt już nie mieszka,

Błysnęło, zagrzmiało

I odszedł nam wszechświat.

 

W posadach zatrzeszczał,

I boli, jak boli,

Złowrogo milczący,

Jak ziemia bez soli.

 

Jak ktoś bez powicia,

Jak kształt sam bez gmachu,

Jak życie bez życia,

Posady bez gmachów.

 

I wszystko stanęło

Jak ziemia bez roli,

Łza tylko samotna

Tak boli, jak boli.

 

NIEPODLEGŁA

 

Nam jest potrzebna ufność w Panu

I zapach powstań narodowych,

W pamięci dymy nad Warszawą

Baczyński Gajcy swymi słowy.

 

Nam jest potrzebna wrogów trwoga,

Historii odzew i zwycięstwo,

Czerwonych Maków nasza pamięć,

I Orląt Lwowskich dzieci męstwo.

 

Ten naród przecie sto pokoleń,

Był ujarzmiany a swym męstwem

Łamał kajdany, męki trwogę

Przemieniał w wolność, szedł zwycięsko.

 

I poprzez dole i niedole

Męskość podnosił wrogów klęski,

Biało czerwoną kolorami

Ku Niepodległej szedł zwycięski.

 

Wszak Polska jeszcze nie zginęła,

I nie pomogą namiestnicy,

Tęcza wolności lśni blaskami,

Czas na pohybel Targowicy.

                        piosenka

https://www.youtube.com/watch?v=Pfok2XB_SYg

 

 

KATYŃ 2010

 

Znów podeptano wolność

W smoleńskim czarnym lesie.

W nieludzkiej wrogiej ziemi

Staranowano kwiecień.

 

Nie zezwolono  hołdu,

Ranom zadanym skrycie.

To miejsce to tył głowy,

W krwawy wrzesień o świcie.

 

Mamo ty byłaś ze mną

Gdy padł zdradziecki strzał.

I polską krwią urosił

Okrutnej ziemi zwał.

 

Mamo za polską ziemię

Wylała się ta krew.

W oczach mi było ciemno,

Mamo, już czas na gniew.

 

Znowu minęły lata,

I znowu wróg u wrót.

Rozpacz i gniew się splata

W następny „polski cud”.

 

Więc Polsko otwórz oczy

W zdrajców ojczyzny broń.

Co na nieludzkiej ziemi

Strzelała w polską skroń.

 

WRZEŚNIOWE SŁOŃCE

Tamtych dni

Już umierało  z latem,

A umierali razem z nim

Żołnierze Westerplatte.

 

Pancernik ogniem pluł im w twarz,

A oni skrawek ziemi

Obejmowali tak jak kwiat

Ginący w blaskach cieni.

 

A każdy pocisk odwzajemniał

Rozpacz historii - września datę,

Ostatni żołnierz krwią promieniał.

Żołnierz ostatni Westerplatte.

 

OJCZYZNA MOJA

 

Wybrałem jasność, widzę ciemność,

Podszedłem myślą nieboszczytem,

I nic nie widzę w ciemność grozy

Gdy Polska stała się niebytem.

 

Tu były łany nocą jasną,

Gdy świt się zmieniał nocy bytem,

Bory szumiały naszą wolność,

A słońce stało nad zenitem.

 

Żyto wzrastało nieopodal,

I łan pszeniczny wrosły w ziemię,

Tak czarnoziemem łan się zmieniał,

By Polską wzrosło ludu plemię.

 

Ptakiem podniebnym ludzkie oko

Rwało sie w kraju swego obraz,

Nagle stawało się widokiem

Nieba i ziemi ludu dobra.

 

Tu piłem wino szklanką miodu,

Tutaj śpiewałem pieśń radosną,

Tu matka do mnie pochylona

Zmieniała srogi mróz na wiosnę.

 

I wszystkie dzwony w niebo biją,

Lud pochylony przed ołtarzem

Myślą do Boga serce składa,

A potem myśli przed obrazem.

 

To moja ziemio, Ty Królowo,

Co łaską swoją królowanie

Bogu Ojczyznę swą polecasz,

Bo takie nasze miłowanie.

 

I nagle wrota się zawarły,

Szczęście zmienione w bryłę lodu,

Hufce zdradzieckie lud obdarły

Jak cierpiał ojciec zadżumionych.

 

Lecz Polska jeszcze nie zginęła,

Ta pieśń dla wroga wróży klęskę,

Po to mnie matka tu poczęła,

Grunwaldu nasze jest zwycięstwo.

 

NA UMORZENIE ŚLEDZTWA

PRZYPISANE LECHOWI KACZYŃSKIEMU

 

Któż Polskę uratuje

Gdy poległ Lech,

Gdy wokół wrogie zbóje

I wrogi śmiech.

 

Ojczyzna mu się śniła

I Biały Orzeł wrót,

Gdy kir mu śmierć spowiła

Któż jest u twoich wrót.

 

I twoja myśl ulata

Przez Polski próg,

Już Biały Orzeł wzlata

A wróg u stóp.

 

Ty zawsze godny byłeś,

Jak Rota słów.

Gdzie Polskę zagubiłeś

Jak twych straceńców stu.

 

Zemsta u wrót wylata

Gdy wróg u stóp.

Już czeka ręka kata,

Gdy Polsce wróg.

 

Twa miłość  Polską wzlata,

I nad nią wzleć.

Ojczyznę wolną  odda,

I gniew i miłość,

I ogień i miecz.

 

CZĘŚĆ PIERWSZA - ŚWIADECTWO DAĆ PRAWDZIE

 

ŚWIADECTWO DAĆ PRAWDZIE

Otóż me zadanie.

Jeśli wybór snadnie

Przerasta podanie,

Jaki owej prawdzie

Dać wyraz?

Uznanie?

Szukać jej wszędzie

Gdy ciemń dookoła

Przerasta możliwość

Ludzkiego poznania.

Boć czy prawdą będzie

Jasność mroku świata?

Wiernego ufania?

Jak ono się zowie

W kłamstwa życia dobie?

A prawda wylata

Nieprawdy naturą,

Światem zakłamania,

Pochowana w grobach,

Może tylko w ich cieniach

Dać świadectwo.

Prawda dookoła

Staje się smutkiem

Dawnego chochoła.

Jakże ją odnaleźć?

Cisza ci odpowie,

I nikt nie usłyszy,

Tylko ci podpowie

Umarły, zagasły

Testament człowieczy.

 

W MARTWICY POSĄG PRZYODZIANY

Zastałem rozszalałe myśli.

Gniewne, nie w żaden laur przybrane,

A zwiędłej kolor miały wiśni.

I już zachodzą swą przesłoną

I już nie trwają żadnym kwieciem,

Skrzętnie na półki odłożone

Czekają na mnie w innym świecie.

A świat to dziwny swą wiecznością,

Nieistniejący w mrokach wierzeń.

Czy słońca świecą tam ciemnością?

Dla kogóż drzwi otwartych przestrzeń?

Bo ludzka taka jest natura

Gdy nie postrzeże, nie uwierzy,

Więc myśli kłębią się w swej burzy,

Albo skłamane życia mierzą.

Wolę posągu być stworzeniem

Wykutym dłutem zapoznanym,

Wszystko jest dla mnie zrozumiałe

Jak mydła bańka - nieistnieniem.

 

POEZJĄ WTAPIAM SIĘ W OGNIWO

Katastrof łańcuch nasz dziejowy,

Tylko czy słowem można żniwo

Od plew oddzielić ziarnem mowy?

Czy można myśleć chęcią czynu

I sławić próżne swe nadzieje,

Kiedy już  uwiądł rozmarynu

Kwiat, przez dziejowe swe zawieje.

Wichr zatańcował z niebobytem,

Taniec to dziwny, zniewolony,

Nie sięgał nawet pieśni szczytu,

Ten taniec złudą upodlony.

Jakież  nadzieje gwiazdobrania

Tych spadających łez do morza?

Jakież spełnienie miłowania

Kiedy już mgłą zachodzi zorza?

Więc gdzież odpocznę niedosytem,

Któż zamknie słone me powieki?

Miałem wzróść szczęścia swego bytem,

A tu rozpaczą mówią wieki.

 

ZIEMIO MA TCHNĄCA URODZAJEM,

Jakżeś pachnąca, jakżeż dumnie

Wznosisz swe czoło Trzecim Majem

Jak złotoliście w drzew poszumie.

Kraju mój, nigdy nie zatarty,

Bo bohaterem twa stolica.

Wrogim powiewem z mapy starty,

A zawsze wschodzisz słońcem lica.

Zagrasz mazurkiem złota wstęgo,

Orłem-koroną rzeźbisz nieba,

Sobą przerosłaś widnokręgiem

Ojców pacierze o chleb chleba.

Tyś prawdą swego ludu pragnień

Boś zorzy perłą niezagasłą,

I bohaterstwem  łaski natchnień

I gwiazdą gwiazdy już nie zgaśniesz.

Ziemio ma, kraju ojczyźniany,

Wiosno pochodów-łąk ruczajem

Wtapiasz się blizną w takie rany

Które zakwitły Trzecim Majem.

 

NOCE SIĘ PIĘTRZĄ ZŁA CIEMNOŚCIĄ,

Dniami przesłania się mój mrok,

Słoneczna kula lśni pięknością

W pobliską chmurę jeden krok.

Łany się złocą w niebny szczyt

Kornie się chyląc ponad los,

I znowu wstaje szczątkiem świt

I znowu kłosem tęskni kłos.

Wzbijam się skrzydłem, a upadam,

Jak ptak przelękły, ranna łania,

A więc dlaczego, skąd tak spadam?

Nie śmiem postawić zapytania.

A ziemia tętni stadem koni,

Grzywą się ściele każdy krok,

A kropla kroplą łzę swą roni

Ostatni promień wchłania mrok.

I w poszum lasów, wir promieni

Zorza wschodząca w kolor miedzi.

Czy pięknie, pięknie na mej ziemi?

Pytam, lecz nie chcę odpowiedzi.

 

IDĘ BŁĘKITNYM SKRAWKIEM NIEBA,

Nie widzę nic, nie czuję,

Nade mną inne obce nieba,

Błękitu wypatruję.

A ciemnia tylko mnie postrzega

Firmament łez bez granic,

I ciemnią zmierzam w obce nieba,

Więc gdzież jest kres przystani?

A inne słońca zimnym dmuchem

Miast złocić się i żarzyć,

To nanizują gwiazd okruchy

W swą lodowata zamieć.

I trwa bez końca podróż czasem,

Co poczuł lęk przestrzeni,

Więc obce słońca własnym zgaszę,

Stanę się gwiazdą ziemi.

I pójdę własnym skrawkiem nieba,

Nie widząc, nic nie czując,

I juz zagasły obce nieba

Błękitu wypatrując.              

 

PERLĄ SIĘ GWIAZDY JAK NIEBNE KOLIE,

I lazur złocą.

Drzewa już pachną wczesną magnolią,

Lecz nie wiem po co.

Wąską ścieżynę leśnego potoku

Przesłania drzewo,

Mgliście i słono w rzeźby obłoku,

Nie wiem dlaczego.

Ponad turniami śniegi bieleją

Swym wiecznym chłodem,

Pozoru radość traci nadzieję

Swym serca lodem.

Na firmamencie gwiazdy się złocą,

Mrugają cienie.

Nie wiem dlaczego i nie wiem po co

Życie sie śmieje.

 

ATRAMENTEM NOC PRZECIEKA

Każdą kroplą ciemność tonie.

Pełń się zbliża, a z daleka

Widać krzak, co różą płonie.

Ciemń zrównała końskie grzywy,

Kopyt stukot w tarczę nieba,

Czarną wstęgę brzask leniwie

W otchłań nocy świt postrzega.

Zwyciężyła jasność zorzy,

Noc już pięknem dnia utonie,

Lecz dlaczego w szumie brzozy

Widać krzak, co różą płonie?

 

CZĘŚC DRUGA - FOTOGRAFIE LWOWSKIE

 

"(...)BIURKO,

A w nim (pamiętasz) ta szuflada

Do której się przez lata składa..."

 

Tak album ten Tuwima skryłem,

Aby na powrót go rozłożyć.

I co w nim skryłem, to odkryłem

By duszę swą z mych mgieł wydobyć.

Album to dziwny, zakurzony,

Skrojony w stare fotografie,

Piękny, choć stary, niezniszczony,

Przez lata spięty w starej szafie.

Pamięta loki me dziecinne,

I pokój zawsze pełen bajek,

Zabawki różne, kotki zwinne,

I flakon niezapominajek.

Widać w pokoju tym naroża,

Rysy na ścianach w półkach zgięte,

Kino "Kopernik" w swoich lożach,

I losy Lwowa w pół przecięte.

Jak zacna pani F. Szumańska,

(Później dostojna Nowakowa),

W której płynęła krew szampańska.

Śmiała sie z okien swego Lwowa.

Jak Stasia barszcz nam gotowała,

Biały, czerwony - tego nie wiem,

I z barszczem razem też się śmiała

W swojej sukience letniej, zwiewnej.

Jak pan Maurycy (własny tata)

Ściszał pacjentek niepokoje,

I gdy w młodzieńczych swoich latach

Oglądał Laszczkę w przedpokoju.

 

ZE SNU OBUDZIŁEM SIĘ SZCZĘŚLIWY,

Bo zmiłowanie wczesnym chłodem

Już otulało, a prawdziwy

Dzień wstawał roztopionym lodem.

I stare moje fotografie

Uśmiechem smutku mnie witały,

Poszukiwałem więc na mapie

Gdzie fotografie te powstały.

A fotografie te na ścianie

Tak spoglądają jakby żyły,

Mama podaje mi śniadanie

(Miłością oczy jej iskrzyły).

Rogalik z masłem, z wonią szynki

Cienko krojonej, od Feinera,

Przy Jagiellońskiej numer cztery,

A może sześć, lecz cóż litera,

Może Scheinerem te litery.

Wiem tylko jedno - sześć plus cztery

To dziesięć - równe lata własne,

Dziecięce lata tak dorosłe,

Jak ongiś wiersze "Lwowskiej Fali",

Choć dzisiaj starym mchem porosłe,

To teraz śpiewam je z oddali,

I tak jak matka zasłuchana

Rozbieram wierszy owych słowa,

A w strofach dźwięczy krwią wezbrana

Rozmowa w rozpacz przemieniona.

A fotografie te na ścianie

W postaciach stały popod ścianą,

Listą Schindlera na ekranie

Zniknęły w złocień przyodziane.

Półcienie w żółcień już przebrane,

Tak jak prawdziwe łzy płynęły,

A twarze, wówczas roześmiane

Dzisiejszym smutkiem już spłonęły.

Więc rozważałem Boże dzieło,

Na kartach utrwalone życie,

Życie uwiędła, co minęło,

Przerwane nagle w swym rozkwicie.

Ileż to szarych dni minęło,

Ileż to bólu wspominania,

Bo przecież szczęście rozpoczęło

Tych fotografii miłowania.

Przeglądam stare fotografie,

Tak jakby dziś przemówić chciały,

Milczące jednak, a potrafią

Wydobyć dźwięki czarno - białe.

Wskrzeszam postacie wiecznie  żywe

Wplecione w wspomnień mych pokrzywę,

Hiobowe pieśni dam do druku,

Norwida wspomnę :,

"Ciesz się późny wnuku,

Jękły - głuche kamienie:

Ideał sięgnął bruku".

 

"BUKIETY WIEJSKIE JAK WIADOMO"

Stały się życia mego tchnieniem,

Gdy kart ich miody poznawałem

I wyczuwałem ich dążenie.

One swą wonią wiecznie trwają

I nigdy też nie przemijają.

One mi wszystko przesłaniają,

Niczego też nie pomijają,

Ni piękna mowy mej ojczystej,

Tej mojej rodnej, tej z nad Wisły,

Ani bogactwa wszelakiego,

Tego godnego i wielkiego.

Te karty są jak las co szumnie

Przez życie wzywa kroczyć dumnie,

Z wysoka czołem podniesionym,

Pod błękit nieba podnoszonym.

Owe stokrotki i rumianki

Zdobiące sobą panien wianki,

Owe narcyzy i rezedy

Jak gdyby chciały sobą z biedy

Wyrwać, zamienić własny smutek

Na inny kolor - niezabudek.

Albo te róże, piękne dumne,

O innych kwiatach tu nie wspomnę,

Jak za dotknięciem czarodziejskiej róźdźki

Zmieniają się tu w kwiaty skromne,

Uczące w kwiatów swych skromności

Miłości, wiary i polskości,

I jako symbol tej miłości

Myślą o Zosi Opęchowskiej.

Tak  - "Kwiaty" wzywają w swym rozumie

Przez życie kroczyć polsko - dumnie!

 

PIEŚNI MA ŚPIEWNA, ŻE WE LWOWI

Trwają chłupaki hunorowi.

Pieśni ma zwiewna Łyczakowską,

A może też Zamarstynowską,

Tońcio ze Szczepciem się sprzymierzał,

Z nocnikim do kolejki zmierzał

Do bakaliji spiesząc równo,

Nie przejmowali się, że gówno

Na kartki można tylko kupić,

I niczym też się nie przejmować,

Produktem gwiazdę posmarować

I nie dać się ropusze złupić.

A na mityngach uprawiano

Debaty zaprawiane sianem.

I ludem wrogim lud przymierał

Nad swym mitycznym kształtem chleba,

Ubrany propagandą złudną

Błyszczącą jak bakalij gówno,

Bez kartek, strojną oczywiście

Mitem papieru, rolką szarą,

Używał więc gazety starej,

Druki zwycięstwa, mrowia kiście,

Albo najtaniej zwykłe liście.

Tutki Herbewo wycofano

Zmienione na machorki siano,

Zwinięte w zwykłą lwowską "Chwilę".

A żeby było jeszcze milej,

To panie biegły i rebiata,

Na durny zwariowany kark

Do magazynu Berty Stark,

Po tę kreację, co mój tata

Dyskretnie nosił pod spodniami

Aby uchronić się od wiatru,

A one strojne do teatru,

W sukniach balowych z lewatywy,

(Śmiały się nawet końskie grzywy).

Na suknie owe nakładały

Żakiet z królików podstarzały,

W mole wycięty był żakiecik,

A mózg przykryty był w berecik,

Straszny czerwieni swej purpurą,

A gdy się niebo skryło chmurą,

To parasolki rozkładano,

Które w śmietnikach wyszukano.

 

GODZINY RÓWNIEŻ POZMIENIANO,

Gdy u mnie było pół do czwartej,

To pół do drugiej ogłaszano,

I się z radością tym chwalono

Bo życie dłużej będzie trwało

O dwie godziny razem z czartem.

Pożytek z tego był nie mały

W pięcioramienne ideały.

Gdy zmrok zapadał pół do ósmej,

To u nich było  pół do szóstej.

I nikt nie wiedział czy jest piąta,

A może tylko wczesna trzecia,

Inni mówili, że dziesiąta,

A jeszcze inni, że dwunasta,

I tak nam czas czerwony zmieniał

Tę czerń w czerwienie zdobne miasta.

 

BYŁA ZIELONA TEŻ GRANICA,

San przerażony ciubarykiem,

Ułan frajerski, cyc na głowie,

A obok hitlerowskie mrowie.

I z trupią czachą - wykrzyknikiem,

Czerwono - czarna błyskawica,

Katów przymierze utrwalone,

I krwawą łaźnią zespolone.

 

LWOWIE PRZEDZIWNY, MIASTO STARE,

Wrośnięte we mnie jak ogniwo,

Za jaką zbrodnię, czy też karę,

Już nie oglądam cię na żywo.

W albumie również jest Gestapo,

Brunatna maź z swą trupią czachą,

I jak krzyczałem tato, tato!

A tato był już piekła czarą.

I pies co konał u wezgłowia,

Gdy mu zabrano jego pana,

I piekło wycia pogotowia,

Gdy matką mą poniewierano.

 

TAK, TO JEST SMUTNE CZYTELNIKU,

Gdy w pewną piękną noc wrześniową,

Miasto ubrano w bolszewików,

Także morderców z trupią głową.

 

KIEDY JECHAŁEM DO KRAKOWA,

Gdy opuściłem miasto Lwów,

Też trwała smutna noc wrześniowa,

Czarcim się sznurem pociąg wlókł.

Dudniący w czaszce stukot kół,

Nade mną nieba czarny pył,

Pode mną hebanowy dół,

Stukotem tym ten pociąg wył.

Młodzieńczych myśli moich lot,

Splecionych z sobą w ciemną noc,

Jak strzały odwróconej grot,

Wzierała w duszę diabla moc.

Ojciec zamglony już wiecznością,

Ruiny życia – ruin dom,

I dzień wschodzący  słońc ciemnością,

I ja w pociągu ludzki złom.

Matka w sweterku swym zwiotczałym,

Z skrzywioną twarzą w kątku ust,

Tylko chryzantem obraz szary,

Listopadowy symbol snu.

Snujące wkoło się koszmary,

Nieludzkie przecież jakieś łzy,

A pociąg wyje w deszcz szurszawy,

Rozpacz rozpaczy – w środku my.

I nocą czarną, nie majową,

W tanatosowym widmie snów

Tak dojechałem do Krakowa

Gdy opuściłem miasto Lwów.

 

NA NIEBIE WIECZORNYM

Miasto jest odbite,

I światłem przekornym

Zaigra z błękitem.

 

Tłum się tłumem wciska

W zapadń rozpadliska,

Myśli, że szczęśliwy,

Tłum ten nieszczęśliwy.

 

Dni mi spowszedniały

W niedzielne ulice,

W oczy przerdzewiałe

Patrzą kamienice.

 

Tynki popękane

Z duszy odpadają,

Serca rozerwane

Samotnością łkają.

 

Nieba zachmurzone

Gwiazdy przesłaniają,

Parowy zmienione

W grzęzawiskach trwają.

 

Struny przemodlone,

Miasta ćmą zaćmione,

Wichry zadymione

W żale przemienione.

 

Twarze odmienione

W oblicza nieznane,

Miasta śpią utkwione,

W smutkach pogrążone.

Trwa w swojej marności

Świat już spopielały,

Tkwi w mojej nicości

Cień znieruchomiały.

 

NA UKWITŁEJ ŁĄCE,

Pośród pól bławatów,

Panny śpiewające

I niebu i światu.

 

I w bezmiarze wonnym,

W postaciach swych tkwiące,

W błyskcieniu powolnym,

Panny śpiewające.

 

Trzymające ręce,

W zachwycie swym drżące,

Popłakują zwiewnie,

Panny śpiewające.

 

Nie uśnięte rosą

Na trawiastej grządce,

Nuty swe wywodzą,

Panny śpiewające.

 

Na poły tęskniące,

Na poły tańczące,

I niebu i światu,

Panny śpiewające.

 

Mrugające zielem,

W ołtarza kościele,

Tak jak w kwietnej łące,

Panny śpiewające.

 

I sobie i światu,

Pąkami granatu,

Już nic nie czujące.

Panny zachodzące.

 

Te wrześniowe nieba,

Pamiętna potrzeba,

Głośnie swe przedarły,

Panny już umarłe.

 

CZĘŚĆ TRZECIA - GDZIEŻ ZAGUBIŁAŚ SIĘ OJCZYZNO

 

WIERSZU MÓJ ŚCIĘTY JAK PIEŃ DRZEWA,

I nieuchwytny, bo prawdziwy,

I słyszysz tylko jak ptak śpiewa,

Albo upiększasz złota niwy,

Albo wykwitasz czarnoziemem,

Spiesząc w wykwintne niebobranie,

Nie patrząc w własne swe sumienie,

I myśli płoche łzą zebrane.

To znów przemieniasz złotopolem,

To co już dawno było dane,

I się rozczulasz nad topolą,

Albo w posągu kutą damą.

Wyznajesz swe miłości skrycie, 

Albo wędrowną dawną nutą,

Jak wyobrażasz sobie życie,

Życie już dawno w brąz zakute.

Lecz jesteś czuły na harmonię

Róż ściętych, świeżo woniejących,

Raz udających pstre piwonie,

To znowu usta warg płonących.

Lecz nie przyglądasz się martwocie,

Jawnie broczącej w krwawe żniwo,

Jesteś bezdenny w swej głupocie,

Możesz z kumplami pójść na piwo.

Więc się zapadam w to co widzę,

Więc już truchleję przed przyszłością,

Może nie widzę to co widzę,

Więc się obnażam swą nagością,

I krzykiem mogę tylko wznosić

To co nieludzkie, nie zwierzęce,

I ramię mogę swe podnosić

W piękności życia w krzyż ujęte.

 

JUŻ ZAGUBIŁEM SIĘ W KUPLECIE,

I nie wiem nawet o czym śpiewać,

Czy o rumaku na widecie,

Czy też o zwykłych kromkach chleba.

I wznoszę w górę głowę dumną,

Ubraną w laur mój poetycki,

I się sprzymierzam  lasu szumem,

Liryką pieśni, śpiewem kiści.

I zmierzam dalą w tym pochodzie

Osamotniony bezrozumem,

Buduję zamki swe na lodzie

Ślizgając się w nich z szarym tłumem.

Nad co wyrastam ponad murem,

Nad czym dumałem wstęgi dumą,

Może ostałem tylko sznurem

Napiętym mej poezji struną.

Tak chciałbym wszystko poodmieniać,

Lecz nie podołam prostym czynem,

Bo świat swym losem czynem zmieniać

To wchodzić w gęsty las pokrzywą.

A więc co czynić swą niemocą?

I czym pozbawić srebro śniedzi?

Płonącym rankiem myślę, nocą,

I nie znajduję odpowiedzi.

 

MOWO MA LUTNIĄ WYSTROJONA

Jakimi zwać cię kolorami?

Tyś przecie z zwykłych słów złożona,

A jesteś pięknem nad pięknami.

Mowo przedziwna, niecodzienna,

Słowem wznosząca kielich czaru,

W prostocie swojej wszak odmienna,

Tyś łaską jest Bożego daru.

Toniesz we wszystkich namiętnościach,

Wzlatasz podniebną wspaniałością,

A w naszych smutkach i radościach

Pochodnie wzniecasz swą wielkością.

I tylko sama z siebie rodzisz

Owoce swe z przedniego sadu,

Utkana myślą złotą brodzisz

Ubrana wstęgą winogradu.

I zawsze tylko sobą będziesz,

Słowem zwieńczona twa korona,

Ty piękno z piękna wydobędziesz,

Mowo ma lutnią wystrojona.

 

GDZIEŻ ZAGUBILAŚ SIĘ OJCZYZNO,

Gdy widzę tylko cię niewolą,

I tylko topię się szarzyzną,

I tylko myślę twą niedolą.

Łany przebrane w szachownice,

Ścięte figury te wrześniowe,

I poskręcane w ból ulice,

Ulice dziczą upodlone.

Lance na czołgi zamienione,

Z Bogiem na pasach w krzyż wiązane,

Symbolem gwałtu zbrązowione,

I w drang nach osten  mordowane.

Długi był wrzesień tego roku,

Raz pierwszy, potem siedemnasty,

Czarny, brunatny, widmem wzroku,

I siedemnasty nożem mroku.

W czerwień ubrany zmową katów,

Wrzesień nieszczęsny w polskie drogi,

Ścielący łany żmij, psubratów,

Wrzesień - wyjący wichr złowrogi.

A potem tańce tych zwycięzców,

Z krwią wymieszana pieśń niedoli,

Upiór utkany w diable męstwo,

Upiór, wszechwładny mistrz niewoli.

Miasta wymarłe sybirami,

Miasta zgaszone spopielałe,

I tylko Katyń za oknami,

I krematoria z ludzkim miałem.

 

I tak wpijały się pijawki,

Larwy czerwone, trupie głowy,

I gąsienice swastyk ssawki,

Czerwone gwiazdy-  dni wrześniowe.

Pięćdziesiąt lat widzę z oddali,

Pięćdziesiąt cyfrą polskiej kaźni,

Bo nawet trumien nam nie dali,

Ciało kąpano w gazach łaźni,

Lub w kazamatach zadręczone,

Pięcioramiennie sczerwienione

 

LIŚCIEM WIOSENNYM, DRŻĄCYM MODRZEWIEM,

Ponad pół wieku zdążam do ciebie,

I dojść nie mogę szlaku przeszkodą,

Do szczęścia zmierzam ciernistą drogą.

Ponad ruczajem w głębi płynącym,

Idę w obłokach lazurem lśniących,

Spowity żarem i niebną drogą

Idę pół wieku i dojść nie mogę.

Spoglądam w przestrzeń, a widzę niebo,

I tam gdzie jesteś tkwi smutne drzewo.

Może się w smutku drzewo zmieniłaś,

W połowie wieku gdy mnie zobaczyłaś.

 

DAWNO TO BYŁO, A TAK BLISKO,

Spoglądam w dal tę mimochodem,

Polne ścieliło się ściernisko,

A nad nim mgła kroplistym chłodem.

Liczyłem ptaki w niebnym locie,

Pacierz szeptałem nieporadnie,

I cieniem Lwowa w własnej rocie

Ujrzałem Brody - miasto wschodnie.

Chmury krążyły własnym niebem,

Słońce prażyło swoim złotem,

Nagle zaćmione czarcim żlebem,

Czarnym ptaszyskiem - diablim lotem,

Zniżyło lotnie i w ściernisko

Wstrzeliło ołowiane stożki,

Potworne było to diablisko,

Ogniem smażyło polskie wioski.

I rozpaczliwie zakrzyknąłem

Mamo! Ach mamo! W swej rozpaczy,

Ściernisko stało sie popiołem,

Uszedłem z życiem  w los tułaczy.

Wtedy ujrzałem polskie nieba,

Słońca zaćmione w swastyk skrzydła.

I urodzajna polska gleba

W czarcie zmieniła się mamidła.

 

WRESZCIE, NARESZCIE

Przybyli ulani,

Wreszcie, nareszcie,

Chłopcy malowani,

Jak w tej piosence

Miłością usłani,

Wiernością ojczyźnie,

Chłopcy malowami.

Na czołgi z lancami,

Żółtymi otokami,

Rwali do czynu

Pieśnią rozmarynu,

I pieśnią wojenki,

Krajkami sukienki

Dziewczyn miłowanych

Ułańską tęsknota,

W pola krwią zalane

Ułańską martwotą.

 

ŻOŁNIERZE

 

Oni żyją i żyć będą,

Otworzyli polskie wrota,

Im Ojczyzną była ziemia,

Polskie gaje, polskie sioła.

 

Tu ich matka narodziła,

Tu mówili swe pacierze,

W kogo wierzysz?

W Polskę wierzę.

 

W takt mazurka tak śpiewali,

Po to matka mnie zrodziła

Przecież życie jestem winien

U stóp Matki Boga Syna.

 

I modlimy się jak co dzień,

O te rzeki, miasta, wioski,

O ten jeden uśmiech zginąć,

Polski Żołnierz,

Żołnierz Polski.

 

GDZIEŻ MŁODOŚCI MEJ PORYWY

Światy pięknem wyścielane,

Gdzież rydwany młodej niwy,

Serca złotem wyścielane.

Gdzież lazury snu i jawy,

Nagie dusze nieskalane,

I zieleni soku trawy

Smakiem wiśni  w woń przebrane.

Gdzież te swą cichością wrześnie,

Maje słońca, czerwca śpiewy,

Ptaków mowy, kwiaty wczesne,

I miłosne wiatru wiewy.

Pozostały w swej nicości

Myśli me nieujarzmione,

Jesień bliska w swej żałości

Jak bijący dzwon na trwogę.

 

OJCZYZNA MOJA

 

Wybrałem jasność, widzę ciemność,

Podszedłem myślą nieboszczytem,

I nic nie widzę w ciemność grozy,

Gdy Polska stała się niebytem.

 

Tu były łany nocą jasną,

Gdy świt sie zmieniał nocy bytem,

Bory szumiały naszą wolność,

A słońce stało nad zenitem.

 

Żyto wzrastało nieopodal,

I łan pszeniczny wrosły w ziemię,

Bo czarnoziemem łan się zmieniał,

A Polską wzrosło ludu plemię.

 

Ptakiem podniebnym ludzkie oko

Rwało się w kraju swego obraz,

Nagle stawało sie widokiem

Nieba i ziemi ludu dobra.

 

Tu piłem wino szklanką miodu,

Tutaj śpiewałem pieśń radosna,

Tu matka do mnie pochylona

Zmieniała srogi mróz na wiosnę.

 

I wszystkie dzwony w niebo biją,

Lud pochylony przed ołtarzem,

Myślą do Boga serce skłania,

A potem myśli przed obrazem.

 

Ty moja Ziemio, Ty Królowo,

Co łaską swoją Królowanie

Bogu Ojczyznę swą polecasz,

Bo takie nasze miłowanie.

 

I nagle wrota się zawarły,

Szczęście zmienione w bryłę lodu,

Hufce zdradzieckie lud obdarły,

Jak cierpiał "Ojciec zadżumionych".

 

Lecz Polska jeszcze nie zginęła,

Ta pieśń dla wroga wróży klęskę,

Po to mnie matka tu poczęła,

Grunwaldu nasze jest zwycięstwo.

 

CZĘŚĆ CZWARTA - JEST TAKIE MIASTO POLSKIEJ ZEMI...

 

JEST TAKIE MIASTO POLSKIEJ ZIEMI

Które w baraki zamieniono,

Jest takie miasto polskiej ziemi

W którym miliony zamodlono.

 

Najpierw ich w łaźniach wykąpano,

Potem orkiestry grały dęte,

Później ich znowu ubierano

W pasiaste stroje wniebowzięte.

 

Sługusy pana czesanego

W ząbek żłobiony swym wąsikiem,

Się zabawiały w chowanego

Żywcem człowieka pasiastego.

 

Lecz dziwna była to zabawa,

Zwykle z udziałem B-cyklonu,

Który ulatniał z mocy prawa

Żywe istoty do Saronu.

 

Jak głaz milczący w swej zadumie,

Jak kłosy żniwne wykoszone,

Trumny chowano w innej trumnie,

Z dymem ich ciała przemodlone.

 

Najpierw ich piaskiem zasypano,

Później szkolone psy zawyły,

Potem ze śmiechu się skręcano,

Kiedy podludzie się smażyli.

 

Czasami była przeplatanka,

Jednego goja z trzecim Żydem,

Ot, taka sobie gra skakanka,

Ot, taki sobie taniec z Juden.

 

Potem po wielu, wielu latach,

Baraki stały tak jak stały,

Już nie myślały o swych katach,

W muzea się poprzemieniały.

 

I było wiele, wiele luda,

Jedni z gwiazdami, inni z krzyżem,

I dziwowali się, że ruda

Dzieweczka była tu też krzyżem.

 

 

 

 

I tak na wszystko spozierali

W głupocie ludzkiej wymodleni,

Że gwiazdy w krzyże wymieniali,

Albo na odwrót, tak jak chcieli.

 

Najpierw je piaskiem posypano,

Potem je znowu przemodlono,

Później z baraków wysypano

I je w śmietniska zamieniono.

 

MIŁOŚCI PIĘKNEM MA OJCZYZNO,

Wrażą miłością też deptana,

A wyzwolona krwią i blizną

Różą jątrzyłaś się jak rana.

 

Mówią już Tobą pokolenia,

Miasta zhańbione krwi bezmiarem,

Mówią już Tobą zniewolenia,

I mówią wieki ludu żalem.

 

Domem rodzinnym, miedzy chatą,

Wzrastałaś dumnie i podziemnie,

A zakwitałaś tylko Rotą

Zwycięsko, ale nadaremnie.

 

Więc wiem - ustanie dzień przemocy,

 I matek łzy już nie popłyną,

Więc wiem - twą jutrznią wolność wkroczy

W ten kraj co nigdy nie zaginął.

 

Bo nie zginęłaś nigdy sobą,

Przemocą zawsze nie uległa,

Królowa była i jest z Tobą

Błogosławiona - Niepodległa.

 

NA KARCIE ŻYCIA ZAPISAŁEM

"Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród",

Wszak innych ziem przecie nie znałem,

Bo tu mój dom, bo tu mój lud.

 

Wrzeźbiła matka swe pacierze,

I tak już trwają w życia kres,

I stoję wryty w polską miedzę,

Bo moja Pospolita Rzecz.

 

I dźwięczy las topoli zwiewnych,

Nutą Chopina, kłosów dum,

Rzecz czarnoleską uczą śpiewnie

Ptaki - liściastych borów szum.

 

Wstęgami zorza sie zaplata,

I maju woń powtarza maj,

Pękła niewoli zgubna krata,

Niwy się ścielą w wolny kraj.

 

I już spoglądam szkiełka okiem

W wiślaną woń wzorzystych wód,

I nad wawelskim dumam stokiem

Bo tu mój dom, bo tu mój lud.

 

WIDZISZ JAK OPADAJĘ LIŚCIE,

Żegnając smutne nagie drzewa,

A pod stopami już srebrzyście,

A pod stopami szreni gleba.

 

Kształtem natury, barwą wrażeń

Spoglądam w twarze mi nieznane,

A pod stopami sennie marzą

Me lata wcześnie zapoznane.

 

O jakże obco, obco wkoło,

A pod stopami szumna rozpacz,

Więc schylam przemodlone czoło,

I w tej postawie chcę pozostać.

 

Tu przecież byłem nie tak obco,

Tu ukochałem  nawet cienie,

A pod stopami obca rozpacz,

A pod stopami upodlenie.

 

Widzisz jak opadają liście,

I już żegnają nas, żegnają

I moja łza się skrzy kropliście,

Bo tylko Lwów był naszym krajem.

 

WIĘC DOBRZE, PISZĘ ZNÓW O KWIATACH,

Tym razem pięknem w ich purpurze,

I nie o bratkach w rząd rabatach,

Ale o makach w krwi na wzgórzu.

 

Bo one piły krew wolności,

Żołnierzy w zrywie niepodległym,

Bo one trwały w swej wielkości

Zmierzając też ku Niepodległej.

 

I utopiły dziczę zgrai,

Choć przerzedziły bohaterów,

A wrzesień powstał nagle majem,

Strojnym w zwycięstwo swych orderów.

 

I chociaż w gruzy gad przemienił

Wygodne dotąd legowisko,

To polskie drogi tak odmienił,

Jak chciało Jałty pośmiewisko.

 

 

 

 

 

 

POLSKIM SZLAKIEM

 

Gdy już wrześniowy wicher zgasł

Na polskim szlaku,

Zakwitł czerwieni pąku mak

W bojowym znaku.

 

I szli przez pola, burze, mgły,

Też polskim znakiem,

W ten legionowy upór znów,

Czerwonym makiem.

 

Na cóż nam życie w więzach złud,

Krajem zgubionym,

Okrzyk wolności niesie trud,

Makiem czerwonym.

 

Bo Polska wielkie imię ma

Żołnierskim trudem,

I pieśń z granatem morze krwi

Polski przedmurzem.

 

I Wisła szumi nieodparta

Z radości łzami,

Pękła niewoli zgubna karta,

Wolność przed nami.

 

CZERWONĄ GÓRĘ W MGLE UJRZAŁEM,

Strzelistym wiła się płomieniem,

Jak krzak ognisty dogasała,

A otulałem ją spojrzeniem,

Na poły martwym, na pół żywym,

Niby stepowej burzy zamieć,

Niby ginący strzęp pokrzywy,

Już nieparzący, bo nieżywy.

Raz zamieć śnieżna czerwień góry

Puchowym płaszczem otulała,

A mgła wraz z wichrem tańcowała,

Celując prosto w zakręt chmury.

A góra w swej prostocie cała

Rzeźną porfiru, w czerwień maków,

Tak jakby smutnie w dal wpatrzona

Coś miała z chabrów, innych kwiatów,

Ot, jakaś niedoczerwieniona.

Już krwistym wiję się pasażem,

I datą wspomnień niezagasłych,

Myślą tak dawną, barw witrażem

I krzewem róż purpurą krasnych.

A rzeki z górą sprzymierzone,

Czerwienią krwawą zespolone,

Gromem błyskawic naprzód parły

I zwyciężając nie umarły.

A czerwień niezauważona

To w krew zmieniła swe ciernisko,

Miała być gadem upodlona,

A w chwałę zmieniła sie tak blisko,

Jak chciała tylko pieśni nuta,

Nuta zwycięska, krwią wykuta.

I głowę pochyliłem nisko

Przed górą, której uroczysko

Pieśnią przetrwało ponad laty

Strojną w przydrożne polskie chaty

Co dzisiaj chwały są wspomnieniem,

Ojczyzną moją, jej istnieniem.

 

WIOSNA NATURĄ SWĄ SPOWOLNI

Pustyni piasku wirowanie,

I wtedy może się uwolni

Tej polskiej drogi zapoznanie.

Nic nie pamiętasz gdy nad tobą

Gad się panoszył i wytrwale

Ssał pijawkami polską drogę,

I w grdyki wpijał się zuchwale.

Nic nie pamiętasz, gdy dymienie

Orkiestra w marsze przemieniała,

Nic nie pamiętasz gdy sumienie

Inteligentna dzicz deptała.

Na skraju wspomnień swojej jaźni

Przekazywanej pokoleniom

Być może jakieś serca w kaźni

Są dzisiaj twoim zapomnieniem.

Być może jeszcze tylko w kinie

Ziewniesz znudzony niepokojem,

Ale w historii nie zaginie

Gdy krew się lała Polski znojem.

Gdy zbrązowiałe zbrązowieniem

Kaci łapskami ciała darły,

Gdy sczerwienione swą czerwienią

Katyńskie krzyże obumarły.

I jak poeta przepowiedział,

Że Polska jeszcze nie umarła.

I jak poeta nam powiedział,

Polska niewoli się wydarła.

Do grdyk wilczyce się wpinały,

Zemsty nie może nic powstrzymać.

I tak z ojczyzny wydymały,

By tylko pludry w garściach trzymać.

 

I WISŁA DUMNIE W SWOJEJ FALI,

Już zawsze płynie Niepodległa

To Bóg z papieżem polskim sprawił,

Wrogości Polska nie uległa!

 

"CHMURY NAD NAMI ROZPAL W ŁUNĘ"

Poeta śpiewał hymn do Boga.

Bo tylko On ten Sprawiedliwy

Pomógł pognębić łunę wroga.

Pomógł Jedyny jak w Dzień Rodzaju,

Stwórca Odwieczny, lecz nierychliwy.

Panie, jedynie Imię Twoje,

Co tak łaskawie nam zesłałeś,

Panie, co zawsze litościwie

Ojczyznę naszą nam wskrzeszałeś.

Panie, co Męką Syna Swego

Miłość Miłości nam wpoiłeś,

Bądź uwielbiony i dlatego

Że Polskę śmierci oddaliłeś.

Wołamy do Cię zawsze wiernie

Przez Syna Twego Rany Ciernie,

Niech nas nie dotknie nigdy wróg,

Tak nam dopomóż Bóg!

 

HARFĄ MI GRAŁY ŁĄK OŁTARZE,

Ksiądz Podniesieniem pochylony,

I pierworodnym grzechem zorze,

Zniszczoną barwą na wsze strony

Znały już pustkę mą beznożną,

Znały już moje rany znojne,

Bo może tylko struny trwożne

Pozornie trwały bogobojne.

Łaską obdarzon, czy złudzeniem?

Bo nibyż na cóż łaska nieba?

Czy tylko moim jest stworzeniem,

Czy tylko zwykłą kromka chleba?

Więc błogosławić me istnienie,

Czy też przeklinać wniebowzięcie?

Sam nie wiem czy ostatnie tchnienie

Diabłem, czy raju jest przyjęciem?

 

WIĘC DOBRZE, ZNOWU PISZĘ KWIATY,

Jakbym wymienić miał na drobne

Fijołki wiosen na przywarty

Bukiecik róż do mszy ozdobnej,

Którą odprawiał w zapomnieniu.

Wielebny prałat w strzęp ornacie,

Tak jakby utkwił w zadumaniu

W jakiejś przydrożnej zgrzebnej chacie.

Swój zagubiony krzyż zamienił

Na myśli płoche nieżądliwe,

Na myśli, w które klecha stary

Wpina się tak jakby w pokrzywę.

I grzechopłodne swe przywary

Przemienia w żale swe wylewne,

I czyniąc jakieś czary - mary

Odprawia swoje msze niedzielne.

Potem kazanie, nie o kwiatach,

Ale o jakichś dusz potrzebach,

I nie o bratkach w rząd rabatach,

I nie o zwykłych kromkach chleba.

I wznosi w górę ręce obie,

I szepcząc Ojcze Nasz coś w niebie

Przeklina, mrucząc  wciąż do siebie,

Niby ołtarza myśli snobie,

Wcale nie takie znów pobożne

W swojego ludu rozumieniu,

Wcale nie takie znów nabożne,

W swojego ludu ogłupieniu.

 

"WYKLĘTY POWSTAŃ LUDU ZIEMI"

Lecz z jakiej ziemi pytam właśnie,

Bo tej katyńskiej już nie zmieni,

Bo ciemń wchłonęła i rozjaśni

Już tylko mgiełka ludzkich cieni.

Może z Miednoje lub Charkowa

Przybędzie do nas nowa zgraja

I się zabawi w policaja

Lub w polnische bandit, bo zmowa

Bandyckim przecież jest zwyczajem,

I zwykła znana mowa - trawa

Stanie się nagle ziemskim rajem.

 

ROZLEWISKO PIEKŁA, BRUNATNE ŚMIETNISKO,

Trupami zalega od morza do morza,

I trwająca burza, polskie rozpadlisko,

Na lata uśpiona mej ojczyzny zorza.

Trwającą pół wieku polską noc wrześniową,

Te piszczele w brązie, morderców rozmowę,

Zamienioną w czerwień tę bandycką zmowę,

Przerwała po latach Ojczyzna czerwcowa.

 

POEZJĄ SPLATAM SIĘ W OGNIWO,

I czynię czynem nieodpartym,

Pocieram hubką me krzesiwo,

I płonę ogniem wpół przedartym.

 

Losy się piętrzą żalem wrogim,

Czy losy życia są splamieniem?

Przeglądam więc przebrnięte drogi

Czy kiedyś były mi spojrzeniem?

 

O dali błędna w przeznaczenie,

I nieskończona w swej niewiedzy,

Juz podeptałaś me sumienie

Utkwione w żyznej polskiej miedzy.

 

Więc czym spoglądać szkiełka okiem

W te moje łany pochylone,

Co więc przesłania przed widokiem,

Czy ciernie wbite w mgły przesłonę?

 

Tak wymarzyłem Cię Ojczyzno

Wyrytą w serca mojej wierze,

Przecież walczyłaś krwią i blizną,

Dziś pozostały Ci pacierze.

 

A wzniosłe naszych ojców słowa

Stały się dzisiaj nieistnieniem,

Więc po co w Orle mym korona,

Gdy pustką tylko przeznaczenie.

 

Poezją splatam się w ogniwo,

I grzebiąc utraconą chwałę,

Pocieram hubką me krzesiwo,

Bo tylko mi to mi pozostało.

 

CÓŻ, ZA NAMI CZERŃ PRZEBYTA,

Morze kłamstwa różnych dróg,

Ziemia krwawa mgłą spowita,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Cóż, za nami nieprawości,

Sprawiedliwość? - Płaski próg,

Odzian w nagość bez godności,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

A Ojczyzny świętość plamić,

Znak pokoju, w pokój wróg,

Wznosząc serca inne ranić,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Kromką chleba poniewierać,

Syty głodem płacze lud,

Ramię w ramię łzą się wzbiera,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Dzieje dawne zapomniane,

I męczeństwa gorzki głóg,

Głupcem będąc jesteś panem,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Taka moja jest pociecha,

Jak bezpańska rota nut,

Jak waląca chałup strzecha,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

Słowo się przemienia ciałem,

Gdy obłudą wkraczasz w próg,

Chciałeś tego, to co chciałeś,

A mówiłeś daj mi Bóg!

 

RÓŻA DUMNA PODNOSI GŁOWĘ,

A na niej płatki otulone,

Zwiastunem szczęścia, królowania,

To ty miłością darowana.

 

To ty niczego się nie lękasz,

Dłonie splecione z moją ręką

Już trwają tak jak twoje róże,

Już trwają w twoich snów purpurze.

 

Pozornie nie zauważone

Jak rany jątrzą się czerwone,

I już nie umrą żadne róże

Bo zasuszone  śnią najdłużej.

 

I w tej miłości królowania

Są coraz śmielsze, panowania

Już nie oddadzą żadne róże,

Szczyty miłości pną ku górze.

 

Chabrami śnią, jaśminem płaczą,

Twymi wargami niebo znaczą,

Rezedą westchną, a wiatr szumnie,

Przywionie woń co kochać umie.

 

Ty przecie jesteś moją żoną,

Żoną z swą różą spokrewnioną,

I kochasz tak jak róża umie,

Róża wyniosła w swojej dumie.

 

I pozostaniesz kwiatem losu,

I pozostaniesz losem losu,

I będziesz trwała swoim pąkiem,

Tak końcem bycia, jak zaczątkiem.

 

SZEPNĄŁA ŻONA, PISZ O RÓŻACH,

(O różach można nieskończenie),

A myślę winem, co po murze

Pnie się ku górze i zielenią

Nadaje kształtem i zapachem

Szlachetno grono kolorowe,

Jakby gmach nie był zwykłym gmachem,

Tylko przekładał piękna mowę

Na las szumiący nieopodal,

A barwy liści na tincturę.

Prostą elipsą  nadał owal,

I wtopił różę w czarne róże.

Wiem, że poezją można wiele,

Kiedy swym rymem nas ozłoci.

Rytmem więc wiersz ten tak rozścielę

By kwiatem szczycił się paproci.

Więc myślę tylko pięknym fałszem,

Różą mistycznie w woń przebraną,

By gwałt się rodził nowym gwałtem,

Bo czym mą Ziemię przyodziano?

 

JUŻ ROZPOSTARCIE W LAZUR BARWNE,

Już szczyty topią się w swej wiośnie,

Już serca rozognione niwą

Strzeliście piętrzą się radośnie.

I stukot kopyt wdzięcznie śpiewa,

I grzywy płowiejące w sanie,

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa,

I takie własne winobranie.

 

MIŁOŚĆ MA PEŁNA JEST NATCHNIENIA,

Do życia garnie się pochodem,

Rzeka z okowów zimy zdjęła

Krę spływającą ciepła lodem.

Liściem dębowy las w promieniach,

I sprzyjający wichr w swym tanie,

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa

I takie własne winobranie.

 

Gdy czarnoziemem się zezłoci,

Czy dla mnie kłosy dumą spięte?

A ziarna pustką ogarnięte

W co zamieniają się w pozłocie?

I tak się świat odmienia pięknem,

Że nie wiem czym swe serce ranię?

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa

I takie własne winobranie. 

 

Ziszczona pragnień złota jesień,

Chmury się bawią nieboskłonem,

Sam nie wiem, czy to maj, czy wrzesień,

Dziwnie spoziera w moją stronę.

Więc dumam gdzie swe kości złożę,

Już w dali widzę trójki sanie,

A w mojej duszy ból rozbrzmiewa

I takie własne winobranie. 

 

WIOSNĄ SPŁYNĘŁY KRY JUŻ LODU,

Ostre krawędzie złagodziły,

Podmuchem wiatru od zachodu,

I cieniem blasków rozbudziły

Wisły już nurty skrami tlące,

W rzece się przeglądało słońce,

Majową wonią w róż przebraną

Ale odwrotnie przyodzianą,

Bo łodygami wprost do góry,

Chciały swą zieleń wetknąć w chmury,

A czerwień wtopić w wód zebranie,

Płatkami wzdobić się i wonią,

A rzeki swojej miłowanie

Przystroić sobą wartkie tonie.

Ja stojąc, patrzę w swej zadumie,

Na życia się budzący kwiat.

I myślę - kochać już nie umiem,

I myślę - cóż jest wart ten świat.

I myślę słoną swą powieką,

Że jesteś blisko - tak daleko.

 

A W MEJ MIŁOŚCI ZAPOMNIENIE,

Silniejsze nawet niż stworzenie

Naszego świata, niebios darem,

Cudem wskrzeszenia, słońca żarem

Obejmującym mnie i Ciebie.

Cóż słońce znaczy tu na niebie,

Jeśli na ziemi jestem z Tobą,

Rzeźbą natury, mistrzów dłonią,

Boś przecie słońca jest ozdobą,

Źrenicą życia, kwiatów wonią,

Spoglądam wkoło, pustka wszędzie,

Bo Ty przesłaniasz świat miłością,

Bo wierność życia Twą wiernością,

I tak już było, jest i będzie.

Jak w mej miłości miłowanie

Tak w Twym królestwie królowanie,

I będziesz trwała ponad czasem,

Zorzą wschodzącą, nie zagasłą,

I znów spoglądasz - pachnie lasem,

A gwiazda wschodu - już nie zgaśniesz.

 

A KIEDY WPŁYNĘ NA BEZNIEBIE,

I spotkam się z różami cieniem,

Czy przyjmiesz łaską w mej potrzebie,

Czy też oddalisz swym Imieniem.

Czy podasz milcząc swoje Dłonie,

Na których przecie żem wyryty,

Czy też ubierzesz cierniem skronie,

Bom tylko gwoździem w Ciebie wbitym.

Czy byt jest w moim niebobycie,

A Tyś jest pod postacią chleba?

I chyląc głowę w swojej trwodze

Wiem czym ma dusza jest uboga.

Jam łaską stworzon, a Tyś zrodzon,

Więc skaż na życie mnie bez Boga.

 

POZWÓL MI PANIE ZOSTAĆ Z TOBĄ,

I tu na ziemi u Twych bram.

Niech Matka nasza błogosławi

Moją Ojczyznę z krwawych ran.

 

Pozwól mi Panie aby słońce

W promieni złocie dało zew.

Miłość i Polskę wiernym echem

Pacierzem Roty modlić się.

 

Pozwól mi Panie aby łąki,

Lasy i góry w polskim tle,

Nas ukochały swym bezmiarem,

Warszawskim echem każdym dniem.

 

Pozwól mi Panie błogosławić

Ten pokój który ześlesz nam.

Pozwól mi Panie Ciebie sławić

Kościół i Polskę u Twych bram.

 

Pozwól mi Panie abym umiał

Odróżnić dobro ode zła.

I myśli wierne odkupienia

Co nam zesłała Matka Twa.

 

Pozwól mi Panie uszanować

Tę łaskę którą dałeś mi.

Pozwól mi bliźnich tak szanować,

Jak uczył Syn Twój, pomóż mi.

 

 

Pozwól mi Panie wykorzystać

Ten dar przywarty do mych drzwi.

Pozwól mi Panie Cię miłować

I Polskę do mych końca dni.

 

Pozwól mi Panie gdy odejdę

I stanę grzeszny u Twych bram.

Nade mną ręce swe pochylisz,

I powiesz Polskę miłość zna.

 

WYBACZ IM PANIE, NIE WIEDZĄ CO CZYNIA,

Czy mego życia ma być drogowskazem?

Więc wybacz mi Panie, choć wiem co czynię,

To tylko miłością me życie ukarzesz.

 

Być może karą było już powicie,

Bluźniercze słowa cisną się na usta,

Bom przecie Tomaszem skazanym na życie.

Z Kariotu powstała miłości mej pustka.

 

Dlaczego skazałem Cię Boga cierpieniem,

Nie znałem Go przecie stworzoną naturą,

Dlaczego powstałem z duszy bezsumieniem,

Dlaczego sam swe życie zespoliłem chmurą?

 

Odejdę, to wiem, jak wszystko dokoła,

Przybędę, dokąd? Na twe przykazanie.

Zostawię tu wszystko i miasta i sioła

I może wiarę i Twoje posłanie?

 

A KIEDY STANĘ JUŻ PRZED TOBĄ,

Z głową mą kornie pochyloną,

Znakiem miłości mnie powitasz

Lecz o co, o co mnie zapytasz?

 

Spleciesz nade mną swoje dłonie,

Aloes wetrzesz w myśli skronie,

Błogosławieństwem mnie powitasz,

Lecz o co, o co mnie zapytasz?

 

A wtedy odrzwia się otworzą

Zabłysną dla mnie nową zorzą,

I całe życie me przeczytasz,

Lecz o nic, o nic nie zapytasz.

 

CZĘŚĆ PIĄTA - WIERSZE NIE TYLKO LWOWSKIE

 

WYDANIE DRUGIE POSZERZONE

Kiedy przeglądam każdą stronę

Ze stron tych różne mam refleksje

Jakbym zaczynał nową lekcję.

Notę bym sam wystawił sobie

Są zamówienia więc to robię.

Są zdania, gdzie miał być przecinek,

Zamiast przecinka jest wycinek,

Własną cenzurą z druku zdjęty,

Bo wcale nie był wniebowzięty.

Miała być kropka, a po kropce

Wpisałem słowa całkiem obce,

Co wcale nie są mi natchnieniem,

Kart tylko prostym wypełnieniem.

Miała być zwykła mała muszka

Z osą co wpadły do garnuszka.

Miały być wiatry szybkozwinne,

I dziewcząt wianki co niewinne,

Ścielą się złotem, srebrem, majem,

A pachną zawsze rajskim gajem.

W karty te wpisać także miałem

Zdania o których zapomniałem,

Albo być może ich nie chciałem.

Miała być jesień żałośliwa,

I zima mrozem przeraźliwa,

Miały być w barszczu takie grzyby,

Białym, czerwonym, co na niby,

Dano na obiad mój spóźniony,

Miał być też list od pięknej żony,

Co dotarł w tydzień opóźniony.

I miały być krakowskie Błonia,

I końska grzywa rozwichrzona,

I kwiaty polne, kwiaty wiejskie,

I róże rajskie, róże miejskie.

Była piosenka że we Lwowi

Ta są chłupaki hunorowi.

Zamiast piosenki powstał bajer,

Że Rudą Mańke jakiś frajer,

I to w dodatku w dym pijany

Przylepić chciał do mokrej ściany.

Miała być Helcia w Kulparkowi

I goły Antyk co miał w głowi

Zawsze pijaną karuzelę

Co mu śpiewała co niedzielę

Gdy  Helcie trzymał za specyjał,

I szpundyr mundyr z nią wywijał

Antyk ja ciebie w morde strzele.

Ulica była Kupernika,

Gdzie stała panna bez bucika,

Gdy sie jej spytać dzie je bucik?

To panna mówi że jej ucik.

I o miłości pisać miałem

Nie wiem dlaczego zapomniałem?

Miała być także niespodzianka,

O żonie co każdego ranka

Podaje mi podniebny trunek,

To taki trunek-pocałunek .

Miało być także o nadziei,

O ptakach śpiewających w kniei,

O kotkach żony co dokładnie,

Siusiają wokół gdzie popadnie.

Miały być także sny wyśnione

I dłonie tobą wytęsknione.

Albo zabrakło mi konceptu,

Lub też zwykłego intelektu,

Więc na tym kończę poszerzone

Wydanie drugie nieskończone.

 

O OBROŃCACH LWOWA

 

Oni trójkami młodej krwi,

Wpatrzeni tylko w gród swój stary,

Szli bez okopów w wolność dni

Bo zbrojni byli w łez sztandary.

 

A niebosiężna tylko moc

Zbroiła tuman młodych rot,

Szrapneli zmowę w Orlą Noc

Ramiony bronił tylko splot.

 

Oni trójkami w niebo szli,

Bo taki trwał Ojczyzny los,

Historię wbarwił ból tych dni

Wrażej potęgi czarci głos.

 

Szlakami ulic szli nieznani,

Nad nimi zaś granatów mowa,

Podle zbrojeni, ukochani,

Broniący piękna swego Lwowa.

 

W polskości grodu zadumani,

Nad nimi trwała wraża zmowa,

A byli chciani, choć niechciani

Orlęta, dzieci swego Lwowa.

 

I w chwale swej wkraczali dumnie

Pieśni nutami Kleparowa,

Gołymi pięśćmi walcząc szumnie

Szły Orły, Dzieci swego Lwowa.

 

I sztandarami bój wygrały,

W dym już rozwiana siła wroga,

Bo to Orlęta tak śpiewały,

Orlęta, dzieci swego Lwowa.

 

I w łyczakowskim gruzu wale

Spoczęły ich dziecięce słowa.

A w twardej ziemi, lwowskiej skale

Trwają do dziś Obrońcy Lwowa.

 

ZADWÓRZE - POLSKIE TERMOPILE

 

Słońce znakiem wolności

Zza chmur im spozierało,

Blaskiem dziecięcej miłości

Ojczyzną spoglądało.

 

 

To druga jesień wrogości

Młodzieńczy los oplata,

W lewej ręce karabin,

A w prawej bat na kata.

 

I tak wkraczały dumnie

Dziewczęta z Kleparowa,

A chłopcy zewsząd szumnie

Bronili swego Lwowa.

 

Ich tanki to zwycięstwo,

Ich konie to bić wroga,

Ich  radość splotło męstwo,

W obronie swego Lwowa.

 

Ubrali ciernia koronę,

Tak ich uczyła mama,

 I w swego Lwowa chwale

Odbezpieczyli granat.

 

Jeden z Obrońców Lwowa

Młodziutki Jurek Bitschan

Co zginął w Lwowa chwale

Do taty list napisał.

 

Tato ja muszę okazać

Siłę jak młodzież polska,

Wroga z mapy wymazać

Z mocą polskiego wojska.

 

I walcząc bez okopów,

Swoim sztandarem z Orłem

Obrońcy Lwowa śpiewali

Pospołu ze swoim godłem.

 

A wróg im bezlitośnie

Dziecięce serca wyrywał,

Oni z miłosną pieśnią,

A lwowski wiatr ich porywał.

 

Szablami posiekani

Młodzi Obrońcy Lwowa

Co życie mieli za nic

Bóg ich w dzielności zachował.

 

Trzysta trzydzieści ciałek

Legło w przedpolu Przedmurza,

Powstały Termopile

I nie oddali Zadwórza.

 

 

 

 

 

 

MATKA BIAŁOCZERWONA

                  

Popatrz Mamo na Łyczaków

Tam brzmi chór Czerwonych maków,

Tam jest Polska, u twych stóp,

Tam jest kraj jedyny Lwów.

 

Nie płacz Mamo ja wnet wrócę,

Lecz na chwilę odejść muszę.

Nie płacz mamo, w mej czerwieni

To Lwów tylko się zieleni.

 

Lwów nasz żyje, Polski Rota,

Nic, że dzisiaj krwi Golgota,

Nic, że dzisiaj stąpasz cieniem

Ja to z Obrońcami zmienię.

 

Nie płacz mamo na mą duszę

Ja na chwilę odejść muszę,

By powrócić do twych stóp

I zobaczyć polski Lwów.

 

LWOWSKIE NIEWINNE WSPOMNIENIA

 

Zapachniało ziemiochłodem,

Pól wiankami, kwietnym płatkiem,

Łanów pochyloną głową,

I zerwanym wczesnym bratkiem.

 

W poszum gaju chłodnym rankiem

Wkradły pierwsze się promienie,

Jak dziecinna wycinanka

Przeszywają las strumieniem.

 

Kora korze niepodobna

W swej żywicy zatopiona,

Naturalną mapą zdobna

Śpi w zapachu swym utkwiona.

 

Położyłem się pod krzakiem

Malinowo niedojrzałym,

Tak przykryty polnym makiem,

Że mi róże zapachniały.

 

 

Kołysanka i skakanka,

I gra w "Zośkę" tę dziecinną,

Na przedmieściu Pohulanka

Lwowskie chwile me niewinne.

 

Zamek w słońcu, ten Wysoki,

I ulica Łyczakowska,

Na Hetmańskich Wałach sroki,

Kocie łby Zamarstynowskiej.

 

Wielki Teatr, Diabla Góra,

I gra w" gałę" w Stryjskim Parku,

Pełna siana chłopska fura,

I Paryża czar jarmarku.

 

I chasydzkie stroje zdobne,

Baby w chustach w kwiaty polne,

Obciążone tobołami,

I mlecznymi banieczkami.

 

A ulica Kaźmierzowska,

Z elżbietańskiej dziury wieżą,

I Brygidki w kraty troskach,

W martwych oknach zęby szczerzą.

 

Na Sykstuskiej bomby dziura

Tak ulicę tę zmieniła,

Że przejezdna chłopska fura

Na Floriańskiej mnie zbudziła.

 

JUŻ PRZEPŁYNĄŁEM WSZYSTKIE MORZA

I różne też zwiedziłem lądy,

Wstęgą kraśniała złota zorza,

I porywały wietrzne prądy.

 

Słońce swym blaskiem sprzymierzało,

Złotem świetliło niebne rzeźby,

To śmiało się, to znów płakało,

Wtulone w zapach młodej wierzby.

 

Biegłem od granic złotopola,

Po łan pszeniczny, dumny kłosem,

Zielono-kwietny dywan pola,

Ścielił się wkoło życia losem.

 

I tak dotarłem w uroczysko,

Przywędrowałem tu ze Lwowem,

I ukochałem ponad wszystko

Dwa miasta - Lwów mój wraz z Krakowem.

 

Dwa miasta otrzymałem w darze,

A które piękniejsze,

Czy Lwów katedrą marzeń,

Czy groby królewskie?

 

Jedno miasto śpi skrwawione,

Drugie w swym rozkwicie,

Jedno miasto porzucone,

Drugie w swym zenicie.

 

A odległe te dwa miasta

Na milę przystani.

Jedno już się nie rozrasta

I tęsknotą plami.

 

Myślę że się kiedyś uda

Dwa miasta połączyć,

Nie ma chyba nic prostszego

Jak dwa serca złączyć.

 

I liryczną pieśnią nucę

Moją myśl o Lwowie,

Ale nigdy nie porzucę

Cię, piękny Krakowie.

 

A kiedy wkroczę do wszechświata,

To chór gwiazdami mi odpowie,

Jak ptak podniebny niebo splata,

Tak dłońmi splotę cię Krakowie.

 

Nie będę pyłem złota blasku,

Księżycem zmiennym w gwiazd ozdobie,

A ukochaniem, gdy o brzasku,

Spleciesz mnie dłońmi mój Krakowie.

 

W swej czapce będę niewidzialny,

A serce duszą mi podpowie,

Śpiewając hymn mój pożegnalny,

To dłońmi splotę cię Krakowie.

 

MOJA ŻONA

 

Moja żona urodziła się we mnie,

Z mgieł powiewnych powstała jej postać,

I utkała miłością swe życie,

By już we mnie i ze mną pozostać.

 

POŻEGNANIE

 

Lwów pożegnał nas siwą już mgłą,

Za te lata spędzone wraz z nami,

I z oddali już tylko się skrzą

Kamienice i Rynek nasz z lwami.

 

I te lata ziszczone wraz z Tobą,

Na krakowskim już bruku przetarte,

Byłaś Lwowa swojego ozdobą,

Bo bez ciebie cóż wszystko jest warte. 

 

LWOWSKA PIOSENKA

 To lwowska piosenka,

Tak dzwoni, tak dzwoni,

A sercu gdy bliska

Pulsuje u skroni.

 Wędruje wieczorem,

I wstaje zaraniem,

I cieszy, raduje,

I zmienia się w łkanie.

 

To ona tak bliska

I równie daleka

To zmienia się w kamień

I ból na nią czeka,

 

To znowu radosna

I śmieszna w powiciu,

Lecz dumna Ojczyzną

Gdy mówi o życiu.

 

A gdy czas już wita

Piosenki przesłanie,

Z kamienic jej echo

Się zmienia na łkanie.

 

I zadrga swym brukiem

W miłości granice,

I szczęściem już pełne

Tęskniące ulice.

 

To lwowska piosenka,

Tak dzwoni, tak dzwoni,

A sercu gdy bliska

Pulsuje u skroni.

 

Wędruje wieczorem,

I wstaje zaraniem,

I cieszy, raduje,

I zmienia się w łkanie.

 

RÓŻE NIESKOŃCZONE

 

Spostrzegłem cię w oddali

Z naręczem śpiewu wiosny,

Owal księżyca blady,

I dumne szumem sosny.

 

Szłaś giętka i sprężysta,

W zieleń się zamieniałaś,

Powłoką nieprzejrzystą

Się oddalałaś.

 

Chciałem uchwycić wzrok twój,

Choć skrawka wiosny tchnienie,

I nagle mały powój

Zakrył mi twe spojrzenie.

 

 

 

 

A ty zbierałaś kwiaty,

Zwyczajne kwiaty wiejskie,

Tak jak przed wielu laty,

Wręczyłem ci róże miejskie.

 

Być może jeszcze trwają,

W twym sercu zasuszone,

I wciąż się oddalają,

Te róże nieskończone.

 

BAL LWOWSKI

 

Przy lwowskiej ulicy

W okrągłej sali

W kątku zasypiał

Kwiatek konwalii.

 

W rączce go miała

Dama spóźniona,

Na poły smutna,

Na wpół stęskniona,

 

Gdy nie pojawił

Się ten z oddali

Umarł i zastygł

Kwiatek konwalii.

 

Dama umarła

Z kwiatkiem uśpiona,

Na poły smutna

Na wpół stęskniona.

 

Bo nie wiedziała

Mgła konwaliowa,

Że już nie każdy

Wraca do Lwowa.

 

 HOTEL BRISTOL

 

Wysmuca twa powaga

I kształty dnia,

Już wietrznie, nie pada,

Lecz mgła.

Napis na parasolu

Lwiw,

Przy stoliku w Bristolu

Ja i ty.

Obok Wały Hetmańskie,

I pieśni peruwiańskie.

 

Wielki Teatr spoziera

Zdobny nowym tynkiem,

Wczoraj była niedziela,

A dzisiaj łzy,

Jakiś Lwiw

I ja i ty.

Upał, lecz wiatr,

Na Pohulance

Ktoś na czymś gra.

Wezmę cię na tańce

Wieczorem,

Nie pójdziesz ?

Wolisz w Bristolu

Przy stoliku pod parasolem,

I piwo jasne,

Oj, ty moja sokolica,

Sama nie wiesz co pijesz,

Wiadomo cyrylica.

Wiem, wolisz bukwy jasne

I duże jasne.

Na Kleparowie

We Lwowie.

Opadają mgły,

Daremne łzy,

Smutne dni,

Jakiś Lwiw,

Ale ja i ty.

 

JESIEŃ

 

Już jesień pod stopami

Z liści złocistych dywan ściele,

Już się oddalił lot bociani

Nadchodzi zmrok, odchodzi zieleń.

 

A pod oknami kąpią się

Perliste dżdżu kałuże,

I wiatr otwiera odrzwiom sień

A słońce cień wydłuża.

 

Myśl się do lotu tylko rwie,

Jesień przygarnia smutki,

A pocałunek twój we mgle

Bez słońca też jest smutny.

 

A wicher groźny z bólu dmie,

Rozpędza twoje łkanie,

Nadchodzi noc, nim wstanie dzień,

Do wiosny powitania.

 

WIERSZE BAŁAKOWE

KULPARKÓW

Jak tańcował w Kulparkowie,

To wariaty śmiali się,

Jóźku, Jóźku, masz źle w głowie,

Tak wariaty śmiali się.

 

 

Ze mną Mańka tańcowała

Co odwiedzić przyszła mnie,

A Kulparków krew zalała,

Jak ta Mańka tańcowała.

 

Gdy ta Mańka poszła sobie

Jeden wariat Antyk ślepy,

Za te Mańke dał mi w morde,

Do nocnika wsadził pety.

 

Mańka, Mańka, wspomnij sobie,

Husia, siusia, tup, tup, tup,

Że już tutaj w Kulparkowie,

Ja przez ciebie siny trup.

 

A ten jeden wariat Antyk,

Jak pół litra wypił se,

Dał mi facką jeszcze w morde

Bym zabawe wspomniał se.

 

Potem tylko krew się lała,

W Kulparkowie z wariatami.

I w szpitalu tańcowała

Cała sala z doktorami.

 

Mańka, Mańka wspomnij sobie

Husia, siusia, tup, tup, tup,

Że już tutaj w Kulparkowie,

Ja przez ciebie siny trup.

 

BAŁAKOWY WIERSZ O MAŃCE

 

Maniuśka popatrz na nasz Lwów

Już trzeźwem okiem,

Na Pohulance widze znów

Nasz ślub z widokiem.

 

I wszystkie dzwony się we Lwowi

Pourywaju.

Więc powiedz tylko kocham cie,

Nie tylko w maju.

 

Maniuśka och, Maniuśka siup

Ty Kliparowa jesteś cud,

Gdy na golasa,

Jesteś od pasa.

 

Ty Antoś jesteś fajny chłop             ,

Jakżeś pijany,

Jak wytrzeźwiejesz znów,

Przylepie cie do ściany.

 

Bo Mańka znaczy się

Nie jestem dla frajerów,

Więc Antoś drogi, odpieprz się.

Idź do cholery.

 

Maniuśka och, Maniuśka siup,

Ta ja bez ciebie ,jak ten trup,

Ta daj mi buziaka,

Ta nie bądź że taka.

 

Ja na zabawie jakiejś już

W straży pożarnej,

Przyjde ze szlaufem, siknę nim,

W te mordy małpie.

 

Więc nie opieraj się Maniuśka,

Daj mi swe serduszko,

Bo ja się dziś zastrzeli

Z tobą na karuzeli.

 

Najpierw cie w morde strzeli,

Jaśni anieli.

 

NOWY ANCUG

 

Kupił ja sy ancug nowy

I do moi hulam baby,

Piji likir bananowy

Babie daje swoju graby.

I zakładam klawy bajer,

Na harmoszce nowy sztajer.

Baba si ze śmichu ścieli,

Ta ja fruwam w karuzeli.

 

Rach ciach ciach,

Baby w piach.

I jasny anieli

Koguś w morde szczeli.

 

Baba w bałak, daj sy spokój,

Bo to ja cie w morde szczeli

Będziesz miał wybite oko,

Ty drymbajło co w niedzieli

Pod kościołem zginasz graby

Nim do swoi hulasz baby.

 

Pomalutku aż do skutku

Jak si hajdać zaczniesz w kółko

To pod hajrem cie upieszcze

Poznasz wtedy Antka Ziółko.

 

Antyk ty na nerw zagrywasz

I hałukasz na bezdurno,

Jestem Mańka a nie zgrywa,

Z nami aus, ja mówie równo.

 

 

 

 

Jojkasz, jojczysz nie do wiary,

Ja katulam si do ciebie,

A ty mi potyrcze sadzisz

Mnie przy tobie tak jak w niebie.

 

Antyk jesteś zawierucha

Co w ancugu do mnie drybasz,

Ancug nowy, zmiętolony,

Jak pod chajrem wciąż przebywasz.

 

Kupił ja sy ancug nowy

I do innyj hulam baby

Co na rogu Kupernika

Stoi cięgiem bez bucika.

 

Rach ciach, ciach

Babu w piach

I jasny anieli

Koguś w morde szczeli.

 

CZYKULADKI I CUKIERKI

Słodziusieńki bumbunierki            ,

Pienkny panny, kwiatów mowa

A to wszystko jest zy Lwowa.

 

Popatrz z góry na Łyczaków

Tam jest smak pachnących maków,

A frajery z Kleparowa

Przecież takży są zy Lwowa.

 

Gdy muzyczka rżnie sztajera

Lwów piękniejszy niż Riwiera,

Bo na rogu Kupernika

Tańczy panna bez bucika.

 

Po Gródeckiej jedzie tramwaj,

A my dwaj są obacwaj.

A tu Antek leje w mordę

Pół literka i jest lordem.

 

Czykuladki i cukierki

Słodziusieńki bumbunierki,

Pienkny panny, kwiatów mowa,

A to wszystko jest zy Lwowa.

Wezme babe swe pod pachę,

To mi fundnie drugą flachę.

Policjanci i złodzieje

W mordę wódę każdy leje.

 

A po wódce twoja Mańka

Jest jak w cyrku Wańka - Wstańka.

Mańkę widać jak na dłoni,

A frajera frajer goni.

 

 

Gdy ze Lwowem sztamę trzymasz

To nie będziesz za oryginał,

Bo gdy się urodzisz znów

To zobaczysz miasto Lwów.

 

I cukierki czykuladki

I amantów własnej babki,

Swoje meszty na stoliku

Rudą Mańkę na nocniku.

 

Przy twej Mańce jakiś frajer,

Uskutecznia ręczny bajer.

Ja frajera facką w mig.

Absztyfikant był i znik.

 

Bal u ciotki Bańdziuchowej,

Trzymam dziunię szczegółowo.

Dziunia klawa ja też szyk,

Frajerowi portfel znik.

 

I cukierki czykuladki

Dookoła nowe babki,

Pienkny panny kwiatów mowa,

Skąd te panny? Z Kleparowa.

 

Czykuladki i cukierki,

Słodziusieńki  bumbunierki,

Pienkny panny, kwiatów mowa,

A to wszystko jest zy Lwowa.

 

JANOWI PIETRZAKOWI

 

Panie Janie wspaniały,

Panie Janie przejrzysty,

Co to z Polską przychodzisz

I ochraniasz Jej twarz,

Panie Janie jak trwały

Jest Jej pomnik wieczysty.

Tak piosenka i wiersz Twój

Będą trwalsze nad głaz.

 

Panie Janie co nosisz

W swoim sercu Królową,

W Jasnogórskim Jej wzlocie

Wypatrujesz Jej próg,

Panie Janie Ty kwiaty

I ciernistą Jej drogę

Wciąż przemieniasz piosenką

Na ojczyzny swej trud.

 

Nielegalne wciąż kwiaty

Ułożone pod krzyżem,

Na tej ziemi legalnej

Ale mokrej od łez,

I powstaje już Twoje

Nielegalne Zadwórze

Z Obrońcami Ojczyzny

Co ginęli bez łez.

 

Czy życzenie Twe Janie

Aby Polska Twym hymnem

Niepodległa miłośnie

Obroniła swój zew,

Nie zginęła jak pragniesz

I w tysięcznej swej wiośnie

Zaśpiewała wraz Tobą

Swoim wrogom na gniew.

 

/na Krakowskim Przedmieściu 2 maja 2012  roku w czasie koncertu Jana Pietrzaka/

 

KORNELOWI MAKUSZYŃSKIEMU (na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem )

 

Na litym kamieniu położyłem dłonie

Jakbym chciał do życia powołać minione.

Czoło pochyliłem w myśli swej zadumie

Jakbym chciał zapłakać, a tylko to umiem.

 

Literkami ryte imienia Twe słowa,

I w tej wiecznej ciszy z sobą ma rozmowa,

Góry ukochałeś i dziecięce wzloty

Słowem nakarmiłeś górne nasze loty.

 

Słowa wyrzeźbione w serc naszych rozumie,

Słowa które każdy na pamięć z nas umie.

Trwa po wszystkie lata piękno zapoznane,

Tylko tym nielicznym co nie było dane.

 

ZA GÓRAMI ZIELENICA

Strumyk płynie lądem,

Poczekamy do księżyca,

Popłyniemy z prądem.

 

Ty mi podasz usta sierpniem

Ja ci oddam majem,

W Wielkim Wozie na przyczepkę

Miłość nad ruczajem.

 

Hej ognista pięknolico,

Pachniesz modrą sosną,

Weźmiesz w jasyr moje życie

Co mi oddasz wiosną?

 

Posłuchała, zapłakała

Modrą zielenicą,

Prócz miłości nic nie miała,

Tylko pięknolico.

 

 

 

 

Za łzy twoje w zielenicy

Dam ci skrawek nieba,

Co wieczorem pod twym oknem

Miłość ci wyśpiewa.

 

Hej ognista pięknolico

Pachniesz modrą sosną,

Weźmiesz w jasyr moje życie

Co mi oddasz wiosną?

 

PIEKŁO I NIEBO

Przypowieść chasydzka

według Jane G. Goldberga

 

PIEKŁO

 

Wokół kotła siedzieli zgłodzeni,

Z długimi na trzonkach łyżkami,

I nie mogli się najeść zbiedzeni

Dłuższymi od ramion trzonkami.

 

NIEBO

 

Wokół kotła syci siedzieli,

Tak radośni, jak każdy w niebie,

Łyżki dłuższe od ramion mieli

I karmili nawzajem siebie.

 

POD DZIKIEM BLUSZCZEM

Rosła róża,

Może zmęczona, może zła,

Gdy inne róże swoim pąkiem

Obejmowała szara mgła.

 

Nad różą wichr się usadowił,

Może zmęczony, może zły,

I inne róże tak ozdobił,

Że się nie bały szarej mgły.

 

I smutna róża zapłakała,

Może zmęczona, może zła,

Że zapach swój ofiarowała

Pod dzikim bluszczem szara mgła.

 

 

JEST TAKIE MIASTO NA SWIECIE

AUTOR LONGINA  SIKIRNICKA

 

Jest takie miasto na świecie

Na siedmiu pagórkach stojące,

Gdzie wiosną kwitną kasztany

I bzy fioletem pachnące.

 

 

 

Jest takie miasto na świecie

Gdzie zorze wiecznie pałają,

Gdzie w letnie ciche wieczory

Srebrzyste gwiazdy spadają.

 

Jest takie miasto na świecie

Gdzie rankiem lśni rosa na trawie,

Gdzie w Stryjskim Parku pływają

Białe łabędzie na stawie.

 

Jest takie miasto na świecie

Gdzie szumią wuleckie drzewa,

Gdzie Orląt krzyże cmentarne

Wśród których cichy wiatr śpiewa.

 

Jest takie miasto na świecie

Gdzie pamięć wieków wciąż żyje,

Gdzie każdy zakątek - historią

I serce gorące bije.

 

Jest takie miasto na świecie

Gdzie ludzie wierni kochani,

Gdzie swemu miastu na wieki

Semper Fidelis - oddani.

 

Jest takie miasto na świecie

Jedyne i nie zapomniane,

I właśnie dlatego jest Lwowem

Semper Fidelis nazwane.

 

                      Longina Sikirnicka, lekarka lwowska ("Cracovia Leopolis")

 

BOŻE NARODZENIE 2009 WIGILIA

 

A w mej miłości zapomnienie,

Silniejsze nawet niż stworzenie

Naszego świata, niebios darem,

Cudem wskrzeszenia, słońca żarem,

Obejmującym mnie i ciebie.

Cóż słońce znaczy tu na niebie

Jeśli na ziemi jestem z tobą,

W ten jeden wielki dzień zrodzenia,

W lichej stajence sens istnienia,

Boś przecie słońca jest ozdobą,

Źrenicą życia, kwiatów wonią,

Spoglądam wkoło, pustka wszędzie

Bo ty przesłaniasz świat miłością,

Bo wierność  życia twą wiernością

I tak jak było jest i będzie

Jak w mej miłości miłowanie,

Tak w twym królestwie królowanie

I będziesz trwała ponad czasem

Zorzą wschodzącą nie zagasłą,

I znów spoglądam pachnie lasem

I lwowskim niebem ponad czasem.

 

KTO TY JESTEŚ?...POLAK MAŁY...

(PARAFRAZA)

Rozmowa pod Krzyżem Pańskim przy Pałacu Prezydenckim w Warszawie w sierpniu 2010 r.

 

Kiedy ostatnio nogi myłeś ?  

Już nie pamiętam proszę pana,

Kiedy ostatnio wódkę piłeś ?

To było wczoraj wcześnie z rana.

 

Kiedy ostatnio się modliłeś ?

Gdy Zośkę oplułem raz w tramwaju.

Kiedy się z kolegami biłeś ?

Z Zenkiem w mordowni, z Krzyśkiem w Kłaju.

 

Kiedy ostatni raz się uczyłeś ?

Nie chodzę do szkoły proszę pana,

Kiedy ostatnio w żyłę waliłeś

Codziennie to robię pijąc szampana.

 

Kiedy ostatnio o Polsce myślałeś ?

Że niby iść w Polskę proszę pana ?

O tym codziennie sobie myślę

Od rana do wieczora i od wieczora do rana.

 

Ile właściwie masz lat ?

Może dwanaście, może trzynaście,

Nie mam pamięci do dat.

                            

NA SZCZYCIE KOPCA UNII LUBELSKIEJ

 

Na szczycie Kopca
Nikt mnie nie wita,
Tylko białoczerwona
Kirem spowita,
I inne twarze
Rozpaczą obce,
Lecz polska ziemia
I polskie kopce,
I polski pejzaż
U progu stóp,
I inna mowa
Ciernisty głóg.

Tu były grudnie
Tu były maje,
Wolności orlej
Bystre ruczaje.
Tu była strzecha,
Czeremchy pola,
I zapach Wilna
I śpiew Podola,
Tu była Polska,
U stoku Lwów,
Jak w tej piosence
Co chcesz to mów.

 

CZĘŚĆ SZÓSTA - MALUJĘ WIERSZE I PISZĘ KWIATY

 

AMOR VINCIT OMNIA...

 

Miłość zwycięża wszystko,

Prawda niewątpliwa,

A gdy zgaśnie ognisko

Cóż wówczas przybywa?

 

Lalka z porcelany?

Czy słońce w przedblasku?

Czy kwiat malowany

Iluzją w potrzasku?

 

Czy bilet fałszywy

W podróży do nikąd?

Czy obłok leniwy

W umarłym błękicie?

 

Czy miłość w nierządzie?

Czy rząd bez miłości,

Gdy osa użądli

Nadzieje przyszłości?

 

Amor vincit omnia

Tak orzekło quorum,

A mnie się przygląda

Asinus asinorum

 

In saecula saeculorum

 

MALUJĘ WIERSZE

I PISZĘ KWIATY,

Myśli najszczersze

Me poematy.

 

Wiersze malować

Nie żadna to sztuka,

Ale kwiaty śpiewać

Co serce wystuka.

 

I tak to wonią

Wiersze powstają

I malarską tonią

W poezji swej trwają.

 

Kwiaty swawolne,

Chabry, goździki,

Róże dowolne

Kwietne promyki.

 

 

Wiersze maluję

I piszę kwiaty,

Bo moja dusza

To poematy.

 

TĘSKNICA

 

Tęsknicą mnie zwodziłaś,

A tak naprawdę błyskiem,

Wieczornych twoich oczu,

Porankiem mglistym.

 

W srebrzystym śnie skąpana,

A tak naprawdę rosą,

Wieczornym dniem kochana,

I naszym losem.

 

Wargami się wtulałaś,

A tak naprawdę sobą,

Wieczorem przyrzekałaś,

I naszą nocą.

 

Chciałem uchwycić kwiat twój,

A tak naprawdę ciebie,

I wieczór naszą rzeźbą,

Odbitą w niebie.

 

Tęsknicą mnie zwodziłaś,

I blasku byciem,

I tylko jedną nocą,

A tak naprawdę życiem.

 

UFNOŚĆ

 

Zadufałem pewnej pani

Mgły porankiem, wczesnym niebem,

Otworzyłem odrzwia dla niej

Własnym celem, żyzną glebą.

 

Zanurzyłem się zachwytem,

Zachłysnąłem skrawkiem nieba,

I się stała kolorytem

W barwie pąku, woni Leda.

 

I czytała moje życie,

I pisała myśli moje,

I kochała późnym świtem,

I koiła niepokoje.

 

Już nadchodzi wiewu jesień,

W naszych sercach zorzy wiosna,

I spokojny złoty wrzesień

Zmienia w maje pieśń miłosna.

 

 

Ile to już lat minęło,

Zadufałem pewnej pani,

Bo to dzisiaj się zaczęło,

Moje życie, w życie dla niej.

 

CO TO JEST MILOŚĆ

 

Co to jest miłość?

Czy to grzech,

Wiosenny kaprys,

Pusty śmiech?

 

Cząstka przeżycia,

Szara mgła,

Postać niebycia,

W sercu skra?

 

Radość spełnienia,

Szara nić,

Szał uniesienia,

Wieczne nic?

 

Kabaret wrażeń,

Myśli splot,

Spełnienie marzeń,

Ptasi lot?

 

Kukułcze gniazdo,

Pusty śmiech,

Ściśnięte gardło,

Mokry las łez?

 

Burza wiosenna,

Lodu szkło,

Kochanka senna,

Dobro i zło?

 

Czy kocie oczy,

Wschodzący świt,

Światło przeźroczy,

Prawda i mit?

 

Uśmiech czy smutek,

Przegrana noc,

Czas niezabudek,

Słoneczna moc?

 

Już szara mgła,

I pierwszy śnieg,

I ty to ja,

I ptaków śpiew.

 

 

 

 

Wędrówki trop,

I srogi mróz,

Błąd przebaczenia,

Splecenie dusz.

 

Wrogość, nienawiść,

Wyznania zew,

Zwyczajna szarość,

I wichru wiew?

 

Przeżycia radość,

Czy chaos dnia?

I wieczna szarość,

Czy dobroć zła?

 

Świat uniesienia,

Cisza skarg,

Czystość sumienia,

Lunapark?

 

Głos  oburzenia,

Lament zła,

Światło spojrzenia,

Szara mgła?

 

Co to jest miłość?

Nagi grzech,

Wiosenna zamieć,

Pusty śmiech?

 

Radość przeżycia,

Serca kłam,

Pustka niebycia,

Śmiechu kram?

 

Mitu fortuna,

Pusty trzos,

Śnieżna laguna,

Ludzki stos?

 

Wschód niezabudek,

Spleciona myśl,

Radosny smutek,

Wczorajsze dziś?

 

Radość wspomnienia,

Czarci zwód,

Szał uniesienia,

Sytości głód?

 

Lawina pragnień,

Szał niedosytu,

Czarów omamień,

i czas przekwitu?

 

I polski Lwów,

Miłości zew,

Co chcesz to mów,

Już czas na gniew.

 

Co to jest miłość?

Nie wiem sam,

Czy serc zawiłość,

Czy życia kłam?

                                           Alusi na urodzinki 06. lutego 2017 r.

 

SPLECIONY ŚWIAT

 

Nicią jedwabiu splotę świat

Jak sianokosów stóg,

I tajemniczy wonny kwiat

Złożę u twoich stóp.

 

W tym splocie będę tylko ja

I nim przekroczę próg,

W tych odrzwiach tylko ty i ja

Złożony u twych stóp.

 

Jak złotolistny barwny krzew,

Jak nenufary słodkich wód,

W mych żyłach krąży taka krew,

Złożona u twych stóp.

 

Uprzędę również taką nić

Wyssany z kwiatów miód,

By najpiękniejszy wzrosły kiść

Złożyć u twoich stóp.

 

I będę swoim życiem trwał,

Wybrawszy jedną z dróg,

Gdzie tajemniczy legł nasz świat

U twoich stóp.

 

DZIEWECZKA

 

Szła dzieweczka złotolica

Nad nią się pochylał wrzesień,

Miała lica z krasnolica

I wetkaną w kord swój jesień.

 

Na nic tu frazeologia,

Gdy się perlą słowa piękne,

Może będzie demagogią,

Gdy przed dziewczem tym uklęknę.

 

Powiem wówczas – piękna damo,

Balast lat obciążył duszę,

Czy nie będzie więc to samo,

Gdy ci wyznam to co muszę.

 

Tyś młodości jest królową

A jam stary z siwą głową,

Gdym młodości dzierżył godło

Ciebie jeszcze być nie mogło.

 

RZEŹBA

 

Wyrzeźbiłem twoje dłonie,

Wyrzeźbiłem twoje usta,

Złotomiodne twoje skronie

Przyzdobiła krasna chusta.

 

Wyrzeźbiłem twoją postać,

Tak jak chciałbym ją oglądać,

I na zawsze w twojej rzeźbie

W mej miłości chcę pozostać.

 

PIĘKNA ZŁOTOLICA

 

Gdzie podążasz gajem

Piękna złotolico,

Pachniesz ruczajem,

Płynącym majem.

 

Konwalię majową

Sobą zastępujesz,

Czy burzy wrześniowej

Smutkiem oczekujesz?

 

Przecie pełnia lata

Przesłania twe znoje,

Ptak wysoko wzlata

Kojąc niepokoje.

 

Po drożynie leśnej

Poszukuje ciebie

A może za wcześnie

Na szczęście dla siebie?

 

PODĄŻAŁEM ZŁOTYM POLEM...

W rdzeń fioletu wrzosowiska,

Ach, szumiały mi topole,

Wichr je niemym cieniem ściskał.

 

Ach, śpiewały nawet cienie

Kłosów ziaren pszczelnie miodnych,

Koryt górskich szum - strumieniem,

Kroplą lasów strojnych.

 

Rozgęstniały dzikie krzewy,

Obejmując włosy,

Wirujące ptaków śpiewy

Podnosiły kłosy.

 

 

Widnokręgu wstęgi zorza,

Na szkle rzeźbą malowana,

Panorama w odcień morza

Słoną fala się zmieniała.

 

Kryte chmury czernią bladą

Zakrywały kwiatów bieleń,

Smutną rosą w cień zapadłą

Żalem zachodziła zieleń.

 

Podążałem lasu strugą

W szum topoli nie szumiących,

Krętą rozpadliskiem drogą,

Pustym kłosem echem drwiącym.

 

SZUMIAŁY MI MAJE..

Szumiały listowia,

Szumiały mi gaje,

Szumiały pustkowia.

 

Pachniały mi sady,

Pachniały ulice,

Pachniały mi grady,

Nawet błyskawice.

 

Woń siały potoki

Leśne kalenice,

Rzeźbione obłoki,

Strojne baletnice.

 

Śpiewały mi sosny,

Pachnące modrzewiem,

Pachniały też wiosny

Wstającym zarzewiem.

 

Otulały ranki,

I kraśne wieczory,

Zamkowe krużganki,

I dzwonne nieszpory.

 

Cienie samotności

Też się uśmiechały,

Bezbrzeżne radości

W miłości swej trwały.

 

Przeszły zimy, wiosny,

Nie świeci zarzewie,

Czemuż mi już sosny

Nie pachną modrzewiem?

 

SKRZYPEK

 

Słońce zaszło czarną chmurą,

Zasłoniła wiatr,

W noc bezsenną i ponurą

W dali skrzypek gra.

 

Wydobywa dziwne tony,

Smyczkiem wodzi lęk,

A w oddali biją dzwony

Zagłuszając dźwięk.

 

Czy te dzwony w głowie huczą,

Czy też skrzypka lęk?

Zagłuszają pieśnią kruczą

Niebny całun - tren.

 

Zaróżowia się poświata,

Skrzypce zmienia w dzwon,

Latem płacze koniec lata

Dzwonów rzewny ton.

 

A z oddali pachnie rozkosz

Jaśminowe bzy,

Kroplą bzy porannym woskiem,

Zamienione w skry.

 

Takie jesteś moje życie

Jak umarły świat,

Z dali życia dzwonów wycie,

Smętnych skrzypiec gra...

 

BEZ GRZECHU...

 

Dzień pustką się ściele,

Widm pełne noce,

Świtem w kościele

Modlitwę wznoszę,

 

Modlę się słowem,

A myślę grzechem,

Cisza odpowie

Mistycznym echem.

 

W czarnym ornacie

Ksiądz pochylony,

Ja w złudnej kracie

Z winą wmodlony.

 

Obłudna krata

Koronką nieba,

I ziemskich grzechów

Wyznań potrzeba.

 

 

I życie wieczne

Się rozpościera,

Zamiast powietrza

Pójdę do nieba.

 

Wrócę w niedzielę,

Obłudnym świtem,

Zapale w kościele

Miast świecy znicze.

 

BRAKUJE MI...

 

Brakuje mi twych pragnień,

Brakuje mi twych łez,

Brakuje mi mi twych żagli,

Brakuje mi wichru wiew.

 

Brakuje mi posążni,

Brakuje mi kroku łań,

Brakuje mi twych dążeń,

Brakuje płozów sań.

 

Brakuje mi natchnienia,

Brakuje cel mych ust,

Brakuje zrozumienia,

Brakuje nawet złud.

 

I nagle się zapadam,

I nagle jestem sam,

I nagle się zakradam

W tę pustkę moich ran.

 

NADE MNĄ...

 

Nade mną nieba czarny pył

Spleciony w lazur,

Pode mną wicher morzu wył,

Falisty mazur.

 

A wkoło roztańczonych chmur

Dmuchało słońce,

Miałaś w uśmiechu piękna wzór

I wargi chcące.

 

Spojrzałaś tylko jeden raz,

Tak od niechcenia,

A chciałaś myślą cały czas

Mego spojrzenia.

 

Myślami już objąłem czas,

Co nami mijał,

A chciałem objąć chociaż raz

Co tobą było.

Lecz cóż, zabrakło sił

Mej nieśmiałości.

Pode mną wicher morzu wył

Głębię bliskości.

 

Nade mną nieba czarny pył

Spleciony w lazur,

Pode mną wicher morzu śnił

Kwietnym pejzażem.

 

CÓŻ OZNACZA TWÓJ ŚMIECH

Gdy szlochasz?

Cóż oznacza twój gniew

Gdy kochasz?

 

Cóż oznacza twój szloch

Gdy się śmiejesz?

Cóż oznacza mrok

Gdy dnieje?

 

Cóż znaczą twe wargi

Blade?

O czym mówią skargi

Nieśmiałe?

 

Czy miłość w tobie mieszka

Jak we mnie?

A może już odeszła

Beze mnie?

 

POSZUKIWANIE...

 

Cóż, nauczyłem się wiele

Z uczonych ksiąg,

Lecz kiedy podzielę

Ciepło twych rąk

Przez moje lata z tobą,

Otrzymuję Odrodzenie

W dzielniku,

Częściej natchnienie

W wyniku

Twojego uśmiechu,

I rozkoszy krzyku,

Naszego grzechu

Niepopełnionego,

W dzieleniu

Naszego życia

Niemijającego.

Od ciebie

Nauczyłem sie więcej

Niż potrafi objętość

Ksiąg uczonych,

Nieskończoności.

 

 

 

 

Bo ty nauczyłaś mnie

W swojej mądrości

Tego,

Czego nie odnalazłem

W poszukiwaniu miłości.

 

 

WIECZORNY ŚWIT

 

Nie umiem wyrazić uczucia

Miłości co we mnie mieszka,

A mieszka kształtu czuciem

Jak wieczność..

 

Nie umiem, a tak pragnę

Zagłębić sie w tobie wszystkim,

I tak w twoją duszę wtargnąć,

Jak modrych kwiatów kiście.

 

Kocham cię słońca mową,

Kocham cię ziemi kształtem,

Kocham miłosną zmową

Piękna nadkształtem.

 

I w każdej roku porze,

I w każdej godzinie bytu,

Miłość ma to wzbudzone morze

Wieczornym świtem.

 

Kocham cię srebrną i złotą,

Diamentem wyrytym szlachetnym,

Kocham cię więc brylantową

W twym życiu kwietnym.

 

I w każdej roku porze,

I w każdej godzinie szczytu,

I w każdej złotej zorze

W ciasnej szczelinie bytu.

 

I już sam nie wiem co czuję,

Gdy pachniesz swym rozkwitem,

Niczego nie pojmuję

Wieczornym świtem.

 

BYŁO?

 

Zniknęła jak się pojawiła,

Niepowtarzalnie.

Choć jej nie znałem

We mnie tkwiła

Astralnie.

Przybrała barwy jesieni złotej

Wykwintnie.

Ja jestem kwiatem co

Nie przekwitnie.

 

I rzekła jedyne słowo - miły

Swym cieniem,

Jak mogła odejść,

Gdy była tylko

Złudzeniem?

 

KROPLA

 

Cichutko, leciutko

Na palcach się skrada,

I kropla po kropli

Swe życie rozkłada.

I skała wylękła

W granitu posadach

Cichutko, leciutko,

Uśmiechem się skrada.

A kropla po kropli

To kropli gromada,

Górę granitu

Na piasek rozkłada,

I pyłem się rodzi,

I pyłem odchodzi,

Więc po co umarłej

Na świat ten przychodzić\?

 

DLA CIEBIE

 

Pachnąca róży poziomkami

Odwracam wzrok i widzę ciebie,

Mieniącą tęczy się blaskami

Tęczy powstałej samej z siebie.

 

Przymykam oczy, widzę jasność,

Oczy otwieram nieboszczytem.

I w tej poświacie chciałbym zasnąć,

I zbudzić się twym jasnym świtem.

 

Śpiewnym odruchem twarz swą zmieniasz

Twym nagim szczytem obnażonym,

Jak księżyc złotem się odmieniasz,

Złotem twym, pięknem rozognionym.

 

Dla ciebie żniwne polne kłosy,

Dla mnie twa rozkosz uskrzydlona,

Dla ciebie ramion mych osłona,

Dla mnie kropelki rannej rosy.

 

BYŁAŚ MI PANNĄ

 

Byłaś mi panną

Zielną dziewanną

Słońca purpurą

Żywą naturą.

 

Gdy się w topolę

Już wtopoliłaś

Smukłością swoją

Słońce zaćmiłaś.

 

A jak kwieciłaś się

Nadkwieciście

Na pozór w srebrze

W sensie złociście.

 

A jak śpiewałaś,

A jak szeptałaś

I jak płakałaś

To pokochałaś.

 

I złotem srebrzysz,

I srebrem złocisz,

Stąpasz po ziemi

Pod niebo wznosisz.

 

Strzeliście – modro,

Jawnie – błękitnie,

Ty jesteś dobro

Co nie przekwitnie.

 

TĘSKNOTA

 

Idę do ciebie razem,

Idę do ciebie przestrzennie,

Smutek przemieniam w dumanie

Bezbrzeźnie mi i bezdennie.

 

Już Nowy Rok nam przyświeca,

Za nami lata zmęczone,

Tu wicher zaśpiewa na chwilę,

Zapraży słoneczko prześnione.

 

A tyle miast jest w oddali,

Ile mych spojrzeń w twą stronę,

Czy branką mi byłaś w bezmiarze,

Kochanką, miłością i żoną.

 

Już księżyc się zmienia złociście,

Wciąż jesteś przede mną i we mnie,

Czy nie jest to już wszystko jedno,

Bezbrzeźnie mi i bezdennie.

 

Miłością są tylko słowa

I snują się nadaremnie

Gdy nasza miłość do Lwowa…

Bezbrzeźnie mi i bezdennie.

 

 TWÓJ WIATR

 

Kiedy spostrzegłem cię przelotem

To nuta grała mi radosna,

Więc pomyślałem o twym złocie

I o twych porach gdy jest wiosna.

 

A gdy podszedłem mimochodem,

Stanęłaś w smutku całkiem naga,

I porównałem twój wschód z wschodem

Twego promienia gdy wiatr gadał.

 

 I twoje drzewa, ale wtórnie,

Ogołocone z liści płaczą,

I niebo nie jest już pochmurne

I moje słowa tu nie znaczą.

 

Ty też spojrzałaś mimochodem

I znowu byłaś całkiem naga,

A lód się stopił wraz ze wschodem

I wiatr istnieniem twoim gadał.

 

LICHO

 

Mieszka w tobie jakieś licho
Gdy spod oka się przyglądasz,
Czy to licho czy nie licho,
Nawet nie wiem jak wygląda.

 

Mieszka w tobie nieodziane,
Takie zwykłe, takie małe,
Sympatycznie nieubrane,
Takie licho w tobie całe.

 

Okiem zerkasz w moją stronę,
Naśladując w dal spojrzenie,
Twoje licho ma koronę,
Strojną w złocień krzak marzenie.

Stąpasz godnie, pachniesz strojnie,
Jakby licha pozbawiona,
A tymczasem trwasz dostojnie,
W naręcz kwiatów utulona.

 

Srebrem złocisz kamienice
Gdy się tobie przyglądają,
Diamentami tkasz ulice,
Gdy twe licho oglądają.

 

Takie zwykłe takie małe
Siedzi w tobie jakieś licho,
Może jeszcze niedojrzałe,
Może drzemie jeszcze cicho?

 

 

USTA ZABARWIĘ ATRAMENTEM

Na twoich wargach nieuległych,
Wryję literę jak diamentem
Napis mym sercem wpół przeciętym.

Wdrążę się skałą w niezdobycie,
Przeszyję myśli twoje lotem,
I ażurowy szał ukrycia
Zniknie porankiem w swej pozłocie.

A gdy odpłyniesz ornamentem,
Żalem, tęsknotą, drżąco-gniewnie,
Usta zmienione atramentem
Nie będą mogły żyć beze mnie.

 

USTA PORZUCONE,

Usta zasmucone,

Usta porzucone,

Pękające wargi,

Same i stęsknione.

Usta się zmieniają

W swoistym kolorze.

Z gór szczytów sięgają

Po spienione morze.

I w niemym swym krzyku,

Rozpaczą rozwarte,

Wargi już zachodzą

Swą miłosną kartą.

Milczą zasmucone,

W pustce zagubione,

Same i stęsknione,

Wargi porzucone.

 

DESZCZ

 

Dżdżysto, wilgnie i perliście,

Chłodem wieje rytmu rytm,

Kropelkami słone liście,

Układają wilgny hymn.

 

Zaróżowia się poświata,

Ścieląc łany u swych stóp.

Latem płacze koniec lata,

Deszcz kropelkom kopie grób.

 

Zżółkłe liście w żółć ubrane,

I zmęczone kroplnie lśnią,

W pół jesieni, w pół przybrane.

Szklistym błyskiem niebu drżą.

 

Roszą, perlą się i mokną,

Grudki ziemi, kwiatów łzy,

Przędą swą rozpaczą rozpacz,

Rozwodnioną łąką mgły.

 

Wichrem myślą, wichrem płaczą,

Rozwilgnione oczy świata,

Niebne, wilgnie nie zobaczą

Jak się kończy koniec lata.

 

Perły dżdżyste, łzy kropliste

Wszyte zmokłym dniem zachodu,

Dżdżyste perły, dżdżem perliste,

Przemienione w krople lodu.

 

 DŁONIE

 

Twoje dłonie mnie poznały,

Gdy zziębnięte były obie,

W duszy mojej się ogrzały

I do dziś je mam przy sobie.

 

Twoje dłonie są milczące,

Gdy w twych myślach coś się dzieje,

Twoje dłonie gorejące,

Gdy w twych oczach wiatr szaleje.

 

Twoje dłonie pamiętają,

To co jest do pamiętania

I z moimi się splatają

Aż do czasu przemijania.

 

 NIOBE

 

Jaka jesteś gdy przychodzisz

Nocą niespodzianie,

Jeszcze nietknięta wchodzisz,

Noc się zmienia w ranek.

 

Darujesz usta ściśnięte trwogą,

Przekraczasz progi trwania,

Żagwi pożogę

Wchłaniasz.

 

Czy bogowie pozwolą ?

Radość się zmienia w trwogę,

Cóż z nami będzie, gdy skamieniejesz

Zmieniając się w Niobe.

 

JESIEŃ

 

Nadchodzi jesień,

Smutny ptak nie śpiewa,

Tylko szum górskiego dochodzi potoku,

Wieczorne liście i poranne drzewa

I szklana kropelka

W twym jesiennym oku.

 

 

 

Na Pęksowym Brzyzku

Gdzie nie ma pór roku

Lśni szklana kropelka w twym jesiennym oku,

Wokół tylko wieczna cisza się rozbrzmiewa,

To wieczorne liście i poranne drzewa.

 

CZEREŚNIE

 

Za późno, już za późno

Na szepty wiosen plecionych łąk,

Za późno, już za późno

Słońce się zmienia w księżyca krąg,

Za późno, już za późno

Na szczebiot ptaków miłosną pieśń,

Za późno, już za późno

Nadchodzi mrok zachodzi dzień.

Za późno, już za późno

Na lilij wodnych zerwany kwiat,

Za późno, już za późno

Na próby wskrzeszenia minionych lat.

Więc może jeszcze raz od nowa

Zerwiemy sadu kolczyków czereśnie,

I może jeszcze nasza rozmowa

Szepnie, za wcześnie miły, za wcześnie.

 

ZDRADA  LIRYCZNA

 

Zdradzałem cię systematycznie,

Lecz nie zmysłowo, platonicznie,

Ty miła też złamałaś słowo,

Nie platonicznie, lecz zmysłowo.

 

Uroki życia poznawałem

Chcąc wszystko widzieć na różowo,

I nigdy nie oszukiwałem

Ni platonicznie, ni zmysłowo.

 

Dziewczęce serca zdobywałem,

Lecz tylko serca, daję słowo,

I tylko ciebie wciąż kochałem

I platonicznie i zmysłowo.

 

Gdy smutek wykwitł na twej twarzy,

To odmieniałem cię na nowo,

Czyniłem wszystko o czym marzysz

Nie platonicznie, lecz zmysłowo.

 

Gdy z słońcem się utożsamiałaś,

I odchodziłaś w dal lirycznie,

Zapewne tylko mnie kochałaś

Lecz nie zmysłowo, platonicznie.

 

 

 

 

ĆMA

 

Zapytała się ćmy ćma

Czemu we dnie we śnie trwa?

Powiedziała gdy się zbudzi

Jest noc i nie widzi ludzi.

 

LOS

 

Piszę łkając,

Łkając piszę,

Popijając

Czerstwą pizzę.

Łkając chleję,

Chlejąc łkam

Taki ze mnie

Zimny drań.

Łzy to poza,

Pozą łzy,

Mnie mimozą

Pachną bzy,

Ze mnie drwi

Już cały świat,

Piję pizzę

Ze sto lat

I zagryzam wódą

Twarz

W samotności

Twarzą w twarz.

Nie wzruszają

Mnie te bzy,

Chociaż łkają

Moje sny.

Sny me łkają

Martwą duszą,

Nie wzruszają

I nie wzruszą

Choćby dziewic

Przyszło sto

Spadnę z nimi

W samo dno.

Co uśmiechem?

Moje łzy,

A co grzechem?

Właśnie ty.

Życie dnem jest,

Albo nie,

Albo gestem

Szczęście wrze,

 

Albo pustką

Moim tłem,

Albo usta

W słonej mgle.

 

Czynem piszę

Długopisem

Wyczerpanym

Mroku świtem.

 

Drżące ręce

Na obrączce,

Radujące,

Mijające.

Spada w próżnię

Moje dno,

Jak odróżnić

Dobrem zło?

 

KOŃ ("Z ZACZAROWONEJ DOROŻKI" KONSTANTEGO ILDEFONSA GAŁCZYNSKIEGO)

 

Kłusem biegu stąpa koń

Zęby szczerzy,

W dym pijany sygnał z wieży

Z koniem bieży.

Koń ten to obieżyświat

Jest z swym fiakrem za pan brat,

Bo dorożka ta pijana

Toczy się przednimi osi,

W tylnych mgły fatamorgana

Kropelkami niebo rosi.

I zglątwiały

I zmętniały

Aż przełamał

Świata wały

W durny świat

Pijany koń

Toczył wiatrem

Pędu woń.

Koń pijany, ty i ja

Przeżyjemy razem świat

Śpiewa w rytm pijana mgła

Razem z światem co jest wart

Żółte kule

W końskim mule.

Poszybował koński kłus

Z wiatrem pędził, szedł w zawody,

W dusz zszarzałych ogłupiastych

W wódopędzie topił lody.

Kocich łbów przechyła równa

Wychłonęła wiatru woń,

Glątwa glątwie jest nierówna

Śpiewał koń.

 

 

 

 

 

 

SZAFA

 

Na strychu stała stara szafa,

Ktoś tam postawił stary grat

Zapewne nową sobie sprawił

Bywa i tak.

 

Szafie na strychu smutno było

Więc w wolnych chwilach myślała tak,

Że w swej młodości przecież

Była

Najcudowniejszą z szaf.

 

TRÓJKA RAJSKA

 

Ach wyruszyć trójką rajską

Co do sań się wprzęgła wartko,

Ach wydusić z gór potoki,

Byle z tobą byle z tarczą.

 

Ach się z tobą rozzielenić,

Rozswawolić, rozpromienić,

I pić źródeł twych owoce,

Tobą cały świat odmienić.

 

Ach się z tobą rozmiłować

Rozprzestrzenić, rozwariować,

Aby tylko w twym zachwycie,

Aby tylko w mym niebycie.

 

Ach się razem rozbłękitnić,

Zaczarować, odczarować,

Aby tylko z dzikim winem,

Czepnie z tobą zawirować.

 

Ach młodości mej wspomnienie

Co je trójka rozpędzała,

W twej miłości zapomnienie,

Gdy je trójka rozogniała.

 

Gdzież te sanie

Co je trójka rozhulała?

Gdzież podziały się twe dłonie

Gdyś mnie jeszcze miłowała?

 

Gdzież spienione i zmęczone

Konie tobą rozszalałe?

Gdzież te sanie rozbielone

Końskie grzywy rozbujałe?

 

Gdzież te dzwonki

Co brzęczały nam miłośnie?

Tylko dzwony

Biją dzisiaj mi żałośnie.

 

Pozostała z trójki koni zamieć pusta,

Pozostały tylko sanie i zamglona twoja postać,

Pozostały tylko wspomnień tej zamieci twoje usta,

I bezkresne śnieżne pola, w których chciałbym już pozostać.

 

LUSTRO

 

To były twoje usta,
Na których igrał śmiech,
I spoglądałaś w lustro,
W odbiciu drzemał grzech.

Półkolem sie zaognił,
W bezgrzeszną lustra gładź,
I rysą swoich wspomnień,
Wyszeptał ty to ja.

I przemówiło lustro,
Zwyczajne zimne szkło,
Ja jestem twoją pustką,
Kiedy zachodzę mgłą.

Złożyłaś pocałunek,
Purpurą swoich warg,
Na lustrze wizerunek
Odbicie twoich skarg.

To były twoje usta
Na których igrał śmiech,
I spoglądałaś pustką
Odbiciem igrał grzech.

 

JESTEŚ ZŁOTEM

Jak myśl moja
Gdy dla ciebie
Szczęsne pola,
Gdy dla ciebie
Lasów poszum
Wir wezbrany
Ptak do lotu.

 

Orzeł w godle

Rozskrzydlony

Gdy nad Polską

Biją dzwony.

 

Nocą pełnia

W słońcu bycie,

Świt wschodzący

W twe źrenice.

I  twe dłonie

Łaską pełne,

I twe tonie

Nocą ciemną.                                            

 

Orzeł w godle

Rozskrzydlony

Gdy nad Polską

Biją dzwony.

 

Twe poranki
Gniazdo ciszy,
Twe zarzewie
W nocnym świcie.

Złotem srebrzysz,
Srebrem zlocisz,
Stąpasz ziemią
W niebo wznosisz .

 

Orzeł w godle

Rozskrzydlony

Gdy nad Polską

Biją dzwony.

 

Tobie morze,
Tobie gaje,
Tobie światło
Nad ruczajem.
Tobie śpiewa
Żywioł wszelki,
Jeszcze Polska
I duch wielki.

Orzeł w godle
Rozskrzydlony
Gdy nad Polską
Biją dzwony.


ŻONIE W SZCZEŚCIU ODNALEZIONEGO KOTKA BURACZKA

 

Najpiękniejsze róże świata
Zbiorę,
I te polne wzrosłe latem
Wtkam w koronę,

I te dzikie najpiękniejsze
Splotę,
Będą wonią najwierniejsze
Twoim wzlotem.

 

Wszystkie róże
I te chabrem jaśminowe,
Jak królowe miodem pszczelne,
Nieodmiennie purpurowe,
Niezamienne z żadnym kwiatem,
Róże owe,
Będą twoim światem
W sny tęczowe.

 

A gdy zasną w sercu twoim
Zasuszone,
To je utkam
Łzami szczęścia
W twą koronę.

 

SPACER NIEDZIELNY

 

Idziemy na spacer niedzielny
A z dali biją dzwony,
Sznur napina kościelny
By wydobyć z nich tony.

 

Tu dzwonów koncert trwa,
A mnie męczy życie za dnia,
Krawat mam przekrzywiony,
A tu biją dzwony.

Jakaś mucha za uchem brzękiem gra,
A może to nie mucha tylko wycie psa.

 

Taki mały kundelek
Przyplątał się do mnie,
Dałem mu precelek
A przy kościele strojnie.

 

Szumią krajkami dziewczyny
Nie idą boso,
Wyszły z leszczyny
Poranną rosą.

 

A w kościele święta msza,
Pełna taca bez dna,
Lud pobożnie pochylony,
A tu biją dzwony.

 

Ksiądz ma kazanie
Jak wydobyć dobro ze zła,
Słychać szlochanie,
Na dworze mgła.

 

W przekrzywionym świecie
Stoję pochylony,
Modląc się za księdza
A tu biją dzwony.

 

WIERSZ O DZIWNEJ MIŁOŚCI

 

Kochałbym cię, jasna cholera,
A ty miłość gasisz w zarodku,
Jakby nic idziesz do fryzjera.
Loki kręcić sobie, po prostu.

 

Pana Jana darzysz sympatią
Gdy ci włosy zakręca ladaco.
Wracasz, patrzysz na mnie nijako,
A ja kocham cię, po co i na co?

 

 

 

 

Chciałem zabrać cię na wakacje

I wypełnić treścią mą miłość,
Piąte z rzędu już więdną akacje,
A ja chodzę z kumplami na piwo.

 

I nie bywam już u fryzjera,
Zamszem mogę łysinę przecierać,
Ale kocham cię, jasna cholera,
Chociaż dziwnie na mnie spozierasz.

 

JAKA JESTEŚ MOJA KOCHANA

 

Jaka jesteś moja kochana,

Gdy dojrzałe zrywasz owoce,

Jesteś mi znana nieznana

W dni bezkresne i bezsenne noce.

 

Czasem jesteś radosna i zwiewna,

To znów smutna i melancholijna,

Ale zawsze kochana i jedna,

Ale zawsze pachnąco-lilijna.

 

Gdy się słońce wychyla nad ranem

W pełni lata wyzwala swe moce,

Jesteś przy mnie swym sercem kochanym

W dni bezkresne i bezsenne noce.

 

BEZ ŻAŁOŚCI I SMUTKU

 

Bez żałości i smutku
Odeszła bo chciała,

Choć innej miłości
Wszakże nie szukała.

Nie przylgnęła wcale
Mocą swego ciała,
A przecież znacząco
Tylko tego chciała.

 

I chłodem przywarła
Do granic bliskości,
I serce wydarła

Mojej namiętności.

Czy kochała żalem,

Czy zwykłą tęsknotą,
Beznamiętnym szałem
Czy moją martwotą.

Więc odeszła próżnią,
Mocą swego ciała,
Bo z mojej miłości
Nic nie zrozumiała.

 

 

TO DAWNO BYŁO, CHYBA WCZORAJ

 

To dawno było                                                                                         
Chyba wczoraj,
Gdy wiew twój płynął
Ponad rzeką.

I powiedziałaś te dwa słowa
Tak były od nas niedaleko.

 

I cień wydłużył ponad gajem
Srebrnostrunnego splot warkocza,
I objął blaskiem nasze twarze,
To dawno było chyba wczoraj.

 

Spoglądam smutkiem w tarczę nieba,
I na wschodzącą miłość trwogą,
Tu wyrzeźbiłem twoje dłonie,
To dawno było chyba wczoraj.

 

Zrywamy kartki kalendarzy,
Żyjemy tylko swą naturą,
Cóż może jeszcze się wydarzyć
Gdy słońce zaśnie popod chmurą?

 

RZEŹBA NIEBIOS WIELOKROTNA...

 

Życia mego jesteś hymnem,
Nadstolico ziemskich imion,
Ponad pragnień myśli lotną,
Rzeźbą niebios wielokrotną.

 

Wzbijasz ponad ptak obłoki,
Stąpasz dumnie tkając kroki,
Zbliżasz się do widnokręgu,
Zorzo ranka, tęczy wstęgo.

 

Co wyryte pozostaje,
Zgłoską swa przekraczasz maje,
Zmierzasz ośmiokrotnym cudem,
Srebra blaskiem złota strugą.

 

Gór potoki w morze zmieniasz,
Cienie w blaski, blaski w cienie,
Życia swego tajemnico,
Zwiewna koro nad żywicą.

 

Zawsze jesteś ponad życiem,
Tryskasz kaskad swych obliczem,
Sobą cały świat przemienisz,
Nie bądź Niobe mej jesieni.

 

 

 

ROZMYŚLANIA

 

Poranek
Siedzę w fotelu
Myślę,
Dzień powszedni niedzielą
Pocztą ci wyślę.

 

Wybrzeża lazur
W moim mieszkaniu,
Jeszcze jeden mazur
W dumaniu.

Czy to fotel
Czy głaz?
Wszystko jedno,
Życiowy hotel,
Zaśniedziałe srebro.

Na obrusie
Ćma,
Nad uchem
Cisza gra.

Wiersz piszę,
Zły,
Duszy nisza,
W niej ty.

W fotelu miękko,
W sercu twardo,
Spoglądam sobą,
Wzgardą.

Nad czym dumam
Niepokojem,
W głupim mieszkaniu
Z przedpokojem?

Pustą łazienką?
Klawiaturą parkietu?
Twoją sukienką?
Barwą bukietu
Uschniętego?
Uśmiechu
Przyklejonego?

Południe,
Słonecznie,
Na ulicach ludnie,
Wietrznie.
Wieczór
Bez ciebie.
Następny
W niebie.

WRZESIEŃ

 

Wrzesień, nieważny rok,
Nie pamiętamy oboje,
Jesień, a jasny mrok,
I dłonie twoje.

 

Uśmiech, nieważny czyj,
Światło spojrzenia.
A może deszcz już mżył
Na do widzenia?

 

Przygasłą liczbą domu
Brama zamarła,
Dlaczego tętni w skroniach?
Cisza odgadła.

 

I pozostałem sam
Przy biurku z telefonem,
A tylko siebie znam
W pokoju z przedpokojem.

 

Telefon mój posiada
Dziewięć numerów,
I nagle ktoś powiada
Tu mówi zero.

 

Więc spoglądałem w tło
Czy się coś mnoży przez zero,
A usłyszałem głos,
Nie ma takiego numeru.

 

Spojrzałem w lustro
Szukając ciebie,
A odnalazłem pustkę
Samego siebie.

 

I ten sam wrzesień,
Nieważny rok,
Ta sama jesień
W zapadły mrok.

 

NIE ZABIERAJ MI SIEBIE...

Daj mi wszystko bez granic,

Wzloty ptaka w bezniebie,

Pocałunki bez stanic.

 

Wizerunek niebycia,

Rzeźby mistrzów w zasłonie,

I natchnienia stolicą

Twego świata w koronie.

 

 

 

Daj mi łąki z chabrami,

Dzikie róże przydrożne,

Daj mi lato z latami,

Co czekają nas trwożne.

 

Za istnienia przyczyną,

Za miłości cierpienia,

Za tą jedną jedyną

Miłość twego stworzenia.

 

ZABRZĘCZ MI CEKINAMI

Odnajdę twe usta,

A niebo nad nami

Obejmie twa chusta.

 

Powróżysz mi z ręki,

Tam gdzie linia życia

W kwiatach twej sukienki

Tęsknota ukrycia.

 

W zachodzące oczy

Zachodzący maj,

Księżyc nowiem w kroczy

W złotolistny gaj.

 

TYLE RAZY ODCHODZIŁAŚ,

Nie wiem gdzie,

Tyle razy mi mówiłaś

Jest mi źle.

 

Tyle razy cię prosiłem

O ten cud,

Tyle razy przelewałem

Barci miód.

 

Tyle razy razem z tobą

Byłem sam,

Tyle razy przelewałem

Pusty dzban.

 

Tyle razy ci mówiłem

Kocham cię,

Tyle razy wspominałem

Łąki twe.

 

Tyle razy były tylko

Noce twe,

Tyle razy, tyle razy,

Któż to wie?

 

NIE SZUKAJMY SIĘ DŁUGO NA ZIEMI,

Wszak już wiemy czego nam trzeba,

Nam potrzebny jest kolor przestrzeni

Nam potrzebny jest koloryt nieba.

 

 

 

Na nic łąk przeźroczystych gaje,

Na nic próżnie wyrosłe zachwytem,

Nam potrzebne są wino i maje,

Nam potrzebne są słowa rozkwitem.

 

A gdy mrok już rozświetli przestrzenie,

To znajdziemy co tylko potrzeba

Nam potrzebny  jest kolor przestrzeni,

Nam potrzebny jest koloryt nieba.

 

CZĘŚĆ SIÓDMA - SPOTKANIA TEATRALNE

 

SPOTKANIA TEATRALNE - MUZEUM HISTORYCZNE MIASTA KRAKOWA

KWIECIEŃ 2000 R. - WRZESIEŃ  2004 R.

 

ŚPIEWNIK ARTYSTÓW SALONU ZWIERZYNIECKIEGO W KRAKOWIE.

 

TEKSTY i i RECYTACJA POEZJI - ALEKSANDER SZUMAŃSKI.

MUZYKA I WYKONANIE PIOSENEK  - BARBARA BRZEZIŃSKA, JERZY BOŻYK.

GRAFIKA I WYSTAWA MALARSTWA -  IZABELA WICIŃSKA - DELEKTA, HALINA CIEŚLIŃSKA - BRZESKA.

REŻYSERIA SPEKTAKLI TEATRALNYCH - HALINA CIEŚLIŃSKA - BRZESKA.

 

JAK WESELE, TO WESELE

(parafraza)

 

Jak wesele to wesele,

Pannę tylko ująć w pasie,

Pokłonić się mało wiele

I masz pannę żoną zasie.

 

Pon to śtuki prawisz różne,

Od zachodu do poranka,

A do panny drogi próżne,

Pon kce zonę jo kochanka.

 

Panna plecie nie do wiary,

Panna prawisz sztuki różne,

Już mi gadał ksiądz od fary

Że się panna durzysz próżno.

 

Pon poeta, a jo młoda,

I na cóż mi te liryki,

Pon po Marcinie jagoda,

A jo młoda i po krzyku.

 

A ja insze skrywam plany,

Pannę wtulę szepnę w uszko,

Bo ja w pannie podkochany,

Ja mam serce ty serduszko.

 

Pon na szczerze bałamutny,

A na cóż mi zrękowiny,

A wesele los okrutny,

Po kce po weselu krzciny.

 

A jo jesce młoda, młoda

I pohasać jesce rada,

Pon po Marcinie jagoda,

I pon tak dla drwiny goda,

A mnie młodej jesce hadko.

 

Ja poeta, ty dziewczyna,

Uwierz panna w moje słowa,

Bo to nie są słowa, słowa,

To kochanie się zaczyna,

 

Jeszcze mnie pokochasz właśnie,

Będziesz wtedy tylko moja.

 

A jo jestem ino swoja.

 

WIRUJĄCY WALC

ŚPIEWA BARBARA BRZEZIŃSKA

 

Tak chciałabym tobą przemienić krąg,

Poznać swą dłonią ciepło twych rąk,

I płatki kwiatów jak srebrny tren,

Przemienią pustkę w zakwitły dzień.

 

Z dala migocąc przygląda się brzask,

Oplata półcieniem wstający blask,

Bo moje serce to wszystko wie,

Powiada tak, a myśli nie.

 

Dla ciebie miły otworzę świat,

Świat co bez ciebie nie wiele jest wart,

I nim świetlany rozjaśnię próg,

To złożysz świat u moich stóp.

 

Refren. - Wirujący walc i ty,

Ażurowy szał, szał i my,

Ta piosenka nami tylko tchnie,

Gdy gaśnie noc i wstaje dzień...

 

I tylko cisza wrześniowa trwa,

Podchodzę na palcach tęsknotą dnia,

Gdy wargi nie mówiąc szeptają mi,

W miłosną noc na wiele dni.

 

W zwierciadle taktu przegląda się takt,

Słonecznym odbiciem w miłosny nasz trakt,

Bo słońce nasze to wszystko wie,

Rozjaśnia noc, buduje dnie.

 

Walcem już nami rozjaśnia się krąg,

Żagwiami też wkrada się dotyk twych rąk,

Bo serce moje to wszystko wie,

Powiada tak, a myśli nie.

 

Refren. - Wirujący walc i ty,

Ażurowy szał, szał i my,

Ta piosenka nami tylko tchnie,

Gdy gaśnie noc i wstaje dzień...

 

A MOŻE JESZCZE JEDEN RAZ

ŚPIEWA BARBARA BRZEZIŃSKA

 

A może jeszcze jeden raz,

Zatańczy walca z nami czas,

I zawirując szepnie mi,

Ten walc, ten walc, na wiele dni...

 

I wiele nocy ma ten walc,

Gdy taktem obejmuje nas,

I śpiewną nutą aż do dnia,

Już tylko księżyc z nami gra...

 

Boso na palcach krąży sen,

Podnosi sukni mojej tren,

Więc tylko obejmujesz mnie,

Gdy wschodzi noc, zachodzi dzień.

 

Wiosny odruchem zmieniasz twarz,

Gdy tylko nami płynie walc,

A wonią wiolin struna łka,

Bo tylko tobą jestem ja...

 

Refren, -Ten walc, ten walc, ten walc, ten walc,

Tęsknotą krąży wokół nas,

I nawet dłonie mówią mi,

Że wschodzi noc, na wiele dni...

 

A może jeszcze jeden raz,

Zatańczy walca z nami czas,

I zawirując szepnie mi,

Ten walc, ten walc na wiele dni...

 

Wiosny odruchem zmieniasz twarz,

Gdy tylko nami płynie walc,

A wonią wiolin struna łka,

Bo tylko tobą jestem ja...

 

Refren, -Ten walc, ten walc, ten walc, ten walc,

Tęsknotą krąży wokół nas,

I nawet dłonie mówią mi,

Że wschodzi noc, na wiele dni...

 

WRĘCZYŁEŚ MI RÓŻĘ W DARZE...

ŚPIEWA BARBARA BRZEZIŃSKA

 Wręczyłeś mi różę w darze,
Nadspodziewaną tęsknotą,

Ta róża kwietnym witrażem

Czerwień zmieniła na złoto.

 

Zielną łodygą objęła

Już wspomnień mych zapomnienia,

Ciernie swe sama odjęła,

Bo różą jest przeznaczenia.

 

Wonią mirtową przebrana

W cały się krzak przemieniła,

Była twym kordem utkana,

Osnową pąków juz tkwiła.

 

Jak główną nawą kościoła

Wkwieciła się kwiatobraniem,

Trwała nią cisza wrześniowa,

I stała się miłowaniem.

 

Cóż mogę przeznaczyć w darze

Istotą mego istnienia?

Podam ci usta w pucharze

Purpurą róży spełnienia.

 

Czyż inne róże przebraniem

Łudziły tak jak wspomnienia?

Ale twa róża kochaniem,

Kochaniem jest przeznaczenia.

 

Refren. - Czyż inne róże przebraniem

Łudziły tak jak wspomnienia?

Ale twa róża kochaniem,

Kochaniem jest przeznaczenia.

 

TY I JA

 

Nie martw się smutkiem liryki,

Nie martw  się nocą za dnia,

Listopady jak dźwięki smętnej muzyki,

Przeminą,

Zostanę ja...

 

FALUJĄCY LAS

 

Falujący las swym życiem

Na pagórkach piękna brodzi,

W wrzosowisku warg ukrycie

Różowawy fiolet wschodzi.

 

 

 

Widzę oczy twe w oddali,

Jak się wichrem przybliżają,

Raz są bliżej, raz są dalej,

W moje oczy się zmieniają.

 

W żagle cisza tylko wieje,

Łódź ma przystań swą osiąga,

Noc trwa jeszcze, a już dnieje,

Czego można więcej żądać?

 

PO LATACH...

 

Wybiegłaś mi na spotkanie

Po latach,

Twe oczy miały tylko ślady

Po kwiatach,

Złożyłem na twym ramieniu czoło

By cię nie trudzić.

Zamknąłem oczy

By cię nie zbudzić.

 

KONWALIA MAJOWA

 

Do myśli się uśmiechała

Z niedowierzaniem ruszając głową,

Wykwintnie pachniała

Konwalią majową.

 

Zapadał wieczór jasny,

Lecz księżyc jeszcze nie lśnił,

A w ciszy wstępującej

Jej chód me ucho pieścił.

 

W tęsknicy własnych myśli

Schyliłem ku niej głowę,

Jej wargi zapachniały

Konwalią majową.

 

MÓJ DOM

 

Zacisze domu mego we mgle,

Zawsze w nim cicho, czasem kwietnie.

Porozstawiane tylko meble

Trzaskają czasem niedyskretnie.

 

A bywa tak, że z za foteli

Rozlega cicha się melodia,

A ścian mych cienie, niby w bieli,

Myślą, że dla nich ta rapsodia.

 

 

 

 

 

 

SEN...

 

...Nie wiem czy sen był prawdziwy,

Wiem, ze lato było gorące,

Wiem, podałaś mi usta pachnące,

Ja pod stopy rzuciłem ci słońce...

 

UŚMIECHNIJ SIĘ...

 

Nie czyń nocy za dnia

I z lata jesieni.

Jeśli masz serce z tęsknoty

Z nadmiarem cieni

 

Uśmiechnij się do życia,

Życie się odwzajemni.

Przystrój się w kwiaty

Bez cierni.

 

DUSZE

 

Duszą moją zawładnęłaś
Jakby twą własnością była,
Swoją własną ją wchłonęłaś
I zdobyłaś co zdobyłaś.

 

Duszy mojej zasmuconej
Swoją radość jej wpoiłaś.
i choć duszy pozbawiony
Co zdobyłaś to zdobyłaś.

Już minęła druga jesień,
Lato latem się przewija,
Zbliża się nasz trzeci wrzesień,
I zdobyłaś co zdobyłaś.

Widzę radość twoich oczu
Radośniejszych gdy czas mija,
Życie nie jest stromym zboczem
Bo zdobyłaś co zdobyłaś.

Nic mi ciebie nie odbierze

Tobą przecie zawsze byłem,
Może nikt mi nie uwierzy
Że zdobyłem co zdobyłem.

 

WIDZENIE PRZESTRZENNE

 

Okrążyła ziemię ciernista trwoga,

Niewidzialnym promieniem przeszyta,

Nikczemnością związana droga

Niewinnych do krzyża przybita.

 

 

 

I rozległo się Alleluja w Galilei,

Gdy tysiąc i jedno zrodzenie

Runęło w przepaście

Ku życia wiecznego nadziei.

 

Może za wcześnie odebrane,

Szaleństwem, miłością, czy beznadzieją?

Bo komuż było dane

Świat przemienić w knieje?

 

Na początku było niebo pod stopami,

I ciemnia głucha,

Potem było wszystko ziemią i oceanami,

Co będzie jutro?

 

BARWĄ POORANE POLA...

 

Barwą poorane pola,

I zroszone mgłą,

Szachownicą złotopola

Iskrzą się i mżą.

 

Płyną na wskroś przedumane,

Szafirowe skry,

Wdzięcznie śmieją się nad ranem

Tobą słone łzy.

 

Listopadem słońce wpada

Do mej duszy mdłej

I podążam twoim śladem

Diabli wiedzą gdzie.

 

Także diabli wiedzą po co

Słońcu skradłaś tło,

Stąpasz nago, nogą bosą,

W mego życia dno.

 

Wszak orlicą wzbijasz niebios

Lazurowy hymn,

I spoglądasz złotem w srebro

Tego wiersza rym.

 

A utkałem cię niebogą

W mrzonce bajki swej,

I ziściłaś łan nad drogą

Złotolistnym tchem.

 

Tłum zalewa me ognisko

I chichoczą sny,

Tak daleko jesteś - blisko,

Deszczem perlą mgły.

 Na zachodzie moich pragnień,

Kroplą się i lśnią

Łzy gaszące tlące żagwie

Obumarłą skrą.

 

I wieczory już nie łudzą

Barwami sprzed lat,

Może kiedyś się obudzą

Wiosny spoza krat.

 

Może tobą zamigocę

Jawą i we śnie,

Tylko diabli wiedzą po co,

Tylko diabli wiedzą gdzie.

 

KWIACIARKA

 

Sprzedaje kwiaty

Świeżo zerwane,

Jak poematy

Świeżo pisane.

 

Bukiety przystraja
Bieleń z purpurą,
Zieleń nastraja
Martwą naturą.

 

Bukiety polne,
Bukiety wiejskie,
Róże dowolne,
Wiejskie i miejskie.

 

Kwiaty składane
Przez ogrodnika,
Świeżo podlany
Kwietny unikat.

 

Bzy zapłakane
Maki z purpurą,
Żółcień zmieszany
Z kwietną tincturą.

 

W tych kwiatach miejskich
Nie ma stokrotek
I czarodziejskich
Wiejskich błyskotek.

 

Są róże dumne,
Bez wody marne,
Lecz nie spotkałem
Tam róży czarnej.

 

 

 

Sprzedaje kwiaty
Kwiaciarki zapach,
Ja poematy
Piszę o kwiatach.

 

MACIERZANKA

 

Późną nocą chłodnym rankiem,

W przeźroczystym śnie ukryta,

Pachniesz rosą macierzanko,

Ale nigdy nie zakwitasz.

 

Raz się wijesz nad potokiem,

Potem giniesz w cieniach gaju.

I spoglądasz wonnym okiem

Jak się księżyc zmienia majem.

 

 

Jaka jesteś macierzanko

Gdy samotnie w dal spozierasz,

Spleć mi skronie słońca wiankiem,

Gdy nadejdzie czar wesela.

 

Bo ty jesteś wszak panienką

Tylko zieleń czas ukoi,

Gdy zapachniesz wokół miętą

To się rycerz zjawi w zbroi.

 

I odpowiesz mu zapachem

Gdy o zieleń twą zapyta,

Że go kochasz babim latem,

Ale nigdy nie zakwitasz.

 

NOLENS VOLENS

 

Piszę wiersze nolens volens

Patrząc w puste kartki swoje.

Może zwykłym długopisem

Taki prosty wiersz napiszę.

 

Może myśli mnie zawiodą

Nad płynącą suchą wodę

I zwyczajnym długopisem

O przerębli wiersz napiszę.

 

Może myśli nieskończone

Lekkomyślnie porzucone

W wiersz sie zmienią egzotyczny,

Wpół mistyczny, wpół liryczny.

 

I w poezji pierwszym rzędzie

Złotą nicią się uprzędzie,

Czterolistną koniczyną

I pachnącą w niej maliną.

 

A w niedzielę w kwietnej trawie,

Wierszem pomnik ci postawię,

I zwycięstwu na ochotę

Mą poezją cię oplotę.

 

I kościelną główną nawą

Soku zieleń ścisnę trawę,

W moje oczy wytęsknione

Kiedy wezmę cię za żonę,

 

Wtedy znowu wiersz napiszę,

Lecz już złotym długopisem,

I zapełnię kartki swoje

Tylko tobą nolens volens.

 

OCZEKIWANIE

Dnieje. Już późno,

Wszak to listopady,

A mnie się wydaje

Pełnia lata w pełni.

 

Czekam na telefon,

Na próżno,

Na razie tylko złudy dzwonek

To puste mieszkanie

Swym dźwiękiem wypełni.

 

Ciekawie, tylko kot spoziera,

Mruży talerze swoje,

Zielenią błyszczące.

Żarówka nie świeci,

Widocznie nie trzeba,

Nowa dziura

W nocnym ciuchu

Z papierosa, cholera.

 

Po co palę?

Bo żyję.

Filozofii magia,

Głupota przecież

Też ma swe granice.

 

Patrzę w lustro, tyję,

Żrę chyba za wiele,

Ba ulicy jakieś bezpańskie

Psy wyją.

 

Tramwaj zapiszczał

Na rdzawym zakręcie,

Zapewne nie jeden

Jeszcze tramwaj jęknie.

 

 

 

Otwieram okno,

Jest pięknie, bo leje.

 

Wreszcie przyszła

W swej nowej

Różowej sukience.

 

STACCATO

 

W senliwe zapadam otchłanie
I pragnę.
Milczę i ranię
A lgnę.

 

Była pustka nieżywa,
Teraz życie tchnie.
Spoglądasz lękliwa
Mym tłem.

 

Czy potrafię być,
A chcę.
Czy potrafię śnić
Twym snem.

 

Przystanek - Aleja Nadziei,
Nie wysiadamy.
Następny Ocean Spełnienia,
Nieznany.

 

Nasz pociąg mknie
Wolniej i szybciej,
Mgnienie mgnień,
Zapada cień,
Jasny jak noc,
Śnieżny dzień.

We mnie moc
W twym tle.

Krajobraz złud
Czy zórz?

Stopiony lód?
Stępiony nóż?

 

To my
Ja i ty
To sny?
Opadły mgły.

 

Ostatni przystanek
Ostateczność.
Z tobą
Wieczność.

 

 

CZAROWNICA

 

Czarownicę raz spotkałem

Blond.

Przyszła do mnie nie wiadomo

Skąd?

Przyszła do mnie nie wiadomo

Jak?

I do dziś mi czarownicy

Brak.

 

I odeszła czarownica

Blond.

Tam skąd przyszła nie wiadomo

Skąd?

Tam skąd przyszła nie wiadomo

Jak?

Zostawiła tylko czarodziejski

Smak.

Zostawiła tylko zapalony

Stos.

Taki mój i czarownicy

Los.

 

DIABEŁ

 

Na samym szczycie mały diabeł mieszka,

Fajkę ma w zębach, jeden róg na czole,

Przed jego dziuplą zawisła wywieszka

Idę straszyć ludzi na dole.

 

Diabeł to dziwny z czerwonym jęzorem,

Z którego czasem trzaśnie błyskawica,

Nocami krąży nad srebrnym jeziorem,

I ogonem zasłania tarczę księżyca.

 

Oczy ma diabeł takie, jak dwie dziuple w dębie,

W których wychowuje maleńkie diablątka,

Straszy drwali przy lasu wyrębie,

Przyjmując postać dzikiego zwierzątka.

 

Z tym diabłem na pewno poradzę sobie,

Ogon mu zwiążę w supeł - pętlicę,

Ze skory diablej posłanie zrobię,

I będę uwodził nań wszystkie dziewice.

 

CELA

 

Długa cela na trzy ćwierci,

Krok od życia, pół do śmierci,

Krata w oknie szczerze kły,

Smród i upał, w środku my.

 

 

 

A na kiblu drzemie mucha,

Zamieniona w karalucha,

I pod lampą tańczy ćma,

Los więzienny też ćmie gra.

 

Po barłogu łażą wszy,

Ktoś ułożył weszki w szwy,

Jakiejś kołdry brudowisko,

Bo tu mają swe mrowisko.

 

Klawisz łypie okiem w celę,

Wrzeszczy jak cię w mordę strzelę.

Wrzeszczy nami upodlenie,

Za niewinność mam więzienie.

 

Każdy z nas jest tu niewinny,

Niewinnością każdy inny,

Bo papugę każdy ma,

A pod lampą tańczy ćma.

 

Jutro będzie sądowisko,

Też wesołe widowisko,

Cztery grożą mi niedziele,

Może sześć, to nie tak wiele.

 

I wyroki już gotowe,

Lecz niedziele są palmowe,

Długa cela na trzy ćwierci,

Krok od życia, pół do śmierci.

 

PŁYNNA MGŁA - "POEMAT PEDAGOGICZNY" WEDŁUG ANTONA  MAKARENKI

 

I znowu przyszła,

W płynnej szacie,

I już nie wyszła

Wniebowzięta,

A ja już wiszę na krawacie,

W tę noc przeklętą.

Serca me bicie spowolniła,

Jak łaską niebios wydymioną,

A potem ze mną wódkę piła

W to nasze szczęście zespolone.

Gdzieś mi zapodział się widelec,

Z łyżką do butów z górnej półki,

I znowu jestem jak wisielec,

I z wódką kaca mam do spółki.

Włożę na głowę jakieś czako,

Bo w skroń mi walą jarzma młoty,

I piszę wiersze byle jakie,

W dowodzie swoich bzdur głupoty.

Lampa pijana w przedpokoju

Nie wytrzeźwiała od tygodnia,

Jakieś zmazaki w białym stroju

I bilardowe kule ognia.

I znowu bębny w głowę tłuką,

Dobosz popija w dym z doboszem,

Może mi wreszcie głowę stłuką,

Która już stała się kaloszem.

W łazience łażą karaluchy,

Czasami jeden, zwykle dwa.

Nad wanną wiszą zdechłe muchy

A z kranów płynie wódą mgła.

Tam gdzie leżały dwa dywany

Przegniłe klepki zęby szczerzą,

Już tydzień leżę w dym pijany

A na mnie spite kołdry leżą.

Kace zmieniają się wciąż w glątwy,

Nad nimi też wódczana ciecz,

Jestem pijany tydzień piąty,

Picie to jednak fajna rzecz.

Raz przyszła do mnie ruda Mańka,

Także urżnięta była w kloc,

Ta życiorysu wycinanka

Zmieniona w swój pijany los.

I płyną muchy po futrynie,

Są z pająkami za pan brat,

Pijaka życie nie zaginie

Gdy wódą jest weselny swat.

Znów serce tłucze, nie przestaje,

Jak wiewiór jakiś w dziwnej klacie,

Piskami jęczą kół tramwaje,

I znowu rzygam w snu kloace.

Może się cały wyrzygowię,

A może tylko odrobinę,

Może sie zmienię w mrówki mrowie

I się powieszę na drabinie.

Jak długo piję

Sam już nie wiem,

Jak długo żyję

Niewiadomo,

Ale najchętniej bym popijał

Ze zwiędłą różą na balkonie.

Wczoraj tu stały trzy butelki

Fabrycznie plombą lakowane,

Dzisiaj też stoją, ale puste,

Może je wypił ktoś przez ścianę?

A może ściana się przelękła?

Ściana nie może być pijana,

I tak przede mną czule zgięta

Jakby kochanka zapomniana.

I nagle stałem się odważny

Wypiwszy swoje cztery piwa,

Potem zasnąłem niewyraźnie

Gdy bujak się z przerwami kiwał.

I znowu noc ma zarzygana,

Miast snu, to tańce tańczą w głowie,

I znowu róża w sztok zalana,

Pijane ryczy pogotowie.

Do tańca panią dziś zapraszam,

Lecz zapodziały sie gdzieś gacie,

Więc nowych gości dziś nie spraszam,

Wiszę już przecież na krawacie.

 

BALLADA NIEBANALNA

 

Wykwitłaś wiotko, niebanalnie,

Niespotykanie seksualnie,

Spojrzałaś mimo, lecz prześlicznie,

I niezdobyciem eterycznie.

 

Chłonąłem wzrok twój lekko drwiący,

Niespotykanie tak pragnący,

Jakby napotkał wichr miłosny

Topiący śniegi wczesnej wiosny.

 

To były twoje pierwsze słowa,

Tak rozpoczęła się rozmowa,

Ująłem dłoń twą oczywiście,

Poszliśmy razem zbierać liście.

 

Bryczką zawiozłem cię za miasto

I powiedziałem – tam jest krasno,

Tak kraśnie, że sam rubin pobladł,

I poszliśmy na pierwszy obiad.

 

A potem było już śniadanie

Też niebanalne niesłychanie,

Wypiłem pierwsze nasze mleko,

Gdy słońce skryło się za rzeką.

 

I dzień powszedni śnił niedzielą,

Mówiłem – pragnę tak niewiele,

Dowodem były nasze liście

Szumne zielenią uroczyście.

 

I wszystko było niebanalne

Niespotykanie seksualne,

Niekiedy nawet platoniczne,

Tak niebywale erotyczne.

 

BALLADA O KOBIECIE NOWOCZESNEJ

 

Kobietą jestem nowoczesną,
Kocham nastroje urok czar,
Szarmanckich panów, nie współczesnych,
Tych z galanterią jakoś brak.

 

Adoratorów miewam wielu,
Jeszcze nie zjawił się ten „ktoś",
Wiek obojętny, gdy u celu,
Pojawi się ten, co ma to "coś".

 Uroda, proszę nie zaszkodzi,
I w butonierce chustki kwiat,
Już manierami jeden zwodził,
A okazało się... niech szlag.

 

Najbardziej lubię okulary,
Gdy opadają mu na nos,
Gdy już nie modny monokl stary,
To może mieć też pusty trzos.

 

Lakierki owszem, nie zawadzą,
I też wczorajszy szapoklak,
Nie Buickiem, jeździć może Ładą,
I niech mu nawet czegoś brak.

 

W zapasie musi mieć hamulec,
Kiedy obejmie mnie ten pan,
Lecz tylko wzrokiem, ale czule,
I też bez słowa, mówię wam.

 

I już się skończył wiek dwudziesty,
Lecz nie pojawił się ten chcący,
Czekam, może w dwudziestym pierwszym
Zjawi się pan nieistniejący.

 

BALLADA O DZIEWCZYNIE KTÓREJ NIE BYŁO

Nikt nie wie czy dziewczyna ta naprawdę była,

Ciało miała znikąd, po cóż wianek wiła?

Po cóż bezistnieniem pacierzem trwożyła,

Skoro nagim wzlotem tylko się przyśniła?

 

Oczy miała w brązie, a twarz z porcelany,

Zabrzęczała kwieciem, a kwiat był nieznany,

Zadziwiała światy, każdy niezbadany,

Gdzie zmierzała lądem poprzez oceany?

 

Spoglądała łuną w bezmiarze beztrwania,

Czas się zmieniał w niebyt porankiem zarania,

I wezwała łaskę swego szczęścia chwilą,

Słowa łaską były, a szczęścia nie było.

 

Zaistniała sobą, ale jej nie było,

Może życie w lalkę postać jej zmieniło?

Jak była stworzona, skoro nie istniała?

Więc czyim wyrokiem w bezżyciu swym trwała?

 

Po cóż bezistnieniem pacierzem trwożyła

Skoro myśl do nikąd tylko się przyśniła?

Więc wezwała wszechświat całą swoja siłą,

Nikt nie dał odzewu, wszechświata nie było.

 

 

BALLADA O DZIEWCZYNIE Z KŁOSEM

 

Szła dziewczyna snopkłosem

Popod rękę z wieczorem,    

A nie była zbyt kwietnie przebrana,

Szła cierniskiem a boso,

I pachniało jej rosą,

A dzieweczka ta była niechciana.

 

Dokąd polem zmierzała

W tym gwiaździstym pomroku,

Może pełnią szeptały jej liście,

Może siebie nie znała,

Może siebie nie chciała,

Może mnie odnalazła na stoku?

 

Hej, wieczorna dziewczyno,

Gdzie podążasz płochliwie,

Poprzez ciernie co nogi kaleczą?

Nie patrz na mnie złym kłosem,

Bądź mi nagą i bosą,

A wypiję twe usta kaliną.

 

A i miesiąc już zaszedł,

Popod rękę z wieczorem,

A jej trwoga ścieliła kolana,

Aż się dziwił bór borem,

I też drzewa łez korą,

A dzieweczka ta była niechciana.

 

BALLADA O DZIEWECZCE I RYCERZU

 

Dziewczę siedzi popod lasem

Czas kwiatami mierzy,

A tymczasem, a tymczasem,

Marzy o rycerzu.

 

Zbroję musi mieć prawdziwą

Ukutą metalem,

A przyłbicę urodziwą,

I męstwo i chwałę.

 

Mieczem iskrę życia krzesić,

Ostrogą pobudzać,

Więc dlaczego ma nie wierzyć

W rycerskiego tuza.

 

Dziewczę siedzi popod lasem,

Czas kwiatami mierzy,

A została jej tymczasem

Bajka o rycerzu.

 

 

 

 

BALLADA O WANIENCE

 

 Kąpałem dzieweczkę w wanience

 W jej pięknej różowej sukience,

 Dzieweczka się uśmiechała,

 Do wanny mnie zapraszała.

 

 Do wanny chciała jak leci,

 A ja mam żonę i dzieci.

 

BALLADA O WŁÓCZĘDZE                                  

 

Szedł włóczęga łez porą

Poprzez pola – bezdroża,

Doszedł późnym wieczorem

Do granicy przedmorza.

W ręku kij powłóczysko,

I kaftanik z barchana,

Jedna noga cierniskiem,

Drugą kula drewniana.

I spoglądał przedświtem

W obumarłą lagunę,

I pod niebnym wykwitem

Był spowity całunem.

Aż ta kula drewniana,

W sypkim piasku ugrzęzła,

I już nie mógł iść dalej

Łez ścierniskiem włóczęga.

I wykrzyknął rozpaczą,

Że iść dalej nie może,

I chciał życiem tułaczym

Wypić całe bezmorze.

Czy się ktoś ulitował

Nad włóczęgi bezświeciem

Skoro z kulą drewnianą

Byli sami na świecie?

I spełniły się księgi

W wieszczych myślach zebrane,

Nikt nie znalazł włóczęgi

Umarłego nad ranem.

 

BALLADA O FRYZJERZE

 

Moja żona była dzisiaj u fryzjera,

Ten paskudnik jej uczesał grzywkę krzywo,

Na nią spojrzę, tłucze we mnie się cholera,

Do powtórki, jej powiadam, idź z tą grzywą.

 Do powtórki, dobrze, mówi, mój kochany,

Z grzywą pójdę, tak powiada, skoro chcesz,

No i poszła, ja z kumplami już pijany,

Sąsiad przyszedł i trzydniówa była też.

 

Otworzyłem oczy, patrzę w lewą stronę,

Po trzydniówce to właściwie w prawo patrz,

No i w prawo patrzę niby mąż na żonę,

Zobaczyłem, właśnie swą  pijaną twarz.

 

Gdzie jest żona? Pytam mej pijanej twarzy,

I uczucie smutku w duszę mą się wdziera,

Zrywam trzy przepite kartki z kalendarzy,

Gdzie jest żona, pytam, nie ma, poszła do fryzjera.

 

BALLADA DWORCOWA

 

W poczekalni dworca Kraków przy peronie,

Zobaczyłem uśmiechniętą twoja twarz,

I jak kwiaty rozkwitłe na balkonie,

Kołatało moje tętno raz po raz.

 

Uśmiechałaś się do myśli piękna damo,

Nie do moich które porwał uśmiech twój,

Kocie oczy zlewające się z reklamą,

Nagle błysły utwierdzając zamysł mój.

 

W szyny dworca Kraków przy peronie,

Wtoczył się zgrzytając nutą kół

Metalowy wąż relacji Miłość - Tonie,

A to przecież wcale nie był pociąg mój.

 

Na pociągu tym mi bardzo zależało,

Niech utonie wreszcie miłość moja w nim.

Dworca Kraków się światełko przyciemniało,

Odjechałem w dal bezkresną razem z nim.

 

A tu koła wystukują monotonnie,

A tu serce podpowiada tęskny wzlot,

Tylko oczy śledzą błyskiem nieprzytomnie

Pięknej damy jej uśmiechu lot.

 

Gdy pociągu bieg już mijał stację Błonie,

Piękna dama otworzyła nagle drzwi,

I nim wagon nasz osiągnął stację Tonie

Wargi moje wyszeptały krótko - ty.

 

BALLADA O ŚRUBOKRĘCIKU

 

Mam w swym domu taki pręcik

Który zwie się śrubokręcik.

Składa się on z różnych części

Ten domowy mały sprzęcik.

 

 

Ma on rączkę wahadłową

Taką czarną, staro – nową,

Przedtem uchwyt miał brązowy,

Lecz już sczerniał do połowy.

 

A z uchwytu błyszczy stal,

Walcowana, srebrna stal,

Co na końcu jest spłaszczona,

Wtedy w śrubkę wchodzi ona.

 

Gdy docisnę śrubki łeb,

To się kręci ona wnet,

Trochę w lewo, trochę w prawo,

Czynię to już z dużą wprawą.

 

Śrubki różne mają łby,

To wypukłe, to znów płaskie łby,

A w tych łbach to różne są wycięcia,

Takie wcięcia dla pręcika mego wzięcia.

 

Z mym pręcikiem to trudności miewam często,

Gdy w łbie śruby w kształcie gwiazdy rowek wcięto,

Wtedy kręcę tym pręcikiem swym z mozołem,

Bym mógł spotkać się po śrubce z jej otworem.

 

Lecz przydatny jest nad wyraz ten mój sprzęcik,

On jest taki trochę śrubo, trochę kręcik,

I przeważnie to się kręci na wesoło,

Tak jak świat się kręci naokoło.

 

Ten śrubokręt także duszę swoją ma,

Czasem to się nawet na nim skrapla łza,

A obchodzę się z nim zawsze należycie,

Z dokręconych śrub się składa moje życie.

 

BALLADA O WĘDROWNYM PTAKU

 

Kwiecień majem już brodził,

Słonce struny napięło,

W kapeluszu na bakier

Wędrowało sumienie.

 

I gdy księżyc już wschodził

W drzew gałęzi promienie

Śpiewem koncert zaczęło

Wędrujące sumienie.

 

Napotkało na łące

Przy ścieżynie przydrożnej,

Małe śpiewne ptaszątko,

Nad strumykiem płaczące.

 

 

 

 

Moje czarne sumienie

Chcę wymienić na śpiewne,

Wtedy się rozzielenię

Chciało śpiewać sumienie.

 

Ptaszek spojrzał ukosem,

Łzę ukoił zielenią,

I zaśpiewał połgłosem

Też mam czarne sumienie.

 

A gdy słońce niewodem

Rankiem las rozbudziło,

To się czarne sumienie

W duszę ptaka wbarwiło.

 

Wędrowały już razem

Zielne czernią sumienia,

Tylko ptasie nie chciało

Znać ludzkiego stworzenia.

 

BALLADA O MANEKINIE

 

Przybrałem postać manekina

W mą pantomimę wrośniętego,

Życie rozciąga się jak lina,

A pod nią nic dobrego.

 

Manekin z ludzkim kalendarzem,

To sprawa przecie niepojęta.

I to w dodatku z ludzką twarzą,

Z kartki papieru twarz wycięta.

 

Pływam po ludzkich obyczajach

I niepewnością skracam życie,

Miłość poznałem na Hawajach

I manekinkę kocham skrycie.

 

Trzeba się tylko zarumienić

Z kartki wyciętej twarzy,

A może sobie twarz przemienić

Na wszystko co się zdarzy.

 

Manekinie, manekinie,

Powiedz kim naprawdę jesteś,

Manekinie, manekinie,

Bądź człowiekiem jeśli zechcesz.

 

Gdy spotkałem manekinkę,

Taką trwale uśmiechniętą,

Swym uśmiechem ścięła linkę

Nad przepaścią rozciągniętą.

 

 

 

 

I spadałem w dół jak lotnia

W manekina śmiejącego,

I manekin mój spierwotniał

W twarz człowieka upadłego.

 

Więc przybrałem ludzką postać,

Ale sobą już nie byłem,

Lepiej manekinem zostać,

Ludzkie życie przetrwoniłem.

 

BALLADA O PEWNYM PIŁKARZU

 

Był pewien piłkarz, dziwna rzecz,

Chłop taki, że o raju,

I miał rozegrać piłkarz mecz

Na niby w jakimś kraju.

 

Więc ćwiczył piłkarz, dziwna rzecz,

Dzień, w dzień bez wypoczynku,

Aby być w formie na ten mecz,

W formie na ruskim rynku.

 

Ile lat ćwiczył, dziwna rzecz,

Nie tracąc wcale ducha,

Bo taki ruski ważny mecz,

To wcale nie wydmucha.

 

Był bez paszportu, dziwna rzecz,

I wszystkich dokumentów,

I leciał szybko na ten mecz,

Zdrowy i wypoczęty.

 

A gdy już stanął, dziwna rzecz

I piłkę miał przed sobą,

To zamiast zagrać dobry mecz,

To się przewrócił zdrowo.

 

I dostał z jednej, dziwna rzecz,

A potem z drugiej strony,

I zbladł i padł i już ten mecz

Dla niego był skończony.

 

I jeden kibol, dziwna rzecz,

Ten co dał wpis matole,

Powiedział prosto, dziwna rzecz,

Sam sobie strzelasz gole.

 

BALLADA O KOLOROWYM TRAMWAJU

 

Spotkałem panią

W tramwaju numer sześć,

Tramwaj niebieski z reklamą,

Lub biały,

Mniejsza z tym.

 

Pani miała oczy

Melancholijne z mgłą,

A tramwaj się toczył,

Me oczy zaszły skrą.

 

Podszedłem do pani zwinnie

I zapytałem niewinnie

Czy pani ma coś z łani?

Bo proszę pani

To jest tak,

Gdy mi śmiałości brak,

To jestem tak speszony

Jak przebiśnieg spóźniony,

Co jeszcze pąkiem nie zakwita

Bo śniegiem gładź przykryta.

 

Do życia garnie się pąk,

A pani ma coś z kwietnych łąk,

Chociaż to grudzień i w tramwaju,

Wydaje mi się, że jestem w maju.

 

Mówię za dużo, lecz melodyjnie,

Tak mi się wydaje,

Pani patrzy melancholijnie,

Czy tylko w tramwaju?

 

I już się ścielą polne kwiaty

Ubrane w łąk panoramę,

Pani oczy to bławaty

Kwitnące nad ranem.

 

Spojrzałaś krotochwilnie,

Tramwaj przystanął,

Wysiadłaś melancholijnie,

To nie był mój przystanek.

 BALLADA O AUTOBUSIE

 Poznałem panią w autobusie

Na trasie... mniejsza z tym,

Wiem, że uśmiechałaś się,

Do kogo...mniejsze z tym.

 Siedzieliśmy na tylnym kole,

Autobus mijał wsie,

Zatrzymał się przed topolą,

Znów uśmiechnęłaś się.

Topola, jak topola,

Wysmukła, każdy wie,

Wiaterek lekki z pola,

Odsłonił... mniejsza z tym.

 Księżyc wschodził niecnota,

I widział wszystko w tle,

Na imię miała Dorota,

Co dalej... mniejsza z tym.

 

BALLADA O CZERWONEJ KARUZELI

 Karuzela czerwona,

Kwietnym makiem wbarwiona,

Tak się kręci jak wino w mej głowie.

Nawet koń z porcelany,

Na kucyka przebrany,

Zamiast siana, to kwiaty ma w żłobie.

 

Obok stół kratkowany,

W różne liczby przybrany,

Kolorkami zaprasza wygraną.

Gdy postawisz sztajera,

Los papuga wybiera

I już migiem ma swego frajera,

Za dwa grosze wypłaca połowę.

Jeśli trafisz parzyście,

W nocy dama się przyśni

I swym królem przebijesz królową.

 

Na stoliczku trzy karty,

Nic, że stolik podarty,

Najważniejsza jest dama kierowa.

Gdy położysz na damę,

Swoje serce złamane,

Dama na zawsze jest twoja.

 

Potem siądziesz w fiacika

Karuzelą z konikiem

I odwieziesz swą duszę do nieba.

Jesteś przecież wygrany,

I swym szczęściem pijany,

Bo cóż więcej do szczęścia potrzeba?

 

BALLADA O STAREJ  LATARNI

 

Stoję pod latarnią

Co się jeszcze świeci,

Jest godzina mglista,

Może pół do trzeciej.

Podchodzi młoda dama

Z pytaniem jak leci,

Odpowiadam wartko,

Że mi nic nie leci,

Tylko od godziny

Stoję samotnie,

I nic mi nie leci,

Tylko łza przelotnie

Spłynęła po policzku

I zmieszana z deszczem

Chciała uciekać

Do późnej jesieni.

Wzięłaś mnie za rękę,

I zniknęliśmy razem

W jakiejś ciemnej sieni.

A deszcz płakał

Z moją łzą samotną.

Wszystko to widziało

Czyjeś smutne okno.

 

BALLADA O KOCICH OCZACH

 

Jedynie kocie oczy

Uśmiechem sieją blask,

Jedynie przez nie wkroczy

Do twego serca brzask.

 

Bo któż tak kochać umie,

Bo któż tak wszystko wie,

Bo któż cię tak zrozumie

Jak kocie perły dwie.

 

Jak zagubione morza,

Jak słońca kropli łza,

Jak zachodząca zorza

Tak czerni się ich mgła.

 

Cóż kocie oczy mówią,

Cóż kocie oczy śnią?

Twe kocie oczy złudne

Skośną poświatą lśnią.

 

Nierzadko cię zabolą

Źrenicą matni szklą,

Sczerniałe kolorowo

I węglikami tlą.

 

Są inne jeszcze oczy,

Są inne jeszcze łzy,

I coś cię zauroczy

Majem pachnące bzy.

 

Lecz tylko kocie oczy

Uśmiechem sieją blask,

Jedynie przez nie wkroczy

Do twego serca brzask.

 

I wichry wieją dumnie

Poświstem poprzez świst,

A kocie oczy złudnie

Wkraczają w nagi świt.

 

 

 

 

Baśni legendą wiodą

Swą czernią poprzez świat

Zielenią swoją mogą

Chwasty zamienić w kwiat.

 

Bo kocie oczy snują

Od morza aż do Tatr,

Uśmiechem swym radują

Bo w nich szaleje wiatr.

 

I promienistą strugą,

I brzmiącą błyskiem burzą,

I swych szmaragdów złudą

Czarną zapachną różą.

 

Czy takie oczy kłamią,

Gdy mają świat u stóp?

Bo takie oczy złamią

Bezkresną przestrzeń złud.

 

BALLADA O CHATCE

 

Na bezdrożu stała chatka

Pochylona nieco w lewo,

Dach był kryty łąk ruczajem,

Obok cienie piło drzewo.

 

Na bezludziu mchem porosłym

Czwartorzędu twardą ławą,

Płot drewniany się pochylał

Ni to w lewo, ni to w prawo.

 

W oknach szyby wytęsknione

Zmatowiałym starczym wzrokiem,

Dym z komina mgłę wspominał

Marząc niby ćma za zmrokiem.

 

Kiedy chatka ta powstała?

Nic w kronikach nie wiadomo,

Może nikt jej nie zbudował?

Nic w kronikach nie wiadomo.

 

I stanąłem ja pod chatką,

Kiedy słońce zaszło krwawo,

Pochyliłem smutkiem głowę,

Ni w lewo, ni to w prawo.

 

ALUSI, MOJEMU KOTKOWI

 

Mieć kota, żadna to jest sztuka,

Sztuką jest nie mieć w domu kota,

Kto cię poliże, kto wysłucha,

To tylko kocia jest robota.

 

 

Możesz mieć męża albo żonę,

Możesz mieć córkę i sąsiadkę,

Możesz mieć zmartwień całą tonę,

Ale kot nie jest na dokładkę.

 

Gospodarz domu nie przybłęda,

Taka jest jego kocia rola,

Kot jest miłością  każdym względem,

Bo taka jest miłości wola.

 

Gdy główkę mu przytulisz dłonią,

I go podrapiesz popod brzuszkiem,

To on z aplauzem swym ogonem

Pogłaszcze ciebie popod uszkiem.

 

Jeden koteczek w domu mało,

Trzeba mieś siedem nie do pary,

Choćby na dworze ciągle grzmiało,

One kochają bez umiaru,

 

To jest o kotkach w Semper Lwowie,

Tak zachowały się w pamięci,

Nie wierzę aby kot w Krakowie,

Miał coś ze lwowskiej swojej sierści.

 

KOTY PANA FRANCISZKA


Gdy cię dręczy sumienie,
Gdy za gardło coś ściska,
Nie ziszczone marzenie -
Czytaj wiersze Franciszka.

Gdy cię radość ogarnie,
Zrozumienie się ziszcza,
Wtedy – proszę przygarnij
Koty pana Franciszka.

Gdy poczujesz na ręce
Zimny nosek, woń pyszczka,
To – kochają w podzięce
Koty pana Franciszka .

A gdy ziemię lód skuje
I chłód duszę twą ściska
Nie zapomnij przytulić
Kotów pana Franciszka .

 

CIAPEK - MÓJ KOTEK

 

Ja jestem polskim kotem

To nic że nie rasowy,

Na piętrze trzecim mieszkam

Bo jestem kot domowy.

 

Wieczorem na kolanach

U pana przesiaduję,

Pani coś w kuchni warzy

Ale mnie też miłuje.

 

Najbardziej lubię rano

Z panem radia posłuchać,

Lwowskie piosenki grają

Do mego i pana ucha.

 

Zwierzątko jestem przecie,

Nie chciałbym być człowiekiem,

Widzę jednego pana,

I tylko on na świecie.

 

Panią owszem szanuję,

Szczególnie wcześnie rano,

Gdy miseczkami brzęczy,

Do stołu wtedy podano.

 

Ze mną cztery kociaki

Na trzecim piętrze mieszkają,

Dwie panny i dwóch chłopaków,

Gdy jedzą to mnie nie znają.

 

Ja jestem kotek życzliwy

Odstąpię im pół miseczki,

Bo z przejedzenia choruję,

Gruby jestem jak beczka.

 

Mieszka ze mną koteczka,

Czasami pogłaskam ją łapą,

Wołają na nią Mróweczka,

I mamą będzie, ja tatą.

 

Na mnie Ciapek wołają,

Ja jestem kotek swojski,

W Krakowie się urodziłem,

Bo jestem kotek polski.

 

                Napisałem 12 listopada 2011 r. 80 lat ukończyłem

 

                   z dedykacją dla mojej żony Alusi Borkowskiej - Szumańskiej

 

 

WIERSZOWISKO

 

Tyle napisałem wierszy

Aż żal mnie bierze,

Co powiedzą krytycy?

Czy szczerze?

 

 

Tematy biorę z rękawa,

Jak wedle stawu grobla,

Zbliża się sława,

Krok do Nobla.

 

Krok do Nobla,

W oku łza,

Krok do Nobla,

Może dwa.

 

POEZJA ARCHAICZNA

 

Ta poezja archaiczna

Starą nutą śpiewa,

Ale mi współcześnie śliczna

Jak rodzące wiosnę drzewa.

 

Swoim stylem nowe zmienia

Na stare ołtarze,

Dziewiętnasty wiek odmienia

W swe barwne witraże.

 

Zakamarki poetyckie

Budzą się z letargu,

I epiką swą lirycznie

Dumają w Bekwarku.

 

Ta poezja wiecznie żywa

Świeżo malowana,

A Orfeusz jej przegrywa

Swą lutnią kankana.

 

WSPOMNIENIE

 

Pamiętasz? Szliśmy aleja,

Pod stopami szumiały nam liście,

Listopadową zawieją,

Uwiędłe kwietne kiście.

 

Miałaś na sobie szal ozdobny,

I ciepło splecionych dłoni,

Czy uczuciami byliśmy podobni?

Wiatr musnął biel mej skroni.

 

Szliśmy pogodnie, listopadu strugą,

Coś się kończyło, coś zaczęło,

Milcząc mówiłaś mgiełki złudą,

Tak to się rozpoczęło.

 

 

 

 

Potem normalnie toczyło się życie,

Nie splecionymi dłońmi,

W bezmiarze szczęścia, nazbyt obficie

Siwymi skrońmi.

 

Zniknęła aleja, nie śpiewają liście,

Listopadowe przeszły zawieje,

Zniknęły także już uschnięte liście,

Wichr tylko wieje.

 

POCHYLIŁEM NAD TOBĄ NÓW

 

Pochyliłem nad tobą
Nów
Uśmiechnęłaś się.
Pochyliłem nad tobą
Myśl
Odgadłaś.
Pochyliłem nad tobą
Widnokrąg
Wzeszłaś.
Pochyliłem nad tobą
Wszystkie pory roku
Byłaś.
Pochyliłem nad tobą
Pożądanie
Odeszłaś.

 

TWOJE USTA

 

Twoje usta są bladym porankiem,

Gdy już noc przed świtem się kryje,

Tarczą nieba są zaznaczone

Barwne wiosną jak skrzydeł motyle.

 

A gdy noc juz zapadnie w twym oku,

I też łezki zaświecą błyszczące,

Ty podałaś mi usta pachnące,

Ja pod stopy rzuciłem ci słońce.

 

TO LUBIĘ

PRZYPISANE PANI BARBARZE BRZEZIŃSKIEJ

 

Lubię cię ciepłą, gdy chłodniejesz,

Lubię cię chłodną, gdy gorzejesz,

Lubię cię samą, gdy się gniewasz,

Lubię gdy wierszysz, lub też śpiewasz.

 

Lubię zabawki twe dziecinne,

Lubię uśmiechy twe niewinne,

Lubię poranki co nam świecą,

Lubię wieczory snu podnietą.

 

 

Lubię dnie które sobą cieszą,

Lubię podróży pełną kieszeń,

Lubię gdy patrząc nic nie mówisz,

Lubię gdy mówisz, że mnie lubisz.

 

Kocham cię w każdej roku porze,

Kocham cię tak jak wstają zorze,

Kocham gdy słońce zachodzące,

Kocham gdy słońce  z snu budzące.

 

Kocham cię w różnych dróg rozstaje,

Kocham srebrzystych łez ruczajem,

Kocham tych naszych serc zawiłość,

Kocham cię bardziej niźli miłość.

 

DZIWNY PAN

PRZYPISANE PIOTROWI SKRZYNECKIEMU

 

Przez ulicę Pawią w Krakowie

Szedł Pan podobny do słońca,

Zefirek miał na sobie

I twarz w purpurze gorąca.

 

I choć to lipiec skwarny

Kapelusz miał na głowie,

Z przepięknym pawim piórem,

Takie pióreczko strojne.

 

I dzwonek miał w kieszeni

Taki liliowo - polny,

Uśmiechem się odmieniał

Ten pan swawolny.

 

Brodę miał nieco siwą,

A oczy niebieskie,

W których lazur nieba

Barwami czas odmierzał.

 

Mieszkał w Alei Pieśni,

Ten dziwny Pan słoneczny

Tej Pieśni nad Pieśniami

Z wszystkimi odmianami.

 

Dzień dobry wszystkim kochanym,

Polny dzwoneczek rozbrzmiewał,

W Alei Zakochanych

Pan śpiewał...

 

CHUSTA

PRZYPISANE PANI EWIE SZTOLZMAN - KOTLARCZYK

 

Pod wieczór znowu wstało słońce,

Lecz umęczony dniem przysnąłem,

Lato w tym roku znów gorące,

A dłonie pani snem objąłem.

 

Wtedy wydało mi się jawą,

To słońce tak wieczorem lśniące,

Pożeglowałem snów mych jawą,

Wdrążyłem się w pragnienia chcące.

 

Patrzyłem na wpół zadumany,

Na życia mego martwą pustkę,

Bo kocham panią w snach utkaną,

I barwną niebem pani chustę.

 

PRZYPISANE PANI HALINIE CIEŚLIŃSKIEJ - BRZESKIEJ

MIODOPITNY SEN

 

Pani patrząc oczy mruży,

Takie szparki dwie,

Piękno zawsze pani wróży

Miodopitny sen.

 

Pani oczy to źrenice,

Kryształowy tren,

Pani oczy to stolice,

Piękna świata sen.

 

Gdy latarnie morzu świecą,

Prządki wprzędły len,

I wzbijają się podnietą

W kolorytu sen.

 

Pani patrząc nic nie mówi,

W oczach wicher dmie,

Rzęs pokrywą pani łudzi

Miodopitny sen.

 

LIST MIŁOSNY

PRZYPISANE PANI  IZABELI DELEKCIE - WICIŃSKIEJ

 

Wichr miłosny jest i sprawia,

Rozwichrzoną w błękit zieleń,

Coś ma z dumy i piór pawia,

Rozmodlonych w naw kościele.

 

Mową śpiewa tajemnicą,

Ni to własną ni to cudzą,

W takt wykręca wiewu lico

Własną duszą, deszczu strugą.

 

I wykręca się i kąsa

Żałośliwie świat odmienia,

Tańca śpiewem tańce pląsa

Przemienionym w wir strumieniem.

 

 

 

 

Napastliwie, pożądliwie,

Dziw nad dziwy bezlitosny,

Uporczywie, rozpaczliwie,

Wieje pierwszy list miłosny.

 

TY NIC NIE WIESZ...

PRZYPISANE PANI NINIE REPETOWSKIEJ

 

Ty nic nie wiesz,

Nie rozumiesz,

Albo nie chcesz,

Lub nie umiesz.

 

Czasem wichrzą twoje słowa,

Czasem jesteś mgłą spowita,

Czasem milkniesz gdy rozmowa

Zda się tobą niezdobyta.

 

Więc dlaczego modrząc modrzysz?

Więc dlaczego kusisz kusząc?

Więc dlaczego oczu odbłysk

Jest odbiciem mojej duszy?

 

Więc dlaczego wargi twoje

Pękające na wezwanie?

Więc dlaczego oczy moje

Są dla ciebie ukochane?

 

Powiedziałaś raz w zadumie,

Pomnę do dziś słowa twoje,

Że nikt kochać tak nie umie,

Gdy wypijam usta twoje.

 

Ty nic nie wiesz,

Nie rozumiesz,

Albo nie chcesz moim echem,

Tylko cię na pamięć umiem,

Gdy rozkwitasz swoim grzechem.

 

WINOGRONA I SŁONECZNIKI

PRZYPISANE PANI ANNIE DYMNEJ

 

Pani pachnie żywą naturą,

Z oczu wyziera łan,

Pani się splotła z kwiatów purpurą,

Skąd to spojrzenie znam.

 

Pani myśli, że jestem poetą?

Pomyłka droga pani,

Jestem dla pani woni podnietą,

Nie pisząc dla niej.

 

 

 

 

Czy w piękno zamieniam marzenia

Gdy spojrzę w ust pani grona?

Pani wypełnia sens mego istnienia

Słoneczniki i winogrona.

 

Chciałbym się długo w panią wpatrywać,

Czekam na przyzwolenie,

Pragnę spozierać, a nie zdobywać,

To nie westchnienie.

 

Czy mogę być pani przewodnikiem

Po ziemskim raju?

Czy tylko zwykłym przymiotnikiem,

Jak jest w zwyczaju?

 

Pani oczy radośnie mruży,

Widzę w nich wykrzykniki.

Może cyganka pani wywróży

Winogrona i słoneczniki.

 

BRATEK

PRZYPISANE PANI DANUCIE MICHAŁOWSKIEJ

 

Taki mały

Taki biały

Taki drżący

Taki chcący

Taki zwinny

I niewinny

Taki inny

I dziecinny

Taki wonny

Taki chłonny

Taki kwiatek

Zwykły bratek

Na mej dłoni

Przy twej skroni.

 

FOTOGRAFIA NIEBA

W błękitny dzień

W obłoku gleba

A na niej cień.

Zasłania bladość

Księżyca sierp.

To nieba nagość

To krzyk i gniew.

To maj i ból

I skarga lat,

Wilgotna sól

Łez spoza krat.

Ta fotografia

To żal i chłód,

Obłoków mapa

Zmieniona w lód.

I niebem wznosi się

Wichru wiew,

To moja miłość

I krzyk i gniew.

 

TRZY ZIEMIE

FELIKS KONARSKI

 

Od lat jakże długich i trudnych

Wciąż ta sama na sercu troska,

Że tam gdzieś- zostały trzy ziemie

Wileńska, Wołyńska i Lwowska.

Jak w nowych księgach Pielgrzymstwa,

Genezie naszego tułactwa

Trzy ziemie. Trzy ofiary

Największego na świecie łajdactwa.

Wymazali, skreślili z mapy,

Oddzielili drutów zasiekiem.

Nie mieli kruszyny litości

Nad ziemią i nad człowiekiem.

Człowieka wygnali z ziemi,

Ziemię człowiekowi wydarli.

Zostali w ziemi ci tylko,

Którzy kiedyś wolnymi umarli.

Kara ludzka ich nie dosięgła,

Nie zlękli się przeto i boskiej

I plądrują – i chodzą po ziemi

Wileńskiej, Wołyńskiej i Lwowskiej.

Wykarczować by chcieli korzenie,

Przeorali by ziemię do spodu,

Żeby nic tu nie mogło przypomnieć,

Jej przeszłości i tego Narodu,

Który w ziemię tę wrósł od prawieków.

Który żył od dziadów – pradziadów….

Żeby nikt nie odnalazł tu więcej

Raz na zawsze zatartych śladów!

Przesiedlili, przegnali, wywieźli,

Oddzielili duszę od ciała.

Zapomnieli tylko o jednym….

Przeoczyli, że ziemia została.

Ziemia, której ni wygnać, ni wywieźć.

Z której nadal z nadejściem wiosny

Zielonością w niebo tryskają

Buki, klony, topole i sosny!

I już gaj się rozszumiał, rozgadał

Po dawnemu – wileńską brzozą….

Łatwo było wywieźć człowieka,

Ale brzóz – wszystkich brzóz nie wywiozą!

A tu las się po lwowsku rozśpiewał,

Po człowieku została scheda….

Łatwo było wysiedlić człowieka,

Ale lasu wysiedlić się nie da!

A tu chabry wśród zbóż modrookie,

Ubarwiły tę ziemię żałosną,

Łatwo było wyplenić człowieka,

Ale chabry na nowo wyrosną!

Ani słońca nikt przegnać nie zdoła,

Ani wiatru nikt nie wyrzuci,

Bo i słońce na nowo zaświeci,

Bo i wiatr na nowo powróci!

Miasto da się przemienić – przestawić,

Można z każdą rozprawić się wioską,

Ale ziemia wciąż ziemią zostanie,

Tą Wileńską, Wołyńską i Lwowską!

I zostaną w tej ziemi mogiły,

I te prochy zostaną i kości,

Jako symbol dawnego dziedzictwa,

Jako prawo odwiecznej własności!

I gdy człowiek po latach tułaczki.

Wróci tu z własnym synem lub wnukiem,

I usiądzie znużony wędrówką

Pod modrzewiem, topolą czy bukiem,

Na tej ziemi żyjącej i żywej,

Wtedy nagle usłyszy z daleka

Jak doń las po wołyńsku zagada….

Jak po lwowsku zaszumi mu rzeka..

Jak mu wiatr po wileńsku zaśpiewa

O przeszłości tej ziemi upartej,

Która burze najgorsze przetrwała….

O tej Polsce na części rozdartej.

Z mapy świata zmazanej – a przecież

Znowu całej. I wtedy zrozumie,

Że to ziemia go wita najmilsza,

I usłyszy w gałęzi poszumie,

Jak raduje się jego powrotem,

Czekająca na niego – ojcowska

Jego ziemia, za którą tak tęsknił!

Ta Wileńska, Wołyńska i Lwowska!

                     Feliks Konarski "Spotkania teatralne" w Muzeum Historycznym m. Krakowa - recytacja Aleksander Szumański  2000 rok.

 

CZĘŚĆ ÓSMA - MOJA MUZA

 

ALA NA IMIĘ MIAŁA...

Brunetka, oczy brązowe,

Z tych oczu radość promieniowała,

Nimi się śmiała.

 

Już osiemnaście lat ukończyła,

(Choć ukrywała to skrycie),

Wdziękiem i gracją promieniowała,

Krocząc przez życie.

 

Kiedy misternie oczy mrużyła,

Te promieniste, te brązowe,

To biła z tych oczu tajemna siła,

Sny kolorowe.

 

 

 

 

Elegancją i taktem emanowała,

(Nikt jej w tym nie wyręczy),

Czasami tylko sie tremowała,

W kolorach tęczy.

 

Ona potrafi sny kolorowe

Przemienić na piękno jej ciała,

Gdy spojrzeć uśmiechem w jej oczy brązowe...

Ala na imię miała.

 

TY

 

Chciałbym twe oczy tak zbłękitnić,

Aby pachniały malinami,

A rysy twoje tak ozdobić,

Jak Tatry zdobią się Rysami.

 

To niepojęta jest zasłona,

Gdy srebrną nocą blask ciemnieje,

Przymknięte oczy moje widzą

Gdy wiatr już tylko tobą wieje.

 

Już tylko księżyc w złota nowiu,

Już tylko myśl krążąca wzlata,

Tak jesteś blisko i daleko,

Treść twoja jest tak jak treść lata.

 

I już nadchodzi twój poranek,

Mój świt się z twoim świtem splata,

Jaki najbliższy jest przystanek

Gdy świat jest tobą pięknem świata?

 

                                   Alusi na Nowy Rok 2018

 

RAJSKA RÓŻA..CO PŁATKAMI...

 

Ty rajska różo, co płatkami

Inaczej pachniesz niż na ziemi,

Jakimi zwać cię kolorami,

Gdy jesteś inna od czerwieni?

 

Gdy w raju pachniesz tak jak umiesz,

W jakim łodygi masz kolorze?

Czy ziemskie róże też rozumiesz,

Gdy w raju błyszczą ziemskie zorze?

 

Czy kwiatów jesteś tam królową

Rajskich zapachów pachnąc dumą?

I czy odmieniasz się na nowo

Gdy innych kwiatów jesteś chlubą?

 

O czym śpiewają rajskie ptaki

Widząc twe wszystkie wspaniałości?

Czy też tam kwitną polne maki

Dla odróżnienia twej wielkości?

 

Jak chciałbym zdobyć taką różę

I mej jedynej ofiarować,

Bo ona w rajskiej swej naturze

Nie może z inną konkurować.

 

USTA SPRAGNIONE...

 

Zapachniało miodem, boś pszczelna,

Roztętniło się serce szalone,

Ty na co dzień jesteś niedzielna,

Powiedziały mi usta spragnione.

 

Ręce drżące i wargi dziewczęce,

Rozchylone, tłumiące wyznanie,

I twe oczy w niemej piosence

Roziskrzone jak pierwsze kochanie.

 

Zapachniało lasem boś leśna,

Już są mgliste kochania minione,

Każda miłość jest pierwsza i wczesna,

Powiedziały mi usta spragnione.

 

CZY ISTNIEJESZ?

 

Czy byłaś, czy istniałaś?

Czy jesteś i istniejesz?

A może zapomniałaś?

A może nie istniejesz?

 

A może mi się śniłaś

Pozornie trwając w jawie?

A może we mnie tkwiłaś

Jak soku zieleń w trawie?

 

A przecież się zjawiłaś

Wyśniona i milcząca,

Więc gdzie się zagubiłaś

Jak gwiazda spadająca?

 

ASTARTE

 

Naziem upada liści szelest zdobny,

Nieukój w tym szeleście nadkwietnie tętniący,

W ręku mym powiewa taki kwiatek drobny,

Taki niewinny i taki tęskniący.

 

Ten zapach rodzący się w nieba błękicie,

Te wargi samotne innych warg pragnące,

Ta miłość moja, jak pąk w swym rozkwicie,

I usta rozwarte tylko tobą tchnące.

 

 

 

 

MIŁOŚĆ

 

Ty jesteś światłem i światem,

Czym jesteś, tylko ja wiem,

Ty jesteś kwiatów kwiatem

Nocą i dniem.

 

Nie bądź zazdrośnie spięta,

Nie masz o kogo i o co,

Ty jesteś najświętsza, święta,

Dniem i nocą.

 

Ty jesteś królów królową,

Bez ciebie żyć to i po co?

Ty jesteś piękna ozdobą

Dniem i nocą.

 

Dopóki słońce na niebie,

Dopóki dzień jest dniem,

Kochać cię nie przestanę,

Nocą i dniem.

 

WIERSZ MIŁOSNY

 

Podaj mi swoje dłonie

Odnajdę siebie,

Podaj mi swoje usta

Rzeźbą na niebie,

Ukryj swoje ukrycie

Branko spełniona,

Pokaż mi nasze życie

Jak dzień w nas kona.

 

 

JUŻ BYŁO...

 

Już było, żeś pszczelna,

Na co dzień niedzielna,

Już było, żeś  melancholijna,

Także  było, że jesteś  lilijna,

 

Lecz nikt nie wie, żeś jest jak noc wigilijna.

 

ŁAWECZKA NA PLANTACH,

ALI

 

Czy pamiętasz ławeczkę na plantach,

I te wrony nad nami krzyczące?

Podawałaś mi usta pachnące,

Ja pod stopy rzuciłem ci słońce.

 

A te zmierzchy co noc udawały

I mówiły ni wierszem, ni prozą,

Że światełka na plantach śpiewały

Tę piosenkę, że jesteś mi zorzą.

Wstawał złocień księżyca ubrany

W lustro srebra odbite gwiazdami,

Powiedziałaś mi wtedy, kochany,

Popatrz, ptaki tu też są parami.

 

A ławeczka zmieniona w gondolę

Gondoliera piosenką płynęła,

Wtopoliłaś się wówczas w topolę

I zmęczona mym rytmem usnęłaś.

 

Nie wiem czy sen był prawdziwy,

Wiem, że lato było gorące,

Wiem, podałaś mi usta gorące,

Ja pod stopy rzuciłem ci słońce.

 

NIEGDYŚ BYŁA...

 

Spostrzegłem miejsce na plantach

Gdzie stała niegdyś ławeczka,

Na tej ławeczce przeszłości

Siedzieliśmy ja i dzieweczka.

 

W zamkniętych oczach widziałem

Rzewnych obrazów wspomnienia,

Wróciły marzenia.

Dzieweczka zapewne wtedy mnie kochała,

A piękna to była dzieweczka,

 

Przypuszczam, że czegoś się lękała

Podając usteczka.

Lecz cóż, po dzieweczce zostały wspomnienia,

A piękna to była dzieweczka,

 

Ogarnął mnie wtedy smutek zapomnienia,

Zniknęła ławeczka.

 

DLACZEGO...

 

Dlaczego właściwie

Cię kocham?

Sam nie wiem.

Może dlatego,

Że gwiazdy wstęgą na niebie,

A może jesteś łzą w oku,

Gdy ciebie nie ma,

A może rankiem

Kiedy wychodzisz

Na do widzenia.

Może dlatego,

Że jesteś sroga

Na powitanie,

Może dlatego,

Że nasza droga

Niebnym posłaniem.

Dlaczego właściwie

Cię kocham?

Sam nie wiem.

Może dlatego,

Że życie cierniem

Bez ciebie...

 

BEZ JEDNEJ...

 

Poznałem panią przy zielonym stoliku,

Rzekłem trefl, miałem słabe karty,

Dwa trefl rzekł drugi z przeciwników

Ty dwa pik, cztery trefl rzekł ten czwarty.

 

Pasować chciałem, uśmiechnęłaś się do mnie,

I mój spokój nagle znikł,

Obejrzałem swoje karty nieprzytomnie

I lekkomyślnie powiedziałem cztery pik.

 

To była bardzo trudna gra

I trudno było przewidzieć  jej przebieg,

Miałaś kartę mocniejszą niż ja,

Lecz zabrakło mi dojścia do ciebie.

 

Sześć lew ściągnąłem raz po raz,

Potem nagle zrobiło się gorzej,

Tobie został król karo i as,

U mnie renons już był w tym kolorze.

 

Grać trefle błąd, kiery źle,

Już same blotki zostały mi w ręce,

Znowu byłaś mocniejsza niż ja,

Znów zabrakło mi dojścia do ciebie.

 

To była bardzo trudna gra,

Ale cóż, ponosiłem sam winę,

To była bardzo trudna gra,

I zostałem bez jednej, jedynej.

 

WSPOMNIENIE...

 

Pamiętasz? Szliśmy aleją,

Pod stopami śpiewały nam liście,

Listopadową zawieją,

Uwiędłe kwietne kiście.

 

Miałaś na sobie szal ozdobny,

I ciepło splecionych dłoni,

Czy uczuciami byliśmy podobni?

Wiatr musną biel mej skroni.

 

Szliśmy pogodnie listopadu strugą,

Coś się kończyło, coś zaczęło,

Milcząc, mówiłaś mgiełki złudą,

Tak to się rozpoczęło.

 

Potem normalnie toczyło się życie,

Nie splecionymi dłońmi,

W bezmiarze szczęścia, nazbyt obficie

Siwymi skrońmi.

 

Zniknęła aleja, nie śpiewają liście,

Listopadowe przeszły zawieje,

Zniknęły także już uschnięte kiście,

Wichr tylko wieje.

 

Z TOBĄ

 

Mnie nie jest potrzebna kaplica złota,

Dla mnie nie srebrzą gwiazdy na niebie,

Nie dla mnie także ziemska pozłota

Bez ciebie.

 

Nie dla mnie gaje pachnące szczytem,

Ni mrugające półcienie w żlebie,

Nie dla mnie szczęścia budzące rozkwitem

Bez ciebie.

 

Nie dla mnie pustki grzmiącej zabawy,

Zapachy słońca odbite w glebie,

Nie dla mnie łąk przeźroczystych nawy

Bez ciebie.

 

Dla mnie rwące potoki szumne,

Myśli kwiecące zdobą,

Witraże mistrzów, wzniosłe i dumne

Z tobą.

 

MATKA

 

Ty nic nie pamiętasz,

A tak bym chciał,

Nie możesz być piękniejsza,

A tak bym chciał.

 

Po co kwitną kasztany,

Po co słońce w swym złocie,

Po co słowo – kochany,

Po co ptaki w locie?

 

Po co jutrznie i zorze,

Po co ranków błękity,

Po co spienione morze,

Po co noce i świty?

 

Po co listopadowe dnie,

Po co trwam nadaremnie,

Po co piszę niezmiennie

Gdy nie tkwisz – tkwiąc we mnie.

 

 

LIST MIŁOSNY

 

Wichr miłosny jest i sprawia

Rozwichrzoną w błękit zieleń,

Coś ma z dumy i piór pawia

Rozmodlonych w naw kościele.

 

Mową śpiewa, tajemnicą,

Ni to własną, ni to cudzą,

W takt wykręca wiewu lico,

Własną duszą, deszczu strugą.

 

I wykręca się i kąsa,

Żałośliwie świat odmienia,

Tańca śpiewem tańce pląsa

Przemienionym w wir strumieniem.

 

Napastliwie, pożądliwie,

Dziw nad dziwy, bezlitosny,

Uporczywie, rozpaczliwie

Wieje pierwszy list miłosny.

 

GASNĄCY ŚWIAT

 

W dłoni mej wino, w piersi kwiat,

A noc zapada - ciemno,

Przekręcam kontakt, gaśnie świat,

A ciebie nie ma ze mną.

 

Szeherezada patrzy kpiąc

W tysięczną noc i jedną,

Baśń opowiada, z lekka drżąc,

I jasno mi i ciemno.

Bo tylko w baśniach bywa tak,

Że będziesz stale ze mną,

I zadumany patrzę w żal,

I jasno mi i ciemno.

 

POŻEGNANIE

 

Majowym blaskiem cię żegnałem

Zamiast przybliżyć usta drżące,

Słoną kropelkę swą ujrzałem,

A potem zaszło nasze słońce.

 

I nie widziałem cię odlotem,

Nie dla mnie rubin zachód nieba,

Nie dla mnie wstęgi twego splotu

Nie dla mnie Dawidowa Wieża.

 

Wieża warownie zbudowana

Jak szyja twoja w naw ozdobie

I miłość moja w krąg zebrana

Klęcząca u twych stóp w bezniebie.

 

I pozostałem sam z gwiazdami,

Rozsianym wiatrem, mgłą przed okiem,

I tylko kurhan przed oknami,

Serce przebite nagim grotem.

 

CÓŻ OZNACZA...

 

Cóż oznacza twój śmiech, gdy szlochasz?

Cóż oznacza twój szloch, gdy kochasz?

Cóż oznacza twój gniew, gdy dnieje?

Cóż oznacza twój chłód, gdy gorzejesz?

Cóż oznacza ten krąg twego szczytu?

Cóż wyznacza nam jasność błękitu?

Cóż wyznacza nam myśli faliste?

Cóż wyznacza nam drogi tak czyste,

Jak wyznania naszego milczenia

Twej miłości twojego istnienia.

 

NOC JEST SZAROZIELONA...

 

Noc jest szarozielona,

A w głowie bezkolorowo,

Jeden kwiat na balkonie

Uśmiecha się różowo.

 

Deszcz już nie kapie,

Wzdycha tylko i szlocha,

W mojej starej kanapie

Dwie dziury chcą się kochać.

Mole jeszcze uśpione,

Być może śpią różowo,

Nie śpię, mam oczy utkwione

W moją stara zasłonę,

Co świat mi przesłania niezdarnie,

Nie prana od pół wieku,

Rytmicznie kapie z kranu,

Gra klawiatura parkietu.

 

Kurant godziny wydzwania,

Telefon milczy głucho,

Nadchodzi pora kochania

Zbudzonej już ćmy z muchą.

 

Stoję pijany pod ścianą

Po chyba już trzeciej secie,

Widzę na szkle malowane

Dwa karpie w galarecie.

 

I tak mi życie płynie

Odwrotna stroną do Lwowa,

Utopię się w okowicie

Przy dźwięku hejnału Krakowa.

 

 

 

WICHR

 

Wichr zawiał

Powoli

Rozkręcił się

W czasie

I w swojej niedoli

Chciał usnąć

Pod lasem.

Wtem nagle się

Sprężył

Skrzydłami mocnymi

I w swojej mitrędze

Oderwał od ziemi

Lecz tylko część

Swojej podleśnej

Niedoli

I jedno mu skrzydło

Spadało powoli.

Wichr zamarł

W swym locie,

Lecz tylko na chwilę,

I znów zawirował

Swym skrzydłem

Zawile.

 

I tańczył,

Raz spadał

Bez wiewu

Na chwilę

By podnieść się

Wiewem

Tańczącym zawile.

 

MÓJ ŚWIAT

 

Nie ma smutków piękności świata

Nie ma po grób.

Nie ma radości jako ptak wzlata

Skazi ją wróg.

Nie ma miłości bez cierpień skazy

Choć miłość cud.

Nie ma wierności po stokroć razy

Jest tylko Bóg.

Nie ma uśmiechów bez łez strumieni

Słonych jak sól.

Nie ma drzew smutnych, późnych jesieni

Krwawych jak ból.

Nie ma samotnych bez samotności

Choć wokół rój.

I nie ma świata bez twej miłości

Jest klęski ból.

 

 

 

EROTYK WIOSENNY

 

Jeszcze jeden promień wiosny,

Jeszcze wspólna myśl pokwitu,

Jeszcze jeden splot miłosny,

I wyznanie w szczycie szczytu.

 

Jeszcze jedno wyzwolenie,

Drżącej dłoni w barwie krzyku,

Jeszcze jedno uniesienie,

Wonią wstającego świtu.

 

Potem przepaść uniesienia,

Wędrujący lęk przekwitu,

Zrozumienie zrozumienia,

I ostatni zew zachwytu.

 

FIN DE SIECLE

 

Już tysiącletni przeszedł gniew

Boskiego daru,

Jak wichru sens i morza łez

Nagrodą, czy też karą?

 

A ziemia jest, taka jak jest

Ludzkim wymiarem,

Spogląda wprzód, a myśli wstecz

Tym boskim darem.

Ma jedną twarz i tysiąc dusz

Przez tysiąclecia,

I zawsze młody Wielki Wóz

I dyszel Wniebowzięcia.

 

Pod rozgwieżdźoną czaszą złud

Zapada się już ziemski strop,

I staje u twych wrót

Następnych zdarzeń stos.

 

Nad wzgórzem już zapada mrok

Ostatni wieku ton,

Ciszą obwieszcza Nowy Rok

Zygmunta serce - dzwon.

 

PŁACZ SŁOŃCA

 

Deszcz w słońcu i tęcza

Więc cóż tu tak płacze?

Czy chmura wylękła,

Czy życie tułacze?

Czy niebem zakrytym,

Czy losem żebraczym,

Deszcz słońcem spowity,

Więc cóż tu tak płacze?

 

 

Czy szyby zranione,

Latarnie uliczne,

Czy sny zagubione

W marzenia najskrytsze?

Czy słońce zaćmione,

Czy gwiazdy w niebycie,

Czy czoła zroszone,

Zwężone źrenice?

Czy rozpacz z żałością

W ten czas przemijania?

Czy marność marnością

I koniec zarania?

Deszcz w słońcu i tęcza,

Więc cóż tu tak płacze?

Jesienną udręką?

Czy życiem tułaczym?

 

CZAS

 

Nie było nas, nie było nas,

A co w tym czasie czynił czas?

Czy się wyprężał i rozprężał?

Czy się pokręcał na kształt węża?

Czy się zadumał i zatrzymał?

Czy też chciał umknąć? Któż go wstrzymał,

Skoro nie było nic w tym czasie?

Ni słońca tarczy w ognia krasie,

Ni jezior błędnych, oceanów,

Ani burz wietrznych ni kurhanów,

Nie było lądów i bezmiaru,

Nie było też boskiego daru,

I Boga nie ukrzyżowano,

I też o ludziach zapomniano.

Nie było nas, nie było nas,

A co w tym czasie czynił czas?

 

BÓL MILCZENIA

 

Idziemy przed siebie,

Milczymy, gwar dokoła,

Szukasz mnie, a ja ciebie,

Bruzdą wyryte czoła.

 

A wszak jesteśmy blisko,

Na milimetry przecie,

Ty właśnie jesteś wszystko,

Bez ciebie nic na  świecie.

 

Może jesteśmy sami

I zagubieni sobą,

Po co niebo nad nami

Zachodzi miłości trwogą.

 

 

 

A wszak jesteśmy blisko.

Na milimetry przecie,

Ty właśnie jesteś wszystko,

Bez ciebie nic na świecie.

 

BURZY SIĘ ŻYCIE...

 

Burzy się życie,

Śpiewa świat

W tysięczną noc i jedną.

W ciąż zadumany patrzę w żal

Gdy ciebie nie ma ze mną.

 

Nierzadko tylko chmury cień

Pogrąża w dal bezdenną

I tylko cieniem płacze cień,

Gdy ciebie nie ma ze mną.

 

DAREMNIE PATRZĘ...

 

Daremnie patrzę w ciszę nieba,

Cóż, tylko to mi pozostało.

Gdzie spojrzę, tylko nagie drzewa

I szum ruczaju popod gajem.

 

A maj się złoci wieloszczytem,

Brązu kasztanem w dal spozierasz,

Obłoki tobą są wyryte

I tylko tobą tęsknią drzewa.

 

Barwnym odruchem twarz swą zmieniasz,

Choć maj mi przyniósł nadrozstanie,

Więc w co przystroić swe marzenia?

Tęsknotą wzrosłą ponad gajem?

 

Gdy maj się wtopił wieloszczytem

Brązu kasztanem twoje nieba,

Obłoki tobą są wyryte

I tylko tobą tęsknią drzewa.

 

ALEGORIA

 

Wiatr przywiał mi twój smak korzenny.

I zapach wiosen obnażonych,

Stałem się tobą bezimienny,

Stałem się  tobą zespolony.

 

I umierałem, lecz w zachwycie,

Przede mną przestrzeń niezdobyta,

Nade mną tylko twoje wicie

Przede mną rozkosz w pąk spowita.

 

 

 

 

I wszystkie nieba w pokłon spięte,

I wszystkie nagie turnie lite,

I wszystkie morza razem wzięte,

Siały ci zachwyt mym zachwytem.

 

O, jakże jesteś niezbadana,

O, jakże jesteś w pół mistyczna,

Dniem zachodzącym, a już ranek,

Nad nami gwiazda tli ognista.

 

Więc nie zasłaniaj moich oczu,

Blaskami wwij się w me zdobycie,

Popatrz, już księżyc nowiem kroczy,

Skradzionym  życiem, w twe ukrycie.

 

TAK PRAGNĄŁBYM...

 

Tak pragnąłbym przychylić ci świat,

Tą najpiękniejszą stroną,

Lecz tylkom zwiędły kwiat,

Cóż mogę łzą mą słoną.

 

Na skraju życia cię postrzegłem,

Tęsknotą dłoni,

Nieba wschodzącym żaglem,

Bielą mej skroni.

 

I nic nie rzekłaś sobą,

Pięknością mnie spowiłaś,

Wiatrem są przecie słowa

Miła.

 

 

MYŚLĘ, ŻE WARTO...

 

Myślę, że warto

Żyć twym uśmiechem,

Porannym krzykiem

I nocnym grzechem.

 

Miłość to trunek

W niebnym pucharze,

Więc pocałunek

Składam ci w darze.

 

I puchar wznoszą 

Me ręce obie,

Ku szczytom wznoszą

Mą myśl w ozdobie.

 

I chłodnym rankiem,

Kwiecistą rosą,

Będziesz mi branką

Naga i bosą.

 

Aż wieczór zmilknie

W twojej wiklinie

I będę królem

W naszej krainie.

 

A potem krzykiem

Mnie przozdobisz,

Bo słońcem jesteś,

Gdy słońcem wschodzisz.

 

KWIATY WIĄZANE...

 

Poezja chciałbym ukołysać,

Pobudzić myśli chcące,

Taktem liryki w serce wpisać

Kwiaty wiązane w słońce.

 

Barwą polotów blaski wzniecić

Niby kurhanek Maryli,

Oceanami fale podniecić

Własnej miłosnej flotylli.

 

Rozszerzyć zwężone cieniem źrenice,

Poruszyć gleby zmartwiałe,

Ożywić zdroje w wartkie krynice,

Sobie a muzom na chwałę.

 

W warstwę promieni się przeistoczyć,

I świecić w mrokach tajemnych,

Słoneczną kulę bardziej zezłocić

Gdy w duszach ciemno.

 

Jedwabiu nicią melodie wzniecać

I martwy świat zabarwić,

Serca nieczułe miłośnie podniecać,

I skrą niezdobytą nakarmić.

 

Jawnie pod niebo błękitem wzlatać,

Pomroki ujarzmić i cienie,

Rozpaczy nie dać nad sobą płakać,

Marzenia zdobić w istnienie.

 

I łanom złocistym czoła uchylić,

Wbarwić się w maje kwitnące,

I smutków ciosy w radość przechylić

A kwiaty powiązać słońcem.

 

I JESTEŚ...

 

Barwami łąk,

Woniami bzu,

W promienny krąg,

W poświacie snu,

Tęsknotą rąk,

I szeptem muz,

Zapalam lont,

I jesteś już.

 

NAGI WIATR...

 

Tak bezwstydnie wiał,

Jakby posiąść tylko ciebie chciał,

I wirował, tańcem śmigał nagi pył,

Bo też niezwyczajny wicher z niego był.

Pożądliwie napastliwy był ten wiatr,

Chamsin posiadł i monsunem niebu grał,

Nagim liściom kolorytu dodać chciał.

Sam nie wiedział co oznacza wichru świst,

To raz płakał, to się razem z pyłem wił.

Zachybotał żądnym śmiechem i się skrył,

Bo kochankiem niezwyczajnym wichr ten był.

 

PADAŁ DESZCZ...

 

Poznałem panią niezwykle,

Padał deszcz,

Pod stopami liście

Pożółkłe srebrzyście,

I powiedziałem -

Wiesz,

Tak zwykle,

Bez słów.

Odpowiedziałaś uśmiechem

I mokrym policzkiem

Do widzenia.

Opuściłem głowę

I rzekłem -

Wiesz,

Może jutro,

Też

Będzie padał deszcz?

 

MAJOWYM CHŁODNYM DNIEM...

 

W ręku mym torba podróżna,

W ulice wiosna tchnie,

Torba podróżna jest próżna,

Majowym chłodnym dniem.

 

Spieszno mi było do ciebe,

Gdy pokochałem cię,

A chciałem być jak w niebie,

Majowym chłodnym dniem.

 

I wszystko zapomniałem,

Bo pakowałem się w śnie,

O tobie tylko myślałem

Majowym chłodnym dniem.

 

 

I smakowałem twe usta,

Jak dziecko cieszyłem się,

Życie bez ciebie to pustka,

Majowym chłodnym dniem.

 

I wszystkie troski prysły,

W złocisty zmieniły się tren,

A może to tylko zmysły,

Majowym chłodnym dniem.

 

Złota karoca blasku,

Wplotła się nocą w nasz sen,

Płynęliśmy nią do brzasku,

Majowym chłodnym dniem.

 

I chyba już zapomniałaś,

Miast mirtu przykrył nas cień,

Nad czym samotnie myślałaś?

Majowym chłodnym dniem.

 

WIDZĘ CIĘ...

 

Widzę cię jak wychodzisz bez szala

Wiatr ci w oczy spoziera,

Dziewczynko moja mała,

Włosy ci miłość rozwiewa.

 

A potem do poduszki

Wtulisz się zaziębionej,

Obejmą cię pocałunki

Bez szala odsłonione.

 

Gdy będziesz z zimna drżała

Przemówią nagie drzewa,

Dziewczynko moja mała

Włosy ci miłość rozwiewa.

 

PORANNĄ ROSĄ

 

Majowym polem

Poranną rosą

Szumią topole

Tobie i wrzosom.

 

W fiolet wpleciony

Rdzeń wrzosowiska

I twarz wyśniona

Odbita w liściach.

 

Poranna rosa

Porywa w takt walca,

Ty chodzisz bosa

Zwinnie na palcach.

 

 

Bosa i naga,

Naga i bosa,

W piękno ubrana

Poranna rosa.

 

Trawy zielone,

Lasy szumiące,

Serca szalone

Tańczą  na łące.

 

A obok parów,

Taki głęboki,

Taki kuszący,

Taki pachnący.

 

Bosa i naga

Kierujesz kroki

W stronę parowu

Wonią głębokim.

 

PORTRET

 

Owa zjawa senna,

Jak ten świat prawdziwa,

Być może olejna,

Ale urodziwa.

Zabarwiła usta

Nieznanym kolorem,

Ale rama pusta,

Więc postać wytworem

Wyobraźni sennej,

Ułudy omamem,

I ciszy bezdennej

Budzącej się ranem.

I postać ulotnie

Ku czemuś zmierzała

Jeśli wielokrotnie

W przestrzeń uleciała,

By powrócić znowu

Nagłym pocałunkiem

Owego wieczoru

Portretu rysunkiem.

 

PRZEMIERZAM LĄD,

I burze mórz,

Z postacią twoją

Jedną.

I myślę skąd,

I myślę jak,

Czy zawsze będziesz

Ze mną?

Bo w życiu zwykle

Bywa tak,

Jak w jedną noc bezsenną.

Przekręcam kontakt,

Gaśnie świat,

A ciebie nie ma

Ze mną.

 

CZĘŚC DZIEWIATA - GDYŚ STUKŁOSAMI WYŚCIELAŁA

 

WIĘC CZYM MAM ZWIEŃCZYĆ TEN POEMAT,

Okruchem ziaren co ostały?

Przemieniam wiersza tego temat

Na mej miłości ideały.

 

Pragnieniem wzrastam, a nie umiem

Otulić żali sztuk tęsknotą,

Zamykam album, co tak dumnie

Natchnął mnie myślą szczerozłotą.

 

I dumam Pieśnią nad Pieśniami,

I dumam kompozycją wiolin,

Melodię wskrzeszam co wytrawnie

Dźwiękami piękna czas ukoi.

 

OTWIERA WIEKO, JAKBY TRUMNY SKRYCIE,

Spogląda natchnieniem tak jak życie w życie,

Klawisze białe splątane z czarnymi

Zespolone w jedność milczą ukrytymi

Półtonami dźwięków dźwiękami rozpaczy,

W palce aksamitu kompozycją znaczy

Jeszcze wciąż uśpioną budzącą się świtem,

A on wciąż zadumany kompozycji mitem

W zachwyt pragnie wprawić

Porażki nienawiść

Co jak gilotyna

Nagle się zacina.

I klawiszy głowy już są ocalałe.

Ręce wznosi w górę jeszcze są nieśmiałe,

Jeszcze drżące aksamitu trwogą,

Jeszcze z klawiszami zetknąć się nie mogą.

Półkolem więc krążą jak przed pocałunkiem.

Jakby jeszcze zgoła nie wypitym trunkiem.

Purpurą więc wznoszą lęki klawikordu,

Jakby oczekując pierwszego akordu,

Jeszcze są spowite swej mgiełki zasłoną,

Jeszcze niezbadane a już rozbudzone,

Dźwięki co popłyną jak wartkie potoki,

Dźwięki wrzeźbione niebieskimi loki,

Dziewczyn niewinnych mirtowym zapachem,

Melodia przesłania przed melodii strachem,

I już niebosiężna wznosi się pokrywa,

A nad nią palce, jeszcze nie zagrywa,

Jeszcze wstrzemięźliwie zapragnie zachwytu,

Jeszcze przez sekundę pragnie niebobytu.

Jeszcze przed zetknięciem szału z zapomnieniem,

Jeszcze ostatnim łudzi się spojrzeniem,

Na martwy instrument uśpiony martwotą,

Marzy o diamencie oprawnym we złoto.

Lub innym szlachetnym rodzi się kamieniem.

To co kiedyś może zaistnie wspomnieniem

Zapisu nutami co już zakwitają,

Lecz tylko w pamięci

Dźwięków nie wydają.

I po dźwięk już sięga

Ostatnim wyrazem,

Klawikordu struną

W rozognione twarze.

Lecz co to?

Nagle całą siłą runął

W czekający klawikord napięty swą struną.

Już białe z czarnymi szaleją klawisze,

Już tony z półtonami zespolone niszą,

Mistrzowskim zwiastunem geniuszu uporem,

Jak wichru gałęzie rozszalałym borem,

Jak burzy odgromy, strojne błyskawice,

Ściemniają rozjaśniając kompozycji wicie.

Sala nieruchoma zamarła zachwytem,

Jeszcze jest zdumiona rozognionym trunkiem,

Trwa w niepewności jak przed pocałunkiem,

I tylko cisza ciszą się rozbrzmiewa,

Jak przed zawieruchą przerażone drzewa,

Jak róże skrwawione wytrawną purpurą,

Jak obręcz piasku zakryta przed chmurą.

A dźwięk instrumentu melodią porywa,

Aksamitu palce parzą jak pokrzywa.

Sala zamieniona w porywu ujęcie,

Jeszcze uciszona a już nieugięcie

W jedną się wielką wrzawę przemienia,

W geniusza odkrycie, pełna zrozumienia

Podnosi ręce podziwem ubrane,

A klawikord szlocha swą łzą niezbadaną.

I nagle głos wspólny podnosi się z sali

Bo zachwyt zachwytem już piękno utrwalił,

I sala już w sali pięknem piękna tonie,

Uchodźcie wszyscy

Przecie Wisła płonie!

 

GDYŚ STUKŁOSAMI WYŚCIELAŁA,

Tę naszą drogę w łan przebraną,

Zielenią złocień swój utkałaś

I szliśmy dalą niezbadaną.

Tyś muzą jest.

A ja kim jestem?

Pyłem u stóp twych, nagim deszczem,

Uwiędłym kwiatem jeszcze w pąku,

Końcem dobrego zła początkiem,

Dokąd dorosłem dziś w rozkwicie?

Jam ścięty pień, tyś łaską przecie,

Gdy budzę się przed nagim szczytem,

Już czuję pustkę w moim świecie.

Boś jedną gwiazdą z słońc układu,

Jedyną myślą w woń przebraną,

Zrywam owoce twego sadu,

Jak miłość moją łzą wezbraną.

Ja wiem już - nie dojrzałem tobą,

Nie mogę więc być twym odbiciem.

Co w lustrze zamiennie jest moją osobą,

Nie będzie w zalążku nawet twym byciem.

Ty wzlatasz orlicą poprzez nieboskłony,

Boś łaską wybrana jeszcze przed powiciem,

Przy tobie obraz mój szarą mgłą zaćmiony,

Może najwyżej zwężać twych oczu źrenice.

Ciemnością jestem przy twym niebozłocie,

Uschłą gałęzią w ogrodzie i sadzie,

Ptakiem ginącym w przestworzy odlocie,

Uschłą gałęzią w ogrodzie i sadzie.

Ptakiem ginącym w przestworzy odlocie,

Powojem uwiędłym w twych ust winogradzie.

Więc pocóżem splatał z tobą marzenia,

Gdy nie przerosłem pragnień mych szczytu,

Właściwie co celem mojego istnienia,

I jaki będzie sens mego niebytu?

 

GDZIE JESTEŚ MUZO MEJ MIŁOŚCI,

Gdzie zagubiłaś się istotą,

Wrosłą korzeniem swej tkliwości,

Jak pieśń porywasz nuty rotą,

 

Wygasasz, potem znowu płoniesz,

Ogniskiem nigdy niezagasłym.

Bukiety wiejskie - to twe wonie,

Nieznane wonie - kwiaty rajskie.

 

I spadasz nagle wodospadem,

Porywasz pięknem niepokojem,

Tyś jest owocu mego sadem,

Sercem zmienionym w serce moje.

 

Nie bądź mi życia Melpomeną,

Nie Heraklesa me oblicze,

Dantem ci będę, mowy weną,

Ty zaś pozostań Beatrycze.

 

CZĘŚĆ DZIESIATA - EPILOG

 

ABRAHAMOWI SUCKEWEROWI

 

DZIELIŁ CIĘ OD NIEJ MILIMETR,

Najwyżej dwa,

Lub niewygodna już cisza narodu,

Gdy się spaliła popiołem łza,

Zagładą zachodu.

Ty nic nie chciałeś

Prócz udziału cierpienia.

Nie zgasłeś przetrwaniem,

Lecz płoniesz małym cieniem

Niebotycznego cienia.

Żyjesz, lecz jak odmierzasz czas?

Cierpieniem? Kształtem niebytu?

Czy tylko słowem bez komentarza.

A gdy zabraknie Ciebie i nas

Jak zerwiesz czernie kalendarza?

 

DZIELIŁ CIĘ OD NIEJ MILIMETR,

Najwyżej dwa,

A dzisiaj już tylko istnienia męka.

Twe słowa tylko ręka zna,

Ta w pomidorach, trzecia ręka.

 

                                   KRAKÓW, LWÓW, CHICAGO, TORONTO - 1996 - 2018