Drukuj
Kategoria: Publikacje
Odsłony: 231

Władysław Czermiński urodził się 17.08.1910 r. w Jeżewie w pow. Sierpc na Mazowszu. Rodzina jego pochodziła jednak  z Wołynia, a konkretnie z Dubna nad Ikwą. Jak sam mawiał " tam leżą kości moich przodków". Jego dziadek był powstańcem styczniowym w 1963 roku. W 1929 r. ukończył Seminarium Nauczycielskie w Wymyślinie. W 1932 r. w Krakowie ukończył Szkołę Podchorążych Piechoty. Był oficerem rezerwy  w stopniu podporucznika i rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim. Jednak życie zmusiło go go do podjęcia pracy zawodowej. Pierwszą posadę jako pedagog otrzymał w okolicach Kostopola. Po roku został przeniesiony do Kowla do szkoły powszechnej im. I. Mościckiego, w której prowadził lekcje wychowania fizycznego. Po niedługim czasie władze szkolne zleciły mu pracę nauczycielską w Mielnicy w pow. kowelskim. W r. 1936 zostaje mianowany kierownikiem szkoły powszechnej II stopnia w Drozdniach w pobliżu Kowla. Powierzono mu także funkcję Prezesa Konferencji Rejonowych w gminie Lubitów. Na tym stanowisku zastał Go wybuch wojny 1939 roku. Pierwsze tygodnie kampanii wrześniowej mocno zapisały się w pamięci Czermińskiego, późniejszego por. „Jastrzębia". Jako nauczyciel był zwolniony od nakazu mobilizacyjnego, przebywał więc w swej miejscowości. W dniu 15 września do dworu w sąsiednim Zastawiu, własności p. Laudańskich, schronił się gen. Mariusz Zaruski, głośny swego czasu taternik, żeglarz, literat, twórca GOPR-u, zasłużony na wielu polach działacz społeczny. Wraz z nim przybyło do Zastawia kilku wyższych oficerów. Śledzący ich ukraińscy komuniści postanowili napaść na dwór i wymordować zarówno przybyszów, jak i właścicielkę majątku wraz z rodziną. Ostrzeżony przez zaprzyjaźnionych Ukraińców Władysław Czermiński, wykorzystując ich pomoc wyprowadził znanymi sobie ścieżkami generała wraz z towarzyszącymi mu osobami oraz panią Laudańską najpierw do Woronny, wsi położonej niedaleko Lubitowa, następnie - również bocznymi drożynami - do Kowla. Tam w kilka dni po wkroczeniu wojsk sowieckich do miasta, został powołany konspiracyjny Związek Obrońców Wołynia (ZOW), na którego czele stanął gen. Zaruski, zaś jego zastępcą został Wł. Czermiński

. Przystąpiono natychmiast do organizowania tajnych komórek Związku. Po wyjeździe gen. Zaruskiego do Lwowa, gdzie przez zimę 1940 r. ukrywał się w Ogrodzie Botanicznym do chwili aresztowania przez NKWD i deportacji do Rosj ( tam został zamordowany) i, pracami konspiracyjnymi w Kowlu kierował por. „Jastrząb". Niestety, NKWD przy pomocy miejscowych agentów, Ukraińców i Żydów, szybko wpadła na trop organizacji. Nastąpiły aresztowania i zsyłki na Sybir. Pracę konspiracyjną  trzeba było zawiesić na czas nieokreślony. Czermiński w czasach rządów bolszewickich, kilkakrotnie  cudem  uszedł śmierci, dzięki znajomym Ukraińcom. W 1941 r. przyszła okupacja niemiecka i zaczęła się praca w ZWZ, w AK i wreszcie działania zbrojne. Podczas tej okupacji  W. Czermiński ps. "Jastrząb", przebywał a to w Kowlu, trochę w Maniewiczach, pod koniec w Budach Ossowskich, gdzie próbował nawet zorganizować samoobronę ludności polskiej. To był rok 1943 i okres nasilających się mordów OUN-UPA na Polakach. Nie udało mu się namówić jednak mieszkańców tej miejscowości do stworzenia oddziału zbrojnego, za co wioska zapłaciła zagładą a "Jastrząb" znów cudem się uratował, uciekając do Kowla.  Tragiczne wydarzenia z dnia 11 lipca 1943r., kiedy OUN-UPA zaatakowała i wymordowała Polaków w co najmniej 100 wsiach, jako uwieńczenie mordu na polskich parlamentariuszach por. Zygmuncie Rumlu i por. Krzysztofie Markiewiczu, wstrząsnęły Polakami. Inspektorat AK w Kowlu 16 lipca wysłał por. "Jastrzębia" do Zasmyk, jednej z największych wsi pow. kowelskiego celem zorganizowania samoobrony. Władysław Czermiński przybył na miejsce z grupą kilku uzbrojonych młodych ludzi z konspiracji. Wykorzystując przybyłą wcześniej uzbrojoną grupę pod dowództwem ppor. Henryka Nadratowskiego ps. "Znicz" z miejscowości Radowicze, stworzył nie tylko samoobronę ale i pierwszy lotny oddział partyzancki AK. Ten mężczyzna średniego wzrostu, krępej budowy, dobrze zbudowany o okrągłej rumianej twarzy z mądrymi szarymi oczami, budził wśród młodych żołnierzy zaufanie, mimo, że trzymał ich na dystans.

Wymagał dużego zdyscyplinowania, ale był sprawiedliwy. Szybko zdobył autorytet, szacunek a późnej w walkach nie kłamaną miłość, jaką mogli  tylko żywić żołnierze do dobrego dowódcy. Dość szybko  dał się poznać jako dobry strateg a nawet dyplomata, co nie było bez znaczenia dla losu polskiej ludności mieszkającej zarówno w Zasmykach, jak i wioskach położonych obok. Wykorzystując legendę jaką stworzyli sami Ukraińcy wokół przemarszu "Grupy Radowickiej", zdobywał czas na umocnienie się polskich oddziałów.  Z miejsca też przystąpił do przeprowadzania ćwiczeń natury wojskowej. Stale był w ruchu, przemierzał ze swymi chłopcami rozległe przestrzenie wokół wsi, pokazując się niemal jednocześnie w kilku miejscach obserwującym Zasmyki Ukraińcom. Taktyka ta znakomicie zdała egzamin. Wieści o rzekomej dużej liczbie wojska w Zasmykach powstrzymywały UPA przed uderzeniem. A młodzi żołnierze, już wkrótce, mieli praktycznie przekonać się jak ważne i potrzebne były owe praktyczne ćwiczenia, gdy przyszło im stanąć oko w oko z nieprzyjacielem. Pierwszy sprawdzian miał miejsce pod koniec sierpnia, gdy pod Gruszówką znalazły sie dwie sotnie UPA i kilka setek chłopstwa ukraińskiego przygotowujących się do napadu na Zasmyki 1 września 1943r. Decyzją "Jastrzębia" dokonano zwycięskiego kontrataku dzień wcześniej. To zwycięstwo na długo poprawiło morale nie tylko partyzantów ale i całej zgromadzonej wokół Zasmyk ludności polskiej. Po tym w okresie nie wiele dłuższym jak miesiąc "Jastrząb" stworzył największy oddział partyzancki AK w pow. kowelskim, liczący 150 żołnierzy. Niebawem przyczynił się również do powstania następnego (120 żołnierzy) pod dowództwem por. Michała Fijałki ps. "Sokół". A potem zaczęło się długie pasmo walk z bandami UPA. Ewakuacja ludności polskiej z Osiecznika, wyprawa do Rymacz, Kupiczów, Dażwa, Ośmigowicze i wiele, wiele innych wypraw, bojów, potyczek.   W każdej z nich por. „Jastrząb" dał dowód swego talentu żołnierza i dowódcy, nie tracąc nigdy zimnej krwi i kierując walkami w sposób niemal doskonały. Co do tego nie ma rozbieżności w zdaniach wszystkich uczestników owych zmagań. Wreszcie styczeń 1944 r. rozpoczęcie akcji "Burza" na Wołyniu i powołanie do życia 27 Dywizji Piechoty AK. Oddział partyzancki "Jastrzębia" wzmocniony policjantami z Maciejowa staje się II batalionem 50 pp. Nadeszły ciężkie walki z Niemcami w rejonie między Kowlem a Lubomlem. One również wykazały, że por. „Jastrząb" nigdy nie zawiódł. Zarówno we wspomnieniach zwykłych żołnierzy, jak i w opiniach wyższych oficerów nie ma ani jednej krytycznej uwagi na temat II/50 pp. i jego dowódcy. Batalion pod jego dowództwem wyróżnił się m.in. 16 kwietnia 1944 r. brawurowym atakiem „na bagnety” na nacierającą piechotę niemiecką i węgierską wspieraną przez czołgi, co pozwoliło w krytycznej sytuacji dywizji (okrążenie) odzyskać utracone pozycje. 21 kwietnia 1944 batalion „Jastrzębia” podczas przebijania się dywizji z okrążenia uległ podzieleniu. Około 200 ludzi wraz z por. Czermińskim pozostało w kotle. Tam, zbierając żołnierzy rozproszonych z innych batalionów, oddział urósł do liczebności ok. 420 ludzi. Przez dwa miesiące ( 68 dni) skutecznie uchodził niemieckim obławom. Zdaniem żołnierzy oddziału stało się tak dzięki talentom dowódczym por. „Jastrzębia”. Na przykład podczas jednej z obław rozwinął oddział w tyralierę i poruszał się za pierwszą linią Niemców, pozorując udział w obławie, co pozwoliło ujść z zagrożonego terenu. 23 czerwca 1944 r. oddział opuścił Wołyń przeprawiając się przez Bug i wziął udział w „Burzy” na Lubelszczyźnie.  W pamiętniku kpt.  Zdzisława Brońskiego ps. "Uskok" żołnierza AK z Lubelszczyzny znalazłem taki oto zapis:" Pierwsze spotkanie miałem z dowódcą baonu por. „Jastrzębiem”. Był to przedwojenny oficer rezerwy , sympatyczny pan o siwych oczach, nad swój wiek poważnie wyglądający. Stateczność, trzeźwość i niezachwianą odwagę czytałeś w jego ruchach i twarzy. O przeszłych trudach mówiły zmarszczki na czole i brak kilku palców u rąk. „Jastrząb” był jednym z założycieli 27. [WDP AK]. "

 Leon Karłowicz ps. "Rydz" żołnierz z II/50 pp. zapamiętał i zapisał: " Coś chwytało za serce gdy patrzyło się na zmienioną pobladłą twarz por. „Jastrzębia" (od 3.05.1944 r. kapitana), gdy przeprowadzał ostatnią zbiórkę batalionu na szosie w Skrobowie 25 lipca 1944 r. i gdy oznajmiał złamanym głosem, iż za chwilę mamy złożyć broń. Był oficerem. na którego obliczu widniał zawsze nienaruszony spokój. Tym razem ta twarz pokryta niepokojącą bladością, ukazywała dramatyczne napięcie, spowodowane sowieckim rozkazem, a głos o kilka tonów niższy niż normalnie, wydobywał się jakby spoza tego człowieka. Jeszcze bardziej tragicznie przeżył „Jastrząb" nieudaną tegoż wieczora próbę ucieczki z bronią w ręku z terenu otoczonego przez wojska rosyjskie. Gdy wrócił z pobliskiego lasku, przez który próbował się przedostać z kilku swoimi żołnierzami, gdy mówił o stojących wokół czołgach i gniazdach CKM-ów, głos mu drgał, a w słowach czuć było niepohamowany gniew, zawód a także rozpacz żołnierza-Polaka, któremu bestialsko zabierano wszystko, co miał najdroższego - prawo do walki o wolność narodu i państwa, wyrządzając tym samym krzywdę nie do naprawienia. Nic dziwnego, że już po kilku miesiącach kpt. „Jastrząb" znalazł się w szeregach WiN w północnej Lubelszczyźnie i na Podlasiu." Z materiałów Archiwum Państwowego w Lublinie wynika, że kpt. Władysław Czermiński postanowił w maju 1945 r. reaktywować II Batalion 55 pp. pod nazwą  "Batalion Kadrowy 27 DP.", rozsyłając " Rozkaz organizacyjny" do swoich żołnierzy, datowany na 15 maja 1945r. W końcu miesiąca pojawił się już "Rozkaz przygotowania!" podpisany przez por. "Kanię" datowany na dzień: 31 maja 1945 r. Z tego wynika, że powstał Związek Wyzwolenia Ziem Wschodnich-  Z.W.Z.W. O losach tego przedsięwzięcia jednak nie udało mi się więcej nic ustalić. Można się ewentualnie domyślać co się wtedy działo, przy szalejącym terrorze UB i NKWD.

 Kpt. "Jastrząb" prawdopodobnie nie prowadził jednak walk zbrojnych. Skupił przy sobie niewielką liczbę swych najwierniejszych żołnierzy z czasów wołyńskich i przygotowywał ich do przyszłych prac organizacyjnych przy tworzeniu polskiego wojska, kiedy - jak mówił - ,,nastąpi czas ostatecznej próby". Liczył na interwencję Zachodu, jak zresztą wielu wtedy Polaków. Józef Piątkowski w swoich wspomnieniach napisał : W okresie czerwiec -wrzesień 1945 r. byłem oficerem broni i materiałów w Obwodzie Łuków Armii Krajowej, którego komendantem był wówczas por/kpt. Wacław Rejmak "Ostoja". "Ostoja" rozkazał mi zaopiekować się grupą żołnierzy  z 27Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. W skład tej grupy wchodzili kpt. "Jastrząb", sierż. "Grzmot", oraz pięciu podoficerów których nazwałem podchorążymi, ponieważ mieli naramienniki obszyte biało-czerwonym kordonkiem. Wszyscy byli dobrze umundurowani i  uzbrojeni w karabiny. (...) Następna seria kontaktów z "Jastrzębiem" nastąpiła pod koniec czerwca i pierwszej połowie lipca 1945 r. zaraz po aresztowaniu w Stoczku Łukowskim przez sowiecką obławę "Ostoi", jego zastępcy kpt. Edwarda Sułkowskiego  "Marka" i dwóch podchorążych 24 czerwca 1945 r. W tej sytuacji  z kilkoma podchorążymi udałem się do oficera z inspektoratu kpt. Lucjana Koblańskiego  "Kruka", "Jerzego" kwaterującego w pobliżu wsi Nowa Wróblina celem omówienia dalszego dowodzenia Obwodem Łuków AK. W trakcie tej rozmowy wspomniałem, że na terenie naszego obwodu przebywa "Jastrząb", który mógłby objąć stanowisko komendanta Obwodu Łuków. Inspektorat przyjął tą propozycję. Pod koniec czerwca  lub na początku lipca 1945 r. "Jastrząb"- "Stal" został komendantem Obwodu Łuków AK. (....) 4 sierpnia 1945 r. w kwaterze we wsi Orle Gniazdo kpt. "Jastrząb"- "Stal" wraz z czterema osobami został aresztowany przez oddział NKWD.  Jak z dalszej relacji wynikało 5 sierpnia 1945 r. aresztowani podjęli próbę ucieczki, podczas której "Jastrząb" został ciężko ranny ale zdołał się ukryć. 6 sierpnia samochodem ciężarowym członkowie konspiracji Obwodu Łuków odwieźli "Jastrzębia" do Warszawy. Tam udało się go wyleczyć, ale nie wrócił już do konspiracji. Jak wiele lat później powiedział "nie mogłem strzelać do Polaków". Podjął więc decyzję o emigracji. Przez Czechosłowację dostał się do RFN, gdzie został  zastępcą komendanta obozu liczącego 1500 osób, złożonego z ludzi uczestniczących w ,,OperationVittels", czyli przy dostawie żywności do Berlina Zachodniego, by ratować ludność miasta przed głodem, bowiem ZSRR zablokowało drogi lądowe i należało stworzyć „most powietrzny", łączący miasto ze światem. Ową odpowiedzialną funkcję pełnił kpt. Władysław Czermiński przez okres 57 miesięcy, tj. do 1950 roku. W rok później wyemigrował do USA, gdzie po ukończeniu szkoły technicznej podjął pracę w fabryce. Tęsknota za Polską i Wołyniem przyczyniła się do rozległej korespondencji ze swoimi "synkami", bo tak nazywał swoich żołnierzy. Niestety czuł się zapomniany przez byłych dowódców dywizji i byłych kolegów, co poniekąd było prawdą. Jedynie władze polskie w Londynie przyznały mu w 1946 r. stopień majora i na kilka lat przed powrotem do kraju  awans na podpułkownika. Wrócił do kraju po 43 latach, aby jak sam mówił - „złożyć swoje kości w polskiej ziemi". Zamieszkał w Gdańsku, gdzie zmarł 31 sierpnia 1995 r.  W Gdańsku na cmentarzu Srebrzysko, pięknie położonym we Wrzeszczu, w środku lasu i niedaleko dworku Srebrniki, tam znajduje się ostatnia kwatera ppłk Władysława Czermińskiego, odznaczonego  krzyżem walecznych (l.02.1944 r.) i Krzyżem Virtuti Militari V klasy (1.08.1944 r.), potwierdzonym przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego (L. Dz. 6379/47). Podczas pogrzebu jednak nie zagrały  mu fanfary, nie zaterkotały werble, a nawet nie było reprezentacji Okręgu Wołyń ŚZŻ AK ze sztandarem dywizyjnym. Tak samo wtedy jak i teraz państwo polskie zapomniało o" żołnierzu niezłomnym". Miasto Gdańsk posiada ulicę imienia Władysława Czermińskiego, ale nie wiem ilu mieszkańców tego szacownego grodu są w stanie powiedzieć kim był. Z przykrością muszę w tym miejscu stwierdzić, że nawet niektórzy młodzi historycy, o zgrozo piszący o Wołyniu, o27 WDP AK, o nim nic nie wiedzą. Damian Markowski jest tego przykładem. W art. " Wołyńskie powstanie Epopeja 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK (styczeń – kwiecień 1944 r.)" -  NIEPODLEGŁOŚĆ I PAMIĘĆ 2013, nr 3-4 (43-44, na str. 142 napisał:  " Do jesieni 1943 r. powstało na Wołyniu kilka większych polskich oddziałów . Największymi z nich były Oddziały Partyzanckie (OP): „Bomba” kpt. Władysława Kochańskiego „Bomby”, OP „Gzyms” kpt. Franciszka Pukackiego „Gzymsa”, OP „Łuna” (jesienią przemianowany na „Krwawą Łunę”) ppor. Jana Rerutki „Łuny” i OP „Sokół” por. cichociemny Michała Fijałki „Sokoła” . Do kresowej legendy przeszła obrona Przebraża przez samoobronę (d-ca plut. Henryk Cybulski „Harry”) i lotne grupy partyzanckie dowodzone przez kpt. Leopolda Świkłę „Adama”. "     To samo znalazło się w jego art. "RANA WOŁYNIA" - http://pamiec.pl/pa/tylko-u-nas/13960,RANA-WOLYNIA-artykul-Damiana-Markowskiego.html . Przykre, że ten młody historyk  pisze ( tworzy) o "lotnych grupach kpt. "Adama" ( L. Świkli), które de facto nie istniały, zapominając całkowicie o istnieniu jednego z największych i niepokonanych oddziałów por. "Jastrzębia". Nie wspomnę już, ze to por. "Jastrząb" już w lipcu 1943 r.  utworzył pierwszy lotny oddział partyzancki AK, który rozwinął się do 150 osób. Ale to był  skromny człowiek ale wyczulony na krzywdę innych, o czym świadczy korespondencja z jego żołnierzami. Pozwolę sobie na kilka cytatów: "Wiem dobrze, że swoje życie poświęcaliśmy nie dla chwały i chwalby własnej. Wartość naszego życia (...) była zamieniona w dużej mierze dla dobra innych ludzi, a przede wszystkim ratowania zagrożonego, przez barbarzyńców życia. (4 kwietnia 1983 r.)... Brak wspólnego zainteresowania obecnym losem weteranów czy partyzantów, którzy potrzebują pomocy materialnej czy w sprawach życiowych, jest ważniejsze. Są tacy, którzy mieli szczęście, że urządzili się wygodnie, ale zapomnieli, że mogliby pomóc innym, którzy cierpią na niedostatek bez własnej winy. Wiele myśli mnie trapi, że tylu sławnych pozwala cierpieć tym, na których budują swoją chwałę..." (30 kwietnia 1980 r.)".

 

Niestety jego grobu prawie nikt nie odwiedza,  nie złoży kwiatów i nie zapali zniczy. Nigdy nie stanęła tam warta honorowa i nie pojawiła się żadna delegacja "oficjeli". Żołnierze niezłomni dziś już nikogo nie interesują, odwrotnie do wyklętych.

Źródła:

Leon Karłowicz,  artykuł  : „PPŁK. WŁADYSŁAW CZERMINSKI "JASTRZĄB" NIE ŻYJE”  ( Biuletyn Informacyjny ŚZŻ AK nr.4 z 1995 r.).

Mgr inż. Józef Piątkowski : Relacja o pobycie kpt. Władysława Czermińskiego "Jastrzębia" - "Stala" na terenie obwodu Łuków AK, czerwiec - sierpień 1945 r. (Biuletyn Informacyjny Okręgu Wołyńskiego 27 WDP AK - ŚZŻAK nr. 4/2003)

Antoni Mariański : "W siódmą rocznicę śmierci "Jastrzębia"   (Biuletyn Informacyjny Okręgu Wołyńskiego 27 WDP AK - ŚZŻAK nr. 3/2003)

Józef Turowski:  "Pożoga"

http://ibedeker.pl/obiekty/gdanski-cmentarz-srebrzysko/#ixzz2yZingvHJ