Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

W depeszy z 16 kwietnia 1944 r. dowódca dywizji meldował: „Sowieci odeszli dziś w nocy na wsch. brzeg Turii. Jesteśmy otoczeni w terenie, z którego jest wyjście tylko przez cieśniny. Prawie zupełnie bez amunicji. Proszę o pomoc. Oliwa.”   (Depesza radiowa Konopi nr 747 z 16 kwietnia 1944 r. do Konga i Centrali. (Biblioteka UW, sygn. 3312).)

18 kwietnia w niewyjaśnionych okolicznościach ginie płk "Oliwa" ( Jan Kiwerski ), dowództwo nad dywizją przejmuje mjr "Kowal" ( Jan Szatowski). Wszystkie oddziały dywizji otrzymują rozkaz oderwania się od nieprzyjaciela i przejścia w głąb lasów mosurskich w celu przebicia się za Turię. Jednak w sytuacji, jaka wytworzyła się w rejonie przepraw na Turii, dowództwo dywizji odstąpiło od zamiaru przebijania się w kierunku wschodnim, o czym powiadomiono dowódców oddziałów sowieckich. W nocy z 18 na 19 kwietnia 54 pułk kaw. gw., który również znalazł się razem z dywizją w okrążeniu, podjął próbę przebicia się przez Turię na wschód. Pododdziały pułku zaatakowały Niemców na odcinku między Hajkami i Rudą. Niestety napotkały silną obronę niemiecką, nasyconą bronią pancerną i artylerią, której przełamać pułk nie był w stanie. Nie było również pomocy ze wschodniego brzegu Turii (na którą liczono), gdyż wojska sowieckie zostały zepchnięte na wschód. Ponosząc duże straty w ludziach i sprzęcie, pułk kawalerii sowieckiej wycofał się 19 kwietnia nad ranem do lasów mosurskich, w sąsiedztwo oddziałów polskich.

Władysław Tołysz ps. "Grey"( I/43 pp.  batalion " Korda") - Dzień 20 kwietnia 1944 r. poświęcono na przygotowania do długiego marszu oraz decydującego uderzenia w celu przebicia się przez pierścień okrążenia. Na rozkaz dowództwa zlikwidowano tabory, a na to miejsce utworzono specjalny oddział koni jucznych pod dowództwem kpt. „Hrubego”, który zabrał tylko niezbędną amunicję i żywność. Niezwykle trudną decyzję trzeba było podjąć w sprawie szpitala polowego dywizji. Postanowiono pozostawić w ukryciu w lasach mosurskich ze względu na spodziewane ciężkie walki, nie można było dołączyć do oddziałów przebijających się przez pierścień okrążenia. Szpital zaopatrzono w leki oraz żywność na dwa tygodnie. Dla obrony szpitala wyznaczono III kompanię I/43pp por. „Korda” pod dowództwem ppor. „Małego, a o jego pozostawieniu w lasach mosurskich powiadomiono przez ks. kapelana Wiktora Kryweńczyka „Przewalskiego”, dowódcę 55 węgierskiego pułku Honwetów stacjonującego w Rymaczach. Uważano bowiem, że przejęcie szpitala przez Węgrów może być mniej groźne dla rannych i personelu medycznego niż zajęcie ich przez Niemców.

Patrole z I/43pp por. „Korda” wysłane 20 kwietnia 1944 r. dla rozpoznania sytuacji w rejonie Zamłynia stwierdziły, że w miejscowości tej nie mam Niemców. Oznaczało to, że nie odkryli oni zamierzonego wyjścia dywizji z okrążenia. Można było zatem liczyć na przejście przez tory kolejowe Chełm - Luboml bez walki. (....)  W dowództwie dywizji przyjęto następujące ugrupowania dywizji do przebijania się z okrążenia:

- straż przednia – I/43pp jako oddział rozpoznawczy wraz I/50pp jako oddział uderzeniowy,

- siły główne – III/50pp jako wsparcie straży przedniej, sztab dywizji I/45pp i Warszawska Kompania Saperów jako ochrona sztabu z kompanią II/50pp, oddział koni jucznych (około 500 koni) 1 i 3 kompania II/50pp,

- straż tylna – I/23pp, II/23pp, I/24pp na końcu kolumny maszerowały oddziały wojsk sowieckich.

Cała kolumna liczyła około 7 tysięcy żołnierzy i 500 koni. Nocą 20 kwietnia 1944 r. około godz. 20 kolumna ruszyła. Do poszczególnych jednostek dywizji skierowano z I/43pp por. „Korda” żołnierzy – którzy znali dokładnie tereny przemarszu dywizji (przewodników), którzy kierowali oddziały na wyznaczoną trasę. (1) O godz.19.30 , gdy bataliony zaczęły wychodzić z lasu nadszedł meldunek, że  oddział niemiecki w sile około kompanii obsadził Zamłynie. W tej sytuacji zapadła decyzja, obejść Zamłynie od strony zachodniej. Saperzy mieli przygotować kładkę przez Neretwę dla piechoty a konie miały iść wpław. Władysław Filar ps. "Hora" ( I/50 pp. batalion "Sokoła") : Wszystko przebiegało zgodnie z planem dowództwa. Batalion "Sokoła" idący jako pierwszy przekroczył linię torów bez wystrzału. Podobnie spokojnie przeszły niebezpieczną przeszkodę bataliony "Korda", "Gzymsa" i większość "Trzaska. Kolumna poruszała się w kierunku Sokoła, miejsca zbiórki po przeprawie przez tory. (2) Przy torach pozostała jedynie grupa saperów z kompanii warszawskiej celem wykonania zadania postawionego przed nimi przez dowództwo dywizji. Andrzej Żupański ps. "Andrzej" z komp. warszawskiej: otrzymałem rozkaz wysadzenia torów, po przejściu całej kolumny, czyli dywizji. Przeszła prawie połowa, ale mimo znacznego upływu czasu i zbliżającego się świtu, dalszej części kolumny nie było. W tej sytuacji nie mogąc wykonać rozkazu, podążyliśmy za tą częścią dywizji, która przeszła przez tory.(3) W momencie przeprawy batalionu "Siwego", zaterkotał na  mostku wóz konny, który mimo zakazu tam się znalazł. Niemcy zareagowali ostrym ostrzałem mostku i wzdłuż rzeczki, oświetlając teren rakietami. Ogień niemiecki przerwał kolumnę. Walkę z Niemcami podjął z własnej inicjatywy "Piotruś" z batalionu "Zająca". Rozproszył swoją kompanię i zaatakował Zamłynie. W tym tez czasie powstał taki bałagan, że reszta oddziałów  nie tylko pomieszała się ale i pogubiła w terenie. Część parła do przodu, byle prędzej znaleźć się na torach, część wycofała się w różnych kierunkach, szczególnie tam gdzie zabrakło dowódców. Henryk Kata ps. „Prima” (II/50 pp. batalion Jastrzębia): Pierwszą kompanię „Jastrzębia” usytuowano w drugiej połowie kolumny z zadaniem ochrony oddziału jucznych koni, które dźwigały zapas żywności, jak też niezbędny ciężki osprzęt zapasów bojowych i łączności.(....) Niemcy skierowali ogień z broni maszynowej na kolumnę, jak też zagęścili światła rakiet, które zaczęły padać między konie. Te z kolei wśród błysku rakiet i nagłej strzelaniny w ciemności uległy ogólnemu popłochowi i panice. Z kwikiem i rżeniem stawały dęba, rozpierzchły się we wszystkie strony, często tratując koniowodów i najbliższe oddziały, wprowadzając chaos i zamieszanie. Cały plan i marsz kolumny został porwany, czoło kolumny ze sztabem zapewne przekroczyło już tory kolejowe. Nasz batalion, na tyłach koni jucznych, w ogólnym chaosie, przemieszany z innymi oddziałami wdał się w walkę z Niemcami w Zamłyniu przy moście. Sporo upłynęło czasu, zanim Niemcy przestali zionąć ogniem ze swych stanowisk. Pozostałe oddziały szybko zaczęły się zbierać, choć przemieszane, grupkami przechodzić most, kierując się na północ, w stronę torów kolejowych. Nie wiem, ile czasu to trwało, kiedy Niemcy opuścili bunkry i stanowiska ogniowe, zaprzestając ostrzału, do czego zostali zmuszeni. W blasku zapalonych od pocisków zapalających budynków widać było, jak chłopcy po kilku, kilkunastu, przemieszani z różnych oddziałów, podążają na północ. Wyjść  poza pierścień okrążenia – o tym wiedział każdy żołnierz, toteż w zamieszaniu nikt nie czekał na rozkazy swoich dowódców, tylko intuicyjnie biegł przez most na Neretwie. (...) Przechodząc przez most natknąłem się na zabitego rosłego mężczyznę, w kozackiej czapce, długiej pelerynie z wielbłądziej wełny. Upadł na twarz, a więc zginął na miejscu. Poznałem go, był to pułkownik Kobylański, z pochodzenia Polak, zastępca dowódcy radzieckiej dywizji kawalerii, pułkownika Romanienki. Przebijał się razem z naszą dywizją po nieudanej wcześniej próbie wyjścia z okrążenia przez rzekę Turię. Kilkadziesiąt kroków dalej wzrok mój zatrzymał się jakby na obrazie Grottgerowskich „Lituanii”. Na poboczu przydrożnego rowu leżała ułożona twarzą do góry, jakby spała, kilkuletnia dziewczynka, ubrana w długi beżowy dziecinny kożuszek, w białej pilotce z angory ( oto prawa wojny; rosły mężczyzna, pułkownik, nieopodal kilkuletnia dziewczynka). Na piersi tej dziewczynki widniał tylko mały otwór i krwawa plama. (....) W  pewnym momencie, wśród ogólnego zamieszania wywołanego rozszalałymi końmi, zorientowałem się, że szukanie swoich bezpośrednich dowódców, czy też oddziałów byłoby stratą czasu. Szybkim krokiem podążyłem wraz z nadchodzącymi grupami, kierując się na północ ku torom. Ale świt poranka 21 kwietnia 1944 roku okazał się szybszy od naszej kolumny spod Zamłynia, gdzie straciliśmy dużo cennego czasu, nim koniowodzi wyprowadzili wylęknione stado koni z bezpośredniego zasięgu ognia broni maszynowej i padających niemieckich rakiet. Zaistniałe położenie naszych oddziałów zmusiło też nas do jak najszybszego wyrzucenia Niemców z Zamłynia i otwarcia sobie dodatkowego przejścia, jakim był most w Zamłyniu. W rezultacie opóźniło to przejście za tory kolejowe około połowy sformowanej 20 kwietnia 1944 roku kolumny oddziałów dywizji. Jak już wcześniej nadmieniłem, o świcie zaczęły się wyłaniać pospiesznie maszerujące grupki, jak też pojedynczy żołnierze. Wszyscy spieszyli w jednym kierunku; w oddali majaczyła korona torów kolejowych, które trzeba przejść, żeby wymknąć się z pułapki. Przed torami rozległy teren podmokłych pól i łąk zalanych wodą o różnej głębokości, od kostek po kolana, miejscami głębiej, zależnie od uformowania terenu. Niektórzy wpadali w topiel powyżej pasa przeklinając tych, co wymyślili wojnę. Ostre tempo marszu grup żołnierzy spływających od Zamłynia po rozlewiskach i bezdrożach terenu nie zdołało nadrobić utraconego czasu, skutecznie jednak osłabiło wytrzymałość fizyczną taplających się w błocie żołnierzy. Kiedy niedaleki zarys torów umęczonym żołnierzom dodał nadziei i sił do dalszego marszu, to wyłaniające się mroków poranka widmo pociągu pancernego zaszokowało nas. Stanęliśmy jak wryci. Dziwnie to wyglądało z oddali, gdy staliśmy grupkami i pojedynczo w rozrzedzającym mroku poranka jak ścięte na wysokości człowieka pnie drzew. Pociąg z wolna przetaczał się, jakby przed nami manewrował. Nagle zatrzymał się, szczęknął zderzakami, cofnął się i otworzył ogień z ciężkiej broni maszynowej. (....)Tak przytłoczeni nawałnica ognia z pociągu pancernego wiedzieliśmy, że torów kolejowych tego dnia nie przejdziemy, że bezzwłocznie należy wycofać się, dopóki nie nastał jasny dzień, a półmrok poranka, przynajmniej częściowo, osłania nas przed celnym ogniem pociągu. Każdy to dosłownie rozumiał i realizował, wykorzystując wszelkie naturalne osłony, większe lub mniejsze grupy drzew i zarośli, czy też nierówności terenu – jako bezpośrednią osłonę przed lawiną pocisków.(4) Olgierd Kowalski ps. „Czarny”- (I/24 "Krwawa Łuna" ) : Jest prawie dzień, gdy mrowie ludzie dociera w pobliże torów kolejowych, a moja "Łuna" nie nadJchodzi. Niemcy już zaczynają siec z karabinów maszynowych, za chwilę odzywają się działa i moździerze. Czoło naturalnie zalega. Z tyłu jednak, wysypują się coraz to nowi ludzie. Przykucnąłem w jakimś dołku, obserwując przebieg bitwy. Nie ma tu niecelnych strzałów. Wszędzie, gdzie padają niemieckie pociski, padają i nasi. Mrowie. Ogień się wzmaga. Z lasu wynurza się pociąg pancerny, ziejąc w naszą stronę ogniem. Widać serie świetlnych pocisków, wypluwanych przez szybkostrzelne działka przeciwlotnicze, zdaję sobie sprawę z beznadziejności położenia. Przecież w powstałej sytuacji nie jesteśmy w stanie przedrzeć się przez niemiecką obronę... Nagle z czołowych pozycji podrywa się niska postać w wojskowym płaszczu. Jeśli mnie pamięć nie myli, był to ppor. "Konrad". Za nim podrywa się kilku żołnierzy, jeszcze kilku, biegną w kierunku pociągu. Dech zamiera mi w piersi. Pociąg powoli wycofuje się na kraj lasu i stamtąd dalej razi. Żołnierze skokami wycofują się do lasu, poprzez gołe pola. Wielu z nich już nie wstaje... (....) "Z jaką furią biją pociski!" Spoglądam jeszcze raz. Rzeczywiście, widok fascynujący! Przecinając szarość poranka, świetlne pociski pędzą mijając nas z ogromną szybkością, by rąbnąć w ziemię. Gdy parę pocisków padnie obok siebie, robi to wrażenie jakiejś pięknej , lecz piekielnej iluminacji. "Spływamy do lasu!" Rozproszeni, znowu zbieramy się w oddziały. Wielu brakuje. Co się z nimi stało - nikt nic nie wie. Z naszej pierwszej kompanii pozostała garstka. Podobno cofnęli się głębiej w lasy. Dołączam więc do drugiej kompanii, gdzie jest mój Brat i kilku kolegów szkolnych. Nękają nas ogniem artyleryjskim bez przerwy. Wycofujemy się głębiej. Panuje już pewien porządek. Ktoś podobno objął komendę, ubezpieczono lizjerę lasu. Dowódca nasz, ppor. "Olgierd" zarządza zbiórkę. Stajemy w karnym dwuszeregu. Niedługi to dwuszereg... "Olgierd" oznajmia nam, iż zrezygnowano z przebijania się z okrążenia. Każdy musi sobie radzić sam... Stoimy bez ruchu, patrząc jak podchodzi do niego młoda kobieta, zabierają jakiś bagaż i nikną nam z oczu. "Szuja", mówi ktoś półgłosem. Zbieramy się po kilku, radząc, co począć dalej. Oddział powoli rozbija się na grupki krajan, bliższych kolegów. Najbardziej cenieni są ci, którzy znają teren. Niestety takich jest bardzo mało. A ci, którzy nawet znają, nie afiszują się tym w obawie, by nie potworzyć zbyt dużych oddziałków. Przecież powiedziano: "małymi grupkami..." Poza tym, chętnie przyjmowani są posiadacze broni automatycznej. Nie należymy ani do jednych ani do drugich. Łazimy, nasłuchujemy... Może ktoś coś mądrego wymyśli. Okazuje się, że większość zamierza próbować przejść za Bug. Nie mamy mapy, a w ogóle to i nie bardzo orientujemy się, gdzie jesteśmy. Przeprawa przez tory nie pociąga nas. Straszą świecące reflektory i dzisiejsza lekcja, którą otrzymaliśmy. Przekradanie się samopas przez niezalesione zabulbione tereny, też zanosi się bardzo ryzykownie. Chyba zdecydujemy się przejść za Bug. Pociesza nas fakt, że takich jak my, niezdecydowanych "sierot" jest więcej. Stanowimy większość. Zaczynamy sejmikować. Przeważa pogląd, że jednak najbezpieczniej byłoby "wyrwać" całym oddziałem, tj. grupą liczącą około 100 osób, która mogłaby przemykać się prawie niepostrzeżenie. Łatwiej byłoby o wyżywienie no i stanowiłoby pewną siłę, umożliwiającą przełamanie ewentualnego oporu. Rozglądamy się za nowym dowódcą. Szkoda, że "Olgierd" rozwiązał tak zgrany i scementowany oddział. A tak mu ufaliśmy... Tymczasem docierają do nas wiadomości, że inne oddziały nie są bynajmniej rozwiązywane, lecz odwrotnie. Wyłoniło się nowe dowództwo, z "Piotrusiem" na czele, które organizuje nową próbę wyjścia z kotła. Odetchnęliśmy z ulgą. Po chwili zjawiają się nasi oficerowie. Wracają z narady, czy z odprawy. Jest i chor. "Samson" z niewygojoną, roztrzaskaną pod Uździutyczami szczęką. Omawiamy akcję. Dowiadujemy się, że część dywizji przeszła bez strat, powinno i z nami się udać. Jeśli nie, to będziemy przebijać się siłą. Słowem, "być albo nie być". Do wieczora jeszcze kawał czasu. Trzeba rozejrzeć się za jakimś posiłkiem. Od dłuższego czasu obserwuję wałęsającego się konia. Chyba jest bezpański. Znajduję w przytroczonej torbie z pięć kilogramów słoniny, ściągam derkę. Próbujemy żuć sało, ale nie przechodzi przez gardło. Kładziemy się wypocząć. Udaję, że śpię. Czuję, że Stefan czyni to samo. W końcu, widząc, że nic ze snu nie będzie, przestajemy się oszukiwać. Trzeba czymś się zająć. Czyścimy jeszcze raz broń, każdy nabój z osobna.(5)  Stanisław Nikoniuk ps. „Jantar” ( II/43 pp. batalion Siwego) : Tylko część oddziałów zdołała przejść przez tory tego ranka. Paweł znalazł się w tej części, która trafiła na pancernik. Nasypu kolei jeszcze nie było widać w mgłach nad polami, gdy nad głowami idących zaszumiały pociski. Biły szybkostrzelne działa pancernika, w parę chwil zmiotły z pola partyzantów za ściany kilku rozrzuconych domów i za skupienia drzew. Jacyś cekaemiści wleźli pośpiesznie na wierzchołek wysokiego kopca ziemi – stary prosowiecki bunkier – i po chwili w stronę pancernika rzygnął czerwonym płomieniem cekaem. Potem jeszcze ktoś krewki zainicjował atak. Kilkunastu ludzi wybiegło na otwarte pole. Paweł ruszył za śmiałkami upatrując gdzie bruzdy, padając co kilka kroków. Szybkostrzelne działa przytłoczyły zuchwalców do ziemi. Cofnęli się. Kwadrat gęstego podmokłego lasu otoczony ze wszystkich stron mokradłami przechował ludzi do wieczora. Nieskończenie dłużył się mglisty ponury dzień. Paweł zjadł ostatni kawałek kiełbasy, podpleśniałej i gorzkiej. Z całego Gromu spotkał tu tylko dwóch znajomych. Rozpytywał ich o brata – nie, nie widzieli. Miał w torbie wspólną żywność dla obu… Usiadł na zwalonym pniu osiki. Przetrząsał kieszenie: scyzoryk, kalendarzyk, mały zeszycik, świadectwo ukończenia powszechnej, Zaświadczenie Koeniga z ForstIImtu. Obejrzał karabin i siódemkę. Rdzewieją! Posmarował kawałkiem słoniny.(6) Henryk Kata ps. „Prima” (II/50 pp. batalion Jastrzębia) :  W podobny sposób, nim nastał dzień, wycofały się wszystkie oddziały i luźne grupy z różnych oddziałów, do lasów, lasków i zagajników w pobliżu Zamłynia. „Jastrząb” dość dużej grupie po wycofaniu się z bezpośredniego ognia dał odpoczynek w napotkanym zagajniku, gdzie opatrzono rannych, doprowadzono do względnego ładu i porządku. Cieszyliśmy się, byliśmy szczęśliwi, że jest z nami nasz dowódca, porucznik „Jastrząb”, do którego mieliśmy pełne zaufanie, ale też i on nigdy go nie zawiódł. Kiedy pod Zamłyniem oddział koni jucznych z konowodami uległ panicznemu popłochowi, dezorganizując maszerujące wokół oddziały, bodajże jako jedyny z dowódców batalionów zorientował się, że w tym zamieszaniu i po stracie czasu na walkę z Niemcami dużo żołnierzy z okrążenia nie wyjdzie. Pozostał, żeby pozbierać rozbitków, zorganizować, dać poczucie  bezpieczeństwa i z czasem dołączyć do dywizji. Wielu chłopców, których  macierzyste oddziały wyszły z okrążenia, poczuło się zagrożonych i osamotnionych. „Jastrząb” zaopiekował się wszystkimi chętnymi, którzy dołączyli do naszej grupy, tak że po wycofaniu spod torów liczyła około 150 żołnierzy. (7) Oprócz batalionu "Jastrzębia" również kilka innych większych grup wycofało się w laski i zarośla poza zasięg ognia niemieckiego. Były to oddziały radzieckie, oddziały kpt. "Gardy", ale bez dowódcy, do których dołączyła się kompania warszawska por. "Piotra" i inne. 21 kwietnia 1944 r. wieczorem w grupach tych rozpoczął się wzmożony ruch. W grupie oddziałów "Gardy" zebrały się niekompletne bataliony; "Łuna", "Zająca", "Lecha" oraz rozbitkowie z innych oddziałów. Inicjatywę przejęli: por. "Zając"( Zygmunt Górka - Grabowski),por. "Piotr" (Zdzisław Zołociński) i por. "Czarny" (Marek Szymański). Zdecydowali o przejściu torów kolejowych  nie w Terebejkach, ale poprzez Stary i Nowy Jagodzin, pomiędzy dwoma mostami kolejowymi.  Olgierd Kowalski ps. „Czarny”- (I/24 "Krwawa Łuna" ):  Wieczorem wyruszamy znowu dość zwartą kolumną. Tym razem jednak znajdujemy się nie na końcu pochodu, lecz w pobliżu czoła. Noc zapada szybko, jest znowu bardzo ciemno. Zachowujemy bezwzględną ciszę. Idziemy skupieni, ramię przy ramieniu. To otoczenie kolegami napawa jakąś ufnością. Jednak do świadomości dociera zawzięcie odczuwana myśl natrętna: "Co będzie z rannymi? A jeśli ranią mnie, to nie wiem co zrobię... A jeśli nas obu?" Przedtem, gdy nasz oddział działał samodzielnie, panowało żelazne prawo zwyczajowe nie zostawiania rannych, ani nawet zabitych. Dokonywaliśmy wypraw, by zabrać pozostawione zwłoki kolegów. Ostatnio coraz częściej musieliśmy odstępować od tej zasady. A teraz, gdy rozpoczął się już proces demoralizacji, w panujących warunkach trudno liczyć na czyjąś pomoc. Najlepiej nie być rannym! Marsz przedłuża się. Powoli napięcie ustępuje miejsca zmęczeniu. Widać już, że jesteśmy dość blisko niemieckich stanowisk. Reflektory zasadniczo oświetlają tylko tory, błądząc jedynie od czasu do czasu po przedpolu. Strzela z góry rakieta. Leżymy, czekając aż zgaśnie. Przyzwyczajamy się i do tego. Znużenie zaczyna ogarniać mnie coraz bardziej. Przechodzę kryzys. Przy kolejnym "padnij", dotknąwszy ziemi, zasypiam. Ktoś poderwał mnie solidnym kopniakiem. Przeszło. Teraz przy okazji ja aplikuję moim "naśladowcom" dawkę rozbudzającą i przekazuję szeptem "kutasie, wstawaj!" Oczywiście nie było czasu na dąsy. Niebawem Niemcy dostrzegli nas i posypały się pierwsze serie. W świetle reflektorów, rakiet i wybuchów widać biegnące sylwetki atakujących. Rozlega się "hurrraa!" Ton tego okrzyku jest jakoś dziwnie wysoki i wydaje się nikły przy trwającej kanonadzie, ale dodaje animuszu. Krzyczymy więc i strzelamy, nie ustając w biegu. Padają ci, którzy już się nie podniosą. Stefan daje mi znak, że dalej już nie może. Trzeba go koniecznie odciążyć. (....), biorę od niego chlebak z amunicją i powoli posuwamy się naprzód. Ogień potężnieje, lecz koncentruje się jakoś z tyłu, bardziej za nami. Mijają nas atakujący żołnierze. Przechodzimy tory……  (8)  Stanisław Nikoniuk ps. „Jantar” ( II/43 pp. batalion Siwego): W ciągu dnia dwaj warszawscy porucznicy formowali z rozbitków nową kolumnę. Noc nadeszła tak samo czarna, jak obie poprzednie. Dano króciutką instrukcję: do torów mamy przewodnika, punkt zborny za torami wyznaczy rakieta, zapamiętać! czerwona rakieta!,  którą po przejściu wystrzeli czołówka. Zaraz od początku marszu widać było, że w potrzasku nastawionym na partyzantów nie ma żadnej szczeliny: dookoła – z przodu i z tyłu, z prawej i lewej strony raz po raz rozbłyskiwały rakiety. Niektóre wzlatywały z sykiem tak blisko, że kolumna w śmiertelnej ciszy przysiadała do ziemi, po czym wstawała z przysiadu i bez najmniejszego szmeru  przekradała  się  dalej.   Po   godzinie  tego  marszu  w   granatową  otchłań   nocy  wdarło  się oślepiające białe światło potężnego reflektora. Zamiatało ciemności z pola, jak ogromna śnieżnobiała miotła. Rakiety były niczym wobec tego blasku. Ale i jemu wystarczył pokłon cichego tłumu sunącego bezszelestnie w lekko sfalowanym terenie – smuga blasku omiatała pole tuż nad głowami i sadziła ogromnymi skokami dalej. Po długim deptaniu miedz, zagonów, kawałków drogi, idący poczuli pod nogami powierzchnię szerokiego traktu. Podnosił się lekko do góry, coraz wyżej… Czyżby już do poziomu nasypu?  Czyżby była jednak luka i przemkną bez walki? Nagle przed samym czołem kolumny zasyczała rakieta.  Przysiad na nic się już nie zdał     - buchnął pierwszy strzał i w tejże chwili noc zatrzęsła się od ognia i jednoczesnego – hurra! partyzantów. Nim Paweł zdążył odmówić Zdrowaś Maria partyzanckie hurra rozciągnęło się już daleko do przodu. Reflektor zdwoił gorliwość, natrafił na tłum. Obok olbrzyma zabłysło w szeregu kilka pomniejszych – hurra niosło się wzdłuż linii świateł. Nieprzyjaciel bił z poza tych świateł ku biegnącym ogniem tak gęstym, że Paweł musiał co kilka kroków padać na płask. Złote smugi pocisków artyleryjskich syczały tuż nad głową, ślepiły z prawa i z lewa, rwały się ze wszystkich stron. Zza kępy na podmokłej łące wypalił z karabinu w blask reflektora. W podnieceniu zapomniał zarepetować i szarpnął powtórnie za spust. Nie było czasu poprawić – biegł skokami dalej. Spostrzegł, że biegnie wśród ostatnich. Poznał przebiegającego tuz obok: Klucz! – krzyknął – Klucz! Bij w reflektor! Erkaemista dosłyszał   i w biegu z biodra puścił serię w snop światła – ogromny reflektor zgasł. Mniejsze nie sięgały swym światłem biegnących. Może były to reflektory maszyn – słychać było wśród ogólnego huku strzelaniny jazgot rozruszników  i motorów. Ile czasu trwała ta bitwa – godzinę, może więcej? Paweł nie wiedział. Szedł już wyprostowany, kule gwizdały teraz z rzadka i na dużej wysokości. Działa przeciwnika zamilkły. Musiał chyba zejść z kierunku, gdyż toru ciągle nie było widać. Doszedł do jakiejś zagrody – stodoła, dom, podwórze. Chciał pić. Wszedł na podwórze. Stał na podwórzu mężczyzna w czarnej jesionce. Przedstawił się Pawłowi: porucznik Twardy. Był ranny w nogę. Obaj z Pawłem zaczęli szukać wody. Na podwórze doszła sanitariuszka któregoś oddziału. Została z rannym. Paweł pośpieszył dalej.   - Nie idźcie w tym kierunku, kolego! – wołał za odchodzącym porucznik Twardy. – Tam są bunkry. Tam mnie postrzelili. Bierzcie się jak najbardziej w lewo! Paweł usłuchał i poszedł do przodu w lewo. Ale i tak natknął się na bunkry. W szarym półmroku brzasku na widnym już nieco nasypie kolejowym majaczył kształt kopca. Podszedł bliżej. Zobaczył zasieki z kołków i drutu wokół bunkra, przy jednym z kołków leżącą na ziemi ciemną postać, niżej jeszcze kilka innych.  - Granaty! Granatów trzeba! – zawołała postać przy kołku.  - Nie ma! – odpowiedziano z dołu. Leżeli wszyscy bez ruchu, namyślali się widocznie, co robić?   Wtedy – Paweł to widział na tle ciemnego nieba, jaśniejszego jednak niż kopiec, nasyp i te pod kopcem postacie – z wierzchołka bunkra wyleciał czarny nieduży przedmiot i opadł małym łukiem w dół. Na ciemno-czarnym tle nocy stanęła w oczach Pawła wielka, nieprzenikliwie czarna plama. Kiedy opadła i kiedy przebrzmiał huk, postaci pod zasiekiem już nie było. Paweł z przerażeniem odskoczył biegiem w lewo, w lewo, i jeszcze dalej w lewo… Dostrzegł stos opłotków na nasypie – zestawionych po przejściu zimy w jedno miejsce. Ucieszył się: za tą osłoną nie powinni go z bunkra dojrzeć gdy będzie przekraczał tor. Doczołgał się do stosu opłotków. Spojrzał przed siebie: nareszcie! Cztery pasma szyn – granica okrążenia… Osłonięty stertą opłotków wyprostował się. Zastanawiał się: pełznąć, czy skuliwszy się przebiec? Wybrał bieg. Wyskoczył zza osłony. Gdy przenosił nogę nad pierwszą szyną, ta dźwiękła od krótkiej serii. Momentalnie przypadł na płask do kamiennej powłoki torowiska. Nie strzelali. Nie widzą… Przeczołgał się na druga stronę. Ześliznął po zboczu nasypu. Tuż za nasypem płynął strumień. Szedł środkiem, po kolana w wodzie jeszcze kilkadziesiąt kroków w lewo. W wysokich brzegach strumienia wyprostował się na cały wzrost. Jeszcze, jeszcze w lewo! – nakazał sobie. Wreszcie wygramolił się na drugi brzeg.  Wczesny poranek. Pole – świeżo zorana ziemia, bruzda. W bruździe leży ktoś twarzą ku niebu. Partyzant. Pewnie z oddziału Sokoła, bo w niemieckim mundurze, z mauserem u boku. Zmęczył się i odpoczywa. Paweł pochylił się nad leżącym: śpicie, kolego? Ale spojrzawszy uważniej drgnął: oczy żołnierza były otwarte i nieruchome. – Aha! – powiedział głośno do siebie. Ruszył tą bruzdą w pole przed siebie.  W oddali w szarym brzasku cichego poranka widniał las. W pewnej chwili błysnął nad nim wznosząc się w górę maleńki czerwony punkt. Wskazując go oczyma strzelec Morus – wyrósł nagle obok Pawła jakby z pod ziemi – uśmiechnął się surowo i podniósł z lekka rękę w tym kierunku:  chodźmy, Jantar. Znowu – któryż to już raz – do lasu spływały z pól grupki – zwycięzców czy niedobitków? Las. Dorodny, gęsty. Niewielki jednak, zewsząd otaczają go kilometry otwartych pól. Wyczerpani walką i marszem partyzanci siadają pod drzewami. Znajomi zbierają się  w grupy. Paweł z Morusem położyli się na trawie. Rozglądają się – żadnej znajomej twarzy. Po twarzach widać – niespokojnie tu… O co chodzi? – nie wiadomo, to pewne jednak, że nie tu jeszcze odpoczynek. Ze swoich oficerów widzieli tylko Olszynę. Poruszenie w sąsiednich grupkach. Jakiś obcy oficer każe wstawać. I co? No tak! Znowu obsadzać brzeg lasu. No tak! Już jacyś dwaj przechodzą z rusznicą. Już przelatuje wołanie: Broń automatyczna do przodu! Już słychać kędyś z pola zbliżanie się czołgu. W oczach strach, blade, wylękłe twarze… Milczenie. Jakże się nie chce wychodzić na linię na brzeg lasu. Nie obronią go. Za mały. Czyżby czołówka zmyliła drogę? Tak niewielu ludzi widać    w tym lesie.  Jednak nie! Nie będą bronić. Wychodzą na łąki. Za łąkami widnieje właściwy las – cała ogromna ściana. Zaroiła się łąka. Teraz dopiero widać jaki ogromny tłum przeszedł tej nocy przez tory. Szybko, ku tamtemu wielkiemu lasowi! Uszli ze trzysta metrów – bezładną gromadą, kto z kim chciał – i wtedy… Wtedy Paweł widzi to, czego tylekroć z kolejnych stanowisk strzeleckich w linii upatrywał: sylweta samochodu pancernego na wzgórku z boku łąki. Widoczna na całą wysokość na tle nieba. I w tejże chwili bije do rojowiska ludzkiego na łące z tego samochodu cekaem. Kogoś biegnącego przed Pawłem już podejmują pod ramiona towarzysze – krwawi kolano, po chwili bieleje chusteczką nałożoną w biegu. Pancerka sterczy na wzgórzu, ma setki uciekających jak na dłoni. Nabije ludzi! – myśli Paweł podbiegając pod osłonę sporego wału darniny. Dziwi się, że tak niewielu biegnących robi to samo – uciekają na ślepo. Widocznie tracą głowę z przerażenia.  Ale – co za dziw! – pancerka milknie, choć ciągle ma uciekających w zasięgu. Zawraca. Doprawdy zawraca. Odjeżdża! Już jej nie ma!  Mogła narobić jatek na tej łące. Odjechała nie atakowana. Cud?  Marsz, marsz, jak najprędzej! Jeszcze, jeszcze trochę wysiłku. Nie zwalniać tempa. Pół łąki, trzy czwarte. Koniec. Już las. Nareszcie bezpieczni. Z nowego boru wychodzą na spotkanie  łącznicy. Prowadzą.  O, jeszcze  kawałek  drogi!  Bagnisty  teren.  Całe  sosny  leżą rzucone przez bajora. Jeszcze marsz, jeszcze. Pierwsze placówki. Jeszcze marsz. Las, ciągle las. Dopiero późno po południu ogrody i wieś zewsząd otoczona lasami. Smolary. Paweł odnajduje część swojej drużyny. Jest Natan, Grzmot, Szpic, Zuch. Mają chleb. Udało im się przejść tory w pierwszym rzucie. Drużyna ma osobną chatę. Paweł dostał  gorącej strawy. Rzucił się na legowisko. Co za stara, stęchła, aż czarna słoma! – kwaterowali tu partyzanci sowieccy. Zasypia, śpi kamiennym snem bardzo długo. (9) Roman Kucharski ps. "Wrzos" ( I/24 "Krwawa Łuna")- :..wieczorem idziemy ponownie przebijać się przez tory, w ślad za większością dywizji, której zapewne udało się już dotrzeć do lasów szackich.(...)  Po zapadnięciu zmroku formujemy zwartą kolumnę marszową i ruszamy w stronę torów. Sądziłem, że jest do nich bardzo bliziutko. Tymczasem okazuje się, że mamy przed sobą trzy kilometry lasu, potem jakieś zagajniki zarośnięte krzakami, następnie szeroki pas łąk porośniętych łozami i dopiero owe tory. W sumie około sześciu kilometrów drogi. Wychodzimy na skraj lasu i w tym momencie rozbłyska przed nami biała rakieta, obok druga, trzecia i grzmią serie broni maszynowej. Nie przerywając marszu idziemy ciągle w kierunku toczacej się bitwy, która potężnieje z minuty na minutę. Strzelanina gęstnieje, słychać pierwsze wybuchy granatów, a po kilku dalszych minutach niebo rozjaśnia się blaskiem. To "flary". Niemcy oświetlają teren. Teraz strzelanina przemienia się w istny huragan, a wybuchy granatów przechodzą w jednostajną kanonadę. Zatrzymujemy się i wpatrzeni w ziejące ogniem niebo zaciskamy w bezsilnej złości palce na karabinach. Teraz już wyraźnie rozróżniamy kanonadę artyleryjską z dwóch stron - od Lubomla i - od Jagodzina. Tam giną nasi koledzy, a my bezczynnie tkwimy w krzakach, żaden z oficerów nie chce wziąć na siebie odpowiedzialności za posłanie nas na rzeź, w to płonące piekło... Zeszliśmy z drogi na piaszczystym wzgórku. Nikt nic nie mówi. Twarze powleka zaciętość, smutek, gorycz... Dopiero w wiele miesięcy później mieliśmy się dowiedzieć szczegółów rozgrywającego się na naszych oczach dramatu. Otóż ta część wojska z batalionów idących na końcu kolumny, która po wynikłej strzelaninie podążała za kolumną, już jej co prawda nie dopędziła, lecz szła jej wyraźnym śladem. W pobliżu torów znalazła się już o świtaniu. Zawrócili, przeleżeli cały dzień w krzakach, na łące i po zapadnięciu ciemności ruszyli na tory. Niemcy w ciągu dnia wzmocnili załogi w bunkrach broniących torów, przygotowali w Lubomlu i Jagodzinie baterie artylerii i pociąg pancerny. Nasi - nieświadomi rzeczy - "nadziali" się na tę potęgę i musieli bronią ręczną oraz granatami torować sobie drogę, na drugą stronę, do lasów szackich.  Wielu zginęło, wielu zostało rannych, ale nikt nie zawrócił do tych lasów, gdzie myśmy nadal pozostawali w okrążeniu. Około północy kanonada ucichła, strzelanina ustała całkowicie. "Flary" pogasły. Możemy wracać... Dokąd? Z powrotem do lasu, skąd wyszliśmy przed kilku godzinami. Rano oficerowie po dyskusji powzięli decyzję powrotnego marszu do rejonu Kolonii Strzeleckiej, a potem dalej na południe w rejon Bielina. Skąd odczekawszy trochę, mamy mniejszymi grupkami przedzierać się w kierunku Zaturzec, by omijając Włodzimierz od strony południowo-wschodniej przeprawić się przez Bug. Na Lubelszczyźnie koncentracja w oznaczonym miejscu i... ponownie do dzieła.(10)

Równocześnie, chociaż nieświadomie, z grupą oddziałów "Gardy" poprowadził do torów również  swój batalion "Jastrząb". Obie grupy nic nie wiedząc o sobie ruszyły w tym samym kierunku. Oddział "Jastrzębia" liczący około 300 żołnierzy dość długo błądził po rozlewiskach i zaroślach. Być może dlatego, że za przewodnika wzięto ukraińskiego chłopa. Gdy wreszcie znaleźli się pośrodku rozległej doliny zalanej wodą, prze torami kolejowymi, usłyszeli ostrą syrzelaninę i okrzyk "hurra". To gupa oddziałów "Gardy"zaatakowała stanowiska niemieckie na wzgórzu. Linię torów rozświetliły pociski świetlne, a potężne reflektory skierowały się na brodzących w wodzie żołnierzy "Jastrzębia". Henryk Kata ps. „Prima” (II/50 pp. batalion Jastrzębia): Smuga światła z reflektora przeciwlotniczego oślepiającym blaskiem omiotła nasz oddział. Na chwilę zamarliśmy w bezruchu, dopóki „miotła” nie przeniosła się na prawo od nas, oślepiając oddziały radzieckie. Niemcy nie dali się wyprowadzić w pole ani zaskoczyć. Byli przygotowani. Należy nadmienić, że ugrupowanie „Gardy” dochodząc pierwsze torów częściowo jakby zaskoczyło Niemców. Atakując z marszu, w bezpośrednim kontakcie, przy kanonadzie ognia i huku granatów, z okrzykiem „hurra” mijając tory, bez większych strat przełamało niemiecką blokadę. Teraz Niemcy ześrodkowali swój ogień broni maszynowej, działek szybkostrzelnych i moździerzy- na nas i na prawo od nas, na oddziały radzieckie, które też próbowały po raz drugi przejść przez tory. Bezskutecznie „Jastrząb” zagrzewał żołnierzy do szybkiego natarcia. W wodzie, często po pas, lub w rozmiękłym błocie było to nie możliwe. Przy tak zmasowanym ogniu, a ciężkim do natarcia terenie, nie chcąc ponieść dużych strat w ludziach, porucznik „Jastrząb” zarządził wycofanie się oddziału. Nie udało się wyjść i tym razem. Zawróciły też z prawego skrzydła oddziały radzieckie, ponosząc w bezpośrednim starciu ciężkie straty. Chociaż nieudany był i ten skok za tory, bo przemoknięci, utaplani w błotem, zmęczeni i nie wyspani, to jednak cały oddział wycofał się bez strat. Nie było nawet rannych. Pomimo zmasowanego ognia Niemców nie wchodząc w bezpośrednie zwarcie, nim nastał świt, 23 kwietnia „Jastrząb” wycofał oddział do Lasów Zamłyńskich. Po odpoczynku i obliczeniu, że wszyscy wrócili, oddział wyruszył w głąb Lasów Mosurskich, pozostając w okrążeniu. (11)  Nie tylko "Jastrząb" pozostał w okrążeniu. Torów nie przekroczyło około 1600 żołnierzy dywizji, w tym kilkunastu oficerów i podoficerów. Wielu z nich podobnie jak "Jastrząb" nie zaprzestało walki, tworząc z rozbitków większe lub mniejsze oddziały. Szli w las szukając drogi i sposobów wyjścia z okrążenia. Byli to na przykład, ppor. "Głaz" ( Tadeusz Persz), por. "Bogoria" (Sylwester  Brokowski), ppor. "Orzeł" ( Jan Grochowski), por. "Nagiel" (Jan Witwicki), por. "Zagłoba" (Mikołaj Bałysz), sierż. "Kruk" ( Kazimierz Pawlik). Około 500 żołnierzy tocząc walkę z Niemcami w końcu dołączyło do dywizji. Niestety kilka setek rozproszonych żołnierzy dywizji, całymi tygodniami , pojedynczo czy grupami, błąkało się po lesie nie trafiając na żadnego dowódcę. Dlatego trafiali do niewoli niemieckiej, przeprawiali się przez Turię lub za Bug. To z tych ostatnich na Lubelszczyźnie, stworzono  zbiorczy batalion przy 9 pp AK, który w okolicach Zamościa wziął udział w walce z Niemcami. To wyrywanie się z okrążenia w lasach mosurskich, kosztowało dywizję wiele ofiar: poległo 120 żołnierzy ( w tym 3 oficerów), nie licząc już rannych, wziętych do niewoli czy rozproszonych. Mimo to trzon dywizji nie przestał istnieć, bo 3500 żołnierzy pod bronią, nadal toczyła walkę, by w końcu przeprawić się prze Bug i po raz drugi wziąć udział właśnie tam w akcji "Burza".

Opracowane w oparciu o fragmenty wspomnień żołnierzy 27 WDP AK:

1) Niepublikowane- Władysław Tołysz ps. "Grey"( I/43 pp.  batalion " Korda")

2) Rozmowa - Władysław Filar ps. "Hora"  ( I/50 pp. batalion "Sokoła")

3) Rozmowa- Andrzej Żupański ps. "Andrzej" z komp. warszawskiej

4)   „Wojenne wichry",    Henryka Katy ps. "Prima"( II/50 pp. batalion "Jastrzębia")

5)  „Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945 ”.   Olgierd Kowalski ps. „Czarny”- (I/24 "Krwawa Łuna" )

6) Niepublikowane- Stanisław Nikoniuk ps. „Jantar” ( II/43 pp. batalion Siwego)

7) ) Opublikowane w książce:   „Wojenne wichry",    Henryka Katy ps. "Prima"( II/50 pp. batalion "Jastrzębia")

8) )  „Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945 ”.   Olgierd Kowalski ps. „Czarny”- (I/24 "Krwawa Łuna" )

9) Niepublikowane- Stanisław Nikoniuk ps. „Jantar” ( II/43 pp. batalion Siwego)

10) Opublikowane w książce: "Krwawa łuna", Roman Kucharski ps. "Wrzos" ( I/24 "Krwawa Łuna")

11) ) Opublikowane w książce:   „Wojenne wichry",    Henryka Katy ps. "Prima"( II/50 pp. batalion "Jastrzębia")v

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
495
Odsłon artykułów:
3016262

Odwiedza nas 89 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo