Do wolonatriuszy

Poszukujemy wolontariuszy do prowadzenia na FB tematycznych fanpage. Zgłoszenia ślijcie na adresy z zakładki "Napisz do nas".

Szlak bojowy 27 WDP AK

 

Dołacz do akcji

Logowanie

     O północy oddziały dotarły do wsi Dąbrowa. Postój był krótki – niecała godzina. Odpoczywano w ostrym pogotowiu po chatach na słomie rozesłanej na podłodze,      w ubraniach, z bronią u boku. Około pierwszej poderwano wszystkich na nogi – do wozów! nałożyć na rękawy białe opaski! nabić i zabezpieczyć broń! Ogłoszono nareszcie, że celem ataku będzie miasteczko Hołoby. Ujechano jeszcze  ze  trzy  kilometry od Dąbrowy. Przy jakiejś osadzie w polu tabory stanęły, a partyzanci pomaszerowali dalej dwoma rzędami po obu stronach traktu. We wsi Demiatówce zajęto pozycje wyjściowe. Księżycowa noc mroczniała, niebo zasnuwała powłoka chmur. Demiatówka była bezludna. Plutony zajmowały pozycje między chatami na ogrodach. W głębokiej ciszy słychać było jedynie dalekie ujadanie psów.  Pluton Kruka zajął stanowisko po lewej stronie traktu przeszedłszy mostem szeroki rów pełen wody. Inne oddziały lokowały się gdzieś w ciemności wśród ogrodów i drzew wyludnionej Demiatówki. Na drodze została grupa oficerów, opodal przystanęła grupka gońców. Paweł stanął na drodze między obydwiema grupami.  Przez okno w powłoce chmur na krótką chwilę wyjrzał księżyc. Dowódca wyprawy, major Kowal, mógł dzięki temu wskazać oficerom sylwetę wieży wodociągowej – w jej kierunku miał iść ogień naszych karabinów. Trwała pełna oczekiwania, głęboka  cisza.  - Na pewno Jastrząb nie zajął jeszcze swojego stanowiska – odezwał się jeden z oficerów.     - Jestem też tego zdania – przywtórzył inny.   Nagle, jak gdyby ktoś tej rozmowy podsłuchał, głęboko w ciemności, na kilometry w lewo od wieży wodociągowej  stuknął tępy strzał karabinowy – jeden, dwa, kilka i zaparkotała gęsta strzelanina. Jastrząb był na stanowisku i rozpoczął akcję. Paweł postąpił w stronę swego plutonu, sprężył się, gotów by skoczyć za plutonem gdy się poderwie i pobiegnie naprzód. Oficerowie zagadali żywo, poruszyli się i znieruchomieli. Mijały długie sekundy,  minuty.  Daleki  nierówny  ogień   przybrał  na  sile,  trwał  następnie  gwałtowny  może  z  pięć  minut    i coraz bardziej rzednąc urwał się na pojedynczych wystrzałach. I dopiero wtedy buchnęły rzęsiste serie niemieckich cekaemów.

     Na naszych stanowiskach nie rozległ się żaden rozkaz, plutony leżały cicho, jak wybite. Tylko  podporucznik  Kruk  położył  się  przepisowo na  zboczu  drogi przy moście  i wypalił z karabinu w granatowy aksamit nocy. I tylko ludzie Bomby zatoczyli swoje działo na wzniesienie w pobliżu drogi i zaczęli przy nim manipulować. A Niemcy tymczasem ciągle bili z cekaemów długimi, płynnymi seriami.  Podporucznicy Prawdzic i Olszyna przycupnęli obok Kruka i nasłuchiwali. Olszyna trząsł się, nie mógł opanować zdenerwowania. Naraz wstał i odszedł ku drzewom nad rowem. Za chwilę wrócił.

     - Panowie!  – zawołał rozdygotanym głosem - za nami jest rów! Uważam, że trzeba zawczasu przerzucić kładkę. Przeciwnik wie o istnieniu tego mostu i może go znieść pociskami zapalającymi. Trzeba położyć kładkę.

     - Dawać tu jaką deskę! – krzyknął Kruk. Głos zawibrował mu podobnie jak u Olszyny. Deski pod ręką nie było, więc Olszyna zaproponował, by w poprzek rowu rzucić dwa drągi, ściąć natychmiast dwa drzewa, co się da, natychmiast pchnąć gońca po o siekierę do chałupy. Piorunem!  W chwili, gdy ordynans Kruka podnosił się do biegu po siekierę trzasnęło coś w pobliżu, jak piorun. W uszach zajęczało. Po chwilce z wysoka, z pod chmur rozległ się warkot szybującego pocisku. Leciał nieskończenie długo, leciał i leciał – słuchano tego lotu   w napięciu i podziwie – wreszcie pękł gdzieś bardzo daleko. Złośliwi kpili po tym, że aż na Polesiu.  Widocznie zdumione tym fenomenem cekaemy niemieckie ucichły. Trzej nasi oficerowie zapomnieli o zabezpieczaniu sobie odwrotu. Na próżno jednak czekano drugiego i następnych wystrzałów – artyleria Bomby na tym odpaleniu zakończyła swoje działania.   W miasteczku zajął się pożar – widocznie Niemcy podpalili szopę czy stóg siana dla oświetlenia terenu. Niepotrzebnie zresztą, bo już nastawał świt.  Wracaliśmy.   - Manewry skończone!  – drwili w szeregach.

     - Gdybym ja dowodził, zrobiłbym to zupełnie inaczej – perorował Kruk do Olszyny.  --Przede wszystkim zacząłbym akcję nie nad ranem lecz o pierwszej w nocy…

     Dniało. Dowódcy ponaglali do szybkiego marszu.

Fragment wspomnień Stanisława Nikniuka ps. "Jantar" , wybrany i wstawiony przez B. Szarwiło

Kresowy Serwis Informacyjny

Serwis o Wołyniu

Serwis o Kresach

Polecane filmy

Wieczna Chwała Bohaterom

PAMIĘTAJ PAMIETAĆ

Zostań sponsorem serwisu

poprzez zamieszczenie w TYM miejscu swojej reklamy.

Zamówienie banneru reklamowego kliknij TU

Statystyki

Użytkowników:
6
Artykułów:
498
Odsłon artykułów:
3065995

Odwiedza nas 297 gości oraz 0 użytkowników.

 
Copyright © 2004 r. 27 WDP AK
Wykonano w Agencji Reklamowej Bartexpo